Agrafka - Izabela Sowa

-
Proszę czekać

Północ, pociąg relacji...

Północ, pociąg relacji Gdynia-Kraków. Na korytarzu mama, tato, córka Ola i zasadniczy pan konduktor.

- Jak to legitymacja, po co legitymacja? - dziwi się tato.

- Stanowi dowód, że córce jako uczennicy przysługuje prawo do zniżki.

- Panie, przecież ona ma czternaście lat, podlega obowiązkowi szkolnemu jak każde dziecko w tym kraju!

- Nic nie poradzę, takie są przepisy - odpowiada zasadniczy pan konduktor.

- Przepisy, przepisy - przedrzeźnia tato. - Będziesz, Ola, sama płaciła za ten bilet. Z kieszonkowego ci potrącę, jak wrócimy!

- Ale, tato! - piszczy córka Ola. - Ja już nie mam ani grosza! Obciąłeś mi na dwa miesiące do przodu!

- Bo idiotka jesteś! Do kwadratu! Z torbami rodzinę puścisz, tyle ci powiem!

*

Mój tata nigdy by tak nie postąpił. Nigdy nie wrzeszczy, nie wyzywa ani nie poniża, ale rozmawia, argumentuje i tłumaczy. Jak człowiekowi. Podobnie mama, zawsze otwarta na dialog. W moim domu nikt nikogo nie kaleczy. Ani słowem, ani czynem. A jednak ciągle się czegoś boję. Zupełnie bez powodu. Przecież mieszkam w małej Krainie Wielkiej Łagodności. Wystarczy zerknąć na moje osiedle. Podleśne.

- Bloki emerytów i rencistów - zachwyca się babcia - gdzie panuje ład i porządek.

Gdzie ściany mają uszy, a okna - oczy.

- Dzięki temu jest bezpiecznie - wtrąca mama.

Wprawdzie podczas nowiu giną nam z piwnic rowery, ale zdaniem mamy to sprawka Obcego. Kogoś Spoza.

- Pewnie przychodzi z tych okropnych blokowisk nad Sanem - dodaje tata.

- Na pewno - odzywa się wujek Darek. - Bzdyra mi opowiadał, co tam się wyrabia. - Wujek ochoczo przystępuje do wyliczanki: piątkowe noce długich noży, sobotnie mordobicia, niedzielne kace z towarzyszącą im wścieklicą wszechpol...

- Nie chcemy tego słuchać - przerywa mama. - Zwłaszcza że nas ten problem nie dotyczy. U nas bowiem mieszkają sami przyzwoici ludzie.

Tacy, którzy odpowiadają na "dzień dobry". Czasem nawet z uśmiechem. Dlatego właśnie przeprowadziliśmy się tutaj, dziesięć lat temu, z ponurych Niziołków. Wybraliśmy (to znaczy mama wybrała) osiedle Podleśne, bo słońce świeci tu jaśniej i dłużej, trawa jest bardziej zielona niż ta za Sanem, a ludzie na poziomie. Jeśli nawet trafi się żulik, jest nad podziw spokojny. Prezentujący, zdaniem rodziców, dużą kulturę picia. Co oznacza, że spożywa swoje wino powszednie w ciszy czterech ścian własnej piwnicy. Albo w ogródkach działkowych. Tych za miastem.

- Nigdy nie wystaje z butelką pod sklepem monopolowym - podkreśla tato.

Inna sprawa, że na naszym osiedlu nie ma takiego sklepu. Nie ma też ławek ani placu zabaw, żeby nikt wieczorami nie hałasował. A więc staruszki, które robią za domowe przedszkole, muszą drałować aż pod kino. I to wczesnym rankiem, by wywalczyć dla wnuków najatrakcyjniejszy kawałek piaskownicy.

- Mają trochę ruchu, a przy tym mogą poznać sympatyczne osoby z innych osiedli.

Cała mama. Skupia się wyłącznie na blaskach, cienie przeganiając chińską miotełką. Albo rozświetlającym korektorem. A kiedy już zrobi porządek u siebie, bierze się za cudze pokoje. Dlatego gabinet taty ma kolor relaksującej zieleni, moja sypialnia zaś odcień żółtek z kurzej fermy. Mama nazywa go kanarkowym, przypominając przy każdej okazji, że dodaje pozytywnej energii. Salon jest utrzymany w odświeżającym błękicie, a kuchnia w apetycznych oranżach. W całym mieszkaniu trudno znaleźć ostre krawędzie; ukryto je pod specjalnymi nakładkami z plastiku. Na ścianach wiszą wyłącznie pogodne widoczki. Wschód słońca nad jeziorem, zachód w górach, wiosenna łąka w samo południe. I uśmiechnięte dziewczynki-aniołki w białych sukienkach. W łazience nie ma pustych opakowań, a w lodówce przeterminowanych wędlin. Wszystko świeże, błyszczące i przyjemne w dotyku.

A mój pokój to już istna perełka. Budzi podziw każdego, kto tu zajrzy pierwszy raz. Przy wejściu gościa wita cudne, kremowe biurko stylizowane na wiktoriański sekretarzyk, po prawej fotel, na którym mogłaby bujać w obłokach Ania z Zielonego Wzgórza. Kiedyś należał do mojej siostry, ale odkąd wyjechała, stoi u mnie. I wreszcie odpoczywa; ja wolę siedzieć na zwykłym krześle. Najlepiej oparciem do przodu, wtedy człowiek przyjmuje właściwą pozycję ciała.

- A nie ma nic ważniejszego od postawy - powtarzają rodzice. - I tak zwanego kręgosłupa.

Wróćmy jednak do mojego pokoju. Co tu jeszcze mamy? Witrynkę retro, pełną bardzo mądrych książek. Na klonowych panelach puszy się dywan w złote kaczeńce, miększy niż niejedna kołdra. Tuż koło okien stoi kremowa komódka na przydaśki, a wszystkie te cudeńka wypinają się na tle kanarkowych ścian, które poza tym, że energetyzują (wyłącznie pozytywnie), mają mnie motywować do działania. To bardzo ważne, kiedy człowiek musi sprostać dziesiątkom obowiązków. Nowa szkoła, basen, angielski, korki z historii, lekcje skrzypiec i warsztaty rzeźbienia w glinie. Te ostatnie podobno wspomagają mój rozwój umysłowy. Tak oznajmił tato, oświecony porannym programem na kanale Discovery. Dłubię więc w glinie dwie godziny tygodniowo tylko po to, żeby efektywniej przyswajać wielkie kęsy wysokokalorycznej wiedzy. Co ja mówię, wielkie. Megakęsiory, jak dla wygłodniałej słonicy. Aż dziw, że mnie jeszcze nie zemdliło. Pewnie dzięki tej glinie. Ale od czasu do czasu mam ochotę urządzić "strajk głodowy". Walnąć podręczniki w kąt, grzmotnąć się na tapczan i zbijać bąki przez okrągły tydzień. A nawet dwa! Żadnych lekcji, sprawdzianów, żadnego zakuwania. Pustka w głowie!

Wystarczy jednak, że poleżę godzinkę, a już mnie dopada strachulec, że nie zdążę nadrobić zaległości. Że będę o te cztery kwadranse do tyłu. Zrywam się wtedy na równe nogi, otwieram na chybił trafił podręczniki, a potem faszeruję się wiedzą. Garściami wpycham w siebie mdłe definicje i ciężkostrawne wzory. Coraz więcej i więcej, byle nadrobić stracony czas. Zwykle udaje mi się ciutkę podgonić. I mam w zanadrzu kilka minut. Na wszelki wypadek.

Nie, to nie jest żaden wyścig szczurów. W wyścigu człowiek ciągle ogląda się do tyłu albo na boki. I bez przerwy się porównuje z resztą biegaczy. Tato uważa, że to niepotrzebne marnotrawienie energii.

- Powinnaś skupić się wyłącznie na sobie - przypomina. - Na własnym rozwoju.

Czyli na wchłanianiu. Bo im więcej przyswoję teraz, tym większy będę miała wybór kiedyś.

- A wybór oznacza wolność - tłumaczy mama. - Chyba jedyną, jaką możemy osiągnąć.

Dawniej trzeba było o nią walczyć, dziś jest na wyciągnięcie ręki. Pod warunkiem że się trochę postaram. Przysiądę fałd, popracuję, wykorzystam daną mi szansę. A więc żaden wyścig, raczej inwestycja. Wieloletnia, ale wyrabianie przepustki do lepszego życia musi potrwać. Za to, kiedy już się uda, czekają na człowieka same fajne rzeczy. Stylizowane meble, nowa terenówka co trzy lata, markowe ubrania na każdy sezon, dwupoziomowy apartament i na deser wakacje. Na południu albo za kołem polarnym. A poza tym podziw bliskich, szacun sąsiadów i zazdrość kumpli z Naszej Klasy. Nawet tych, których się ledwo pamięta.

- Zwłaszcza tych - podkreśla tato, napomykając, że ich z mamą stać było tylko na Balaton.

Warto się postarać. Dla wyboru, dla wolności i wczasów na Barbadosie. Czasem jednak, kiedy pomyślę o odległej przyszłości, ogarnia mnie straszliwy lęk. Co się stanie, kiedy już dobiegnę do celu? Gdy pokonam wszystkie poziomy i niczym Lara Croft ukończę misję? Stanę na szczycie stromej góry i zawołam: "To wszystko?! Tylko tyle?! Nic więcej?!". Zaraz jednak dopadają mnie wyrzuty sumienia. Wobec rodziców, bo tak się starają. Tyle dla mnie robią, żebym mogła się skupić na wspinaczce. A ja co? Zamiast czuć wdzięczność, ciągle się telepię jak osika. Przechlapane. Więc żeby nie dokładać im zmartwień, staram się udawać Zenkę. Zenka to w naszym szkolnym slangu mistrzyni małomiasteczkowego zen. Taka robi, co do niej należy. Nie rozgląda się na boki, nie nurkuje głębiej, niż to konieczne. I szuka dziury w płocie tylko wtedy, kiedy nie może go przeskoczyć. Cieszy się ze swojej szansy, a o tych danych komuś innemu po prostu nie myśli. Robię więc za Zenkę tu i tam, przez co moje życie społeczne bardzo się upraszcza. Tylko raz wypadłam z roli. Ale w drugiej gimnazjum każdy ma prawo do potknięć...

AGRAFKA

Przed andrzejkami Caro przyniosła do szkoły prawdziwy marokański khol, czarniejszy niż nasze myśli.

- Dostałam od kuzynki z Poznania - wyjaśniła, malując nam na przerwie próbne kreski. - Podobno jej się znudził. Znudził! Możecie to sobie wyobrazić?

Nie mogłyśmy. Absolutnie!

- I jak? - zapytała, machnąwszy ostatnią krechę. Zerknęłyśmy w lustro. Ja, Edzia, Karolcia z drugiej be, Karolcia mała, Karolcia duża, nasza Karolcia, zwana Caro, i Wiki Janiak. Siedem ubranych na czarno postaci z oczami jak Bill Kaulitz z Tokio Hotel.

- Rewelka - oznajmiłyśmy jednocześnie, natychmiast ścierając zachwyt z naszych bladych twarzy. Emo nie może się ekscytować, nawet czymś tak istotnym jak dobrze wykonany makijaż gotycki.

Przez następne dwa tygodnie malowałyśmy się po lekcjach i szłyśmy do Galerii Podleśnej, żeby rzucać pogardliwe spojrzenia zadowolonym z siebie zakupoholiczkom. Chyba że były wyprzedaże, wtedy same buszowałyśmy wśród wieszaków. Ale z bardzo ponurymi minami. Po powrocie do domu zmywałam szybko tusz. Nie to, że rodzice. Po prostu styl emo nie pasuje do pastelowych ścian. Ale nawet z twarzą jasną i czystą jak kwietniowe słońce czułam, że moje wnętrze wypełnia potężna gradowa chmura. Rodzice zauważyli zmianę po tygodniu. Ostentacyjnie człapiąc przez salon, oczekiwałam, że będą dopytywać, drążyć, może nawet nieudolnie pocieszać. Nic z tego! Zachowywali się jak zwykle. Zupełna znieczulica, uznałam, płacząc w ciemnej łazience. W akcie desperacji wbiłam sobie agrafkę w lewe ucho. Bez znieczulenia! Trzy dni później postanowili porozmawiać. Niedziela, duży pokój, nasz kwadratowy Okrągły Stół, a przy nim w regularnych odstępach: mama, tato, Weronika - moja starsza siostra, zwana Pierwszą, babcia, wujek Darek, ja i moje spuchnięte ucho.

- Zrobiliśmy rodzinną naradę - zaczął tato. - I wspólnie ustaliliśmy, że powinnaś też przebić prawe ucho.

- Koniecznie - wtrąciła siostra. - Inaczej będziesz wyglądała jak Van Gogh.

- Niby dlaczego?

- Sądząc po rozmiarze i barwie lewej małżowiny, czeka cię amputacja.

- Na moje oko za jakieś trzy dni - ocenił wujek. - Nie jest to ciężki zabieg, o ile nie natną za głęboko. Choć zdarzały się przypadki, że chirurg przebił się aż do migdałków.

- Darujmy sobie szczegóły - odezwała się mama. - Ważne, słonko, że zostaniesz bez ucha. A z jednym nie każdemu do twarzy.

- Więc lepiej pozbyć się drugiego, dla symetrii - zakończyła Pierwsza, wręczając mi ogromną stalową agrafkę. - Przebijamy tu czy w łazience?

Przez długą chwilę mierzyliśmy się spojrzeniami. Jeszcze minuta i rozlegną się salwy śmiechu. A tego nie zniesie żaden szanujący się emo.

- Nikt mnie nie rozumie, nikt! - rzuciłam, zrywając się od stołu. - Zwłaszcza wy!

- Do końca szkoły jej przejdzie - usłyszałam spokojny głos Pierwszej. - Może nawet wcześniej. Pamiętacie, jak w gimnazjum przedziurawiłam sobie język?

Pierwsza miała rację. Pewnego wrześniowego poranka wygramoliłam się spod kołdry i pstryk! Było po wszystkim. Chmura gradowa zniknęła, został jedynie cykor przed testem z matmy. Przez następne tygodnie usiłowałam robić dobrą (to znaczy chmurną) minę do złej gry. Parę razy ostentacyjnie zamknęłam się w szafie mamy, żeby wycisnąć kilka łez czarnych od jej tuszu. Nic z tego! To tak, jakby wskrzesić dawno wystygłe zauroczenie. Żeby się człowiek napinał z całych sił, nie poczuje niczego poza narastającą irytacją. Zresztą straciłam motywację do napinania, bo Karolcia z drugiej be sprzedała nam newsa, że styl emo to obciach i zabawa nowobogackich dzieciaków ze strzeżonych osiedli. A zaraz potem zaczął się hardkor w szkole i przestałam nawet malować oczy. Nie było kiedy. Zresztą rano przed lekcjami ręce trzęsły mi się tak, że bałam się skuchy. Jeden fałszywy ruch i masz ołówek w źrenicy.

...A teraz prawie...

...A teraz prawie się nie maluję. Chyba że na imprezy, wtedy wiadomo. Puder, błyszczyk, tusz. Czasem korektor, żeby zamaskować niespodziewany gejzer na czole albo sińce od niewyspania. Mama chętnie pożycza mi swoje ciuchy, podpowiada też, czym zasłonić brzuch i solidne uda. Nie, nigdy nie piśnie ani słówkiem, że jestem nieforemna czy przysadzista. Stwierdza tylko:

- W tej morskiej tunice wyglądasz całkiem zgrabnie. A jak założysz kozaczki na koturnie, to masz nogi do samego nieba. Fryzura? Najlepiej koński ogon. Bardzo wysmukla ci szyję.

Niby powinnam się cieszyć. A jednak te wszystkie komplementy tylko mi przypominają, jak wyglądam bez kozaków, morskiej tuniki i końskiego ogona. Beznadziejnie. Reprezentuję typ urody, który krewni z Torunia kwitują uwagą: "Na szczęście Dobromiła świetnie się uczy". Nie, nie jestem wcale paskudna, wtedy przynajmniej rozpoznawano by mnie na osiedlu. "Miłka? Ta ogrzyca?" - powtarzaliby ludzie. "Pewnie, że kojarzę! Takiej nie sposób przeoczyć, nawet na zatłoczonym stadionie". Mnie czasem nie sposób wyłuskać z sześcioosobowej paczki koleżanek. Na imprezach ciągle słyszę: "To myśmy się już spotkali? Rany, nic nie pamiętam". Dosyć upokarzające, zwłaszcza jeśli to mówi przystojny blondyn, o którym marzysz już czwarty tydzień. W gimnazjum zastanawiałam się nawet, czy nie zrobić z siebie megapasztetu. Skoro normalna metamorfoza nie jest możliwa, pojadę w drugą stronę! A co tam! Zgolę brwi, zapuszczę dredy, naszpikuję ciało stalowym złomem (poczynając od uszu), roztyję się do granic przyzwoitości i będę nosić obcisłą czarną miniówę z winylu. "Nareszcie będę rozpoznawalna" - wzdychałam, zwierzając się siostrze. Pierwsza oświadczyła, że przerabiała to samo i że na pewno mi przejdzie do końca gimnazjum. Razem z piegami, dodała i jak zwykle się sprawdziło.

Teraz, po miesiącu pobytu w nowej szkole, uważam, że pewna przezroczystość bywa całkiem wygodna. Na przykład na francuskim. Albo na wuefie, kiedy trzeba skakać przez cholernego kozła. Mogę się obijać, podpierając dowolnie wybraną ścianę, magister Taborak i tak zwróci uwagę komu innemu (na ogół Caro). Ale kiedy szykuję się na imprezkę, a mama krąży dookoła, bezskutecznie usiłując mnie podrasować niczym byle jaką brykę, chciałabym się zamienić miejscami z Keirą Knightley. Choć na jeden wieczór. Ciekawe, co na to Keira.

*

- Czegoś tu nie łapię - zagadnął mnie kiedyś tato. - Skoro tak pragniesz się wyróżniać z tłumu, dlaczego robisz wszystko, żeby na imprezach nie odstawać od reszty? Nie ma w tym sprzeczności?

Oczywiście, że nie. Każda kumata szesnastolatka wie, że kiedy się wyróżniasz, jesteś ponad tym, co szare i przaśne. Budzisz podziw przeciętniaków. A kiedy odstajesz, w najlepszym razie budzisz pogardę. Zwykle jednak nikt cię nie dostrzega. Jakbyś nie istniał. Zero człowieka! Już miałam to wszystko wyjaśnić tacie, ale mama była szybsza.

- To kwestia właściwych proporcji, kochanie. Jeśli chcesz się wyróżniać, musisz mieć to, co inni, tylko troszkę bardziej.

Oczywiście w tę właściwą stronę. A więc troszkę bardziej fikuśne albo szykowne, lepiej wykończone i oczywiście markowe. Z troszkę lepszego sklepu na troszkę lepszej ulicy, z troszkę lepszej części świata (choć szyte przez ludzi trzeciej kategorii). Proste? Niekoniecznie, bo:

- Jeśli odrobinę przesadzisz, już odstajesz. I spadasz o półkę niżej.

Mama na szczęście nie ma z tym problemu. Nawet na co dzień wygląda jak wycięta z reklamy niemieckiego jogurtu. A ja? Nadal eksperymentuję, z różnym skutkiem. Raz jestem jak meduza, to znowu niepotrzebnie zwracam uwagę (ostatnio na francuskim). Dziś, niestety, też czuję, że będzie pod górkę, bo już za siedem godzin na plan pierwszy wskoczy Weronika. Przyjeżdża późnym wieczorem, jak zwykle obładowana worem pełnym brudów. I opowieściami z dreszczykiem, okraszonymi efektownym happy endem (Było strasznie, ciężko i pod górkę, ale dałam radę. Jak zwykle). Z dworca odbierze Weronikę komitet powitalny w składzie: mama, tato i pół tony ich tęsknoty upchanej w bagażniku naszego wiernego peugeota. Z chwilą, kiedy Pierwsza przekroczy próg mieszkania, ja - Dobromiła Groszek, inteligentna i odpowiedzialna uczennica pierwszej LO - zniknę, a moje miejsce zajmie Dobrusia/Milusia, zagubiona, nieśmiała ośmiolatka z półotwartą buzią. Wyjątkowo upokarzające doświadczenie, zwłaszcza przy starszej siostrze, której chciałoby się jakoś zaimponować. Nic dziwnego, że kiedy słyszę: "Dobrusiu, nie pijemy tak szybko" (to mama) albo "Milusiu, zjedz pyszny rosołek" (to tata), mam ochotę krzyczeć: "Nie jestem ani dobra, ani miła! I nie cierpię rosołu!!! Od zawsze!!!". Chce mi się ryknąć tak, żeby usłyszała sąsiadka z parteru (ta, co nigdy nie słyszy domofonu, za to wychwytuje w promieniu dziesięciu kilometrów każdą plotkę, nawet rzuconą szeptem). Ale podnoszenie głosu w naszym domu jest dozwolone tylko w kilku wyjątkowych sytuacjach. Trzęsienie ziemi, pożar całego osiedla albo oblanie stopy wrzącym ołowiem. Poza tym nie krzyczymy. Siedzę więc cicho, wtopiona w romantyczny wzorek na fotelu, i kombinuję, jak tu się wyróżnić. Niestety, uwaga rodziców pozostaje skupiona na Pierwszej. Tato już od rana pichci kolejne wymyślne dania, a mama dezynfekuje każdy centymetr paneli z brzozy.

- No, teraz dobrze - pochwaliła się przed chwilą. - Weroniczka śmiało mogłaby jeść z podłogi.

- Zaproponujmy jej to dla odmiany - mruczę pod nosem. W sumie mogłabym się odezwać pełnym głosem. I tak mnie nie usłyszą; myślami są daleko stąd, przy Pierwszej.

Pewnie już się spakowała, żeby zdążyć na autobus o piętnastej.

No i proszę, nie mówiłam? Rodzice wprawdzie krzątają się tuż obok, ale tak naprawdę siedzą w akademiku Pierwszej, pomagając jej dopiąć plecak.

- Filety z morszczuka gotowe - oznajmił tato, bardzo z siebie zadowolony. - Dla Milusi wersja niskokaloryczna, oczywiście.

Dziękuję za taką troskę! Przy każdej okazji przypominać młodszej córce o jej pięciu kilogramach nadbagażu.

- Tylko trzech i to niecałych - sprostowała mama. - Do końca jesieni na pewno je zrzucimy.

"Zrzucimy", dobre sobie! Przecież to ja będę zaciskać pasa i robić kółka po osiedlowym deptaku.

- Damy radę - zapewnił tato. - Weronika też kiedyś miała problemy, a teraz, popatrz sama.

Rozmiar 34, za to apetyt jak u młodego wróbla przed zimą. Pierwsza je tyle, ile waży, zwłaszcza podczas najazdów na rodzinną lodówkę. A spala szybciej niż bolid. Mama twierdzi, że to przez nadmiar zajęć. Oraz stres. No proszę, jedni zawdzięczają mu rozległe zawały i wrzody, a moja siostra - sylwetkę Keiry Knightley. I jak tu z taką rywalizować?

*

Mission impossible. Wiem, bo próbowałam. Wczoraj bite cztery godziny, aż wreszcie wysłali mnie spać, tłumacząc, że chcą porozmawiać jak dorośli. Jak dorośli! Zgaszona w tak brutalny sposób, bez słowa poczłapałam do swojego pokoju. Dziś zerwałam się przed ósmą, zwarta i gotowa do boju. Wzięłam prysznic (rano to o wiele łatwiejsze, bo po kolacji łazienkę obejmuje we władanie moja siostra), związałam włosy w ciasny supeł, wbiłam ciało w bojówki i militarny T-shirt z ruskim czołgiem, a potem wtargnęłam do kuchniojadalni, by walczyć o należne miejsce w kadrze. Koło południa wydawało mi się, że jestem bliska zwycięstwa. Nerwowo podgryzając fistaszki (kupione specjalnie dla Pierwszej), zachłysnęłam się i zaczęłam tak kaszleć, tak przeraźliwie rzęzić, że natychmiast wróciłam na pierwszy plan. Gdzie przebywałam niecałe cztery minuty, bo tyle trwała akcja uwalniania orzeszka z mojej krtani.

- W przedszkolu krztusiłaś się non stop - przypomniał tato, podając mi szklankę wody. - Myślałem, że mamy to za sobą.

- Nie możesz tak nerwowo jeść - poradziła siostra, wsypując sobie do paszczy pełną garść migdałów.

- Nerwowo i zachłannie - podjęła mama, z pewnym wyrzutem w głosie. - Musimy, słońce, pamiętać o czterech kilogramach nadbagażu.

"Już nie trzy, tylko cztery?" - chciałam zapytać, ale ośmioletnim Dobrusiom nie wypada łapać dorosłych za słówka. Zrobiłam więc to, w czym my, dzieci oraz ryby, specjalizujemy się od tysięcy lat. Pogrążyłam się w ponurym milczeniu. Ale po wyłączeniu fonii było jeszcze gorzej. Zwracano na mnie uwagę tylko po to, żeby:

~ wręczyć mi kolejny talerz do umycia,

~ zlecić zaparzenie herbaty,

~ poprosić o sól/pieprz/cukier/serwetki. Albo czysty widelec.

O głos nie proszono mnie wcale. Dość, uznałam wreszcie, postanawiając zagęścić atmosferę. Zwlokłam się z fotela, odkaszlnęłam dla większego efektu.

- Znowu fistaszek? - zażartował tato.

Mogłabym się obrazić, ale zamiast tego oznajmiłam zbolałym (także od wymownego milczenia) głosem, że idę na rower.

- Świetny pomysł - odparła mama, poprawiając Pierwszej poduszkę pod lędźwiami.

Czy ja dobrze słyszałam? Przecież w zwykłą niedzielę to byłoby nie do pomyślenia. Zasada jest taka, że trawimy niedzielny obiad razem (choć osobno), usadowieni przy kwadratowym Okrągłym Stole. Możemy wrócić do siebie dopiero po relaksującej herbatce z greckich ziół i familijnym Serialu. Niestety, dziś jest Zupełnie Inna Niedziela. Święto irytujących wyjątków od reguły. Tylko że nie brałam takiej opcji pod uwagę. I co teraz?

- Naprawdę? - dopytywałam, z pozornym luzem w głosie. Może jeszcze zmienią zdanie?

- Jedź, jedź, trochę się dotlenisz.

- Przydałoby się. Siedzi blada i skwaszona, jak przeterminowany twaróg.

Nienawidzę, kiedy Pierwsza, stojąc tuż obok, mówi o mnie w trzeciej osobie. Robi przy tym minę Bardzo Dorosłej Kobiety, która osiemnastkę ma już całe trzy lata za sobą. I jeszcze wytyka mi bladość. Ona, która zużywa pół kilo różu na kwartał. Hipokryzja do entej!

- Faktycznie, chyba się nie wyspała - podchwyciła mama, taksując mnie wzrokiem jak zmiętego kurczaka z Hipermarketu Pod Lasem.

Miałam ochotę zawołać: "Halo, ja tu jeszcze jestem!". Ale zabrakło mi... sama nie wiem czego. Może motywacji?

- To jadę - ostrzegłam. - Na porządną przejażdżkę. Długą i wyczerpującą!

- Znakomicie.

Cholera, teraz już nie mogę się wycofać. Klamka zapadła. Trzeba będzie machnąć parę kółek po osiedlu. Powoli zaczęłam sznurować buty, wściekła... a na kogo, jak nie na siebie? Mogłam się wylegiwać na miękkim fotelu w romantyczny wzorek, to zachciało mi się cholernych demonstracji.

- Przy okazji można by zawieźć babci kawałek pieczeni.

To właśnie moja mama. Zamiast poprosić normalnie: "zawieź, odkurz, pozamiataj", porusza się opłotkami. "Można by zawieźć"; "Teraz sobie pozamiatamy"; "Potem się odkurzy". A przecież wiadomo, kto to zrobi. Krasnoludki już u nas nie mieszkają; zostały w starym mieszkaniu w Niziołkach.

- Co mam zawieźć? - spytałam zła, że jak zwykle daję się złapać na haczyk. Wystarczy, że mama powie: "teraz się pozmywa", a ja od razu ustawiam się przy zlewie, z gumowymi rękawicami na swoich wielkich dłoniach.

- Babcia nie przyjdzie? - zdziwiła się siostra.

- Niestety, wczoraj ją złapało paskudne przeziębienie. Została w łóżku. A tak się cieszyła, tak cieszyła na to spotkanie!

Na pewno. Powtarza wszystkim sąsiadkom, że tydzień bez nas to tydzień stracony. Rodzina bowiem jest jedynym sensem jej życia. To dla nas sprząta, gotuje, piecze i w ogóle podnosi się z łóżka przed siódmą rano. Kiedy sobie o tym pomyślę, czuję się dziwnie obciążona. Ale wolę nie poruszać tematu przy rodzicach; zaraz by uznali, że jestem niewdzięczna. Nawet jeśli nikt by mi tego nie powiedział wprost, to i tak bym się domyśliła, po minach.

- Może ją odwiedzę po kolacji?

Proszę, proszę, jaka z tej mojej siostry dobra wróżka. Wpadła do domu tylko na półtora dnia, ale potrafi uszczknąć parę godzin i zanieść babci w prezencie. Nic dziwnego, że wszyscy się wzruszyli. No, prawie wszyscy.

- Babcia nie lubi niespodzianek - wtrąciłam naburmuszona.

- Ojej, rzeczywiście - przyznała mama. - Przez chorobę nie pofarbowała włosów. Czułaby się niekomfortowo, przyjmując cię w takim stanie.

Ale Dobrusi można pokazać wszystko. Siwe odrosty, sprane barchany i przedpotopowy szlafrok ze stylonu. W końcu to tylko dziecko. Nie trzeba przy nim dbać o pozory. Wcale a wcale!

- Zresztą nie chcemy, żebyś się zaraziła - argumentował tato. - Masz tyle ważnych spraw w Krakowie.

Co innego Milusia. Zajmuje się wyłącznie błahostkami. A piątki pojawiają się w jej dzienniczku same. Zirytowana wypadłam z domu, nie czekając, aż tato zaproponuje mi pomoc w dźwiganiu roweru. Zresztą, mówiąc szczerze, wcale się nie kwapił. Łaski bez! Dam radę! Wytaszczyłam rower, zapięłam kask, ochronne rękawiczki, przymocowałam cztery odblaskowe światełka i już miałam ruszyć z piskiem opon, gdy dostrzegłam Mattiego. Tuż przed kierownicą. Jak on to robi? Zawsze pojawia się znienacka, niczym zjawa, i od razu mnie ostrzeliwuje pytaniami.

- Dokąd się tak śpieszysz? - zaczął, jak zwykle się nie witając. "Dzień dobry" mówi wyłącznie moim rodzicom, w celu wytworzenia właściwej atmosfery.

- Wreszcie jakaś randka? - zażartował.

- Wreszcie? Coś ci chyba umknęło.

- Nie mów, że już miałaś kogoś poza mną - oburzył się Matti. - Przecież bym wiedział!

"Poza mną"? Ktoś tu chyba żyje w wirtualnej rzeczywistości. Ale tym razem daruję sobie sprostowania. Na ogół (sądząc z kolorowej prasy) odnoszą odwrotny skutek. Zresztą każdy ma prawo do swojego Matriksa.

- Na pewno bym wiedział - powtórzył pewnym siebie tonem.

- Miałam. Nawet paru - odparłam, robiąc minę femme fatale kina niemego. - W ostatnie wakacje na przykład.

Nagle poczułam, jakby ktoś przejechał metalową łyżką po dnie przypalonego gara. Bo do tego można sprowadzić całe to wakacyjne chodzenie. Spodziewałam się cudów, wianków na kiju, a dostał mi się jeden wielki zgrzyt złożony z setek minizgrzycików. Przy czym najgorszy był zgrzyt cudzych zębów o moje wypolerowane na maksa trójki.

- Nic, było minęło - ucięłam, lekko wzdychając. Niech sobie Matti myśli i wyobraża.

- Jakaś ściema, skoro nie przetrwało do jesieni - podsumował z ironicznym uśmiechem.

- Wręcz przeciwnie.

- Jeśli szukasz pocieszenia... - zaoferował, rozejrzawszy się ostrożnie na boki.

- Dam ogłoszenie do kablówki. Na razie szukam spokoju. Co najmniej do końca zimy - podkreśliłam, zanim Matti ponowił swoją superofertę: "zanudzę cię na śmierć".

Potem zgrabnie go wyminęłam i popędziłam w stronę garaży. Stamtąd wałem wzdłuż lasu aż do Obojni. Pedałowałam, ile sił w nogach, byle szybciej, byle dalej od paskudnych myśli. I od Mattiego. Wiem, jestem dla niego okropna. Ale naprawdę inaczej się nie da! Wystarczy, że pogadamy dłużej niż pięć minut, i już zaczyna mi się kleić do tuniki. Gorzej niż balonówka! Jedyny sposób, to wsadzić (jedno i drugie) do zamrażalnika. Niech skruszeje. Zresztą raz już dałam Mattiemu szansę, na komersie, i pozwoliłam, żeby odprowadził mnie aż pod szkołę. Przez całą drogę truł mi o swoich życiowych rekordach w:

~ Silent Hill,

~ Street Fighter,

~ Grand Theft Auto, seria 1, 2 i 3,

oraz

~ w Resident Evil.

Ja grywam tylko w madżonga. Zwykle na wakacjach, w nudne deszczowe dni. I odpuszczam po drugiej kolejce. Kiedy więc Matti wyliczał i wyliczał, i wyliczał kolejne rekordy, pędziłam, ile sił, byle mieć to już za sobą. W życiu tak się nie śpieszyłam do szkoły. Dopadłam szatni w ostatniej chwili. Jeszcze minuta i zasnęłabym w biegu!

Niestety, mama jest Mattim autentycznie zachwycona. Bez przerwy powtarza, jaki to złoty chłopak. Grzeczny, spokojny, akuratny (co za okropne słowo! Jeszcze bardziej obciachowe niż naftalina). Lubi majsterkować i wytrwale dąży do celu.

- Wprost idealny materiał na męża - dodaje, a mnie od razu robi się słabo.

Bo ja nawet nie wiem, czy chcę wyjść za mąż. Może kiedyś, za dwieście pięćdziesiąt lat, ale na razie mam szesnaście (chyba że przyjeżdża Pierwsza, wtedy wiadomo - naciągane osiem). I wystarczyłby mi zwykły chłopak. Zresztą posiadanie męża to strasznie poważna sprawa. Ciągle trzeba o niego zabiegać. Krzątać się, dogadzać, tworzyć właściwy nastrój, inaczej sobie pójdzie, jak straszą w telewizji różne boleśnie doświadczone panie. Już nie można się powygłupiać, ot tak. Jeśli zabawa, to żaden spontan, a zaplanowane rok wcześniej wakacje w Egipcie albo w Maroku. Pod warunkiem że euro znowu nie podskoczy. Nawet sam ślub ma niewiele wspólnego z romantyzmem. To tylko pierwsze z niekończącej się listy zadań. Mnie wystarczy tych, które już mam po szkole. A określenie "materiał na męża"? Jeszcze obleśniejsze niż "akuratny" czy "naftalina". Kojarzy mi się z kawałkiem cielistego trykotu, który można dowolnie kroić, naciągać i zszywać. Najlepiej według szablonu dołączonego do "Supergospodyni". Zresztą, jak można chodzić z kimś wyłącznie dlatego, że dobrze rokuje? To nie związek, tylko... przymiarki. Dlatego kiedy spotykam tak chwalony przez mamę trykot "Matti", robię duży skok w bok. I zmykam, aż się kurzy.

Ale nie mija pięć minut, a już mi głupio. Już mnie coś uwiera, jak w tej chwili. Cholerne wyrzuty, wyskakują w najmniej oczekiwanym momencie. Żeby im uciec, zaczęłam energiczniej pedałować. Szybka jazda to najlepszy sposób, by wytrząść z siebie wszystkie robale. Niestety nie do zastosowania nad ranem, a właśnie wtedy najbardziej by się przydało przeprowadzić dezynsekcję duszy. Czasami, kiedy nie mogłam zasnąć do czwartej, próbowałam sobie wyobrażać, jak śmigam w dół. Z górki na pazurki. Ale nie ma to jak prawdziwa jazda bez trzymanki, kiedy oczy łzawią od wiatru, uszy odpadają z zimna, za to w sercu taka lekkość, taka niesamowita lekkość, że człowiekowi chce się śmiać i płakać na przemian. Wystarczy jednak, że schowam rower do piwnicy i wejdę na trzecie piętro, gdzie mieszkamy, a napięcie... ups... chyba trochę się zagalopowałam, bo zupełnie nie pamiętam tego parkingu. Zapuszczony jakiś, ukryty w lesie. Nigdy tu nie byłam, na pewno nie sama. Postanowiłam, że odpocznę chwilę i wrócę do miasta.

Oparłam rower o wielki kontener pełen plastikowych odpadków. Nagle spod spodu wyprysnęło coś kudłatego, w trzech kolorach z przewagą rudości. Przeleciało mi po nogach jak piorun kulisty i natychmiast przycupnęło za najbliższym drzewem. Z wrażenia pisnęłam, kryjąc się za pojemnikiem. Co teraz? "Muszę koniecznie dostać się do roweru" - powtarzałam niczym mantrę, usiłując uciszyć rozszalałe serce. To tylko cztery susy. Albo osiem spokojnych kroków, żeby nie sprowokować tego czegoś, które tylko czyha, by zaatakować moją łydkę, i... nagle zobaczyłam jego oczy. Równie przerażone, co moje. Tyle że czarne i maciupeńkie jak ich właściciel. Rany, a ja myślałam, że to zabłąkany wilkołak! Zawstydzona od razu sobie przypomniałam przygodę z wężem...