Agnes Sharp i morderstwo w Sunset Hall - Leonie Swann

Kup ebooka

44.90 zł
30.93 zł (30,93 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog. Z zimną krwią

Pro­log

Z zimną krwią

Hettie było gorąco. Za dużo czasu spę­dziła na swoim kamie­niu do wygrze­wa­nia się, popo­łu­dniowy upał prze­nik­nął jej przez sko­rupę i teraz brzę­czał jej w gło­wie nieco natręt­nie. Jak każde odpo­wie­dzialne zwie­rzę zmien­no­cieplne musiała zabrać się za powrót do rów­no­wagi, a wła­ści­wym do tego miej­scem tra­dy­cyj­nie już był cie­ni­sty wąwóz wśród sta­rych doni­czek za nie­bo­siężną ścianą drewna, gdzie ze szcze­lin nie­po­strze­że­nie wyra­stały papro­cie, a po wil­got­nej ziemi peł­zały śli­maki.

Het­tie ruszyła w drogę, pokryta łuskami noga za pokrytą łuskami nogą. Żwi­rową ścieżką, pod hor­ten­sjami, obok wiel­kiego pniaka.

Coś jed­nak wyglą­dało ina­czej niż zazwy­czaj. Tam, gdzie zwy­kle wzno­siła się się­ga­jąca nieba drew­niana ściana, tym razem nie było nic, tylko wielka, zie­jąca pustka, a dalej cień. Jak wszyst­kie żół­wie, Het­tie nie grze­szyła cie­ka­wo­ścią, ale to nie­znane kró­le­stwo cieni wyda­wało się kuszące. Wdra­pała się po ram­pie, krótko zawa­hała na gra­nicy słońca i mroku, po czym wsu­nęła głę­biej w przy­jemny chłód. Jej sko­rupa otarła się o stare drewno, wygła­dzone przez czas i nie­zli­czone wiel­kie stopy. Rów­nież teraz poczuła zapach tych wiel­kich stóp, bli­ski i nie­po­zo­sta­wia­jący wąt­pli­wo­ści, słony i skó­rza­sty.

W zasa­dzie Het­tie nie miała nic prze­ciwko wiel­kim sto­pom, zawsze obcho­dziły się z nią z sza­cun­kiem, a cza­sem towa­rzy­szyły im ręce trzy­ma­jące sałatę. Ośmie­lona popeł­zła dalej, głę­biej w cień.

Tam z tyłu. Aha.

Od razu zauwa­żyła, że z tymi wiel­kimi sto­pami coś było nie tak. Ina­czej niż więk­szość ich krew­nia­ków nie spo­czy­wały one pła­sko i sta­bil­nie na pod­łożu, lecz ich spi­cza­ste końce ster­czały ku górze, gdzieś w eter, tam, gdzie świa­tło sło­neczne prze­ci­nało mrok, a w powie­trzu tań­czyły gwiazdki kurzu.

Naprawdę nie­zwy­kłe. Para stóp była też dziw­nie nie­ru­choma. Ewi­dent­nie chora. Het­tie jesz­cze ni­gdy nie widziała cho­rej wiel­kiej stopy. Poczuła coś jakby cie­ka­wość, a jeśli nie cie­ka­wość, to przy­naj­mniej ape­tyt. Na próbę i nieco zuchwale ugry­zła jedną z wiel­kich stóp. Stopa nie bro­niła się i Het­tie trium­fal­nie ugry­zła ją drugi raz, bar­dziej dla zasady niż z entu­zja­zmu. Skó­rza­sta i twarda. Nie w jej guście. Tam, gdzie znaj­do­wały się wiel­kie stopy, naj­czę­ściej w oko­licy krę­ciły się też ręce trzy­ma­jące sałatę. Zde­cy­do­wała się ich poszu­kać i ku swo­jemu zdu­mie­niu stwier­dziła, że po dru­giej stro­nie stóp gdzieś w dal cią­gnie się cała seria pagór­ków, dolin i krzy­wizn.

I rze­czy­wi­ście: tam dalej, głę­biej w ciem­no­ści, spo­czy­wała jedna z rąk trzy­ma­ją­cych sałatę. Tylko że nie trzy­mała sałaty i wyda­wała się zwi­nięta w kłę­bek. Przy­po­mi­nała tro­chę mar­twego pająka.

Żół­wie to ogól­nie gatu­nek raczej nie­cier­pliwy, ale Het­tie była wyjąt­kiem. Potra­fiła cze­kać. Przede wszyst­kim na sałatę. Zna­la­zła sobie wygodne miej­sce u stóp pagór­ków two­rzą­cych nie­zwy­kły kra­jo­braz. Nie­zbyt cie­płe i nie­zbyt zimne. Przy­tulne, ale nie klau­stro­fo­biczne. Dało się wytrzy­mać.

Kiedy jed­nak nawet po dłuż­szym cza­sie żadna sałata się nie poja­wiła, Het­tie uznała, że dosyć tego cze­ka­nia. Poza tym pagó­rek obok niej, począt­kowo utrzy­mu­jący przy­jemną tem­pe­ra­turę, stop­niowo sta­wał się coraz chłod­niej­szy, wręcz nie­przy­jem­nie zimny, a muchy zaczęły jej grać na ner­wach. Naj­pierw były tylko ze dwie czy trzy i Het­tie zigno­ro­wała je po żół­wiemu, ale teraz krą­żyła już w górze cała chmara. Brzę­czała, uno­siła się i opa­dała, obtań­co­wu­jąc pagó­rek i samą Het­tie. Kiedy jedna z much bez­czel­nie wylą­do­wała żół­wicy na gło­wie i pró­bo­wała napić się z jej oka, obu­rzona Het­tie pod­nio­sła się ze swo­jego miej­sca i przez dziw­nie lepką, meta­licz­nie pach­nącą kałużę powę­dro­wała z powro­tem na zewnątrz, w popo­łu­dniowe słońce.

Rozdział 1. Ciasteczka Edwiny

Roz­dział 1

Cia­steczka Edwiny

Zadź­wię­czał dzwo­nek i Agnes Sharp prze­rwała poszu­ki­wa­nia swo­ich trze­cich zębów, jed­no­cze­śnie ucie­szona i ziry­to­wana.

Ucie­szona, ponie­waż w ogóle usły­szała dzwo­nek -?jej uszy nie chciały ostat­nimi czasy za bar­dzo współ­pra­co­wać i cza­sem sły­szała tylko jakiś wysoki, iry­tu­jący dźwięk oraz szumy. Dla­tego dzwo­nek do drzwi sta­no­wił miłą odmianę.

Z dru­giej strony dość nie­zręcz­nie będzie otwie­rać drzwi bez wspo­mnia­nych trze­cich zębów, seple­niąc nie­zro­zu­miale. Jed­nak z zębami czy bez gościa nale­żało spła­wić, zanim wpad­nie na pomysł, żeby zacząć węszyć po ogro­dzie.

-?Jusz idę! Chwi­leszkę! -?wrza­snęła w stronę przed­po­koju, po czym ruszyła w drogę. Wyj­ście z pokoju. Uwaga na próg! Potem schody. Jeden krok, jeden scho­dek, dosta­wić drugą stopę. Wywo­łu­jąca zawroty głowy chwila braku rów­no­wagi, oddech, zebra­nie odwagi na drugi sto­pień. I tak dalej. Dwa­dzie­ścia sześć razy.

Chwi­leczkę. Aku­rat!

Dzwo­nek zadźwię­czał jesz­cze raz.

Bio­dro zapro­te­sto­wało.

Kolejny dzwo­nek.

-?Chwi­leszkę, do cho­lery!

Kiedy dotarła na pierw­szy podest, miała już w sobie solidną dozę wście­kło­ści na schody, na dzwo­nią­cego, na wia­ro­łomne trze­cie zęby, ale też na swo­ich współ­lo­ka­to­rów. Dla­czego to zawsze jej przy­pa­dały w udziale te nie­przy­jemne zada­nia? Takie jak cho­dze­nie po scho­dach. Albo wyno­sze­nie śmieci. Albo... w ogóle wszystko!

Edwina zeszłaby po scho­dach tro­chę szyb­ciej, ale przy drzwiach była oczy­wi­ście bez­u­ży­teczna. Ber­na­dette sie­działa w swoim pokoju i wypła­ki­wała sobie ślepe oczy. Mar­sza­łek był o tej porze naj­czę­ściej gdzieś w inter­ne­cie, nie­osią­galny, połą­czony z kom­pu­te­rem jakby jakąś pępo­winą. A od Win­stona oczy­wi­ście nie można było ocze­ki­wać, że zej­dzie na dół bez pod­no­śnika scho­do­wego.

Dla­czego nikt nie zre­pe­ro­wał tego dur­nego pod­no­śnika?

Potem Agnes przy­po­mniała sobie, że to ona miała wezwać maj­stra, ale przy swoim nie­obli­czal­nym słu­chu i awer­sji do tele­fonu cią­gle prze­kła­dała to na póź­niej. Czyli sama jest sobie winna, jak się to ostat­nio czę­sto oka­zy­wało.

Jako kozioł ofiarny pozo­stał już tylko gość dzwo­niący do drzwi, na któ­rego była już teraz naprawdę wście­kła.

Poko­nała ostatni scho­dek i z wyra­cho­waną powol­no­ścią ruszyła w stronę drzwi, do wtóru ury­wa­nych dźwię­ków kolej­nych dzwon­ków. Głu­cha jest czy co? Co ten gbur sobie wyobraża? Czego on w ogóle chce o tej porze? I wła­ści­wie która godzina?

Agnes pogme­rała krótko przy zasuwce, po czym otwo­rzyła drzwi. Naj­chęt­niej od razu powie­dzia­łaby natrę­towi coś do słu­chu, ale nic jej nie przy­szło do głowy.

-?No więc? -?wark­nęła. Nie­zbyt dobrze to paso­wało, więc roz­zło­ściła się jesz­cze bar­dziej.

-?Eee, pani Sharp? -?Dzwo­niący bez­czel­nie zaj­rzał jej przez ramię do wnę­trza domu. Jakiś cho­lerny mło­dzik w oku­lar­kach urzęd­nika, z aktówką pod pachą. To nie mogło ozna­czać nic dobrego. Agnes skrzy­żo­wała chude ramiona na piersi, pod­czas gdy mło­dzik z lek­kim opóź­nie­niem przy­wo­łał na twarz ujmu­jący uśmiech. -?Pani Sharp, mam dla pani wspa­niałe wie­ści!

Lepiej by było, gdyby tego nie powie­dział. Do tej pory Agnes zamie­rzała po pro­stu pla­nowo spła­wić intruza, ale teraz szlag ją tra­fił. Wspa­niałe wie­ści? Aku­rat dzi­siaj? Tego już za wiele!

Mimo braku zębów posta­rała się o życz­liwy uśmiech star­szej pani -?z umiar­ko­wa­nym powo­dze­niem, jak wywnio­sko­wała z peł­nej powąt­pie­wa­nia miny agenta.

-?Ojej, dla mnie? Czu­dow­nie! Pro­szę wejść do sza­lonu!

Sam był sobie winny!

-?Jesz­cze jedno cia­steczko?

Gdzie do licha są jej zęby?

Mło­dzik mil­cząco potrzą­snął głową. Jeden jedyny raz nad­gryzł cia­steczko i od tam­tej pory sie­dział dziw­nie spięty w wysie­dzia­nym fotelu uszaku i prze­żu­wał. Agnes nalała mu do fili­żanki żół­tej jak siuśki her­batki proz­dro­wot­nej i z uda­wa­nym zain­te­re­so­wa­niem stu­dio­wała ulotkę, którą intruz wci­snął jej do ręki.

Gość odło­żył nad­gry­zione cia­steczko z powro­tem na talerz -?stuk­nęło chłodno jak kamień na kamie­niu. Cia­stecz­kami Edwiny gar­dziły z reguły nawet myszy, ale na takie oka­zje jak ta były nie­oce­nione.

-?Mieszka tu fani szama? -?zapy­tał z peł­nymi ustami.

Nie miał ochoty ani prze­łknąć cia­steczka, ani go wypluć i tym samym utknął w miej­scu.

Agnes pomy­ślała o Win­sto­nie, pła­czą­cej Ber­na­dette, o Edwi­nie, która pew­nie wła­śnie pró­bo­wała odna­leźć swoją wewnętrzną rów­no­wagę za pomocą jogi, o Mar­szałku, a w końcu o Lil­lith i głę­boko wes­tchnęła.

Gość współ­czu­jąco poki­wał głową.

-?Wła­śnie dla takich oszób jak pani nasza oferta jeszt ide­alna. Będziemy rza­rzą­dżać pani domem, zaj­miemy szę wynaj­mem. Zaj­miemy szę wszyszt­kim, pod­czasz gdy pani będzie szpę­dżać żłotą jesień życia w Lipo­wym Zakątku...

Zamilkł i dziw­nie zesztyw­niały zer­k­nął na pod­łogę za ple­cami Agnes, gdzie wła­śnie z cha­rak­te­ry­styczną ele­gan­cją prze­cho­dziła żół­wica Het­tie.

Na sko­ru­pie miała trze­cie zęby Agnes. Pew­nie już od dłuż­szego czasu jeź­dziły po domu na jej grzbie­cie -?bez­cie­le­sny, ruchomy uśmiech. Coś takiego wła­śnie Mar­sza­łek zwykł nazy­wać poczu­ciem humoru!

Agnes wychy­liła się mocno, się­gnęła i zdo­łała je zła­pać. Eureka! Prędko wsa­dziła sobie szczękę do ust i wyszcze­rzyła na mło­dzika rząd nie­ska­zi­tel­nych zębów.

-?Złotą jesień życia, mówił pan?

-?Bez żad­nych trosk finan­so­wych! -?Agent ska­pi­tu­lo­wał i wstał. - Naprawdę chęt­nie bym jesz­cze poga­wę­dził, ale...

-?Już pan chce iść? Jaka szkoda. Jest pan pewien, że nie chce pan jesz­cze...?

Agnes unio­sła groź­nie dru­gie ciastko, ale mło­dzie­niec był już w dro­dze do drzwi, no i tym lepiej.

Bo tam w dre­wutni leżała Lil­lith, z kulą w gło­wie i uśmie­chem na ustach.

Zapo­wia­dał się męczący dzień.

Posie­dze­nie kry­zy­sowe zor­ga­ni­zo­wali w pokoju sło­necz­nym na pierw­szym pię­trze. Ze względu na Win­stona tak było naj­pro­ściej. Agnes zapa­rzyła her­baty i skło­niła Edwinę do tego, żeby wnio­sła po scho­dach dzba­nek i fili­żanki. Do tego mieli praw­dziwe ciastka z paczki.

Agnes ugry­zła jedno na próbę -?trze­cie zęby sie­działy mocno -?i rozej­rzała się. Obok niej wypro­sto­wany, bystro­oki Mar­sza­łek, dalej Edwina z roz­ma­rzo­nym wyra­zem twa­rzy w jed­nej ze swo­ich nie­moż­li­wych pozy­cji jogi. Win­ston na wózku wyda­wał się po pro­stu opa­no­wany i zasmu­cony. Dostojny niczym Święty Miko­łaj. Co za hul­taj! Jak on to robi?

W prze­ci­wień­stwie do Win­stona Ber­na­dette prak­tycz­nie ni­gdy nie wyda­wała się dostojna, za to zawsze tro­chę przy­po­mi­nała bossa mafii, cho­ciażby ze względu na ciemne szkła oku­la­rów. Tro­chę się uspo­ko­iła, ale była to cisza przed burzą -?a raczej mię­dzy dwiema burzami. Ulew­nymi.

Po pra­wej stro­nie Agnes ział pustką fotel.

-?Ser­wi­sant od pod­no­śnika przy­je­dzie jutro -?poin­for­mo­wała Agnes. Kiedy już w końcu zła­pała za słu­chawkę, zadzi­wia­jąco łatwo udało jej się zna­leźć ter­min. -?Mar­sza­łek zamó­wił w inter­ne­cie jedze­nie na naj­bliż­szy tydzień. Papier do kibla też. -?Mar­sza­łek uśmiech­nął się do Agnes zachę­ca­jąco. Kolejny kry­zys zaże­gnany.

-?A jeśli cho­dzi o ten pro­blem w szo­pie...

-?To nie żaden pro­blem! -?prze­rwała Ber­na­dette. -?To Lil­lith!

-?Już nie -?powie­działa łagod­nie Agnes. -?I wła­śnie na tym polega pro­blem.

Ber­na­dette wydała z sie­bie smutny odgłos.

-?Jest cie­pło jak na tę porę roku -?cią­gnęła Agnes. -?Nie możemy tak po pro­stu nic nie robić...

-?Wsa­dzimy ją na pod­no­śnik! -?roz­pro­mie­niła się Edwina. -?Na pod­no­śnik i na górę. Do łóżka. Miękko i spo­koj­nie. Może doj­dzie do sie­bie! A jeśli nie... miękko i spo­koj­nie!

-?Nie doj­dzie do sie­bie -?rzekł zde­cy­do­wa­nie Mar­sza­łek. -?A jeśli cho­dzi o mięk­kość i spo­kój...

-?W rze­czy samej! -?fuk­nęła cierpko Ber­na­dette.

-?Mogli­by­śmy po pro­stu zadzwo­nić na poli­cję -?rzu­cił Win­ston. W głębi serca był to porządny czło­wiek. -?Z reguły takimi spra­wami zaj­muje się poli­cja.

-?Mogli­by­śmy tak zro­bić -?powie­działa Agnes -?gdy­by­śmy tylko wie­dzieli, gdzie się podziało narzę­dzie zbrodni. Bez narzę­dzia zbrodni...

Trzy pary oczu skie­ro­wały się pyta­jąco na Mar­szałka. Ciemne szkła oku­la­rów Ber­na­dette odbi­jały świa­tło.

Mar­sza­łek przez moment wyda­wał się skon­ster­no­wany, a następ­nie zakło­po­tany.

-?Broń... była w szo­pie. Ja ją... a potem byłem w... jak mu tam... w salo­nie, no i... muszę przy­znać... -?Sta­rał się zacho­wać woj­skową postawę, ale nie do końca mu się udało.

-?Nie wiemy, gdzie jest narzę­dzie zbrodni -?powie­działa Agnes. -?No i cóż, kiedy przy­je­dzie poli­cja i ją znaj­dzie, powiedzmy gdzieś w domu, to może się wydać podej­rzane.

Edwina roze­śmiała się per­li­ście.

Ber­na­dette prych­nęła.

Win­ston w zadu­mie ski­nął głową.

Nikt nie miał do powie­dze­nia nic przy­dat­nego. Typowe.

W uchu Agnes roz­brzmiał wysoki dźwięk. Sko­rzy­stała z tego aku­stycz­nego inter­mezzo, by się zasta­no­wić. Jak długo mogli tak po pro­stu cze­kać, nie zgła­sza­jąc na poli­cji śmierci Lil­lith? Z jed­nej strony było to na pewno korzystne, zosta­wić ją w tej szo­pie na pewien czas, wła­śnie w taką cie­płą pogodę. Im wię­cej czasu minie, tym trud­niej będzie poli­cji wycią­gnąć wnio­ski. Z dru­giej strony, jeśli zbyt długo zacho­wają dla sie­bie zgon Lil­lith, oczy­wi­ście może się to rów­nież wydać podej­rzane. To prawda, że więk­szość ludzi w wio­sce uwa­żała ich -?cał­ko­wi­cie nie­słusz­nie -?za bandę zgrzy­bia­łych hip­pi­sów, ale kie­dyś w końcu nawet oni zauważą, że bra­kuje jed­nej współ­lo­ka­torki. Kiedy dokład­nie? Po jed­nym dniu? Po dwóch?

Edwina coś powie­działa. Na pewno nic roz­sąd­nego. Agnes wzięła łyk her­baty i cze­kała, aż wysoki dźwięk sobie pój­dzie.

Ber­na­dette ścią­gnęła oku­lary prze­ciw­sło­neczne, przy­go­to­wała sobie chu­s­teczkę i cze­kała na następny atak pła­czu.

Win­ston pokle­pał ją uspo­ka­ja­jąco po kola­nie.

Mar­sza­łek powie­dział coś do Agnes, a ona udała, że go rozu­mie. Uważne spoj­rze­nie i krót­kie, ale zachę­ca­jące ski­nie­nie powinny wystar­czyć.

Wtedy dźwięk nagle znik­nął i Agnes usły­szała jesz­cze słowo "para­sol". Mar­sza­łek spo­glą­dał na nią wycze­ku­jąco.

-?No tak -?powie­działa Agnes nie­pew­nie.

-?Tylko para­sol -?powtó­rzył Mar­sza­łek. -?To wszystko. Ale to nie ma za dużo sensu.

-?Jak mogli­ście! -?syk­nęła Ber­na­dette. Jej nie­wi­dome oczy spo­glą­dały w pustkę. Widok ten budził nie­po­kój. -?Tak po pro­stu. Bez poże­gna­nia, bez... niczego!

-?Z poże­gna­niem to by prze­cież nie było nie­spo­dzie­wa­nie, prawda? - odparła Agnes ostrzej, niż pla­no­wała. Cała Ber­na­dette, robić z tej histo­rii taki dra­mat! Prze­cież wszy­scy się zgo­dzili! To nie tak, że ona nie odczuła nagłej śmierci Lil­lith, wręcz prze­ciw­nie, ale cza­sem trzeba prze­cież myśleć prak­tycz­nie!

-?Teraz wszy­scy wypi­jemy her­batkę -?powie­działa zde­cy­do­wa­nie. -?I weź­miemy swoje tabletki. A potem jej poszu­kamy!

-?Lil­lith? -?spy­tała Edwina ura­do­wana.

-?Broni! -?rze­kła Agnes. -?Win­ston i Ber­na­dette poszu­kają tutaj, na pierw­szym pię­trze. Oczy­wi­ście w pokoju Mar­szałka, ale też w innych. Wszę­dzie. Edwina i ja będziemy szu­kać na par­te­rze, a Mar­sza­łek spraw­dzi ogród.

Spoj­rzała na rząd ponu­rych twa­rzy.

-?Jak na Wiel­ka­noc! -?zawo­łała zachę­ca­jąco.

-?Czego czło­wiek nie ma w gło­wie, musi mieć w nogach! -?rzekł Win­ston i uśmiech­nął się sze­roko.

Szu­kali naj­pierw w kuchni, potem w salo­nie. Agnes zosta­wiła Edwi­nie wspi­na­nie się na dra­binę i zaglą­da­nie pod kanapy, pró­bu­jąc przy tym zacho­wać spo­kój. Razem zaglą­dały do wazo­nów na sza­fie, za książki na regale, do garn­ków, pude­łek i puszek, za poduszki, pod ser­wetki, a nawet do doni­czek -?i wydo­były na świa­tło dzienne serię cie­ka­wych rze­czy. Trzy cia­steczka Edwiny, twarde i nie­od­kształ­cone jak pierw­szego dnia, osiem par oku­la­rów do czy­ta­nia (nic dziw­nego, że ni­gdy nie było ich pod ręką, kiedy były naprawdę potrzebne!), apa­rat słu­chowy, apa­rat do mie­rze­nia ciśnie­nia (a więc tu się scho­wał!) i całą masę pigu­łek, prze­bie­gle ukry­tych w szcze­li­nach i szpa­rach. Ktoś tu w domu nie brał swo­ich leków, jak należy. Agnes póź­niej zaj­mie się tą sprawą. Teraz muszą naj­pierw...

Drugi raz tego dnia roz­legł się dzwo­nek do drzwi wej­ścio­wych.

Wyjąt­kowo nie w porę.

Edwina była na miej­scu i otwo­rzyła drzwi.

-?A kuku -?powie­działa.

Agnes pośpie­szyła za nią naj­szyb­ciej, jak się dało. Edwina przy wej­ściu to rzadko był dobry pomysł.

Z dru­giej strony drzwi roz­legł się spo­kojny męski głos.

-?Poli­cja! -?zawo­łała pod­eks­cy­to­wana Edwina. -?To poli­cja, Agnes! Pomyśl, jakie to prak­tyczne!

Agnes zwięk­szyła tempo. Poli­cja? Już? Było za wcze­śnie, o wiele za wcze­śnie! Nie mieli jesz­cze żad­nego planu! A może Ber­na­dette...? Nie. O ile wie­działa, Ber­na­dette nie za bar­dzo lubiła poli­cję...

-?Pro­szę wejść, panie komi­sa­rzu! -?paplała pod­eks­cy­to­wana Edwina. - Wła­śnie szu­kamy...

-?... żół­wia! -?sap­nęła Agnes, która w końcu dotarła do drzwi wej­ścio­wych. -?Gdzieś zapo­dzia­li­śmy naszego żół­wia.

Poli­cjant spoj­rzał dziw­nie i z waha­niem wszedł do środka. Miał na sobie mun­dur. Jak na razie kiep­sko.

-?Pani Sharp? Agnes Sharp?

-?Jestem Edwina -?popra­wiła go Edwina, ale poli­cjant nie dał się zbić z tropu i spoj­rzał Agnes pro­sto w oczy, jak na jej gust zbyt kry­tycz­nie. Zro­biło jej się gorąco.

-?Czy to pani jest wła­ści­cielką domu? Pani Sharp, muszę z panią krótko poroz­ma­wiać. W bar­dzo poważ­nej spra­wie.

Poważ­nej! Jesz­cze i to. Co mówić? Jak naj­mniej! Naj­chęt­niej prze­pro­wa­dzi­łaby roz­mowę z poli­cjan­tem od razu w kory­ta­rzu, ale Edwina zła­pała go już za rękaw i pocią­gnęła do salonu, gdzie po akcji poszu­ki­waw­czej wszystko zasta­wione było wazo­nami, garn­kami i pusz­kami.

Poli­cjant spoj­rzał z powąt­pie­wa­niem na stertę pigu­łek i górę oku­la­rów.

-?My... -?powie­działa Edwina, ale Agnes prze­rwała jej pośpiesz­nie.

-?Po pro­stu zwiał, ten bez­czelny stwór. Wszę­dzie szu­ka­li­śmy!

-?W garn­kach? -?spy­tał poli­cjant.

-?Lubi się bawić w cho­wa­nego -?wyja­śniła Agnes bez mru­gnię­cia okiem.

-?Pro­szę usiąść -?wymam­ro­tał poli­cjant ze służ­bową miną i wska­zał kanapę, na któ­rej jesz­cze leżały cia­steczka. -?Sprawa, którą muszę z paniami omó­wić, może oka­zać się szo­ku­jąca.

-?Nie jeste­śmy z cukru! -?rze­kła Edwina opry­skli­wie.

Ale to, co poli­cjant miał im do powie­dze­nia, rze­czy­wi­ście oka­zało się szo­ku­jące.

-?Mil­dred Puck? -?zapy­tała Agnes trzeci raz. Sie­działa na jed­nym z kamien­nie twar­dych cia­ste­czek i było jej nie­wy­god­nie. -?Nie żyje? - Krę­ciło jej się w gło­wie. Mil­dred? Dla­czego ten facet mówił o Mil­dred? Coś tu się nie zga­dzało!

-?Została zastrze­lona -?powie­dział poli­cjant. -?Na swo­jej wła­snej weran­dzie. Na leżaku.

-?Co za zbieg oko­licz­no­ści! -?zawo­łała Edwina i kla­snęła w ręce.

-?To raczej nie jest zbieg oko­licz­no­ści -?odparł poli­cjant. - Podej­rze­wamy, że sprawca wdarł się dziś ran­kiem do ogrodu i został przez Mil­dred zasko­czony. Muszę spy­tać, czy nie dostrze­gły panie dzi­siaj cze­goś nie­zwy­kłego? Może coś panie sły­szały albo widziały?

-?Ale... -?mruk­nęła Agnes, potrzą­sa­jąc głową. Ta Mil­dred, którą znała, już od lat nikogo nie zaska­ki­wała. Zupełna... roślina. Krę­ciło jej się w gło­wie. Mil­dred też? To nie miało sensu!

-?Naprawdę nie chciał­bym pań nie­po­trzeb­nie nie­po­koić -?mruk­nął poli­cjant, spo­glą­da­jąc z zakło­po­ta­niem na pigułki przed swoim nosem. - Ale jeśli rze­czy­wi­ście jakiś sprawca pró­buje tu okra­dać star­szych, bez­bron­nych oby­wa­teli... Chcie­li­by­śmy popro­sić wszyst­kich pań­stwa, żeby­ście byli ostrożni, spraw­dzali, czy drzwi i okna zawsze są dobrze zamknięte. A jeśli rzuci się pań­stwu w oczy coś nie­zwy­kłego, pro­szę się nie wahać...

Podał Agnes wizy­tówkę.

Agnes się zawa­hała.

-?Ale Mil­dred jest... Mil­dred była osobą wyma­ga­jącą sta­łej opieki. A my...

Zamil­kła. Nie miało sensu tłu­ma­czyć poli­cjan­towi róż­nicy mię­dzy apa­tycz­nym warzy­wem takim jak Mil­dred a ich aktywną, małą, senio­ralną wspól­notą miesz­ka­niową. Z wes­tchnie­niem się­gnęła po wizy­tówkę. No jasne. O wiele za mały dru­czek. Szanse, że w nagłym wypadku będzie w sta­nie pra­wi­dłowo odczy­tać numer i wstu­kać go w apa­rat, były mniej wię­cej tak samo duże jak to, że zrobi to Het­tie.

-?Cia­steczko? -?spy­tała Edwina i wyło­wiła jedno spod swo­ich leg­gin­sów.

-?Nie na służ­bie -?odparł poli­cjant z cie­niem uśmie­chu. Edwina stra­ciła zain­te­re­so­wa­nie, ześli­zgnęła się z sofy i przy­brała jedną ze swo­ich pozy­cji jogi. Kobra, jeśli Agnes się nie myliła.

Uśmiech poli­cjanta się ulot­nił.

-?Nie ma powo­dów do paniki -?powie­dział. -?Ale powinni pań­stwo zacho­wać czuj­ność. A my będziemy wdzięczni za każdą wska­zówkę.

-?Oczy­wi­ście. To bar­dzo uprzejme z pań­stwa strony. -?Agnes zauwa­żyła, że serce jej wali. Być może ta sprawa z Mil­dred to wcale nie żadna kata­strofa. Może to szansa!

Edwina skoń­czyła kobrę i wyszła na kory­tarz.

-?Czy ona... od razu umarła? -?zapy­tała Agnes.

Poli­cjant znowu z ewi­dentną fascy­na­cją zer­k­nął na pigułki i nic nie odpo­wie­dział, z czego Agnes wywnio­sko­wała, że nie była to szybka śmierć. Wcale a wcale.

Prze­szedł ją dreszcz.

-?Czy były panie ze sobą bli­sko?

Poli­cjant ode­rwał wzrok od pigu­łek i spoj­rzał na Agnes. Oczy miał zaczer­wie­nione, zmę­czone i jakoś zszo­ko­wane i Agnes pierw­szy raz zauwa­żyła, że to nie tylko poli­cjant, ale też czło­wiek o oklap­nię­tych wło­sach w kolo­rze pia­sku, z zacząt­kiem piw­nego brzuszka. Wydał jej się nawet tro­chę zna­jomy. Ostat­nimi czasy czę­sto wyda­wało jej się, że już kogoś spo­tkała, tak jakby na świe­cie ist­niała tylko pewna ogra­ni­czona liczba twa­rzy i kiedy żyło się już wystar­cza­jąco długo, widziało się je wszyst­kie.

-?Zna­ły­śmy się -?powie­działa cicho. -?Od bar­dzo, bar­dzo dawna.

Poli­cjant otwie­rał wła­śnie usta, przy­pusz­czal­nie po to, żeby powie­dzieć coś pocie­sza­ją­cego, kiedy z kory­ta­rza roz­legł się trium­fu­jący okrzyk.

-?Mam ją! -?cie­szyła się Edwina.

Broń! Serce Agnes pod­sko­czyło w piersi niczym mal­tre­to­wana żaba.

Edwina! Nie!

Nie teraz!!

Wysoki dźwięk wró­cił i Agnes ucze­piła się opar­cia kanapy. Bez­sil­nie przy­glą­dała się, jak poli­cjant zrywa się z fotela i rzuca do drzwi. Nie mogła nic zro­bić, nic powie­dzieć i ta wspa­niała szansa, która się wła­śnie poja­wiła, prze­lała jej się przez palce. Niczym pia­sek. Niczym groch, widel­czyk do cia­sta i ziarna kawy. Niczym cał­kiem dużo rze­czy ostat­nimi czasy.

A potem Edwina wró­ciła, traj­ko­cząc jej coś bez­gło­śnie i z pod­eks­cy­to­wa­niem do ucha, a za nią poja­wił się roz­pro­mie­niony poli­cjant z żół­wicą Het­tie w wiel­kich, poli­cyj­nych rękach.

Agnes ock­nęła się, zamru­gała i zoba­czyła nad sobą cztery nieco roz­ma­zane, ale jed­no­znacz­nie zanie­po­ko­jone twa­rze. Upo­rząd­ko­wała kształty i kolory, na ile jej się udało, i spró­bo­wała się skon­cen­tro­wać.

Edwina.

Mar­sza­łek.

Żół­wica Het­tie.

I poli­cjant.

Ktoś trzy­mał ją za rękę.

Agnes stęk­nęła. Tego poli­cjanta trzeba było się pozbyć. Otwo­rzyła usta, ale nie wydo­był się z nich żaden dźwięk. Prze­wró­ciła oczami w stronę Mar­szałka, a potem z powro­tem w kie­runku poli­cjanta. Jeden raz. Drugi.

-?Chyba ma jakiś atak -?powie­dział poli­cjant.

Wyda­wało się, że Mar­sza­łek zro­zu­miał, czego chce Agnes.

-?A tam, atak. Tej sta­ro­wince zro­biło się tylko tro­chę gorąco. Takie rze­czy się zda­rzają!

Agnes jęk­nęła z wdzięcz­no­ścią.

-?Pew­nie chce szklankę wody -?powie­dział Mar­sza­łek. Poli­cjant poło­żył Het­tie na piersi Agnes i wypadł z pokoju.

-?Gdzie jest kuch­nia?

-?Z tyłu na lewo -?zawo­łał Mar­sza­łek, praw­do­po­dob­nie celowo nie­pre­cy­zyj­nie. Agnes usły­szała, jak poli­cjant otwiera kolejne drzwi na kory­ta­rzu. Odzy­skała głos.

-?Trzeba się go pozbyć -?syk­nęła szep­tem. -?I to już. Ja... to jest szansa!

Żół­wica Het­tie pró­bo­wała pożreć jeden z guzi­ków od bluzki, zro­biony z masy per­ło­wej.

-?A jeśli jesz­cze raz usły­szę słowo "sta­ro­winka", to będziesz miał kło­poty!

Mar­sza­łek wyszcze­rzył zęby w uśmie­chu i puścił jej rękę.

Z zaczer­wie­nioną twa­rzą i szklanką wody wró­cił stróż porządku.

-?Naprawdę nie chcia­łem pani tak zszo­ko­wać. W pierw­szej chwili wyda­wało mi się, że cał­kiem dobrze przy­jęła pani tę wia­do­mość. W sen­sie... uzna­li­śmy, że naj­le­piej będzie, jeśli sąsie­dzi... To jest w sumie dość odludne miej­sce, więc trzeba ostroż­nie... Jest pani pewna, że nie powin­ni­śmy ścią­gnąć leka­rza...?

Dziwne, ale jeśli leżysz na ple­cach -?czy to na brzu­chu, jak w przy­padku Het­tie -?nikt już tak naprawdę z tobą nie roz­ma­wia. Wszy­scy roz­ma­wiają ponad tobą, dosłow­nie. Agnes też spoj­rzała w górę, gdzie nad jej głową różne słowa fru­wały tak, jakby jej tam w ogóle nie było. Pozwo­liła sobie podać wody i przy­glą­dała się, jak Mar­sza­łek, Edwina i Het­tie w rzad­kiej komi­ty­wie zabrali się do wypra­sza­nia poli­cjanta. Praw­do­po­dob­nie to Het­tie prze­chy­liła osta­tecz­nie szalę swoim gniew­nym sycze­niem.

Poli­cjant roz­dał jesz­cze kilka wizy­tó­wek i dobrych rad, po czym pozwo­lił Mar­szał­kowi i Edwi­nie wypchnąć się za drzwi.

Het­tie i Agnes spoj­rzały po sobie.

-?Mało bra­ko­wało! -?wes­tchnęła Agnes.

Het­tie syk­nęła pota­ku­jąco.

A potem...

Agnes była dziew­czynką o chu­dych, opa­lo­nych koń­czy­nach, w bia­łych skar­pet­kach i z war­ko­czami się­ga­ją­cymi pupy. Agnes nie lubiła tych war­ko­czy, chło­paki ją za nie cią­gały. Dziew­czynki jej doku­czały.

Ale z matką nie było nego­cja­cji.

Kiedy pod­ska­ki­wała, war­ko­cze pod­ska­ki­wały wraz z nią.

A teraz wisiały bez ruchu.

Agnes stała pod bez­chmur­nym, let­nim nie­bem i przy­glą­dała się, jak ktoś roz­gniata owady na kamie­niu. Kowale. Insekty bie­gały zde­ner­wo­wane w tę i z powro­tem, ale nie miały żad­nych szans.

-?Dla­czego to robisz? -?zapy­tała Agnes.

Słońce grzało ją w kark. Jakiś ptak śpie­wał. Agnes chciała do domu.

-?Bo to łatwe -?odpo­wie­dział tam­ten ktoś.

Agnes otwo­rzyła oczy i zapa­trzyła się w mądrą, żół­wią twarz Het­tie. Żół­wica była naj­młod­szym człon­kiem ich wspól­noty miesz­ka­nio­wej, jed­no­cze­śnie jed­nak rów­nież naj­roz­sąd­niej­szym. Cza­sami dawało to Agnes do myśle­nia.

Wciąż jesz­cze leżała na kana­pie, z nogami na poduszce. War­ko­cze dawno już obcięła. Teraz miała inne pro­blemy. Spró­bo­wała się unieść. Het­tie syk­nęła.

-?Czy ktoś mógłby może wziąć...?

Edwina unio­sła Het­tie w górę i obda­ro­wała gło­śnym cmok­nię­ciem w sko­rupę. Agnes zła­pała za opar­cie kanapy i pocią­gnęła. Ktoś popchnął od tyłu i wresz­cie usia­dła, cho­ciaż tro­chę krzywo.

Obma­cała swoją fry­zurę (oczy­wi­ście zruj­no­waną), wes­tchnęła i rozej­rzała się wokół. W mię­dzy­cza­sie dołą­czyła do nich rów­nież Ber­na­dette, która teraz nasłu­chi­wała z głową prze­chy­loną w stronę kanapy. Mar­sza­łek przy­su­nął sobie krze­sło, Edwina sie­działa ze skrzy­żo­wa­nymi nogami na dywa­nie, a Het­tie, która wresz­cie znowu poczuła pod pazur­kami stały grunt, z god­no­ścią odma­sze­ro­wała.

Agnes wzięła się w garść.

-?Są dobre i złe wie­ści -?powie­działa. -?Mil­dred Puck nie żyje.

-?To jest ta dobra wia­do­mość? -?zapy­tała sucho Ber­na­dette. Przy­su­nęła sobie talerz cze­ko­la­dek z nadzie­niem i teraz wysy­sała je jedną po dru­giej niczym jakiś sło­dy­czowy wam­pir.

To pyta­nie spra­wiło Agnes pewną przy­krość. Kie­dyś były z Mil­dred przy­ja­ciół­kami, naj­lep­szymi przy­ja­ciół­kami. Oczy­wi­ście było to dawno temu, a od tam­tej pory Mil­dred poświę­ciła mnó­stwo czasu na to, żeby dać się wszyst­kim grun­tow­nie znie­lu­bić.

-?Zła wia­do­mość jest taka, że kręci się tu jakiś wła­my­wacz, który wykań­cza sta­rusz­ków -?sko­ry­go­wała Agnes. -?A dobra wia­do­mość jest taka, że używa do tego pisto­letu!

-?O! -?rzekł Mar­sza­łek.

-?Biedna Mil­dred -?powie­działa Edwina. -?Dla­czego to dobrze?

-?Lil­lith pój­dzie na jego konto! -?wyja­śniła pod­eks­cy­to­wana Agnes. -?Nie rozu­mie­cie? To ide­alny układ! Dwie star­sze panie zastrze­lone w ogro­dzie, prak­tycz­nie w tym samym cza­sie! Każdy pomy­śli, że ten wła­my­wacz ma na sumie­niu rów­nież Lil­lith! Pój­dziemy teraz do szopy i ją znaj­dziemy. Zro­bimy tro­chę bała­ganu i wszę­dzie poła­zimy. A potem zadzwo­nimy na poli­cję!

-?Znowu poli­cja -?powie­działa znu­dzona Edwina.

-?Dobry plan! -?roz­le­gło się z góry, gdzie Win­ston sie­dział i nasłu­chi­wał na pode­ście scho­dów.

-?Dla­czego mia­ła­bym brać w tym udział? -?syk­nęła Ber­na­dette nie do końca tak fachowo jak Het­tie, ale i tak jado­wi­cie. -?Jeśli nikt mnie...

-?Bo w wię­zie­niu nie ma cze­ko­la­dek -?powie­działa Agnes. -?Po pro­stu dla­tego.

Sprawa oka­zała się jed­nak potem tro­chę bar­dziej skom­pli­ko­wana, niż się spo­dzie­wali. Poli­cjanci nie tylko zabrali Lil­lith, ale też roz­cią­gnęli czarno-żółte pla­sti­kowe taśmy w paski jak u szer­sze­nia, robili zdję­cia, zbie­rali próbki i łazili po ogro­dzie. Agnes mar­twiła się o swoje hor­ten­sje.

A te muchy! Te wszyst­kie muchy! Agnes nie wzięła pod uwagę tego, że Lil­lith w tak krót­kim cza­sie przy­cią­gnie tak wiele much. Był to dla nich wszyst­kich praw­dziwy szok.

Teraz Agnes stała oszo­ło­miona w kory­ta­rzu i marzyła tylko o tym, żeby uciąć sobie małą drzemkę. Funk­cjo­na­riu­sze poli­cji mijali ją w pośpie­chu. Edwina i Het­tie sobie poszły, Mar­sza­łek był prze­słu­chi­wany w ogro­dzie, a Win­ston z cie­ka­wo­ścią zer­kał z pode­stu scho­dów. Ber­na­dette zużyła cały domowy zapas chu­s­te­czek i prze­pła­ki­wała się teraz w salo­nie przez rolkę papieru toa­le­to­wego. Poma­gała jej w tym jakaś poli­cjantka.

Agnes nie miała nic innego do roboty, jak wcho­dzić innym w drogę. Oparła się wykoń­czona o fra­mugę drzwi, kiedy padł na nią jakiś cień.

-?Cześć, cze­eść -?powie­dział jakiś nie­zna­jomy głos.

Agnes zamru­gała pod świa­tło i spoj­rzała w dwoje błysz­czą­cych, zie­lo­nych oczu, nad któ­rymi uno­siło się rondo jakie­goś przed­po­to­po­wego kape­lu­sza z pió­rami.

-?Jestem Char­lie -?powie­dział kape­lusz. -?Ta nowa. Cóż za wspa­niały dom!

Agnes jęk­nęła. Nowa! W zamie­sza­niu wokół Lil­lith i Mil­dred zupeł­nie o niej zapo­mnieli!

W tej chwili minęło je dwóch poli­cjan­tów z noszami. Na noszach leżał wielki, biały, pla­sti­kowy worek, wciąż oto­czony chmarą peł­nych nadziei much.

-?Ojej -?powie­działa Char­lie w kape­lu­szu z pió­rami. -?Chyba przy­szłam nie w porę.

Agnes przy­po­mniała sobie o swo­ich dobrych manie­rach.

-?Nie, skądże. Jestem Agnes -?powie­działa i wycią­gnęła rękę. -?Aha, to była Lil­lith.

-?Ha! -?Char­lie się­gnęła po rękę Agnes i potrzą­snęła nią ser­decz­nie. - Czyli działa, co? Cudow­nie!

Agnes spró­bo­wała się uśmiech­nąć.

-?Witamy w Sun­set Hall!

Rozdział 2. Hindus

Roz­dział 2

Hin­dus

I znowu naj­wy­raź­niej nikt wię­cej nie czuł się odpo­wie­dzialny, więc to Agnes trzeci raz tego dnia sta­wiła czoła scho­dom, by poka­zać Char­lie jej nowy pokój. Tro­chę to trwało. W gło­wie wiro­wały jej Lil­lith i Mil­dred. Mil­dred i Lil­lith.

Mil­dred. Lil­lith.

Lil­lith. Mil­dred.

I tysiąc głod­nych much.

Kolana Agnes jakby zmię­kły.

Na pode­ście scho­dów musiała zro­bić sobie prze­rwę na odpo­czy­nek.

-?Jutro napra­wią pod­no­śnik -?stęk­nęła prze­pra­sza­jąco.

Char­lie mach­nęła ręką i nie­pro­szona wzięła ją pod rękę. Tak szło się lepiej i Agnes nie wie­działa, czy powinna być wdzięczna, czy ziry­to­wana. Char­lie pach­niała nie­ty­powo, nie tylko pra­niem, kre­mem do rąk i wodą koloń­ską, ale bar­dziej obco, zaska­ku­jąco. Praw­dziwe per­fumy, podej­rze­wała Agnes. Powiew drewna, iry­sów, a pod spodem coś innego, zna­jo­mego, ale trud­nego do roz­po­zna­nia. Może po pro­stu czło­wiek?

Na górze, na pode­ście sie­dział Win­ston i uśmie­chał się, cie­pły i dostojny jak Święty Miko­łaj.

-?Dużo się dzi­siaj dzieje -?powie­dział współ­czu­jąco.

Ręka Agnes wyśli­zgnęła się ukrad­kiem spod ramie­nia Char­lie.

-?To jest Char­lie -?powie­działa Agnes. -?Nowa. A to jest Win­ston. Chwi­lowo tu utknął.

-?Cześć, cześć -?powie­działa Char­lie, a Win­ston zdjął wyima­gi­no­waną czapkę z łysej głowy.

-?Pokój jest z tyłu po lewej -?wyja­śniła Agnes i wymi­nęła ich powoli, lecz zde­cy­do­wa­nie. Chciała wresz­cie uciąć sobie tę drzemkę.

-?Cudow­nie -?powie­działa Char­lie.

Drzwi otwo­rzyły się i Agnes zamru­gała.

Był to ulu­biony pokój jej matki i cza­sami Agnes wyda­wało się, że widzi ją tam, jak stoi przy oknie, szczu­płą syl­wetkę o pro­stych ple­cach, z wysoko upię­tymi wło­sami. Fiołki i świa­tło słońca, deli­katny ser­wis do her­baty na sto­liczku w wyku­szu, a cza­sami, jeśli miała szczę­ście, zapach cia­ste­czek koko­so­wych.

Ale tym razem czar nie chciał zadzia­łać, jak należy. Agnes spoj­rzała na pokój oczami Char­lie i zoba­czyła kurz na gzym­sie kominka oraz wybla­kłe od słońca plamy na dywa­nie. Łóżko było świeżo zasłane, dzięki Bogu, ale naprawdę ktoś powi­nien był zadać sobie trud, żeby przy­nieść parę świe­żych kwia­tów... Tylko: bez pod­no­śnika i w tym całym zamie­sza­niu?

-?Wła­sna łazienka, biurko, kącik do sie­dze­nia -?wyja­śniła nie­po­trzeb­nie. -?Tak jak usta­la­ły­śmy.

-?Hmmm -?rze­kła Char­lie i zdjęła kape­lusz z pió­rami. Włosy pod spodem miała białe i jedwa­bi­ste jak łabę­dzi puch. I dłu­gie. Aż za pupę. Nada­łyby się na parę porząd­nych war­ko­czy.

-?Może odro­binę koloru... -?mruk­nęła, rzu­ciła kape­lusz w kie­runku sto­jaka na ubra­nia i tra­fiła. -?No i oczy­wi­ście rośliny poko­jowe. To się zała­twi! Cudow­nie!

-?Jest tu piękny widok na ogród -?powie­działa Agnes defen­syw­nie i roz­su­nęła zasłony. Kurz zatań­czył w świe­tle sło­necz­nym. Razem spoj­rzały w dół, na labi­rynt z szer­sze­nio­wa­tej taśmy i kilku poli­cjan­tów, któ­rzy krę­cili się w nim w bia­łych kom­bi­ne­zo­nach psz­cze­lar­skich. Agnes wypa­trzyła zła­maną hor­ten­sję.

-?Ech -?wes­tchnęła. -?Zwy­kle... wygląda sie­lan­kowo.

-?Czy to się czę­sto zda­rza? -?spy­tała Char­lie obok niej. Czer­wone paznok­cie zastu­kały pyta­jąco w para­pet.

-?Mam nadzieję, że nie -?mruk­nęła Agnes, ale w głębi duszy miała nie­do­bre prze­czu­cie, że już wkrótce zoba­czą wię­cej tej szer­sze­nio­wa­tej taśmy, w ogro­dzie, w domu, wszę­dzie. A te muchy... Wzdry­gnęła się, zama­chała rękami i zde­cy­do­wa­nie zasu­nęła zasłony. -?Na pewno chcesz się odświe­żyć -?powie­działa, życz­li­wie ski­nęła głową i ruszyła w kie­runku drzemki.

W drzwiach odwró­ciła się jesz­cze raz. Char­lie opa­dła na łóżko i wycią­gnęła się jak długa, poka­zu­jąc przy tym szo­ku­jąco dużą część kolan.

-?Mam nadzieję, że będziesz się dobrze czuła w Sun­set Hall! - powie­działa Agnes.

-?Sun­set Hall! -?powtó­rzyła Char­lie. Brzmiało to prze­śmiew­czo, ale też przy­jaź­nie. -?Bar­dziej Sun­set niż Hall, powie­dzia­ła­bym. Dokład­nie tak, jak ja!

-?Jest, jak jest! -?odparła Agnes, może tro­chę za ostro. W sumie prze­cież Char­lie miała rację! -?O czwar­tej będzie pod­wie­czo­rek - przy­po­mniała.

Oczy­wi­ście potrwało to jed­nak tro­chę dłu­żej, zanim wszy­scy zebrali się w pokoju sło­necz­nym wokół wyglą­da­ją­cej na nieco zmal­tre­to­waną chałki.

Poli­cja w końcu odje­chała, pozo­sta­wia­jąc za sobą masę żół­tej, szer­sze­nio­wa­tej taśmy i dobrych rad. Mar­sza­łek po swo­jej roz­mo­wie z poli­cjan­tami wyda­wał się blady i posza­rzały, wyssany niczym cze­ko­ladka. Ber­na­dette w końcu się wypła­kała i teraz przy­słu­chi­wała się wszyst­kiemu wokół z nie­mal dziar­ską miną. Edwina roz­szar­py­wała swoją chałkę. Win­ston nale­wał her­batę. Char­lie sie­działa wśród nich w czer­wo­nym kimo­nie niczym jakiś raj­ski ptak i gadała. O waka­cjach na połu­dniu Fran­cji. O swoim trze­cim mężu, nie­złym ana­na­sie. O szpi­ta­lach, które były naprawdę okropne. Dla­czego przez cały czas nawi­jała? Pew­nie nerwy, podej­rze­wała Agnes. Prze­pro­wadzka do Sun­set Hall dla każ­dego nowego przy­by­sza sta­no­wiła poważny krok.

W końcu Char­lie wło­żyła sobie jed­nak do ust kawa­łe­czek chałki, prze­żuła go i połknęła bez entu­zja­zmu, i Agnes chwy­ciła się swo­jej szansy. Ktoś w końcu musiał wytłu­ma­czyć nowej obo­wią­zu­jące w domu zasady.

-?Obiad zwy­kle jadamy wszy­scy razem -?powie­działa szybko. -?Z reguły w jadalni, chyba że pod­no­śnik się zepsuje i Win­ston... -?Zauwa­żyła, że zaraz chyba się zaplą­cze, i spró­bo­wała jesz­cze raz. -?Śnia­da­nie każdy bie­rze sobie z kuchni sam, zależ­nie od tego, kiedy wstaje. Nie wcze­śniej. Oczy­wi­ście, że nie. -?Sfru­stro­wana Agnes zapa­trzyła się w swoją ser­wetkę. W gło­wie myśli miała porząd­nie poukła­dane, jedna po dru­giej, jak perełki na nitce, ale na języku coraz czę­ściej jakoś jej się prze­krę­cały. Wnę­trze i zewnę­trze. Jedno i dru­gie coraz bar­dziej odda­lały się od sie­bie. Zamil­kła ziry­to­wana.

-?Albo sama -?powie­działa Char­lie z peł­nymi ustami.

-?Naj­czę­ściej -?przy­znała Agnes. -?Jest lista drob­nych obo­wiąz­ków domo­wych, poza tym mamy docho­dzącą panią.

-?Silvy -?powie­dział Win­ston z uzna­niem.

-?Pie­cze nam też -?dorzu­ciła Edwina, wska­zu­jąc bez­kształtną chałkę. -?I ja też piekę!

Mar­sza­łek prze­wró­cił oczami.

Ber­na­dette jęk­nęła.

-?W środy przy­cho­dzi fizjo­te­ra­peuta... -?Agnes pró­bo­wała nie dać się zbić z tropu. -?Przede wszyst­kim do Win­stona, ale każdy może...

-?Ha! -?powie­dział Win­ston.

-?Cza­sami gotuje... -?uzu­peł­niła Edwina.

-?W pią­tek jest gotowa pizza -?rze­kła Ber­na­dette. -?Albo zama­wiamy rybę z fryt­kami z pubu.

-?Usta­lamy, co kupu­jemy -?wyja­śniła Agnes. -?I co gotu­jemy. Wszystko oma­wiamy.

Nagle na stół opa­dło mil­cze­nie, jakby osło­nił go klosz do przy­kry­wa­nia sera. Ostat­nimi czasy poja­wiła się cała masa rze­czy, któ­rych nie omó­wili wystar­cza­jąco.

Cał­kiem solidna masa.

Na zewnątrz roz­legł się klak­son, a następ­nie głę­bo­kie, mro­żące krew w żyłach szcze­ka­nie.

-?Ha! -?rze­kła Char­lie. -?Tho­mas i Bre­xit! Cudow­nie!

Tho­mas oka­zał się mło­dym, bez­wstyd­nie przy­stoj­nym nosi­cie­lem oku­la­rów prze­ciw­sło­necz­nych. Biała koszula, zdrowa opa­le­ni­zna, porwane dżinsy. Agnes zwy­kle nie lubiła dżin­sów, a co dopiero porwa­nych, ale te... Pod­czas gdy mobilna część grupy prze­miesz­czała się, by przyj­rzeć się gościowi na wła­sne oczy, Agnes obser­wo­wała z okna, jak ten książę z bajki sumien­nie usta­wia przy drzwiach wej­ścio­wych rząd kolej­nych wali­zek, pod­czas gdy w jego dostaw­czaku sza­leje jakiś szary orkan. Samo­chód się kiwał.

Na werandę wyszła Char­lie, a tuż za nią Mar­sza­łek i Edwina.

-?Skar­bie! -?Char­lie roz­ło­żyła ramiona, a Tho­mas zosta­wił walizki, pośpie­szył ku niej i dał jej całusa. CAŁUSA. Czy raczej prze­ro­śnię­tego cmoka w poli­czek. Agnes przy­kle­iła się do szyby.

-?Czy któ­raś z nich jest dla mnie? -?Edwina pod­ska­ki­wała na weran­dzie jak małe dziecko.

Char­lie wska­zała Edwinę.

-?Edwina, Mar­sza­łek. -?A potem, z zama­szy­stym gestem: -?SUN­SET HALL!

Ze swo­jego okna Agnes nie widziała Mar­szałka, ale musiał stać gdzieś tam w cie­niu drzwi wej­ścio­wych. Potra­fiła to sobie dosko­nale wyobra­zić. Ręce zało­żone na ple­cach. Scep­tyczny. Woj­skowy.

-?Pięk­nie! -?Mło­dzie­niec pod­niósł pierw­szą walizkę. -?Cał­kiem ład­nie to wygląda. Zanieść ci ją od razu do pokoju...?

-?Mógł­byś, skar­bie?

Ich spoj­rze­nia na chwilę się spo­tkały, a w uśmiech­nię­tych twa­rzach coś się poru­szyło. Coś jakby smu­tek.

-?A więc to już? -?powie­dział Tho­mas cicho. -?Jesteś pewna...?

Char­lie chyba ski­nęła głową, po czym nagle wyrzu­ciła ręce w powie­trze.

-?Cudow­nie!

Ze swo­jego okna Agnes obser­wo­wała, jak walizka za walizką wędruje przez drzwi wej­ściowe, przy­pusz­czal­nie po scho­dach na górę, przy­pusz­czal­nie do pokoju Char­lie. Co u licha Char­lie miała w tych wszyst­kich wali­zach? Agnes potra­fiła to sobie wyraź­nie wyobra­zić: Boa z piór. Futra. Koron­kowe bluzki. Dia­men­towe broszki. Bute­leczki per­fum. Lakier do paznokci.

Przy­po­mniała jej się Lil­lith, która też pew­nego dnia przy­je­chała z waliz­kami, w towa­rzy­stwie swo­jej zrzę­dli­wej córki. Coś trzeba zro­bić z jej rze­czami. Czy zostaną ode­brane? Ktoś musi się skon­tak­to­wać z tą córką -?a może takie rze­czy robi poli­cja?

Nagła cisza przy­wró­ciła ją do rze­czy­wi­sto­ści.

Rzeka wali­zek urwała się, miej­sce przed domem opu­sto­szało.

Głosy na scho­dach.

W kory­ta­rzu.

Agnes pośpie­szyła z powro­tem do stołu. Nie chciała zostać przy­ła­pana na wyglą­da­niu przez okno. Jej matce ni­gdy by się to nie spodo­bało, a ludziom w dzi­siej­szych cza­sach też się to pew­nie nie podoba.

Szpie­go­wa­nie. Nikt nie lubi szpie­gów. Oprócz Edwiny oczy­wi­ście. Edwina wcze­śniej sama była jakby szpie­giem.

Kiedy drzwi sta­nęły otwo­rem, Agnes rzu­ciła się na pierw­sze lep­sze krze­sło.

To oczy­wi­ście Char­lie. I nie­zmor­do­wany wła­ści­ciel dżin­sów.

-?Pokój sło­neczny -?wyja­śniła Char­lie. Tho­mas zdjął oku­lary prze­ciw­sło­neczne i sumien­nie kiwał głową. -?Mój wnuk Tho­mas. To jest Agnes. To ona tu wszystko zor­ga­ni­zo­wała. Świetny pro­jekt! -?Char­lie znowu wska­zała pal­cem i Agnes musiała pod­nieść się z krze­sła, na które dopiero co z takim tru­dem dotarła, by przy­wi­tać się z Tho­masem. Zor­ga­ni­zo­wała? Ha! Ta Char­lie w ogóle jej nie zna!

Chyba tro­chę prze­sa­dziła z tym powi­ta­niem, bo Tho­mas ostroż­nie zabrał dłoń z potrzą­sa­ją­cej nią ręki.

-?To ja już zmia­tam, bab­ciu...

Char­lie ski­nęła głową.

-?No jasne, skar­bie. Bar­dzo ci dzię­kuję. I nie zapo­mnij o Bre­xi­cie!

Tho­mas się roze­śmiał.

-?Jak­że­bym mógł!

Zmiata? Ale co? A Bre­xit? Kto mógłby zapo­mnieć o Bre­xi­cie? Mówili języ­kiem, któ­rego Agnes do końca nie rozu­miała, i zauwa­żyła, że im zazdro­ści. Ostat­nimi czasy zda­rzało jej się wal­czyć o każdą odro­binę zro­zu­mie­nia, a tutaj wyda­wało się, że wszystko po pro­stu szem­rze sobie jak jakiś stru­myk. Ale pomocny wnu­czek znik­nął już za drzwiami, "zmiótł" się, jak podej­rze­wała Agnes, a Char­lie spo­glą­dała za nim błysz­czą­cymi wil­go­cią oczami.

W pew­nym momen­cie Agnes udało się w końcu dotrzeć na swój fotel uszak i zamknąć oczy, ale praw­dziwy nastrój na drzemkę jakoś nie chciał się poja­wić. Gdzieś w kory­ta­rzu znowu coś się działo, sły­szała głosy, kroki, śmie­chy. Edwina wydała z sie­bie cichy, entu­zja­styczny okrzyk.

Agnes zasta­no­wiła się, czy nie powinna spraw­dzić, co się dzieje. Była zmę­czona, zbyt zmę­czona na drogę do drzwi, a może nawet do scho­dów. Niech sobie tam inni pokrzy­kują! Ona była dokład­nie tam, gdzie jej miej­sce. Będzie tak tu sobie po pro­stu sie­dzieć, aż do... co wła­ści­wie miało dziś być na kola­cję? I czyja kolej na goto­wa­nie? Oby nie Edwiny! Może Lil­lith? Będą musieli prze­ro­bić plan posił­ków -?po Lil­lith nie można już się było spo­dzie­wać zbyt wiele pod wzglę­dem kuli­nar­nym...

I wtedy Agnes nagle zna­la­zła się znowu wysoko na jabłoni. Chłodne, nocne powie­trze wywo­łało gęsią skórkę na jej nagich ramio­nach. Zer­k­nęła w dół, gdzie pierw­sze opa­dłe jabłka wyra­stały z czar­nego traw­nika niczym blade guzki.

Strach był wszę­dzie, w świe­tle księ­życa uwię­zio­nym w jej koszuli noc­nej, zbyt bia­łej; w szorst­kiej korze drzewa pod jej dłońmi; w wie­trze poru­sza­ją­cym liśćmi; w jej odde­chu, zbyt szyb­kim i zbyt gło­śnym; a nawet w śpie­wie sło­wika.

Cicho, cicho!

Nie ruszaj się!

Nie odzy­waj!

Bo tam na dole, pod jabło­niami, krą­żył potwór.

-?Agnes, idziemy do Hin­dusa!

Agnes otwo­rzyła oczy, przez moment wal­czyła z poduszką, w ataku paniki wypa­tru­jąc Hin­du­sów, ale stała przed nią tylko Edwina w swoim nie­bie­skim płasz­czu wyj­ścio­wym, z błysz­czą­cymi oczami i rumień­cem na policz­kach.

Hin­dus! Co za non­sens!

Chciała powie­dzieć "Nie ma mowy!", ale zamiast tego szep­nęła tylko:

-?Hę?

Za Edwiną poja­wiła się jakaś wło­chata twarz, błysz­cząco białe zęby, wil­gotny, ela­styczny nos i zaska­ku­jąco wymowne oczy.

Agnes zasta­no­wiła się, jak szybko zdo­ła­łaby się dostać do drzwi łazienki -?nie dość szybko! Wil­czur wymi­nął Edwinę -?wiel­kie nieba, się­gał jej do ramie­nia! -?i zabrał się za szcze­gó­łową inspek­cję węchową wykła­dziny dywa­no­wej.

-?Ona sta­wia! -?wyja­śniła Edwina. -?Bie­rzemy tak­sówkę!

-?Sta­wia? -?wymam­ro­tała Agnes. Węszący nos pod­szedł bli­żej.

-?Powie­działa, że powin­ni­śmy uczcić jej debiut!

-?Uczcić?

-?Szcze­rze mówiąc, po pro­stu nie lubię pie­czeni na zimno. A już szcze­gól­nie w mój pierw­szy wie­czór. Jeste­ście gotowe?

Char­lie, znowu w tym nie­moż­li­wym kape­lu­szu z pió­rami. No jasne!

Coś wil­got­nego dotknęło ręki Agnes. Wzdry­gnęła się. Tam, gdzie jesz­cze przed chwilą była jej poduszka, teraz leżała ogromna, szara psia głowa, czarny nos na prze­dzie, futro z każ­dej strony.

Agnes usły­szała swój śmiech. Brzmiał nieco histe­rycz­nie.

Wtedy spo­mię­dzy ostrych zębów wysu­nął się różowy język i poli­zał ją po rękach. Poczuła łaskotki. Dość wil­gotne. Agnes prze­stała się śmiać i przy­ła­pała się na praw­dzi­wym uśmie­chu. Przy­jem­nie było zostać poli­zaną. To było takie... pełne życia.

Ostroż­nie wycią­gnęła rękę i dotknęła sier­ści. W szcze­ci­nia­sty spo­sób jedwa­bi­sta i cie­pła.

Dalej w tyl­nej czę­ści psa coś zamer­dało.

-?Lubi cię! -?rze­kła Edwina zazdro­śnie. -?Idziemy już?

Agnes przy­po­mniała sobie o naj­now­szym kry­zy­sie i nie­chęt­nie ode­rwała się od psiej głowy. Brą­zowe oczy spoj­rzały na nią z wyrzu­tem, po czym wil­czur ruszył dalej, znowu w ślad za nosem.

-?Nie możemy tak po pro­stu iść do Hin­dusa -?powie­działa Agnes. -?Nie tego dnia, kiedy zabrali Lil­lith! Już zapo­mnie­li­ście? Jak to będzie wyglą­dać?

-?Jesz­cze ni­gdy nie byłam u Hin­dusa! -?Edwina tup­nęła nogą, a Agnes miała ochotę przy­po­mnieć jej, że była kie­dyś żoną Hin­dusa, nie zawsze szcze­gól­nie szczę­śliwą. Tylko po co?

-?Ach! Hm. To jest oczy­wi­ście... -?Przy­naj­mniej Char­lie zda­wała się rozu­mieć, że Hin­dus to nie­ko­niecz­nie naj­lep­szy pomysł, i zaru­mie­niła się pod swoim kape­lu­szem. -?Nie chcia­łam... Tyle że ja jej prze­cież w ogóle nie zna­łam... Naj­le­piej będzie tro­chę odcze­kać, tak?

-?A pie­czeń na zimno... -?Agnes zamil­kła. Chciała zwró­cić Char­lie uwagę, że pie­czeń na zimno należy do jej naj­więk­szych osią­gnięć kuli­nar­nych, ale pies zła­pał wła­śnie jej poduszkę i potrzą­sał nią z war­ko­tem. Agnes wstrzy­mała oddech.

-?Bre­xit! -?Głos Char­lie zabrzmiał nagle ostro niczym świst bata i pies natych­miast zosta­wił poduszkę, po czym wiel­kim susem prze­sko­czył przez sto­lik kawowy i roz­siadł się przed Char­lie na swoim futrza­stym zadku.

-?To jest Bre­xit! -?wyja­śniła Char­lie z dumą. -?Jest jesz­cze tylko troszkę roz­bry­kany!

-?Aha -?mruk­nęła Agnes bez­rad­nie. Dla niej Bre­xit to było coś, co się odby­wało w radiu, dzień w dzień, do upa­dłego. Kosmata afera, na pewno, ale chyba nie aż tak.

-?Ale... -?Zawa­hała się. Kto zde­cy­do­wał, że Char­lie może tak po pro­stu wziąć ze sobą swoje ogromne psi­sko? Jak do licha mieli sobie z nim wszy­scy pora­dzić? Ber­na­dette, która nie widzi? Win­ston na wózku? Mar­sza­łek, który po pro­stu odma­sze­ro­wał z pisto­le­tem do ogrodu i nie potra­fił sobie niczego przy­po­mnieć? I Edwina, która ma w gło­wie tylko jogę i bzdury? Cza­sami wyzwa­niem było nauczyć odpo­wied­niego sza­cunku żół­wicę Het­tie, a takie duże zwie­rzę...

-?Bre­xit! -?powtó­rzyła Agnes z dez­apro­batą.

Pies dyszał w jej stronę przy­jaź­nie.

-?Bre­xit nad­cho­dzi! -?wyja­śniła Char­lie z całym prze­ko­na­niem. -?Trzeba iść z duchem czasu! Utrzy­mać się przy piłce i tak dalej... A Bre­xit kocha piłki!

Potem oczy­wi­ście i tak zje­dli hin­du­skie jedze­nie, cho­ciaż nie sty­lowo u Hin­dusa, tylko po kry­jomu w pokoju sło­necz­nym, z pla­sti­ko­wych misek i alu­mi­nio­wych tacek. Char­lie bez­ce­re­mo­nial­nie zamó­wiła dla wszyst­kich.

-?To nie jest hin­du­skie! -?poskar­żyła się Edwina setny raz, widel­cem prze­wra­ca­jąc cie­cie­rzycę po tale­rzu.

Agnes tra­fił szlag.

-?Ow­szem, jest!

Po czym uznała, że zacho­wuje się dzie­cin­nie. To nie wina Edwiny, że ma już nie po kolei... Dla­czego cią­gle daje jej się pro­wo­ko­wać? Powinna wie­dzieć lepiej!

-?Wyśmie­nite -?mruk­nął Win­ston setny raz, chwy­cił Char­lie za rękę i udał, że ją całuje. -?Ależ z cie­bie dosko­nała kucharka!

-?Pochlebca! -?Char­lie uszczyp­nęła go w poli­czek jak uczniaka, a Agnes z mie­sza­nymi uczu­ciami zapa­trzyła się w swoje curry.

-?Co to za histo­ria z tym psem? -?szep­nęła do Mar­szałka. -?Kto jej powie­dział, że może go wziąć?

-?No tak -?mruk­nął Mar­sza­łek -?mamy Het­tie i pomy­śla­łem...

-?Het­tie to dość kom­pak­towe stwo­rze­nie -?syk­nęła Agnes. -?Za to Bre­xit...

-?Myśla­łem, że cho­dzi o cho­mika -?przy­znał Mar­sza­łek. -?Zapy­tała, czy może zabrać ze sobą swo­jego uro­czego, małego przy­ja­ciela...

Wyda­wał się taki zakło­po­tany, że Agnes przez moment poczuła pokusę, by jego też uszczyp­nąć w poli­czek. Zamiast tego potrzą­snęła z dez­apro­batą głową. Char­lie była tu zale­d­wie od paru godzin, a już zdo­łała zapro­wa­dzić chaos, nie tylko na zewnątrz, na stole jadal­nym, gdzie pię­trzyła się nie­przy­zwo­ita masa pla­sti­ko­wych śmieci, ale też wewnątrz, w jej gło­wie. Głę­boko wes­tchnęła.

-?Prze­cież jakoś to będzie! -?powie­dział Mar­sza­łek uspo­ka­ja­jąco.

-?Hm?

-?No z Bre­xi­tem!

-?W radiu też tak mówią -?mruk­nęła Agnes. -?Oso­bi­ście nie wie­rzę w ani jedno ich słowo!

Nagle Ber­na­dette zerwała się, zachwiała odro­binę i unio­sła swoją szklankę mango lassi. Była zbyt wzbu­rzona i lassi chlup­nęło, po czym kap­nęło na stół.

-?Za Lil­lith!

-?Za Lil­lith! -?Pozo­stali też unie­śli szklanki. Zachlu­po­tało wię­cej mango lassi, a Agnes znowu usły­szała ten wysoki dźwięk.

Zasta­no­wiła się, czy gdzieś tam, w tym wiel­kim domu, ktoś pije za Mil­dred. Mało praw­do­po­dobne.

Aku­rat Mil­dred! Dało jej to do myśle­nia. Pogrą­żona w domnie­ma­niach nało­żyła sobie na talerz wię­cej ryżu i ostrego sosu. Czy rze­czy­wi­ście był to zwy­kły wła­my­wacz, który obra­bo­wał sąsiadkę? Ści­śle bio­rąc, mógłby po pro­stu prze­ma­sze­ro­wać obok niej, a Mil­dred, która wege­to­wała na wózku inwa­lidz­kim po uda­rze, nie byłaby w sta­nie abso­lut­nie nic z tym zro­bić. Po co więc ta prze­moc? I dla­czego sprawca po mor­der­stwie wcale nie wła­mał się do domu, jak należy? Nikt nic nie mówił o praw­dzi­wym wła­ma­niu!

Agnes w zamy­śle­niu upiła tro­chę mango lassi, przy­słu­chu­jąc się wyso­kiemu dźwię­kowi.

Musiała przy­znać, że nie może się docze­kać pogrzebu.

Póź­niej, kiedy pla­sti­kowe naczy­nia wypeł­niły już kosz na śmieci, a Agnes zaczęło się nie­przy­jem­nie odbi­jać po curry, Mar­sza­łek uro­czy­ście wycią­gnął z sejfu czarną księgę. Sie­dzieli w mil­cze­niu, gdy Char­lie wpi­sy­wała do niej swoje imię i wypeł­niała kwe­stio­na­riusz. Następ­nie pod­pi­sali się jedno po dru­gim, naj­pierw Char­lie, potem Win­ston swoim ele­ganc­kim bazgro­łem, Mar­sza­łek dwiema spi­cza­stymi lite­rami, Ber­na­dette sze­roko, ener­gicz­nie i tro­chę wycho­dząc za kartkę. Edwina nary­so­wała motylka.

Agnes przez chwilę zma­gała się z dłu­go­pi­sem, ale potem zapa­no­wała nad nim i pod­pi­sała. Wła­sny pod­pis wydał jej się koślawy i obcy.

Char­lie sie­działa przy stole cicha, nieco pobla­dła i wyjąt­kowo nie uwa­żała, że wszystko jest cudowne. Ber­na­dette pode­szła do niej - uro­czy­sta, ale też nieco zło­wiesz­cza w swych gang­ster­skich oku­la­rach prze­ciw­sło­necz­nych -?i zamknęła ją w tro­chę źle wyce­lo­wa­nym uści­sku.

-?Teraz jesteś jedną z nas!

Agnes i Mar­sza­łek spoj­rzeli po sobie. Mar­sza­łek pra­wie nie­do­strze­gal­nie ski­nął głową.

Tylko Agnes zauwa­żyła, że ręka mu drżała, kiedy wykre­ślał imię Lil­lith z reje­stru i odkła­dał książkę do sejfu.

Rozdział 3. Lepsze ciastka

Roz­dział 3

Lep­sze ciastka

Następ­nego ranka wszystko wyglą­dało już o wiele bar­dziej różowo. Agnes obu­dził śpiew skow­ronka i przez moment po pro­stu sobie leżała, jesz­cze opa­tu­lona snem. Nic. Żad­nych dźwię­ków, żad­nych pro­ble­mów, żad­nej szer­sze­nio­wa­tej taśmy w ogro­dzie. Była po pro­stu Agnes i na ten moment to wystar­czyło. Potem prze­cią­gnęła się i bio­dro dało o sobie znać. Czyli nie po pro­stu Agnes. Stara Agnes. Każ­dego ranka był to mały wstrząs. Jak to moż­liwe, że sie­dem­dzie­siąt osiem lat tak po pro­stu prze­pły­nęło obok niej? A może osiem­dzie­siąt sie­dem? Lepiej się nad tym nie zasta­na­wiać!

Ostroż­nie, przy pomocy słupka łóżka uzy­skała pozy­cję wer­ty­kalną. Chłodne, poranne powie­trze poła­sko­tało ją w przed­ra­miona. To dobrze. Przyda im się krótka prze­rwa na odpo­czy­nek od tego nie­ustan­nego cie­pła. Cie­pło ścią­gało muchy, a much miała Agnes chwi­lowo dosyć.

Zasłony wydęły się zło­wiesz­czo na wie­trze i w jed­nej chwili Agnes cał­ko­wi­cie się roz­bu­dziła. Stare, na wpół zapo­mniane rze­czy wypły­nęły z dna sadzawki wspo­mnień i nie potra­fiła już tak po pro­stu sie­dzieć na bolą­cym bio­drze i nic nie robić. Tak się nie dało! Wzięła się w garść. Gołe stopy dotknęły chłod­nej pod­łogi. Było to dokład­nie takie samo uczu­cie jak w cza­sach szkol­nych albo póź­niej, kiedy już była zarę­czona i budziła się o naj­bar­dziej nie­moż­li­wych porach z głową pełną bez­ład­nych myśli. Pod­nie­siona na duchu przez zna­jome deski pod­ło­gowe Agnes wstała i poczła­pała do okna, żeby opa­no­wać dziko powie­wa­jące zasłonki. Wzdry­gnęła się: na dole w ogro­dzie stał jakiś mroczny cień i spo­glą­dał w górę ku niej -?był to Bre­xit, z pyskiem peł­nym szer­sze­nio­wa­tej taśmy!

Ha! Dobrze im tak! Im szyb­ciej ta głu­pia banda znik­nie z jej ogrodu, tym lepiej. Poma­chała psu życz­li­wie.

Bre­xit zamer­dał.

Agnes otwo­rzyła szafę na ubra­nia, żeby wycią­gnąć z niej pierw­sze... i zawa­hała się. Przez całe lata zawsze wycią­gała z szafy pierw­sze lep­sze ubra­nie, nie­ważne co, o ile tylko było czy­ste, pasu­jące do pogody i pro­ste do zało­że­nia. Spód­nice na gumkę, obwi­słe swe­try i roz­pi­nane dzia­ni­nowe wdzianka -?ale teraz uznała, że to nie wystar­czy. Nie przy Char­lie, która para­do­wała po domu w czer­wo­nych kimo­nach i poka­zy­wała kolana. Palce Agnes dotknęły żakietu z pięk­nego, zie­lo­nego aksa­mitu - oczy­wi­ście zbyt cie­pły -?a potem deli­kat­nej, fio­le­to­wej sukienki, któ­rej już od wie­ków... ale nie, z suwa­kiem w życiu sobie nie pora­dzi. Poza tym dopiero co wczo­raj zabrano z szopy Lil­lith i te obrzy­dliwe muchy, więc Agnes nie za bar­dzo mogła wystą­pić w paste­lo­wych bar­wach. Jej ręka badała dalej, aż w końcu zna­la­zła porządną, czarną spód­nicę na zatrza­ski i bluzkę z czarną koronką. Przez chwilę zma­gała się z okrą­głymi, dziw­nie nie­współ­pra­cu­ją­cymi guzi­kami od bluzki, aż wresz­cie dała radę. W łazience umyła twarz i ręce, ucze­sała dziw­nie przy­po­mi­na­jące pióra włosy i nadała im kształt za pomocą kilku spi­nek. Jej trze­cie zęby spę­dziły noc w kąpieli dezyn­fek­cyj­nej i szcze­rzyły się do niej zachę­ca­jąco z kra­wę­dzi umy­walki. Agnes sta­ran­nie je wypłu­kała i zało­żyła na miej­sce. Spró­bo­wała się uśmiech­nąć. Nie­sa­mo­wite, jak dobrze można się uśmie­chać za pomocą obcych zębów! Co jesz­cze? Per­fumy? Czy w ogóle ma...

Podrep­tała do biurka i z pew­nym tru­dem wysu­nęła naj­wyż­szą szu­fladę. No pro­szę! Cha­nel No. 5! Jed­nak po dokład­niej­szej ana­li­zie oka­zało się, że butelka jest pusta, sucha, a zawar­tość wypa­ro­wała, znik­nęła, ulot­niła się. Cha­nel dawno ode­szła w nie­byt. Za to Agnes odkryła małą, złotą tubkę szminki. Z tym zna­le­zi­skiem udała się z powro­tem do łazienki. Wykrę­ciła czer­wony sztyft i się uma­lo­wała. Serce moc­niej jej zabiło. Poczuła znowu swoje cięż­kie war­ko­cze i pełen dez­apro­baty wzrok matki, ale też dreszcz zde­ner­wo­wa­nia, wywo­łu­jący mro­wie­nie przy­po­mi­na­jące musu­jące wino. Kiedy skoń­czyła się malo­wać, zaci­snęła usta. Potem nało­żyła sobie na policzki odro­binę różu i roz­tarła dło­nią.

No pro­szę! Jak dobrze się poczuła!

Wycho­dząc z pokoju, odwa­żyła się rzu­cić krót­kie spoj­rze­nie w lustro: szczu­pła, przy­wię­dła dama w czerni, tro­chę przy­po­mi­na­jąca suszoną rybę, ale też pra­wie ele­gancka, w ład­nej bluzce, z dzi­waczną fry­zurą i zaska­ku­jąco czer­wo­nymi, tro­chę nie­re­gu­lar­nymi ustami. Jej oczy spo­glą­dały czuj­nie, a nawet cał­kiem ener­gicz­nie spod opa­da­ją­cych powiek -?i wciąż były to jej oczy, oczy dziew­czyny z war­ko­czami. Nie­bie­skie i badaw­cze. Dobrze. Tym razem nie uda jej się wspiąć na jabłoń, więc przyda się przy­naj­mniej czujne, chłodne spoj­rze­nie.

Agnes była z sie­bie zado­wo­lona.

Bez żad­nych przy­gód zdo­łała zejść po scho­dach i uty­ka­jąc, cicho weszła do kuchni. Zwy­kle była na śnia­da­niu pierw­sza i dokład­nie tak lubiła. Spo­kój. Nikt nie prze­szka­dza. Nasta­wiła czaj­nik, a potem bez wiel­kiego opty­mi­zmu zaj­rzała do lodówki. Minęło już kilka dni, odkąd Silvy zro­biła zakupy, i wszyst­kie cie­kawe pro­dukty żyw­no­ściowe znik­nęły. Owoce. Jogurt. Szynka.

To będzie nudne śnia­da­nie. Agnes wzięła masło i mar­mo­ladę, nalała sobie her­baty, wsa­dziła chleb do tostera -?i nagle zna­la­zła się oko w oko z Bre­xi­tem.

Wró­cił z ogrodu i wyda­wał się głodny.

-?Och!

Ależ on był wielki!

-?Idź sobie! -?szep­nęła Agnes.

Bre­xit sap­nął z nadzieją.

-?Nie mamy już szynki -?powie­działa Agnes zgod­nie z prawdą.

Bre­xit nie dał się znie­chę­cić.

Agnes odcięła kromkę chleba tosto­wego i rzu­ciła mu w pasz­czę.

Cap. Znik­nęła.

Ogon zamer­dał.

Zaczęła odkra­jać nową kromkę, ale wtedy przy­po­mniała sobie coś lep­szego. W radiu ostrze­gali przed nie­do­bo­rami pro­duk­tów żyw­no­ścio­wych z powodu Bre­xitu, nie mogła więc oddać wszyst­kich zapa­sów psu. Dla­tego wypro­sto­wała się na całą wyso­kość -?która wciąż jesz­cze wyno­siła o jakieś dwa­dzie­ścia cen­ty­me­trów wię­cej niż wil­czura -?i przy­po­mniała sobie, co zro­biła Char­lie.

-?Bre­xit, na miej­sce!

Bre­xit rzu­cił jej spoj­rze­nie, zasko­czone albo pełne wyrzutu, tego nie umiała stwier­dzić, i rze­czy­wi­ście roz­ło­żył się na pod­ło­dze - wycią­gnięty, futrza­sty, pagór­ko­waty kra­jo­braz u jej stóp.

-?Dobry pies!

Agnes rzu­ciła mu w nagrodę jesz­cze drugą kromkę chleba i doszła do wnio­sku, że Bre­xit może rze­czy­wi­ście będzie dobrym współ­lo­ka­to­rem - jedy­nym, który w tym domu robi to, co mu się każe! Nalała sobie mleka do her­baty i posma­ro­wała tosta masłem. Kiedy już miała zasiąść do jedze­nia, w drzwiach nagle sta­nęła Edwina.

-?Jesteś kolo­rowa! -?powie­działa i kla­snęła w ręce. -?Kolo­rowa i czarna!

"Kolo­rowa" to bez­wstydna prze­sada. W końcu to tylko odro­bina szminki. Agnes chciała zmu­sić Edwinę do mil­cze­nia za pomocą tosta, ale ta stała już z powro­tem w drzwiach.

-?Agnes jest kolo­rowa i czarna! -?zawo­łała. -?Kolo­rowa i czarna!

Spo­kojne śnia­da­nie mogła sobie teraz wybić z głowy! Przez drzwi wpadł Mar­sza­łek w szla­froku, zoba­czył ją przy stole i zakasz­lał. Powoli, ale sys­te­ma­tycz­nie do kuchni wsu­nęła się Ber­na­dette, niczym śli­mak o nie­wi­dzial­nych czuł­kach. Char­lie sfru­nęła do środka w czer­wo­nym kimo­nie.

-?Tylko tyle? -?zapy­tała spo­koj­nie. -?Ta odro­bina szminki?

-?Szminki? -?powtó­rzyła Ber­na­dette z dez­apro­batą. Jak mogła kry­ty­ko­wać coś, czego w ogóle nie widziała? Lepiej by się wzięła za sie­bie, z tym swoim gru­bym tył­kiem i wiecz­nymi cze­ko­lad­kami!

Agnes poczuła, że do nało­żo­nego na twarz różu dołą­cza praw­dziwy rumie­niec. Wstała.

-?Wycho­dzę! -?powie­działa z naci­skiem. -?Do Puc­ków. Ktoś powi­nien zło­żyć im kon­do­len­cje. Ktoś, kto się jako tako pre­zen­tuje! -?Dopiero co przy­szło jej to do głowy, ale momen­tal­nie uznała, że to dosko­nały pomysł.

-?Ale my ni­gdy nie cho­dzimy do Puc­ków! -?zawo­łała Edwina. -?Nikt do nich nie cho­dzi!

-?To sytu­acja wyjąt­kowa! -?Z lek­kim ubo­le­wa­niem Agnes poże­gnała się ze swoim śnia­da­niem i ruszyła, jed­no­cze­śnie ziry­to­wana i zmo­ty­wo­wana, w kie­runku drzwi wej­ścio­wych. Może zdoła się cze­goś dowie­dzieć, odkryć coś, co prze­oczyła poli­cja!

Wycią­gnęła swoją laskę ze sto­jaka na para­sole. Zwy­kle czuła się z nią głu­pio, ale teraz miała wra­że­nie, że pasuje do sytu­acji. Jak broń. Miecz, szpada, szty­let! Agnes wyszła na werandę i trza­snęła za sobą drzwiami wej­ścio­wymi.

Gnana siłą deter­mi­na­cji i solid­nej por­cji wście­kło­ści prze­ma­sze­ro­wała przez werandę, wzdłuż ścieżki, obok swo­ich uko­cha­nych hor­ten­sji, aż do furtki ogro­do­wej. Wtedy zauwa­żyła, jak szybko bije jej serce i jak prędko oddy­cha. Zakrę­ciło jej się w gło­wie. Lewa stopa była nie­za­do­wo­lona, bio­dro obu­rzone. Agnes pozwo­liła sobie na mały odpo­czy­nek i obej­rzała się na dom.

Swój dom.

Dom swo­jego życia.

Sun­set Hall.

Dom nie roz­po­czął swo­jego życia jako Sun­set Hall. Kiedy Agnes w nim dora­stała, nazy­wał się jesz­cze opty­mi­stycz­nie Mor­ning Cot­tage, ale przed kil­koma laty, kiedy powstała ich wspól­nota miesz­ka­niowa, ktoś z wio­ski zama­lo­wał tabliczkę z nazwą czer­woną farbą. Sun­set Hall. Jakiś cham. W zamie­rze­niu miało to być podłe, ale jakimś cudem spodo­bało się Agnes i jej współ­lo­ka­to­rom. Trzeba sta­wiać czoła swoim sła­bo­ściom, prze­ku­wać je w siłę. Jasne -?nie byli już może pierw­szej mło­do­ści, ale to nie zna­czy, że nie mogli tu w tym domu cie­szyć się pięk­nym zacho­dem słońca!

Dla­tego nie zmyli czer­wo­nej farby, tylko zgło­sili w urzę­dzie nową nazwę. Cał­kiem nie­źle pasuje do domu, uznała Agnes. Krzepka. Cie­pła. Dra­ma­tyczna. Podo­bał jej się spo­sób, w jaki jej dom gnieź­dził się wśród zie­leni, niczym gruba, zado­wo­lona kaczka, oto­czona cypry­sami, jabło­niami, brzo­zami i krza­kami czar­nego bzu.

Jakie wyso­kie stały się już te drzewa -?a jaki głę­boki cień pod nimi! Do fasady tuliła się prze­piękna gli­cy­nia, a w oknach odbi­jało się niebo.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki