Prolog. Z zimną krwią
Prolog
Z zimną krwią
Hettie było gorąco. Za dużo czasu spędziła
na swoim kamieniu do wygrzewania się, popołudniowy upał przeniknął jej
przez skorupę i teraz brzęczał jej w głowie nieco natrętnie. Jak każde
odpowiedzialne zwierzę zmiennocieplne musiała zabrać się za powrót do
równowagi, a właściwym do tego miejscem tradycyjnie już był cienisty
wąwóz wśród starych doniczek za niebosiężną ścianą drewna, gdzie ze
szczelin niepostrzeżenie wyrastały paprocie, a po wilgotnej ziemi
pełzały ślimaki.
Hettie ruszyła w drogę, pokryta łuskami noga za pokrytą łuskami nogą.
Żwirową ścieżką, pod hortensjami, obok wielkiego pniaka.
Coś jednak wyglądało inaczej niż zazwyczaj. Tam, gdzie zwykle wznosiła
się sięgająca nieba drewniana ściana, tym razem nie było nic, tylko
wielka, ziejąca pustka, a dalej cień. Jak wszystkie żółwie, Hettie nie
grzeszyła ciekawością, ale to nieznane królestwo cieni wydawało się
kuszące. Wdrapała się po rampie, krótko zawahała na granicy słońca i mroku, po czym wsunęła głębiej w przyjemny chłód. Jej skorupa otarła się
o stare drewno, wygładzone przez czas i niezliczone wielkie stopy.
Również teraz poczuła zapach tych wielkich stóp, bliski i niepozostawiający wątpliwości, słony i skórzasty.
W zasadzie Hettie nie miała nic przeciwko wielkim stopom, zawsze
obchodziły się z nią z szacunkiem, a czasem towarzyszyły im ręce
trzymające sałatę. Ośmielona popełzła dalej, głębiej w cień.
Tam z tyłu. Aha.
Od razu zauważyła, że z tymi wielkimi stopami coś było nie tak. Inaczej
niż większość ich krewniaków nie spoczywały one płasko i stabilnie na
podłożu, lecz ich spiczaste końce sterczały ku górze, gdzieś w eter,
tam, gdzie światło słoneczne przecinało mrok, a w powietrzu tańczyły
gwiazdki kurzu.
Naprawdę niezwykłe. Para stóp była też dziwnie nieruchoma. Ewidentnie
chora. Hettie jeszcze nigdy nie widziała chorej wielkiej stopy. Poczuła
coś jakby ciekawość, a jeśli nie ciekawość, to przynajmniej apetyt. Na
próbę i nieco zuchwale ugryzła jedną z wielkich stóp. Stopa nie broniła
się i Hettie triumfalnie ugryzła ją drugi raz, bardziej dla zasady niż z entuzjazmu. Skórzasta i twarda. Nie w jej guście. Tam, gdzie znajdowały
się wielkie stopy, najczęściej w okolicy kręciły się też ręce trzymające
sałatę. Zdecydowała się ich poszukać i ku swojemu zdumieniu stwierdziła,
że po drugiej stronie stóp gdzieś w dal ciągnie się cała seria pagórków,
dolin i krzywizn.
I rzeczywiście: tam dalej, głębiej w ciemności, spoczywała jedna z rąk
trzymających sałatę. Tylko że nie trzymała sałaty i wydawała się
zwinięta w kłębek. Przypominała trochę martwego pająka.
Żółwie to ogólnie gatunek raczej niecierpliwy, ale Hettie była
wyjątkiem. Potrafiła czekać. Przede wszystkim na sałatę. Znalazła sobie
wygodne miejsce u stóp pagórków tworzących niezwykły krajobraz. Niezbyt
ciepłe i niezbyt zimne. Przytulne, ale nie klaustrofobiczne. Dało się
wytrzymać.
Kiedy jednak nawet po dłuższym czasie żadna sałata się nie pojawiła,
Hettie uznała, że dosyć tego czekania. Poza tym pagórek obok niej,
początkowo utrzymujący przyjemną temperaturę, stopniowo stawał się coraz
chłodniejszy, wręcz nieprzyjemnie zimny, a muchy zaczęły jej grać na
nerwach. Najpierw były tylko ze dwie czy trzy i Hettie zignorowała je po
żółwiemu, ale teraz krążyła już w górze cała chmara. Brzęczała, unosiła
się i opadała, obtańcowując pagórek i samą Hettie. Kiedy jedna z much
bezczelnie wylądowała żółwicy na głowie i próbowała napić się z jej oka,
oburzona Hettie podniosła się ze swojego miejsca i przez dziwnie lepką,
metalicznie pachnącą kałużę powędrowała z powrotem na zewnątrz, w popołudniowe słońce.
Rozdział 1. Ciasteczka Edwiny
Rozdział 1
Ciasteczka Edwiny
Zadźwięczał dzwonek i Agnes Sharp przerwała
poszukiwania swoich trzecich zębów, jednocześnie ucieszona i zirytowana.
Ucieszona, ponieważ w ogóle usłyszała dzwonek -?jej uszy nie chciały
ostatnimi czasy za bardzo współpracować i czasem słyszała tylko jakiś
wysoki, irytujący dźwięk oraz szumy. Dlatego dzwonek do drzwi stanowił
miłą odmianę.
Z drugiej strony dość niezręcznie będzie otwierać drzwi bez wspomnianych
trzecich zębów, sepleniąc niezrozumiale. Jednak z zębami czy bez gościa
należało spławić, zanim wpadnie na pomysł, żeby zacząć węszyć po
ogrodzie.
-?Jusz idę! Chwileszkę! -?wrzasnęła w stronę przedpokoju, po czym
ruszyła w drogę. Wyjście z pokoju. Uwaga na próg! Potem schody. Jeden
krok, jeden schodek, dostawić drugą stopę. Wywołująca zawroty głowy
chwila braku równowagi, oddech, zebranie odwagi na drugi stopień. I tak
dalej. Dwadzieścia sześć razy.
Chwileczkę. Akurat!
Dzwonek zadźwięczał jeszcze raz.
Biodro zaprotestowało.
Kolejny dzwonek.
-?Chwileszkę, do cholery!
Kiedy dotarła na pierwszy podest, miała już w sobie solidną dozę
wściekłości na schody, na dzwoniącego, na wiarołomne trzecie zęby, ale
też na swoich współlokatorów. Dlaczego to zawsze jej przypadały w udziale te nieprzyjemne zadania? Takie jak chodzenie po schodach. Albo
wynoszenie śmieci. Albo... w ogóle wszystko!
Edwina zeszłaby po schodach trochę szybciej, ale przy drzwiach była
oczywiście bezużyteczna. Bernadette siedziała w swoim pokoju i wypłakiwała sobie ślepe oczy. Marszałek był o tej porze najczęściej
gdzieś w internecie, nieosiągalny, połączony z komputerem jakby jakąś
pępowiną. A od Winstona oczywiście nie można było oczekiwać, że zejdzie
na dół bez podnośnika schodowego.
Dlaczego nikt nie zreperował tego durnego podnośnika?
Potem Agnes przypomniała sobie, że to ona miała wezwać majstra, ale przy
swoim nieobliczalnym słuchu i awersji do telefonu ciągle przekładała to
na później. Czyli sama jest sobie winna, jak się to ostatnio często
okazywało.
Jako kozioł ofiarny pozostał już tylko gość dzwoniący do drzwi, na
którego była już teraz naprawdę wściekła.
Pokonała ostatni schodek i z wyrachowaną powolnością ruszyła w stronę
drzwi, do wtóru urywanych dźwięków kolejnych dzwonków. Głucha jest czy
co? Co ten gbur sobie wyobraża? Czego on w ogóle chce o tej porze? I właściwie która godzina?
Agnes pogmerała krótko przy zasuwce, po czym otworzyła drzwi.
Najchętniej od razu powiedziałaby natrętowi coś do słuchu, ale nic jej
nie przyszło do głowy.
-?No więc? -?warknęła. Niezbyt dobrze to pasowało, więc rozzłościła się
jeszcze bardziej.
-?Eee, pani Sharp? -?Dzwoniący bezczelnie zajrzał jej przez ramię do
wnętrza domu. Jakiś cholerny młodzik w okularkach urzędnika, z aktówką
pod pachą. To nie mogło oznaczać nic dobrego. Agnes skrzyżowała chude
ramiona na piersi, podczas gdy młodzik z lekkim opóźnieniem przywołał na
twarz ujmujący uśmiech. -?Pani Sharp, mam dla pani wspaniałe wieści!
Lepiej by było, gdyby tego nie powiedział. Do tej pory Agnes zamierzała
po prostu planowo spławić intruza, ale teraz szlag ją trafił. Wspaniałe
wieści? Akurat dzisiaj? Tego już za wiele!
Mimo braku zębów postarała się o życzliwy uśmiech starszej pani -?z umiarkowanym powodzeniem, jak wywnioskowała z pełnej powątpiewania miny
agenta.
-?Ojej, dla mnie? Czudownie! Proszę wejść do szalonu!
Sam był sobie winny!
-?Jeszcze jedno ciasteczko?
Gdzie do licha są jej zęby?
Młodzik milcząco potrząsnął głową. Jeden jedyny raz nadgryzł ciasteczko
i od tamtej pory siedział dziwnie spięty w wysiedzianym fotelu uszaku i przeżuwał. Agnes nalała mu do filiżanki żółtej jak siuśki herbatki
prozdrowotnej i z udawanym zainteresowaniem studiowała ulotkę, którą
intruz wcisnął jej do ręki.
Gość odłożył nadgryzione ciasteczko z powrotem na talerz -?stuknęło
chłodno jak kamień na kamieniu. Ciasteczkami Edwiny gardziły z reguły
nawet myszy, ale na takie okazje jak ta były nieocenione.
-?Mieszka tu fani szama? -?zapytał z pełnymi ustami.
Nie miał ochoty ani przełknąć ciasteczka, ani go wypluć i tym samym
utknął w miejscu.
Agnes pomyślała o Winstonie, płaczącej Bernadette, o Edwinie, która
pewnie właśnie próbowała odnaleźć swoją wewnętrzną równowagę za pomocą
jogi, o Marszałku, a w końcu o Lillith i głęboko westchnęła.
Gość współczująco pokiwał głową.
-?Właśnie dla takich oszób jak pani nasza oferta jeszt idealna. Będziemy
rzarządżać pani domem, zajmiemy szę wynajmem. Zajmiemy szę wszysztkim,
podczasz gdy pani będzie szpędżać żłotą jesień życia w Lipowym Zakątku...
Zamilkł i dziwnie zesztywniały zerknął na podłogę za plecami Agnes,
gdzie właśnie z charakterystyczną elegancją przechodziła żółwica Hettie.
Na skorupie miała trzecie zęby Agnes. Pewnie już od dłuższego czasu
jeździły po domu na jej grzbiecie -?bezcielesny, ruchomy uśmiech. Coś
takiego właśnie Marszałek zwykł nazywać poczuciem humoru!
Agnes wychyliła się mocno, sięgnęła i zdołała je złapać. Eureka! Prędko
wsadziła sobie szczękę do ust i wyszczerzyła na młodzika rząd
nieskazitelnych zębów.
-?Złotą jesień życia, mówił pan?
-?Bez żadnych trosk finansowych! -?Agent skapitulował i wstał. -
Naprawdę chętnie bym jeszcze pogawędził, ale...
-?Już pan chce iść? Jaka szkoda. Jest pan pewien, że nie chce pan
jeszcze...?
Agnes uniosła groźnie drugie ciastko, ale młodzieniec był już w drodze
do drzwi, no i tym lepiej.
Bo tam w drewutni leżała Lillith, z kulą w głowie i uśmiechem na ustach.
Zapowiadał się męczący dzień.
Posiedzenie kryzysowe zorganizowali w pokoju słonecznym na pierwszym
piętrze. Ze względu na Winstona tak było najprościej. Agnes zaparzyła
herbaty i skłoniła Edwinę do tego, żeby wniosła po schodach dzbanek i filiżanki. Do tego mieli prawdziwe ciastka z paczki.
Agnes ugryzła jedno na próbę -?trzecie zęby siedziały mocno -?i rozejrzała się. Obok niej wyprostowany, bystrooki Marszałek, dalej
Edwina z rozmarzonym wyrazem twarzy w jednej ze swoich niemożliwych
pozycji jogi. Winston na wózku wydawał się po prostu opanowany i zasmucony. Dostojny niczym Święty Mikołaj. Co za hultaj! Jak on to robi?
W przeciwieństwie do Winstona Bernadette praktycznie nigdy nie wydawała
się dostojna, za to zawsze trochę przypominała bossa mafii, chociażby ze
względu na ciemne szkła okularów. Trochę się uspokoiła, ale była to
cisza przed burzą -?a raczej między dwiema burzami. Ulewnymi.
Po prawej stronie Agnes ział pustką fotel.
-?Serwisant od podnośnika przyjedzie jutro -?poinformowała Agnes. Kiedy
już w końcu złapała za słuchawkę, zadziwiająco łatwo udało jej się
znaleźć termin. -?Marszałek zamówił w internecie jedzenie na najbliższy
tydzień. Papier do kibla też. -?Marszałek uśmiechnął się do Agnes
zachęcająco. Kolejny kryzys zażegnany.
-?A jeśli chodzi o ten problem w szopie...
-?To nie żaden problem! -?przerwała Bernadette. -?To Lillith!
-?Już nie -?powiedziała łagodnie Agnes. -?I właśnie na tym polega
problem.
Bernadette wydała z siebie smutny odgłos.
-?Jest ciepło jak na tę porę roku -?ciągnęła Agnes. -?Nie możemy tak
po prostu nic nie robić...
-?Wsadzimy ją na podnośnik! -?rozpromieniła się Edwina. -?Na podnośnik i na górę. Do łóżka. Miękko i spokojnie. Może dojdzie do siebie! A jeśli
nie... miękko i spokojnie!
-?Nie dojdzie do siebie -?rzekł zdecydowanie Marszałek. -?A jeśli
chodzi o miękkość i spokój...
-?W rzeczy samej! -?fuknęła cierpko Bernadette.
-?Moglibyśmy po prostu zadzwonić na policję -?rzucił Winston. W głębi
serca był to porządny człowiek. -?Z reguły takimi sprawami zajmuje się
policja.
-?Moglibyśmy tak zrobić -?powiedziała Agnes -?gdybyśmy tylko
wiedzieli, gdzie się podziało narzędzie zbrodni. Bez narzędzia zbrodni...
Trzy pary oczu skierowały się pytająco na Marszałka. Ciemne szkła
okularów Bernadette odbijały światło.
Marszałek przez moment wydawał się skonsternowany, a następnie
zakłopotany.
-?Broń... była w szopie. Ja ją... a potem byłem w... jak mu tam... w salonie, no
i... muszę przyznać... -?Starał się zachować wojskową postawę, ale nie do
końca mu się udało.
-?Nie wiemy, gdzie jest narzędzie zbrodni -?powiedziała Agnes. -?No i cóż, kiedy przyjedzie policja i ją znajdzie, powiedzmy gdzieś w domu, to
może się wydać podejrzane.
Edwina roześmiała się perliście.
Bernadette prychnęła.
Winston w zadumie skinął głową.
Nikt nie miał do powiedzenia nic przydatnego. Typowe.
W uchu Agnes rozbrzmiał wysoki dźwięk. Skorzystała z tego akustycznego
intermezzo, by się zastanowić. Jak długo mogli tak po prostu czekać, nie
zgłaszając na policji śmierci Lillith? Z jednej strony było to na pewno
korzystne, zostawić ją w tej szopie na pewien czas, właśnie w taką
ciepłą pogodę. Im więcej czasu minie, tym trudniej będzie policji
wyciągnąć wnioski. Z drugiej strony, jeśli zbyt długo zachowają dla
siebie zgon Lillith, oczywiście może się to również wydać podejrzane. To
prawda, że większość ludzi w wiosce uważała ich -?całkowicie niesłusznie
-?za bandę zgrzybiałych hippisów, ale kiedyś w końcu nawet oni zauważą,
że brakuje jednej współlokatorki. Kiedy dokładnie? Po jednym dniu? Po
dwóch?
Edwina coś powiedziała. Na pewno nic rozsądnego. Agnes wzięła łyk
herbaty i czekała, aż wysoki dźwięk sobie pójdzie.
Bernadette ściągnęła okulary przeciwsłoneczne, przygotowała sobie
chusteczkę i czekała na następny atak płaczu.
Winston poklepał ją uspokajająco po kolanie.
Marszałek powiedział coś do Agnes, a ona udała, że go rozumie. Uważne
spojrzenie i krótkie, ale zachęcające skinienie powinny wystarczyć.
Wtedy dźwięk nagle zniknął i Agnes usłyszała jeszcze słowo "parasol".
Marszałek spoglądał na nią wyczekująco.
-?No tak -?powiedziała Agnes niepewnie.
-?Tylko parasol -?powtórzył Marszałek. -?To wszystko. Ale to nie ma za
dużo sensu.
-?Jak mogliście! -?syknęła Bernadette. Jej niewidome oczy spoglądały w pustkę. Widok ten budził niepokój. -?Tak po prostu. Bez pożegnania, bez...
niczego!
-?Z pożegnaniem to by przecież nie było niespodziewanie, prawda? -
odparła Agnes ostrzej, niż planowała. Cała Bernadette, robić z tej
historii taki dramat! Przecież wszyscy się zgodzili! To nie tak, że ona
nie odczuła nagłej śmierci Lillith, wręcz przeciwnie, ale czasem trzeba
przecież myśleć praktycznie!
-?Teraz wszyscy wypijemy herbatkę -?powiedziała zdecydowanie. -?I weźmiemy swoje tabletki. A potem jej poszukamy!
-?Lillith? -?spytała Edwina uradowana.
-?Broni! -?rzekła Agnes. -?Winston i Bernadette poszukają tutaj, na
pierwszym piętrze. Oczywiście w pokoju Marszałka, ale też w innych.
Wszędzie. Edwina i ja będziemy szukać na parterze, a Marszałek sprawdzi
ogród.
Spojrzała na rząd ponurych twarzy.
-?Jak na Wielkanoc! -?zawołała zachęcająco.
-?Czego człowiek nie ma w głowie, musi mieć w nogach! -?rzekł Winston i uśmiechnął się szeroko.
Szukali najpierw w kuchni, potem w salonie. Agnes zostawiła Edwinie
wspinanie się na drabinę i zaglądanie pod kanapy, próbując przy tym
zachować spokój. Razem zaglądały do wazonów na szafie, za książki na
regale, do garnków, pudełek i puszek, za poduszki, pod serwetki, a nawet
do doniczek -?i wydobyły na światło dzienne serię ciekawych rzeczy. Trzy
ciasteczka Edwiny, twarde i nieodkształcone jak pierwszego dnia, osiem
par okularów do czytania (nic dziwnego, że nigdy nie było ich pod ręką,
kiedy były naprawdę potrzebne!), aparat słuchowy, aparat do mierzenia
ciśnienia (a więc tu się schował!) i całą masę pigułek, przebiegle
ukrytych w szczelinach i szparach. Ktoś tu w domu nie brał swoich leków,
jak należy. Agnes później zajmie się tą sprawą. Teraz muszą najpierw...
Drugi raz tego dnia rozległ się dzwonek do drzwi wejściowych.
Wyjątkowo nie w porę.
Edwina była na miejscu i otworzyła drzwi.
-?A kuku -?powiedziała.
Agnes pośpieszyła za nią najszybciej, jak się dało. Edwina przy wejściu
to rzadko był dobry pomysł.
Z drugiej strony drzwi rozległ się spokojny męski głos.
-?Policja! -?zawołała podekscytowana Edwina. -?To policja, Agnes!
Pomyśl, jakie to praktyczne!
Agnes zwiększyła tempo. Policja? Już? Było za wcześnie, o wiele za
wcześnie! Nie mieli jeszcze żadnego planu! A może Bernadette...? Nie. O ile wiedziała, Bernadette nie za bardzo lubiła policję...
-?Proszę wejść, panie komisarzu! -?paplała podekscytowana Edwina. -
Właśnie szukamy...
-?... żółwia! -?sapnęła Agnes, która w końcu dotarła do drzwi wejściowych.
-?Gdzieś zapodzialiśmy naszego żółwia.
Policjant spojrzał dziwnie i z wahaniem wszedł do środka. Miał na sobie
mundur. Jak na razie kiepsko.
-?Pani Sharp? Agnes Sharp?
-?Jestem Edwina -?poprawiła go Edwina, ale policjant nie dał się zbić z tropu i spojrzał Agnes prosto w oczy, jak na jej gust zbyt krytycznie.
Zrobiło jej się gorąco.
-?Czy to pani jest właścicielką domu? Pani Sharp, muszę z panią krótko
porozmawiać. W bardzo poważnej sprawie.
Poważnej! Jeszcze i to. Co mówić? Jak najmniej! Najchętniej
przeprowadziłaby rozmowę z policjantem od razu w korytarzu, ale Edwina
złapała go już za rękaw i pociągnęła do salonu, gdzie po akcji
poszukiwawczej wszystko zastawione było wazonami, garnkami i puszkami.
Policjant spojrzał z powątpiewaniem na stertę pigułek i górę okularów.
-?My... -?powiedziała Edwina, ale Agnes przerwała jej pośpiesznie.
-?Po prostu zwiał, ten bezczelny stwór. Wszędzie szukaliśmy!
-?W garnkach? -?spytał policjant.
-?Lubi się bawić w chowanego -?wyjaśniła Agnes bez mrugnięcia okiem.
-?Proszę usiąść -?wymamrotał policjant ze służbową miną i wskazał
kanapę, na której jeszcze leżały ciasteczka. -?Sprawa, którą muszę z paniami omówić, może okazać się szokująca.
-?Nie jesteśmy z cukru! -?rzekła Edwina opryskliwie.
Ale to, co policjant miał im do powiedzenia, rzeczywiście okazało się
szokujące.
-?Mildred Puck? -?zapytała Agnes trzeci raz. Siedziała na jednym z kamiennie twardych ciasteczek i było jej niewygodnie. -?Nie żyje? -
Kręciło jej się w głowie. Mildred? Dlaczego ten facet mówił o Mildred?
Coś tu się nie zgadzało!
-?Została zastrzelona -?powiedział policjant. -?Na swojej własnej
werandzie. Na leżaku.
-?Co za zbieg okoliczności! -?zawołała Edwina i klasnęła w ręce.
-?To raczej nie jest zbieg okoliczności -?odparł policjant. -
Podejrzewamy, że sprawca wdarł się dziś rankiem do ogrodu i został przez
Mildred zaskoczony. Muszę spytać, czy nie dostrzegły panie dzisiaj
czegoś niezwykłego? Może coś panie słyszały albo widziały?
-?Ale... -?mruknęła Agnes, potrząsając głową. Ta Mildred, którą znała, już
od lat nikogo nie zaskakiwała. Zupełna... roślina. Kręciło jej się w głowie. Mildred też? To nie miało sensu!
-?Naprawdę nie chciałbym pań niepotrzebnie niepokoić -?mruknął
policjant, spoglądając z zakłopotaniem na pigułki przed swoim nosem. -
Ale jeśli rzeczywiście jakiś sprawca próbuje tu okradać starszych,
bezbronnych obywateli... Chcielibyśmy poprosić wszystkich państwa,
żebyście byli ostrożni, sprawdzali, czy drzwi i okna zawsze są dobrze
zamknięte. A jeśli rzuci się państwu w oczy coś niezwykłego, proszę się
nie wahać...
Podał Agnes wizytówkę.
Agnes się zawahała.
-?Ale Mildred jest... Mildred była osobą wymagającą stałej opieki. A my...
Zamilkła. Nie miało sensu tłumaczyć policjantowi różnicy między
apatycznym warzywem takim jak Mildred a ich aktywną, małą, senioralną
wspólnotą mieszkaniową. Z westchnieniem sięgnęła po wizytówkę. No jasne.
O wiele za mały druczek. Szanse, że w nagłym wypadku będzie w stanie
prawidłowo odczytać numer i wstukać go w aparat, były mniej więcej tak
samo duże jak to, że zrobi to Hettie.
-?Ciasteczko? -?spytała Edwina i wyłowiła jedno spod swoich legginsów.
-?Nie na służbie -?odparł policjant z cieniem uśmiechu. Edwina straciła
zainteresowanie, ześlizgnęła się z sofy i przybrała jedną ze swoich
pozycji jogi. Kobra, jeśli Agnes się nie myliła.
Uśmiech policjanta się ulotnił.
-?Nie ma powodów do paniki -?powiedział. -?Ale powinni państwo zachować
czujność. A my będziemy wdzięczni za każdą wskazówkę.
-?Oczywiście. To bardzo uprzejme z państwa strony. -?Agnes zauważyła, że
serce jej wali. Być może ta sprawa z Mildred to wcale nie żadna
katastrofa. Może to szansa!
Edwina skończyła kobrę i wyszła na korytarz.
-?Czy ona... od razu umarła? -?zapytała Agnes.
Policjant znowu z ewidentną fascynacją zerknął na pigułki i nic nie
odpowiedział, z czego Agnes wywnioskowała, że nie była to szybka śmierć.
Wcale a wcale.
Przeszedł ją dreszcz.
-?Czy były panie ze sobą blisko?
Policjant oderwał wzrok od pigułek i spojrzał na Agnes. Oczy miał
zaczerwienione, zmęczone i jakoś zszokowane i Agnes pierwszy raz
zauważyła, że to nie tylko policjant, ale też człowiek o oklapniętych
włosach w kolorze piasku, z zaczątkiem piwnego brzuszka. Wydał jej się
nawet trochę znajomy. Ostatnimi czasy często wydawało jej się, że już
kogoś spotkała, tak jakby na świecie istniała tylko pewna ograniczona
liczba twarzy i kiedy żyło się już wystarczająco długo, widziało się je
wszystkie.
-?Znałyśmy się -?powiedziała cicho. -?Od bardzo, bardzo dawna.
Policjant otwierał właśnie usta, przypuszczalnie po to, żeby powiedzieć
coś pocieszającego, kiedy z korytarza rozległ się triumfujący okrzyk.
-?Mam ją! -?cieszyła się Edwina.
Broń! Serce Agnes podskoczyło w piersi niczym maltretowana żaba.
Edwina! Nie!
Nie teraz!!
Wysoki dźwięk wrócił i Agnes uczepiła się oparcia kanapy. Bezsilnie
przyglądała się, jak policjant zrywa się z fotela i rzuca do drzwi. Nie
mogła nic zrobić, nic powiedzieć i ta wspaniała szansa, która się
właśnie pojawiła, przelała jej się przez palce. Niczym piasek. Niczym
groch, widelczyk do ciasta i ziarna kawy. Niczym całkiem dużo rzeczy
ostatnimi czasy.
A potem Edwina wróciła, trajkocząc jej coś bezgłośnie i z podekscytowaniem do ucha, a za nią pojawił się rozpromieniony policjant
z żółwicą Hettie w wielkich, policyjnych rękach.
Agnes ocknęła się, zamrugała i zobaczyła nad sobą cztery nieco
rozmazane, ale jednoznacznie zaniepokojone twarze. Uporządkowała
kształty i kolory, na ile jej się udało, i spróbowała się skoncentrować.
Edwina.
Marszałek.
Żółwica Hettie.
I policjant.
Ktoś trzymał ją za rękę.
Agnes stęknęła. Tego policjanta trzeba było się pozbyć. Otworzyła usta,
ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Przewróciła oczami w stronę
Marszałka, a potem z powrotem w kierunku policjanta. Jeden raz. Drugi.
-?Chyba ma jakiś atak -?powiedział policjant.
Wydawało się, że Marszałek zrozumiał, czego chce Agnes.
-?A tam, atak. Tej starowince zrobiło się tylko trochę gorąco. Takie
rzeczy się zdarzają!
Agnes jęknęła z wdzięcznością.
-?Pewnie chce szklankę wody -?powiedział Marszałek. Policjant położył
Hettie na piersi Agnes i wypadł z pokoju.
-?Gdzie jest kuchnia?
-?Z tyłu na lewo -?zawołał Marszałek, prawdopodobnie celowo
nieprecyzyjnie. Agnes usłyszała, jak policjant otwiera kolejne drzwi na
korytarzu. Odzyskała głos.
-?Trzeba się go pozbyć -?syknęła szeptem. -?I to już. Ja... to jest
szansa!
Żółwica Hettie próbowała pożreć jeden z guzików od bluzki, zrobiony z masy perłowej.
-?A jeśli jeszcze raz usłyszę słowo "starowinka", to będziesz miał
kłopoty!
Marszałek wyszczerzył zęby w uśmiechu i puścił jej rękę.
Z zaczerwienioną twarzą i szklanką wody wrócił stróż porządku.
-?Naprawdę nie chciałem pani tak zszokować. W pierwszej chwili wydawało
mi się, że całkiem dobrze przyjęła pani tę wiadomość. W sensie...
uznaliśmy, że najlepiej będzie, jeśli sąsiedzi... To jest w sumie dość
odludne miejsce, więc trzeba ostrożnie... Jest pani pewna, że nie
powinniśmy ściągnąć lekarza...?
Dziwne, ale jeśli leżysz na plecach -?czy to na brzuchu, jak w przypadku
Hettie -?nikt już tak naprawdę z tobą nie rozmawia. Wszyscy rozmawiają
ponad tobą, dosłownie. Agnes też spojrzała w górę, gdzie nad jej głową
różne słowa fruwały tak, jakby jej tam w ogóle nie było. Pozwoliła sobie
podać wody i przyglądała się, jak Marszałek, Edwina i Hettie w rzadkiej
komitywie zabrali się do wypraszania policjanta. Prawdopodobnie to
Hettie przechyliła ostatecznie szalę swoim gniewnym syczeniem.
Policjant rozdał jeszcze kilka wizytówek i dobrych rad, po czym pozwolił
Marszałkowi i Edwinie wypchnąć się za drzwi.
Hettie i Agnes spojrzały po sobie.
-?Mało brakowało! -?westchnęła Agnes.
Hettie syknęła potakująco.
A potem...
Agnes była dziewczynką o chudych, opalonych kończynach, w białych
skarpetkach i z warkoczami sięgającymi pupy. Agnes nie lubiła tych
warkoczy, chłopaki ją za nie ciągały. Dziewczynki jej dokuczały.
Ale z matką nie było negocjacji.
Kiedy podskakiwała, warkocze podskakiwały wraz z nią.
A teraz wisiały bez ruchu.
Agnes stała pod bezchmurnym, letnim niebem i przyglądała się, jak ktoś
rozgniata owady na kamieniu. Kowale. Insekty biegały zdenerwowane w tę i z powrotem, ale nie miały żadnych szans.
-?Dlaczego to robisz? -?zapytała Agnes.
Słońce grzało ją w kark. Jakiś ptak śpiewał. Agnes chciała do domu.
-?Bo to łatwe -?odpowiedział tamten ktoś.
Agnes otworzyła oczy i zapatrzyła się w mądrą, żółwią twarz Hettie.
Żółwica była najmłodszym członkiem ich wspólnoty mieszkaniowej,
jednocześnie jednak również najrozsądniejszym. Czasami dawało to Agnes
do myślenia.
Wciąż jeszcze leżała na kanapie, z nogami na poduszce. Warkocze dawno
już obcięła. Teraz miała inne problemy. Spróbowała się unieść. Hettie
syknęła.
-?Czy ktoś mógłby może wziąć...?
Edwina uniosła Hettie w górę i obdarowała głośnym cmoknięciem w skorupę.
Agnes złapała za oparcie kanapy i pociągnęła. Ktoś popchnął od tyłu i wreszcie usiadła, chociaż trochę krzywo.
Obmacała swoją fryzurę (oczywiście zrujnowaną), westchnęła i rozejrzała
się wokół. W międzyczasie dołączyła do nich również Bernadette, która
teraz nasłuchiwała z głową przechyloną w stronę kanapy. Marszałek
przysunął sobie krzesło, Edwina siedziała ze skrzyżowanymi nogami na
dywanie, a Hettie, która wreszcie znowu poczuła pod pazurkami stały
grunt, z godnością odmaszerowała.
Agnes wzięła się w garść.
-?Są dobre i złe wieści -?powiedziała. -?Mildred Puck nie żyje.
-?To jest ta dobra wiadomość? -?zapytała sucho Bernadette. Przysunęła
sobie talerz czekoladek z nadzieniem i teraz wysysała je jedną po
drugiej niczym jakiś słodyczowy wampir.
To pytanie sprawiło Agnes pewną przykrość. Kiedyś były z Mildred
przyjaciółkami, najlepszymi przyjaciółkami. Oczywiście było to dawno
temu, a od tamtej pory Mildred poświęciła mnóstwo czasu na to, żeby dać
się wszystkim gruntownie znielubić.
-?Zła wiadomość jest taka, że kręci się tu jakiś włamywacz, który
wykańcza staruszków -?skorygowała Agnes. -?A dobra wiadomość jest taka,
że używa do tego pistoletu!
-?O! -?rzekł Marszałek.
-?Biedna Mildred -?powiedziała Edwina. -?Dlaczego to dobrze?
-?Lillith pójdzie na jego konto! -?wyjaśniła podekscytowana Agnes. -?Nie
rozumiecie? To idealny układ! Dwie starsze panie zastrzelone w ogrodzie,
praktycznie w tym samym czasie! Każdy pomyśli, że ten włamywacz ma na
sumieniu również Lillith! Pójdziemy teraz do szopy i ją znajdziemy.
Zrobimy trochę bałaganu i wszędzie połazimy. A potem zadzwonimy na
policję!
-?Znowu policja -?powiedziała znudzona Edwina.
-?Dobry plan! -?rozległo się z góry, gdzie Winston siedział i nasłuchiwał na podeście schodów.
-?Dlaczego miałabym brać w tym udział? -?syknęła Bernadette nie do końca
tak fachowo jak Hettie, ale i tak jadowicie. -?Jeśli nikt mnie...
-?Bo w więzieniu nie ma czekoladek -?powiedziała Agnes. -?Po prostu
dlatego.
Sprawa okazała się jednak potem trochę bardziej skomplikowana, niż się
spodziewali. Policjanci nie tylko zabrali Lillith, ale też rozciągnęli
czarno-żółte plastikowe taśmy w paski jak u szerszenia, robili zdjęcia,
zbierali próbki i łazili po ogrodzie. Agnes martwiła się o swoje
hortensje.
A te muchy! Te wszystkie muchy! Agnes nie wzięła pod uwagę tego, że
Lillith w tak krótkim czasie przyciągnie tak wiele much. Był to dla nich
wszystkich prawdziwy szok.
Teraz Agnes stała oszołomiona w korytarzu i marzyła tylko o tym, żeby
uciąć sobie małą drzemkę. Funkcjonariusze policji mijali ją w pośpiechu.
Edwina i Hettie sobie poszły, Marszałek był przesłuchiwany w ogrodzie, a Winston z ciekawością zerkał z podestu schodów. Bernadette zużyła cały
domowy zapas chusteczek i przepłakiwała się teraz w salonie przez rolkę
papieru toaletowego. Pomagała jej w tym jakaś policjantka.
Agnes nie miała nic innego do roboty, jak wchodzić innym w drogę. Oparła
się wykończona o framugę drzwi, kiedy padł na nią jakiś cień.
-?Cześć, czeeść -?powiedział jakiś nieznajomy głos.
Agnes zamrugała pod światło i spojrzała w dwoje błyszczących, zielonych
oczu, nad którymi unosiło się rondo jakiegoś przedpotopowego kapelusza z piórami.
-?Jestem Charlie -?powiedział kapelusz. -?Ta nowa. Cóż za wspaniały dom!
Agnes jęknęła. Nowa! W zamieszaniu wokół Lillith i Mildred zupełnie o niej zapomnieli!
W tej chwili minęło je dwóch policjantów z noszami. Na noszach leżał
wielki, biały, plastikowy worek, wciąż otoczony chmarą pełnych nadziei
much.
-?Ojej -?powiedziała Charlie w kapeluszu z piórami. -?Chyba przyszłam
nie w porę.
Agnes przypomniała sobie o swoich dobrych manierach.
-?Nie, skądże. Jestem Agnes -?powiedziała i wyciągnęła rękę. -?Aha, to
była Lillith.
-?Ha! -?Charlie sięgnęła po rękę Agnes i potrząsnęła nią serdecznie. -
Czyli działa, co? Cudownie!
Agnes spróbowała się uśmiechnąć.
-?Witamy w Sunset Hall!
Rozdział 2. Hindus
Rozdział 2
Hindus
I znowu najwyraźniej nikt więcej nie czuł
się odpowiedzialny, więc to Agnes trzeci raz tego dnia stawiła czoła
schodom, by pokazać Charlie jej nowy pokój. Trochę to trwało. W głowie
wirowały jej Lillith i Mildred. Mildred i Lillith.
Mildred. Lillith.
Lillith. Mildred.
I tysiąc głodnych much.
Kolana Agnes jakby zmiękły.
Na podeście schodów musiała zrobić sobie przerwę na odpoczynek.
-?Jutro naprawią podnośnik -?stęknęła przepraszająco.
Charlie machnęła ręką i nieproszona wzięła ją pod rękę. Tak szło się
lepiej i Agnes nie wiedziała, czy powinna być wdzięczna, czy zirytowana.
Charlie pachniała nietypowo, nie tylko praniem, kremem do rąk i wodą
kolońską, ale bardziej obco, zaskakująco. Prawdziwe perfumy,
podejrzewała Agnes. Powiew drewna, irysów, a pod spodem coś innego,
znajomego, ale trudnego do rozpoznania. Może po prostu człowiek?
Na górze, na podeście siedział Winston i uśmiechał się, ciepły i dostojny jak Święty Mikołaj.
-?Dużo się dzisiaj dzieje -?powiedział współczująco.
Ręka Agnes wyślizgnęła się ukradkiem spod ramienia Charlie.
-?To jest Charlie -?powiedziała Agnes. -?Nowa. A to jest Winston.
Chwilowo tu utknął.
-?Cześć, cześć -?powiedziała Charlie, a Winston zdjął wyimaginowaną
czapkę z łysej głowy.
-?Pokój jest z tyłu po lewej -?wyjaśniła Agnes i wyminęła ich powoli,
lecz zdecydowanie. Chciała wreszcie uciąć sobie tę drzemkę.
-?Cudownie -?powiedziała Charlie.
Drzwi otworzyły się i Agnes zamrugała.
Był to ulubiony pokój jej matki i czasami Agnes wydawało się, że widzi
ją tam, jak stoi przy oknie, szczupłą sylwetkę o prostych plecach, z wysoko upiętymi włosami. Fiołki i światło słońca, delikatny serwis do
herbaty na stoliczku w wykuszu, a czasami, jeśli miała szczęście, zapach
ciasteczek kokosowych.
Ale tym razem czar nie chciał zadziałać, jak należy. Agnes spojrzała na
pokój oczami Charlie i zobaczyła kurz na gzymsie kominka oraz wyblakłe
od słońca plamy na dywanie. Łóżko było świeżo zasłane, dzięki Bogu, ale
naprawdę ktoś powinien był zadać sobie trud, żeby przynieść parę
świeżych kwiatów... Tylko: bez podnośnika i w tym całym zamieszaniu?
-?Własna łazienka, biurko, kącik do siedzenia -?wyjaśniła niepotrzebnie.
-?Tak jak ustalałyśmy.
-?Hmmm -?rzekła Charlie i zdjęła kapelusz z piórami. Włosy pod spodem
miała białe i jedwabiste jak łabędzi puch. I długie. Aż za pupę.
Nadałyby się na parę porządnych warkoczy.
-?Może odrobinę koloru... -?mruknęła, rzuciła kapelusz w kierunku stojaka
na ubrania i trafiła. -?No i oczywiście rośliny pokojowe. To się
załatwi! Cudownie!
-?Jest tu piękny widok na ogród -?powiedziała Agnes defensywnie i rozsunęła zasłony. Kurz zatańczył w świetle słonecznym. Razem spojrzały
w dół, na labirynt z szerszeniowatej taśmy i kilku policjantów, którzy
kręcili się w nim w białych kombinezonach pszczelarskich. Agnes
wypatrzyła złamaną hortensję.
-?Ech -?westchnęła. -?Zwykle... wygląda sielankowo.
-?Czy to się często zdarza? -?spytała Charlie obok niej. Czerwone
paznokcie zastukały pytająco w parapet.
-?Mam nadzieję, że nie -?mruknęła Agnes, ale w głębi duszy miała
niedobre przeczucie, że już wkrótce zobaczą więcej tej szerszeniowatej
taśmy, w ogrodzie, w domu, wszędzie. A te muchy... Wzdrygnęła się,
zamachała rękami i zdecydowanie zasunęła zasłony. -?Na pewno chcesz się
odświeżyć -?powiedziała, życzliwie skinęła głową i ruszyła w kierunku
drzemki.
W drzwiach odwróciła się jeszcze raz. Charlie opadła na łóżko i wyciągnęła się jak długa, pokazując przy tym szokująco dużą część kolan.
-?Mam nadzieję, że będziesz się dobrze czuła w Sunset Hall! -
powiedziała Agnes.
-?Sunset Hall! -?powtórzyła Charlie. Brzmiało to prześmiewczo, ale też
przyjaźnie. -?Bardziej Sunset niż Hall, powiedziałabym. Dokładnie tak,
jak ja!
-?Jest, jak jest! -?odparła Agnes, może trochę za ostro. W sumie
przecież Charlie miała rację! -?O czwartej będzie podwieczorek -
przypomniała.
Oczywiście potrwało to jednak trochę dłużej, zanim wszyscy zebrali się w pokoju słonecznym wokół wyglądającej na nieco zmaltretowaną chałki.
Policja w końcu odjechała, pozostawiając za sobą masę żółtej,
szerszeniowatej taśmy i dobrych rad. Marszałek po swojej rozmowie z policjantami wydawał się blady i poszarzały, wyssany niczym czekoladka.
Bernadette w końcu się wypłakała i teraz przysłuchiwała się wszystkiemu
wokół z niemal dziarską miną. Edwina rozszarpywała swoją chałkę. Winston
nalewał herbatę. Charlie siedziała wśród nich w czerwonym kimonie niczym
jakiś rajski ptak i gadała. O wakacjach na południu Francji. O swoim
trzecim mężu, niezłym ananasie. O szpitalach, które były naprawdę
okropne. Dlaczego przez cały czas nawijała? Pewnie nerwy, podejrzewała
Agnes. Przeprowadzka do Sunset Hall dla każdego nowego przybysza
stanowiła poważny krok.
W końcu Charlie włożyła sobie jednak do ust kawałeczek chałki, przeżuła
go i połknęła bez entuzjazmu, i Agnes chwyciła się swojej szansy. Ktoś w końcu musiał wytłumaczyć nowej obowiązujące w domu zasady.
-?Obiad zwykle jadamy wszyscy razem -?powiedziała szybko. -?Z reguły w jadalni, chyba że podnośnik się zepsuje i Winston... -?Zauważyła, że zaraz
chyba się zaplącze, i spróbowała jeszcze raz. -?Śniadanie każdy bierze
sobie z kuchni sam, zależnie od tego, kiedy wstaje. Nie wcześniej.
Oczywiście, że nie. -?Sfrustrowana Agnes zapatrzyła się w swoją
serwetkę. W głowie myśli miała porządnie poukładane, jedna po drugiej,
jak perełki na nitce, ale na języku coraz częściej jakoś jej się
przekręcały. Wnętrze i zewnętrze. Jedno i drugie coraz bardziej oddalały
się od siebie. Zamilkła zirytowana.
-?Albo sama -?powiedziała Charlie z pełnymi ustami.
-?Najczęściej -?przyznała Agnes. -?Jest lista drobnych obowiązków
domowych, poza tym mamy dochodzącą panią.
-?Silvy -?powiedział Winston z uznaniem.
-?Piecze nam też -?dorzuciła Edwina, wskazując bezkształtną chałkę. -?I ja też piekę!
Marszałek przewrócił oczami.
Bernadette jęknęła.
-?W środy przychodzi fizjoterapeuta... -?Agnes próbowała nie dać się zbić
z tropu. -?Przede wszystkim do Winstona, ale każdy może...
-?Ha! -?powiedział Winston.
-?Czasami gotuje... -?uzupełniła Edwina.
-?W piątek jest gotowa pizza -?rzekła Bernadette. -?Albo zamawiamy rybę
z frytkami z pubu.
-?Ustalamy, co kupujemy -?wyjaśniła Agnes. -?I co gotujemy. Wszystko
omawiamy.
Nagle na stół opadło milczenie, jakby osłonił go klosz do przykrywania
sera. Ostatnimi czasy pojawiła się cała masa rzeczy, których nie omówili
wystarczająco.
Całkiem solidna masa.
Na zewnątrz rozległ się klakson, a następnie głębokie, mrożące krew w żyłach szczekanie.
-?Ha! -?rzekła Charlie. -?Thomas i Brexit! Cudownie!
Thomas okazał się młodym, bezwstydnie przystojnym nosicielem okularów
przeciwsłonecznych. Biała koszula, zdrowa opalenizna, porwane dżinsy.
Agnes zwykle nie lubiła dżinsów, a co dopiero porwanych, ale te... Podczas
gdy mobilna część grupy przemieszczała się, by przyjrzeć się gościowi na
własne oczy, Agnes obserwowała z okna, jak ten książę z bajki sumiennie
ustawia przy drzwiach wejściowych rząd kolejnych walizek, podczas gdy w jego dostawczaku szaleje jakiś szary orkan. Samochód się kiwał.
Na werandę wyszła Charlie, a tuż za nią Marszałek i Edwina.
-?Skarbie! -?Charlie rozłożyła ramiona, a Thomas zostawił walizki,
pośpieszył ku niej i dał jej całusa. CAŁUSA. Czy raczej przerośniętego
cmoka w policzek. Agnes przykleiła się do szyby.
-?Czy któraś z nich jest dla mnie? -?Edwina podskakiwała na werandzie
jak małe dziecko.
Charlie wskazała Edwinę.
-?Edwina, Marszałek. -?A potem, z zamaszystym gestem: -?SUNSET HALL!
Ze swojego okna Agnes nie widziała Marszałka, ale musiał stać gdzieś tam
w cieniu drzwi wejściowych. Potrafiła to sobie doskonale wyobrazić. Ręce
założone na plecach. Sceptyczny. Wojskowy.
-?Pięknie! -?Młodzieniec podniósł pierwszą walizkę. -?Całkiem ładnie to
wygląda. Zanieść ci ją od razu do pokoju...?
-?Mógłbyś, skarbie?
Ich spojrzenia na chwilę się spotkały, a w uśmiechniętych twarzach coś
się poruszyło. Coś jakby smutek.
-?A więc to już? -?powiedział Thomas cicho. -?Jesteś pewna...?
Charlie chyba skinęła głową, po czym nagle wyrzuciła ręce w powietrze.
-?Cudownie!
Ze swojego okna Agnes obserwowała, jak walizka za walizką wędruje przez
drzwi wejściowe, przypuszczalnie po schodach na górę, przypuszczalnie do
pokoju Charlie. Co u licha Charlie miała w tych wszystkich walizach?
Agnes potrafiła to sobie wyraźnie wyobrazić: Boa z piór. Futra.
Koronkowe bluzki. Diamentowe broszki. Buteleczki perfum. Lakier do
paznokci.
Przypomniała jej się Lillith, która też pewnego dnia przyjechała z walizkami, w towarzystwie swojej zrzędliwej córki. Coś trzeba zrobić z jej rzeczami. Czy zostaną odebrane? Ktoś musi się skontaktować z tą
córką -?a może takie rzeczy robi policja?
Nagła cisza przywróciła ją do rzeczywistości.
Rzeka walizek urwała się, miejsce przed domem opustoszało.
Głosy na schodach.
W korytarzu.
Agnes pośpieszyła z powrotem do stołu. Nie chciała zostać przyłapana na
wyglądaniu przez okno. Jej matce nigdy by się to nie spodobało, a ludziom w dzisiejszych czasach też się to pewnie nie podoba.
Szpiegowanie. Nikt nie lubi szpiegów. Oprócz Edwiny oczywiście. Edwina
wcześniej sama była jakby szpiegiem.
Kiedy drzwi stanęły otworem, Agnes rzuciła się na pierwsze lepsze
krzesło.
To oczywiście Charlie. I niezmordowany właściciel dżinsów.
-?Pokój słoneczny -?wyjaśniła Charlie. Thomas zdjął okulary
przeciwsłoneczne i sumiennie kiwał głową. -?Mój wnuk Thomas. To jest
Agnes. To ona tu wszystko zorganizowała. Świetny projekt! -?Charlie
znowu wskazała palcem i Agnes musiała podnieść się z krzesła, na które
dopiero co z takim trudem dotarła, by przywitać się z Thomasem.
Zorganizowała? Ha! Ta Charlie w ogóle jej nie zna!
Chyba trochę przesadziła z tym powitaniem, bo Thomas ostrożnie zabrał
dłoń z potrząsającej nią ręki.
-?To ja już zmiatam, babciu...
Charlie skinęła głową.
-?No jasne, skarbie. Bardzo ci dziękuję. I nie zapomnij o Brexicie!
Thomas się roześmiał.
-?Jakżebym mógł!
Zmiata? Ale co? A Brexit? Kto mógłby zapomnieć o Brexicie? Mówili
językiem, którego Agnes do końca nie rozumiała, i zauważyła, że im
zazdrości. Ostatnimi czasy zdarzało jej się walczyć o każdą odrobinę
zrozumienia, a tutaj wydawało się, że wszystko po prostu szemrze sobie
jak jakiś strumyk. Ale pomocny wnuczek zniknął już za drzwiami, "zmiótł"
się, jak podejrzewała Agnes, a Charlie spoglądała za nim błyszczącymi
wilgocią oczami.
W pewnym momencie Agnes udało się w końcu dotrzeć na swój fotel uszak i zamknąć oczy, ale prawdziwy nastrój na drzemkę jakoś nie chciał się
pojawić. Gdzieś w korytarzu znowu coś się działo, słyszała głosy, kroki,
śmiechy. Edwina wydała z siebie cichy, entuzjastyczny okrzyk.
Agnes zastanowiła się, czy nie powinna sprawdzić, co się dzieje. Była
zmęczona, zbyt zmęczona na drogę do drzwi, a może nawet do schodów.
Niech sobie tam inni pokrzykują! Ona była dokładnie tam, gdzie jej
miejsce. Będzie tak tu sobie po prostu siedzieć, aż do... co właściwie
miało dziś być na kolację? I czyja kolej na gotowanie? Oby nie Edwiny!
Może Lillith? Będą musieli przerobić plan posiłków -?po Lillith nie
można już się było spodziewać zbyt wiele pod względem kulinarnym...
I wtedy Agnes nagle znalazła się znowu wysoko na jabłoni. Chłodne, nocne
powietrze wywołało gęsią skórkę na jej nagich ramionach. Zerknęła w dół,
gdzie pierwsze opadłe jabłka wyrastały z czarnego trawnika niczym blade
guzki.
Strach był wszędzie, w świetle księżyca uwięzionym w jej koszuli nocnej,
zbyt białej; w szorstkiej korze drzewa pod jej dłońmi; w wietrze
poruszającym liśćmi; w jej oddechu, zbyt szybkim i zbyt głośnym; a nawet
w śpiewie słowika.
Cicho, cicho!
Nie ruszaj się!
Nie odzywaj!
Bo tam na dole, pod jabłoniami, krążył potwór.
-?Agnes, idziemy do Hindusa!
Agnes otworzyła oczy, przez moment walczyła z poduszką, w ataku paniki
wypatrując Hindusów, ale stała przed nią tylko Edwina w swoim niebieskim
płaszczu wyjściowym, z błyszczącymi oczami i rumieńcem na policzkach.
Hindus! Co za nonsens!
Chciała powiedzieć "Nie ma mowy!", ale zamiast tego szepnęła tylko:
-?Hę?
Za Edwiną pojawiła się jakaś włochata twarz, błyszcząco białe zęby,
wilgotny, elastyczny nos i zaskakująco wymowne oczy.
Agnes zastanowiła się, jak szybko zdołałaby się dostać do drzwi łazienki
-?nie dość szybko! Wilczur wyminął Edwinę -?wielkie nieba, sięgał jej do
ramienia! -?i zabrał się za szczegółową inspekcję węchową wykładziny
dywanowej.
-?Ona stawia! -?wyjaśniła Edwina. -?Bierzemy taksówkę!
-?Stawia? -?wymamrotała Agnes. Węszący nos podszedł bliżej.
-?Powiedziała, że powinniśmy uczcić jej debiut!
-?Uczcić?
-?Szczerze mówiąc, po prostu nie lubię pieczeni na zimno. A już
szczególnie w mój pierwszy wieczór. Jesteście gotowe?
Charlie, znowu w tym niemożliwym kapeluszu z piórami. No jasne!
Coś wilgotnego dotknęło ręki Agnes. Wzdrygnęła się. Tam, gdzie jeszcze
przed chwilą była jej poduszka, teraz leżała ogromna, szara psia głowa,
czarny nos na przedzie, futro z każdej strony.
Agnes usłyszała swój śmiech. Brzmiał nieco histerycznie.
Wtedy spomiędzy ostrych zębów wysunął się różowy język i polizał ją po
rękach. Poczuła łaskotki. Dość wilgotne. Agnes przestała się śmiać i przyłapała się na prawdziwym uśmiechu. Przyjemnie było zostać polizaną.
To było takie... pełne życia.
Ostrożnie wyciągnęła rękę i dotknęła sierści. W szczeciniasty sposób
jedwabista i ciepła.
Dalej w tylnej części psa coś zamerdało.
-?Lubi cię! -?rzekła Edwina zazdrośnie. -?Idziemy już?
Agnes przypomniała sobie o najnowszym kryzysie i niechętnie oderwała się
od psiej głowy. Brązowe oczy spojrzały na nią z wyrzutem, po czym
wilczur ruszył dalej, znowu w ślad za nosem.
-?Nie możemy tak po prostu iść do Hindusa -?powiedziała Agnes. -?Nie
tego dnia, kiedy zabrali Lillith! Już zapomnieliście? Jak to będzie
wyglądać?
-?Jeszcze nigdy nie byłam u Hindusa! -?Edwina tupnęła nogą, a Agnes
miała ochotę przypomnieć jej, że była kiedyś żoną Hindusa, nie zawsze
szczególnie szczęśliwą. Tylko po co?
-?Ach! Hm. To jest oczywiście... -?Przynajmniej Charlie zdawała się
rozumieć, że Hindus to niekoniecznie najlepszy pomysł, i zarumieniła się
pod swoim kapeluszem. -?Nie chciałam... Tyle że ja jej przecież w ogóle
nie znałam... Najlepiej będzie trochę odczekać, tak?
-?A pieczeń na zimno... -?Agnes zamilkła. Chciała zwrócić Charlie uwagę,
że pieczeń na zimno należy do jej największych osiągnięć kulinarnych,
ale pies złapał właśnie jej poduszkę i potrząsał nią z warkotem. Agnes
wstrzymała oddech.
-?Brexit! -?Głos Charlie zabrzmiał nagle ostro niczym świst bata i pies
natychmiast zostawił poduszkę, po czym wielkim susem przeskoczył przez
stolik kawowy i rozsiadł się przed Charlie na swoim futrzastym zadku.
-?To jest Brexit! -?wyjaśniła Charlie z dumą. -?Jest jeszcze tylko
troszkę rozbrykany!
-?Aha -?mruknęła Agnes bezradnie. Dla niej Brexit to było coś, co się
odbywało w radiu, dzień w dzień, do upadłego. Kosmata afera, na pewno,
ale chyba nie aż tak.
-?Ale... -?Zawahała się. Kto zdecydował, że Charlie może tak po prostu
wziąć ze sobą swoje ogromne psisko? Jak do licha mieli sobie z nim
wszyscy poradzić? Bernadette, która nie widzi? Winston na wózku?
Marszałek, który po prostu odmaszerował z pistoletem do ogrodu i nie
potrafił sobie niczego przypomnieć? I Edwina, która ma w głowie tylko
jogę i bzdury? Czasami wyzwaniem było nauczyć odpowiedniego szacunku
żółwicę Hettie, a takie duże zwierzę...
-?Brexit! -?powtórzyła Agnes z dezaprobatą.
Pies dyszał w jej stronę przyjaźnie.
-?Brexit nadchodzi! -?wyjaśniła Charlie z całym przekonaniem. -?Trzeba
iść z duchem czasu! Utrzymać się przy piłce i tak dalej... A Brexit kocha
piłki!
Potem oczywiście i tak zjedli hinduskie jedzenie, chociaż nie stylowo u Hindusa, tylko po kryjomu w pokoju słonecznym, z plastikowych misek i aluminiowych tacek. Charlie bezceremonialnie zamówiła dla wszystkich.
-?To nie jest hinduskie! -?poskarżyła się Edwina setny raz, widelcem
przewracając ciecierzycę po talerzu.
Agnes trafił szlag.
-?Owszem, jest!
Po czym uznała, że zachowuje się dziecinnie. To nie wina Edwiny, że ma
już nie po kolei... Dlaczego ciągle daje jej się prowokować? Powinna
wiedzieć lepiej!
-?Wyśmienite -?mruknął Winston setny raz, chwycił Charlie za rękę i udał, że ją całuje. -?Ależ z ciebie doskonała kucharka!
-?Pochlebca! -?Charlie uszczypnęła go w policzek jak uczniaka, a Agnes z mieszanymi uczuciami zapatrzyła się w swoje curry.
-?Co to za historia z tym psem? -?szepnęła do Marszałka. -?Kto jej
powiedział, że może go wziąć?
-?No tak -?mruknął Marszałek -?mamy Hettie i pomyślałem...
-?Hettie to dość kompaktowe stworzenie -?syknęła Agnes. -?Za to Brexit...
-?Myślałem, że chodzi o chomika -?przyznał Marszałek. -?Zapytała, czy
może zabrać ze sobą swojego uroczego, małego przyjaciela...
Wydawał się taki zakłopotany, że Agnes przez moment poczuła pokusę, by
jego też uszczypnąć w policzek. Zamiast tego potrząsnęła z dezaprobatą
głową. Charlie była tu zaledwie od paru godzin, a już zdołała
zaprowadzić chaos, nie tylko na zewnątrz, na stole jadalnym, gdzie
piętrzyła się nieprzyzwoita masa plastikowych śmieci, ale też wewnątrz,
w jej głowie. Głęboko westchnęła.
-?Przecież jakoś to będzie! -?powiedział Marszałek uspokajająco.
-?Hm?
-?No z Brexitem!
-?W radiu też tak mówią -?mruknęła Agnes. -?Osobiście nie wierzę w ani
jedno ich słowo!
Nagle Bernadette zerwała się, zachwiała odrobinę i uniosła swoją
szklankę mango lassi. Była zbyt wzburzona i lassi chlupnęło, po czym
kapnęło na stół.
-?Za Lillith!
-?Za Lillith! -?Pozostali też unieśli szklanki. Zachlupotało więcej
mango lassi, a Agnes znowu usłyszała ten wysoki dźwięk.
Zastanowiła się, czy gdzieś tam, w tym wielkim domu, ktoś pije za
Mildred. Mało prawdopodobne.
Akurat Mildred! Dało jej to do myślenia. Pogrążona w domniemaniach
nałożyła sobie na talerz więcej ryżu i ostrego sosu. Czy rzeczywiście
był to zwykły włamywacz, który obrabował sąsiadkę? Ściśle biorąc, mógłby
po prostu przemaszerować obok niej, a Mildred, która wegetowała na wózku
inwalidzkim po udarze, nie byłaby w stanie absolutnie nic z tym zrobić.
Po co więc ta przemoc? I dlaczego sprawca po morderstwie wcale nie
włamał się do domu, jak należy? Nikt nic nie mówił o prawdziwym
włamaniu!
Agnes w zamyśleniu upiła trochę mango lassi, przysłuchując się wysokiemu
dźwiękowi.
Musiała przyznać, że nie może się doczekać pogrzebu.
Później, kiedy plastikowe naczynia wypełniły już kosz na śmieci, a Agnes
zaczęło się nieprzyjemnie odbijać po curry, Marszałek uroczyście
wyciągnął z sejfu czarną księgę. Siedzieli w milczeniu, gdy Charlie
wpisywała do niej swoje imię i wypełniała kwestionariusz. Następnie
podpisali się jedno po drugim, najpierw Charlie, potem Winston swoim
eleganckim bazgrołem, Marszałek dwiema spiczastymi literami, Bernadette
szeroko, energicznie i trochę wychodząc za kartkę. Edwina narysowała
motylka.
Agnes przez chwilę zmagała się z długopisem, ale potem zapanowała nad
nim i podpisała. Własny podpis wydał jej się koślawy i obcy.
Charlie siedziała przy stole cicha, nieco pobladła i wyjątkowo nie
uważała, że wszystko jest cudowne. Bernadette podeszła do niej -
uroczysta, ale też nieco złowieszcza w swych gangsterskich okularach
przeciwsłonecznych -?i zamknęła ją w trochę źle wycelowanym uścisku.
-?Teraz jesteś jedną z nas!
Agnes i Marszałek spojrzeli po sobie. Marszałek prawie niedostrzegalnie
skinął głową.
Tylko Agnes zauważyła, że ręka mu drżała, kiedy wykreślał imię Lillith z rejestru i odkładał książkę do sejfu.
Rozdział 3. Lepsze ciastka
Rozdział 3
Lepsze ciastka
Następnego ranka wszystko wyglądało już o wiele bardziej różowo. Agnes obudził śpiew skowronka i przez moment po
prostu sobie leżała, jeszcze opatulona snem. Nic. Żadnych dźwięków,
żadnych problemów, żadnej szerszeniowatej taśmy w ogrodzie. Była po
prostu Agnes i na ten moment to wystarczyło. Potem przeciągnęła się i biodro dało o sobie znać. Czyli nie po prostu Agnes. Stara Agnes.
Każdego ranka był to mały wstrząs. Jak to możliwe, że siedemdziesiąt
osiem lat tak po prostu przepłynęło obok niej? A może osiemdziesiąt
siedem? Lepiej się nad tym nie zastanawiać!
Ostrożnie, przy pomocy słupka łóżka uzyskała pozycję wertykalną.
Chłodne, poranne powietrze połaskotało ją w przedramiona. To dobrze.
Przyda im się krótka przerwa na odpoczynek od tego nieustannego ciepła.
Ciepło ściągało muchy, a much miała Agnes chwilowo dosyć.
Zasłony wydęły się złowieszczo na wietrze i w jednej chwili Agnes
całkowicie się rozbudziła. Stare, na wpół zapomniane rzeczy wypłynęły z dna sadzawki wspomnień i nie potrafiła już tak po prostu siedzieć na
bolącym biodrze i nic nie robić. Tak się nie dało! Wzięła się w garść.
Gołe stopy dotknęły chłodnej podłogi. Było to dokładnie takie samo
uczucie jak w czasach szkolnych albo później, kiedy już była zaręczona i budziła się o najbardziej niemożliwych porach z głową pełną bezładnych
myśli. Podniesiona na duchu przez znajome deski podłogowe Agnes wstała i poczłapała do okna, żeby opanować dziko powiewające zasłonki. Wzdrygnęła
się: na dole w ogrodzie stał jakiś mroczny cień i spoglądał w górę ku
niej -?był to Brexit, z pyskiem pełnym szerszeniowatej taśmy!
Ha! Dobrze im tak! Im szybciej ta głupia banda zniknie z jej ogrodu, tym
lepiej. Pomachała psu życzliwie.
Brexit zamerdał.
Agnes otworzyła szafę na ubrania, żeby wyciągnąć z niej pierwsze... i zawahała się. Przez całe lata zawsze wyciągała z szafy pierwsze lepsze
ubranie, nieważne co, o ile tylko było czyste, pasujące do pogody i proste do założenia. Spódnice na gumkę, obwisłe swetry i rozpinane
dzianinowe wdzianka -?ale teraz uznała, że to nie wystarczy. Nie przy
Charlie, która paradowała po domu w czerwonych kimonach i pokazywała
kolana. Palce Agnes dotknęły żakietu z pięknego, zielonego aksamitu -
oczywiście zbyt ciepły -?a potem delikatnej, fioletowej sukienki, której
już od wieków... ale nie, z suwakiem w życiu sobie nie poradzi. Poza tym
dopiero co wczoraj zabrano z szopy Lillith i te obrzydliwe muchy, więc
Agnes nie za bardzo mogła wystąpić w pastelowych barwach. Jej ręka
badała dalej, aż w końcu znalazła porządną, czarną spódnicę na zatrzaski
i bluzkę z czarną koronką. Przez chwilę zmagała się z okrągłymi, dziwnie
niewspółpracującymi guzikami od bluzki, aż wreszcie dała radę. W łazience umyła twarz i ręce, uczesała dziwnie przypominające pióra włosy
i nadała im kształt za pomocą kilku spinek. Jej trzecie zęby spędziły
noc w kąpieli dezynfekcyjnej i szczerzyły się do niej zachęcająco z krawędzi umywalki. Agnes starannie je wypłukała i założyła na miejsce.
Spróbowała się uśmiechnąć. Niesamowite, jak dobrze można się uśmiechać
za pomocą obcych zębów! Co jeszcze? Perfumy? Czy w ogóle ma...
Podreptała do biurka i z pewnym trudem wysunęła najwyższą szufladę. No
proszę! Chanel No. 5! Jednak po dokładniejszej analizie okazało się, że
butelka jest pusta, sucha, a zawartość wyparowała, zniknęła, ulotniła
się. Chanel dawno odeszła w niebyt. Za to Agnes odkryła małą, złotą
tubkę szminki. Z tym znaleziskiem udała się z powrotem do łazienki.
Wykręciła czerwony sztyft i się umalowała. Serce mocniej jej zabiło.
Poczuła znowu swoje ciężkie warkocze i pełen dezaprobaty wzrok matki,
ale też dreszcz zdenerwowania, wywołujący mrowienie przypominające
musujące wino. Kiedy skończyła się malować, zacisnęła usta. Potem
nałożyła sobie na policzki odrobinę różu i roztarła dłonią.
No proszę! Jak dobrze się poczuła!
Wychodząc z pokoju, odważyła się rzucić krótkie spojrzenie w lustro:
szczupła, przywiędła dama w czerni, trochę przypominająca suszoną rybę,
ale też prawie elegancka, w ładnej bluzce, z dziwaczną fryzurą i zaskakująco czerwonymi, trochę nieregularnymi ustami. Jej oczy
spoglądały czujnie, a nawet całkiem energicznie spod opadających powiek
-?i wciąż były to jej oczy, oczy dziewczyny z warkoczami. Niebieskie i badawcze. Dobrze. Tym razem nie uda jej się wspiąć na jabłoń, więc
przyda się przynajmniej czujne, chłodne spojrzenie.
Agnes była z siebie zadowolona.
Bez żadnych przygód zdołała zejść po schodach i utykając, cicho weszła
do kuchni. Zwykle była na śniadaniu pierwsza i dokładnie tak lubiła.
Spokój. Nikt nie przeszkadza. Nastawiła czajnik, a potem bez wielkiego
optymizmu zajrzała do lodówki. Minęło już kilka dni, odkąd Silvy zrobiła
zakupy, i wszystkie ciekawe produkty żywnościowe zniknęły. Owoce.
Jogurt. Szynka.
To będzie nudne śniadanie. Agnes wzięła masło i marmoladę, nalała sobie
herbaty, wsadziła chleb do tostera -?i nagle znalazła się oko w oko z Brexitem.
Wrócił z ogrodu i wydawał się głodny.
-?Och!
Ależ on był wielki!
-?Idź sobie! -?szepnęła Agnes.
Brexit sapnął z nadzieją.
-?Nie mamy już szynki -?powiedziała Agnes zgodnie z prawdą.
Brexit nie dał się zniechęcić.
Agnes odcięła kromkę chleba tostowego i rzuciła mu w paszczę.
Cap. Zniknęła.
Ogon zamerdał.
Zaczęła odkrajać nową kromkę, ale wtedy przypomniała sobie coś lepszego.
W radiu ostrzegali przed niedoborami produktów żywnościowych z powodu
Brexitu, nie mogła więc oddać wszystkich zapasów psu. Dlatego
wyprostowała się na całą wysokość -?która wciąż jeszcze wynosiła o jakieś dwadzieścia centymetrów więcej niż wilczura -?i przypomniała
sobie, co zrobiła Charlie.
-?Brexit, na miejsce!
Brexit rzucił jej spojrzenie, zaskoczone albo pełne wyrzutu, tego nie
umiała stwierdzić, i rzeczywiście rozłożył się na podłodze -
wyciągnięty, futrzasty, pagórkowaty krajobraz u jej stóp.
-?Dobry pies!
Agnes rzuciła mu w nagrodę jeszcze drugą kromkę chleba i doszła do
wniosku, że Brexit może rzeczywiście będzie dobrym współlokatorem -
jedynym, który w tym domu robi to, co mu się każe! Nalała sobie mleka do
herbaty i posmarowała tosta masłem. Kiedy już miała zasiąść do jedzenia,
w drzwiach nagle stanęła Edwina.
-?Jesteś kolorowa! -?powiedziała i klasnęła w ręce. -?Kolorowa i czarna!
"Kolorowa" to bezwstydna przesada. W końcu to tylko odrobina szminki.
Agnes chciała zmusić Edwinę do milczenia za pomocą tosta, ale ta stała
już z powrotem w drzwiach.
-?Agnes jest kolorowa i czarna! -?zawołała. -?Kolorowa i czarna!
Spokojne śniadanie mogła sobie teraz wybić z głowy! Przez drzwi wpadł
Marszałek w szlafroku, zobaczył ją przy stole i zakaszlał. Powoli, ale
systematycznie do kuchni wsunęła się Bernadette, niczym ślimak o niewidzialnych czułkach. Charlie sfrunęła do środka w czerwonym kimonie.
-?Tylko tyle? -?zapytała spokojnie. -?Ta odrobina szminki?
-?Szminki? -?powtórzyła Bernadette z dezaprobatą. Jak mogła krytykować
coś, czego w ogóle nie widziała? Lepiej by się wzięła za siebie, z tym
swoim grubym tyłkiem i wiecznymi czekoladkami!
Agnes poczuła, że do nałożonego na twarz różu dołącza prawdziwy
rumieniec. Wstała.
-?Wychodzę! -?powiedziała z naciskiem. -?Do Pucków. Ktoś powinien złożyć
im kondolencje. Ktoś, kto się jako tako prezentuje! -?Dopiero co
przyszło jej to do głowy, ale momentalnie uznała, że to doskonały
pomysł.
-?Ale my nigdy nie chodzimy do Pucków! -?zawołała Edwina. -?Nikt do
nich nie chodzi!
-?To sytuacja wyjątkowa! -?Z lekkim ubolewaniem Agnes pożegnała się ze
swoim śniadaniem i ruszyła, jednocześnie zirytowana i zmotywowana, w kierunku drzwi wejściowych. Może zdoła się czegoś dowiedzieć, odkryć
coś, co przeoczyła policja!
Wyciągnęła swoją laskę ze stojaka na parasole. Zwykle czuła się z nią
głupio, ale teraz miała wrażenie, że pasuje do sytuacji. Jak broń.
Miecz, szpada, sztylet! Agnes wyszła na werandę i trzasnęła za sobą
drzwiami wejściowymi.
Gnana siłą determinacji i solidnej porcji wściekłości przemaszerowała
przez werandę, wzdłuż ścieżki, obok swoich ukochanych hortensji, aż do
furtki ogrodowej. Wtedy zauważyła, jak szybko bije jej serce i jak
prędko oddycha. Zakręciło jej się w głowie. Lewa stopa była
niezadowolona, biodro oburzone. Agnes pozwoliła sobie na mały odpoczynek
i obejrzała się na dom.
Swój dom.
Dom swojego życia.
Sunset Hall.
Dom nie rozpoczął swojego życia jako Sunset Hall. Kiedy Agnes w nim
dorastała, nazywał się jeszcze optymistycznie Morning Cottage, ale przed
kilkoma laty, kiedy powstała ich wspólnota mieszkaniowa, ktoś z wioski
zamalował tabliczkę z nazwą czerwoną farbą. Sunset Hall. Jakiś cham. W zamierzeniu miało to być podłe, ale jakimś cudem spodobało się Agnes i jej współlokatorom. Trzeba stawiać czoła swoim słabościom, przekuwać je
w siłę. Jasne -?nie byli już może pierwszej młodości, ale to nie znaczy,
że nie mogli tu w tym domu cieszyć się pięknym zachodem słońca!
Dlatego nie zmyli czerwonej farby, tylko zgłosili w urzędzie nową nazwę.
Całkiem nieźle pasuje do domu, uznała Agnes. Krzepka. Ciepła.
Dramatyczna. Podobał jej się sposób, w jaki jej dom gnieździł się wśród
zieleni, niczym gruba, zadowolona kaczka, otoczona cyprysami,
jabłoniami, brzozami i krzakami czarnego bzu.
Jakie wysokie stały się już te drzewa -?a jaki głęboki cień pod nimi! Do
fasady tuliła się przepiękna glicynia, a w oknach odbijało się niebo.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki