Agnes Aubert. Mistyczne schronisko dla kotów - Heather Fawcett

Kup ebooka

50.00 zł
42.50 zł (38,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Zatrzy­ma­łam się na progu sklepu, żeby strzep­nąć z butów szron. Cienka, biała war­stewka w nocy osa­dziła się na para­pe­tach i bruku. Wyglą­dała jak strzępki futra, które mogłaby zosta­wić po sobie zima, gdyby była wielką bestią skra­da­jącą się po pogrą­żo­nym we śnie mie­ście. Na szczę­ście jesz­cze nie spadł śnieg.

Zdję­łam ręka­wiczki i dys­kret­nie spraw­dzi­łam, czy nie mam na ręka­wach kociej sier­ści. Wła­ści­ciel sklepu, star­szy, chudy męż­czy­zna, popa­trzył na mnie z powagą nie­współ­mierną do sytu­acji.

-?Ma odpo­wied­nią wiel­kość -?stwier­dzi­łam, w końcu rezy­gnu­jąc ze szcze­ro­ści. Sklep był lep­szy niż pozo­stałe lokale, które oglą­da­łam, ale nawet gdyby oka­zał się zły, bar­dzo chcia­łam zna­leźć coś, za co mogła­bym go pochwa­lić. Zauwa­ży­łam tylko tro­chę ple­śni w rogach, ale za to nie natra­fi­łam na żadne ślady myszy. Wyglą­dało jed­nak na to, że powierzch­nia jest praw­do­po­dob­nie o połowę mniej­sza, niż podano w ogło­sze­niu gaze­to­wym.

Pan Levas­seur uśmiech­nął się z wyraźną ulgą.

-?To prawda, made­mo­iselle -?powie­dział. -?W tej oko­licy nie znaj­dzie pani niczego więk­szego. Tutejsi ludzie ciężko pra­cują i uczą się radzić sobie z tym, co mają.

Posłał mi zaczepne spoj­rze­nie, jakby szy­ko­wał się do kłótni. Ja tylko się uśmiech­nę­łam. Jego reak­cja świad­czyła o tym, że nie jestem pierw­szą osobą pyta­jącą o to miej­sce. A teraz, kiedy je zoba­czy­łam, z łatwo­ścią odga­dłam, która oferta -?wła­ści­ciela czy najemcy -?została odrzu­cona.

-?To dobra loka­li­za­cja dla orga­ni­za­cji cha­ry­ta­tyw­nej -?kon­ty­nu­ował pan Levas­seur. -?Sio­stry Zba­wie­nia mają swój sklep po dru­giej stro­nie placu, a Saint-Jean pra­wie codzien­nie roz­daje dar­mowe posiłki.

-?Tak? -?mruk­nę­łam ner­wowo, uda­jąc zasko­cze­nie. Po dro­dze minę­łam Saint-Jean, ładny, ale znisz­czony, kamienny kościół liczący sobie co naj­mniej sto lat, oraz Sio­stry Zba­wie­nia zapew­nia­jące dar­mową odzież tym, któ­rych nie było na nią stać. W szcze­gól­nie trud­nych latach sama korzy­sta­łam ze wspar­cia obu tych insty­tu­cji.

Sły­sza­łam dobie­ga­jący z doków ryk syreny mgło­wej oraz odgłosy roz­ła­dunku stat­ków. Czu­łam zapach glo­nów i sadzy. Nie mogłam prze­stać myśleć o tym, że tak odizo­lo­wane miej­sce, poło­żone wśród maga­zy­nów i znaj­du­jące się z dala od zgiełku mia­sta, nie jest ide­alne dla moich celów.

"Pora­dzisz sobie -?pocie­szył mnie cichy gło­sik. I zaraz dodał pesy­mi­stycz­nie: -?Odrzu­cono cię osiem razy. Głowa do góry".

Wypro­sto­wa­łam się, po czym przy­wo­ła­łam na twarz spo­kojny wyraz pew­nej sie­bie, doświad­czo­nej kobiety inte­resu. Po dłu­gim dniu oka­zało się to trudne; bolały mnie plecy i ogól­nie wola­ła­bym być w domu, naj­le­piej w gorą­cej kąpieli.

-?Dla­czego pani się prze­nosi? -?zapy­tał bez ogró­dek pan Levas­seur, jakby z góry prze­wi­dy­wał, że moja odpo­wiedź będzie nie­ko­rzystna.

Przez stale zmarsz­czone, krza­cza­ste brwi wyda­wał się wiecz­nie ze wszyst­kiego nie­za­do­wo­lony, ale odnio­słam wra­że­nie, że nabrał do mnie tro­chę sym­pa­tii po tym, jak wyra­zi­łam się przy­chyl­nie o jego lokalu.

-?Wynaj­mo­wa­łam sklep przy Rue Sainte-Rose­line -?odpo­wie­dzia­łam.

-?Przy... -?Wyraz jego twa­rzy się zmie­nił. -?Chyba pani tam nie było, kiedy to się stało?

Nie mia­łam ochoty roz­ma­wiać na ten temat. Mimo to bar­dzo chcia­łam, żeby mi współ­czuł, więc zmu­si­łam się do tego, by zadać pyta­nie:

-?Czy­tał pan o tym w gaze­tach?

-?Oczy­wi­ście. Podobno zruj­no­wano kil­ka­na­ście skle­pów.

-?Tak... Oba­wiam się, że mój jest jed­nym z naj­bar­dziej znisz­czo­nych. W tej chwili nie nadaje się do użytku. Moja gospo­dyni, pani Richard, może to potwier­dzić.

Otwo­rzy­łam teczkę, po czym wyję­łam z niej kartkę ze sta­ran­nie spi­sa­nymi na maszy­nie nazwi­skami i adre­sami -?moimi refe­ren­cjami.

-?Znam ją. To dobra kobieta -?odpo­wie­dział. Zauwa­ży­łam, że lekko poczer­wie­niał z obu­rze­nia. -?Prze­klęci mago­wie! Żeby poje­dyn­ko­wać się w biały dzień na ulicy peł­nej porząd­nych, pra­co­wi­tych ludzi. Ale czy to nie jest dla nich typowe?

-?W rze­czy samej -?potwier­dzi­łam, czu­jąc ści­ska­nie w gar­dle. -?W takim razie chyba już pan rozu­mie mój pośpiech.

-?Prze­klęci mago­wie! -?powtó­rzył wła­ści­ciel, po czym nagle chwy­cił moją dłoń i ją uści­snął. -?Wyrazy współ­czu­cia.

Jego tro­ska spra­wiła, że do oczu napły­nęły mi łzy -?ku wła­snemu skrę­po­wa­niu pła­czę rów­nie łatwo, jak się rumie­nię, dosłow­nie na zawo­ła­nie. Jed­no­cze­śnie poczu­łam zna­jomą nie­chęć, która od dawna budziła się we mnie przy każ­dej wzmiance o magach. Nie lubi­łam u sie­bie tej reak­cji, więc sta­ra­łam się ją tłu­mić. Gniew zawsze wyda­wał mi się nie­prak­tyczną emo­cją, szcze­gól­nie wobec magów, nawet jeśli uza­sad­niały go nie­rów­no­waga sił i złe wyko­rzy­sta­nie mocy przez wielu z nich. Z dru­giej strony, rów­nie dobrze można by się zło­ścić na cały świat.

Gdy pan Levas­seur opro­wa­dzał mnie po miesz­ka­niu na pię­trze, jego maniery znacz­nie się popra­wiły. Góra oka­zała się rów­nie ponura jak sam sklep, słabo ocie­plona i dość brudna. Gorąca woda w umy­walce ledwo cie­kła. Ale z tej czę­ści mia­łam korzy­stać tylko ja, więc nie przej­mo­wa­łam się zbyt­nio jej sta­nem. Z okna sypialni roz­cią­gał się widok na Rzekę Świę­tego Waw­rzyńca, a para­pet był na tyle sze­roki, by zmie­ścił się na nim pokaźny zadek Jego Wyso­ko­ści. Łatwo mogłam sobie wyobra­zić, jak leni­wie wygrzewa się w słońcu w swoim ulu­bio­nym miej­scu.

-?Widzę, że nie będzie pani spra­wiać żad­nych kło­po­tów -?stwier­dził pan Levas­seur, gdy scho­dzi­li­śmy na par­ter. -?Nie lubię się kłó­cić z moimi najem­cami. To psuje rela­cje. W zeszłym tygo­dniu eks­mi­to­wa­łem kobietę z lokalu nie­da­leko stąd. Miała dwoje dzieci, ale czy powie­działa mi o tym, kiedy pod­pi­sy­wała umowę? Nie lubię wynaj­mo­wać kwa­ter takim ludziom, bo ni­gdy nie wia­domo, co dzie­ciaki zro­bią z miesz­ka­niem. Kiedy ta kobieta zaczęła zale­gać z czyn­szem, nie­mal poczu­łem ulgę.

-?Ça alors1 -?mruk­nę­łam.

Pana Levas­seura chyba zawsty­dziła moja mina, bo dodał pośpiesz­nie:

-?To kwe­stia utrzy­ma­nia. Kon­ser­wa­cja nie jest tania. Trak­tuję swoje obo­wiązki poważ­nie, w prze­ci­wień­stwie do nie­któ­rych. Nie uwie­rzy­łaby pani, jakie histo­rie sły­szę.

-?Jakie? -?spy­ta­łam, ponie­waż zaczę­łam się zasta­na­wiać, czy złą opi­nię pana Levas­seura o kole­gach można potrak­to­wać jako reko­men­da­cję. Lecz ludz­kie serce to eklek­tyczna rzecz, zbiór uprze­dzeń i sen­ty­men­tów, a ja zna­łam tego czło­wieka dopiero od dzie­się­ciu minut. Skąd mia­łam wie­dzieć, jak jest w jego przy­padku?

Gospo­darz zmie­rzył mnie wzro­kiem. Mam okrą­głą twarz i czę­sto się rumie­nię -?cza­sami z emo­cji, cza­sami bez wyraź­nego powodu. To, w połą­cze­niu z sze­roko roz­sta­wio­nymi oczami, spra­wia, że wyglą­dam na mniej niż trzy­dzie­ści pięć lat oraz wydaję się szczera i nad­gor­liwa. Élise lubi żar­to­wać, że spra­wiam wra­że­nie, jak­bym zawsze zbie­rała fun­du­sze na szczytny cel. Pod każ­dym innym wzglę­dem jestem zwy­czajna. Prze­ciętne są zarówno moje włosy -?natu­ral­nie krę­cone, ale raczej nie­sforne i bar­dziej wybla­kłe niż jakie­goś kon­kret­nego koloru -?jak i wzrost oraz figura. Odkry­łam jed­nak, że to zaleta w kon­tak­tach z oso­bami nie­lu­bią­cymi tych, któ­rzy się wyróż­niają.

-?Gdy­bym miał córkę -?rzekł w końcu Levas­seur -?przede wszyst­kim odra­dzał­bym jej ten lokal przy Rue des Hiron­del­les. Trudno tam utrzy­mać najemcę, i nic dziw­nego. Coś jest nie tak z wła­ści­cie­lem. Krążą o nim dziwne histo­rie... I jesz­cze ta restau­ra­cja na Mont­go­mery Squ­are. Jej piw­nica jest zale­wana przy­naj­mniej dwa razy w roku.

-?Dzię­kuję za radę -?powie­dzia­łam, choć byłam tro­chę roz­cza­ro­wana jej przy­dat­no­ścią. Nie chcia­łam wynaj­mo­wać restau­ra­cji i wie­dzia­łam, że ni­gdy nie będzie mnie stać na lokal przy Rue des Hiron­del­les. Zdzi­wiło mnie jed­nak, że już co naj­mniej trzeci raz w tym tygo­dniu sły­sza­łam o tej ulicy. Naj­pierw Élise zapro­po­no­wała, żeby­śmy odwie­dziły znaj­du­jące się przy niej sklepy, by popro­sić ich wła­ści­cieli o daro­wi­znę, a potem męż­czy­zna roz­da­jący ulotki pró­bo­wał mnie namó­wić, żebym poszła na występ muzyczny w jed­nej z tam­tej­szych kawiarni.

Pokrę­ci­łam głową. To tylko zbieg oko­licz­no­ści.

-?Zacznijmy od poda­nia. -?Pan Levas­seur uprzej­mie pod­su­nął mi krze­sło przy chwiej­nym stole. Z kie­szeni kami­zelki wyjął pióro i plik zmię­tych papie­rów. -?Jakiego rodzaju orga­ni­za­cję cha­ry­ta­tywną pani pro­wa­dzi? Nie potrze­buję szcze­gó­łów, wystar­czy ogólny zarys. Domy­ślam się, że robi pani na dru­tach swe­try dla sie­rot, prawda?

Nad­szedł ten moment, więc zebra­łam się na odwagę i odpo­wie­dzia­łam:

-?To orga­ni­za­cja cha­ry­ta­tywna zaj­mu­jąca się zwie­rzę­tami.

-?Ach! Zbie­ra­cie pie­nią­dze na sło­nie czy coś w tym rodzaju? Sły­sza­łem, że ostat­nio nastały dla nich cięż­kie czasy.

Odnio­słam wra­że­nie, że do tej pory gospo­darz nie poświę­cał zbyt­niej uwagi tym zwie­rzę­tom.

-?Nie, nie na sło­nie. Na koty.

-?Koty. To tro­chę dziwne. Chyba jesz­cze ni­gdy nie spo­tka­łem kota w kawiarni.

-?Nie, to nie będzie kawiar­nia, tylko azyl dla kotów.

-?Dla kotów? -?powtó­rzył pan Levas­seur. Jesz­cze ni­gdy nie widzia­łam u nikogo puściej­szego spoj­rze­nia. -?A o co z nimi cho­dzi?

Mimo zimna poczu­łam, że na czoło wystę­puje mi pot. Wcze­śniej prze­ćwi­czy­łam w gło­wie tę roz­mowę, ale teraz wyczu­łam, że sytu­acja wymyka mi się spod kon­troli i zmie­rza do takiego samego końca jak inne.

-?W mie­ście żyje duża popu­la­cja kotów...

-?To prawda. -?Gospo­darz zmarsz­czył brwi. -?Za jed­nym z moich budyn­ków osie­dliła się cała kolo­nia. Nie­hi­gie­niczne stwo­rze­nia. Więc pani się nimi zaj­muje, tak? To nie jest zły pomysł, bo one cho­ciaż trzy­mają szczury w ryzach.

-?Tak -?mruk­nę­łam z wymu­szo­nym śmie­chem. -?My się nimi zaj­mu­jemy, choć nie w ten spo­sób. Moja orga­ni­za­cja je przy­gar­nia, dopro­wa­dza do porządku, a następ­nie szuka dla nich odpo­wied­niego domu.

-?Przy­gar­nia­cie koty? -?Z jego twa­rzy z wolna zni­kał pusty wyraz i zastę­po­wało go prze­ra­że­nie. -?Gdzie je trzy­ma­cie?

Chyba już wtedy powin­nam się zorien­to­wać, że sytu­acja jest nie do napra­wie­nia, ale despe­ra­cja skło­niła mnie do tego, by jesz­cze nie rezy­gno­wać, zwłasz­cza że w trud­nych chwi­lach mam skłon­ność do papla­nia.

-?Koty są nie­zwy­kle czy­stymi stwo­rze­niami. Jako towa­rzy­sze, szcze­gól­nie osób star­szych, cho­rych i nie­do­łęż­nych... cóż, ich war­tość dla spo­łe­czeń­stwa jest nie do prze­ce­nie­nia. Kie­dyś tra­fi­łam do szpi­tala, w któ­rym miesz­kał kot...

-?Przy­gar­nia­cie te zwie­rzęta -?powtó­rzył gospo­darz, tym razem wol­niej. - I chce­cie je tu trzy­mać?

Prze­łknę­łam ślinę. Moje mil­cze­nie było wystar­cza­jącą odpo­wie­dzią.

-?O nie -?powie­dział pan Levas­seur. -?Nie, nie, nie. Nic z tego nie będzie.

Wstał gwał­tow­nie, zebrał papiery i scho­wał je z powro­tem do kie­szeni razem z pió­rem. Jego brwi znowu były ścią­gnięte.

-?Moja orga­ni­za­cja jest nie­wielka... -?zaczę­łam.

-?Bar­dzo dobrze, made­mo­iselle -?prze­rwał mi wła­ści­ciel z lek­kim uśmie­chem. Zbli­żył się do mnie z wycią­gniętą ręką i popro­wa­dził mnie przez sklep z wprawą świad­czącą o dużym doświad­cze­niu. -?Powo­dze­nia w roz­po­czę­ciu dzia­łal­no­ści cha­ry­ta­tyw­nej.

-?Dzia­łamy już od ponad pię­ciu lat -?pró­bo­wa­łam na­dal, choć znaj­do­wa­łam się coraz bli­żej wyj­ścia. -?Moja obecna gospo­dyni może...

-?Pro­szę uwa­żać na schody -?ostrzegł pan Levas­seur, otwie­ra­jąc drzwi.

A potem zamknął mi je nagle przed nosem z takim impe­tem, że zaparło mi dech.

Rozdział 2

Przez jakiś czas błą­ka­łam się, gdzie nogi poniosą, i nie zwra­ca­łam uwagi na oto­cze­nie. Sądzę, że to zimno wyrwało mnie z odrę­twie­nia. Słońce już zaszło, a niebo przy­brało odcie­nie gra­natu i fio­letu. Roz­bły­sły latar­nie uliczne. Rozej­rza­łam się i ze zdu­mie­niem stwier­dzi­łam, że znaj­duję się w samym sercu sta­rego mia­sta, przed kawiar­nią, która wła­śnie zaczęła się napeł­niać wie­czor­nym tłu­mem męż­czyzn i kobiet w ele­ganc­kich kape­lu­szach i płasz­czach. Zbli­ża­łam się do skrzy­żo­wa­nia z Rue des Hiron­del­les, gdzie mie­ścił się sklep do wyna­ję­cia, przed któ­rym pan Levas­seur nie­po­trzeb­nie mnie ostrze­gał.

Na myśl o panu Levas­seu­rze -?nie wspo­mi­na­jąc już o czyn­szach poza moim zasię­giem -?pociem­niało mi w oczach. Spoj­rza­łam w lekko zapa­ro­wane okno kawiarni i zoba­czy­łam dobrze widoczne dla prze­chod­niów wyroby uło­żone w małych koszycz­kach. Chyba przez całą minutę z bur­cze­niem w brzu­chu wpa­try­wa­łam się w tartę budy­niową, zanim przy­po­mnia­łam sobie, jaki mia­łam budżet. Żad­nych cia­stek z kre­mem, dopóki nie znajdę miej­sca do życia i pracy, a może wtedy rów­nież -?zależ­nie od kosz­tów nowego lokum.

Potem jesz­cze przez jakiś czas gapi­łam się na brioszkę cze­ko­la­dową.

Dopiero kiedy roz­dzwo­niły się dzwony bazy­liki, a wąską uliczkę wypeł­niło ich upiorne echo, zda­łam sobie sprawę z upływu czasu. Odwró­ci­łam się od okna kawiarni i pośpiesz­nie ruszy­łam w stronę domu. Omi­nę­łam grupę mło­dych ludzi, już na wpół pija­nych. Dwie dziew­czyny trzy­mały się za ręce i krę­ciły w kółko ze śmie­chem, powie­wa­jąc spód­ni­cami i płasz­czami.

Droga od tęt­nią­cej życiem dziel­nicy restau­ra­cyj­nej do celu nie była daleka, ale tym razem mi się dłu­żyła. Bruk stał się nie­równy, co zmu­siło mnie do patrze­nia pod nogi. Budynki pochy­lały się ku sobie. Moja oko­lica skła­dała się głów­nie z robot­ni­czych miesz­kań zbu­do­wa­nych z tra­dy­cyj­nego sza­rego wapie­nia, nie­licz­nych skle­pów spo­żyw­czych i kafe­jek. Połowa tych lokali nie dzia­łała, po czę­ści dla­tego, że nie docie­rały tutaj tram­waje. Zatrzy­ma­łam się przed małym budyn­kiem o brud­nych kamien­nych ścia­nach z zardze­wia­łymi drzwiami z żelaza. Kie­dyś nie­po­zorny, teraz przy­cią­gał wzrok, ponie­waż jego dwa okna były roz­bite, a okien­nice wyglą­dały jak poczer­niałe od ognia. Mię­dzy nimi ział otwór o sze­ro­ko­ści około trzech metrów, przy­po­mi­na­jący kra­ter księ­ży­cowy. Został nie­dbale zabity deskami. Dziura miała nie­równe, ostre brzegi, a osma­lone kamie­nie wyglą­dały tak, jakby naj­pierw się sto­piły, a potem na nowo ufor­mo­wały. Na drzwiach wisiała tabliczka z napi­sem:

Les Amis des Chats -?Refuge Ani­ma­lier

Przy­ja­ciele kotów -?Schro­ni­sko dla zwie­rząt

To nie ja byłam naj­bar­dziej poszko­do­wana -?ten zaszczyt przy­padł skle­powi z kanap­kami po dru­giej stro­nie ulicy, który stra­cił wszyst­kie okna. Jego fun­da­menty popę­kały, a impet cisnął drzwi na tyły lokalu. Wła­ści­ciel -?star­szy męż­czy­zna o imie­niu Hamad, który mimo bur­kli­wo­ści i braku uśmie­chu regu­lar­nie przy­no­sił kotom resztki -?nie mógł sobie pozwo­lić na pokry­cie kosz­tów naprawy. Teraz budy­nek stał opusz­czony, a puste fra­mugi okienne wyglą­dały jak zie­wa­jące czarne usta.

Usły­sza­łam miau­cze­nie Jego Wyso­ko­ści, jesz­cze zanim dotknę­łam klamki. To, w jaki spo­sób bestia mnie wyczu­wała, kiedy zbli­ża­łam się do budynku na odle­głość stu metrów, było dla mnie zagadką, któ­rej ni­gdy nie roz­wią­za­łam; albo robiła to dzięki węchowi, albo -?co w jej wypadku bar­dziej praw­do­po­dobne -?dzięki jakie­muś nie­cnemu szó­stemu zmy­słowi.

Otwo­rzy­łam drzwi, a potem sta­ran­nie zamknę­łam je za sobą i prze­szłam przez drew­nianą bramę, którą zain­sta­lo­wa­łam w przed­sionku. Jego Wyso­kość natych­miast zaczął owi­jać się wokół moich nóg i gło­śno pro­te­sto­wać prze­ciwko spóź­nio­nej kola­cji. Tro­chę powścią­gliw­sza Ban­shee tylko łypała na mnie ze środka pokoju z cha­rak­te­ry­styczną, wiecz­nie zdez­o­rien­to­waną miną. Koty ze schro­ni­ska, które zaj­mo­wały sze­reg kla­tek w sąsied­nim pomiesz­cze­niu, rów­nież zaczęły wyra­żać nie­za­do­wo­le­nie, choć Élise opie­ko­wała się nimi przez więk­szość popo­łu­dnia.

-?Wiem. -?Schy­li­łam się i odsu­nę­łam Jego Wyso­kość od moich kostek. - Prze­pra­szam, ale zatrzy­mały mnie ciastka. Oczy­wi­ście ty ni­gdy tego nie zro­zu­miesz. Jeśli coś nie krwawi, to nie jest jedze­niem.

Wytar­łam buty o wycie­raczkę z wyha­fto­wa­nym mot­tem schro­ni­ska: "Kot jest duszą domu", zapi­sa­nym w języku fran­cu­skim i angiel­skim. Było ono umiesz­czone rów­nież na naszej pape­te­rii. Potem nakar­mi­łam tę dwójkę - oczy­wi­ście naj­pierw Jego Wyso­kość, bo on nie zgo­dziłby się na nic innego.

Czarny kocur poja­wił się w moim życiu rok po Ban­shee i bar­dzo się do mnie przy­wią­zał. Wła­ści­wie sam do nas przy­wę­dro­wał -?pew­nego ranka otwo­rzy­łam tylne drzwi i zasta­łam go sie­dzą­cego na schodku, jakby cze­kał na umó­wione spo­tka­nie. Mimo to nie był ani tro­chę oswo­jony, jed­nak dla wła­snej korzy­ści takiego uda­wał. Ogromna bestia z jedną białą łatą na nodze rzą­dziła schro­ni­skiem żela­zną łapą. Gar­dziła towa­rzy­stwem pobra­tym­ców, ale cie­szyła się rolą tyrana. Trak­to­wała inne koty ze schro­ni­ska jak meble i bez­kar­nie kra­dła im jedze­nie. Cza­sami dawała nauczkę jakie­muś głu­piemu nowi­cju­szowi. Ni­gdy nie rzu­cano jej wyzwa­nia po raz drugi.

Oczy­wi­ście nie odwa­ży­łam się nawet pod­jąć próby odda­nia Jego Wyso­ko­ści do adop­cji, a ponie­waż kocur nie wyka­zy­wał naj­mniej­szej chęci zmiany miej­sca zamiesz­ka­nia, ofi­cjal­nie ogło­si­łam, że sama się nim zajmę, cho­ciaż jego wkro­cze­nie w moje życie bar­dziej przy­po­mi­nało wro­gie prze­ję­cie. Nie był czułą istotą, ale prze­bie­gle uda­wał tole­ran­cję dla piesz­czot i choć nie oka­zy­wał, że jest z nich zado­wo­lony, bar­dzo lubił mościć się na moich kola­nach, ile­kroć znaj­do­wa­łam chwilę dla sie­bie. Zawsze powar­ki­wał cicho, kiedy pró­bo­wa­łam odło­żyć książkę. Nie­raz musia­łam sie­dzieć do pół­nocy, zanim bestia uznała, że jej pokaźne ciało zostało odpo­wied­nio ogrzane.

Ban­shee, nie­mal okrą­gła, prę­go­wana kotka, była praw­do­po­dob­nie jedy­nym stwo­rze­niem zdol­nym do życia u boku Jego Wyso­ko­ści bez pod­da­nia się ter­ro­rowi kocura. Nie dało się jej zastra­szyć. Przy­czyną tego stanu rze­czy była jed­nak nie siła cha­rak­teru Ban­shee, lecz fakt, że cier­piała ona na cał­ko­wity brak roz­sądku. Wąt­pi­łam, czy prze­trwa­łaby choć jeden dzień, gdy­bym zosta­wiła ją samą sobie, gdyż regu­lar­nie nara­żała się na śmier­telne nie­bez­pie­czeń­stwo, wspi­na­jąc się na kro­kwie albo wci­ska­jąc do klau­stro­fo­bicz­nych prze­strzeni, w któ­rych zwy­kle uty­kała. Nie miała świa­do­mo­ści, że ogień jest gorący, i wie­lo­krot­nie pró­bo­wała wejść do roz­pa­lo­nego pieca, aż w końcu Robin zbu­do­wał wokół niego osłonę.

Jej ulu­bio­nym zaję­ciem było sie­dze­nie na środku pokoju i wpa­try­wa­nie się w jeden punkt bez wyraź­nego powodu. Jego Wyso­kość tuż po swoim przy­by­ciu kil­ku­krot­nie pró­bo­wał wystra­szyć kotkę -?mię­dzy innymi poprzez przy­gwoż­dże­nie Ban­shee do pod­łogi i zaci­śnię­cie szczęk wokół jej szyi. W końcu naj­wy­raź­niej uznał, że takie wysiłki wobec tego żało­snego, nie­zro­zu­mia­łego stwo­rze­nia są poni­żej jego god­no­ści. Cza­sami odno­si­łam wra­że­nie, że nawet współ­czuł kotce, bo cza­sami pozwa­lał jej zwi­nąć się przy nim w kłę­bek, któ­rego to zaszczytu odma­wiał innym miesz­kań­com schro­ni­ska.

Imię Ban­shee pocho­dziło od jej oso­bli­wej nie­moty. Ni­gdy nie sły­sza­łam, żeby wyda­wała jaki­kol­wiek dźwięk poza mru­cze­niem, cho­ciaż czę­sto wyda­wało się, że pró­buje. Błą­ka­jąc się po domu, czę­sto otwie­rała i zamy­kała pysz­czek, jakby despe­racko chciała mnie ostrzec przed zbli­ża­jącą się zagładą. Robin i ja żar­to­wa­li­śmy, że w rze­czy­wi­sto­ści kotka wsz­czyna praw­dziwe larum, ale mogą je usły­szeć tylko miesz­kańcy jakiejś bez­boż­nej, nad­przy­ro­dzo­nej kra­iny.

Po tym, jak obsłu­ży­łam Jego Wyso­kość i Ban­shee, zabra­łam się za kar­mie­nie pod­opiecz­nych schro­ni­ska. Mie­li­śmy ich czter­dzie­ścioro ośmioro, co było rekor­dową liczbą i dużym obcią­że­niem dla naszego budżetu. Ale cóż mogłam na to pora­dzić? Wyrzu­cić koty, choć zbli­żała się zima?

Zatrzy­ma­łam się przy klatce Tho­reau, żeby poświę­cić mu dodat­kową uwagę. Wie­dzia­łam, że nie powin­nam nikogo fawo­ry­zo­wać, ale dys­tyn­go­wany senior, któ­rego Élise zna­la­zła drżą­cego w pudełku za głów­nym dwor­cem kole­jo­wym, prze­by­wał w azylu od sze­ściu mie­sięcy -?naj­dłu­żej ze wszyst­kich naszych pod­opiecz­nych.

Tho­reau przy­tu­lił się do mojej dłoni. Był pięk­nym, ciem­no­sza­rym kotem, naj­mniej wyma­ga­ją­cym ze wszyst­kich. Zna­leź­li­śmy go w opła­ka­nym sta­nie - miał roz­to­cza, zła­mane żebra i infek­cję. Dotąd czę­sto odno­si­łam wra­że­nie, że na­dal pró­buje oswoić się z tym, jak bar­dzo zmie­niło się jego życie.

Clow­der z coraz więk­szą despe­ra­cją dra­pała kraty, więc otwo­rzy­łam drzwi jej klatki, żeby mogła zesko­czyć na pod­łogę. Cztery kocięta, mające zale­d­wie około mie­siąca, podą­żyły za nią. Zauwa­ży­łam, że to nie spodo­bało się matce, bo spoj­rzała na mnie z urazą.

-?Masz rację, prze­pra­szam -?powie­dzia­łam. -?Zasłu­gu­jesz na mały odpo­czy­nek, prawda?

Spraw­dzi­łam, czy kocięta mają się dobrze, a następ­nie wło­ży­łam je wszyst­kie -?dwa rude prę­go­wane, jedno czarne z bia­łymi łap­kami i jedno trój­ko­lo­rowe jak matka -?z powro­tem do klatki, po czym ją zamknę­łam.

Przez chwilę sprzą­ta­łam, pod­czas gdy dwie kotki krę­ciły się wokół mnie. Clow­der ner­wowo obser­wo­wała Jego Wyso­kość, ale on nie był w nastroju do spra­wo­wa­nia wła­dzy i drze­mał po kola­cji w swoim ulu­bio­nym fotelu, leni­wie macha­jąc ogo­nem.

Układ schro­ni­ska był pro­sty. Wcze­śniej mie­ściła się tu pra­cow­nia kra­wiecka, co ide­al­nie odpo­wia­dało moim potrze­bom. Na dużym zaple­czu, gdzie kie­dyś szyto płasz­cze i suk­nie, było odpo­wied­nio dużo miej­sca na klatki dla zwie­rząt, a mniej­sze pomiesz­cze­nie od frontu wystar­czało do przyj­mo­wa­nia poten­cjal­nych opie­ku­nów. Obok pokoju na tyłach znaj­do­wała się mała kuch­nia, rów­nie znisz­czona jak reszta lokalu, tak że dawało się ją posprzą­tać tylko do pew­nego stop­nia, bo nie­które zabru­dze­nia i plamy oka­zały się nie­usu­walne.

Wiatr się wzmógł i teraz wpa­dał ze świ­stem przez dziurę w ścia­nie fron­to­wego pokoju, ale sta­ra­łam się to igno­ro­wać.

Wcze­śniej pla­no­wa­łam skromny posi­łek skła­da­jący się z sera i zupy z puszki -?z nas dwojga to Robin był kucha­rzem -?ale oka­zało się, że Élise odwie­dziła kawiar­nię na sąsied­niej ulicy i zosta­wiła mi zapa­ko­wany w papier pla­cek z grzy­bami. Był jesz­cze lekko cie­pły.

Popa­trzy­łam na niego z mie­sza­niną iry­ta­cji i roz­pa­czy. Ile razy mówi­łam mojej sio­strze, że nie potrze­buję, by mnie niań­czyła? Ona i jej mąż nie mogli sobie pozwo­lić na utrzy­my­wa­nie trze­ciej osoby ze skrom­nej pen­sji rad­nego miej­skiego. Obie dosta­ły­śmy nie­wielki spa­dek po rodzi­cach, a ja chcia­łam, żeby Élise zacho­wała każdy grosz ze swo­jej połowy dla sie­bie i nie czuła się zobo­wią­zana do pomocy owdo­wia­łej sio­strze.

Byłam ziry­to­wana tylko przez chwilę, bo mój żołą­dek bur­czał zbyt natar­czy­wie. Nie jadłam nic od śnia­da­nia, więc pochło­nę­łam cały pla­cek. Był maślany i wypeł­niony boro­wi­kami duszo­nymi w cie­płym, pikant­nym sosie śmie­ta­no­wym. Innymi słowy, niebo w gębie.

Gdy odzy­ska­łam siły, dokoń­czy­łam wie­czorne obo­wiązki, zer­ka­jąc na tablicę, żeby spraw­dzić, czym Élise już się zajęła. Przy każ­dej oka­zji wyśmie­wała moje listy kon­tro­lne, ale nie posu­nęła się do tego, żeby cał­kiem je lek­ce­wa­żyć. Zmie­ni­łam koce, wyczy­ści­łam kuwety i oszczęd­nie dorzu­ci­łam drewna do pieca.

Pani Richard powie­działa mi, że mogę się wypro­wa­dzić, kiedy zechcę, ale obie wie­dzia­ły­śmy, że to tylko puste słowa, skoro zbli­żała się zima. Schro­ni­sko nie tylko było teraz wysta­wione na dzia­ła­nie żywio­łów, ale w dodatku nasz grzej­nik ole­jowy uległ nie­od­wra­cal­nemu uszko­dze­niu, a drewno było dro­gie. Gospo­dyni oświad­czyła, że nie stać jej na tak poważne -?i konieczne -?naprawy. Hamad rów­nież nie mógł sobie na to pozwo­lić. Dla­tego to miej­sce wkrótce miało się stać kolejną cichą prze­strze­nią pośród miej­skiego hałasu, próż­nią archi­tek­to­niczną.

Wzię­łam głę­boki oddech, żeby powstrzy­mać falę gniewu. Oczy­wi­ście poli­cja nie aresz­to­wała magów, któ­rzy uznali za roz­sądne sto­czyć poje­dy­nek na ulicy w samym środku mia­sta. Nie­czę­sto ich łapano, gdy łamali prawo, co nie nale­żało do rzad­ko­ści. Cza­sami odno­si­łam wra­że­nie, że jedyną rze­czą, która powstrzy­muje ich przed roze­rwa­niem świata na strzępy, jest to, że są tak nie­liczni. Bada­cze magii sza­co­wali, że mniej niż jeden czło­wiek na milion rodzi się z jakim­kol­wiek magicz­nym darem, a i tak więk­szość potrafi jedy­nie rzu­cać naj­prost­sze zaklę­cia.

I dzięki Bogu.

-?Chodź, Ban­shee -?powie­dzia­łam, kiedy wszyst­kie koty zostały opo­rzą­dzone i ponow­nie zamknięte. Prę­go­wana kotka, która z kon­ster­na­cją wpa­try­wała się w pustą ścianę, miauk­nęła cicho, a następ­nie poszła za mną na górę.

Pod spa­dzi­stym dachem znaj­do­wało się tylko jedno małe pomiesz­cze­nie. Przed pię­cioma laty, zanim wpro­wa­dzi­li­śmy się z Robi­nem, słu­żyło jako maga­zyn. W skle­pie z uży­wa­nymi rze­czami zna­leź­li­śmy dwa wąskie łóżka i z tru­dem wnie­śli­śmy je po sta­rych scho­dach, a potem zsu­nę­li­śmy je razem, chi­cho­cząc przez cały czas. Choć już nie byli­śmy nowo­żeń­cami, czę­sto tak się czu­li­śmy.

Po śmierci Robina roz­wa­ża­łam usu­nię­cie dru­giego łóżka, ale osta­tecz­nie nie mogłam się z nim roz­stać. Teraz w zasa­dzie stało się wła­sno­ścią Jego Wyso­ko­ści.

Może nie powin­nam suge­ro­wać, że kocur nie lubi towa­rzy­stwa wszyst­kich ludzi. W rze­czy­wi­sto­ści zro­bił wyją­tek dla jed­nej osoby w swoim życiu, a był nią Robin.

Ni­gdy nie potra­fi­łam zro­zu­mieć, co takiego dostrzegł w moim mężu.

Robin kochał koty, ale ja rów­nież. Poza tym był bar­dziej hała­śliwy niż ja, ponie­waż lubił roz­ma­wiać. Pra­wie każdą aneg­dotę zmie­niał w całą opo­wieść i czę­sto tak się oży­wiał, że wyma­chi­wał rękami. Może cho­dziło o jego dobry nastrój i nie­za­wodną uprzej­mość, którą roz­cią­gał także na koty. Zawsze pytał Ban­shee, czy może przy­ciąć jej pazury, i prze­pra­szał za każ­dym razem, gdy musiał przejść nad któ­rymś z naszych pod­opiecz­nych.

W noc po śmierci mojego męża Jego Wyso­kość nie chciał zasnąć. Błą­kał się po schro­ni­sku, czę­sto zatrzy­my­wał przy drzwiach wej­ścio­wych, dra­pał je zawzię­cie i miau­czał natar­czy­wie, jakby sądził, że jego pan czeka po dru­giej stro­nie, żeby go wpu­ścić. O świ­cie w końcu zwi­nął się w kłę­bek na poduszce Robina.

Weszłam do sypialni. Jego Wyso­kość na mnie spoj­rzał, a ja jak zwy­kle zada­łam sobie pyta­nie, czy miał nadzieję zoba­czyć Robina. Kiedy opu­ścił głowę, w jego nie­od­gad­nio­nym kocim spoj­rze­niu dostrze­głam roz­cza­ro­wa­nie -?albo tylko tak mi się wyda­wało. Może po pro­stu pra­gnę­łam jakie­goś towa­rzy­stwa.

Robin nie żył już od dwóch lat, a ja mimo swo­jej skłon­no­ści do łez już nie opła­ki­wa­łam go każ­dej nocy. Teraz mia­łam jed­nak za sobą długi i samotny dzień, więc pozwo­li­łam sobie na chwilę pła­czu. Jego Wyso­kość na­dal leżał zwi­nięty na poduszce, naj­wy­raź­niej mnie igno­ru­jąc, ale był obecny. Ban­shee z kolei oka­zała mi współ­czu­cie, choć bar­dziej mnie to roz­pra­szało niż pocie­szało. Wciąż pró­bo­wała zli­zy­wać łzy z mojej twa­rzy, mimo że ją odpy­cha­łam. Chyba jak zwy­kle zakła­dała, że łzy są przy­czyną, a nie skut­kiem mojego cier­pie­nia, czyli wro­giem, któ­rego należy poko­nać.

W końcu wytar­łam twarz, nasta­wi­łam mały mosiężny budzik sto­jący przy łóżku, a potem zga­si­łam świa­tło. Ban­shee usa­do­wiła się mię­dzy mną a Jego Wyso­ko­ścią i w ten spo­sób razem zasnę­li­śmy.

Rozdział 3

-?Pro­szę mi przy­po­mnieć, jakiego rodzaju to jest dzia­łal­ność -?popro­sił Mathieu. -?Prze­pra­szam, że zapo­mnia­łem. Mia­łem dzi­siaj od rana pięć spo­tkań.

-?Pisa­nie na maszy­nie -?odpo­wie­działa Élise z pogod­nym uśmie­chem. - Śred­nio mamy około dwu­dzie­stu klien­tów dzien­nie. Więk­szość przy­cho­dzi w spra­wie listów, ale w zeszłym tygo­dniu mia­ły­śmy pisa­rza, prawda, Agnes? Bie­da­czek, jesz­cze ni­gdy nie widzia­łam tak brzyd­kiego pisma. Mamy rów­nież zamiar wpro­wa­dzić usługę wypo­ży­cza­nia, jak tylko znaj­dziemy dobrą cenę hur­tową na taśmy z tuszem. Ostat­nio ich bra­kuje, na pewno pan sły­szał.

Pod­czas gdy ona traj­ko­tała, ja sta­ra­łam się nie pio­ru­no­wać jej wzro­kiem, choć żołą­dek ści­skał mi się z nie­po­koju. Élise od dzie­ciń­stwa czer­pała nie­po­ko­jącą dumę ze swo­jej umie­jęt­no­ści kła­ma­nia i wyko­rzy­sty­wała ją z całym zaan­ga­żo­wa­niem oraz wro­dzo­nym talen­tem ptaka ogła­sza­ją­cego śpie­wem nadej­ście poranka. Wcze­śniej omó­wi­ły­śmy naszą bajeczkę, ale teraz ona wymy­ślała więk­szość szcze­gó­łów na bie­żąco. Tę cechę uwa­ża­łam za jedną z jej naj­gor­szych.

Choć nie­za­prze­czal­nie przy­datną.

Wła­ści­ciel prze­stał słu­chać w poło­wie jej wypo­wie­dzi i tylko zer­kał w swój notat­nik, kiwa­jąc głową bez zain­te­re­so­wa­nia. Sta­ły­śmy przy ladzie w pustym lokalu, wcze­śniej wynaj­mo­wa­nym przez księ­go­wego. Jesienne świa­tło wpa­da­jące przez okno pod­kre­ślało schludny układ wnę­trza, dłu­giego pro­sto­kąta wci­śnię­tego mię­dzy warsz­tat szew­ski a pral­nię. Jak na moje potrzeby lokum było zbyt małe, ale i tak bar­dzo mi się podo­bało.

Mathieu naba­zgrał coś w note­sie i wyrów­nał plik luź­nych kar­tek wetknię­tych mię­dzy okładki, głów­nie fak­tur i pla­nów budyn­ków. Z tru­dem powstrzy­ma­łam odruch, żeby je upo­rząd­ko­wać. Jak można cokol­wiek zro­bić w takim bała­ga­nie?

-?Kiedy może­cie się panie wpro­wa­dzić? -?spy­tał, gdy Élise skoń­czyła zabawną aneg­dotę o pie­ka­rzu, który miał tak okropne pismo, że jego pomoc­nicy wciąż zastę­po­wali sodę oczysz­czoną solą kuchenną, a mus jabł­kowy cydrem.

-?Jak naj­szyb­ciej. -?Cie­szy­łam się, że choć raz mogę udzie­lić szcze­rej odpo­wie­dzi.

Nie podo­bało mi się oszu­stwo Élise i przy­sta­łam na nie dopiero po wielu dniach bez­u­stan­nych naci­sków z jej strony. Wła­ści­ciel miał prawo wie­dzieć, że zamie­rzam wypeł­nić jego nie­ru­cho­mość kotami.

-?Nie prze­trwasz zimy -?powie­działa mi w końcu Élise bez ogró­dek. -?Albo one jej nie prze­trwają.

Nie mogłam się z nią nie zgo­dzić. Zima nie tyle nastała w Mont­re­alu, co go zaata­ko­wała. W poprzed­nim roku zaspy pokryły każdy plac. Się­gały aż do dru­giego pię­tra kamien­nych budyn­ków, tak że ich miesz­kańcy zakła­dali rakiety śnieżne i wycho­dzili przez okna. Cza­sami z dziećmi na san­kach.

Nie zawsze tak było. Może ta zima okaże się łagodna.

Może.

-?A jak teraz wygląda wasza sytu­acja? -?zapy­tał Mathieu.

-?Sklep znaj­duje się przy Rue Sainte-Rose­line i został poważ­nie znisz­czony -?wyja­śni­łam. -?Nie możemy tam zostać.

Wła­ści­ciel zmarsz­czył brwi.

-?Nie wie­dzia­łem, że na Rue Sainte-Rose­line są maszy­nistki. Moja ciotka mieszka na rogu przy parku.

-?Och, nic w tym dziw­nego -?ode­zwała się Élise smut­nym gło­sem, rzu­ca­jąc mi krót­kie, mor­der­cze spoj­rze­nie. Była bar­dzo do mnie podobna, tylko ład­niej­sza, o deli­kat­nej, elfic­kiej twa­rzy, którą więk­szość ludzi uwa­żała za uro­czą. To ona zazwy­czaj przej­mo­wała ini­cja­tywę we wszel­kich nego­cja­cjach -?także tych w dzie­ciń­stwie, doty­czą­cych więk­szych dese­rów -?bo odno­siła w nich więk­sze suk­cesy niż ja. Nie mia­łam jej tego za złe. Ona też nie trak­to­wała mnie z tego powodu z wyż­szo­ścią; po pro­stu zaak­cep­to­wa­ły­śmy, że tak wła­śnie to wygląda w naszym przy­padku. - Oba­wiam się, że jeste­śmy bez­na­dziejne, jeśli cho­dzi o reklamę. -?Élise przy­wo­łała na twarz samo­kry­tyczny gry­mas. -?Nie mamy nawet szyldu na drzwiach! Klienci pole­cają nas sobie ust­nie.

Wła­ści­ciel uśmiech­nął się uprzej­mie.

-?Cóż, dam znać naj­póź­niej do piątku. Mają panie tele­fon?

Zapew­ni­ły­śmy go, że tak. W rze­czy­wi­sto­ści w zgło­sze­niu poda­łam numer do biura Gabriela, choć ten narze­kał, że znowu musi peł­nić rolę sekre­ta­rza, dopóki Élise nie udo­bru­chała go poca­łun­kiem.

Wyszły­śmy z budynku i pocze­ka­ły­śmy, aż wła­ści­ciel zamknie drzwi. Czyn­sze za wszyst­kie inne lokale przy Char­lotte Squ­are prze­kra­czały mój budżet - i to znacz­nie -?ale nic nie można było na to pora­dzić. Musia­łam po pro­stu zna­leźć spo­sób na zwięk­sze­nie daro­wizn. Wie­dzia­łam, że jeśli mi się to nie uda, zostanę eks­mi­to­wana. Élise obli­czyła, że nawet jeśli Mathieu odkryje oszu­stwo po tym, jak się wpro­wa­dzę -?co było bar­dzo praw­do­po­dobne -?fak­tyczna eks­mi­sja zaj­mie sześć mie­sięcy lub wię­cej, ponie­waż tyle wyno­siło obec­nie opóź­nie­nie w roz­pa­try­wa­niu spraw przez odpo­wiedni sąd.

Gdy wła­ści­ciel lokalu uści­snął nam dło­nie na poże­gna­nie, mój żołą­dek zabur­czał żenu­jąco gło­śno.

Wszyst­kie te intrygi! Nie byłam do nich stwo­rzona, a Élise o tym wie­działa. Łyp­nęła na mnie groź­nie, jakby szy­ko­wała się do inter­wen­cji, gdyby w ostat­niej chwili ruszyło mnie sumie­nie i zmu­siło do wyzna­nia prawdy.

Męż­czy­zna chyba usły­szał bur­cze­nie albo z jakie­goś innego powodu jego twarz zła­god­niała, kiedy puścił moją dłoń.

-?Przy­kro mi, że zostały panie zmu­szone do wypro­wadzki -?powie­dział. - To naprawdę coś nie­zwy­kłego być tak bli­sko tak potęż­nego zaklę­cia! Widzia­ły­ście panie maga, który je rzu­cił?

Ta uwaga -?a raczej entu­zjazm, z jakim ją wypo­wie­dział -?spra­wiła, że na chwilę zanie­mó­wi­łam. Élise jak zwy­kle przy­szła mi z pomocą.

-?Na szczę­ście nie. Inte­re­suje się pan magią?

Mathieu zaśmiał się z zakło­po­ta­niem.

-?Oba­wiam się, że tak. Prze­pra­szam, ale od dzie­ciń­stwa mam lekką obse­sję na punk­cie magów -?powie­dział i po chwili dodał ze smut­kiem: -?Sam nie potra­fię rzu­cić żad­nego czaru. Nie żebym nie pró­bo­wał. Ale śle­dzę ich poczy­na­nia w gaze­tach. W tym samego Króla Czar­no­księż­ni­ków. Zasta­na­wia­łem się, czy to on mógł stać za eks­plo­zją przy Rue Sainte-Rose­line. Coś na taką skalę, rozu­mieją panie... Mówią, że obec­nie prze­bywa w Nowym Jorku. -?Mathieu wyglą­dał na zanie­po­ko­jo­nego i jed­no­cze­śnie pod­eks­cy­to­wa­nego tą per­spek­tywą. -?Nowy Jork nie jest daleko, prawda? Tylko kilka godzin jazdy pocią­giem.

-?Istot­nie nie­da­leko -?zgo­dzi­łam się. -?O wiele za bli­sko.

Have­locka Renarda Kró­lem Czar­no­księż­ni­ków ochrzcili ci, któ­rzy chcieli go obra­zić. Epi­tet ten przez lata nabrał mrocz­nego i nie­mal mitycz­nego zna­cze­nia, podob­nie jak w przy­padku Baby Jagi czy Sino­bro­dego. Renard był uwa­żany za nie­ofi­cjal­nego przy­wódcę naj­gor­szej grupy magów: tych, któ­rzy ide­ali­zo­wali apo­ka­lip­tyczne pokazy magii.

-?Prze­pra­szam -?powtó­rzył Mathieu, a jego ciemna twarz oblała się rumień­cem. -?Pro­szę zro­zu­mieć, że nie jestem jed­nym z tych upior­nych wiel­bi­cieli uzna­ją­cych czar­no­księż­ni­ków za boha­te­rów. Ale jego moc jest nie­zwy­kła... oczy­wi­ście w prze­ra­ża­jący spo­sób.

Otwo­rzy­łam usta, by powie­dzieć, że "prze­ra­ża­jący" to zbyt łagodne okre­śle­nie, lecz Élise nie dopu­ściła mnie do głosu.

-?Tak, a my możemy tylko mieć nadzieję, że Renard nie zain­spi­ro­wał nikogo do spro­wa­dze­nia na nas końca świata. Boże! To, że Król Czar­no­księż­ni­ków poniósł porażkę trzy lata temu, nie ozna­cza, że ponie­sie ją rów­nież przy następ­nej pró­bie. On albo inny sza­le­niec żądny wła­dzy.

-?Cóż, nie wiemy na pewno, czy taki był jego plan -?rzekł Mathieu z taką miną, jakby zamie­rzał wyre­cy­to­wać listę wie­lo­krot­nie powta­rza­nych argu­men­tów. -?Nie można wie­rzyć we wszystko, co mówią rymo­wanki dla dzieci.

-?"Włosy pełne pają­ków, oczy jak dwa ognie"? -?powie­działa Élise. -?Czy nie tak brzmi jedna z pio­se­nek, które śpie­wają o nim dzieci? Uwie­rzy­ła­bym w jesz­cze gor­sze rze­czy o Have­locku Renar­dzie.

Mathieu zaczął się bawić pió­rem.

-?Chciał­bym zaofe­ro­wać paniom to miej­sce. Poroz­ma­wiam z Hama­dem. Jestem pewien, że on...

-?Z kim? -?spy­tała ostro Élise.

-?Z Hama­dem El-Kourym. Na pewno go panie zna­cie? Pro­wa­dził sklep z kanap­kami przy Rue Sainte-Rose­line i jest naprawdę świet­nym czło­wie­kiem. Jeśli za panie porę­czy, nie musi­cie szu­kać dalej. Nawet zre­zy­gnuję z kau­cji, bo to spra­wie­dliwe. Nie zasłu­żyły panie na taki... nie­for­tunny obrót wyda­rzeń.

-?To bar­dzo miłe -?mruk­nęła Élise, ale zmarsz­czyła brwi, naj­wy­raź­niej zasta­na­wia­jąc się nad wyj­ściem z sytu­acji.

Och, Hamad na pewno by za mnie porę­czył jako za odpo­wie­dzialną, dobrze zor­ga­ni­zo­waną i przy­ja­zną wła­ści­cielkę dosko­nale pro­wa­dzo­nego schro­ni­ska dla kotów. Nagle roz­bo­lała mnie głowa, a wtedy sobie uświa­do­mi­łam, jak mało spa­łam.

-?Dobrze, dobrze -?powie­dział Mathieu z uśmie­chem. -?W takim razie mogę...

-?Dzię­kuję, ale nie musi pan zawra­cać sobie głowy Hama­dem -?prze­rwa­łam mu pośpiesz­nie. -?Prze­my­śla­łam sprawę i wydaje mi się, że to miej­sce jest zbyt małe na nasze potrzeby. Dzię­kuję za poświę­cony czas.

Odda­la­jąc się, czu­łam na sobie zdzi­wiony wzrok Élise i Mathieu.

Rozdział 4

Sio­stra dogo­niła mnie przy fon­tan­nie na Char­lotte Squ­are. Sie­dzia­łam na kamien­nej ławce i ocie­ra­łam łzy z oczu. Sta­ra­łam się robić to dys­kret­nie, żeby nie ścią­gać na sie­bie uwagi, ale para sie­dząca kilka metrów dalej zer­kała na mnie z nie­po­ko­jem.

-?Prze­stań -?rzu­ciła szorstko Élise, przy­tu­la­jąc mnie do sie­bie.

Oczy­wi­ście wie­dzia­łam, że nie zło­ści się na mnie, tylko na całą sytu­ację. Choć była dwa lata młod­sza, od dzie­ciń­stwa czę­sto zacho­wy­wała się jak star­sza sio­stra -?praw­do­po­dob­nie dla­tego, że miała nade mną prze­wagę wzro­stu. Zwy­kle pole­gało to na tym, że kiedy szły­śmy uli­cami mia­sta, trzy­mała mnie za rękę i kazała przez cały czas trzy­mać się bli­sko niej, jakby jej dodat­kowe cen­ty­me­try miały magiczną moc ochronną.

-?Posłu­chaj. -?Odsu­nęła się, by spoj­rzeć mi w oczy. -?Po tym, jak ode­szłaś, Mathieu wspo­mniał mi o miej­scu przy por­cie, które będzie wolne od przy­szłego mie­siąca. Pójdę tam i wypy­tam o szcze­góły.

-?Będziesz znowu musiała kła­mać. -?Wytar­łam oczy, naka­zu­jąc sobie natych­miast prze­stać pła­kać.

-?Tak, ale będzie łatwiej, kiedy nie będziesz stała obok i patrzyła na mnie, jak­bym obra­żała naszą matkę. Jeśli znów nam się nie uda, popro­szę Gabriela o pomoc.

-?On nie ma czasu -?sprze­ci­wi­łam się, choć obie wie­dzia­ły­śmy, że nie na tym polega praw­dziwy pro­blem.

Mąż mojej sio­stry star­to­wał w wio­sen­nych wybo­rach, a szanse kan­dy­da­tów były zbyt wyrów­nane, by czuł się spo­kojny. Gdyby do gazet tra­fiła jaka­kol­wiek infor­ma­cja pach­nąca skan­da­lem, mogłoby to ozna­czać koniec jego kariery. Naci­ska­nie na wła­ści­cieli nie­ru­cho­mo­ści, by pomo­gli orga­ni­za­cji cha­ry­ta­tyw­nej jego szwa­gierki, z pew­no­ścią kwa­li­fi­ko­wało się do takiej kate­go­rii nad­użyć.

Élise nawet nie zamie­rzała się ze mną spie­rać.

-?Gdyby tylko ta twoja pani Richard nie była tak nie­zno­śną sknerą - powie­działa. -?Mogłaby pozwo­lić sobie na remont, ale cie­szy się, że ma pre­tekst, żeby sprze­dać lokal pod zabu­dowę.

-?Tego nie wiesz -?zapro­te­sto­wa­łam. Moja gospo­dyni była zrzę­dliwa, ale pod tą powłoką kryło się dobre serce. -?Pozwo­liła mi zostać tak długo, jak potrze­buję, za połowę czyn­szu.

-?Och, Agnes. -?Élise popa­trzyła na mnie z czułą iry­ta­cją. -?W twoim skle­pie bra­kuje ściany! Oczy­wi­ście, że pozwo­liła ci zostać, bo kto inny chciałby taki lokal? Babsz­tyl w ogóle nie powi­nien pobie­rać czyn­szu. Już zapo­mnia­łaś o prze­cieku w dachu, któ­rego nie chce napra­wić?

-?Ona się sta­rzeje, Élise -?zauwa­ży­łam. -?Utrzy­ma­nie tych sta­rych budyn­ków na pewno nie jest łatwe.

Sio­stra jęk­nęła.

-?Jeśli powiesz jesz­cze jedno współ­czu­jące słowo o tej kobie­cie, wepchnę cię do fon­tanny -?ostrze­gła. -?Słu­chaj, wpadnę do cie­bie wie­czo­rem. Obie­cu­jesz, że weź­miesz dzień wolny? Od tygo­dni się zapra­co­wu­jesz.

-?Nie mogę. -?odpar­łam.

"Jestem tylko ja", pomy­śla­łam, ale nie powie­dzia­łam tego na głos.

Nie chcia­łam wzbu­dzić w Élise poczu­cia winy, że nie może bar­dziej mi pomóc. Zbyt wiele razy kłó­ci­ły­śmy się o moje prze­pra­co­wa­nie, żeby dojść do kon­struk­tyw­nych wnio­sków.

Élise wes­tchnęła, uści­skała mnie krótko i ode­szła szyb­kim kro­kiem. Wiecz­nie gdzieś się śpie­szyła. Jako sze­fowa kam­pa­nii była potrzebna Gabrie­lowi tak bar­dzo jak mi w schro­ni­sku.

Ruszy­łam przed sie­bie, żeby poje­chać tram­wa­jem do biblio­teki i jesz­cze raz przej­rzeć oferty wynajmu. Byłam jed­nak tak pogrą­żona w myślach, że skrę­ci­łam w złą ulicę, ale zauwa­ży­łam to dopiero wtedy, gdy zna­la­złam się na Rue des Hiron­del­les.

-?Znowu -?mruk­nę­łam.

Dla­czego, u licha, cią­gle tu tra­fia­łam? Czyżby jakaś siła wyż­sza posta­no­wiła mnie drę­czyć?

Ogar­nął mnie swego rodzaju ślepy gniew. Nie byłam wście­kła na nikogo kon­kret­nego, chyba że na mnie samą. Uzna­łam, że rów­nie dobrze mogę rzu­cić okiem na miej­sce, przed któ­rym ostrze­gał mnie pan Levas­seur, cho­ciaż nie było mnie na nie stać bez względu na repu­ta­cję wła­ści­ciela lokalu. Co innego mia­łam do roboty?

"Nic, poza powro­tem do schro­ni­ska i wpa­try­wa­niem się w dziurę w ścia­nie", pomy­śla­łam.

Par­sk­nę­łam zdu­szo­nym śmie­chem, a męż­czy­zna idący w prze­ciw­nym kie­runku omi­nął mnie sze­ro­kim łukiem.

Rue des Hiron­del­les była wąską uliczką z sza­rymi domami o wyso­kich oknach, z któ­rych każde skła­dało się z kil­ku­dzie­się­ciu małych szyb. Naj­wyż­sze z nich lśniły deli­kat­nie w popo­łu­dnio­wym świe­tle. Spo­mię­dzy man­sar­do­wych dachów widać było tylko wąski pas nieba. Mimo cia­snoty zawsze uwa­ża­łam ten zaułek za uro­czy, gdy z rzadka zda­rzało mi się tu tra­fić. Było w nim coś tajem­ni­czego, jak w szka­tułce na biżu­te­rię, po otwar­ciu któ­rej natra­fia się na coraz to kolejne ukryte kie­szonki i szu­fladki.

Bru­ko­wana ulica pro­wa­dziła na nie­wiel­kie wzgó­rze ze sta­rym kamien­nym kościo­łem peł­nym groź­nych gar­gul­ców i kolo­ro­wych witraży. Ze skrzy­nek okien­nych zwi­sała wypie­lę­gno­wana zie­leń. W poło­wie drogi znaj­do­wał się nie­wielki pla­cyk, zbyt mały, żeby nadano mu ofi­cjalną nazwę. Z jed­nej jego strony cią­gnął się rząd ład­nych, srebr­nych klo­nów, pod któ­rymi stały ławki. Połowę skweru zaj­mo­wały sto­liki dość hała­śli­wej kawiarni La Fin, otwar­tej do późna.

Nie była to zamożna oko­lica. Mimo to nie mogła­bym sobie na nią pozwo­lić, jako że tutej­sze lokale miały ponad­prze­ciętne roz­miary, a oferty ich wynajmu rzadko tra­fiały na rynek. Zauwa­ży­łam, że więk­szość klien­tów La Fin to mary­na­rze, robot­nicy z fabryk i inni ciężko pra­cu­jący ludzie. Wszy­scy prze­chod­nie mieli na sobie tylko prak­tyczne kape­lu­sze i zno­szone buty. Wygląd nie­któ­rych osób -?być może zmie­rza­ją­cych do jadło­dajni z dar­mową zupą -?suge­ro­wał, że prze­cho­dzą one trudny okres. Lecz sama oko­lica i jej miesz­kańcy wyda­wali się zadbani w spo­sób wykra­cza­jący poza pod­sta­wową czy­stość, choć nie potra­fi­łam ubrać w słowa tego wra­że­nia.

Zatrzy­ma­łam się przed pie­kar­nią sprze­da­jącą -?ku mojemu prze­ra­że­niu - cze­ko­la­dowe brioszki. Kilka skle­pów było tego dnia zamknię­tych, ale nie dostrze­głam żad­nego opusz­czo­nego, podob­nie jak ani jed­nego ogło­sze­nia o wol­nym lokalu. Albo pan Levas­seur się pomy­lił, albo to miej­sce zostało już wyna­jęte.

Tuż za pla­cem przy­sta­nę­łam przed oknem wysta­wo­wym sklepu z samymi sza­lam. Na drzwiach lokalu wisiała tabliczka z napi­sem "Zamknięte". Zasłony były zacią­gnięte, więc mogłam jedy­nie zer­k­nąć do środka przez kwa­drat z zie­lon­ka­wego szkła. Coś w tym miej­scu wzbu­dziło moją cie­ka­wość -?może cho­dziło tylko o to, że ta część ulicy była star­sza i bar­dziej zacie­niona, przez co sam sklep wyglą­dał jak nawie­dzony.

Obok znaj­do­wała się mała, zanie­dbana księ­gar­nia. Mimo nie­upo­rząd­ko­wa­nej witryny i chwiej­nych sto­sów ksią­żek na wysta­wio­nym na zewnątrz sto­liku było w tym przy­bytku coś zachę­ca­ją­cego.

Gdy do niego weszłam, zabrzę­czał dzwo­nek, ale hałas naj­wy­raź­niej nie zaalar­mo­wał jedy­nej osoby obec­nej w środku, star­szej kobiety drze­mią­cej na krze­śle za ladą. Pomiesz­cze­nie było wąskie i pełne rega­łów oświe­tlo­nych cie­płym bla­skiem lampy.

-?Madame?

Kobieta otwo­rzyła oczy i przez chwilę na mnie patrzyła, mru­ga­jąc.

-?Prze­pra­szam panią -?powie­działa po angiel­sku. Była niska, opa­tu­lona w kolo­rowe, ręcz­nie dzier­gane rze­czy, od swe­tra po czapkę i koc na kola­nach. -?Ledwo zara­biam na sie­bie. Pro­szę spró­bo­wać w La Fin.

Minęła chwila, zanim się zorien­to­wa­łam, o co jej cho­dzi. Spoj­rza­łam na swoją teczkę i wsu­nięty pod pachę notat­nik z kar­to­no­wymi zakład­kami.

-?O nie, nie szu­kam pracy -?wyja­śni­łam pośpiesz­nie. -?Zasta­na­wia­łam się nad loka­lem obok.

Życz­li­wość w oczach kobiety nagle ustą­piła miej­sca czuj­no­ści.

-?W takim razie co pani tutaj robi? Nie są zamknięci. To miej­sce ni­gdy się nie zamyka. Nie zna pani drogi?

Nic nie rozu­mia­łam.

-?Sły­sza­łam, że w oko­licy jest sklep do wyna­ję­cia -?powie­dzia­łam wolno i zauwa­ży­łam, że kostki jej pal­ców zaci­śnię­tych na porę­czy krze­sła zbie­lały.

-?A gdzie to pani sły­szała? -?zapy­tała kobieta. -?Od jed­nego z nich?

-?Mm -?wymam­ro­ta­łam. Cho­ciaż bie­gle posłu­gi­wa­łam się angiel­skim, nie był to mój język ojczy­sty, a kiedy roz­mowa nie prze­bie­gała zgod­nie z moimi ocze­ki­wa­niami, zda­rzało mi się gubić. Zaczę­łam się zasta­na­wiać, czy ta kobieta jest cał­kiem zdrowa na umy­śle.

Pochy­liła się do przodu i utkwiła we mnie ostry wzrok.

-?Skoro pani nie wie, o czym mówię, pro­szę wyjść i poszu­kać gdzie indziej. -?Każdą sylabę wyma­wiała wyraź­nie i pre­cy­zyj­nie. -?W tym mie­ście jest dużo lokali do wyna­ję­cia. Zwy­czaj­nych. Jeśli mnie pani rozu­mie, pro­szę uprzej­mie o opusz­cze­nie tego miej­sca. Nie chcę kło­po­tów. Nie mogę sobie na nie pozwo­lić.

Wsparła się na lasce i dźwi­gnęła z krze­sła, po czym ostroż­nie weszła mię­dzy regały i znik­nęła na zaple­czu.

Patrzy­łam za nią, ana­li­zu­jąc jej słowa. Jedno wyda­wało się jasne: sąsiedni sklep rze­czy­wi­ście był tym, któ­rego szu­ka­łam. Zasta­na­wia­łam się, czy ta kobieta ma jakiś kon­flikt z jego wła­ści­cie­lem. Spory mię­dzy sąsia­dami potra­fiły być naprawdę zażarte.

Chcia­łam wie­rzyć w to pro­za­iczne wyja­śnie­nie, ale w rze­czy­wi­sto­ści nawet gdyby ta kobieta poin­for­mo­wała mnie, że w środku nocy z lokalu obok docho­dzą prze­ra­ża­jące krzyki, i tak zba­da­ła­bym sprawę. Może to brzmi absur­dal­nie, podob­nie jak bajki o głu­pich boha­ter­kach otwie­ra­ją­cych drzwi, któ­rych wprost zabro­niono im doty­kać. W takich opo­wie­ściach czę­sto pomija się fakt, że zwra­ca­nie uwagi na nie­ja­sne ostrze­że­nia sta­nowi przy­wi­lej osób zaj­mu­ją­cych wygodną pozy­cję w życiu.

Pode­szłam do sklepu z sza­li­kami i do niego zapu­ka­łam. Kobieta z księ­garni nie miała racji -?lokal bez wąt­pie­nia był zamknięty. Spo­dzie­wa­łam się, że drzwi uchylą się ze skrzy­pie­niem i jakaś upiorna ręka zaprosi mnie do środka, ale po chwili ciszy usły­sza­łam jedy­nie cał­kiem zwy­czajne kroki, po czym w progu uka­zał się młody męż­czy­zna.

Miał około dwu­dzie­stu lat, dłu­gie, ciemne włosy, oliw­kową cerę i zanie­po­ko­jony wyraz twa­rzy. Uśmiech­nął się do mnie z ser­decz­no­ścią suge­ru­jącą, że ocze­ki­wał mniej przy­jem­nego gościa.

-?Dzień dobry -?powie­dział. -?Chyba się nie znamy... Yan­nick Abrams, witam. Szuka pani cze­goś kon­kret­nego? Zapra­szam... Jest dość wietrz­nie, prawda? Nie musi pani pukać, wystar­czy po pro­stu wejść.

Wszystko to wyrzu­cił z sie­bie jed­nym tchem, a ja, cał­kiem zdez­o­rien­to­wana, wymam­ro­ta­łam coś na powi­ta­nie i weszłam do sklepu.

Zna­la­złam się w dużej, peł­nej echa prze­strzeni o cegla­nych ścia­nach i pod­ło­dze wyło­żo­nej kamien­nymi pły­tami w kolo­rze mgły. Od razu zauwa­ży­łam, że jest to zabyt­kowy budy­nek o nie­mal śre­dnio­wiecz­nym wnę­trzu, jak te pocho­dzące z cza­sów zało­że­nia mia­sta. Okna wyglą­dały jak z końca osiem­na­stego wieku, nato­miast mury praw­do­po­dob­nie liczyły sobie jakieś pięć­dzie­siąt lat. Kolejne war­stwy histo­rii były tu widoczne jak na sta­no­wi­sku arche­olo­gicz­nym. Zasta­na­wia­łam się, ile róż­nych skle­pów mie­ściło się w tym lokalu na prze­strzeni poko­leń. Jego wnę­trze oka­zało się pra­wie puste, ale w spo­sób suge­ru­jący, że zostało splą­dro­wane, a nie schlud­nie posprzą­tane. Pod ścia­nami stało kilka krze­seł i przy­pad­kowo roz­miesz­czo­nych, deli­kat­nie rzeź­bio­nych sto­łów. Na jed­nym leżały stosy kolo­ro­wych szali, na innym drew­niane wie­szaki. Na ladzie cią­gną­cej się wzdłuż fron­to­wych okien stała stara kasa fiskalna z ogrom­nymi kla­wi­szami w rodzaju tych, które po naci­śnię­ciu wydają nie­po­ko­jący dźwięk. Cha­otyczny wygląd całego miej­sca pod­kre­ślało słabe oświe­tle­nie. Cięż­kie zasłony były zacią­gnięte, a lampa naf­towa paląca się na jed­nym ze sto­łów rzu­cała dziwne cie­nie.

Zmarsz­czy­łam brwi. Co robił Yan­nick, zanim zapu­ka­łam? Sie­dział sam w ciem­no­ści?

W głębi sklepu, w pobliżu drzwi, które musiały pro­wa­dzić na zaple­cze, zoba­czy­łam duży, oso­bliwy piec wbu­do­wany w kamienną ścianę. Na jego widok poża­ło­wa­łam swo­ich wcze­śniej­szych myśli o baj­kach.

Yan­nick popra­wił schludny gar­ni­tur w ner­wowy spo­sób, jakby nie był przy­zwy­cza­jony do takiego ubioru.

-?Co pani miała nadzieję zna­leźć? -?spy­tał.

Dziw­nie sfor­mu­ło­wane pyta­nie.

-?Prze­pra­szam -?powie­dzia­łam. -?Może źle mnie poin­for­mo­wano, ale sądzi­łam, że to miej­sce jest do wyna­ję­cia.

Twarz mło­dzieńca prze­szła nie­zwy­kłą serię prze­mian -?od zasko­cze­nia, przez zro­zu­mie­nie i wąt­pli­wo­ści, po nagłą radość. Mimo dez­orien­ta­cji omal się nie roze­śmia­łam, bo jesz­cze ni­gdy nie spo­tka­łam osoby będą­cej lep­szą ilu­stra­cją okre­śle­nia "jak otwarta księga" niż ów Yan­nick Abrams.

-?Ach, pro­wa­dzi pani sklep! -?wykrzyk­nął. -?Tak, mamy wolne miej­sce... To zna­czy: lokal jest wolny. Tak. Jakie rze­czy pani sprze­daje?

To pyta­nie zadał z nutą despe­ra­cji w gło­sie, jakby chciał odwró­cić moją uwagę od jego dziw­nej reak­cji. Byłam za bar­dzo zbita z tropu, żeby odpo­wie­dzieć na nie ina­czej niż wprost:

-?Cóż, w pew­nym sen­sie koty. Pro­wa­dzę orga­ni­za­cję cha­ry­ta­tywną, która ratuje i reha­bi­li­tuje koty uliczne, po czym oddaje je do adop­cji. Naszym celem jest zmniej­sze­nie popu­la­cji bez­dom­nych zwie­rząt żyją­cych w mie­ście, jeśli uda nam się zebrać nie­zbędne środki. W schro­ni­sku pra­cuje tylko kilka osób: moja sio­stra, ja i kil­koro wolon­ta­riu­szy.

-?Jak miło -?rzekł Abrams, a ja wyraź­nie zauwa­ży­łam, że w jego gło­wie kłę­bią się myśli. Co dziwne, w żaden spo­sób nie zare­ago­wał na infor­ma­cję o kotach, ale wzmianka o orga­ni­za­cji cha­ry­ta­tyw­nej wzbu­dziła w nim wyraźną iskrę pod­eks­cy­to­wa­nia. -?Od dawna działa pani w tej branży?

Przed­sta­wi­łam mu ogólny zarys histo­rii Les Amis des Chats, nie pomi­ja­jąc moich licz­nych pozy­tyw­nych refe­ren­cji, a także łagod­nego uspo­so­bie­nia naszych pod­opiecz­nych. Przez cały czas cze­ka­łam na nie­unik­nione. Yan­nick słu­chał z przy­jem­nym uśmie­chem, wyraź­nie zaab­sor­bo­wany jakimś wewnętrz­nym dia­lo­giem.

-?Jest pan wła­ści­cie­lem tej nie­ru­cho­mo­ści, prawda? -?zapy­ta­łam na koniec.

-?Wła­ści­cie­lem? -?powtó­rzył Abrams. -?O nie. Jestem jego... jego przed­sta­wi­cie­lem.

Powie­dział to z tak oczy­wi­stym zado­wo­le­niem ze zna­le­zie­nia wła­ści­wej odpo­wie­dzi, że nie­mal zro­biło mi się go żal. Jed­no­cze­śnie mój nie­po­kój wyraź­nie wzrósł. Czy nikt ni­gdy nie powie­dział temu mło­dzień­cowi, że jego myśli są tak widoczne jak kawa­łek jedze­nia w kąciku ust?

-?Chcia­łaby pani obej­rzeć lokal? -?spy­tał z zapa­łem.

"Nie, dzię­kuję", powie­dział mądry gło­sik w mojej gło­wie, ale go zigno­ro­wa­łam.

-?Ja... Czy mogę naj­pierw zapy­tać o czynsz?

-?Oczy­wi­ście! -?powie­dział Yan­nick Abrams i podał kwotę o połowę mniej­szą od stawki pana Levas­seura.

Wytrzesz­czy­łam oczy.

-?Za tydzień?

-?Za mie­siąc. -?Nagle na jego twa­rzy poja­wił się wyraz jesz­cze więk­szego niż do tej pory zatro­ska­nia, a raczej praw­dzi­wego nie­po­koju. -?Wiem, że to nie­wiele, ale widzi pani, mamy trud­no­ści z utrzy­ma­niem najem­ców. Ostat­nia loka­torka, impor­terka sza­li­ków z całego świata, wypro­wa­dziła się bez uprze­dze­nia. Wcze­śniej był pie­karz, który nawet nie zadał sobie trudu, żeby zabrać ze sobą swoje cia­sta. Pew­nego ranka zna­leź­li­śmy je w witry­nie skle­po­wej, a po nim samym nie było śladu.

-?Rozu­miem -?bąk­nę­łam.

Cóż, przy­naj­mniej wyja­śniła się obec­ność pieca. Taką w każ­dym razie mia­łam nadzieję.

-?Zapra­szam -?powie­dział Yan­nick, znów cały w uśmie­chach.

Ruszy­łam za nim na tyły sklepu. Po dro­dze Abrams wska­zał na szale i zapew­nił mnie, że wszyst­kie zostaną spa­ko­wane i usu­nięte, zanim się wpro­wa­dzę. Kamienne płyty były tak nie­równe, że mia­łam wra­że­nie, jak­bym pró­bo­wała utrzy­mać rów­no­wagę na pokła­dzie statku. Chło­nę­łam wzro­kiem ogrom pod­łogi. Mogli­by­śmy wygod­nie zmie­ścić na niej co naj­mniej dzie­sięć dodat­ko­wych kla­tek i na­dal mieć dość miej­sca, żeby wolon­ta­riu­sze i goście swo­bod­nie się prze­miesz­czali, o nic się nie poty­ka­jąc.

Zatrzy­ma­łam się przy piecu cza­row­nicy i drgnę­łam, kiedy do moich noz­drzy dotarła woń masła. Cro­is­santy czy kru­che cia­steczka? Czy Yan­nick nie wspo­mniał, że przed sprze­daw­czy­nią szali urzę­do­wał tutaj pie­karz?

-?Na­dal jest uży­wany? -?zapy­ta­łam.

Yan­nick zer­k­nął na piec i zmarsz­czył brwi z dziwną iry­ta­cją.

-?Nie. Powin­ni­śmy go zamu­ro­wać, bo tylko prze­szka­dza.

Na zaple­czu mie­ścił się mały salo­nik z kanapą, biur­kiem i rega­łem na książki. Okna wycho­dziły na wąski zaułek, za któ­rym znaj­do­wał się Parc Saint-Aimé, skwer z ogro­dami, drze­wami i ścieżką z obu stron ozdo­bioną latar­niami.

Dużą część pod­łogi zaj­mo­wał per­ski dywan w krzy­kli­wych kolo­rach.

-?Pod spodem jest zapad­nia -?poin­for­mo­wał mnie Yan­nick, wygła­dza­jąc stopą zagiętą kra­wędź dywanu. -?Nie pró­bo­wał­bym tam scho­dzić. Piw­nica nie była sprzą­tana i jest dość nie­bez­pieczna. Wszę­dzie mamy pleśń. I szczury. Ogromne szczury! Wie pani, jak to jest w sta­rych budyn­kach.

Od razu zro­zu­mia­łam, że jeśli to miej­sce rze­czy­wi­ście nawie­dzają duchy albo coś gor­szego, piw­nica jest ich kró­le­stwem.

-?Pro­szę się nie mar­twić -?powie­dzia­łam z cał­ko­witą szcze­ro­ścią, bo nie byłam tak głu­pia jak boha­terki bajek. -?Nie inte­re­suje mnie eks­plo­ro­wa­nie.

Abrams uśmiech­nął się do mnie pro­mien­nie.

Ruszy­li­śmy w górę po spi­ral­nych scho­dach, kolej­nym relik­cie minio­nej epoki, choć nie tak uro­czym jak inne. Nie miały porę­czy i były tak wąskie, że two­rzyły nie­przy­jemną, cia­sną, ciemną prze­strzeń. Miesz­ka­nie na pię­trze oka­zało się jed­nak przy­tulne, zachę­ca­jące. Par­kiet był pory­so­wany, a w środku pach­niało stę­chli­zną i paję­czy­nami, ale bez trudu mogło temu zara­dzić porządne wie­trze­nie. Wąski kory­tarz oddzie­lał dwie sypial­nie -?obie prze­stronne i czy­ste -?od dużego salonu z impo­nu­ją­cym sufi­tem, ele­gancką boaze­rią, oknami skrzy­dło­wymi o takiej wyso­ko­ści, że w każ­dym nali­czy­łam co naj­mniej dwa tuziny szyb, oraz małym bal­ko­nem z wido­kiem na park. Szkar­łatne fotele wyglą­dały na stare, ale dro­gie, tak że mogłam sobie wyobra­zić roz­par­tych w nich dawno zmar­łych ary­sto­kra­tów.

-?Tro­chę to wszystko zaku­rzone -?rzekł Yan­nick, marsz­cząc brwi. - Zadbam, by tu posprzą­tano, zanim pani się wpro­wa­dzi.

Następ­nie poka­zał mi małą kuch­nię oraz łazienkę z odsło­nię­tymi rurami, które nie­po­ko­jąco zabrzę­czały i zadrżały, kiedy odkrę­ci­łam wodę. Na górze nie było prądu, tylko grzej­niki ole­jowe i świecz­niki, ale pod każ­dym innym wzglę­dem lokal wyglą­dał bez porów­na­nia lepiej niż ten pana Levas­seura. Wręcz chło­nę­łam wzro­kiem to absur­dal­nie wykwintne wnę­trze.

-?Prze­pra­szam -?powie­dział Yan­nick i lekko potrzą­snął jedną z na­dal brzę­czą­cych rur. -?Chyba wiem... to zna­czy, być może uda mi się to napra­wić. A raczej zrobi to hydrau­lik. Tak, wezwę hydrau­lika, żeby wszystko spraw­dził, zanim pani się wpro­wa­dzi.

Nic nie odpo­wie­dzia­łam. Mil­cza­łam, kiedy prze­cho­dzi­li­śmy z pokoju do pokoju. Mój nie­po­kój się pogłę­biał i nie­bez­piecz­nie zbli­żał do paniki. Przez cały czas mia­łam nadzieję, że znajdę jakieś wyja­śnie­nie - jakie­kol­wiek, nawet naj­gor­sze. Może kie­dyś miesz­kał tu mor­derca, który robił meble z kości swo­ich ofiar? Może lokal zasie­dlały trzy­dzie­sto­cen­ty­me­trowe kara­lu­chy, odporne na wszel­kie pułapki i tru­ci­zny wymy­ślone przez ludzi? Lecz w miarę upływu czasu nie poja­wiały się żadne szkie­lety ani potworne owady. Czu­łam się coraz bar­dziej nie­swojo.

-?To już wszystko! -?oznaj­mił Yan­nick, kiedy wró­ci­li­śmy na par­ter.

Przez zabyt­kowe okna wpa­dało przy­jemne jesienne słońce, a po bruku toczył się wózek z kwia­tami jak z pocz­tówki. Dosko­nale pamię­ta­łam, że kiedy szli­śmy na górę, zasłony były zacią­gnięte, a nie sły­sza­łam, żeby ktoś wcho­dził do środka.

-?I co pani sądzi? -?zapy­tał Abrams.

Jego spoj­rze­nie zdra­dzało tłu­mioną, ale dosko­nale widoczną eks­cy­ta­cję. Tylko na niego patrzy­łam, nie wie­dząc, co odpo­wie­dzieć. To miej­sce było ide­alne, tak. Nie­po­ko­jąco, zło­wrogo ide­alne. Mój instynkt krzy­czał jed­nak, że powin­nam grzecz­nie podzię­ko­wać Yan­nic­kowi, wyjść ze sklepu i ni­gdy wię­cej tu nie wra­cać. Czu­łam się jak liść zbli­ża­jący się do wodo­spadu -?mia­łam wra­że­nie, że przy­ciąga mnie coś mrocz­nego i nie­ubła­ga­nego. Oczy­wi­ście mogłam to zro­bić. Po pro­stu wyjść, wró­cić do schro­ni­ska przy Rue Sainte-Rose­line, zająć się kotami i listami kon­tro­l­nymi. Posta­no­wić, że następ­nego dnia wzno­wię poszu­ki­wa­nia innego lokalu, któ­rego wła­ści­ciel zamknie mi drzwi przed nosem albo prze­prosi mnie z wes­tchnie­niem żalu.

Po czym powtó­rzyć ten pro­ces kolej­nego dnia i kolej­nego, aż nadej­dzie zima. A wtedy nie będzie już żad­nych drzwi, do któ­rych mogła­bym zapu­kać.

Odwró­ci­łam się do Yan­nicka.

-?Kiedy mogę się wpro­wa­dzić?

Rozdział 5

Uświa­do­mie­nie sobie, że popeł­ni­łam fatalny błąd, zajęło mi około dzie­się­ciu minut.

Nie, to nie do końca prawda -?od początku wie­dzia­łam, że to zro­bi­łam, ale uzna­łam, że była to mniej poważna kata­strofa niż utrata dachu nad głową. Ale czy rze­czy­wi­ście tak było? Idąc w kie­runku zacho­dzą­cego słońca, zatrzy­ma­łam się pół tuzina razy, gotowa wró­cić i oznaj­mić Yan­nic­kowi, że jego lokal nie nadaje się na schro­ni­sko dla kotów.

Naj­bar­dziej mar­twiła mnie magia.

Pomy­śla­łam o niej z powodu zasłon oraz wyraź­nej despe­ra­cji Abramsa, żeby zna­leźć jakie­go­kol­wiek najemcę. Podej­rze­wa­łam, że sklep był wcze­śniej domem magicz­nego loka­tora -?może nawet tam­tego pie­ka­rza, który rzu­cał zaklę­cia na swoje cia­sta i bochenki chleba.

Nie wie­dzia­łam, czy to moż­liwe -?jak więk­szość ludzi, nie­wiele rozu­mia­łam z magii, ponie­waż czar­no­księż­nicy nie byli zbyt skłonni dzie­lić się wie­dzą. Wszy­scy jed­nak wie­dzieli, że zaklę­cia są zwią­zane z przed­mio­tami. Cza­ro­dzieje nie tyle posłu­gi­wali się magią, co przy­wo­ły­wali ją z jakie­goś tajem­ni­czego innego świata i wią­zali z naszym za pomocą naczyń, które nazy­wali arte­fak­tami. Każdy czło­wiek mógł rzu­cić czar pole­ga­jący jedy­nie na wypo­wie­dze­niu słowa, aby uwol­nić magiczną moc z wisiorka, pier­ście­nia, książki czy karafki.

Było to jed­nak nie­bez­pieczne, ponie­waż zaklę­cia zwy­kłych śmier­tel­ni­ków koń­czyły się nie­po­wo­dze­niem dużo czę­ściej niż te rzu­cane przez magów. Cza­sem nawet powo­do­wały śmierć domo­ro­słego cza­row­nika.

Oczy­wi­ście to nie wystar­czało, by zdu­sić w ludziach chęć posia­da­nia magicz­nych przed­mio­tów. Z tego powodu han­del nimi był nie­le­galny w Mont­re­alu i więk­szo­ści innych cywi­li­zo­wa­nych miejsc. Mówiono, że poje­dyn­cze sklepy z arte­fak­tami na­dal dzia­łają, tylko że w tajem­nicy, choć bez wąt­pie­nia nie­które z nich pro­wa­dzili szar­la­tani sko­rzy do żero­wa­nia na głu­pich lub zde­spe­ro­wa­nych.

Coraz bar­dziej utwier­dza­łam się w prze­ko­na­niu, że tra­fi­łam na najbar­dziej praw­do­po­dobne wyja­śnie­nie. Tamto miej­sce było kie­dyś skle­pem z arte­fak­tami, a jego wła­ści­ciel pozo­sta­wił po sobie jakąś klą­twę, a może nawet kilka. Oka­zały się tak straszne, że nikt nie chciał długo tam prze­by­wać. Może poręcz scho­dów zamie­niała się o pół­nocy w głod­nego węża. Albo od kasy fiskal­nej robiły się bro­dawki na pal­cach. Moż­liwe też, że w rze­czy­wi­sto­ści w skle­pie nie cza­iło się żadne zło, ale sama jego repu­ta­cja wystar­czała, żeby odstra­szyć więk­szość roz­sąd­nych najem­ców.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki