Rozdział 1
Zatrzymałam się na progu sklepu, żeby strzepnąć z butów szron. Cienka,
biała warstewka w nocy osadziła się na parapetach i bruku. Wyglądała jak
strzępki futra, które mogłaby zostawić po sobie zima, gdyby była wielką
bestią skradającą się po pogrążonym we śnie mieście. Na szczęście
jeszcze nie spadł śnieg.
Zdjęłam rękawiczki i dyskretnie sprawdziłam, czy nie mam na rękawach
kociej sierści. Właściciel sklepu, starszy, chudy mężczyzna, popatrzył
na mnie z powagą niewspółmierną do sytuacji.
-?Ma odpowiednią wielkość -?stwierdziłam, w końcu rezygnując ze
szczerości. Sklep był lepszy niż pozostałe lokale, które oglądałam, ale
nawet gdyby okazał się zły, bardzo chciałam znaleźć coś, za co mogłabym
go pochwalić. Zauważyłam tylko trochę pleśni w rogach, ale za to nie
natrafiłam na żadne ślady myszy. Wyglądało jednak na to, że powierzchnia
jest prawdopodobnie o połowę mniejsza, niż podano w ogłoszeniu
gazetowym.
Pan Levasseur uśmiechnął się z wyraźną ulgą.
-?To prawda, mademoiselle -?powiedział. -?W tej okolicy nie znajdzie
pani niczego większego. Tutejsi ludzie ciężko pracują i uczą się radzić
sobie z tym, co mają.
Posłał mi zaczepne spojrzenie, jakby szykował się do kłótni. Ja tylko
się uśmiechnęłam. Jego reakcja świadczyła o tym, że nie jestem pierwszą
osobą pytającą o to miejsce. A teraz, kiedy je zobaczyłam, z łatwością
odgadłam, która oferta -?właściciela czy najemcy -?została odrzucona.
-?To dobra lokalizacja dla organizacji charytatywnej -?kontynuował pan
Levasseur. -?Siostry Zbawienia mają swój sklep po drugiej stronie placu,
a Saint-Jean prawie codziennie rozdaje darmowe posiłki.
-?Tak? -?mruknęłam nerwowo, udając zaskoczenie. Po drodze minęłam
Saint-Jean, ładny, ale zniszczony, kamienny kościół liczący sobie co
najmniej sto lat, oraz Siostry Zbawienia zapewniające darmową odzież
tym, których nie było na nią stać. W szczególnie trudnych latach sama
korzystałam ze wsparcia obu tych instytucji.
Słyszałam dobiegający z doków ryk syreny mgłowej oraz odgłosy rozładunku
statków. Czułam zapach glonów i sadzy. Nie mogłam przestać myśleć o tym,
że tak odizolowane miejsce, położone wśród magazynów i znajdujące się z dala od zgiełku miasta, nie jest idealne dla moich celów.
"Poradzisz sobie -?pocieszył mnie cichy głosik. I zaraz dodał
pesymistycznie: -?Odrzucono cię osiem razy. Głowa do góry".
Wyprostowałam się, po czym przywołałam na twarz spokojny wyraz pewnej
siebie, doświadczonej kobiety interesu. Po długim dniu okazało się to
trudne; bolały mnie plecy i ogólnie wolałabym być w domu, najlepiej w gorącej kąpieli.
-?Dlaczego pani się przenosi? -?zapytał bez ogródek pan Levasseur, jakby
z góry przewidywał, że moja odpowiedź będzie niekorzystna.
Przez stale zmarszczone, krzaczaste brwi wydawał się wiecznie ze
wszystkiego niezadowolony, ale odniosłam wrażenie, że nabrał do mnie
trochę sympatii po tym, jak wyraziłam się przychylnie o jego lokalu.
-?Wynajmowałam sklep przy Rue Sainte-Roseline -?odpowiedziałam.
-?Przy... -?Wyraz jego twarzy się zmienił. -?Chyba pani tam nie było,
kiedy to się stało?
Nie miałam ochoty rozmawiać na ten temat. Mimo to bardzo chciałam, żeby
mi współczuł, więc zmusiłam się do tego, by zadać pytanie:
-?Czytał pan o tym w gazetach?
-?Oczywiście. Podobno zrujnowano kilkanaście sklepów.
-?Tak... Obawiam się, że mój jest jednym z najbardziej zniszczonych. W tej
chwili nie nadaje się do użytku. Moja gospodyni, pani Richard, może to
potwierdzić.
Otworzyłam teczkę, po czym wyjęłam z niej kartkę ze starannie spisanymi
na maszynie nazwiskami i adresami -?moimi referencjami.
-?Znam ją. To dobra kobieta -?odpowiedział. Zauważyłam, że lekko
poczerwieniał z oburzenia. -?Przeklęci magowie! Żeby pojedynkować się w biały dzień na ulicy pełnej porządnych, pracowitych ludzi. Ale czy to
nie jest dla nich typowe?
-?W rzeczy samej -?potwierdziłam, czując ściskanie w gardle. -?W takim
razie chyba już pan rozumie mój pośpiech.
-?Przeklęci magowie! -?powtórzył właściciel, po czym nagle chwycił moją
dłoń i ją uścisnął. -?Wyrazy współczucia.
Jego troska sprawiła, że do oczu napłynęły mi łzy -?ku własnemu
skrępowaniu płaczę równie łatwo, jak się rumienię, dosłownie na
zawołanie. Jednocześnie poczułam znajomą niechęć, która od dawna budziła
się we mnie przy każdej wzmiance o magach. Nie lubiłam u siebie tej
reakcji, więc starałam się ją tłumić. Gniew zawsze wydawał mi się
niepraktyczną emocją, szczególnie wobec magów, nawet jeśli uzasadniały
go nierównowaga sił i złe wykorzystanie mocy przez wielu z nich. Z drugiej strony, równie dobrze można by się złościć na cały świat.
Gdy pan Levasseur oprowadzał mnie po mieszkaniu na piętrze, jego maniery
znacznie się poprawiły. Góra okazała się równie ponura jak sam sklep,
słabo ocieplona i dość brudna. Gorąca woda w umywalce ledwo ciekła. Ale
z tej części miałam korzystać tylko ja, więc nie przejmowałam się
zbytnio jej stanem. Z okna sypialni rozciągał się widok na Rzekę
Świętego Wawrzyńca, a parapet był na tyle szeroki, by zmieścił się na
nim pokaźny zadek Jego Wysokości. Łatwo mogłam sobie wyobrazić, jak
leniwie wygrzewa się w słońcu w swoim ulubionym miejscu.
-?Widzę, że nie będzie pani sprawiać żadnych kłopotów -?stwierdził pan
Levasseur, gdy schodziliśmy na parter. -?Nie lubię się kłócić z moimi
najemcami. To psuje relacje. W zeszłym tygodniu eksmitowałem kobietę z lokalu niedaleko stąd. Miała dwoje dzieci, ale czy powiedziała mi o tym,
kiedy podpisywała umowę? Nie lubię wynajmować kwater takim ludziom, bo
nigdy nie wiadomo, co dzieciaki zrobią z mieszkaniem. Kiedy ta kobieta
zaczęła zalegać z czynszem, niemal poczułem ulgę.
-?Ça alors1 -?mruknęłam.
Pana Levasseura chyba zawstydziła moja mina, bo dodał pośpiesznie:
-?To kwestia utrzymania. Konserwacja nie jest tania. Traktuję swoje
obowiązki poważnie, w przeciwieństwie do niektórych. Nie uwierzyłaby
pani, jakie historie słyszę.
-?Jakie? -?spytałam, ponieważ zaczęłam się zastanawiać, czy złą opinię
pana Levasseura o kolegach można potraktować jako rekomendację. Lecz
ludzkie serce to eklektyczna rzecz, zbiór uprzedzeń i sentymentów, a ja
znałam tego człowieka dopiero od dziesięciu minut. Skąd miałam wiedzieć,
jak jest w jego przypadku?
Gospodarz zmierzył mnie wzrokiem. Mam okrągłą twarz i często się
rumienię -?czasami z emocji, czasami bez wyraźnego powodu. To, w połączeniu z szeroko rozstawionymi oczami, sprawia, że wyglądam na mniej
niż trzydzieści pięć lat oraz wydaję się szczera i nadgorliwa. Élise
lubi żartować, że sprawiam wrażenie, jakbym zawsze zbierała fundusze na
szczytny cel. Pod każdym innym względem jestem zwyczajna. Przeciętne są
zarówno moje włosy -?naturalnie kręcone, ale raczej niesforne i bardziej
wyblakłe niż jakiegoś konkretnego koloru -?jak i wzrost oraz figura.
Odkryłam jednak, że to zaleta w kontaktach z osobami nielubiącymi tych,
którzy się wyróżniają.
-?Gdybym miał córkę -?rzekł w końcu Levasseur -?przede wszystkim
odradzałbym jej ten lokal przy Rue des Hirondelles. Trudno tam utrzymać
najemcę, i nic dziwnego. Coś jest nie tak z właścicielem. Krążą o nim
dziwne historie... I jeszcze ta restauracja na Montgomery Square. Jej
piwnica jest zalewana przynajmniej dwa razy w roku.
-?Dziękuję za radę -?powiedziałam, choć byłam trochę rozczarowana jej
przydatnością. Nie chciałam wynajmować restauracji i wiedziałam, że
nigdy nie będzie mnie stać na lokal przy Rue des Hirondelles. Zdziwiło
mnie jednak, że już co najmniej trzeci raz w tym tygodniu słyszałam o tej ulicy. Najpierw Élise zaproponowała, żebyśmy odwiedziły znajdujące
się przy niej sklepy, by poprosić ich właścicieli o darowiznę, a potem
mężczyzna rozdający ulotki próbował mnie namówić, żebym poszła na występ
muzyczny w jednej z tamtejszych kawiarni.
Pokręciłam głową. To tylko zbieg okoliczności.
-?Zacznijmy od podania. -?Pan Levasseur uprzejmie podsunął mi krzesło
przy chwiejnym stole. Z kieszeni kamizelki wyjął pióro i plik zmiętych
papierów. -?Jakiego rodzaju organizację charytatywną pani prowadzi? Nie
potrzebuję szczegółów, wystarczy ogólny zarys. Domyślam się, że robi
pani na drutach swetry dla sierot, prawda?
Nadszedł ten moment, więc zebrałam się na odwagę i odpowiedziałam:
-?To organizacja charytatywna zajmująca się zwierzętami.
-?Ach! Zbieracie pieniądze na słonie czy coś w tym rodzaju? Słyszałem,
że ostatnio nastały dla nich ciężkie czasy.
Odniosłam wrażenie, że do tej pory gospodarz nie poświęcał zbytniej
uwagi tym zwierzętom.
-?Nie, nie na słonie. Na koty.
-?Koty. To trochę dziwne. Chyba jeszcze nigdy nie spotkałem kota w kawiarni.
-?Nie, to nie będzie kawiarnia, tylko azyl dla kotów.
-?Dla kotów? -?powtórzył pan Levasseur. Jeszcze nigdy nie widziałam u nikogo puściejszego spojrzenia. -?A o co z nimi chodzi?
Mimo zimna poczułam, że na czoło występuje mi pot. Wcześniej
przećwiczyłam w głowie tę rozmowę, ale teraz wyczułam, że sytuacja
wymyka mi się spod kontroli i zmierza do takiego samego końca jak inne.
-?W mieście żyje duża populacja kotów...
-?To prawda. -?Gospodarz zmarszczył brwi. -?Za jednym z moich budynków
osiedliła się cała kolonia. Niehigieniczne stworzenia. Więc pani się
nimi zajmuje, tak? To nie jest zły pomysł, bo one chociaż trzymają
szczury w ryzach.
-?Tak -?mruknęłam z wymuszonym śmiechem. -?My się nimi zajmujemy, choć
nie w ten sposób. Moja organizacja je przygarnia, doprowadza do
porządku, a następnie szuka dla nich odpowiedniego domu.
-?Przygarniacie koty? -?Z jego twarzy z wolna znikał pusty wyraz i zastępowało go przerażenie. -?Gdzie je trzymacie?
Chyba już wtedy powinnam się zorientować, że sytuacja jest nie do
naprawienia, ale desperacja skłoniła mnie do tego, by jeszcze nie
rezygnować, zwłaszcza że w trudnych chwilach mam skłonność do paplania.
-?Koty są niezwykle czystymi stworzeniami. Jako towarzysze, szczególnie
osób starszych, chorych i niedołężnych... cóż, ich wartość dla
społeczeństwa jest nie do przecenienia. Kiedyś trafiłam do szpitala, w którym mieszkał kot...
-?Przygarniacie te zwierzęta -?powtórzył gospodarz, tym razem wolniej. -
I chcecie je tu trzymać?
Przełknęłam ślinę. Moje milczenie było wystarczającą odpowiedzią.
-?O nie -?powiedział pan Levasseur. -?Nie, nie, nie. Nic z tego nie
będzie.
Wstał gwałtownie, zebrał papiery i schował je z powrotem do kieszeni
razem z piórem. Jego brwi znowu były ściągnięte.
-?Moja organizacja jest niewielka... -?zaczęłam.
-?Bardzo dobrze, mademoiselle -?przerwał mi właściciel z lekkim
uśmiechem. Zbliżył się do mnie z wyciągniętą ręką i poprowadził mnie
przez sklep z wprawą świadczącą o dużym doświadczeniu. -?Powodzenia w rozpoczęciu działalności charytatywnej.
-?Działamy już od ponad pięciu lat -?próbowałam nadal, choć znajdowałam
się coraz bliżej wyjścia. -?Moja obecna gospodyni może...
-?Proszę uważać na schody -?ostrzegł pan Levasseur, otwierając drzwi.
A potem zamknął mi je nagle przed nosem z takim impetem, że zaparło mi
dech.
Rozdział 2
Przez jakiś czas błąkałam się, gdzie nogi poniosą, i nie zwracałam uwagi
na otoczenie. Sądzę, że to zimno wyrwało mnie z odrętwienia. Słońce już
zaszło, a niebo przybrało odcienie granatu i fioletu. Rozbłysły latarnie
uliczne. Rozejrzałam się i ze zdumieniem stwierdziłam, że znajduję się w samym sercu starego miasta, przed kawiarnią, która właśnie zaczęła się
napełniać wieczornym tłumem mężczyzn i kobiet w eleganckich kapeluszach
i płaszczach. Zbliżałam się do skrzyżowania z Rue des Hirondelles, gdzie
mieścił się sklep do wynajęcia, przed którym pan Levasseur niepotrzebnie
mnie ostrzegał.
Na myśl o panu Levasseurze -?nie wspominając już o czynszach poza moim
zasięgiem -?pociemniało mi w oczach. Spojrzałam w lekko zaparowane okno
kawiarni i zobaczyłam dobrze widoczne dla przechodniów wyroby ułożone w małych koszyczkach. Chyba przez całą minutę z burczeniem w brzuchu
wpatrywałam się w tartę budyniową, zanim przypomniałam sobie, jaki
miałam budżet. Żadnych ciastek z kremem, dopóki nie znajdę miejsca do
życia i pracy, a może wtedy również -?zależnie od kosztów nowego lokum.
Potem jeszcze przez jakiś czas gapiłam się na brioszkę czekoladową.
Dopiero kiedy rozdzwoniły się dzwony bazyliki, a wąską uliczkę wypełniło
ich upiorne echo, zdałam sobie sprawę z upływu czasu. Odwróciłam się od
okna kawiarni i pośpiesznie ruszyłam w stronę domu. Ominęłam grupę
młodych ludzi, już na wpół pijanych. Dwie dziewczyny trzymały się za
ręce i kręciły w kółko ze śmiechem, powiewając spódnicami i płaszczami.
Droga od tętniącej życiem dzielnicy restauracyjnej do celu nie była
daleka, ale tym razem mi się dłużyła. Bruk stał się nierówny, co zmusiło
mnie do patrzenia pod nogi. Budynki pochylały się ku sobie. Moja okolica
składała się głównie z robotniczych mieszkań zbudowanych z tradycyjnego
szarego wapienia, nielicznych sklepów spożywczych i kafejek. Połowa tych
lokali nie działała, po części dlatego, że nie docierały tutaj tramwaje.
Zatrzymałam się przed małym budynkiem o brudnych kamiennych ścianach z zardzewiałymi drzwiami z żelaza. Kiedyś niepozorny, teraz przyciągał
wzrok, ponieważ jego dwa okna były rozbite, a okiennice wyglądały jak
poczerniałe od ognia. Między nimi ział otwór o szerokości około trzech
metrów, przypominający krater księżycowy. Został niedbale zabity
deskami. Dziura miała nierówne, ostre brzegi, a osmalone kamienie
wyglądały tak, jakby najpierw się stopiły, a potem na nowo uformowały.
Na drzwiach wisiała tabliczka z napisem:
Les Amis des Chats -?Refuge Animalier
Przyjaciele kotów -?Schronisko dla zwierząt
To nie ja byłam najbardziej poszkodowana -?ten zaszczyt przypadł
sklepowi z kanapkami po drugiej stronie ulicy, który stracił wszystkie
okna. Jego fundamenty popękały, a impet cisnął drzwi na tyły lokalu.
Właściciel -?starszy mężczyzna o imieniu Hamad, który mimo burkliwości i braku uśmiechu regularnie przynosił kotom resztki -?nie mógł sobie
pozwolić na pokrycie kosztów naprawy. Teraz budynek stał opuszczony, a puste framugi okienne wyglądały jak ziewające czarne usta.
Usłyszałam miauczenie Jego Wysokości, jeszcze zanim dotknęłam klamki.
To, w jaki sposób bestia mnie wyczuwała, kiedy zbliżałam się do budynku
na odległość stu metrów, było dla mnie zagadką, której nigdy nie
rozwiązałam; albo robiła to dzięki węchowi, albo -?co w jej wypadku
bardziej prawdopodobne -?dzięki jakiemuś niecnemu szóstemu zmysłowi.
Otworzyłam drzwi, a potem starannie zamknęłam je za sobą i przeszłam
przez drewnianą bramę, którą zainstalowałam w przedsionku. Jego Wysokość
natychmiast zaczął owijać się wokół moich nóg i głośno protestować
przeciwko spóźnionej kolacji. Trochę powściągliwsza Banshee tylko łypała
na mnie ze środka pokoju z charakterystyczną, wiecznie zdezorientowaną
miną. Koty ze schroniska, które zajmowały szereg klatek w sąsiednim
pomieszczeniu, również zaczęły wyrażać niezadowolenie, choć Élise
opiekowała się nimi przez większość popołudnia.
-?Wiem. -?Schyliłam się i odsunęłam Jego Wysokość od moich kostek. -
Przepraszam, ale zatrzymały mnie ciastka. Oczywiście ty nigdy tego nie
zrozumiesz. Jeśli coś nie krwawi, to nie jest jedzeniem.
Wytarłam buty o wycieraczkę z wyhaftowanym mottem schroniska: "Kot jest
duszą domu", zapisanym w języku francuskim i angielskim. Było ono
umieszczone również na naszej papeterii. Potem nakarmiłam tę dwójkę -
oczywiście najpierw Jego Wysokość, bo on nie zgodziłby się na nic
innego.
Czarny kocur pojawił się w moim życiu rok po Banshee i bardzo się do
mnie przywiązał. Właściwie sam do nas przywędrował -?pewnego ranka
otworzyłam tylne drzwi i zastałam go siedzącego na schodku, jakby czekał
na umówione spotkanie. Mimo to nie był ani trochę oswojony, jednak dla
własnej korzyści takiego udawał. Ogromna bestia z jedną białą łatą na
nodze rządziła schroniskiem żelazną łapą. Gardziła towarzystwem
pobratymców, ale cieszyła się rolą tyrana. Traktowała inne koty ze
schroniska jak meble i bezkarnie kradła im jedzenie. Czasami dawała
nauczkę jakiemuś głupiemu nowicjuszowi. Nigdy nie rzucano jej wyzwania
po raz drugi.
Oczywiście nie odważyłam się nawet podjąć próby oddania Jego Wysokości
do adopcji, a ponieważ kocur nie wykazywał najmniejszej chęci zmiany
miejsca zamieszkania, oficjalnie ogłosiłam, że sama się nim zajmę,
chociaż jego wkroczenie w moje życie bardziej przypominało wrogie
przejęcie. Nie był czułą istotą, ale przebiegle udawał tolerancję dla
pieszczot i choć nie okazywał, że jest z nich zadowolony, bardzo lubił
mościć się na moich kolanach, ilekroć znajdowałam chwilę dla siebie.
Zawsze powarkiwał cicho, kiedy próbowałam odłożyć książkę. Nieraz
musiałam siedzieć do północy, zanim bestia uznała, że jej pokaźne ciało
zostało odpowiednio ogrzane.
Banshee, niemal okrągła, pręgowana kotka, była prawdopodobnie jedynym
stworzeniem zdolnym do życia u boku Jego Wysokości bez poddania się
terrorowi kocura. Nie dało się jej zastraszyć. Przyczyną tego stanu
rzeczy była jednak nie siła charakteru Banshee, lecz fakt, że cierpiała
ona na całkowity brak rozsądku. Wątpiłam, czy przetrwałaby choć jeden
dzień, gdybym zostawiła ją samą sobie, gdyż regularnie narażała się na
śmiertelne niebezpieczeństwo, wspinając się na krokwie albo wciskając do
klaustrofobicznych przestrzeni, w których zwykle utykała. Nie miała
świadomości, że ogień jest gorący, i wielokrotnie próbowała wejść do
rozpalonego pieca, aż w końcu Robin zbudował wokół niego osłonę.
Jej ulubionym zajęciem było siedzenie na środku pokoju i wpatrywanie się
w jeden punkt bez wyraźnego powodu. Jego Wysokość tuż po swoim przybyciu
kilkukrotnie próbował wystraszyć kotkę -?między innymi poprzez
przygwożdżenie Banshee do podłogi i zaciśnięcie szczęk wokół jej szyi. W końcu najwyraźniej uznał, że takie wysiłki wobec tego żałosnego,
niezrozumiałego stworzenia są poniżej jego godności. Czasami odnosiłam
wrażenie, że nawet współczuł kotce, bo czasami pozwalał jej zwinąć się
przy nim w kłębek, którego to zaszczytu odmawiał innym mieszkańcom
schroniska.
Imię Banshee pochodziło od jej osobliwej niemoty. Nigdy nie słyszałam,
żeby wydawała jakikolwiek dźwięk poza mruczeniem, chociaż często
wydawało się, że próbuje. Błąkając się po domu, często otwierała i zamykała pyszczek, jakby desperacko chciała mnie ostrzec przed
zbliżającą się zagładą. Robin i ja żartowaliśmy, że w rzeczywistości
kotka wszczyna prawdziwe larum, ale mogą je usłyszeć tylko mieszkańcy
jakiejś bezbożnej, nadprzyrodzonej krainy.
Po tym, jak obsłużyłam Jego Wysokość i Banshee, zabrałam się za
karmienie podopiecznych schroniska. Mieliśmy ich czterdzieścioro
ośmioro, co było rekordową liczbą i dużym obciążeniem dla naszego
budżetu. Ale cóż mogłam na to poradzić? Wyrzucić koty, choć zbliżała się
zima?
Zatrzymałam się przy klatce Thoreau, żeby poświęcić mu dodatkową uwagę.
Wiedziałam, że nie powinnam nikogo faworyzować, ale dystyngowany senior,
którego Élise znalazła drżącego w pudełku za głównym dworcem kolejowym,
przebywał w azylu od sześciu miesięcy -?najdłużej ze wszystkich naszych
podopiecznych.
Thoreau przytulił się do mojej dłoni. Był pięknym, ciemnoszarym kotem,
najmniej wymagającym ze wszystkich. Znaleźliśmy go w opłakanym stanie -
miał roztocza, złamane żebra i infekcję. Dotąd często odnosiłam
wrażenie, że nadal próbuje oswoić się z tym, jak bardzo zmieniło się
jego życie.
Clowder z coraz większą desperacją drapała kraty, więc otworzyłam drzwi
jej klatki, żeby mogła zeskoczyć na podłogę. Cztery kocięta, mające
zaledwie około miesiąca, podążyły za nią. Zauważyłam, że to nie
spodobało się matce, bo spojrzała na mnie z urazą.
-?Masz rację, przepraszam -?powiedziałam. -?Zasługujesz na mały
odpoczynek, prawda?
Sprawdziłam, czy kocięta mają się dobrze, a następnie włożyłam je
wszystkie -?dwa rude pręgowane, jedno czarne z białymi łapkami i jedno
trójkolorowe jak matka -?z powrotem do klatki, po czym ją zamknęłam.
Przez chwilę sprzątałam, podczas gdy dwie kotki kręciły się wokół mnie.
Clowder nerwowo obserwowała Jego Wysokość, ale on nie był w nastroju do
sprawowania władzy i drzemał po kolacji w swoim ulubionym fotelu,
leniwie machając ogonem.
Układ schroniska był prosty. Wcześniej mieściła się tu pracownia
krawiecka, co idealnie odpowiadało moim potrzebom. Na dużym zapleczu,
gdzie kiedyś szyto płaszcze i suknie, było odpowiednio dużo miejsca na
klatki dla zwierząt, a mniejsze pomieszczenie od frontu wystarczało do
przyjmowania potencjalnych opiekunów. Obok pokoju na tyłach znajdowała
się mała kuchnia, równie zniszczona jak reszta lokalu, tak że dawało się
ją posprzątać tylko do pewnego stopnia, bo niektóre zabrudzenia i plamy
okazały się nieusuwalne.
Wiatr się wzmógł i teraz wpadał ze świstem przez dziurę w ścianie
frontowego pokoju, ale starałam się to ignorować.
Wcześniej planowałam skromny posiłek składający się z sera i zupy z puszki -?z nas dwojga to Robin był kucharzem -?ale okazało się, że Élise
odwiedziła kawiarnię na sąsiedniej ulicy i zostawiła mi zapakowany w papier placek z grzybami. Był jeszcze lekko ciepły.
Popatrzyłam na niego z mieszaniną irytacji i rozpaczy. Ile razy mówiłam
mojej siostrze, że nie potrzebuję, by mnie niańczyła? Ona i jej mąż nie
mogli sobie pozwolić na utrzymywanie trzeciej osoby ze skromnej pensji
radnego miejskiego. Obie dostałyśmy niewielki spadek po rodzicach, a ja
chciałam, żeby Élise zachowała każdy grosz ze swojej połowy dla siebie i nie czuła się zobowiązana do pomocy owdowiałej siostrze.
Byłam zirytowana tylko przez chwilę, bo mój żołądek burczał zbyt
natarczywie. Nie jadłam nic od śniadania, więc pochłonęłam cały placek.
Był maślany i wypełniony borowikami duszonymi w ciepłym, pikantnym sosie
śmietanowym. Innymi słowy, niebo w gębie.
Gdy odzyskałam siły, dokończyłam wieczorne obowiązki, zerkając na
tablicę, żeby sprawdzić, czym Élise już się zajęła. Przy każdej okazji
wyśmiewała moje listy kontrolne, ale nie posunęła się do tego, żeby
całkiem je lekceważyć. Zmieniłam koce, wyczyściłam kuwety i oszczędnie
dorzuciłam drewna do pieca.
Pani Richard powiedziała mi, że mogę się wyprowadzić, kiedy zechcę, ale
obie wiedziałyśmy, że to tylko puste słowa, skoro zbliżała się zima.
Schronisko nie tylko było teraz wystawione na działanie żywiołów, ale w dodatku nasz grzejnik olejowy uległ nieodwracalnemu uszkodzeniu, a drewno było drogie. Gospodyni oświadczyła, że nie stać jej na tak
poważne -?i konieczne -?naprawy. Hamad również nie mógł sobie na to
pozwolić. Dlatego to miejsce wkrótce miało się stać kolejną cichą
przestrzenią pośród miejskiego hałasu, próżnią architektoniczną.
Wzięłam głęboki oddech, żeby powstrzymać falę gniewu. Oczywiście policja
nie aresztowała magów, którzy uznali za rozsądne stoczyć pojedynek na
ulicy w samym środku miasta. Nieczęsto ich łapano, gdy łamali prawo, co
nie należało do rzadkości. Czasami odnosiłam wrażenie, że jedyną rzeczą,
która powstrzymuje ich przed rozerwaniem świata na strzępy, jest to, że
są tak nieliczni. Badacze magii szacowali, że mniej niż jeden człowiek
na milion rodzi się z jakimkolwiek magicznym darem, a i tak większość
potrafi jedynie rzucać najprostsze zaklęcia.
I dzięki Bogu.
-?Chodź, Banshee -?powiedziałam, kiedy wszystkie koty zostały
oporządzone i ponownie zamknięte. Pręgowana kotka, która z konsternacją
wpatrywała się w pustą ścianę, miauknęła cicho, a następnie poszła za
mną na górę.
Pod spadzistym dachem znajdowało się tylko jedno małe pomieszczenie.
Przed pięcioma laty, zanim wprowadziliśmy się z Robinem, służyło jako
magazyn. W sklepie z używanymi rzeczami znaleźliśmy dwa wąskie łóżka i z trudem wnieśliśmy je po starych schodach, a potem zsunęliśmy je razem,
chichocząc przez cały czas. Choć już nie byliśmy nowożeńcami, często tak
się czuliśmy.
Po śmierci Robina rozważałam usunięcie drugiego łóżka, ale ostatecznie
nie mogłam się z nim rozstać. Teraz w zasadzie stało się własnością Jego
Wysokości.
Może nie powinnam sugerować, że kocur nie lubi towarzystwa wszystkich
ludzi. W rzeczywistości zrobił wyjątek dla jednej osoby w swoim życiu, a był nią Robin.
Nigdy nie potrafiłam zrozumieć, co takiego dostrzegł w moim mężu.
Robin kochał koty, ale ja również. Poza tym był bardziej hałaśliwy niż
ja, ponieważ lubił rozmawiać. Prawie każdą anegdotę zmieniał w całą
opowieść i często tak się ożywiał, że wymachiwał rękami. Może chodziło o jego dobry nastrój i niezawodną uprzejmość, którą rozciągał także na
koty. Zawsze pytał Banshee, czy może przyciąć jej pazury, i przepraszał
za każdym razem, gdy musiał przejść nad którymś z naszych podopiecznych.
W noc po śmierci mojego męża Jego Wysokość nie chciał zasnąć. Błąkał się
po schronisku, często zatrzymywał przy drzwiach wejściowych, drapał je
zawzięcie i miauczał natarczywie, jakby sądził, że jego pan czeka po
drugiej stronie, żeby go wpuścić. O świcie w końcu zwinął się w kłębek
na poduszce Robina.
Weszłam do sypialni. Jego Wysokość na mnie spojrzał, a ja jak zwykle
zadałam sobie pytanie, czy miał nadzieję zobaczyć Robina. Kiedy opuścił
głowę, w jego nieodgadnionym kocim spojrzeniu dostrzegłam rozczarowanie
-?albo tylko tak mi się wydawało. Może po prostu pragnęłam jakiegoś
towarzystwa.
Robin nie żył już od dwóch lat, a ja mimo swojej skłonności do łez już
nie opłakiwałam go każdej nocy. Teraz miałam jednak za sobą długi i samotny dzień, więc pozwoliłam sobie na chwilę płaczu. Jego Wysokość
nadal leżał zwinięty na poduszce, najwyraźniej mnie ignorując, ale był
obecny. Banshee z kolei okazała mi współczucie, choć bardziej mnie to
rozpraszało niż pocieszało. Wciąż próbowała zlizywać łzy z mojej twarzy,
mimo że ją odpychałam. Chyba jak zwykle zakładała, że łzy są przyczyną,
a nie skutkiem mojego cierpienia, czyli wrogiem, którego należy pokonać.
W końcu wytarłam twarz, nastawiłam mały mosiężny budzik stojący przy
łóżku, a potem zgasiłam światło. Banshee usadowiła się między mną a Jego
Wysokością i w ten sposób razem zasnęliśmy.
Rozdział 3
-?Proszę mi przypomnieć, jakiego rodzaju to jest działalność -?poprosił
Mathieu. -?Przepraszam, że zapomniałem. Miałem dzisiaj od rana pięć
spotkań.
-?Pisanie na maszynie -?odpowiedziała Élise z pogodnym uśmiechem. -
Średnio mamy około dwudziestu klientów dziennie. Większość przychodzi w sprawie listów, ale w zeszłym tygodniu miałyśmy pisarza, prawda, Agnes?
Biedaczek, jeszcze nigdy nie widziałam tak brzydkiego pisma. Mamy
również zamiar wprowadzić usługę wypożyczania, jak tylko znajdziemy
dobrą cenę hurtową na taśmy z tuszem. Ostatnio ich brakuje, na pewno pan
słyszał.
Podczas gdy ona trajkotała, ja starałam się nie piorunować jej wzrokiem,
choć żołądek ściskał mi się z niepokoju. Élise od dzieciństwa czerpała
niepokojącą dumę ze swojej umiejętności kłamania i wykorzystywała ją z całym zaangażowaniem oraz wrodzonym talentem ptaka ogłaszającego śpiewem
nadejście poranka. Wcześniej omówiłyśmy naszą bajeczkę, ale teraz ona
wymyślała większość szczegółów na bieżąco. Tę cechę uważałam za jedną z jej najgorszych.
Choć niezaprzeczalnie przydatną.
Właściciel przestał słuchać w połowie jej wypowiedzi i tylko zerkał w swój notatnik, kiwając głową bez zainteresowania. Stałyśmy przy ladzie w pustym lokalu, wcześniej wynajmowanym przez księgowego. Jesienne światło
wpadające przez okno podkreślało schludny układ wnętrza, długiego
prostokąta wciśniętego między warsztat szewski a pralnię. Jak na moje
potrzeby lokum było zbyt małe, ale i tak bardzo mi się podobało.
Mathieu nabazgrał coś w notesie i wyrównał plik luźnych kartek
wetkniętych między okładki, głównie faktur i planów budynków. Z trudem
powstrzymałam odruch, żeby je uporządkować. Jak można cokolwiek zrobić w takim bałaganie?
-?Kiedy możecie się panie wprowadzić? -?spytał, gdy Élise skończyła
zabawną anegdotę o piekarzu, który miał tak okropne pismo, że jego
pomocnicy wciąż zastępowali sodę oczyszczoną solą kuchenną, a mus
jabłkowy cydrem.
-?Jak najszybciej. -?Cieszyłam się, że choć raz mogę udzielić szczerej
odpowiedzi.
Nie podobało mi się oszustwo Élise i przystałam na nie dopiero po wielu
dniach bezustannych nacisków z jej strony. Właściciel miał prawo
wiedzieć, że zamierzam wypełnić jego nieruchomość kotami.
-?Nie przetrwasz zimy -?powiedziała mi w końcu Élise bez ogródek. -?Albo
one jej nie przetrwają.
Nie mogłam się z nią nie zgodzić. Zima nie tyle nastała w Montrealu, co
go zaatakowała. W poprzednim roku zaspy pokryły każdy plac. Sięgały aż
do drugiego piętra kamiennych budynków, tak że ich mieszkańcy zakładali
rakiety śnieżne i wychodzili przez okna. Czasami z dziećmi na sankach.
Nie zawsze tak było. Może ta zima okaże się łagodna.
Może.
-?A jak teraz wygląda wasza sytuacja? -?zapytał Mathieu.
-?Sklep znajduje się przy Rue Sainte-Roseline i został poważnie
zniszczony -?wyjaśniłam. -?Nie możemy tam zostać.
Właściciel zmarszczył brwi.
-?Nie wiedziałem, że na Rue Sainte-Roseline są maszynistki. Moja ciotka
mieszka na rogu przy parku.
-?Och, nic w tym dziwnego -?odezwała się Élise smutnym głosem, rzucając
mi krótkie, mordercze spojrzenie. Była bardzo do mnie podobna, tylko
ładniejsza, o delikatnej, elfickiej twarzy, którą większość ludzi
uważała za uroczą. To ona zazwyczaj przejmowała inicjatywę we wszelkich
negocjacjach -?także tych w dzieciństwie, dotyczących większych deserów
-?bo odnosiła w nich większe sukcesy niż ja. Nie miałam jej tego za złe.
Ona też nie traktowała mnie z tego powodu z wyższością; po prostu
zaakceptowałyśmy, że tak właśnie to wygląda w naszym przypadku. -
Obawiam się, że jesteśmy beznadziejne, jeśli chodzi o reklamę. -?Élise
przywołała na twarz samokrytyczny grymas. -?Nie mamy nawet szyldu na
drzwiach! Klienci polecają nas sobie ustnie.
Właściciel uśmiechnął się uprzejmie.
-?Cóż, dam znać najpóźniej do piątku. Mają panie telefon?
Zapewniłyśmy go, że tak. W rzeczywistości w zgłoszeniu podałam numer do
biura Gabriela, choć ten narzekał, że znowu musi pełnić rolę sekretarza,
dopóki Élise nie udobruchała go pocałunkiem.
Wyszłyśmy z budynku i poczekałyśmy, aż właściciel zamknie drzwi. Czynsze
za wszystkie inne lokale przy Charlotte Square przekraczały mój budżet -
i to znacznie -?ale nic nie można było na to poradzić. Musiałam po
prostu znaleźć sposób na zwiększenie darowizn. Wiedziałam, że jeśli mi
się to nie uda, zostanę eksmitowana. Élise obliczyła, że nawet jeśli
Mathieu odkryje oszustwo po tym, jak się wprowadzę -?co było bardzo
prawdopodobne -?faktyczna eksmisja zajmie sześć miesięcy lub więcej,
ponieważ tyle wynosiło obecnie opóźnienie w rozpatrywaniu spraw przez
odpowiedni sąd.
Gdy właściciel lokalu uścisnął nam dłonie na pożegnanie, mój żołądek
zaburczał żenująco głośno.
Wszystkie te intrygi! Nie byłam do nich stworzona, a Élise o tym
wiedziała. Łypnęła na mnie groźnie, jakby szykowała się do interwencji,
gdyby w ostatniej chwili ruszyło mnie sumienie i zmusiło do wyznania
prawdy.
Mężczyzna chyba usłyszał burczenie albo z jakiegoś innego powodu jego
twarz złagodniała, kiedy puścił moją dłoń.
-?Przykro mi, że zostały panie zmuszone do wyprowadzki -?powiedział. -
To naprawdę coś niezwykłego być tak blisko tak potężnego zaklęcia!
Widziałyście panie maga, który je rzucił?
Ta uwaga -?a raczej entuzjazm, z jakim ją wypowiedział -?sprawiła, że na
chwilę zaniemówiłam. Élise jak zwykle przyszła mi z pomocą.
-?Na szczęście nie. Interesuje się pan magią?
Mathieu zaśmiał się z zakłopotaniem.
-?Obawiam się, że tak. Przepraszam, ale od dzieciństwa mam lekką obsesję
na punkcie magów -?powiedział i po chwili dodał ze smutkiem: -?Sam nie
potrafię rzucić żadnego czaru. Nie żebym nie próbował. Ale śledzę ich
poczynania w gazetach. W tym samego Króla Czarnoksiężników.
Zastanawiałem się, czy to on mógł stać za eksplozją przy Rue
Sainte-Roseline. Coś na taką skalę, rozumieją panie... Mówią, że obecnie
przebywa w Nowym Jorku. -?Mathieu wyglądał na zaniepokojonego i jednocześnie podekscytowanego tą perspektywą. -?Nowy Jork nie jest
daleko, prawda? Tylko kilka godzin jazdy pociągiem.
-?Istotnie niedaleko -?zgodziłam się. -?O wiele za blisko.
Havelocka Renarda Królem Czarnoksiężników ochrzcili ci, którzy chcieli
go obrazić. Epitet ten przez lata nabrał mrocznego i niemal mitycznego
znaczenia, podobnie jak w przypadku Baby Jagi czy Sinobrodego. Renard
był uważany za nieoficjalnego przywódcę najgorszej grupy magów: tych,
którzy idealizowali apokaliptyczne pokazy magii.
-?Przepraszam -?powtórzył Mathieu, a jego ciemna twarz oblała się
rumieńcem. -?Proszę zrozumieć, że nie jestem jednym z tych upiornych
wielbicieli uznających czarnoksiężników za bohaterów. Ale jego moc jest
niezwykła... oczywiście w przerażający sposób.
Otworzyłam usta, by powiedzieć, że "przerażający" to zbyt łagodne
określenie, lecz Élise nie dopuściła mnie do głosu.
-?Tak, a my możemy tylko mieć nadzieję, że Renard nie zainspirował
nikogo do sprowadzenia na nas końca świata. Boże! To, że Król
Czarnoksiężników poniósł porażkę trzy lata temu, nie oznacza, że
poniesie ją również przy następnej próbie. On albo inny szaleniec żądny
władzy.
-?Cóż, nie wiemy na pewno, czy taki był jego plan -?rzekł Mathieu z taką
miną, jakby zamierzał wyrecytować listę wielokrotnie powtarzanych
argumentów. -?Nie można wierzyć we wszystko, co mówią rymowanki dla
dzieci.
-?"Włosy pełne pająków, oczy jak dwa ognie"? -?powiedziała Élise. -?Czy
nie tak brzmi jedna z piosenek, które śpiewają o nim dzieci?
Uwierzyłabym w jeszcze gorsze rzeczy o Havelocku Renardzie.
Mathieu zaczął się bawić piórem.
-?Chciałbym zaoferować paniom to miejsce. Porozmawiam z Hamadem. Jestem
pewien, że on...
-?Z kim? -?spytała ostro Élise.
-?Z Hamadem El-Kourym. Na pewno go panie znacie? Prowadził sklep z kanapkami przy Rue Sainte-Roseline i jest naprawdę świetnym człowiekiem.
Jeśli za panie poręczy, nie musicie szukać dalej. Nawet zrezygnuję z kaucji, bo to sprawiedliwe. Nie zasłużyły panie na taki... niefortunny
obrót wydarzeń.
-?To bardzo miłe -?mruknęła Élise, ale zmarszczyła brwi, najwyraźniej
zastanawiając się nad wyjściem z sytuacji.
Och, Hamad na pewno by za mnie poręczył jako za odpowiedzialną, dobrze
zorganizowaną i przyjazną właścicielkę doskonale prowadzonego schroniska
dla kotów. Nagle rozbolała mnie głowa, a wtedy sobie uświadomiłam, jak
mało spałam.
-?Dobrze, dobrze -?powiedział Mathieu z uśmiechem. -?W takim razie mogę...
-?Dziękuję, ale nie musi pan zawracać sobie głowy Hamadem -?przerwałam
mu pośpiesznie. -?Przemyślałam sprawę i wydaje mi się, że to miejsce
jest zbyt małe na nasze potrzeby. Dziękuję za poświęcony czas.
Oddalając się, czułam na sobie zdziwiony wzrok Élise i Mathieu.
Rozdział 4
Siostra dogoniła mnie przy fontannie na Charlotte Square. Siedziałam na
kamiennej ławce i ocierałam łzy z oczu. Starałam się robić to
dyskretnie, żeby nie ściągać na siebie uwagi, ale para siedząca kilka
metrów dalej zerkała na mnie z niepokojem.
-?Przestań -?rzuciła szorstko Élise, przytulając mnie do siebie.
Oczywiście wiedziałam, że nie złości się na mnie, tylko na całą
sytuację. Choć była dwa lata młodsza, od dzieciństwa często zachowywała
się jak starsza siostra -?prawdopodobnie dlatego, że miała nade mną
przewagę wzrostu. Zwykle polegało to na tym, że kiedy szłyśmy ulicami
miasta, trzymała mnie za rękę i kazała przez cały czas trzymać się
blisko niej, jakby jej dodatkowe centymetry miały magiczną moc ochronną.
-?Posłuchaj. -?Odsunęła się, by spojrzeć mi w oczy. -?Po tym, jak
odeszłaś, Mathieu wspomniał mi o miejscu przy porcie, które będzie wolne
od przyszłego miesiąca. Pójdę tam i wypytam o szczegóły.
-?Będziesz znowu musiała kłamać. -?Wytarłam oczy, nakazując sobie
natychmiast przestać płakać.
-?Tak, ale będzie łatwiej, kiedy nie będziesz stała obok i patrzyła na
mnie, jakbym obrażała naszą matkę. Jeśli znów nam się nie uda, poproszę
Gabriela o pomoc.
-?On nie ma czasu -?sprzeciwiłam się, choć obie wiedziałyśmy, że nie na
tym polega prawdziwy problem.
Mąż mojej siostry startował w wiosennych wyborach, a szanse kandydatów
były zbyt wyrównane, by czuł się spokojny. Gdyby do gazet trafiła
jakakolwiek informacja pachnąca skandalem, mogłoby to oznaczać koniec
jego kariery. Naciskanie na właścicieli nieruchomości, by pomogli
organizacji charytatywnej jego szwagierki, z pewnością kwalifikowało się
do takiej kategorii nadużyć.
Élise nawet nie zamierzała się ze mną spierać.
-?Gdyby tylko ta twoja pani Richard nie była tak nieznośną sknerą -
powiedziała. -?Mogłaby pozwolić sobie na remont, ale cieszy się, że ma
pretekst, żeby sprzedać lokal pod zabudowę.
-?Tego nie wiesz -?zaprotestowałam. Moja gospodyni była zrzędliwa, ale
pod tą powłoką kryło się dobre serce. -?Pozwoliła mi zostać tak długo,
jak potrzebuję, za połowę czynszu.
-?Och, Agnes. -?Élise popatrzyła na mnie z czułą irytacją. -?W twoim
sklepie brakuje ściany! Oczywiście, że pozwoliła ci zostać, bo kto inny
chciałby taki lokal? Babsztyl w ogóle nie powinien pobierać czynszu. Już
zapomniałaś o przecieku w dachu, którego nie chce naprawić?
-?Ona się starzeje, Élise -?zauważyłam. -?Utrzymanie tych starych
budynków na pewno nie jest łatwe.
Siostra jęknęła.
-?Jeśli powiesz jeszcze jedno współczujące słowo o tej kobiecie, wepchnę
cię do fontanny -?ostrzegła. -?Słuchaj, wpadnę do ciebie wieczorem.
Obiecujesz, że weźmiesz dzień wolny? Od tygodni się zapracowujesz.
-?Nie mogę. -?odparłam.
"Jestem tylko ja", pomyślałam, ale nie powiedziałam tego na głos.
Nie chciałam wzbudzić w Élise poczucia winy, że nie może bardziej mi
pomóc. Zbyt wiele razy kłóciłyśmy się o moje przepracowanie, żeby dojść
do konstruktywnych wniosków.
Élise westchnęła, uściskała mnie krótko i odeszła szybkim krokiem.
Wiecznie gdzieś się śpieszyła. Jako szefowa kampanii była potrzebna
Gabrielowi tak bardzo jak mi w schronisku.
Ruszyłam przed siebie, żeby pojechać tramwajem do biblioteki i jeszcze
raz przejrzeć oferty wynajmu. Byłam jednak tak pogrążona w myślach, że
skręciłam w złą ulicę, ale zauważyłam to dopiero wtedy, gdy znalazłam
się na Rue des Hirondelles.
-?Znowu -?mruknęłam.
Dlaczego, u licha, ciągle tu trafiałam? Czyżby jakaś siła wyższa
postanowiła mnie dręczyć?
Ogarnął mnie swego rodzaju ślepy gniew. Nie byłam wściekła na nikogo
konkretnego, chyba że na mnie samą. Uznałam, że równie dobrze mogę
rzucić okiem na miejsce, przed którym ostrzegał mnie pan Levasseur,
chociaż nie było mnie na nie stać bez względu na reputację właściciela
lokalu. Co innego miałam do roboty?
"Nic, poza powrotem do schroniska i wpatrywaniem się w dziurę w ścianie", pomyślałam.
Parsknęłam zduszonym śmiechem, a mężczyzna idący w przeciwnym kierunku
ominął mnie szerokim łukiem.
Rue des Hirondelles była wąską uliczką z szarymi domami o wysokich
oknach, z których każde składało się z kilkudziesięciu małych szyb.
Najwyższe z nich lśniły delikatnie w popołudniowym świetle. Spomiędzy
mansardowych dachów widać było tylko wąski pas nieba. Mimo ciasnoty
zawsze uważałam ten zaułek za uroczy, gdy z rzadka zdarzało mi się tu
trafić. Było w nim coś tajemniczego, jak w szkatułce na biżuterię, po
otwarciu której natrafia się na coraz to kolejne ukryte kieszonki i szufladki.
Brukowana ulica prowadziła na niewielkie wzgórze ze starym kamiennym
kościołem pełnym groźnych gargulców i kolorowych witraży. Ze skrzynek
okiennych zwisała wypielęgnowana zieleń. W połowie drogi znajdował się
niewielki placyk, zbyt mały, żeby nadano mu oficjalną nazwę. Z jednej
jego strony ciągnął się rząd ładnych, srebrnych klonów, pod którymi
stały ławki. Połowę skweru zajmowały stoliki dość hałaśliwej kawiarni La
Fin, otwartej do późna.
Nie była to zamożna okolica. Mimo to nie mogłabym sobie na nią pozwolić,
jako że tutejsze lokale miały ponadprzeciętne rozmiary, a oferty ich
wynajmu rzadko trafiały na rynek. Zauważyłam, że większość klientów La
Fin to marynarze, robotnicy z fabryk i inni ciężko pracujący ludzie.
Wszyscy przechodnie mieli na sobie tylko praktyczne kapelusze i znoszone
buty. Wygląd niektórych osób -?być może zmierzających do jadłodajni z darmową zupą -?sugerował, że przechodzą one trudny okres. Lecz sama
okolica i jej mieszkańcy wydawali się zadbani w sposób wykraczający poza
podstawową czystość, choć nie potrafiłam ubrać w słowa tego wrażenia.
Zatrzymałam się przed piekarnią sprzedającą -?ku mojemu przerażeniu -
czekoladowe brioszki. Kilka sklepów było tego dnia zamkniętych, ale nie
dostrzegłam żadnego opuszczonego, podobnie jak ani jednego ogłoszenia o wolnym lokalu. Albo pan Levasseur się pomylił, albo to miejsce zostało
już wynajęte.
Tuż za placem przystanęłam przed oknem wystawowym sklepu z samymi
szalam. Na drzwiach lokalu wisiała tabliczka z napisem "Zamknięte".
Zasłony były zaciągnięte, więc mogłam jedynie zerknąć do środka przez
kwadrat z zielonkawego szkła. Coś w tym miejscu wzbudziło moją ciekawość
-?może chodziło tylko o to, że ta część ulicy była starsza i bardziej
zacieniona, przez co sam sklep wyglądał jak nawiedzony.
Obok znajdowała się mała, zaniedbana księgarnia. Mimo nieuporządkowanej
witryny i chwiejnych stosów książek na wystawionym na zewnątrz stoliku
było w tym przybytku coś zachęcającego.
Gdy do niego weszłam, zabrzęczał dzwonek, ale hałas najwyraźniej nie
zaalarmował jedynej osoby obecnej w środku, starszej kobiety drzemiącej
na krześle za ladą. Pomieszczenie było wąskie i pełne regałów
oświetlonych ciepłym blaskiem lampy.
-?Madame?
Kobieta otworzyła oczy i przez chwilę na mnie patrzyła, mrugając.
-?Przepraszam panią -?powiedziała po angielsku. Była niska, opatulona w kolorowe, ręcznie dziergane rzeczy, od swetra po czapkę i koc na
kolanach. -?Ledwo zarabiam na siebie. Proszę spróbować w La Fin.
Minęła chwila, zanim się zorientowałam, o co jej chodzi. Spojrzałam na
swoją teczkę i wsunięty pod pachę notatnik z kartonowymi zakładkami.
-?O nie, nie szukam pracy -?wyjaśniłam pośpiesznie. -?Zastanawiałam się
nad lokalem obok.
Życzliwość w oczach kobiety nagle ustąpiła miejsca czujności.
-?W takim razie co pani tutaj robi? Nie są zamknięci. To miejsce nigdy
się nie zamyka. Nie zna pani drogi?
Nic nie rozumiałam.
-?Słyszałam, że w okolicy jest sklep do wynajęcia -?powiedziałam wolno i zauważyłam, że kostki jej palców zaciśniętych na poręczy krzesła
zbielały.
-?A gdzie to pani słyszała? -?zapytała kobieta. -?Od jednego z nich?
-?Mm -?wymamrotałam. Chociaż biegle posługiwałam się angielskim, nie był
to mój język ojczysty, a kiedy rozmowa nie przebiegała zgodnie z moimi
oczekiwaniami, zdarzało mi się gubić. Zaczęłam się zastanawiać, czy ta
kobieta jest całkiem zdrowa na umyśle.
Pochyliła się do przodu i utkwiła we mnie ostry wzrok.
-?Skoro pani nie wie, o czym mówię, proszę wyjść i poszukać gdzie
indziej. -?Każdą sylabę wymawiała wyraźnie i precyzyjnie. -?W tym
mieście jest dużo lokali do wynajęcia. Zwyczajnych. Jeśli mnie pani
rozumie, proszę uprzejmie o opuszczenie tego miejsca. Nie chcę kłopotów.
Nie mogę sobie na nie pozwolić.
Wsparła się na lasce i dźwignęła z krzesła, po czym ostrożnie weszła
między regały i zniknęła na zapleczu.
Patrzyłam za nią, analizując jej słowa. Jedno wydawało się jasne:
sąsiedni sklep rzeczywiście był tym, którego szukałam. Zastanawiałam
się, czy ta kobieta ma jakiś konflikt z jego właścicielem. Spory między
sąsiadami potrafiły być naprawdę zażarte.
Chciałam wierzyć w to prozaiczne wyjaśnienie, ale w rzeczywistości nawet
gdyby ta kobieta poinformowała mnie, że w środku nocy z lokalu obok
dochodzą przerażające krzyki, i tak zbadałabym sprawę. Może to brzmi
absurdalnie, podobnie jak bajki o głupich bohaterkach otwierających
drzwi, których wprost zabroniono im dotykać. W takich opowieściach
często pomija się fakt, że zwracanie uwagi na niejasne ostrzeżenia
stanowi przywilej osób zajmujących wygodną pozycję w życiu.
Podeszłam do sklepu z szalikami i do niego zapukałam. Kobieta z księgarni nie miała racji -?lokal bez wątpienia był zamknięty.
Spodziewałam się, że drzwi uchylą się ze skrzypieniem i jakaś upiorna
ręka zaprosi mnie do środka, ale po chwili ciszy usłyszałam jedynie
całkiem zwyczajne kroki, po czym w progu ukazał się młody mężczyzna.
Miał około dwudziestu lat, długie, ciemne włosy, oliwkową cerę i zaniepokojony wyraz twarzy. Uśmiechnął się do mnie z serdecznością
sugerującą, że oczekiwał mniej przyjemnego gościa.
-?Dzień dobry -?powiedział. -?Chyba się nie znamy... Yannick Abrams,
witam. Szuka pani czegoś konkretnego? Zapraszam... Jest dość wietrznie,
prawda? Nie musi pani pukać, wystarczy po prostu wejść.
Wszystko to wyrzucił z siebie jednym tchem, a ja, całkiem
zdezorientowana, wymamrotałam coś na powitanie i weszłam do sklepu.
Znalazłam się w dużej, pełnej echa przestrzeni o ceglanych ścianach i podłodze wyłożonej kamiennymi płytami w kolorze mgły. Od razu
zauważyłam, że jest to zabytkowy budynek o niemal średniowiecznym
wnętrzu, jak te pochodzące z czasów założenia miasta. Okna wyglądały jak
z końca osiemnastego wieku, natomiast mury prawdopodobnie liczyły sobie
jakieś pięćdziesiąt lat. Kolejne warstwy historii były tu widoczne jak
na stanowisku archeologicznym. Zastanawiałam się, ile różnych sklepów
mieściło się w tym lokalu na przestrzeni pokoleń. Jego wnętrze okazało
się prawie puste, ale w sposób sugerujący, że zostało splądrowane, a nie
schludnie posprzątane. Pod ścianami stało kilka krzeseł i przypadkowo
rozmieszczonych, delikatnie rzeźbionych stołów. Na jednym leżały stosy
kolorowych szali, na innym drewniane wieszaki. Na ladzie ciągnącej się
wzdłuż frontowych okien stała stara kasa fiskalna z ogromnymi klawiszami
w rodzaju tych, które po naciśnięciu wydają niepokojący dźwięk.
Chaotyczny wygląd całego miejsca podkreślało słabe oświetlenie. Ciężkie
zasłony były zaciągnięte, a lampa naftowa paląca się na jednym ze stołów
rzucała dziwne cienie.
Zmarszczyłam brwi. Co robił Yannick, zanim zapukałam? Siedział sam w ciemności?
W głębi sklepu, w pobliżu drzwi, które musiały prowadzić na zaplecze,
zobaczyłam duży, osobliwy piec wbudowany w kamienną ścianę. Na jego
widok pożałowałam swoich wcześniejszych myśli o bajkach.
Yannick poprawił schludny garnitur w nerwowy sposób, jakby nie był
przyzwyczajony do takiego ubioru.
-?Co pani miała nadzieję znaleźć? -?spytał.
Dziwnie sformułowane pytanie.
-?Przepraszam -?powiedziałam. -?Może źle mnie poinformowano, ale
sądziłam, że to miejsce jest do wynajęcia.
Twarz młodzieńca przeszła niezwykłą serię przemian -?od zaskoczenia,
przez zrozumienie i wątpliwości, po nagłą radość. Mimo dezorientacji
omal się nie roześmiałam, bo jeszcze nigdy nie spotkałam osoby będącej
lepszą ilustracją określenia "jak otwarta księga" niż ów Yannick Abrams.
-?Ach, prowadzi pani sklep! -?wykrzyknął. -?Tak, mamy wolne miejsce... To
znaczy: lokal jest wolny. Tak. Jakie rzeczy pani sprzedaje?
To pytanie zadał z nutą desperacji w głosie, jakby chciał odwrócić moją
uwagę od jego dziwnej reakcji. Byłam za bardzo zbita z tropu, żeby
odpowiedzieć na nie inaczej niż wprost:
-?Cóż, w pewnym sensie koty. Prowadzę organizację charytatywną, która
ratuje i rehabilituje koty uliczne, po czym oddaje je do adopcji. Naszym
celem jest zmniejszenie populacji bezdomnych zwierząt żyjących w mieście, jeśli uda nam się zebrać niezbędne środki. W schronisku pracuje
tylko kilka osób: moja siostra, ja i kilkoro wolontariuszy.
-?Jak miło -?rzekł Abrams, a ja wyraźnie zauważyłam, że w jego głowie
kłębią się myśli. Co dziwne, w żaden sposób nie zareagował na informację
o kotach, ale wzmianka o organizacji charytatywnej wzbudziła w nim
wyraźną iskrę podekscytowania. -?Od dawna działa pani w tej branży?
Przedstawiłam mu ogólny zarys historii Les Amis des Chats, nie pomijając
moich licznych pozytywnych referencji, a także łagodnego usposobienia
naszych podopiecznych. Przez cały czas czekałam na nieuniknione. Yannick
słuchał z przyjemnym uśmiechem, wyraźnie zaabsorbowany jakimś
wewnętrznym dialogiem.
-?Jest pan właścicielem tej nieruchomości, prawda? -?zapytałam na
koniec.
-?Właścicielem? -?powtórzył Abrams. -?O nie. Jestem jego... jego
przedstawicielem.
Powiedział to z tak oczywistym zadowoleniem ze znalezienia właściwej
odpowiedzi, że niemal zrobiło mi się go żal. Jednocześnie mój niepokój
wyraźnie wzrósł. Czy nikt nigdy nie powiedział temu młodzieńcowi, że
jego myśli są tak widoczne jak kawałek jedzenia w kąciku ust?
-?Chciałaby pani obejrzeć lokal? -?spytał z zapałem.
"Nie, dziękuję", powiedział mądry głosik w mojej głowie, ale go
zignorowałam.
-?Ja... Czy mogę najpierw zapytać o czynsz?
-?Oczywiście! -?powiedział Yannick Abrams i podał kwotę o połowę
mniejszą od stawki pana Levasseura.
Wytrzeszczyłam oczy.
-?Za tydzień?
-?Za miesiąc. -?Nagle na jego twarzy pojawił się wyraz jeszcze większego
niż do tej pory zatroskania, a raczej prawdziwego niepokoju. -?Wiem, że
to niewiele, ale widzi pani, mamy trudności z utrzymaniem najemców.
Ostatnia lokatorka, importerka szalików z całego świata, wyprowadziła
się bez uprzedzenia. Wcześniej był piekarz, który nawet nie zadał sobie
trudu, żeby zabrać ze sobą swoje ciasta. Pewnego ranka znaleźliśmy je w witrynie sklepowej, a po nim samym nie było śladu.
-?Rozumiem -?bąknęłam.
Cóż, przynajmniej wyjaśniła się obecność pieca. Taką w każdym razie
miałam nadzieję.
-?Zapraszam -?powiedział Yannick, znów cały w uśmiechach.
Ruszyłam za nim na tyły sklepu. Po drodze Abrams wskazał na szale i zapewnił mnie, że wszystkie zostaną spakowane i usunięte, zanim się
wprowadzę. Kamienne płyty były tak nierówne, że miałam wrażenie, jakbym
próbowała utrzymać równowagę na pokładzie statku. Chłonęłam wzrokiem
ogrom podłogi. Moglibyśmy wygodnie zmieścić na niej co najmniej dziesięć
dodatkowych klatek i nadal mieć dość miejsca, żeby wolontariusze i goście swobodnie się przemieszczali, o nic się nie potykając.
Zatrzymałam się przy piecu czarownicy i drgnęłam, kiedy do moich nozdrzy
dotarła woń masła. Croissanty czy kruche ciasteczka? Czy Yannick nie
wspomniał, że przed sprzedawczynią szali urzędował tutaj piekarz?
-?Nadal jest używany? -?zapytałam.
Yannick zerknął na piec i zmarszczył brwi z dziwną irytacją.
-?Nie. Powinniśmy go zamurować, bo tylko przeszkadza.
Na zapleczu mieścił się mały salonik z kanapą, biurkiem i regałem na
książki. Okna wychodziły na wąski zaułek, za którym znajdował się Parc
Saint-Aimé, skwer z ogrodami, drzewami i ścieżką z obu stron ozdobioną
latarniami.
Dużą część podłogi zajmował perski dywan w krzykliwych kolorach.
-?Pod spodem jest zapadnia -?poinformował mnie Yannick, wygładzając
stopą zagiętą krawędź dywanu. -?Nie próbowałbym tam schodzić. Piwnica
nie była sprzątana i jest dość niebezpieczna. Wszędzie mamy pleśń. I szczury. Ogromne szczury! Wie pani, jak to jest w starych budynkach.
Od razu zrozumiałam, że jeśli to miejsce rzeczywiście nawiedzają duchy
albo coś gorszego, piwnica jest ich królestwem.
-?Proszę się nie martwić -?powiedziałam z całkowitą szczerością, bo nie
byłam tak głupia jak bohaterki bajek. -?Nie interesuje mnie
eksplorowanie.
Abrams uśmiechnął się do mnie promiennie.
Ruszyliśmy w górę po spiralnych schodach, kolejnym relikcie minionej
epoki, choć nie tak uroczym jak inne. Nie miały poręczy i były tak
wąskie, że tworzyły nieprzyjemną, ciasną, ciemną przestrzeń. Mieszkanie
na piętrze okazało się jednak przytulne, zachęcające. Parkiet był
porysowany, a w środku pachniało stęchlizną i pajęczynami, ale bez trudu
mogło temu zaradzić porządne wietrzenie. Wąski korytarz oddzielał dwie
sypialnie -?obie przestronne i czyste -?od dużego salonu z imponującym
sufitem, elegancką boazerią, oknami skrzydłowymi o takiej wysokości, że
w każdym naliczyłam co najmniej dwa tuziny szyb, oraz małym balkonem z widokiem na park. Szkarłatne fotele wyglądały na stare, ale drogie, tak
że mogłam sobie wyobrazić rozpartych w nich dawno zmarłych arystokratów.
-?Trochę to wszystko zakurzone -?rzekł Yannick, marszcząc brwi. -
Zadbam, by tu posprzątano, zanim pani się wprowadzi.
Następnie pokazał mi małą kuchnię oraz łazienkę z odsłoniętymi rurami,
które niepokojąco zabrzęczały i zadrżały, kiedy odkręciłam wodę. Na
górze nie było prądu, tylko grzejniki olejowe i świeczniki, ale pod
każdym innym względem lokal wyglądał bez porównania lepiej niż ten pana
Levasseura. Wręcz chłonęłam wzrokiem to absurdalnie wykwintne wnętrze.
-?Przepraszam -?powiedział Yannick i lekko potrząsnął jedną z nadal
brzęczących rur. -?Chyba wiem... to znaczy, być może uda mi się to
naprawić. A raczej zrobi to hydraulik. Tak, wezwę hydraulika, żeby
wszystko sprawdził, zanim pani się wprowadzi.
Nic nie odpowiedziałam. Milczałam, kiedy przechodziliśmy z pokoju do
pokoju. Mój niepokój się pogłębiał i niebezpiecznie zbliżał do paniki.
Przez cały czas miałam nadzieję, że znajdę jakieś wyjaśnienie -
jakiekolwiek, nawet najgorsze. Może kiedyś mieszkał tu morderca, który
robił meble z kości swoich ofiar? Może lokal zasiedlały
trzydziestocentymetrowe karaluchy, odporne na wszelkie pułapki i trucizny wymyślone przez ludzi? Lecz w miarę upływu czasu nie pojawiały
się żadne szkielety ani potworne owady. Czułam się coraz bardziej
nieswojo.
-?To już wszystko! -?oznajmił Yannick, kiedy wróciliśmy na parter.
Przez zabytkowe okna wpadało przyjemne jesienne słońce, a po bruku
toczył się wózek z kwiatami jak z pocztówki. Doskonale pamiętałam, że
kiedy szliśmy na górę, zasłony były zaciągnięte, a nie słyszałam, żeby
ktoś wchodził do środka.
-?I co pani sądzi? -?zapytał Abrams.
Jego spojrzenie zdradzało tłumioną, ale doskonale widoczną ekscytację.
Tylko na niego patrzyłam, nie wiedząc, co odpowiedzieć. To miejsce było
idealne, tak. Niepokojąco, złowrogo idealne. Mój instynkt krzyczał
jednak, że powinnam grzecznie podziękować Yannickowi, wyjść ze sklepu i nigdy więcej tu nie wracać. Czułam się jak liść zbliżający się do
wodospadu -?miałam wrażenie, że przyciąga mnie coś mrocznego i nieubłaganego. Oczywiście mogłam to zrobić. Po prostu wyjść, wrócić do
schroniska przy Rue Sainte-Roseline, zająć się kotami i listami
kontrolnymi. Postanowić, że następnego dnia wznowię poszukiwania innego
lokalu, którego właściciel zamknie mi drzwi przed nosem albo przeprosi
mnie z westchnieniem żalu.
Po czym powtórzyć ten proces kolejnego dnia i kolejnego, aż nadejdzie
zima. A wtedy nie będzie już żadnych drzwi, do których mogłabym zapukać.
Odwróciłam się do Yannicka.
-?Kiedy mogę się wprowadzić?
Rozdział 5
Uświadomienie sobie, że popełniłam fatalny błąd, zajęło mi około
dziesięciu minut.
Nie, to nie do końca prawda -?od początku wiedziałam, że to zrobiłam,
ale uznałam, że była to mniej poważna katastrofa niż utrata dachu nad
głową. Ale czy rzeczywiście tak było? Idąc w kierunku zachodzącego
słońca, zatrzymałam się pół tuzina razy, gotowa wrócić i oznajmić
Yannickowi, że jego lokal nie nadaje się na schronisko dla kotów.
Najbardziej martwiła mnie magia.
Pomyślałam o niej z powodu zasłon oraz wyraźnej desperacji Abramsa, żeby
znaleźć jakiegokolwiek najemcę. Podejrzewałam, że sklep był wcześniej
domem magicznego lokatora -?może nawet tamtego piekarza, który rzucał
zaklęcia na swoje ciasta i bochenki chleba.
Nie wiedziałam, czy to możliwe -?jak większość ludzi, niewiele
rozumiałam z magii, ponieważ czarnoksiężnicy nie byli zbyt skłonni
dzielić się wiedzą. Wszyscy jednak wiedzieli, że zaklęcia są związane z przedmiotami. Czarodzieje nie tyle posługiwali się magią, co
przywoływali ją z jakiegoś tajemniczego innego świata i wiązali z naszym
za pomocą naczyń, które nazywali artefaktami. Każdy człowiek mógł rzucić
czar polegający jedynie na wypowiedzeniu słowa, aby uwolnić magiczną moc
z wisiorka, pierścienia, książki czy karafki.
Było to jednak niebezpieczne, ponieważ zaklęcia zwykłych śmiertelników
kończyły się niepowodzeniem dużo częściej niż te rzucane przez magów.
Czasem nawet powodowały śmierć domorosłego czarownika.
Oczywiście to nie wystarczało, by zdusić w ludziach chęć posiadania
magicznych przedmiotów. Z tego powodu handel nimi był nielegalny w Montrealu i większości innych cywilizowanych miejsc. Mówiono, że
pojedyncze sklepy z artefaktami nadal działają, tylko że w tajemnicy,
choć bez wątpienia niektóre z nich prowadzili szarlatani skorzy do
żerowania na głupich lub zdesperowanych.
Coraz bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że trafiłam na
najbardziej prawdopodobne wyjaśnienie. Tamto miejsce było kiedyś sklepem
z artefaktami, a jego właściciel pozostawił po sobie jakąś klątwę, a może nawet kilka. Okazały się tak straszne, że nikt nie chciał długo tam
przebywać. Może poręcz schodów zamieniała się o północy w głodnego węża.
Albo od kasy fiskalnej robiły się brodawki na palcach. Możliwe też, że w rzeczywistości w sklepie nie czaiło się żadne zło, ale sama jego
reputacja wystarczała, żeby odstraszyć większość rozsądnych najemców.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki