Rozdział I
W którym dokonuje się ucieczka z więzienia i je się ludzi
Tymian Dymitrowicz Drakow zamknięty był w klatce.
Zapadł styczniowy wieczór i mrok już zupełny okrył Tybil, a za oknami
snuły się całuny żółtej mgły. Matka Tymiana, pani Pelagia Drakowowa,
przyniosła do jego celi i miejsca wygnania lekką kolację i herbatę z konfiturą, tak jak lubił najbardziej. Czy może raczej: tak jak
najbardziej lubił w dzieciństwie, zupełnie jakby jego matka zatrzymała
się w czasie na etapie, gdy Tymian miał góra dziesięć lat. Takie rzeczy
potrafią przydarzyć się nawet najlepszym matkom.
Tym bardziej że - jak sobie Tymian poniewczasie uświadomił - miał
naprawdę dobre dzieciństwo. I chyba byli wtedy szczęśliwi. Jego matka
Pelagia, jego ojciec Dymitr, no i on sam. Było to dawno temu.
Metalowa tacka z kolacją i herbatą brzdęknęła cicho.
- Uczysz się jeszcze?
- Mhm. - Nie podniósł wzroku znad Trójkształtnej myśli pierwszej. Od
godziny siedział nad tym samym akapitem i nadal nie rozumiał, co czyta.
Słowa rozsypywały się i nie chciały poukładać w żadne sensy.
- Nie siedź tak po ciemku. - Pelagia podkręciła knot lampy naftowej,
rozsiewając wkoło złocisty blask.
- Mamo.
- No już, już. Bo mi całkiem oślepniesz.
Pelagia wyszła, a Tymian powrócił do nieczytania dzieła zadanego mu
przez Ozyrysa Oświeconego von Loewensteina. Zaraz też na nowo przykręcił
knot, tak, by lampa dawała tylko nikłe światło; nadmierna jasność
wprawiała Tymiana w jeszcze głębszą irytację.
Wstał, zrobił parę kroków po pokoju, wyjrzał przez wychodzące na
podwórze okno. Jeszcze wczoraj leżała tam cieniutka pierzynka śniegu,
ale dziś temperatura podskoczyła mocno powyżej zera i cała biel zmieniła
się w mokrą czerń. Bezlistna brzoza chwiała się na wietrze. Za nią
wznosił się mur, dalej nasyp kolejowy, a za nasypem masyw Kolegiaty
Czystego Serca z pojedynczą strzelistą wieżą z czerwonej cegły. Ponad
nią coś rozbłysło nagłą zielenią; technomanci z Wielkiej Huty
nieustannie prowadzili eksperymenty, niejednokrotnie kończące się
gwałtownym nadejściem Dni Ciemności. Przez chwilę Tymian obawiał się, że
i tej nocy skończy się podobnie, ale zorza potańczyła nad miastem krócej
niż minutę i rozpłynęła się w mroku. Na niebie, porudziałym i spłowiałym
od blasku miasta, znów było widać pojedyncze gwiazdy.
Tymian odetchnął z ulgą. Nastanie Dni Ciemności spowodowałoby
konieczność ciągłego przebywania w domu. Ciasnota jego klatki stałaby
się wówczas nie do zniesienia.
Klatka Tymiana nie miała bowiem prętów ani łańcuchów krępujących ruchy.
Nie takich ze stali czy z kutego żelaza. To była klatka zupełnie innej
natury, taka, która siedzi głęboko w głowie i którą nosi się ze sobą
wszędzie, dokąd tylko się pójdzie. Większość ludzi żyje w takich
klatkach, ale moment uświadomienia sobie własnego uwięzienia zawsze
przynosi cierpienie. Tymian przeczuwał istnienie prętów i okowów, ale
dopiero przed kilkoma dniami dotarło doń, z czego są one wykonane.
Nie z nadopiekuńczości matki. Nie z cichej, podszytej drwiną pogardy
ojca. Więzy Tymiana wykute były z tchórzostwa. I to on sam latami
pieczołowicie pracował nad każdym kółkiem tego łańcucha. Cała reszta -
ojciec, matka, nauczyciele, wszyscy ludzie - to był tylko ogień, w którym hartowała się materia tych kajdan.
Zwykle gdy nachodziły go takie myśli, Tymian uciekał z domu. Niedaleko i nie na długo, bał się bowiem sprawić przykrość matce. Najczęściej nocą,
tak, by nikt nie wiedział. Drakowowie zajmowali trzypokojowe mieszkanie
na pierwszym piętrze domu Pod Orłem, wygodne, lecz nie nadmiernie
reprezentacyjne, bo na ulicę wychodziło wyłącznie okno salonu. Ze swego
pokoju Tymian mógł się więc łatwo wymknąć na podwórze. Z początku nie
wyprawiał się dalej niż do ogrodu Kolegiaty Czystego Serca, a czasem
jednak jego wędrówki stawały się dłuższe i dalsze. Aż do Szkieletora.
Bardziej szczęściu niż sprytowi zawdzięczał, że nikt go podczas tych
eskapad nie przyłapał, ani milicja, ani andrusy, czyli po prostu zbóje.
Teraz jednak Tymian wiedział aż nazbyt dobrze, że gdziekolwiek by
ruszył, wyrzuty sumienia podążą za nim krok w krok, że niczym gończy
pies wytropią go, dogonią i dopadną. I nie mógł opędzić się od
wspomnienia Sofji Kluk. Teraz Sofja już nie żyła lub w najlepszym
wypadku była w drodze do łagru. Wszystko przez niego, bo to jego, nie
Sofję, powinna aresztować ubecja. Sofja zaś wzięła na siebie całą winę
Tymiana. Jasne, miała w tym swój cel, nie uczyniła tego przecież ze
względu na niego, w końcu ledwie się znali i chyba nawet niezbyt go
lubiła. Ale postąpiła tak, jak on sam nigdy by się nie odważył, o czym
wiedział teraz aż nazbyt dobrze.
Kiedy wczesną jesienią zaginęła Elza Fiszer, Tymian nie wierzył jeszcze
w swoje tchórzostwo. Był przekonany, że gdyby tylko stanął twarzą w twarz z tymi, którzy ją skrzywdzili, rozerwałby ich na strzępy.
Wymyśliłby jakiś sposób, aby cierpieli; może połamałby im ręce i nogi,
tak, by musieli pełznąć jak ślimaki, a on stałby nad nimi i nic nie
mówił, tylko patrzył. Wizyta bezpieki w domu Naamy Ponurakowej wybiła mu
z głowy wszelkie sny o potędze. Gdy zabierano Sofję na Hrad, Tymian
siedział w sąsiednim pokoju cicho jak trusia, bojąc się zdradzić swoją
obecność bodaj głębszym oddechem. Ujrzał wtedy siebie tym, kim jest.
Tchórzem.
Przebywanie w samotności stało się udręką. Brzydził się sobą.
Zza ściany dobiegły podniesione głosy. No tak. Ojciec wrócił.
Tymian niechętnie powlókł się do rodziców. Kiedy był z nimi, kłócili się
rzadziej i mniej gwałtownie. A jeżeli posiedział z nimi wystarczająco
długo, rozpalone głowy Pelagii i Dymitra przestawały parować złością i wzajemną niechęcią i w domu Drakowów na nowo nastawał niepewny spokój.
Zapukał i wszedł, nie czekając na zaproszenie. W środku ojciec
rozgrzebywał żar w kominku. Matka stała pod oknem z twarzą opuchniętą od
płaczu. Płakała, gdy była smutna, i płakała, wpadając w gniew. Po tylu
latach Tymian nauczył się rozpoznawać przyczynę; tym razem był to
smutek.
- Dobry wieczór, ojcze. Nalać ojcu herbaty?
Dymitr wyprostował się, otarł zmarszczone czoło. Tymian, nie czekając na
odpowiedź, ruszył do wnęki kuchennej i sprawdził, czy samowar dobrze
grzeje. Na wszelki wypadek dorzucił bryłkę węgla drzewnego, bo ojciec
lubił gorący czaj, niemal wrzący.
- Tylko mocną zrób - mruknął Dymitr Dajmonowicz Drakow. Tymian wiedział,
że w jego ustach "mocna" znaczy cierpka i długo parzona. Taką też zrobił
i nalał do szklanki niemal samą esencję, dodając tylko niewielką ilość
wody. Herbatę dla matki rozcieńczył znacznie bardziej i dodał do niej
wody różanej. Widział dobrze, że wymowne milczenie rodzicielki oznacza:
"Mnie też zrób, tylko nie taką siekierę jak ojcu". Zlekceważenie tego
milczenia mogłoby się skończyć wyrzutami lub łzami, a ani jednego, ani
drugiego Tymian nie potrafił znieść.
Szklanki zadzwoniły na niewielkim stoliku. Dymitr siorbnął pierwszy,
dopiero po nim Pelagia, no i Tymian, który herbaty nie lubił, ale
wiedział, że powinien napić się z rodzicami, bo sprawiało im to
przyjemność. O tej porze Drakowowie byli już w mieszkaniu sami; służąca
Polda wychodziła zaraz po południu, bo pensja Dymitra nie wystarczyłaby
na opłacenie stałej służby; już szofer Józef stanowił wystarczający
wydatek. Trochę wynikało to też z zazdrości pani Pelagii, która nie
zniosłaby, gdyby pod jej dachem nocowała inna kobieta. Prawdę mówiąc,
żylasta i podstarzała Polda nie wyglądała, jakby mogła bałamucić jej
dość przystojnego męża i dojrzewającego syna.
- Nauczyłeś się już wszystkiego, co zadał ci profesor von Loewenstein? -
zapytała matka.
- Prawie - skłamał Tymian.
- To dobrze, to bardzo dobrze. Ja nie wiem, czego oni na tej Akademii
wymagają, siedzisz do późna, a przecież takie zdolne dziecko z ciebie.
- Przecież on z palcem w dupie dostanie się na te studia - mruknął
Dymitr, nie podnosząc wzroku znad popołudniówki.
- A ty też byś się może własnym dzieckiem trochę zainteresował.
- Co? O co ci znowu chodzi?
- O co chodzi, o co chodzi - przedrzeźniała go Pelagia karykaturalnie
grubym głosem. - O to, byś się wywiedział, czy profesor von Loewenstein
będzie w tym roku egzaminował. Bo jeśli nie, to nie ma sensu płacić mu
za korepetycje. Trzeba wtedy dojść, kto zostanie egzaminatorem, i posłać
Tymiana do niego na lekcje. Nie ma za wiele czasu. Kto wie, jak to
będzie teraz, gdy nie żyje profesor Kora. Dobre moce, taka porządna
kobieta... Co to będzie, co to będzie?
- Będzie to, że gruby von Loewenstein nareszcie zaczerpnie trochę
powietrza.
- Dobrze, że przynajmniej twój syn nie odziedziczył po tobie
bezduszności.
Stary Drakow w odpowiedzi siorbnął tylko czaj i wrócił do przeglądania
wiadomości sportowych.
- No i coś się tak zaczytał?
- Bo hokeiści Korony znowu przerżnęli na wyjeździe z Żagwią Ołomuniec.
Było nie wystawiać Chrobaka i Yarny do ataku. Młode szczyle, pierwszy
sezon w drużynie, a teraz nagle wielkie zdziwienie. No, żaden by się nie
spodziewał, żaden. A potem będą odwoływać trenera po raz trzeci w sezonie. Tak się skończy, że wylecą z ligi.
- Ciebie nic nie obchodzi przyszłość własnego syna.
Drakow powolnym ruchem odsunął od siebie gazetę. Na czoło wystąpiła mu
burzowa chmura.
- Miasto jest na krawędzi rewolucji, a ciebie interesują jedynie
korepetycje dzieciaka?
- Dzieciaka. Tak o swoim synu mówisz? I jakiej znów rewolucji, to z Loewensteinową to był przecież nieszczęśliwy wypadek. Dobrze, że nie
trzymamy goblinów w domu.
- Tego właśnie nie wiem jakiej rewolucji. Czy prawdziwej, takiej, która
będzie kosztowała życie wielu ludzi, czy raczej takiej, w którą bawią
się jacyś gówniarze, nie wiedząc, że jak ta petarda pierdolnie, to im
pierwszym pourywa łapy, a może nawet i łby. Dosłownie. Bez metafor.
Tymian drgnął. Poczuł, że trzęsą mu się ręce, schował więc dłonie pod
stołem. Trwożnie zerknął na ojca, lecz ten nawet nie zaszczycił go
spojrzeniem. Czy to możliwe, aby wiedział?
- Nie opowiadaj takich rzeczy, straszysz dziecko. Zaraz, dokąd ty
idziesz? Dymitr? Dymitr, zjedz coś chociaż!
- Na mieście zjem. Nie czekaj, nie wiem, o której wrócę.
I ojciec wyszedł, zabrawszy kapelusz i płaszcz. Trzasnęły drzwi. Po
obliczu Pelagii popłynęły ciche łzy. Tymian musiał ją pocieszać przez
blisko kwadrans, zanim wreszcie się odezwała.
- Jak to dobrze, że nie jesteś taki jak twój ojciec - powiedziała,
przytulając go mocno. - Jesteś moją ostatnią nadzieją.
W odpowiedzi Tymian pogłaskał matkę po plecach z pełną zażenowania
czułością.
- A niech idzie do tej swojej dziwki - łkała Drakowowa. - Tylko siebie
mamy na świecie, Tymianku. Pamiętaj o tym. Ty mnie, a ja ciebie.
Chłopak poczekał, aż matka chociaż trochę się uspokoi, co trwało dość
długo. Było już późno, gdy wrócił do swojego pokoju. Nad blaszaną
umywalką opłukał twarz i umył zęby. Posiedział w ciemności, nasłuchując,
czy w sąsiednim pokoju ucichły już odgłosy matczynej krzątaniny. Kiedy
nastał spokój, poczekał jeszcze trochę i dopiero wtedy wydobył spod
łóżka ocieplaną milicyjną kurtkę i buty z wysokimi cholewami. Wyszedł
przez okno i przykucnął na parapecie. Zamknął okno za sobą, ale pod
framugę wcisnął gruby drut, by móc je potem łatwo otworzyć od zewnątrz.
Siąpił deszcz ze śniegiem, więc Tymian postawił kołnierz, wygrzebał z kieszeni skórzane rękawice i cicho jak łasica zeskoczył na kompostownik
poniżej. Trzymał się cieni, bo w stróżówce paliło się światło.
Najwyraźniej dozorca rżnął w karty z panem Józefem, zajmującym
jednoizbowe mieszkanko w oficynie.
Był już pod murem, po drugiej stronie podwórza, gdy drzwi stróżówki
otwarły się gwałtownie. Pan Józef i pan cieć wyszli zapalić, dyskutując
podniesionymi głosami.
- Pierońskiego miałeś pan farta. Nic, tylko fart, jak jasny pieron!
- Czekajże, Józiu. Tam ktoś po nocy łazi.
Stróż poświecił Tymianowi latarką po oczach.
- Aaa, pan Dymitrowicz. Na dziewczyny się wymykamy, e?
- Na dziewczyny - przytaknął Tymian niechętnie. Po co miał tłumaczyć
pewne sprawy dozorcy, który i tak niczego by nie pojął. Rewolucja, o której śnił młody Drakow, pozostawała poza rozumieniem ciecia, ilekroć
więc stróż przyłapywał Tymiana, tylekroć ten opowiadał jakieś bzdury o dziewczynach. Póki żyła Elza Fiszer, miało to jakiś sens, ale teraz
każda myśl o innych dziewczynach sprawiała mu ból.
Ze źle ukrywanym obrzydzeniem Tymian wcisnął w rękę stróża
ćwierćkoronówkę. Tamten chuchnął w nią i schował do kieszeni. Po krótkim
namyśle Tymian dał drugą panu Józefowi.
- Niech pan tylko wróci przed świtem, panie Dymitrowiczu. Jak pan
zastuka trzy razy po trzy razy, wpuszczę pana przez bramę. Po co tak
ryzykować z wchodzeniem przez okno.
- Dzięki za radę - burknął Tymian i zręcznym susem przesadził mur. Kiedy
ruszył wzdłuż nasypu, przyszło mu do głowy, że ani szofer, ani cieć nie
doceniliby jego walki o lepszą przyszłość dla wszystkich. Nie pierwszy
raz w życiu nawiedzały go takie myśli. Czuł, że w świecie po rewolucji
czekać go będzie samotność. Tę cenę Tymian był jednak gotów zapłacić za
nowy, sprawiedliwszy świat. Do wielkich spraw potrzeba wielkich
samotników.
Tymczasem dozorca pożegnał pana Józefa i wrócił do siebie, gdzie do
późnej nocy pisał wiersze. Był to bowiem nie byle jaki dozorca, bo
przecież nie ma byle jakich ludzi, a świat jest tak urządzony, że
czasami ze stróżowania da się wyżyć godniej niż z pisania.
Idąc wzdłuż torów, można było dojść do budynków gospodarczych Dworca
Carskiego i do baraków, gdzie za dnia sprzedawano kiełbaski w bułce.
Brzuch po nich zwykle bolał przez dwa dni, choć sprzedawca zapewniał, że
gardło by sobie dał poderżnąć za ich najpierwszą jakość. Tymian
początkowo chciał tu odbić na wschód, ku Szkieletorowi, ale tam nie
czekało na niego nic oprócz wspomnień, on zaś już zbyt wielką część
życia strawił na rozmyślaniach. Skręcił więc w lewo, na zachód, minął
parę ciasnych uliczek i wyszedł na rozległy plac w rejonie ulicy
Krokodyli. Mimo późnej pory w jednym z wielkich pałaców przy placu w oknach wciąż paliło się światło. Na Wydziale Sztuk Wyzwolonych życie
toczyło się przez całą dobę, bo i kadra złożona z artystów, i żacy
aspirujący do tego miana niewiele dbali o to, która jest godzina.
Okna studenckich pokoi znajdowały się na tyłach, w suterenach i na
parterze. Władze wydziału powinny zapewne wziąć pod uwagę skłonność
studentów do wymykania się nocami na miasto. Najwyraźniej jednak ktoś
doszedł do przytomnego wniosku, że młodych nie powstrzyma nawet
umieszczenie ich na strychu, a tak przynajmniej nikt nie zabije się ani
nie połamie przy próbie ucieczki po rynnie albo przez dach, zwłaszcza po
pijaku.
Tymian znalazł niewielki kamyczek i rzucił w znajome okno na wysokim
parterze. Wyjrzała z niego jakaś rozczochrana dziewczyna.
- Czego chcesz?
- Nem jest?
- Nem?
- Mirka znaczy.
- Mirka, twój chłopak przyszedł.
- Który? - rozległ się ochrypły śmiech z głębi.
- Ten ładny taki, wiesz.
- Wszyscy są ładni.
Nemezis wychyliła się przez okno i osłupiała.
- Samael?
- Ciszej, Nem - syknął Tymian i rozejrzał się niespokojnie, jakby bojąc
się, że ciemność zaułka może ich podsłuchiwać.
- Myślałam, że cię zabrali do... no wiesz.
- Nie mnie zabrali.
- O. Co ty mówisz?
- Wyjdziesz tu do mnie?
- Czekaj, ubiorę się tylko.
- No, bo strasznie jesteś rozchełstana.
- Znalazł się, kurna, świętoszek.
- Zimno jest i pada.
Nemezis narzuciła studencki płaszcz, omotała się szalikiem, bardzo
gryzącym z wyglądu, przełożyła nogi przez parapet i zeskoczyła prosto w największą kałużę. Tymian odsunął się w ostatniej chwili.
- Dokąd idziemy? - spytała.
- Dokądkolwiek. Byle daleko.
Poszli więc na Planty, trzymając się ciemnych zakamarków, aby nie wejść
w oczy ani andrusom, ani milicji. Tym drugim nawet bardziej, bo zaraz
zaczynała się godzina milicyjna, a Tymian nie miał przepustki
uprawniającej do wstępu w tę część Plant.
- Towarzysz coś dziś w strasznie pochmurnym nastroju - zauważyła
Nemezis, bo Tymian nie odzywał się wcale.
- Bo to ja powinienem tam być.
- E?
- W łagrze.
I opowiedział o wszystkim, co wydarzyło się w ostatnich dniach. No,
prawie. Przemilczał swoje zachowanie podczas aresztowania Sofji w domu
Naamy. Każda szczerość ma swoje granice.
- No i co z tego? - zapytała studentka, gdy Tymian skończył. - Ona jest
tam, ty tu. I dobrze się stało, bo tutaj jesteś potrzebniejszy. Żaden
byłby z ciebie pożytek, gdybyś gnił w łagrze.
- Dzięki, Nem.
- Spoko. - Dziewczyna albo nie wyczuła ironii, albo wcale jej to nie
obeszło. - Masz jakieś wieści od Matki Rewolucji?
Tymian przecząco pokręcił głową.
- Nic od dłuższego czasu.
Nemezis nie wyglądała na specjalnie tym przejętą.
- To myślę, że trzeba czekać. Odpoczywać, póki się da. Rewolucja nas nie
porzuci, mamy przecież osiągnięcia.
- Mówisz o Korze von Loewenstein?
- A o kim? To prawie tak, jakbyśmy sami ją zjedli. - Roześmiała się,
ukazując dwa złote zęby i puste miejsce po trzecim. Tymianowi wcale nie
było do śmiechu.
- Masz rację. Czuję się, jakbym rzeczywiście zjadł Loewensteinową.
- I najwyraźniej ci zaszkodziła. Musisz mieć po niej straszną zgagę.
Chcesz zajarać?
- Nie, dzięki.
- A ja owszem.
- Tylko nie dmuchaj na mnie. - Nie chciał, by matka wyczuła od niego
rankiem zapach tytoniu albo konopi, ale nie mógł tego przecież
powiedzieć Nemezis bez narażania się na śmieszność. Rewolucjonista
Samael drżący przed własną matką! Nie, tego dziewczyna by nie
zrozumiała.
- Masz ten list? Ten od raka?
Wyciągnął wymiętą i nadpaloną kartkę z kieszeni kurtki. Studentka
przebiegła go wzrokiem w rozproszonym świetle latarni i zaraz oddała:
- Wieża Swedenborga. Gdzie to jest? - spytała.
- Myślałem, że może ty wiesz.
- To był jakiś kolejny pokręcony czarnoksiężnik, ten Swedenborg, nie?
Skądś z północy.
- Aha. Tyle też wiem. Dałabyś radę poszukać czegoś więcej w Akademii?
- Ma to jakiś związek z Rewolucją?
- Nie wiem. Chyba nie - przyznał Tymian.
- Ech, no dobra. Jak znajdę czas, to poszukam. Idziesz na kawę?
- O tej porze wszystko już będzie zamknięte.
- Nie tak znów wszystko. Trzeba tylko wiedzieć, gdzie szukać. Jest taki
jeden hejmański konwertyta po drodze do fabryki czekolady. Sprzedaje
kawę i chleb z soloną słoniną. Zorzynek mi mówił.
- Kto?
- Taki typ. Chodź, chodź.
Daleko nie uszli. Na Maga Zyblika, tuż przy nowej kamienicy, gdzie
mieszkali Ponurakowie, dwóch rosłych drabów kopało leżącego na ziemi
człowieka. Człowiek był drobny i kulił się tak, że zdawał się jeszcze
drobniejszy. Mężczyźni dyszeli i co rusz ocierali pot z czoła;
wymierzanie kopniaków najwyraźniej było męczącą pracą, lecz oni oddawali
jej się z dokładnością i zaangażowaniem.
- Ej! Zostawcie go! Tak, do was mówię! - wykrzyknął Tymian.
- Co ty robisz, na głowę upadłeś?! - Nemezis cofnęła się w cień za
najbliższym winklem.
Tamci na chwilę przestali. Ofiara jęknęła. Tymian spostrzegł, że była
goblinem.
- Co się wpierdalasz, młody? - sapnął jeden z oprawców. - Nie twoja
sprawa, ruszaj precz.
Chłopak ani myślał. W skroniach szumiała mu krew, a w głowie tętniła
jedna myśl.
Nie był tchórzem.
W kieszeni kurtki wymacał puszkę gazu, podkradzioną ojcu. Chłód metalu
wcale nie ostudził emocji. Tymian wpadł w bramę i wyszarpnął rękę z kieszeni, ale bandziory były szybsze. Pierwszy doskoczył do chłopaka,
zanim ten zdołał odbezpieczyć gaz, i strzelił Tymiana pięścią w żuchwę.
Drugi podciął mu nogi i chłopak łupnął ciężko o ziemię. Zdążył tylko
zobaczyć czarne opaski na ramionach mężczyzn. Chyba z Ochotniczych
Rezerw Bojowych, czyli uzupełniających służb cywilnych.
Gaz wypadł z ręki Tymiana i potoczył się z grzechotem, póki jeden z oprawców nie podbił go butem w górę. Złapał puszkę i zważył ją w dłoni,
a potem spryskał obficie twarz chłopaka. Świat rozbłysł czerwonym bólem
i Tymian nie mógł zrobić nic, tylko wić się jak robak, krzyczeć i trzeć
powieki, bo nie dało się nad tym zapanować. Wodospad lał mu się z oczu i z nosa. Słyszał wrzaski i przekleństwa Nem, tępy rechot rezerwistów
dobiegał z wielkiej dali.
Oczekiwał na ciosy i kopniaki, te jednak nie nastąpiły.
Nagle zrobiło się cicho. Cisza nabrzmiewała grozą przez kilka chwil, a potem pękła od krzyków. Krzyczeli zbóje, krzyczała Nemezis, krzyczał i on, choć nie wiedział dlaczego. Z krzykami mieszał się odgłos mlaskania,
siorbania i rozdzierania, jakby ktoś rwał stare płótna.
- Cicho już, cicho - zaskrzeczał ktoś do ucha Tymiana. - My ci tego nie
zapomnimy. Nigdy nie zapominamy, przyjacielu goblinów.
Potem dało się słyszeć kroki. Wiele bosych stóp człapało tuż obok
Tymiana. A potem znów nastała cisza, ale tym razem pusta i pozbawiona
obecności. Chłopak został sam, nadal nie mógł jednak otworzyć oczu.
Krwawe, piekące powidoki tańczyły mu pod powiekami.
- Hej, żyjesz? - Kobiecy głos tuż obok.
- Nem?
- To twoja przyjaciółka? Miała więcej rozumu niż ty. Uciekła od razu.
Kurde, nie wiem, jakim cudem żeś się uchował. Daj mi rękę.
Nieznajoma pomogła Tymianowi wstać.
- No, no, już, już. Tu nie ma czego oglądać. Naprawdę nie ma. Nie trzyj
tak tych oczu.
Kobieta poprowadziła go do kamienicy naprzeciw. Zamieniła kilka
przyciszonych słów ze stróżem i poprowadziła chłopaka w bramę. Tymian,
mimo że niewiele widział, rozpoznał znajomą klatkę schodową; chodził
tędy przecież dwa razy w tygodniu na lekcje gry u Naamy. Przeszło mu
przez myśl, że obca kobieta również może być katem i że wiedzie go na
sąd kapturowy. Nie zatrzymali się jednak na drugim piętrze przed
mieszkaniem Ponuraków, tylko dopiero na czwartym.
- Wchodź.
W kuchni obmyła twarz Tymiana mlekiem. Trochę to pomogło, w każdym razie
na tyle, że mógł coś zobaczyć, a z oczu i nosa przestały mu się lać
strumienie wody.
- Zaparzę herbatę - rzekła gospodyni. Mogła mieć ze czterdzieści lat,
może mniej, może więcej; Tymianowi nie szło dobrze ocenianie wieku ludzi
o tyle od niego starszych. Szybkie ruchy i szczupła figura ją
odmładzały, zmarszczki przy zaciśniętych ustach i brak makijażu
postarzały. Samo mieszkanie przypominało trochę jego lokatorkę, surowe i ascetyczne, pozbawione zbędnych mebli i mieszczańskich bibelotów.
- Ogarnąłeś się trochę? - zapytała, gdy Tymian wypił dwie szklaneczki.
- Co tam się stało? - odpowiedział pytaniem. - I kim pani jest?
- To ty mi odpowiedz, co się stało i kim ty, do cholery, jesteś.
Dlaczego gobliny pożarły tamtych rezerwistów, a ciebie nie tknęły.
Tymian przełknął ślinę.
- Pożarły?
- Żywcem. No? Wypowiesz się łaskawie?
W głowie Tymiana galopowały myśli. Przyjaciel goblinów - tak został
nazwany. Czy to dlatego, że ujął się za stworzeniem katowanym przez
bojówkarzy? Przyjaciel morderców i zbuntowanych kanibali. To nie
brzmiało zbyt dobrze.
- Nie muszę nic pani mówić. To nie przesłuchanie.
Kobieta westchnęła.
- Jeśli tak stawiasz sprawę. Komisarz Lana Auburn. Milicja Obywatelska.
Od tej chwili jest to przesłuchanie. Ja pytam, ty odpowiadasz. Rozumiemy
się?
Tymian milczał.
- Rozumiemy się? - powtórzyła twardo komisarz Auburn.
- Rozumiemy.
- No to gadaj. Czemu gobliny tamtych zjadły, a ciebie nie?
- Może dlatego, że chciałem ratować jednego.
- Goblina?
- Nie wiedziałem, że to goblin. Tamtych było dwóch, a on sam.
- Aha. Czyli jesteś z tych odważnych, co to każdemu biegną na ratunek.
- Nie jestem odważny. Ktoś musi.
- Od takich rzeczy jest milicja, chłopcze.
- Sama pani mówi, że to milicjanci bili tego goblina.
- Niewinnych milicja nie bije. Jak się nazywasz?
Tymian przesunął pustą szklankę po metalowym blacie. Zastanawiał się,
czy nie skłamać. Sofja Kluk z pewnością nie miałaby trudności z wymyśleniem przekonującej historii. A nawet gdyby historia wydawała się
nieprzekonująca, dziewczyna i tak łgałaby w żywe oczy. Ale on w niczym
nie przypominał Sofji.
- Tymian Dymitrowicz Drakow.
Komisarz Auburn przejechała ręką po krótkiej czuprynie.
- No, no, no. Proszę, proszę.
Może i powiedziałaby coś więcej, ale rozległo się pukanie do drzwi,
ostrożne i jakby nieśmiałe. Milicjantka poszła otworzyć, nakazawszy
Tymianowi siedzieć na tyłku i nie ruszać się.
- Lana? Mogę wejść?
- Znowu piłeś.
- Ale niewiele. Wiesz przecież, jak jest.
- Wiem, nie wiem. Co, domu nie masz?
- Nie nazwałbym go domem.
- Taaa, jasne. Ale wiesz co, dobrze, że wpadłeś. Powinieneś chyba z kimś
się przywitać. Co robisz takie oczy? Wchodź, wchodź.
Tymian chciał zerwać się na równe nogi. Uciekać - ale dokąd? Skryć się -
ale gdzie? Kawalerka komisarz Auburn nie stwarzała możliwości wykonania
ani jednego, ani drugiego. Chłopak czekał więc w pokoju bez ruchu, ze
spoconymi dłońmi, spętany strachem niczym królik, który wie, że zbliża
się wąż. Zupełnie jak tamtego wieczoru, kiedy ubecja zabrała Sofję.
A potem do pokoju wszedł Dymitr Dajmonowicz Drakow.
Rozdział II
W którym jesteśmy świadkami zwyczajnej rozmowy między ojcem a synem
Ojciec i syn szybkim krokiem zdążali ku domowi. Nie przekradali się, nie
oglądali niespokojnie przez ramię. Uszli spory kawałek, zanim do
chłopaka dotarło, że jego rodziciel nie ma powodu, by lękać się
czegokolwiek na ulicach Tybil. To on był tym, kogo należało się bać.
Teraz zaś jego gniew, niemal namacalny, unosił się za nim jak czarne
skrzydła. Ktokolwiek odważyłby się stanąć na drodze Dymitra Drakowa,
rychło by tego pożałował. Jego syn nie miał co do tego żadnych
wątpliwości.
Tymiana jednak również rozpierał gniew, choć innego rodzaju. Dla niego
Dymitr był przede wszystkim ojcem, nie człowiekiem bezpieki. I dlatego
odezwał się:
- Zepsułem ci wieczór, co?
Stary Drakow nic nie odrzekł. Tylko czarne skrzydła jakby zgęstniały.
Tymian wyczuł to, ale nie mógł się powstrzymać.
- Rano wróciłbyś do domu, a matce naopowiadał, jaką to miałeś ciężką
noc.
- Milcz.
- No racja, zapomniałem. Ty nie masz domu.
Dymitr złapał syna za przód kurtki i przycisnął do muru. Chłopak zamknął
oczy i zacisnął zęby. Może Dymitr nie był najlepszym ojcem, ale nigdy
dotąd go nie uderzył.
Cios jednak nie nastąpił.
- Całkiem jak twoja matka. Więcej się po tobie spodziewałem, Samaelu.
Tymian otworzył oczy. Spróbował zmierzyć się z ojcem na spojrzenia, ale
nie wytrzymał. Nie ze starym ubekiem.
- Puszczaj mnie. I zostaw matkę w spokoju. Wracaj do tej swojej
kochanicy.
Stary zluzował uchwyt. Wyglądał na rozbawionego. Ruszyli dalej.
- Tyś naprawdę myślał, że Lana i ja...? Przyznaję, że bardzo mi się
podoba ten pomysł. Obawiam się jednak, że Lana by mnie wyśmiała, gdybym
coś takiego zaproponował. Niestety, łączące nas relacje pozostają
jedynie zawodowej natury.
- I mam uwierzyć, że każdemu w pracy zwierzasz się ze swoich problemów,
i że do innych też przychodzisz trzeźwieć, bo nie masz domu.
- Aleś się uczepił. Niech zatem będzie, że zawodowo-przyjacielskiej. Z przewagą zawodowej, niestety.
- Nie ufam ani jednemu twojemu słowu.
- W dupie mam, czemu ufasz, a czemu nie, synu. Nie pyskuj tyle, bo gdyby
nie komisarz Auburn, gobliny ogryzłyby cię do gołych kości.
Tymian nie zaprzeczył ani nie podzielił się wspomnieniami. W końcu to
był jego ojciec i nie musiał mu się tłumaczyć. Może jednak dałoby się
coś z niego wyciągnąć.
- Czemu gobliny miałyby pożerać ludzi?
- Ty mi powiedz, Samaelu.
- Nie nazywaj mnie tak. O co ci chodzi?
- Nie rżnij głupa. Kłamać też trzeba umieć.
- Daj mi spokój. To Sofja była tym całym Samaelem. Co z nią zrobiliście?
- Co, kolejnej dziewczyny nie upilnowałeś?
- Nie waż się wspominać Elzy!
Stary Drakow położył dłoń na ramieniu syna. Ten usiłował ją strząsnąć,
ale Dymitr trzymał mocno.
- Coś ci przed chwilą powiedziałem na temat kłamstw. Weź sobie to lepiej
do serca. Wybij też sobie z głowy tajne stowarzyszenia, rewolucje i inne
rzeczy, z których gówno rozumiesz. Zabierz się do starych traktatów i zostań poważanym, bezużytecznym molem książkowym. W tym jednym twoja
matka ma rację, więc raz w życiu zachowaj się rozsądnie i jej posłuchaj.
Bo jeśli nie przestaniesz bawić się w Samaela, któregoś dnia skończy się
to dla ciebie gorzej niż dla Sofji Kluk.
- Gorzej? To znaczy, że nie skazaliście jej na śmierć? Zesłaliście ją do
łagru, prawda?
Dymitr pochylił się nad synem, aż ten poczuł w jego oddechu przetrawiony
alkohol.
- Ostrzegam cię po raz ostatni. Nie igraj z Carem.
- Cara nie ma - burknął Tymian pod nosem. Nie brzmiał przekonująco nawet
dla samego siebie.
Dymitr odezwał się dopiero po parunastu uderzeniach serca.
- Obyś nie żałował, gdy okaże się, że jednak jest, bo będzie płacz i zgrzytanie zębów. Może być tak, że jednego dnia nie ma, ale drugiego
jest. Trzymaj się od tych spraw z daleka. Mam tylko jednego syna.
- Zrób sobie drugiego z Laną.
- Wątpię, by podzielała twój entuzjazm. Ale zapytam ją następnym razem.
Po głowie Tymiana chodziło jeszcze jedno. Dwa piętra poniżej mieszkania
Lany Auburn, tam, gdzie przez kilka miesięcy brał lekcje gry na
tereminie, dostrzegł na drzwiach plomby z dwugłowymi orłami, symbolem
Urzędu Bezpieczeństwa. A więc Naamy Ponurakowej nie było już w domu.
Gdzie zatem mogła przebywać?
Nie było sensu pytać ojca. Miał tylko nadzieję, że małodobrej udało się
uciec w bezpieczne miejsce. Może do Azylu, siedziby katowskiego cechu.
Dotarli już na ulicę Zdrajców, gdzie w domu Pod Orłem mieszkali
Drakowowie.
- Nic nie mów mamie. Będzie się martwić - rzekł Tymian z niechęcią. Nie
był zadowolony z tego, że musi prosić ojca o cokolwiek.
- Zabawne. Miałem ci mówić to samo.
Kiedy weszli w cień bramy, Dymitr rzucił jeszcze:
- Kurtkę lepiej wyrzuć gdzieś za mur. Ślady po gazie trudno jest doprać.
Matka będzie dopytywać. Przyniosę ci z pracy podobną.
- Nie chcę od ciebie niczego. Sam sobie załatwię, jak będę chciał.
I poszedł na piętro najciszej, jak potrafił. Dymitr został jeszcze
chwilę w bramie, paląc smrodliwe papierosy. Być może wstawało słońce,
lecz nad Tybil wciąż wisiała zimowa noc.
Rozdział III
W którym zjawia się ktoś bardzo nieludzki
Rankiem jedenastego stycznia w gazetach pojawiły się doniesienia o kolejnych ofiarach goblinów. Tymian kręcił się niecierpliwie przy
śniadaniu, czekając, aż rodzice przeczytają wszystko, co ich
interesowało. Dymitr czytał szybko, pani Pelagia - powoli i dokładnie,
wydając co rusz okrzyki przerażenia i zasłaniając usta dłonią.
- Co się stało? - pytał Tymian, o mało nie przebierając nogami z irytacji.
- Straszne, straszne rzeczy! To po prostu tragedia. Nie wiem, czy
powinieneś o tym czytać, Tymianku. No, ale jesteś już młodym mężczyzną...
Tymian wyrwał matce z rąk "Przegląd Carski".
"Nie ucichły jeszcze echa brutalnej śmierci nieodżałowanej profesoressy
Kory von Loewenstein z Wydziału Gematrii Stosowanej Akademii w Tybil, po
niej zaś Telemacha Oświeconego Abnera z Loży Dziewiątej Pieśni i doktora
Nataniela Głogowica, prowadzącego praktykę przy ulicy Sławkowskiej, a już doszło do kolejnych brutalnych mordów. Wczorajszego ranka, 9
stycznia 404 roku Po Wywyższeniu Cara, znaleziono bowiem ciała kolejnych
ofiar. Są to w kolejności alfabetycznej: Morgana Oświecona Amber,
Trzecia Sekretarka Loży Dziewiątej Pieśni, znaleziona w kwaterach loży
przy ulicy Grodzkiej; Amanda Eler, prywatna nekromantka, zam. przy ul.
Maga Mikołaja, znaleziona w swoim gabinecie; Borys Ajonowicz Łaganow,
związany z Lożą Chabrową, znaleziony w swym domu; Izmael al'Qafzah,
Mistrz Wysokiej Gnozy z Lewantu, goszczący w Hotelu Pollera, znaleziony
w swoim pokoju; Augustyn Ptolemeusz Hipparch Ozymandiasz Walentyn Dzik,
technomanta z Wielkiej Huty prowadzący badania nad udoskonaleniem
produkcji tytanów, znaleziony w miejscu swej pracy; a także trzy inne
ofiary, niedające się zidentyfikować, być może zresztą z pożytkiem dla
siebie, a z pewnością dla reputacji swych rodzin, znalezione w jednym z lokali wątpliwego autoramentu przy ulicy Kociej. Wszystkich tych zbrodni
niechybnie dokonały gobliny, co można wnioskować po niezwykłej
brutalności ataków, stopniu okaleczenia zwłok i śladach kanibalizmu.
Wszystkie ofiary były przed śmiercią torturowane. Doktor Freyja Fiszer,
nekromantka z Akademii w Tybil, przeprowadzająca autopsje ofiar,
zasugerowała nam w osobistej rozmowie, że ofiary były powoli pożerane
przez oprawców jeszcze za życia.
Trwają prace nad utylizacją goblinów pozostających jeszcze w użyciu w wielu urzędach, domach opieki i innych instytucjach użyteczności
publicznej. Nie jest jasne, czy tylko poszczególne egzemplarze goblinów
są wadliwe, czy problem dotyczy wszystkich tych istot. Dlatego Urząd
Bezpieczeństwa w trosce o dobro mieszkańców i przyjezdnych zwraca się z prośbą o zdawanie goblinów do punktów utylizacyjnych (przy ul. Rajskiej
12, ul. Sebastiana 11 lub przy głównym wejściu do kombinatu Wielkiej
Huty, w godzinach od 6 rano do 9 wieczorem). Urząd Bezpieczeństwa nie
spocznie, póki w Tybil nie zapanuje na nowo porządek, niemniej zaleca
się wysoce posuniętą ostrożność, tym bardziej że wielu z goblinów może
do złudzenia przypominać prawdziwych ludzi.
Przy okazji pragniemy poinformować o błędnym zidentyfikowaniu zwłok
znalezionych wczoraj na bulwarach nad Ruą. We wczorajszym wydaniu
poinformowaliśmy, że należały one do czcigodnego Arymana Chochołowicza z Loży Notozyjskiej, lecz dzisiejszego ranka sam oświecony mistrz
poinformował nas o pomyłce. Ciało szczęśliwie należało do jakiegoś
lekkiego człowieka, być może Jomy. Czcigodnego Arymana Chochołowicza i jego bliskich z całego serca przepraszamy i obiecujemy dożywotnią
prenumeratę naszego pisma w nadziei, że nie będzie żywił do ?Przeglądu
Carskiego? urazy".
Z niepokojem odłożył gazetę na stół, między dzbanek ze stygnącą kawą a bułeczki z dżemem. Mieszczańskie talerzyki i filiżanki wydawały się
teraz zupełnie nie na miejscu, jak coś pochodzącego z innego świata.
Zupełnie stracił apetyt. Na liście zamordowanych nie było nikogo, kogo
by znał - ani przyjaciółek Elzy z Akademii, ani Oswalda Eliezera,
zwanego Zygfrydem. Mimo to czuł się winny. W końcu to on sam przyczynił
się do tragedii przez redagowanie i rozprowadzanie rewolucyjnych agitek.
Dyskretnie dotknął kieszeni marynarki, tam, gdzie skryty w poszetce
trzymał list od Ponuraka do Sofji. Był tam, bezpieczny. Trudno rzec, ile
razy Tymian odczytywał go potajemnie w ostatnich dniach,
Wiedział doskonale, że ma dwie możliwości. Mógł nie robić nic, nadal
chodzić na korepetycje do Ozyrysa von Loewensteina albo jakiegoś innego
równie nadętego magika, zdać egzaminy i dostać się na studia na Wydziale
Wysokiej Gnozy, by po czterech latach ukończyć je z tytułem mistrza, a po kolejnych trzech, kto wie, być może zdobyć miano doktora taumaturgii.
Żyłby w dostatku i powszechnym szacunku, zajmując się jakąś bezpieczną
dziedziną magii, taką, którą niegdyś nazywano białą, by zamydlić oczy
teodulom. Na przykład gematrią. Przestawiałby litery w pradawnych
tekstach, sumował ich wartości w kolumnach niczym rachmistrz, w nadziei,
że nigdy nie odkryje w nich żadnego znaczenia i że niczego mu one nie
objawią. Brak odpowiedzi stanowi bardzo wygodną odpowiedź, a w dodatku
pytający, jeśli nikt mu nie odpowiada, nie musi zmieniać niczego w sobie
ani w swoim życiu, i wszystko toczy się z góry zaplanowanym torem, w rytmie spokojnym i sytym. A pewnego dnia Tymian sam zmieniłby się w Ozyrysa von Loewensteina.
Mógł też uciec z tego życia. Odnaleźć Naamę, a może i Sofję, i przekazać
im ukrytą wiadomość od raka. Przestać być tchórzem, przestać pozwalać,
by o jego życiu decydowali ojciec i matka; raz jeden pokierować samym
sobą.
Wyobraził sobie rozpacz pani Pelagii, gdyby to uczynił. I poczuł, że nie
ma siły.
Przypomniał sobie ostatnie spotkanie z Elzą Fiszer. Koniec września,
wczesny wieczór rozlany po mieście złotym blaskiem. Takie wieczory
rzadko zdarzają się w Mieście Cara. Spotkali się na Żelaznym Moście.
Ruda od rdzy konstrukcja jęczała i drżała pod naporem rozpędzonych
cielsk pociągów, a Tymian i Elza całowali się do utraty przytomności.
Jakby chcieli się nawzajem pożreć, i nic nie było na świecie, tylko to
ich całowanie, i drżenie mostu, które czuli aż w kręgosłupach i zębach,
stukających o siebie żarłocznie, i gwizd lokomotywy, i głośne śmiechy
maszynisty i węglarza; śmiali się, ale przecież zazdrościli.
- Zostaw trochę na potem - wyszeptała Elza.
- A jeśli nie będzie potem? - odparł Tymian.
O, nawet nie przypuszczał, jak bardzo miał rację. Pamiętał te słowa zbyt
dobrze.
Wtedy tego nie wiedzieli, ani ona, ani on, pijani miłością i światłem
wieczoru bardziej, niż gdyby rzeczywiście coś pili. Zbliżała się jednak
pora zajęć z gry na tereminie i Tymian musiał wracać.
- Odprowadzę cię - zaproponował Elzie.
- Spóźnisz się.
- No to co.
- Trafię przecież sama.
- A jak ktoś cię porwie?
- To niech się potem ze mną męczy.
Pamiętał, jak śmiali się oboje. A potem pocałowali się jeszcze raz i odszedł, zostawiając Elzę zapatrzoną w słoneczne blaski na rzece poniżej
mostu. Nie wiedział, że to koniec. Tak bowiem przychodzą końce:
ukradkiem i po kryjomu, tak, by nikt niczego nie spostrzegł, póki nie
będzie za późno. I tak też się stało, że gdy Tymian pod okiem Naamy
Ponurakowej ćwiczył gamy na tereminie, Jomie Judełowi omsknęła się
brzytwa.
- Tymianku, zjedz jeszcze bułeczkę, żebyś nie był głodny u profesora.
Zjedz, zjedz.
Ale Tymian tylko siedział z zaciśniętymi szczękami i nie mógł nawet
przełknąć śliny. Coś się w nim oberwało i umarło.
U Ozyrysa von Loewensteina spędził kilka pustych godzin. Jeśli liczył,
że tamten po śmierci żony zrezygnuje z korepetycji, to się pomylił.
Profesor mówił jednak wyraźnie mniej i nie opowiadał świńskich
żenujących dowcipów, a Tymian przynajmniej nie musiał udawać, że go one
śmieszą. Chłopak zauważył również, że znikł goblin Adalbert, który
zazwyczaj przynosił ciastka i herbatę; zamiast tego przyniosła je
Chiara, blada jak sama śmierć. Nie odważył się zapytać o goblina, który
zapewne został zutylizowany.
Profesor von Loewenstein zadał Tymianowi do opracowania początek
szóstego rozdziału Księgi Rodzaju, werset od pierwszego do siódmego, i wyprowadzenie z niego funkcji wielomianowej na podstawie odpowiednich
wartości liczbowych podług opracowań Abena Ezry. Obliczenia zajęły
chłopakowi prawie dwie godziny, funkcja okazała się trójmianem
kwadratowym, a profesor, zapytany, co to tak naprawdę znaczy, odparł, że
tego nie wie nikt i to jest właśnie najpiękniejsze. Wydało się to
Tymianowi zupełnie pozbawione sensu.
Po powrocie do domu zastał ojca w swoim pokoju. Dymitr siedział w półmroku przy zasuniętych zasłonach i palił wyjątkowo śmierdzącego
papierosa.
- Co tu robisz?
- To mój dom. Mogę w nim przebywać, gdzie zechcę.
- Nie powinieneś być w pracy?
- Moją pracą jest dbanie o bezpieczeństwo. A niekiedy trzeba
zainteresować się bezpieczeństwem własnej rodziny. Na przykład tym, by
mój głupi syn przestał knuć zamach stanu. Który, nawiasem mówiąc, nie ma
szans na powodzenie. A także, aby wybić mu z głowy nocne eskapady na
miasto.
- Zgaś papierosa.
Dymitr zaciągnął się po raz ostatni i wyrzucił niedopałek do doniczki z dogorywającą paprotką. Odsunął zasłonę. Teraz dało się zauważyć, że w oknie tkwią świeżo zamontowane kraty, a w rogu pokoju, przy umywalce,
stoi jeszcze ktoś. Albo coś.
Spokojne oblicze nieznajomego było płaskie i pozbawione wyrazu.
Półprzymknięte, nieruchome oczy przypominały trupie. Tani grafitowy
garnitur i teczka ze sztucznej skóry jedynie podkreślały nijakość
postaci, a wszystkie pozory człowieczeństwa sprawiały, że wydawał się
tym bardziej nieludzki. Tymian widział już takie twory, ale nigdy z bliska. Nagle zrobiło mu się gorąco.
- Po co nam to? - zapytał słabym głosem.
- "To"? Nie spodziewałem się takich określeń z ust obrońcy robotników,
goblinów i innych... stworzeń. Nie przywitasz się z panem Nurielem
Cyncowiczem, Xaosem?
- Z...?
- Nuriel Cyncowicz. Xaos Piątej Generacji. Istnieję po to, by służyć -
odezwał się twór bezbarwnym, stłumionym głosem, i wyciągnął do Tymiana
dłoń. Chłopak odsunął się o krok. Po jakiejś półminucie twór cofnął rękę
i na nowo pogrążył się w stuporze. Tymian wiedział jednak dobrze, że ten
bezruch jest tylko pozorny.
- To dla twojego dobra, Tymianku - odezwała się pani Pelagia, stając w drzwiach. Twarz miała zaczerwienioną i trochę spuchniętą. Płakała. - Nie
możemy pozwolić, by spotkała cię krzywda. Kiedyś nam za to podziękujesz.
- I dlatego montujecie kraty w oknach?! Dlatego stawiacie mi w pokoju
golema?!
- Nuriel Cyncowicz. Xaos Piątej Generacji. - Golem ponownie skłonił się
z beznamiętną uprzejmością. Panią Pelagią wstrząsnął szloch. Przytuliła
się do piersi syna, obejmując go z całych sił. Tymian wiedział, że w takich chwilach należy pogłaskać matkę, choćby nie wiem co się działo, i nie wchodzić w dyskusje, bo jest to pozbawione sensu. Podniósł wzrok na
ojca i napotkał jego szydercze spojrzenie. Wytrzymał i zmilczał.
- To będzie tak tutaj stało?
- Nuriel Cyncowicz. Xaos Piątej Generacji. Istnieję po to, by służyć.
- Obawiam się, że nie ma wyjścia - rzekł Dymitr.
- Jak długo?
- Póki nie zmądrzejesz. Obawiam się więc, że dość długo.
I wyszli oboje, pozostawiając syna w tym upiornym towarzystwie. Tymian
odsunął się od golema najdalej, jak tylko się dało w niewielkim pokoju.
Gładka twarz Nuriela wykrzywiła się w uśmiechu. Jej nieludzki wyraz nie
pozwalał określić, czy był to uśmiech przyjazny, drwiący, czy jeszcze
jakiś inny.
- Nie uśmiechaj się do mnie - warknął Tymian.
- Pańskie życzenie jest dla mnie rozkazem. - Grymas znikł z oblicza
Nuriela, ustępując miejsca kamiennej tępocie.
- Odwróć się ode mnie.
- Pańskie życzenie jest dla mnie rozkazem. - Golem posłusznie odwrócił
się od Tymiana.
- I przestań w kółko powtarzać tę idiotyczną formułkę!
- Pańskie życzenie jest dla mnie rozkazem.
Tymian stłumił gniew. Golem to nie było prawdziwe stworzenie, lecz
jedynie mówiące narzędzie. Udawało życie. Przypominało człowieka, bo w fabryce uczyniono mu głowę, ręce i nogi, i odziano je niczym urzędnika
najniższego stopnia. Ale ten stwór był równie żywy jak radio albo silnik
automobilu. Okazywanie mu gniewu miało tyle samo sensu, ile grożenie
kamieniom. Golema nie należało się również bać. W każdym razie nie tak,
jak niekiedy należy bać się ludzi.
Wiedział o tym wszystkim, bo ubecja często wykorzystywała w swej pracy
golemy. Ich produkcja była kosztowniejsza od kierowania przeobrażaniem
goblinów, ale rzadziej trafiały się wybrakowane egzemplarze, a przy
regularnych przeglądach i odpowiedniej konserwacji trwałość golemów
okazywała się znacznie większa. Niby wiedział o tym rozum Tymiana, lecz
jego oczy widziały coś, co przypominało człowieka, lecz wcale nim nie
było. I widok ten budził lęk.
Tymian zebrał się w sobie i ruszył ku drzwiom. Nuriel Cyncowicz zastąpił
mu drogę. Chłopak usiłował wyminąć go, najpierw z lewej, potem z prawej
strony, albo wreszcie wypchnąć go po prostu z pokoju. Równie dobrze
mógłby próbować poruszyć górę.
- Odsuń się. Przepuść mnie.
- Pańskie życzenie stoi w sprzeczności z rozkazem podstawowym.
- W takim razie odwróć się. Nie patrz na mnie.
- Pańskie życzenie jest dla mnie...
- I zamilknij, dopóki nie pozwolę ci mówić.
Nuriel zamknął więc usta i uczynił, jak mu polecono. A Tymian położył
się do łóżka i mocno zacisnął powieki. Bardzo szybko zrobiło się
zupełnie ciemno, ale nie zapalił lampy. Nie poszedł też na kolację, choć
pani Pelagia błagała go niemal na kolanach, a kiedy nie reagował, jęła
szarpać golema, by ten przymusił Tymiana do zjedzenia lub choćby wypicia
czegokolwiek. Milczenie Nuriela okazało się jednak jeszcze głębsze od
Tymianowego. Chłopak słyszał potem, jak jego rodzice kłócą się za
ścianą. Niech się kłócą.
Nocą nie mógł spać. Obecność golema nie dawała o sobie zapomnieć.
Zupełnie jakby Tymian miał spać w pokoju, w którego rogu czai się wielki
pająk.
Rankiem zdecydował się jednak wypić filiżankę kawy i zjeść pachnące
grzanki, które matka zostawiła mu na progu. Bunt przeciw własnemu ciału
jest buntem najgorszym i najgłupszym, wbrew temu, co można wyczytać u starych mędrców. Starym mędrcom zresztą nikt rozsądny nie wierzy. Tymian
potrzebował dużo siły, by wykonać to, co sobie zamierzył, leżąc w ciemności nocy. Musiał więc jeść. Potrzebował dużo siły i dużo
cierpliwości. Jednego i drugiego, sam wiedział, bardzo mu brakowało.