Oto trzeci tom Agli pt. Abraxas, opowiadający o przeobrażeniu Sofji
Kluk i wieńczący jej przygody. Od spowitego mrokiem Tybil, miasta Cara,
przez niegościnne krainy Dalekiej Północy i totalitarną Republikę
Niebieską docieramy z nią do tajemniczej Wieży Swedenborga na granicy
świata i zaświatu, a nawet dalej.
Tom pierwszy, Alef, rozpoczyna się zaginięciem doktora Jana Krzysztofa
Kluka, badacza entomognozy na Akademii w Tybil, podczas ekspedycji do
Krain Borealnych, dokąd wyruszył w towarzystwie innego badacza,
Maurycego Maeterlincka, oraz ekscentrycznego Ponuraka zwanego Upiorem,
raka. Ostatnią o nim wiadomością jest list do Sofji, napisany przez
Ponuraka. To jednak tylko jedno z licznych zaginięć, których zagadkę
usiłuje rozwiązać Sofja, nastoletnia córka doktora Kluka. Od szalonych
pomysłów usiłują ją odwieść jej przyjaciele: Chiara von Loewenstein,
córka Kory i Ozyrysa, profesorów gematrii, oraz Harun, uczelniany
chłopak "do wszystkiego", wywodzący się z tajemniczej społeczności Jomów
i prowadzący podwójne życie.
Ponieważ nic nie wskazuje na rychły powrót jej ojca, a sama Sofja ma
tendencję do popadania w tarapaty, jeden z zaprzyjaźnionych akademików,
profesor Kir Bojan, proponuje dziewczynie szkolenie u mistrzyni magii -
częściowo, by dbać o edukację Sofji, a częściowo, aby ją chronić. Sofja
ochoczo przystaje na tę propozycję, tym bardziej że łatwo odnajduje
wspólny język ze swoją nauczycielką, Mają Ułudą, magistrą goecji. W domu
czarodziejki poznaje tajemniczą Ektene. Sofja pobiera nauki, choć bez
spektakularnych sukcesów, a wkrótce między nią a Ektene zaczyna się
rodzić uczucie, ale dopiero wsparcie Haruna (choć niezupełnie
intencjonalne) pozwoli jej przyznać się do tego, co naprawdę czuje.
Szkolenie nie powstrzymuje jednak Sofji przed wplątywaniem się w tarapaty, narażeniem Urzędowi Bezpieczeństwa, zwłaszcza
funkcjonariuszowi Dymitrowi Dajmonowiczowi Drakowowi, ani lekkomyślnymi
czynami. Kiedy nad Tybil zapadają Dni Ciemności (o których pewni uczeni
magowie mówią, że są myślami Cara), Sofja, pragnąc za pomocą zaklęć
poznać los swego ojca, nieopatrznie przywoła istotę przypominającą
nadnaturalnych rozmiarów gąsienicznika, która doprowadzi do śmierci
Ektene i zniszczy całe dotychczasowe życie Sofji.
By chronić dziewczynę przed przywołanym stworzeniem, czarodziejska Loża
Notozyjska, do której przynależy Maja Ułuda, decyduje się umieścić ją na
pewien czas w górskim Azylu, siedzibie cechu katów. Owadzi cień, który
zdołał już doprowadzić do wielu innych nieszczęść prócz śmierci Ektene,
zostaje w trakcie podróży pociągiem zgładzony przez Maję Ułudę (przy
pewnej pomocy ze strony Sofji). W Azylu jednak mistrzyni i jej uczennica
oddalają się od siebie, a krzywdy wynikłe z nieodpowiedzialności Sofji
okazują się niemożliwe do naprawienia. Czarodziejka coraz częściej sięga
po alkohol, a Sofja spędza czas na samotnych wędrówkach, wizytach w katowskiej bibliotece i innych formach ucieczki przed samą sobą.
Nieoczekiwanie odnajduje wsparcie w starym bibliotekarzu, Plotynie
Wernyhorze.
Podczas jednego z samotnych wypadów Sofja zostaje uwięziona w opuszczonym młynie, ale z opresji ratują ją funkcjonariusze bezpieki,
Dymitr Drakow i jaszczur Abadazal Yxmithlzhaar, przysłani do Azylu, by
badać sprawę owadziego cienia. Obaj zostają upici przez Plotyna, który
okazuje się nie tylko bibliotekarzem, ale i Wielkim Mistrzem katowskiego
cechu. Z dokumentów bezpieki wynika, że jedną z zaginionych w ostatnim
czasie osób jest sam tajemniczy Car. Zaginięcie ojca Sofji wydaje się
tylko częścią większej, wręcz fundamentalnej zagadki.
Dziewczyna nie może jednak liczyć na wsparcie ani Mai Ułudy, ani loży,
ani katów i wraca na Akademię. Z oficjalnego pisma dowiaduje się, że Jan
Krzysztof Kluk za działalność antyrządową został zesłany do łagru, gdzie
zmarł śmiercią samobójczą. Ze względu na brak funduszy (oraz dług
zaciągnięty na prywatne szkolenie magiczne) Sofja zostaje zmuszona do
pracy jako podkuchenna, spadając na najniższy poziom bizantyjskiej
hierarchii uczelni. Spotyka się z szykanami i zemstą innych służących za
doznane z jej strony krzywdy, prawdziwe i urojone. Sofja będzie musiała
walczyć o przeżycie i o pozycję w grupie, nie zostaje jednak zupełnie
sama. Choć odwraca się od niej Chiara, córka profesorów, to nadal może
liczyć na Haruna. Poznaje też Zahir, niezwykłą dziewczynę o wybujałej
wyobraźni.
Przypadkowo Sofja staje się świadkiem rozmowy, z której wynika, że Kora
von Loewenstein, matka Chiary i potężna czarodziejka, ma zamiar objąć
Czarny Tron. Bo choć cała sprawa utrzymywana jest w sekrecie przez Urząd
Bezpieczeństwa, są tacy, którzy wiedzą o zniknięciu Cara. Dla Sofji
bardziej istotne jest zaginięcie Haruna. W poszukiwaniu przyjaciela
wybiera się do Cheremu, niebezpiecznej dzielnicy Jomów, gdzie będzie
musiała walczyć o życie i gdzie spotka owadzi cień, który cudem przeżył
starcie z Mają Ułudą. Cień zostaje jednak chwilowo przegnany przez samą
Sofję. Dziewczyna postanawia razem z małodobrą Naamą wyruszyć na północ,
by odszukać swych bliskich - Sofja ojca, Naama męża. Przeszkadza w tym
wybuch rewolucji goblinów, do którego sama się nieopatrznie przyczynia.
Nawiązuje bowiem kontakt z Tymianem Drakowem, synem ubeka Dymitra,
licząc, że ten pomoże jej poznać prawdę o losie ojca, w którego śmierć
nie wierzy. Tymian, chłopak z dobrego domu, okazuje się twórcą komórki
rewolucjonistów. Byłaby to jednak tylko kolejna zabawa wielkomiejskiej
młodzieży, gdyby pisane przez Tymiana rewolucyjne pisma, sygnowane
kryptonimem "Samael", nie trafiły w ręce goblinów, czyli ludzi, którzy
wskutek niedożywienia i skażenia padli ofiarą tajemniczej choroby,
prowadzącej do degeneracji fizycznej i umysłowej. Teraz gobliny,
najmocniej uciskana grupa w Tybil, pragną wywalczyć sobie niezależność,
a ich pierwszą ofiarą pada Kora von Loewenstein.
Kiedy bezpieka chce aresztować Tymiana, Sofja podaje się za Samaela.
Uniewinniony Tymian odczytuje ukrytą wiadomość z listu Ponuraka do
Sofji, nakazującą uciekać do Wieży Swedenborga. Sama Sofja zostaje
zesłana do łagru. Tak kończy się tom pierwszy.
W drugim tomie, zatytułowanym Aurora, Tymian przypadkowo ratuje
jednego z goblinów przed pobiciem przez ubeckie bojówki i zostaje przez
gobliny uznany za przyjaciela. Aby nie dopuścić do dalszego angażowania
się syna w polityczne awantury, Dymitr Drakow zapewnia mu ochronę w postaci golema Nuriela Cyncowicza. Chłopak zostaje porwany przez
kompanów z komórki rewolucyjnej oraz Florę Axelrode, dziewczynę z Akademii o niezwykłym talencie magicznym, która od dawna podkochuje się
w Tymianie, oraz dziwnego kota Flammifera. Nuriel zostaje niemal spalony
czarodziejskim ogniem Flory, ale nie przeszkadza mu to wraz z Dymitrem i oddziałem bezpieki ruszyć śladem zbiegów.
Tymczasem zapadają kolejne Dni Ciemności. Dziewczyna o kryptonimie
Nemezis zostaje zabrana przez ciemność po kłótni z Tymianem, gdy Nuriel
ujawnia, że wszystkie rewolucyjne pisma były wymyślane przez Tymiana i jego byłą dziewczynę dla zabawy. Flora, Tymian i Flammifer, uciekając
przed golemem, trafiają na gobliny, wędrujące na północ w poszukiwaniu
Ultima Thule, krainy obiecanej im w jednej z wywrotowych bumag przez
Samaela. Tymian obawia się zdemaskowania i coraz mocniej pogrąża w kłamstwie, które sam stworzył. Dzięki goblinom Tymianowi i Florze udaje
się bezpiecznie przetrwać Dni Ciemności i wyruszyć do Azylu, by
przekazać Naamie Ponurakowej wiadomość ukrytą w liście do Sofji.
Ucieczka do Azylu w towarzystwie nieoczekiwanych sprzymierzeńców, z ojcem, golemem i bezpieką depczącymi po piętach, okazuje się dla Tymiana
wielką próbą. Z ranną w potyczce Florą chłopak wkracza do Azylu,
powołując się przypadkowo na jedno z pradawnych praw, i puszcza tym
samym w ruch siły, których istnienia nie przeczuwał. Przybycie Tymiana
do Azylu stanie się dla Urzędu Bezpieczeństwa pretekstem do ataku na
siedzibę katowskiego cechu i rozwiązania problemu z dawnym
przeciwnikiem. Za niepowodzenie w ujęciu syna Dymitr Drakow zostaje
zdegradowany i ukrywa się w okolicy Azylu, w czym pomaga mu Maja Ułuda.
Ostatecznie dochodzi do zdrady, Azyl zostaje zdobyty, Wielki Mistrz
Plotyn Wernyhora zamordowany, a Tymian, Maja Ułuda, Naama i (trochę
przypadkiem) profesor Kir Bojan uciekają na pokładzie latającego statku
Boreasz Ósmy, napędzanego przez magiczny ogień płonących wespół Flory i Flammifera.
Tymczasem w łagrze Sofja zmaga się z morderczym mrozem i nieludzkim
trudem, by dowiedzieć się czegoś o losie ojca - i nie utracić przy tym
własnej duszy. Będzie zmuszona wkraść się w łaski najgorszych szumowin,
które wydał Carat, i stać się najgorszą wersją samej siebie, by przeżyć.
Pomocny okaże się też inkluz, demon zaklęty w monecie wykradzionej
Wielkiemu Mistrzowi Plotynowi Wernyhorze jeszcze w Azylu, lecz jego
pomoc nie jest bezinteresowna: przyjmując ją, Sofja decyduje się służyć
mu przez siedem lat po swej śmierci. Ryzykowny plan udaje się, a dziewczyna wie już, że jej ojciec wcale nie popełnił samobójstwa, lecz
po odbyciu wstępnej kary został przeniesiony do Nowej Swobody, jednego z zamkniętych miast, którego nie ma na żadnej mapie. Przypuszczalnie też
do łagru trafiła jej przyjaciółka ze służby, wiecznie pogodna Zahir.
Pod osłoną burzy śnieżnej, wykorzystując sprzyjające okoliczności, Sofja
ucieka z obozu, lecz próby poradzenia sobie w tundrze na własną rękę
kończą się niepowodzeniem i koniecznością powrotu. Zyskuje jednak
nieoczekiwanych sprzymierzeńców w postaci goblinów, służących podczas
meteognostycznej ekspedycji badającej zorzę polarną, a dysponującymi
cennymi informacjami na temat doktora Kluka i jego towarzyszy. Na drodze
dziewczyny pojawia się jednak groźny wróg: katorżnik, przezywany Kozą,
morderca niestroniący od ludzkiego mięsa, razem z nią zesłany do łagru,
który okaże się przeciwnikiem prawie tak groźnym jak owadzi cień.
Ucieczka zostaje uznana za zaginięcie w czasie pracy, a postawa Sofji
(ta prawdziwa i ta udawana) sprawia, że w nagrodę trafia ona wiosną do
Nowej Swobody, miejsca pozornie normalnego i przez to nie mniej
przerażającego niż reszta Republiki Niebieskiej. Doktora Kluka od dawna
tam jednak nie ma. Z nowymi sprzymierzeńcami i starymi wrogami Sofja
wyrusza przez niezmierzoną tajgę w kierunku ośrodka badawczego Karmakar
w mieście zwanym Wielkim Tungiem, gdzie Urząd Bezpieczeństwa prowadzi
eksperymenty nad holometabolią człowieka. Liczy, że tam też odnajdzie
Zahir. Tymczasem Sofja przypadkowo wyjdzie za mąż, zostanie wyświęcona
na kata, trafi na granicę światów, niektórych ocali, innych zawiedzie,
aż wreszcie dotrze do celu. Zanim to się stanie, spotka też w drodze
dwie młode kobiety, Tamarę i Ousję, wiozące ciężarówką legalny i nielegalny towar i zmierzające w tę samą stronę co Sofja. Kiedy
dziewczyna ratuje im życie, zgadzają się przemycić ją do Wielkiego Tungu
w skrytce ciężarówki.
Gdy w Wielkim Tungu Tamara nieoczekiwanie znika, nikt nie ma
wątpliwości, że stoi za tym Urząd Bezpieczeństwa. Przy pomocy dwójki
małodobrych, Tulli i Khamir-beka, Sofja wraz z Ousją ukrywają się w tajnej czajszanie nazywanej Domem Pełnym Łotrów. Używając podstępu,
udaje się uratować Tamarę, a Sofja trafia do Karmakaru. Cała akcja
okazuje się jednak ustawiona przez bezpiekę, która pragnie zlikwidować
nielegalną katowską placówkę na terenie miasta. Tamarze, Ousji, Tulli i grupie goblinów, nazywanych Pogromcami Flaków, udaje się uciec z czajszany, porwać łódź i wyruszyć na marznące morze.
Sofja w Karmakarze spotyka Maurycego Maeterlincka i projekcję Rudolfa
Steinera. Prawda o losach ekspedycji doktora Kluka staje się jasna, lecz
Sofja dowiaduje się więcej, niżby chciała: osoba, którą wszyscy uważają
za Cara, jest jej matką. Dziewczyna domyśla się też, że podążający za
nią owadzi cień jest jej ojcem. Przywołuje go więc ponownie, odprawiając
ten sam rytuał, który doprowadził do tragedii w wigilię Wszystkich Dusz.
Doktor Kluk w owadziej postaci przybywa na jej wezwanie i razem
uwalniają więźniów Karmakaru. Znajdują też butelkę, w której niczym dżin
uwięziona jest Zahir.
Podczas ucieczki Jan Krzysztof Kluk pada ofiarą przeważających sił
przeciwnika, a Sofji wraz z częścią uciekinierów udaje się otworzyć
przejście do owianej tajemnicą Wieży Swedenborga. Takie jest zakończenie
drugiego tomu.
Rozdział I
W którym mówi się o innym ogniu
Boreasz Ósmy, Napowietrzny Okręt Ramienia Egzekutywnego Loży
Notozyjskiej, szedł pełnym ciągiem ponad skutymi lodem pustaciami
Republiki Niebieskiej. W dole rozciągał się las. Las i białe pustki po
sam horyzont, a horyzont na tej wysokości znajdował się naprawdę daleko.
To był krajobraz jak z baśni. Mrocznej, groźnej baśni. Wokół trwała zima
i zdawało się, że Boreasz gna prosto w jej skute lodem serce.
Przed północą odmienił się wiatr i zaczęło wiać od południa i zachodu,
ze szczęśliwszych stron świata. Nie wydawało się przez to wcale cieplej:
na wysokości tysiąca dwustu sążni każdy podmuch jednakowo kąsał zimnem.
Gdyby nie kombinezony z wełny, skóry i gumowatego tworzywa, w ogóle nie
dałoby się przebywać na pokładzie. Ale ten nowy wiatr był miękki i niósł
ze sobą tchnienie odwilży.
Tymian Dymitrowicz Drakow czuł tę miękkość nawet w sterówce. Prowadził
Boreasza spokojnym kursem, tak, by lśniący czerwonawo, złowróżbny
Alchameth mieć niemal dokładnie po lewej, a przed sobą Regulusa z gwiazdozbioru Lwa. Księżyc świecił nieprzerwanie już trzeci dzień i trzecią noc z kolei.
Chłopak nie miał pojęcia, dokąd tak naprawdę zmierzają. Naama Małodobra
Ponurakowa, nowa Wielka Mistrzyni katowska, którą milcząco zaakceptowano
również jako dowódczynię latającego statku, wspominała coś o ostatnim
przyjaznym domu gdzieś za kręgiem polarnym. Z tego, co zrozumiał Tymian,
miała to być ukryta placówka cechu i, jak wszystkie katowskie siedziby,
rządziła się osobliwymi prawami, i osobliwe panowały tam też zwyczaje.
Używano jej najpewniej do śledzenia działań Republiki Niebieskiej, czyli
eksperymentalnego państwa, założonego na północy przez Urząd
Bezpieczeństwa. Poprzedni wielki mistrz, Plotyn Małodobry Wernyhora
zwany Gąska Pluszcz, przeczuwając niepokoje i może nawet nadchodzący
pucz, rozproszył swych zaufanych katów po całym Caracie, przydzielając
im pretekstowe misje. Znaczącą część wysłał właśnie do Republiki, o której niewielu potrafiło powiedzieć cokolwiek prócz jednego: z jej
łagrów się nie wraca.
Taki więc najpewniej był cel Naamy: zebrać małodobrych i uprawomocnić
swą zwierzchność. I to jak najszybciej - Boreasz Ósmy, choć widoczny i słyszalny z daleka, wydawał się niemal tak szybki jak drahy. A te
najpewniej w całości były pod kontrolą bezpieki i nowego Cara. Pozostali
zaś podróżni, dobrowolni i przypadkowi, zostali w tę katowską awanturę
wciągnięci jak liście porwane przez wiatr, i nikt nie pytał ich o zdanie.
Ale tej nocy nie miało to dla Tymiana znaczenia. Prowadził Boreasza
przez noc iskrzącą od gwiazd, i to było dobre.
Minęła północ. Od wiatru zza rufy zrobiło się jakby cieplej, choć
termometry niezmiennie wskazywały niemal minus piętnaście stopni w skali
Réaumura.
Drzwi sterówki skrzypnęły i do środka weszła magistra Maja Ułuda.
Odrzuciła kaptur i przeczesała dłonią krótkie, siwiejące włosy.
Wielobarwne dredy ścięła dzień po ucieczce z Azylu. Może było to
skutkiem trudności w ich pielęgnacji na pokładzie, bo statek od
jedenastu dni ani razu nie podszedł do lądowania. A może istniał jakiś
zupełnie inny powód, bo przecież nikt nie ścina włosów zupełnie bez
przyczyny.
Oczywiście Tymian był zbyt dobrze wychowany, aby zapytać o sprawy, które
mogły być bardzo osobiste.
- Moja kolej - powiedziała czarodziejka.
- Mogę jeszcze trochę posterować. Nie jestem zmęczony.
- Ale jutro będziesz.
Miała rzecz jasna rację. Tymianowi jednak łatwo prowadziło się latający
statek. Boreasz Ósmy, prawdziwy stalowy potwór, sunął przez zimową noc
lekko i gładko jak przez satynową pościel. Tymian mógłby tak lecieć i lecieć aż po bramy świtu, o tej porze roku w Krainach Borealnych
otwierające się bardzo późno.
Niechętnie przekazał stery czarodziejce. Maja Ułuda będzie za nimi stała
do szóstej rano według czasu południka Tybil. Wachty po sześć godzin -
tak się umówili Tymian, Maja Ułuda i Naama Ponurakowa. Sześć godzin
sterowania, sześć godzin prac pokładowych i sześć godzin odpoczynku.
Trudno byłoby utrzymać pełną ośmiogodzinną koncentrację za sterami, a lecieli na północ, tam, gdzie dzień i noc oznaczają zupełnie co innego i nie sposób polegać na naturalnym rytmie światła i ciemności.
Roboty na Boreaszu nie brakowało, ale to była dobra praca, praca rąk.
Przez całe życie Tymiana trzymano z dala od podobnych zajęć. Miał
przecież zostać magiem, mistrzem Wysokiej Gnozy. No i ojciec wyśmiewał
go albo niecierpliwił się, kiedy mimo wszystko Tymian próbował imać się
jakichś domowych napraw albo pomagać szoferowi Józefowi przy automobilu.
Matka zaś przeczytała gdzieś, że fizyczna praca czyni myśl szorstką i mniej subtelną, a poza tym wikła człowieka w materię i sprawia, że umysł
nie może wznieść się w krainę wielkich abstrakcji, a to wszak rzecz
niezbędna dla prawdziwego maga.
W rezultacie Tymian nie potrafił nic. Nieustannie miał też wrażenie, że
jego ruchy są sztywne i drewniane. To częsta przypadłość dorastających
chłopców i młodych mężczyzn, ale nie było nikogo, kto mógłby to
Tymianowi powiedzieć, ani w domu, ani teraz. Maja Ułuda mimo swej
ogromnej życzliwości nie do końca rozumiała młode męskie dusze. Naama
traktowała go szorstko, a niekiedy zdawała się zupełnie nie dostrzegać.
No a profesor Kir Bojan był stary i chyba nie za bardzo pamiętał, jak to
jest mieć ciało młodego mężczyzny - tym bardziej że w ostatnim czasie
spędził kilka tygodni w ogóle poza jakimkolwiek ciałem.
Mimo wszystko z dnia na dzień Tymianowi coraz lepiej szło z robotą i nawet jego ruchy nabrały sprężystości dzięki nieustannemu balansowaniu
na pokładzie statku, szarpanego zmiennymi wiatrami. Znacznie lepiej
radził sobie za sterami i prędko opanował podstawy, choć Naama nie
pozwalała mu dotykać niektórych pokręteł i dźwigni, a wiele wskaźników i urządzeń pomiarowych nic Tymianowi nie mówiło. Po pracy zjadał ciepły
posiłek przygotowany przez profesora i zapadał w kamienny sen. Nie
przeszkadzał mu ani łoskot silnika i śmigieł, ani drgania kadłuba, choć
w rodzinnym domu przy ulicy Braci Zdrajców w Tybil nie mógł zasnąć,
kiedy zegar tykał zbyt głośno. W tym mechanicznym hałasie niekiedy
dochodziła go muzyka, dziwna i rozkołysana. Pewnie to Naama grała na
irlandzkim flecie w tych nielicznych chwilach, gdy jej ręce nie były
niczym zajęte.
Praca, sen i ten rodzaj przyjemności, jaki daje prowadzenie maszyny, a do tego zmęczenie, wyganiające z głowy wiele niepotrzebnych myśli - tak,
to były dobre dni. Nawet jeśli ich rytm nie odpowiadał dobowemu, to
przecież im dalej na północ, tym bardziej cykl natury staje się odmienny
od tego wyznaczanego przez zegary, a ciało jest mądre i łatwo się
przystosowuje.
Być może na tej drodze Tymian rzeczywiście nie mógłby zostać wielkim
magiem, lecz z pewnością mógł bardziej stać się Tymianem.
Zwolniony z posterunku przez Maję Ułudę, zszedł pod pokład. Zanim
jednak powlókł się na posiłek do mesy, a potem do swojej ciasnej kajuty
na zasłużony odpoczynek, miał jeszcze jedną rzecz do zrobienia na
podpokładzie.
Wsunął się do maszynowni, ostrożnie, zupełnie jakby wkraczał do chramu,
gdzie trwa złożony i tajemniczy rytuał, choć silniki hałasowały tak, że
w ich łoskocie utonąłby nawet tętent kopyt stada smrtów i nie miało
znaczenia, czy Tymian porusza się cicho, czy głośno, lecz było to
silniejsze od niego. Rozgrzany kocioł raz po raz buchał, trzaskał i plwał sadzą, a za kratką widać było buzujące płomienie. Wszędzie też
snuł się błękitnawy dym, dym pachnący mirrą i drzewem sandałowym. A w środku, w sercu ognia, nieporuszona, z zamkniętymi oczami i skrzyżowanymi nogami, siedziała Flora Axelrode.
Trwała tak od dnia ucieczki z Azylu - prawdę mówiąc, to dzięki niej ta
ucieczka w ogóle okazała się możliwa, to Flora niepojętym sposobem
wzniosła bowiem kolosalny statek w powietrze. I choć Tymian ledwo mógł
zbliżyć się do pieca i miał wrażenie, że żar zaraz spopieli mu płuca,
dziewczynie ogień nie wyrządzał najmniejszej szkody. Jedynie jej skóra
przybrała ciemną barwę, jak spalane drewno, ale mogło to być złudzenie,
bo środek wielkiej pożogi zawsze wydaje się czarny. Kot Flory,
Flammifer, opętany duchem salamandry, w ogóle znikł, i tylko czasem
udawało się wśród płomieni dostrzec jakiś zwierzęcy kształt.
Boreasz leciał bez przerwy już dwunastą dobę, nie schodząc do lądowania
nawet po to, by nabrać wody; czerpano ją z licznych jezior i szerokich
rzek na trasie, obniżając pułap lotu na tyle, by udało się napełnić
wiadra uczepione długich drągów. Mimo że lot trwał tak długo, nawet nie
tknięto zgromadzonych zapasów węgla i drewna. Cokolwiek spalało się w piecu, pochodziło wyłącznie od Flory i Flammifera.
Tymian lękał się tego.
- Wszystko z tobą w porządku? - pytał każdego dnia, może trochę głupio.
- Czy to cię boli? Czy robi ci jakąś krzywdę? Daj mi jakiś znak, żebym
wiedział, co z tobą. Proszę, Flora.
Nigdy nie otrzymywał odpowiedzi.
Mimo całej tej przedziwnej sytuacji dziewczyna nie wyglądała na
cierpiącą. Na jej ciemnej twarzy malował się obojętny spokój. Takie same
oblicza widział kiedyś w muzeum na ikonach jakichś teodulów i różnych
zapomnianych buddów: czarna skóra i dziwne oczy, albo szeroko otwarte i pałające ogniem, albo zamknięte i zapatrzone w jakieś wewnętrzne głębie.
W odczuciu Tymiana były to straszne twarze, i strasznie było widzieć
Florę odmienioną w podobny sposób. Ta Flora z maszynowni Boreasza była
mu zupełnie obca. Tak myślał.
A jednak była to przecież ta sama dziewczyna, która uratowała go z niewoli, a którą on sam niedługo później ocalił od śmierci, i której
nigdy nie pocałował, choć chciał i mógł. Musiała być ta sama, bo
przecież co miałoby się z nią stać?
- Co to znaczy "ta sama"? - odpowiedział pytaniem Kir Bojan, kiedy
Tymian zwierzył mu się później przy posiłku ze swych myśli. - Albo co to
znaczy "inna"?
- Profesorze, proszę. Bez takich pustych słownych żonglerek.
- Pobierałeś nauki u Ozyrysa Oświeconego von Loewensteina. Powinieneś
przywyknąć. Wysoka gnoza zasadza się na słowie, nieprawdaż?
- Pobrałem wystarczająco wiele nauk, dowodzących, że niczego nie da się
dowieść, i zdobyłem wiedzę o tym, że nic nie wiadomo. Rzeczywiście,
przywykłem, a nawet zdążyłem się tym znudzić. Ale pan, profesorze,
wykładał historię naturalną, gnozę o prawdziwych rzeczach w prawdziwym
świecie, więc pomyślałem, że może jednak udzieli mi pan prawdziwej
odpowiedzi. Przepraszam, że kłopotałem.
- Tymian, chłopie, nie bocz się na mnie. Jest nas garstka na tym
pokładzie, a już wieziemy ze sobą przynajmniej jeden zastarzały i zakrzepły konflikt. Tego nam jeszcze brakuje, byś dorzucał jakieś swoje
urazy z powodów niebędących prawdziwymi powodami.
- Przepraszam.
Tymian zabrał się do pałaszowania zalewajki z mąki, kminku i pietruszki,
do której profesor wrzucił był trochę smalcu i suszonego mięsa. Sycące
ciepło wypełniło żołądek chłopaka i świat stał się nieco lepszym
miejscem. Kir Bojan nalał sobie niewielką porcję do blaszanej miski i przez chwilę obaj jedli w milczeniu, przegryzając sucharami. Stary
profesor okazał się zaskakująco dobrym kukiem i z prostych składników
wyczarowywał przepyszne potrawy.
Kir Bojan, tak jak właściwie cała obecna załoga Boreasza, znalazł się na
pokładzie przypadkiem. Z racji wieku i sztywności ruchów rzadko
wychodził na pokład. Sam twierdził, że osiągnął wszystko, co warto w życiu osiągać, a tym, czego nie osiągnął, najwyraźniej nie było warto
zaprzątać sobie głowy. Z jakiejś przyczyny rządzące światem siły
utrzymywały go przy życiu znacznie dłużej, niż zdarza się to większości
ludzi. Wybrał tedy endurę - post i medytację, póki śmierć nie wyzwoli go
ze świata. Katowska kolegiata wydawała się odpowiednim miejscem, a wyglądająca na porzuconą dziwaczna maszyna w jej sercu - wręcz
najodpowiedniejszym. Cisza, bezruch i brak życia wokoło. Pustynia. Tak,
trudno wyobrazić sobie stosowniejsze miejsce do podjęcia endury. Kir
Bojan nie mógł wtedy przypuszczać, że katowski wynalazca, goblin Robur
Małodobry Diabeł, zainteresuje się na nowo swym dawnym projektem maszyny
latającej. Ani tego, że niebawem w cechu małodobrych dojdzie do
przewrotu, Azyl zaś ściągnie na siebie uwagę Urzędu Bezpieczeństwa, a nawet samego Cara albo kogoś bardzo do niego podobnego. Kolegiata
Dobrego Łotra z ukrytym w jej trzewiach Boreaszem Ósmym stały się na
chwilę sercem świata, a Kir Bojan wbrew swej woli został ściągnięty do
życia.
Teraz, w tym nowym i zasadniczo niezbyt chcianym życiu, zapatrzył się
gdzieś w dal ponad miską kminkowej zalewajki.
- Nie zrozum mnie źle - podjął, gdy Tymian niemal już zjadł. - Świat
przyrody, świat rzeczywisty, jak mógłbyś rzec, podlega ciągłemu
rozpadowi i zmianie. Po zbadaniu jest już więc zupełnie czymś innym. Co
zbadałem, tego już nie ma. Dlatego pytanie, co jest "inne", a co "takie
samo", nie jest pozbawione sensu. Ale nie na każde pytanie można w pełni
odpowiedzieć. Praktykowałem swoją gnozę tak długo, że dobrze znam jej
ograniczenia. A tam, patrząc w ogień, uświadomiłem je sobie jeszcze
dobitniej.
- Co pan tam wtedy zobaczył? - Tymian odważył się zadać inne pytanie,
które go bardzo nurtowało. Pytanie niebędące przecież bez związku z Florą.
Kir Bojan przełknął kilka łyżek zupy i chwilę obracał smażoną pietruszkę
w niemal bezzębnych ustach. Chłopak zwątpił już, czy otrzyma odpowiedź,
ale stary odezwał się wtedy:
- Na to nie ma odpowiednich słów. W ogóle nie ma żadnych słów, bo
cokolwiek widziałem, wymyka się mojej pamięci. Choć rozmyślam o tym
nieustannie, nie wiem, czy pamiętam go prawdziwie, czy raczej pamiętam
to, co sobie wyobraziłem. Przypomina to śnienie.
- Znaczy, pamięta to profesor tak, jak pamięta się sny?
Kir Bojan zapatrzył się w talerz, jakby chciał wyczytać z zupy nie
wiadomo jakie mądrości. Wreszcie powiedział:
- Nie. To teraz śnię. A tam, wtedy w ogniu, wydawało mi się, że się
budzę.
- I co? - Tymian w napięciu oczekiwał na dalszy ciąg.
- Chyba jednak nie chciało mi się wychodzić z łóżka.
Tymian wpatrywał się w starego profesora, ale ten tylko wzruszył
ramionami i uśmiechnął się przepraszająco. Chłopaka wytresowano w domu
na tyle dobrze, by nie okazywał rozczarowania, zwłaszcza osobom o jakiejś pozycji, cieszącym się szacunkiem. W głębi serca trochę jednak
żałował, że nie leci z nimi jakiś technomanta. Kir Bojan najwyraźniej
należał do tego rodzaju przyrodników, którzy gotowi są opowiadać
niestworzone historie z pogranicza gnostyckiej ortodoksji i zdecydowanie
spoza granic zdrowego rozsądku. Jak te, że materia świata złożona jest z ciał martwych gwiazd, a poza tym każda materia jest tak naprawdę
energią.
- Jak widzisz, mój drogi, nie odważyłem się przekroczyć granicy. Jestem
tu i żyję nadal - dodał uczony, widząc wzrok Tymiana.
- To chyba dobrze. Przynajmniej mamy na pokładzie przyzwoitego kucharza.
Strach pomyśleć, co by było, gdybym to ja musiał gotować. Albo magistra
Ułuda.
Profesor roześmiał się szczerze, spod samego serca. Tak, Tymian
wiedział, co komu powiedzieć. Była to jedna z niewielu umiejętności,
które posiadł, wiecznie balansując między niezadowolonym ojcem a nadopiekuńczą matką. Był w tym mistrzem.
- Maja zapewne dawno już zużyłaby całe zapasy makaronu, koncentratu
pomidorowego i ziół - rzekł starzec konspiracyjnym tonem. Nic więcej
jednak nie udało się Tymianowi z niego wyciągnąć.
A jednak Tymian sam przecież pamiętał, czego doświadczył, gdy na moment
zajrzał w oczy Kira Bojana, kiedy ten jeszcze trwał w transie endury
przed startem Boreasza. Ujrzał wtedy w tych oczach odbicie czegoś
obcego, jakiegoś innego ognia spoza świata. Wcale nie przypominało to
leniwego poranka w ciepłej pościeli.
- Czy Flora trwa w takim zawieszeniu? Między snem a przebudzeniem?
Kir Bojan pokręcił głową.
- Ona już dawno rozkopała pościel i ruszyła sprawdzić, co też szykuje
dla niej dzień. Ona i ogień są jednym.
- Ale Flora żyje. Nie umarła. Widziałem, jak oddycha!
- Niekiedy zdarza się, że ludzie wyruszają w podróż do krainy poza
życiem. Nie mówię wyłącznie o wielkich magach i mistrzach wysokiej
gnozy, jak Emanuel Swedenborg, który wędrował między światami, jakby
przechodził z pokoju do pokoju. Mówię też o tych, którzy ulegli
wypadkowi i zapadli w sen podobny do śmierci. Ponoć w krainach, nad
którymi przelatujemy, żyją wołwy, to jest wiedźmy, nieoświecone blaskiem
prawdziwej gnozy, które mogą wchodzić w taki stan na zawołanie,
odurzywszy się jakimiś mieszankami hub, muchomorów i ziół. Z takich
dziwnych podróży niewielu jednak wraca nieodmienionymi. Czasem stają się
jakby na nowo dziećmi.
- Co stanie się z Florą?
Kir Bojan tylko rozłożył szeroko ręce.
Wyglądało na to, że starzec nie ma już nic więcej do powiedzenia. Tymian
zabrał miskę z wodą i odrobinę mydła i powlókł się do swej kajuty.
Odpowiedzi Kira Bojana niewiele wyjaśniały, a poza tym, co było znacznie
gorsze, okazały się zupełnie inne, niż Tymian oczekiwał.
Kajuty, których było w sumie siedem, znajdowały się w dziobowej części
Boreasza, zaraz za mesą i kambuzem, na tyle daleko od maszynowni, na ile
się dało, choć drgania i tak niosły się po całym statku. Trzy mieściły
się przy sterburcie, trzy przy bakburcie, i jedna, kapitańska, na samym
przodzie. Wszystkie ciasne i krótkie. Najwidoczniej konstruktor machiny,
goblin Robur Małodobry Diabeł, dostosował je do swoich rozmiarów.
*Po dwunastu godzinach pracy Tymian nie zwracał już jednak uwagi na
klaustrofobiczne rozmiary pomieszczenia. I tym razem, jak po każdej
zmianie, opłukał się prędko wodą z odrobiną mydła, włożył czystą
bieliznę, brudną przeprał w mydlinach i rozwiesił na sznurku pod
hamakiem. Położył się i wsłuchując w skrzypienie drewnianego kadłuba i głuchy łomot silnika, poczuł, że prędko nie zaśnie. Tyle myśli kłębiło
mu się w głowie, tyle pytań bez prawdziwych odpowiedzi. Tak pomyślał i zasnął.
Zbudziło go skrzypnięcie drzwi kajuty. Gwałtownie otworzył oczy. Za
bulajem kłębił się szary przedświt. Z pewnością nie upłynęły jeszcze
przynależne mu godziny snu.
- Wstawaj prędko. Zbiera się na burzę - powiedziała Naama Małodobra
Ponurakowa.
- Burzę?
- Mówię przecież. Potrzebuję cię na pokładzie.
Rozdział II
W którym zaczyna sie burza, jaka widac, i druga, o której nikt jeszcze nie wie
- Ciśnienie spada. Minus trzy milibary z godziny na godzinę - rzekła
Maja Ułuda, stukając w barometr. - Dużo.
Naama przytaknęła bez słowa. Tymian przyjrzał się przedmiotom w sterówce: zegar wskazywał wpół do piątej, ciśnienie ledwo przekraczało
jeden bar, wilgotność i temperatura zaś panowały takie, że na samą myśl
robiło się jeszcze zimniej. A i tak już trząsł się, wybudzony o najpaskudniejszej godzinie przed świtem. W drodze z kajuty do sterówki
zdążył tylko wepchnąć w siebie kilka sucharów i przeżuwał je teraz
najszybciej jak się dało. Jeśli rzeczywiście zbierała się burza, wachty
zostaną rozregulowane i nie wiadomo, kiedy znajdzie się okazja, by coś
zjeść, a pracować o pustym żołądku jest bardzo źle. Teraz jednak trochę
żałował, bo od tego przeżuwania zrobił się tylko bardziej głodny.
- Steruj piętnaście stopni bardziej na zachód - zarządziła Naama.
- Nie więcej? W ten sposób nie zdołamy okrążyć chmury - odparła
czarodziejka.
- Unikniemy wiatru na bakburtę, gdy już zbliżymy się do czoła burzy. Na
razie ma dobry kierunek, pcha nas prędko do przodu. Niedługo znajdziemy
się ponad morzem. Uważaj na zmienne podmuchy.
- Tak jest, pani kapitan.
- Trzymaj stałą wysokość. Zmienię cię za godzinę. - Naama w żaden sposób
nie odpowiedziała na zaczepkę, a jej drobna twarz pozostała bez wyrazu.
Magistra niekiedy pozwalała sobie względem małodobrej na drobne
uszczypliwości, igiełki tak maleńkie, że wcale nie musiały być
igiełkami. Tymian jednak je zauważał, bo z własnego domu znał takie
igiełki aż za dobrze. A między obiema kobietami wisiała chmura wzajemnej
niechęci, i może dobrze się stało, że załoga Boreasza była zbyt mała i niedoświadczona, by mieć czas zajmować się czymś innym niż pracą.
Teraz jednak trzeba było zmierzyć się z inną chmurą. Nad północnym
horyzontem wyrastał ciemny wał o płaskim szczycie, czerń na tle
rzednącej ciemności nocy, raz po raz rozbłyskujący na żółto i zielonkawo. Ciągnął się z zachodu na wschód niczym więzienny mur
dzielący całą krainę na pół. Nie dało się określić, gdzie mógłby się
kończyć. Wydawał się znajdować bardzo blisko, niemal na wyciągnięcie
ręki, lecz Tymian zdążył się już przekonać, jak mylna może być ocena
odległości z pokładu latającego statku. W dole poniżej biel była spękana
i poznaczona ciemnymi żyłami. Zrozumiał, że to skute lodem morze.
- Chodź, chłopcze. Przygotuj dla wszystkich buty burzowe i maski
wysokościowe, a potem sprawdzimy, czy karabiny pracują jak należy.
- Karabiny? - zdziwiła się magistra.
- Mówię przecież.
- Myślisz, że burza się przestraszy, jeśli będziemy do niej strzelać?
Ale Naama zdążyła już opuścić sterówkę. Tymian bez gadania przygotował
wszystko, co mu nakazano: płaszcze przeciwdeszczowe, izolujące buty z gumy, dziwaczne maski z rurkami podłączonymi do butli ze sprężonym
powietrzem, stare, pochodzące zapewne jeszcze z doby aerostatów i innych
dawnych maszyn latających. Zajrzał też do Kira Bojana, ale Naama już
wcześniej poinformowała starca o burzy i poleciła mu nie wychodzić z kajuty.
Tymian robił to, co mu nakazano, ale i dbał o innych; jedno i drugie
dobrze mu wychodziło.
Gdy znalazł się znów na pokładzie, człapiąc niezgrabnie w ciężkich
buciorach, ściana chmur przybliżyła się znacznie. Okręt zadrżał i przechylił się od zmiennego porywu wiatru. Na pionowych śmigłach i zagięciach relingu błyskały wyładowania. Naama zdążyła już sprawdzić dwa
z trzech karabinów maszynowych, w które zbrojny był Boreasz. Otarła
czoło i spojrzała w niebo. Nie patrzyła jednak na północ, ku
napierającej chmurze, tylko w stronę, z której przybyli. Dopiero po
dłuższej chwili na szarzejącym niebie Tymian dostrzegł jakieś czarne
kołujące punkty. Kilka. Trudno powiedzieć ile. Blade światło było bardzo
zwodnicze, a chłopak nie miał sokolego wzroku.
- Co to? - spytał.
- Nie wiem. Pewnie ptaki. Nie widać zbyt dobrze. Schowajmy się lepiej.
Zaraz zaczną walić pioruny.
W kokpicie Naama przejęła stery od magistry. Zegar wskazywał kwadrans po
piątej, ciśnienie nadal spadało, a wiatromierze wariowały. Małodobra
skorygowała lot nieco bardziej na zachód, najwyraźniej próbując wymknąć
się burzy, a także zwiększając moc śmigieł wznoszących, aby wzlecieć
jeszcze wyżej. Chmura na północy nieubłaganie sunęła im na spotkanie,
górne warstwy znacznie ciemniejsze i przytłaczające, rozbłyskujące
wszystkimi kolorami benzyny.
Mimo izolowanych ścian i gumowych butów Tymian pilnował, by nie dotknąć
jakichkolwiek metalowych elementów. Powietrze aż trzaskało od wyładowań.
Boreasz Ósmy wzbił się na wysokość tysiąca ośmiuset sążni. Tymianowi na
chwilę zatkało uszy. Naama sterowała pewnie, korygując lot pod kątem
wiatru. Co jakiś czas zerkała przez prawe ramię, tam, gdzie nowy dzień
świtał nad pogrążoną w zimowym śnie krainą. Tymian domyślał się, czego
mogła wypatrywać. Szkoda, że Robur nie wyposażył Boreasza w żaden radar
czy inne urządzenie namierzające. Może zabrakło na to czasu, może
środków, a może genialny goblin sam nie do końca wierzył, że jego statek
wzniesie się w powietrze.
W dole, na wschodzie, las przerzedzał się i przechodził w poznaczoną
zaspami równinę, podobną z tej wysokości do niewyprasowanego obrusa. Na
skraju tej równiny, nad brzegiem pokrytego spękanym lodem morza, tkwiło
coś czarnego jak wielka hałda żużlu. Boreasz zmierzał wprost w jego
stronę.
- Na mapach nie ma tego miasta - zauważył Tymian.
- Jak wielu innych - dodała Maja Ułuda. - Najpewniej to jedno z zamkniętych.
Tymian pochylił się naprzód, by widzieć lepiej. A więc zawędrowali już
tak daleko na północ. Podróż trwałaby zapewne nieco krócej, lecz Naama
wybierała trasę nad puszczami i bagnami, tak daleko od ludzkich siedzib,
jak to tylko było możliwe; zatoczyli więc w ciągu dziesięciu dni wielki
łuk na wschód i pokonali blisko cztery tysiące mil. Rzecz jasna mijali
po drodze takie czy inne skupisko budynków i to, które teraz leżało
przed nimi, bardzo je wszystkie przypominało: wzniesione pośrodku pustki
kwadratowe bloki i plujące dymem fabryki. Prócz tego jednak dało się
zauważyć niepokojące czarne wieże i czarne kopuły; przypominało przez to
arktyczną i bardziej złowrogą wersję Tybil. A skoro było to miasto
zamknięte, produkowano w nim zapewne coś, co Urząd Bezpieczeństwa wolał
trzymać z dala od ludzkich oczu.
Może wytwarzano tam nowych ludzi.
- Ominiemy je - poinformowała Naama krótko.
- Trzeba będzie zrobić duży łuk na południe - stwierdziła
czarodziejka. - Sądzisz, że zdążymy przed burzą?
Nie doczekała się odpowiedzi. Naama z całej siły skręciła ster w prawo.
Na północ, nad morze. Prosto w paszczę burzy.
- Co ty wyprawiasz?! Rozum ci odjęło? - wykrzyknęła Maja Ułuda, łapiąc
się uchwytów przy ścianie, gdy podłoga niespodziewanie przechyliła się
pod dużym kątem.
- Zamilknij. Dostrzegli nas.
- Kto taki?
- Może tylko ptaki. Nie rozpraszaj mnie. Spróbujemy zniknąć na tle
chmury. Nie ośmielą się w nią wlecieć.
- O kim ty mówisz, na wszystkie moce?
- O nich. - Tymian wskazał dwa stada ciemnych punktów w oddali. Z pewnością nie były to żadne ptaki. Jedna grupa w karnej formacji
podążała za nimi od jakiegoś czasu. Druga właśnie wzlatywała z miasta
położonego przed nimi, wznosząc się szerokim kominem, niczym bociany
przed odlotem do ciepłych krajów. Tymianowi od razu przypomniały się
dziwaczne owadzie konstrukty, z którymi miał do czynienia w Azylu, a które bezpieka z jakiejś przyczyny uważała za ludzi.
- Mam ich zlikwidować? - zapytała magistra.
- Zostań w sterówce. Oszczędzaj siły i nie narażaj się bez potrzeby.
Jakby na potwierdzenie słów Naamy, z chmury wystrzeliła błyskawica i trafiła Boreasza z hukiem zagłuszającym nawet pracę silnika. Oślepiający
blask zalał kabinę, statek zakręcił się w poziomie, a Tymianem rzuciło
na ścianę. Zaraz potem porywisty wiatr uderzył z tej samej strony,
statkiem zakręciło jeszcze mocniej i chłopak zupełnie stracił orientację
gdzie góra, gdzie dół. Dyndająca na szyi maska z rurkami przygrzmociła
mu w zęby. Maja Ułuda też musiała na coś wpaść, bo broczyła krwią z nosa. Tylko Naama jakimś cudem wciąż trzymała się steru. I najwyraźniej
nadal zamierzała kierować się w środek burzy.
- To obłęd! Wracajmy! - zawołała magistra.
- Drugi raz mnie nie zaskoczy. Żyjesz, chłopcze?
- Jeszcze żyję. Dobrze, że nie brałem sobie do serca pani uwag o świadomości własnego ciała. Wtedy, na zajęciach. Teraz miałbym większą
świadomość, jak wszystko mnie boli.
Naama parsknęła krótkim śmiechem. Chyba po raz pierwszy Tymian słyszał,
żeby się śmiała.
- Nie gadaj tyle, bo następnym razem odgryziesz sobie język. Nawet ty
będziesz miał wtedy świadomość jego braku. No, już. Miejcie oboje maski
w pogotowiu. Zaraz wbijamy na dwa tysiące sążni.
Tymian rozejrzał się. W sterówce panował pewien nieład, ale na szczęście
większość sprzętów przymocowana była do ścian, do pulpitu albo
przykręcona do podłogi. Za oknem pomroczniało, a wiatr co rusz ciskał
strugami wody i firanami drobniutkich kryształów lodu.
- Mam nadzieję, że nic się nie stało profesorowi. - Maja Ułuda poszukała
niezakrwawionego miejsca na chusteczce i przyłożyła ją znowu pod nos.
Małodobra zacisnęła usta, jak zawsze, gdy magistra wspominała o Kirze
Bojanie. Może miało to wiele wspólnego z tym, co wydarzyło się podczas
ucieczki z oblężonej Kolegiaty Dobrego Łotra w Azylu - i tym, co się nie
wydarzyło, choć mogło, kiedy Naama podniosła rękę na pogrążonego w transie starca.
- Jeśli rozlała mu się herbata, to wolę zostać na deszczu i zimnie, niż
pchać mu się w oczy. - Tymian spróbował rozładować atmosferę i całkiem
możliwe, że mu się udało.
- Oby tylko miał na tyle rozumu, by użyć maski - stwierdziła Naama. -
Bo najwyższa na to pora. Dwa tysiące sążni.
Wszyscy troje więc je założyli. Tymian zapiął swoją dość luźno, bo miał
wrażenie, że w masce dusi się bardziej niż bez niej, choć rzecz jasna
nie odważyłby się tego powiedzieć Naamie. Altymetr wskazywał, że statek
wznosi się nieustannie, lecz za oknem brakowało jakichkolwiek punktów
odniesienia i zmysł orientacji Tymiana zupełnie zgłupiał. Wydawało się,
że Boreasz zastygł w miejscu jak zawisak nad kielichem maciejki.
- Są tuż za nami - rzekła Naama, nie oglądając się. Tymian zerknął za
siebie. Nie zobaczył niczego, lecz Naama była przecież małodobrą i zapewne potrafiła dostrzec więcej niż on. - Kir Bojan będzie musiał
zaparzyć sobie nową herbatę. Cała wstecz.
Naama pstryknęła kilkoma przełącznikami, przeciągnęła długą wajchę na
suwnicy po lewej stronie i skręciła dość mocno. Boreaszem szarpnęło tak,
że Tymian znów o mało nie wylądował na przedniej szybie. Okręt zmienił
kurs i przechył. Konstrukty lecące na przedzie formacji, które nie
zdołały w porę wyhamować albo skręcić, zostały natychmiast przemielone
przez wielkie śmigło na rufie i mniejsze śmigła wznoszące; odnóża,
kawały chitynowych pancerzy i jakieś miękkie tkanki rozrzuciło we
wszystkie strony. Jeden z tworów niezgrabnie przekoziołkował po
pokładzie, pozostałe rozpierzchły się, zdezorientowane, i znikły
Tymianowi z pola widzenia. Wątpliwe było jednak, aby odpuściły.
- Lećmy szybciej, zaraz pewnie wrócą! - Tymian usiłował przekrzyczeć
hałas.
- Nie damy rady. Statek leci z pełną mocą. Nie wyciągnie ani węzła
więcej.
Małodobra miała rację. Boreasz trzeszczał, dygotał i jęczał jak w wielkiej boleści, i zdawało się, że kadłub zaraz pęknie niczym mieszek
bukowego orzecha. A konstrukty to pojawiały się, to znikały z pola
widzenia. Miotał nimi wiatr. Jeden na oczach Tymiana został porażony
wyładowaniem atmosferycznym albo po prostu coś się w nim zepsuło, bo
zleciał nagle ciasnym korkociągiem. Małodobra wróciła na poprzedni kurs,
a maszyna znów zawyła i zadrżała, lecz ruszyła posłusznie naprzód. Stało
się jednak jasne, że ścigające ich stwory nie odpuszczą.
- Ty sterujesz, magistro. Gdyby mnie coś spotkało, to ty dowodzisz. -
Naama poklepała czarodziejkę po ramieniu. - Lećcie nad Wielkie Jezioro
Trum, znajdą was tam wcześniej czy później.
- Ale co ty zamierzasz...
Lecz Naamy już nie było. Wyszła na pokład, śliski, rozchybotany i kołyszący się niemal dwie mile nad ziemią.
- To obłęd. Jedna błyskawica i jej nie ma! - zawołała Maja Ułuda, ale
ujęła stery, jak jej nakazała Naama.
Tymian wiedział, że niektórzy kaci potrafią dokonywać niezwykłych
rzeczy. Byli w cechu mistrzowie oręża i tacy, dla których ich własne
ciało samo w sobie stanowiło potężną broń. Naama, choć zręczna i pewna w ruchach, nie była jednak jedną z nich. I Tymian wiedział, że szanse na
powstrzymanie owadzich konstruktów są nikłe, nawet gdyby mogła swobodnie
obsługiwać któryś z karabinów maszynowych na pokładzie statku. Ale broń
była mokra, metalowa, a oni wlecieli w burzową chmurę.
I wtedy do głowy przyszedł mu równie desperacki pomysł, innego jednak
nie miał.
Wypadł na pokład w ślad za Naamą. Maja Ułuda coś tam za nim krzyczała,
ale nie dbał o to. Ze sterówki do luku było raptem kilka kroków, pokład
lśnił od marznącej wilgoci i w dodatku przechylał się na sterburtę. Na
wypadek takich okoliczności przy podłodze zamontowano klamry i sznury,
które na co dzień doprowadzały Tymiana do szału, bo ciągle się o nie
potykał - teraz jednak je błogosławił, choć i one z wolna obrastały
lodem. Pełzł wolno jak ślimak. W świetle błyskawicy dojrzał pierwsze
potwory, podobne trochę do chrząszczy, a trochę do ludzi, przysiadłe na
relingach i poruszające wolno czułkami. Ich oblicza były jednak ludzkie,
choć nieruchome i martwe. Naamy nigdzie nie widział, za to tamci
najwyraźniej dostrzegli jego. Jeden natychmiast rozchylił chitynowe
płaty pancerza i rozłożył skrzydła.
A potem błyskawica zgasła i zapadła zupełna ciemność, a statek
przechylił się jeszcze mocniej. Ale Tymian pełzł wciąż naprzód. Jeszcze
parę łokci, jeszcze tylko ominąć karabin na śródokręciu i za chwilę
znajdzie właz.
I wtedy twarde odnóża pochwyciły go w pasie. Wrzasnął przeraźliwie, lecz
nie puścił liny. A konstrukt ciągnął, wbijając zagięte pazury coraz
mocniej i mocniej. Tymian był przekonany, że przez rozdarty kombinezon
werżnął mu się głęboko w ciało.
Niespodziewanie uchwyt zwiotczał. Tymian ze wstrętem odrzucił precz
odnóża, jakimś cudem oddzielone nagle od reszty ciała stwora.
- Tymian, ty skończony idioto! Wracaj natychmiast do kokpitu!
W blasku kolejnej błyskawicy Naama Ponurakowa w masce z rurkami
wyglądała strasznie, jak słoniowa bożyca z głębin azjatyckiego
interioru. Niepojętym sposobem utrzymywała się na śliskim pokładzie w pozycji stojącej, uginając kolana jak do skoku. Na ostrzu jej noża coś
błysnęło, jak iskra zimnego ognia. Konstrukt, pozbawiony większości
odnóży, turlał się bezradnie po pokładzie.
Ale potem światło zgasło, więc Tymian czym prędzej przeczołgał się do
włazu, zanim Naama zdążyła zareagować. Po stromych schodach bardziej
zleciał, niż zbiegł prosto pod drzwi maszynowni. Poobijany, łapiąc z trudem oddech, Tymian wtoczył się do środka. Niecierpliwym ruchem zdarł
z głowy przekrzywioną pod dziwnym kątem maskę.
Dopadł do pieca.
- Flora - wychrypiał. - Proszę. Potrzebujemy cię. Ja cię potrzebuję.
Jesteśmy w burzowej chmurze i dopadły nas te chrabąszcze, to, co w Azylu, pamiętasz. Naama walczy z nimi na pokładzie, ale ich jest więcej.
Podobno nie możemy lecieć szybciej, podobno to pełna prędkość... Ale wiem,
że mogłabyś zrobić coś jeszcze.
Piromantka trwała nieporuszona, nieobecna. Nic nie wskazywało na to, by
miała słyszeć Tymiana. Chłopak osunął się na kolana. Bijący z pieca żar
owiewał mu twarz, każdy płytki oddech palił między żebrami, a przed
oczami latały mroczki.
- Proszę, usłysz mnie. Zginiemy tu wszyscy.
Nic, zupełnie nic. Tymian przestawał widzieć cokolwiek poza buzującymi
płomieniami. Przybierały one przedziwne kształty, niebiańskie i piekielne, a niekiedy kocie. A Flora tkwiła w tym wszystkim, czarna i zachwycająco piękna, piękna aż do bólu. Tymian pozwolił więc, by go
ogarnął ten zachwyt. Burza, ucieczka, wszystko zgasło.
I wtedy Flora Axelrode otworzyła oczy i uśmiechnęła się do niego.
Tymiana pochłonął ogień.
Rozdział III
W którym wieje pustynny wiatr
- Budzi się?
- Leż, chłopcze, leż.
Tymian otworzył oczy i natychmiast pojął, że budzić się było złym
pomysłem. Ból rozsadzał mu głowę i płuca, a obraz przed oczami kręcił
się i tańczył. Było gorzej niż po tej zielonej wódce, którą dawno temu
Nemezis przyniosła z meliny któregoś swojego chłopaka.
Żałował, że nie umarł, bo według wielu mistrzów gnozy na takich
nieoświeconych jak Tymian czekał po śmierci wyłącznie niebyt. W niebycie
na pewno tak bardzo nie łupie łeb i nie chce się rzygać.
Gdy wirowanie nieco spowolniło, pojął, że znajduje się na stole w mesie,
a przy nim są Maja Ułuda i Kir Bojan. Czuł wyraźne turkotanie silnika, a przez bulaje po obu stronach wlewało się jasne światło. A zatem nadal
lecieli i był dzień. Burza albo minęła, albo Boreaszowi udało się
przebić na drugą stronę chmury. Czy konstrukty uciekły, czy zginęły, nie
wiedział.
- Żyję - stęknął chłopak.
- Żyjesz - przytaknął profesor.
- Tego się obawiałem.
Kir Bojan roześmiał się cichutko.
- Zaiste, całkiem niezły z ciebie materiał na adepta wysokiej gnozy.
Prawda, Maju?
Ale czarodziejka tylko zwróciła się do Tymiana z pochmurnym czołem:
- Co cię napadło, by zdejmować maskę powietrzną? Byliśmy prawie trzy
tysiące sążni nad poziomem morza!
- Gniotło mnie pod brodą.
- Gniotło cię pod brodą!
- Daj mu spokój, Maju. Najważniejsze, że wszystko dobrze się skończyło.
Za kilka godzin wróci do siebie.
Tymian przymknął oczy, spodziewając się reprymendy połączonej z jakimś
nauczycielskim wykładem, na przykład o tym, że na dużych wysokościach
niewidzialne duchy, zwane sylfami, przenoszące ogień życia, spotyka się
nieporównanie rzadziej niż na poziomie morza, dlatego w podróż
powietrzną zabiera się sprężone powietrze z nizin w specjalnych butlach.
Między innymi ta właśnie niewygoda zdecydowała o niemal całkowitym
zarzuceniu transportu powietrznego na rzecz drahów. Ale żaden taki
wykład nie nastąpił, choć Mai Ułudzie już drżały kąciki ust.
- Wylecieliśmy z burzy, prawda? - zapytał, zanim magistra zdążyła się
jednak zastanowić.
- Trudno powiedzieć, co tak naprawdę się wydarzyło - w głosie
czarodziejki zabrzmiało wahanie. - Stałam za sterami i wtedy dogoniły
nas te stworzenia, ci przemienieni przez bezpiekę nieszczęśni ludzie,
jak mi się wydaje. Kilku nawet wylądowało na pokładzie. A jednak po
czasie ścigający jakby opadli z sił. Może tak samo nie mogli już
oddychać i słabli. Tak sądzę. Tych kilku, którym udało się nas dopaść,
zgładziła Naama. Kiedy spojrzałam na altymetr, pojęłam, że jesteśmy
znacznie wyżej, niż mi się wydawało. Najpewniej trafiliśmy na jakiś
wstępujący prąd powietrzny, bo takie podobno tworzą się czasem podczas
burzy. Wkrótce po tym Naama zeszła pod pokład i zastała Kira Bojana,
klęczącego przy tobie w maszynowni.
- Miałem zamiar wyjść do was i domagać się wyjaśnień, co tam właściwie
wyprawiacie. Przez te wasze napowietrzne manewry rozlała mi się herbata.
- Zawdzięczasz profesorowi życie. Dobrze, że chociaż on pomyślał o prawidłowym zamocowaniu maski. Najwyraźniej nie gniotła go pod brodą.
- I to dwa razy się rozlała. A to taki porządny wędzony czaj był.
Wymiana zdań czarodziejki i profesora najwyraźniej bawiła ich oboje
bardziej niż Tymiana, który nagle poczuł się bardzo znużony całym tym
gadaniem, więc wtrącił:
- Co z Florą? Widziałem, jak otworzyła oczy.
Maja Ułuda i Kir Bojan popatrzyli po sobie.
- Mogło ci się wydawać. Niedotlenienie...
- Nic mi się nie wydawało. Widziałem co widziałem. Uśmiechała się do
mnie i jakimś sposobem zwiększyła szybkość maszyny. To dzięki niej
wyszliśmy cało z burzy i umknęliśmy tym... rzeczom.
Kir Bojan odchrząknął.
- Nie jest to zupełnie nieprawdopodobne. Wydaje się, że z Florą wszystko
jest w porządku. To znaczy, tak jak wcześniej.
- Muszę ją zobaczyć.
Nie zważając na protesty Kira Bojana i Mai Ułudy, Tymian zszedł ze stołu
i chwiejnym krokiem udał się ku maszynowni. W głowie wciąż mu się
kręciło, a podłoga zdawała się kołysać, jakby Boreasz płynął przez
wzburzone morze.
Flora była tam gdzie zwykle. Długo przypatrywał jej się przez kratę
pieca, aż gorąco stało się nie do zniesienia. Niby wszystko wydawało się
w porządku, Tymian czuł jednak dobrze, że coś się zmieniło.
Czarna twarz dziewczyny wydawała się spięta. Jak wtedy, gdy uważny
dentysta wierci w zębie, ale jeszcze nie sięga tkliwej miazgi. Nie ból,
lecz zwiastun bólu.
Nikt inny nie dostrzegł tej zmiany. Kir Bojan delikatnie zaprowadził
chłopaka z powrotem do mesy, nakazał zjeść coś lekkiego, a potem położyć
się w kajucie na kilka godzin, aby móc potem na nowo objąć swoją wachtę.
Teraz bowiem Maja Ułuda i Naama musiały wykonywać również jego
obowiązki, a także nowe, których przybyło w ciągu ostatnich godzin. Lód
zaczął bowiem pokrywać całego Boreasza twardą skorupą i trzeba go było
nieustannie skuwać, co okazało się daremną, wyczerpującą dla dwóch
kobiet pracą.
Kiedy Tymian wreszcie się zbudził, nadal bolało go między żebrami.
Księżyc świecił jasno, trwały bowiem te dni, kiedy nie zachodził ani na
chwilę. Burzowe chmury rozproszyły się. Od powiewów arktycznego
północnego wiatru zamarzała wilgoć na wszystkich powierzchniach
Boreasza. Tymian prędko poszedł zmienić Maję Ułudę u sterów.
- Gdybyś potrzebował pomocy, gorzej się poczuł albo chciał skrócić
wartę, pamiętaj o dzwonku alarmowym. Naama przyjdzie cię zmienić.
Napędziłeś nam wszystkim wielkiego strachu.
- Mielibyście dwie lewe ręce mniej na pokładzie.
- Naama ci tak powiedziała?
- Tak by powiedział mój ojciec. Choć mistrzyni Naama również ma pewne
powody, by myśleć o mnie jak najgorzej.
- A czy Tymian Drakow również ma powody, by myśleć o sobie jak
najgorzej? Ten Tymian, który uratował Florę przed ubecją i na własnych
rękach przyniósł ją do Azylu?
Tymian wzruszył ramionami i mruknął:
- A wcześniej ten Tymian oszukiwał przyjaciół i dawał im złudne
nadzieje, przez które zginęły Elza i Nemezis, a Sofja Kluk wylądowała w łagrze. Nie mówiąc już o tym, że ten Tymian przez własną głupotę wywołał
rewolucję goblinów.
- Najwyraźniej ten sam. Krótka lista, choć bogata i obfitująca w szczegóły, o których mi nie wiadomo. Mogłabym ci przedstawić listę
własnych przewin i zapewniam cię, że byłaby znacznie dłuższa. Naama też
by mogła, o czym wiem jak nikt inny. A może nawet Kir Bojan, któż to
wie. Ale wydaje mi się, że Tymian, który ratuje swoją przyjaciółkę,
bardziej przypomina tego, który tu przede mną stoi.
Chłopak nic nie odpowiedział, choć zrobiło mu się nieco lżej. Poczuł, że
się czerwieni, i mimo wszystko doznał ulgi, gdy magistra sobie poszła,
by rozkuć lód na pokładzie. Miał już dosyć rozpamiętywania, co zrobił
źle i co przypadkiem zrobił dobrze.
Został sam, prowadząc Boreasza przez noc. Lecieli teraz nad morzem i nigdzie nie było widać świateł miast, ukrytych czy jawnych, z których
mógłby wylecieć rój skrzydlatych ludzi nie ludzi. Wokoło nic, tylko
bezpieczna pustka. Ciśnienie było niskie, północny wiatr przybierał na
sile i dął prosto w dziób statku, chłopak miał więc wrażenie, że Boreasz
brnie w głębokiej wodzie. Mimo wszystko prowadził statek przyjętym
wcześniej kursem, nie zbaczając nawet o pięć stopni w żadną stronę, by
nie narazić go na boczne porywy.
Panował spokój, lecz Tymian czuł ciągle napięcie w karku. Jakby usiłował
zasnąć w pokoju, w którym lata komar. Księżyc siał blaskiem po lodzie, a cała kraina skrzyła się od mrozu. Było wyraźnie widać, dokąd zmierzają:
dziób statku wskazywał góry na przeciwnym brzegu, ostre i zębate, jak
wycięte z papieru. Nemezis, studiująca na Wydziale Sztuk Wyzwolonych,
stwierdziłaby zapewne, że zalane księżycowym światłem góry to straszny
kicz.
Statek leciał wolniej i jakby z większym trudem niż przedtem.
Prawdopodobnie było to spowodowane nieustannym gromadzeniem się lodu. Z trudno dostępnych miejsc po spodniej stronie kadłuba nie dało się go
jednak usunąć wcale i Boreasz Ósmy nabierał wagi. Nikt jednak nie mógł
teraz tam zajrzeć, by stwierdzić, jak bardzo sprawa jest poważna. Gdyby
mogli popatrzeć na statek z boku, ujrzeliby pod jego brzuchem wielkie
czarne sople.
Nagle Boreaszem szarpnęło, a dysze na rufie plunęły czarnym dymem. A potem jeszcze jedno szarpnięcie - i znów dym jak smoła. Wyglądało tak,
jakby statek został trafiony jakimś pociskiem, bo do tej pory niemal nie
wydzielał dymu; ogień, którym płonęła Flora Axelrode, czymkolwiek był,
spalał się czysto.
Potencjometry zaczęły wariować, statek gwałtownie tracił moc i działo
się to z sekundy na sekundę. Boreasz kaszlał raz po raz.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki