Agentka RD95 melduje się! - Daria Babś

Kup ebooka

35.00 zł
28.01 zł (27,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis treści

CZĘŚĆ I

Rozdział pierwszy. Znów to samo

Rozdział drugi. Zero zabezpieczeń

Rozdział trzeci. Bo Robi jest ta zła

Rozdział czwarty. Załamka

Rozdział piąty. KOD Czerwony

Rozdział szósty. Polscy Agenci Specjalni

Rozdział siódmy. Zdekonspirowana

Rozdział ósmy. Zły moment

Rozdział dziewiąty. Twierdza zaprasza

Rozdział dziesiąty. Przygoda z górnej półki

Rozdział jedenasty. Damon, Descante i spore kłopoty

Rozdział dwunasty. Odsunięci

Rozdział trzynasty. Puff

Rozdział czternasty. Witamy w piekle

Rozdział piętnasty. "Piekiełko"

Rozdział szesnasty. Akcja w pędzie

Rozdział siedemnasty. Déja vu

Rozdział osiemnasty. Lekcja historii

Rozdział dziewiętnasty. Wielka gala

 

CZĘŚĆ II

Rozdział pierwszy. To zaszczyt, poruczniku!

Rozdział drugi. Powrót do rutyny

Rozdział trzeci. Powtórka z gimnazjum

Rozdział czwarty. ...

Rozdział piąty. Kakao

Rozdział szósty. Osaczona

Rozdział siódmy. X Zakopane

Rozdział ósmy. Tabun... problemów

Rozdział dziewiąty. Pułapka

Rozdział dziesiąty. Lodowata woda

Rozdział jedenasty. Krytyczny błąd

Rozdział dwunasty. Bratobójczy ogień

Rozdział trzynasty. Powrót do rutyny

Rozdział czternasty. Gryzoń z Jastrzębiami

Rozdział piętnasty. Nikola Harrier

Rozdział szesnasty. Jak agent w wodzie

Rozdział siedemnasty. Pospolite ruszenie

Rozdział osiemnasty. Przygarnijcie rekruta

Rozdział dziewiętnasty. Tajemniczy komandosi

Rozdział dwudziesty. Łaciate jest piękne

 

CZĘŚĆ III

Rozdział pierwszy. Rekruci

Rozdział drugi. Irbisy

Rozdział trzeci. Spitfire wiele tłumaczy

Rozdział czwarty. Każdy PAS to as

Rozdział piąty. Poczuj w sobie siłę Irbisa

Rozdział szósty. "Sielanka"

Rozdział siódmy. Szkoła przetrwania i marchewki

Rozdział ósmy. Mżawka, cel, pal!

Rozdział dziewiąty. Spitfire & F-16

Rozdział dziesiąty. Jaszczurki

Rozdział jedenasty. Wojsko vs PAS

Rozdział dwunasty. Dzień wolny

Rozdział trzynasty. Spotkanie nocne

Rozdział czternasty. Dzień próby

Rozdział piętnasty. Nowa Ziemia

Rozdział szesnasty. Polarne piekło

Rozdział siedemnasty. Irbisy, Spitfire i o jeden strzał za dużo

Rozdział osiemnasty. Flaki... z olejem!

Rozdział dziewiętnasty. Jeszcze dzień

Rozdział dwudziesty. Otępienie i zwątpienie

Rozdział dwudziesty pierwszy. Księżniczka i potwór

Rozdział dwudziesty drugi. Pilot Spitfire

Rozdział dwudziesty trzeci. Rutynowy lot

Rozdział dwudziesty czwarty. Trochę inny domek

Rozdział pierwszyZnów to samo

Stary, ciemny dom. Zapach pleśni, brudnych skarpetek i stęchlizny. Stare, wypłowiałe żółte tapety odpadające od krzywych ścian. Papiery leżące na podłodze, resztki jedzenia pochłonięte przez różnego rodzaju grzyby.

Robi ostrożnie stawiała każdy krok, uważając, by nie skręcić kostki na powyginanych deskach lub nie poślizgnąć się na pozostałościach kanapki. Podłoga trzeszczała z każdym jej ruchem.

– Gdzie ja, do licha, jestem... – powtarzała cały czas pod nosem, rozglądając się dookoła.

Pod ścianami stały ogromne, stare kartony wypchane po brzegi brudnymi szmatami.

Gdzieś na górze usłyszała głosy. Podniosła głowę, ale nic tam nie było. Zobaczyła tylko krzywe deski i farbę odpadającą z sufitu. Postanowiła iść dalej. Weszła do kolejnego pomieszczenia. Na środku pokoju stał stół przeżarty przez korniki, a nad nim wisiała zabytkowa lampa opleciona pajęczynami.

W rogu, na suficie Robi dostrzegła wejście prowadzące na strych. Podeszła tam i wdrapała się na zakurzoną komodę. Powoli otworzyła klapę i na rękach podciągnęła się do góry.

Tu, gdzie się teraz znalazła, warstwa pyłu i brudu była jeszcze grubsza. Koło jej stopy przebiegł ogromny karaluch. Skrzywiła się z obrzydzenia i poszła dalej.

Nagle na końcu poddasza dostrzegła jakiś ruch. Cicho na palcach zakradła się bliżej, uważając, by nie stanąć na ruchomą deskę, która mogłaby zdradzić jej obecność. Schowała się za kartonem. Zauważyła dwóch mężczyzn.

Jeden z nich siedział oparty o ścianę, ledwo trzymając się pionu. Miał na sobie brudną, poszarpaną, białą koszulę ze śladami krwi i czarne spodnie. Twarz miał spoconą, z licznymi zadrapaniami i podbitym okiem. Drugi wyglądał zdecydowanie lepiej. Skórzana kurtka, eleganckie buty i spodnie wyprasowane na kant. Blond włosy zaczesane do tyłu, ociekające żelem.

Blondyn wycelował do tego siedzącego z pistoletu. Robi z przerażenia cofnęła się nieuważnie. Podłoga zatrzeszczała. Obaj mężczyźni odwrócili się w jej stronę. Ktoś zawołał ją po imieniu, a ten uzbrojony wziął ją na muszkę.

Nagle poczuła coś mokrego na twarzy. Nie wiedziała, co się dzieje. Uciekła do klapy, ale po chwili znów coś mokrego musnęło jej policzek.

Otworzyła oczy. Było jej duszno i miała zadyszkę, jakby przebiegła całą Polskę dookoła. Nie wiedziała, co to było ani co się stało. Wiedziała tylko, że coś zmoczyło jej twarz i nadal to robi.

– Reks! – wrzasnęła. – Ile razy mam ci powtarzać? Nie liżesz mnie, jak śpię! – Zepchnęła dużego owczarka niemieckiego z łóżka.

Pies skulił się i zapiszczał, a potem nagle rozluźnił się, wstał i zamerdał ogonem. Zaszczekał wesoło.

– Wiesz, że nie potrafię się na ciebie długo gniewać, prawda? Piesiu ty mój – zaśmiała się, głaszcząc zwierzaka po głowie.

Siadła na brzegu łóżka i zerknęła na lustro, które wisiało na drzwiach ogromnej szafy. Na swój widok zrezygnowana odwróciła wzrok.

Potargane brązowo-rude włosy sterczały na wszystkie strony, a zaspane ciemnozielone oczy same zamykały się do snu.

– Robi! Ileż można wstawać z łóżka?! – zawołał Darek z kuchni.

Robi przewróciła oczami i ukryła twarz w dłoniach. Reks szczeknął znacząco.

– No dobra, wstaję – szepnęła do psa, po czym zawołała: – Ileż można budzić jedną nastolatkę?!

Założyła puchate kapcie w kształcie owieczek i wstała z łóżka. Powoli zeszła po schodach i przechodząc przez przedpokój, doszła do kuchni.

– Znowu grzanki? – zapytała znudzonym głosem, siadając przy stole. – Jak zwykle widać twój talent kulinarny – mruknęła, podnosząc zwęglone resztki kromki chleba.

– Robi, to nie moja wina, że twoja mama umiała lepiej gotować. Staram się, jak mogę.

– Wiem, wiem. Doceniam starania.

– Miło z twojej strony. Smacznego – zaśmiał się Darek, targając Robi grzywkę.

– Mimo starań i chęci... Chyba zjem coś na mieście – mruknęła, podsuwając swoje śniadanie Reksowi, który nawet nie drgnął, by je zjeść.

Pies prychnął tylko i odsunął się kilka kroków w tył.

– Znów? – zapytał niezadowolony Darek. – Nie możesz jeść czegoś normalnego? Zdrowego?

– Najpierw chyba muszę mieć coś normalnego i zdrowego do jedzenia – wymamrotała pod nosem.

– Coś mówiłaś?

– Nie, nie. Nic. Tato... Nie narzekam, ale...

– Faktycznie, nie narzekasz – wtrącił ironicznie Darek.

– Ale mamy takie możliwości. Moglibyśmy jeść, co chcemy i gdzie chcemy. Nie możemy z tego skorzystać?

– Nie można tak nadużywać przywilejów. To ma być na wypadek klęski.

– Te spalone resztki chleba to właśnie klęska! – zaszlochała Robi, patrząc na swój talerz.

– Idź do szkoły, rób to, co do ciebie należy. Pamiętasz, jakie masz zadanie?

– Mam już prawie szesnaście lat. Wiem, co mam robić. Pilnować celu.

– Dokładnie. Masz kasę na jedzenie – mruknął Darek, kładąc przed Robi pieniądze. – Chyba nie zmuszę cię do zjedzenia grzanek.

– Dzięki – odpowiedziała z uśmiechem. – Jak widać, sam rozumiesz moją niechęć do śniadania... Reks! Za mną.

Pies wstał leniwie i popatrzył na stół. Prychnął na grzanki i pobiegł za swoją właścicielką.

Wyszli na dwór. Promienie letniego słońca przeświecały przez liście brzóz, które rosły w ogrodzie. Równo przystrzyżony trawnik porośnięty był kwiatami. Robi szła ścieżką w stronę furki. Reks truchtał tuż za nią.

Wyszli na drogę prowadzącą do ulicy. To był kolejny upalny dzień. Na przedmieściach Wrocławia wszyscy szykowali się do pracy. Zaganiani ludzie rozmawiali przez komórki, a matki popędzały swoje dzieci, by wsiadały do samochodu, którym pojadą do szkoły. Robi kroczyła przed siebie zamyślona. Była trochę zawiedziona tym, że zamiast cieszyć się latem z przyjaciółmi, musi śledzić bogatego chłopaka, którego szczerze nienawidzi od wielu lat.

W końcu stanęła pod szkołą. Był to duży i niski budynek, położony między blokami w centrum miasta. Za nim rosło kilka drzew, które tworzyły mały park. Na dziedzińcu roiło się od młodzieży. Każdy stał w swojej grupce i dobrze się bawił. Robi siadła na murku pod drzewem i obserwowała ich spode łba. Jej pies przycupnął na ziemi i nadstawiając czujne uszy, rozglądał się dookoła.

– Widzisz, Reks? Wszyscy świetnie się bawią, ale nie... My oczywiście musimy stać i wypatrywać jakiegoś frajera.

Wilczur polizał ją po dłoni i wrócił do swojego poprzedniego zajęcia.

– Jak coś zobaczysz, to daj mi znak – szepnęła zwierzakowi do ucha, a ten zaszczekał twierdząco.

Siedzieli tak i patrzyli. Nagle Robi poczuła, że coś ciągnie ją za nogawkę, i usłyszała ciche piszczenie. Popatrzyła na swojego przyjaciela i zobaczyła, że wskazuje kogoś pyskiem.

– Tak, to on. Idziemy – zarządziła, głaszcząc psa po głowie.

Ruszyli w stronę celu. Był nim wysoki i szczupły czarnowłosy chłopak o brązowych oczach. Jak zwykle miał na sobie ubrania najdroższych firm. Siedział na niewysokim murku i pisał sms-a.

Uczniowie chodzili beztrosko po podwórku, a Robi skradała się ze swoim przyjacielem u boku.

– Cel namierzony. Powoli się zbliżamy – mruknęła do mikrofonu ukrytego w zegarku.

– Bardzo dobrze – usłyszała odpowiedź. – Wiesz, co masz robić, prawda?

– Bynajmniej nie mogę skręcić mu karku – syknęła zawiedziona.

– Robi! Nie zapominaj, co jest naszym zadaniem.

– No wiem przecież... Mam go pilnować, śledzić. Być przymusowym i przymuszonym kawałkiem jego życia. Tak, tato. Wiem... – mruknęła poirytowana Robi.

– Skup się, ty przymuszony kawałku życia...

– Jasne. Bez odbioru.

Robi była wściekła. Darek zupełnie nie rozumiał, że nienawidziła tego chłopaka z całego serca. Net Bore był przecież typowym bogatym snobem. Zależało mu tylko na szpanowaniu przed innymi. Nie liczył się z nikim, poza sobą. Jego najlepszym przyjacielem był superdrogi laptop, a dziewczyną – najnowszy model komórki. Myślał, że inni żyją po to, by mu usługiwać. Poza tym jego rodzina wiele lat temu nieźle zalazła Robi za skórę.

– Reks! Wiesz, co robią słodkie pieski, takie jak ty? – zapytała swojego psa, kiedy od celu dzieliło ich tylko kilka metrów.

Pies zaszczekał wesoło, merdając ogonem. Robi uśmiechnęła się i pogłaskała zwierzaka.

– Zajmij go swoją rozkoszną osobą. Wiesz, o co mi chodzi...

Reks ruszył biegiem w stronę Neta. Przeleciał mu przed oczami w podskokach, po czym zawrócił i siadł obok niego. Trącił chłopaka łapą i od razu podskoczył wesoło.

Net uśmiechnął się i zaczął obserwować psa, który teraz skakał i kulał się po ziemi. W końcu Bore odłożył telefon na murek i zaczął głaskać zwierzaka. To była odpowiednia chwila.

Robi, która do tej pory stała ukryta za drzewem, na palcach okrążyła swój cel i zaszła go od tyłu. Kiedy była tuż za nim, wzięła jego telefon i otworzyła klapkę. Tuż nad baterią przyczepiła mininadajnik GPS. Potem odłożyła komórkę tak jak była i oddaliła się od Neta. Gwizdnęła cicho, a Reks bez zastanowienia zerwał się i pobiegł w jej stronę.

– Dobra robota, przyjacielu! – pochwaliła zwierzaka, kiedy ten siadł przed nią, a potem zwróciła się do Darka: – Zadanie wykonane, możesz zaczynać.

– Przyjąłem. Namierzam cel – oznajmił Darek. – Mam go. Robi, a możesz jeszcze mnie podłączyć pod system kamer?

– OK. Co ty byś beze mnie zrobił... – zaśmiała się pod nosem, po czym szepnęła do zwierzaka: – Reks, masz czas wolny. Pobiegaj sobie chwilkę.

Pies zaszczekał wesoło i pobiegł przed siebie. Robi ruszyła żwawym krokiem w stronę szkoły. Przemykając między uczniami, skierowała się do piwnicy i mijając szatnie, doszła do pokoju technicznego. Drzwi oczywiście były zamknięte. Przewróciła oczami, wyciągnęła wsuwkę z włosów i rozbroiła nią zamek. Weszła do środka.

Był to mały i ciasny pokój wypełniony przełącznikami, rurami i zaworami. To tu można było odciąć prąd w całej szkole albo zwiększyć ciśnienie w kranach. Gdzieś tutaj musiało być też coś do zarządzania monitoringiem.

– Po co w głupiej szkole takie zabezpieczenia – mruknęła, szukając panelu sterowania kamerkami.

W końcu zobaczyła to, co chciała. Wyciągnęła laptopa z plecaka i podłączyła go do systemu. Złamała hasło dostępu i przesłała dane Darkowi.

– Masz podgląd. Ja się stąd zmywam.

– Dzięki, Robi.

Wyszła z powrotem na korytarz, a potem na dwór. Przywołała do siebie psa, który akurat pławił się w luksusie, jakim było drapanie za uszami przez grupkę dziewczyn.

Robi krążyła po szkole z Reksem, który nie opuszczał jej ani na chwilę. Nagle pies zatrzymał się i patrząc na koniec korytarza, zaczął warczeć. Uczniowie patrzyli na niego ze zdziwieniem, ale on nadal stał i wpatrywał się w coś. Robi popatrzyła tam, gdzie jej przyjaciel. To, co zobaczyła, przerosło najgorsze scenariusze.

Wysoki łysy mężczyzna ciągnął wyrywającego się Neta za rękę. Zrobiło się groźnie.

– Cel w niebezpieczeństwie! – pisnęła do zegarka.

– Idą do sali gimnastycznej!

– Pędzę tam – szepnęła Robi, przeciskając się w pośpiechu między tłumami na korytarzu.

– Uważaj na siebie! Osiłków jest dwóch. Wiesz, co robić.

– Obezwładnić. Tylko którego – zaśmiała się Robi.

– Dobra, dobra. Żarty będą potem.

– Tak, wiem. Bez odbioru.

Wbiegła do sali gimnastycznej, ale nikogo tam nie było. Zaniepokojony Reks siedział w drzwiach i czekał. Wtedy usłyszała hałas w składziku na piłki. Rzuciła plecak w kąt i ruszyła powoli w tamtym kierunku. Zaglądnęła do środka przez uchylone drzwi.

Jeden z mężczyzn, ubrany w czarną skórzaną kurkę i dżinsy, celował z pistoletu prosto w głowę Bore'a. Drugi tylko stał i przyglądał się uważnie. Robi doskonale wiedziała, co robić. Musiała ocalić cel i nie ujawnić się.

Przypomniała sobie o strzałkach usypiających, które umieszczone były w specjalnej bransoletce. Jeden jej celny strzał i napastnik śpi jak niemowlę. Potem drugi i po kłopocie. Oszołomiony Net nie wiedział, skąd nadeszła odsiecz. Siedział zdezorientowany na podłodze i z przerażeniem patrzył na broń, która wypadła osiłkowi z ręki.

Robi szybko wybiegła z sali, zabierając po drodze plecak. Nie mogła dać się zauważyć. Net nie mógł wiedzieć, kto ocalił mu życie.

– Cel bezpieczny. Jadę do domu – mruknęła.

– A co z dalszą ochroną? – zapytał Darek.

– Da sobie radę. Mamy podgląd. Nic się nie stanie.

– No dobra. Wracaj.

– Okej. Bez odbioru.

Spokojnym krokiem ruszyła ulicą. O tej porze ruch nie był duży, nawet w centrum miasta. Jedynie matki z dziećmi spacerowały po parku. Słońce świeciło całą swoją mocą, a na niebie nie było ani jednej chmurki. Wiał przyjemnie chłodny wietrzyk.

Robi wędrowała po mieście ze swoim psem przy nodze. Cały czas myślała o Necie. Nie miała pojęcia, dlaczego akurat on utkwił jej w głowie. Przecież wykonała zadanie i teoretycznie ma wolne aż do jutra. Mimo wszystko coś nie dawało jej spokoju. Problem w tym, że nie wiedziała co.

Doszła na przystanek i wsiadła w odpowiedni autobus, który zawiózł ją na przedmieścia Wrocławia. Wysiadła na dość ruchliwej ulicy i po kilku krokach skręciła w wąską i cichą osiedlową uliczkę. Przeszła kilkaset metrów, po czym weszła na piaszczystą drogę. Prowadziła do jej domu, który był oddalony od reszty o około pół kilometra.

Po długim spacerku, który był dla Robi codziennością, w końcu dotarła do furtki. Przeszła przez ganek i stanęła przed średniej wielkości żółtym budynkiem. Miała jakieś dziwne przeczucie, że nie będzie jej dane siąść przed telewizorem w kapciach i beztrosko zjeść czekoladę.

– Cześć, tato! Już jestem – zawołała, wchodząc do domu.

– Jestem na dole – usłyszała odpowiedź.

Przewróciła oczami i ruszyła w stronę piwnicy. Darek jak zwykle sprawdzał, czy nic nie zginęło z magazynu. Robi nie rozumiała jego obaw, bo przecież wcale nie łatwo się tam dostać komuś z zewnątrz.

Zeszła po schodach i stanęła przed metalowymi drzwiami. Zbliżyła oczy do skanera siatkówki. Drzwi od razu się otworzyły.

– Gdzie jesteś? – zawołała, wchodząc między wysokie na dwa metry regały.

– Przy twoich zabawkach – odpowiedział rozbawiony Darek.

Przyspieszyła kroku. Co on tam robił? Skręciła w prawo i przeszła obok regału z różnego rodzaju bronią. Skręciła w lewo i w końcu doszła do swojego ojca.

– Po co tu przyszedłeś? – zapytała, patrząc na niego podejrzliwie.

– Zebrało mi się na wspomnienia. Pamiętasz, jak zafarbowałaś naszego kota na niebiesko tą torpedą?

– To było dawno temu. On zjadł moją złotą rybkę. Zasłużył sobie.

– A jak pomalowałaś twarz Jankowi od sąsiadów?

– Tą farbą, która...

– Tak. Tą, co sparaliżowała mu twarz na cały dzień.

– Ach... Co to był za gbur. Dzięki mnie przez cały jeden dzień się uśmiechał. Wyszło mu to na dobre.

– Do tej pory nie wiem, jak udało ci się dorwać do tej farby. Tak ją ukrywałem!

– Widocznie mam talent.

– Chyba za bardzo ci ufano za młodu. Za późno zauważono twoje zdolności.

– No cóż. To już nie moja wina.

– Wiadomo. A swoją drogą... Robi, nie będę ukrywał, że ściągnąłem cię tutaj nie tylko dla wspomnień.

– Dlaczego mnie to nie dziwi.

To było już oczywiste. Zawsze, kiedy Darek ma dla Robi jakieś ważne zadanie, zanim powie jej, o co chodzi, rozmawia z nią o rzeczach przyziemnych i błahych. Tak miało być i tym razem.

– Robi, to poważna sprawa. Mamy chronić Neta Bore'a.

– Tyle to ja już sama wiem. Niestety.

– Poczekaj. Problem tkwi w tym, że Krzysztof Zuo posiada całą kartotekę na temat Neta i jego rodziny. Zna każdy ich ruch. Tak się nie da go chronić. Tobie, jako nastolatce, łatwiej zaufa.

– Zgaduję, że mam wykraść mu te informacje?

– Tak jest. Skąd wiedziałaś? – zapytał zdziwiony Darek.

– Ech, siedzę w tym już jakiś czas. Można by rzec, że mam to we krwi. Takie rzeczy się wie, jak ma się w rodzinie agentów i samemu jest się jednym z nich – mruknęła Robi znudzonym głosem, oglądając stare gadżety stojące na półkach.

– Pewnie myślisz, jak masz tam wejść?

– Pewnie przez szyb wentylacyjny.

– Nie. Przez drzwi.

– Tak po prostu? Serio? – zapytała z niedowierzaniem, patrząc na Darka.

– No tak. Tak zwyczajnie. Zapukasz, wejdziesz i wykonasz zadanie.

– Banał – zaśmiała się Robi, machając pobłażliwie ręką.

– Masz dosyć wentylacji, co nie?

– Troszeczkę. Jakie są zabezpieczenia?

– Chyba nie ma. Sprawdzałem. Dasz radę?

– Śmiesz w to wątpić, tato? – mruknęła, przechodząc kilka kroków wzdłuż regału.

– Ależ nie. Do dzieła.

I tym sposobem tajna agentka specjalna Robi Damon znów ruszyła do akcji. Po raz kolejny jej obawy się sprawdziły. Nie udało jej się siąść przed telewizorem.

Rozdział drugiZero zabezpieczeń

Robi wybiegła z domu i zatrzymała się w ogrodzie tuż przed furtką. Reks podbiegł do niej, chcąc jej towarzyszyć. Przykucnęła przy zwierzaku i pogłaskała go po głowie.

– Tym razem zostajesz. Pies byłby podejrzany. Sorrki, przyjacielu.

Wyszła i zamknęła za sobą furtkę. Czworonożny przyjaciel stał na dwóch łapach, patrząc smutno za swoją właścicielką, która powoli oddalała się od domu.

Robi doszła do głównej ulicy, a potem do przystanku. Autobusem dojechała na drugi koniec miasta, a kiedy stanęła w końcu w punkcie docelowym, odezwał się Darek.

– Idź w prawo, potem dwie przecznice dalej skręć w lewo. Potem przejdź sto metrów i będziesz u celu.

– Jasne – szepnęła Robi do zegarka, udając, że drapie się po uchu.

Zgodnie ze wskazówkami Darka, bez problemu dotarła do celu. Stała przed ogromnym białym domem. Już z zewnątrz było widać, że właściciel jest bogaty. Framugi okien były pozłacane, trawa w ogrodzie soczyście zielona, a meble ogrodowe lśniły czystością i nowością. Na prawo od domu znajdował się basen z hydromasażem i jacuzzi. Agentka przewróciła oczami.

Nieśmiało zadzwoniła domofonem, który był przy furtce.

– O co chodzi? – zapytał ktoś dumnym głosem, leniwie przeciągając samogłoski.

– Dzień dobry. Komórka mi się rozładowała... Mogłabym zadzwonić do mamy? – zapytała Robi niewinnym i słodkim głosikiem.

– Rozumiem. Proszę. – mruknął tajemniczy mężczyzna, a zamek w furtce zabrzęczał i otworzył się.

– Dziękuję – odpowiedziała z uśmiechem, wbiegając do ogrodu i idąc pospiesznie w stronę domu.

Drzwi otworzył człowiek w średnim wieku z łysiną na czubku głowy. Był ubrany w smoking i wyglądał na bardzo dumnego. Łatwo można było wywnioskować, że był to lokaj.

– Telefon jest w salonie. Proszę za mną – mruknął i wszedł do domu.

Robi bez słowa ruszyła za nim. Dom był równie nowoczesny w środku, co na zewnątrz. Nie był jednak zbyt dobrze urządzony. Nowoczesne sprzęty i ogromne okna kłóciły się z malowidłami na sufitach i złotymi zdobieniami na framugach i brzegu lustra. Podłogę przykrywał stary i ręcznie tkany kwiecisty dywan, który z pewnością był warty fortunę. Obrazy wiszące na ścianach oprawione były w grube, masywne ramy. Tym bardziej dziwił fakt, że obok renesansowych malowideł wisiały głośniki od kina domowego.

Kiedy doszli na miejsce, wybrała numer, który przez agencję został przeznaczony na telefony tego typu. Był mocno zakonspirowany i przekierowany na zupełnie inny adres, co uniemożliwiało namierzenie bazy.

– No cześć, mamo. Przyjedziesz po mnie? – Robi udawała, że rozmawia, czekając, aż lokaj odejdzie.

Ten jednak niestety uparcie stał tuż przy niej. W pewnym momencie pomysły na rozmowę jej się skończyły. Ciągnięcie tego jednoosobowego dialogu byłoby ryzykowne. Musiała się wycofać i wymyślić coś innego.

– Okej. To wracam do domu. Do zobaczenia – zaśmiała się, odkładając słuchawkę.

– Wiesz, gdzie są drzwi – mruknął lokaj i odszedł.

Robi nie mogła uwierzyć w to, co się stało. Miała czyste pole manewru. Ofiara sama dała jej możliwość działania. Cóż za niesamowity łut szczęścia. Darek wyczuł sytuację.

– Twój cel to te drzwi na lewo od wejścia – podpowiedział.

Zakradła się do nich na palcach i spróbowała otworzyć. Były zamknięte. Po raz kolejny tego dnia użyła wsuwki do włosów. Tym razem również podziałało.

Weszła do środka. Nie usłyszała żadnego alarmu, nic jej nie zabiło ani nie zraniło. Uśmiechnęła się pod nosem i powoli ruszyła przed siebie.

Na samym środku ściany naprzeciwko wejścia stał nowoczesny komputer. Wokół niego było pełno teczek i segregatorów wypełnionych aktami i informacjami o ludziach, których obserwował Zuo.

Podłączyła do komputera swojego pendrive'a. Był włączony. Nic prostszego. Znalazła odpowiednie pliki i zaczęła kopiowanie. Po chwili dane były już bezpieczne na jej dysku.

Schowała pendrive'a do kieszeni i ruszyła w stronę drzwi. Złapała za klamkę, ale od razu cofnęła rękę. Była gorąca! Ostrożnie spróbowała ponownie. Tym razem się nie poparzyła, ale drzwi automatycznie się zamknęły. Komputer nagle się wyłączył. W wentylacji w suficie pojawiły się wiązki podczerwieni. Była w pułapce.

– Tata ma przechlapane – syknęła, rozglądając się dookoła i szukając możliwości ucieczki.

Kilka sekund później drzwi otworzyły się z hukiem i do pokoju wpadło dwóch ubranych na czarno, uzbrojonych osiłków i Krzysztof Zuo we własnej osobie. Smukła twarz, czarna czupryna i bródka. Wąskie, brązowe oczy i gęste brwi. Typowy złoczyńca rodem z filmów.

– Pomyliłaś pokoje, księżniczko? – zapytał ironicznie, stając pod ścianą z założonymi rękami.

– Chciałam wyjść na dwór. Myślałam, że to tutaj – wymamrotała niewinnie Robi i chciała wyjść.

– Pomyliłaś pokoje i używałaś komputera? Nie kłam, bo ja kłamców nie lubię – syknął, zagradzając jej ręką drogę.

– Ja nic złego nie zrobiłam.

– Nie kłam! Powiedz, czego chciałaś, bo koledzy bardzo lubią strzelać i nigdy nie chybiają – szepnął Zuo i pstryknął palcami.

Dwaj mężczyźni unieśli broń, celując prosto w głowę Robi. Dwie kule w łeb i to z dwóch stron na raz? Śmierć stereo niespecjalnie jej się uśmiechała. Na oko pistolety miały spory kaliber, więc raczej dużo by z niej nie zostało.

Musiała coś wymyślić. Nie chciała zginąć i to w dodatku na tak rutynowej akcji.

– Dobra, powiem! – krzyknęła płaczliwym i piskliwym głosikiem.

– No, słuchamy – syknął Krzysztof, unosząc groźnie prawą brew.

Dwóch osiłków nadal nie opuściło broni. Musiała szybko powiedzieć coś, co jest warte włamania, ale nie opłaca się za to zabić i brudzić sobie nowego białego dywanu.

– Chciałam tylko zgrać oprogramowanie! – zaszlochała, padając na kolana i płacząc.

– Niby taka słodka i grzeczna... A taki podły złodziej – mruknął Zuo, kręcąc głową z politowaniem. – Chłopcy, jest wasza.

Machnął ręką i wyszedł. Robi, nadal udając, że płacze, obserwowała tamtą dwójkę. Król wyszedł i zostały tylko dwa pionki do zbicia. Dość niebezpieczne pionki.

Wyciągnęła prawy nadgarstek w stronę jednego z nich. Jeden celny strzał z bransoletki, a cel skrzywił się i padł na twarz, śpiąc jak zabity.

Niestety nie była wystarczająco szybka. Ten drugi zorientował się, co jest grane, i strzelił. Robi padła na podłogę. Oberwała w sam środek brzucha.

Leżała na ziemi. Na śnieżnobiałym, puszystym dywanie rosła czerwona plama. "To się nigdy nie spierze", pomyślała Robi, śmiejąc się w duchu.

Po raz kolejny troskliwy ojciec się przydał. Przed akcją kazał jej założyć kamizelkę kuloodporną. Dla Robi udawanie rannej lub martwej to czysta przyjemność. Żeby uwiarygodnić przedstawienie, ma w kamizelce woreczki ze sztuczną krwią.

Do pokoju wbiegł kolejny pomagier Krzysztofa. Szepnął coś na ucho temu, który nie spał. Oboje podeszli powoli do Robi, która udawała półprzytomną. W takiej sytuacji zazwyczaj dają spokój, a przynajmniej widzi, co chcą z nią zrobić.

– Ja góra, ty dół – zarządził ten drugi.

Podnieśli ją z ziemi. Nie zorientowali się, że w tych okolicznościach kula powinna przeszyć Robi na wylot, a tak się nie stało. Nic nie wzbudziło ich podejrzeń. Szepnęli tylko coś o tym, że Zuo zabije ich za krew na dywanie, a ona ledwo powstrzymała się przed parsknięciem śmiechem.

Zanieśli ją do piwnicy. Rzucili ją na ziemię tak, że przeturlała się kilka razy. Chwilę później pojawił się Krzysztof.

Robi powoli odwróciła głowę w ich stronę. Zuo stał oparty o ścianę. Uśmiechnął się złośliwie.

– Kiedy już zacznie się wykrwawiać, powie nam prawdę.

Kiedy to powiedział, wyprosił ręką swoich pomagierów. Rzucił krótkie spojrzenie na Robi i wyszedł, zamykając za sobą drzwi.

Kiedy ich kroki ucichły, wstała, strzepnęła kurz z ubrań i zaczęła się rozglądać.

Piwnica był ogromna i panował w niej porządek. Wszystko było pochowane do kartonów, które zostały równo ustawione pod ścianami. Uwagę Robi przyciągnęło małe okienko, znajdujące się tuż pod sufitem.

Podeszła do niego i wspięła się na kartony, by móc sięgnąć do parapetu. Od zewnątrz okno było tuż nad trawą.

Wyciągnęła z kieszeni swój błyszczyk i odkręciła zakrętkę. Posmarowała nim uszczelki i zamek. Po chwili pojawiła się musująca piana, a okno wyleciało na zewnątrz.

– Żrący błyszczyk. To się zawsze przydaje – zaśmiała się cicho pod nosem.

Przecisnęła się przez dziurę i wyszła na dwór. Wsadziła okno na miejsce i przywarła do ściany. Rozejrzała się na boki, szukając kogoś, kto mógłby ją zauważyć. W okolicy nie było nikogo z wyjątkiem ludzi chodzących poza terenem posiadłości. Ruszyła biegiem w stronę ogrodzenia. Wspięła się na wysoką zdobioną furtkę i zeskoczyła na chodnik.

Zakryła bluzą dziurę po kuli i sporą czerwoną plamę na bluzce. Pobiegła na przystanek i pojechała do domu.

Weszła przez niedomkniętą furtkę i przeszła przez ogród. Trzasnęła drzwiami wejściowymi i udała się do salonu. Ściągnęła bluzę i rzuciła ją na kanapę. Była wściekła na Darka. Nie wiedziała, jak taki świetny agent mógł przeoczyć takie zabezpieczenia.

– Jak tam, Robi? Masz te dane? – zapytał wesoło, wchodząc do pokoju.

– Tak – syknęła Robi, idąc w stronę schodów.

– Coś ty taka zła? – zapytał zdziwiony Darek.

– Nie ma zabezpieczeń, tak?! Skopiowałam dane tego buraka i znalazłam się w pułapce! Gdyby nie kamizelka, tobym nie żyła.

– Co?! Przecież wszystko sprawdziłem...

– Widocznie niezbyt dokładnie – mruknęła Robi i ruszyła na górę.

Darek podbiegł do niej i złapał ją za rękaw. Przyciągnął do siebie i przytulił.

– Przepraszam – szepnął jej na ucho. – Najważniejsze, że jesteś cała...

– Tato, tu nie chodzi o to... Przywykłam do zagrożenia, ale chcę chociaż wiedzieć, co mi grozi i jak mogę się ratować... Którędy mogę uciekać...

– Rozumiem. Wiesz, że zrobię wszystko, byś była bezpieczna.

Robi uśmiechnęła się lekko i objęła Darka. Po chwili on odsunął ją i spojrzał jej prosto w oczy.

– Wiem, że jesteś świetna. Mówiąc szczerze, to chyba już mnie nawet nie potrzebujesz. Jesteś taka jak oni – szepnął, a Robi popatrzyła na niego smutno. – Odważna, mądra... Sprytna! Agent idealny. Pamiętaj o tym.

Wtedy do domu wbiegł Reks. Skoczył na nich z rozpędu i przewrócił na podłogę. Polizał swoją właścicielkę po twarzy, a ona podrapała go za uchem i poszła z nim do pokoju. Miała dość tego dnia. Chciała, żeby już się skończył.

Wieczorem Darek przygotował kolację, którą, ku zaskoczeniu obojga, dało się zjeść bez uszczerbku na zdrowiu. Potem siedzieli razem przed telewizorem.

Rozdział trzeciBo Robi jest ta zła

Obudziła się, a właściwie została brutalnie obudzona, o świcie. Darek spędził noc przed komputerami, pilnując Neta. Zauważył, że pod jego domem czają się jakieś podejrzane typy. Obudził więc Robi. Wzięli odpowiedni sprzęt i ruszyli.

Był ciepły, letni poranek. Słońce wyglądało zza dachów. Robi biegła chodnikiem w stronę domu Neta. Tuż przed ostatnim zakrętem zatrzymała się i ostrożnie wyjrzała zza ogrodzenia.

Na ulicy, kilkadziesiąt metrów dalej, stała czarna furgonetka, a za nią czaiło się trzech zamaskowanych mężczyzn. Oglądnęła się za siebie. Darek jak zwykle został gdzieś w tyle.

Zawsze tak jest. Robi jest szybsza i sprytniejsza. On zajmuje się głównie monitorowaniem celów i kierowaniem swojej podopiecznej.

Nie było czasu na czekanie. Wybiegła zza rogu i ukryła się za koszem na śmieci. Trzy strzałki usypiające i zadanie wykonane. Kiedy leżeli nieprzytomni na ulicy, podeszła do nich. Wtedy dobiegł zdyszany Darek.

Związali ich i ukryli w furgonetce. Zamknęli drzwi i schowali się za rogiem.

Net właśnie wychodził do szkoły. Ubrany jak zwykle w wytwory najlepszych firm. Był nieświadomy tego, co przed chwilą wydarzyło się pod oknami jego domu. Maszerował przed siebie, gwiżdżąc wesoło i słuchając muzyki ze swojej nowej MP4.

– Robi, idziesz za nim. W szkole go chronisz.

– Jak zwykle – mruknęła i ruszyła przed siebie. – Do zobaczenia w domu.

Dotarli do gimnazjum. Net nadal miał GPS, więc Robi mogła go zostawić samego. Miała podgląd w telefonie komórkowym.

Mieli zajęcia w różnych krańcach szkoły. Całą lekcję zastanawiała się, czy Net naprawdę jest taki zły. W końcu była na niego skazana. Jeśli nie chciała oszaleć, ratując wroga, musiała poszukać jakichś pozytywnych cech. Nie tylko to, że uważała go za zarozumiałego, samolubnego i nudnego. Nie to, że mówi tylko o sobie i ma okropnych rodziców. Niby nie był brzydki, ale co znaczy wygląd przy jego paskudnym charakterze? Nienawidziła go od piaskownicy, a teraz musiała ratować mu życie.

Z zamyślenia wyrwał ją dzwonek kończący lekcję matematyki. Wyszła na dwór ze swoją przyjaciółką Niki. Siadły na murku i delektowały się przerwą. Robi odruchowo wyszukała wzrokiem swój cel. Nie panowała nad tym. Weszło jej to w krew.

Stał pod drzewem i robił coś na swoim nowym, małym laptopie. Robi zerknęła na ulicę. Stała tam czarna limuzyna. Było to lekko podejrzane, więc przeprosiła Niki i poszła w stronę celu.

Nie spuszczała samochodu z oka. W pewnym momencie szyba pasażera siedzącego z przodu zjechała trochę w dół, tworząc wąską szparkę. Szkła były mocno przyciemniane, więc nie mogła dojrzeć twarzy. Nagle zauważyła końcówkę lufy.

– Snajper! – szepnęła pod nosem przerażona.

Ruszyła biegiem w stronę Neta i staranowała go, rzucając się z nim na trawę. Kula roztrzaskała korę drzewa w miejscu, gdzie przed chwilą była jego głowa.

– O, laski na mnie lecą – zaśmiał się Net, zrzucając Robi z siebie na trawę. – Podobam ci się?

Popatrzyła na niego zdezorientowana. Co on sobie myślał! Tymczasem lufa ponownie pojawiła się w oknie. Bore siedział na trawie. Na jego czole pojawiła się mała czerwona kropka. Celowali prosto między oczy. Znów powaliła go na ziemię, a drzewo oberwało po raz drugi.

– Co ty sobie wyobrażasz?! – wrzasnął Net. – Wybrudziłaś mi całe spodnie! To najdroższa firma na świecie! Szyte na mnie! Co teraz będzie?!

– Wypierz je. Albo kup nowe – syknęła Robi.

– Nie mów tak do mnie! – oburzył się Bore i pchnął Robi na drzewo.

– Bo co mi zrobisz? – Musiała go stamtąd jakoś odciągnąć, bo tamci szykowali się na kolejny strzał.

Chciała go zwabić za płot, ale się nie dał. Spróbował ją unieruchomić, ale przeliczył swoje siły. Jednym ruchem Robi powaliła go na ziemię i wywinęła mu ręce do tyłu. Przygniotła go do ziemi, nie spuszczając z oczu limuzyny.

– Dziewczyno, co ty robisz?! – pisnął, próbując się wyrwać.

– Zamknij się i nie wstawaj.

Szarpnął się, ale jego starania spełzły na niczym. Wtedy tamci wycelowali w Robi. Zrobiła unik, pociągając za sobą Neta, i oboje przeturlali się po trawie. Byli za płotem. Teoretycznie bezpieczni.

– Puść mnie! Ręce mi połamiesz! – wrzasnął Net, wyrywając się z całych sił.

– Wiem, co robię. Jeszcze mi za to, kretynie, podziękujesz.

W zasadzie w tym momencie się zdekonspirowała, ale nie było szans, by Net się domyślił. Pewnie pomyślał, że jakaś zakochana w nim do szaleństwa dziewczyna próbuje go poderwać siłą.

Wyjrzała zza płotu. Na jej widok snajper z samochodu znów przymierzył się do strzału. Tym razem polował na nią i nie chciał ryzykować porażki. Otworzył szeroko okno i wystawił broń na zewnątrz. Bardzo mu zależało, skoro zdecydował się na takie ryzyko.

Wtedy pojawił się Reks. Pędził ile sił w psich łapach prosto w stronę samochodu. Wszyscy oglądali się za nim ze zdziwieniem, ale on wpatrzony był tylko w swój cel. Skoczył i w locie złapał w pysk lufę karabinu i wybiegł na drogę. Akurat jechała ciężarówka. Przemknął tuż przed nią, rzucając pod koła broń. Wskoczył na chodnik, odwrócił się i z dumą popatrzył na swoje dzieło. Zamerdał ogonem i podbiegł do swojej właścicielki.

Limuzyna ruszyła z piskiem opon i zniknęła za zakrętem. Robi przytuliła psa i razem z nim wróciła do Niki, która siedziała zdziwiona na murku.

– Co to było? Lecisz na tego buraka? – zapytała zdumiona i zaniepokojona zarazem.

– Ależ nie! Skąd! – pisnęła Robi.

– To co tam z nim robiłaś?

– Nieważne. I tak nie zrozumiesz. Lecę do domu.

– Znów? Kiedy ty wysiedziałaś cały dzień w szkole?

– No ej, przecież... A w sumie... Nie pamiętam. No cóż. Do jutra.

Złapała Reksa za obrożę i pociągnęła za sobą. Wyszli na ulicę i ruszyli w stronę przystanku. Kiedy mijali sklep zoologiczny, Robi zatrzymała się i uśmiechnęła.

– Poczekaj tu, przyjacielu – szepnęła do psa i weszła do środka.

Kupiła mu ogromną kość z psiej czekolady jako nagrodę za jego zasługi. Wręczyła ją Reksowi, a on, merdając ogonem, polizał ją po twarzy.

Wrócili do domu. Darek czekał już na nich z "pysznym" obiadem. Przywitał ich w kwiecistym fartuszku i z drewnianą chochlą w ręce. Zaprosił Robi do stołu, a Reksowi nasypał karmę do miski.

– Mniam. Niedopieczony kurczak w doszczętnie spalonej skórce i przyprawach – mruknęła, dłubiąc widelcem w obiedzie.

– Robi, nie marudź.

– Ja tylko stwierdzam fakty. Co do gotowania, robisz postępy. Kurczak nie jest spalony na wiór.

– Robi.

– Dobra, jem już. – Przewróciła oczami.

– No. I tak ma być. Smacznego.

– Eche. – Zrzuciła skórkę Reksowi na podłogę. – Tato, a wiesz, że ci, co polują na Neta, mają snajpera?

– Co?! Jak to? – krzyknął Darek, opluwając się słoną zupą.

– A tak to... Strzelał dziś do Neta. Potem do mnie. Reksio wyrwał mu broń i wrzucił pod ciężarówkę – powiedziała znudzonym głosem, jakby to była codzienność, a Reks zaszczekał wesoło.

– Robi się coraz gorzej – mruknął zaniepokojony ojciec, patrząc uważnie na Robi.

– No, wiem. Spaliłeś ziemniaki.

– Przecież nie o tym mówię.

– Wiem, ale pomyśl. Jak widać, snajper sobie ze mną nie poradził. W końcu nie tak łatwo zabić równego sobie. A ziemniakami mogę się zatruć! – zaśmiała się, przełykając z trudem swój obiad, bo nie chciała umrzeć z głodu.

Następnego dnia znów poszła z Reksem do szkoły. Był zwykły letni dzień. Wakacje zbliżały się nieubłaganie. Tłumy stojące przed szkołą rozmawiały ożywione o swoich planach.

Kiedy tylko wkroczyła na teren zespołu szkół, usłyszała głos dyrektorki. Chwilę później zobaczyła, jak biegnie przez dziedziniec. Była to przeciętnego wzrostu kobieta w średnim wieku o czarnych włosach i szarych oczach. Ubrana była jak zwykle w elegancką garsonkę i wysokie obcasy.

– Robi! – wysapała, wpadając na swoją uczennicę. – Musimy porozmawiać.

– Dobrze, proszę pani. Coś się stało?

– Dlaczego wczoraj pobiłaś Neta Bore'a? – zapytała, poprawiając fryzurę.

– Proszę?! Ja go pobiłam?! – pisnęła zdziwiona.

– Tak. Zgłosił się do mnie wczoraj. Podobno przewróciłaś go na ziemię, sponiewierałaś i nie pozwoliłaś mu wstać.

– Co za idiota – syknęła cicho pod nosem.

– Słucham?

– Nic, nic. Ale...

– Nie ma "ale". Robi, takie zachowanie jest karygodne.

– Pani dyrektor, ja nic nie... Nic złego nie chciałam mu zrobić.

Dyrektorka westchnęła i popatrzyła na uczennicę znad okularów. Pokręciła lekko głową.

– Zawsze byłaś wzorem, przykładem...

– No właśnie! Ja nic mu nie zrobiłam. Ja... Ja na niego wpadłam.

– Cztery razy?

– Emm... Tak wyszło. Jestem straszną ofiarą losu.

– Oj, Robi. Niech będzie, ale żeby mi się to nigdy nie powtórzyło!

Robi uśmiechnęła się wesoło, a dyrektorka przewróciła oczami i odeszła. Agentka odetchnęła z ulgą. Już się bała, że poniesie konsekwencje. Oparła się o murek i zerknęła na swojego Reksa, który siedział na trawie, wesoło merdając ogonem.

Chwilę później pojawiła się Niki. Stanęła obok swojej przyjaciółki i postała chwilkę w milczeniu.

– Co ty taka zestresowana, co? – zapytała w końcu.

– Dyrka chciała mnie chyba uziemić za to, że powaliłam wczoraj Neta na ziemię.

– Oj tam. Przecież ona cię uwielbia. Prędzej na podwórku zastrzeli cię snajper, niż ona da ci szlaban – zaśmiała się Niki, poklepując Robi po ramieniu.

– Tjaa – mruknęła, udając rozbawioną.

Biorąc pod uwagę jej sytuację, miała sporą szansę zginąć z rąk snajpera. Jak zwykle wyczucie Niki było idealne.

W szkole nic się nie wydarzyło. Normalne lekcje, normalne przerwy. Potem wróciła do domu.

Przeszła przez ogród, weszła do środka i od razu skierowała się w stronę kanapy, która stała na środku salonu. Rozsiadła się na niej, a plecak rzuciła w kąt pokoju. Rozejrzała się dookoła i zobaczyła miskę chipsów na stole. Wzięła kilka do ręki i położyła się wygodnie.

– Jak tam nasz cel? – zapytał Darek, wychodząc z kuchni.

Znów miał na sobie fartuszek w kwiatki, ale tym razem zapaćkany był sosem pomidorowym i mąką. Robi zmierzyła go wzrokiem i przewróciła oczami.

– Wbrew moim szczerym chęciom... żyje – mruknęła znudzona, patrząc, jak Reks goni swój ogon.

– Nie przesadzaj. Nie zabiłabyś go. Nie jesteś taka – stwierdził Darek, sadowiąc się obok niej.

– Dlaczego wszyscy zakładają, że jestem łagodna jak owieczka...

– Nie jesteś jak owieczka. Gdyby tak było, to nie byłabyś takim świetnym tajniakiem. Wiem, co czujesz do Neta, ale nie jesteś mściwa – Robi popatrzyła na niego znacząco, więc poprawił się szybko – aż tak mściwa nie jesteś.

– Tato, czy ty myślisz, że ja mogę go tak po prostu chronić? Pomagać mu i nie mieć ochoty go wystawić terrorystom jak na talerzu?!

– Wiem, że masz ochotę. Jednak tego nie robisz. To pokazuje, jaka jesteś. Nie myśl o tym.

– Łatwo mówić. – Wstała i ruszyła w stronę schodów prowadzących do jej pokoju.

– Robi – zawołał spokojnie Darek, oglądając się za siebie.

– Co? – Zatrzymała się i popatrzyła na niego pytająco.

– On nie ma z tym nic wspólnego. Jest niewinny – mruknął cicho zza gazety.

Robi pokręciła głową w milczeniu i po chwili stania w bezruchu weszła po schodach na górę. Skręciła w prawo i znalazła się w swoim pokoju.

Był on duży i jak na dziewczynę dość nietypowy. Na ścianie nad łóżkiem namalowany był dwumetrowy F-16, a obok okna wisiała podziurawiona pociskami tarcza ze szkolenia. Nad oklejonym samolotami i zdjęciami z treningów biurkiem wisiała duża tablica korkowa, na której wisiały dyplomy z zawodów sportowych, fotografie i plan lekcji.

Robi podeszła do niej powoli i odszukała wzrokiem stare zdjęcie przedstawiające roześmiane małżeństwo i ich pięcioletnią córkę. Pogładziła fotografię delikatnie ręką i uśmiechnęła się pod nosem. Zamyślona opadła na łóżko i ukryła twarz w dłoniach. Potem zasnęła.

Znów śniło jej się to samo. Znów ten stary, ciemny dom. Kartony, szmaty i szczury. Trzeszczące deski... i strych. Szła przez kurz, trzymając broń w górze w gotowości do strzału. Znów dwoje mężczyzn. I tak samo jak ostatnio. Jeden odwraca głowę, a drugi krzyczy.

Obudziła się nagle zdyszana. Reks śpiący w nogach łóżka podniósł łeb i popatrzył zaniepokojony na swoją panią. Podczołgał się do niej i delikatnie polizał po ręce.

– Nic mi nie jest, psiaku – szepnęła zaspana, głaszcząc przyjaciela po głowie.

Siedziała na łóżku jakiś czas. Myślała o tym śnie i o Necie. O swoim wrogu, który chyba tym wrogiem nie był i którego musiała chronić. Wpatrywała się ślepo w okno i jasną łunę bijącą od miasta.

Rano zwlokła się niewyspana z łóżka i w ślimaczym tempie zeszła na dół.

– Jakaś miła odmiana – mruknęła, kiedy Darek postawił jej przed nosem płatki z mlekiem zamiast zwęglonych resztek chleba.

Kiedy dojechała do szkoły, czuła, że ten dzień przeżyje na autopilocie. Nie chciało jej się nic. Najchętniej spędziłaby ten czas, leżąc w łóżku i gapiąc się bez sensu w sufit, ale niestety miała inne obowiązki.

Siadła pod murkiem, tam gdzie zwykle. Net oczywiście zalegał już na ławeczce ze swoim laptopem. Rozejrzała się dookoła. Stwierdziła zupełny brak wszelkich limuzyn, snajperów albo porywaczy. Wszędzie tylko uczniowie i nauczyciele.

Nagle z tłumu wyłoniła się Niki. Szła żwawym krokiem, uśmiechając się od ucha do ucha. Jej długi jasnobrązowy kucyk podskakiwał rytmicznie. Pomachała do swojej przyjaciółki.

– Siemka, co porabiasz? – zapytała, siadając obok.

– Siedzę i zasypiam. Wizja dwóch matm z rzędu mi się nie uśmiecha – mruknęła Robi, udając, że to matematyka jest powodem jej kłopotów.

– Oj, tak... No i jeszcze ten polski. Masz to wypracowanie?

– Co?! Jakie znowu... Cholera – syknęła pod nosem, uderzając się ręką w czoło.

Przez całą akcję z Netem zapomniała o odrobieniu zadań domowych. Miała nadzieję, że ujdzie jej to płazem.

Kiedy zadzwonił dzwonek, poszły na lekcje. Robi siedziała, wpatrując się ślepo w nauczycieli. Nie mogła się skupić na niczym. Nadal dręczyły ją rozmyślania o śnie i o jej zadaniu. Pierwiastki i analiza wiersza nie były dla niej dziś istotne.

– Co robisz po szkole? – zapytała Niki, kiedy wyszły na dwór na przerwę.

– Nie mam pojęcia. Nie wiem, jak mi się dzień ułoży – szepnęła Robi, rozglądając się za Netem.

– Oczywiście – prychnęła jej przyjaciółka. – Jak zwykle.

– Ej, sorry, no... Po prostu wszystko zależy od... – zawiesiła głos i znalazła swój cel – od takiej jednej sprawy. Kiedy skończę, to będę do twojej dyspozycji.

– Trzymam za słowo – mruknęła przyjaciółka i wróciła do szkoły.

Robi znów zaczęła szukać Neta, ale nie mogła go znaleźć. Zdenerwowała się i wskoczyła na murek. Nadal go nie widziała. Zerknęła na ulicę.

– Cholera jasna! – syknęła, zobaczywszy czarną furgonetkę stojącą za rogiem.

Chwilę później zauważyła, że w kierunku samochodu podąża dwóch dobrze zbudowanych i zamaskowanych mężczyzn, a trzeci – chudy – jest niesiony. W tym ostatnim rozpoznała Neta.

Zeskoczyła z murku i przeciskając się przez tłumy uczniów, pobiegła za nimi. Już prawie ich dogoniła, ale kierowca furgonetki zaczął do niej strzelać.

Przeskoczyła przez płot i ukryła się za drzewem. Nie wiedziała, co robić. Nie mogła opuścić Neta, ale była bezbronna. Miała tylko strzałki usypiające, które w starciu z bronią na otwartym terenie i przy takiej przewadze przeciwnika nie znaczyły nic. Siedziała w ukryciu bezczynnie, przyglądając się całej tej scenie.

Żaden z uczniów nic nie zauważył. Chodzili tak, jakby wszystko było w porządku. Nie słyszeli strzałów, bo terrorysta miał tłumik. Agentka cały czas starała się coś wykombinować.

Przebiegła kawałek dalej i ukryła się za innym drzewem. Kierowca nadal nie odpuszczał. Dwóch osiłków wrzuciło chłopaka do samochodu.

Odjechali z piskiem opon, a Robi bezradnie usiadła na ziemi. Tę bitwę przegrała.

Rozdział czwartyZałamka

Wróciła do domu najszybciej, jak mogła. Net porwany, gorzej być nie mogło. Z jednej strony jej to nie przeszkadzało, bo przecież go nienawidziła, ale w końcu to też człowiek. Poza tym porwanie osoby, którą miała chronić, to jej osobista porażka i to było głównym powodem, dla którego nie mogła odpuścić.

Zdyszana wpadła do salonu. Darek siedział spokojnie na kanapie i czytał codzienną gazetę.

– Tato! – zawołała Robi, a on podskoczył z zaskoczenia, oblewając się kawą.

– Coś się stało? Co z Netem? Nie poszedł do domu.

– No właśnie. Porwali go. Masz podgląd?! Gdzie jest? – zapytała, podbiegając do kanapy i siadając obok niego.

– Przemieszcza się w stronę Sky Tower – odpowiedział spokojnie Darek, ale po chwili zapytał zdziwiony: – Jak to: porwali?! Zabrali ci go sprzed nosa?

– Mieli broń i strzelali, a ja nie mogłam narażać całej szkoły. Moja wina. Odbiję go.

– Może damy wiadomość do PAS-u?

– O nie. To mój cel. Polskich Agentów Specjalnych sobie darujmy – mruknęła Robi, biegnąc do magazynku w piwnicy.

– Przypominam, że jesteś ich częścią – zawołał za nią rozbawiony.

– Bardzo niezależną i bardzo oddzieloną częścią! – odpowiedziała, szukając na regałach odpowiedniego sprzętu.

Uzupełniła bransoletkę strzałkami, założyła cienką, prawie niewidoczną kamizelkę kuloodporną i spadochron. Biegnąc do półek z bronią, zabrała jeszcze małą słuchaweczkę z mikrofonem.

– Ene due like fake, snajper, agent czy amator – przypomniała sobie swoją starą wyliczankę, kiedy wybierała rodzaj broni.

– Weź agenta. Najwygodniejszy na tego typu akcję – doradził Darek, który pojawił się obok niej nagle i bez ostrzeżenia.

Kiedy była już gotowa, poszli razem do samochodu i ruszyli z piskiem opon w stronę najwyższego wieżowca w mieście.

Jak zwykle o tej porze, ulice były zakorkowane. Robi siedziała z laptopem na kolanach i cały czas śledziła ruch Neta. Przemieszczał się skokowo, co mogło oznaczać tylko jedno. Utknęli w korku.

Niecierpliwie stukała palcami w oparcie. Normalnie wyciągnęłaby na dach koguta, ale teraz jak na złość nie mieli go w samochodzie. Darek co pewien czas też zerkał na monitor i sprawdzał położenie celu.

– Są na miejscu – mruknęła Robi po pewnym czasie.

– Pół minuty i my też jesteśmy!

Nie mylił się. Chwilę później znaleźli się pod Sky Tower. Stała tam już czarna furgonetka, a czwórka porywaczy prowadziła Neta do drzwi.

– To oni. Wkraczam do akcji. Monitoruj i informuj.

– Uważaj na siebie, Robi.

– Spoko – zaśmiała się, podając mu laptopa, i wysiadła z samochodu.

Przebiegła przez ulicę i wbiegła po schodach do wieżowca. Wpadła do ogromnego holu pełnego ludzi. Stanęła na palcach i rozejrzała się dookoła. Jej cel wsiadał do windy.

– Zrób coś z nią. Zatrzymaj, albo coś – szepnęła do mikrofonu, biegnąc w tamtym kierunku.

– Czekaj, włamuję się do systemu.

– Szybciej! Są już na trzecim! – syknęła Robi i chwilę później po drugiej stronie korytarza zauważyła drzwi prowadzące na schody ewakuacyjne. – Zatrzymaj ich jak najszybciej. Ja biegnę na górę!

Wpadła przez drzwi na klatkę schodową. Skacząc na co trzeci stopień, wspinała się na górę. Była już na czwartym piętrze. Zatrzymała się i odezwała się do Darka:

– No i co?

– Zatrzymana na czwórce – odpowiedział z ulgą.

Przewróciła oczami i pognała piętro wyżej. Wybiegła z klatki na hol główny i rozejrzała się dookoła. Na szczęście nikogo tu nie było. Tylko ona i szare ściany wieżowca. Im mniej świadków, tym lepiej.

Podbiegła cicho do windy i ręcznie rozsunęła drzwi. Zeszła ostrożnie na dach i przywarła do niego w pozycji leżącej.

– Już – szepnęła prawie bezgłośnie do zegarka, a winda ruszyła.

Przez kratki w suficie widziała osoby, które były w środku. Dwóch porywaczy stało spokojnie na środku. Rozmawiali szeptem i uśmiechali się złowrogo. W rogu siedział skulony i przerażony Net, który ze łzami w oczach patrzył na przeciwników. Napastnicy nie byli świadomi, że ich zdobycz zostanie odbita już za około trzydzieści pięter.

Leżała w bezruchu na dachu, a winda spokojnie jechała w górę. Nie zatrzymywała się nigdzie. Darek o to zadbał. Dojeżdżali już na szczyt. Czterdzieste piąte, czterdzieste szóste i nagle przez myśl przemknęła Robi dość realna i problematyczna wizja. Nie miała pojęcia, czy zmieści się między windą a sufitem. Ryzykowała, że zostanie zgnieciona i na tym skończy się jej akcja.

Byli już w połowie ostatniego piętra. Rozpłaszczyła się jak tylko mogła, mając nadzieję, że to wystarczy. Nagle poczuła, jak coś przygniata ją do sufitu. Żebra ugięły się na maksimum możliwości, a ona wstrzymała oddech i zacisnęła zęby.

Porywacze i ich ofiara wysiedli, a chwilę później drzwi się zamknęły.

– Opuść tę windę, co? – syknęła cicho ostatnimi resztkami powietrza.

– Już się robi – usłyszała odpowiedź, a winda zjechała pół piętra w dół.

Wszystkie żebra wróciły do dawnej postaci. Robi wstała, wyprostowała się i wzięła głęboki oddech.

– Pij mleko, będziesz wielki – zaśmiała się, rozchylając drzwi, i wyskoczyła na piętro.

Nie było tu nic innego poza wyjściem na dach. To była jedyna i zarazem genialna możliwość ucieczki. Biegnąc po schodach, wyobraziła sobie najbardziej typową możliwość. Po Neta i jego "strażników" przyleci śmigłowiec. Jednak zważając na wcześniejsze wyczyny przeciwnika, odrzuciła ten pomysł jako zbyt banalny i przewidywalny.

Wybiegła na zewnątrz. Czekali na coś na samym środku. Patrzyli w niebo. Robi zakradła się bliżej i ukryła za jakąś skrzynią. Kiedy miała już wkroczyć do akcji, usłyszała jakże charakterystyczny dźwięk wydawany przez wirnik helikoptera. Pokręciła głową z politowaniem i wystawiła głowę ze swojej kryjówki. Porywacze stali przodem do niej, więc nici z ataku z zaskoczenia, ale jeśli chciała zdążyć przed przylotem następnych, to musiała działać teraz.

Jeden celny strzał strzałką usypiającą i jeden padł na ziemię. Drugi ją zauważył i kiedy do niego wycelowała, zasłonił się Netem jak tarczą. Trafiony chłopak zawisł bezwładnie na jego rękach, a on odrzucił go na bok i ruszył w stronę Robi. Chwilę potem już spał u stóp nastoletniej agentki.

Robi podbiegła do Neta i uklękła przy nim. Na szczęście żył. Zaśmiała się pod nosem.

– Siniaki. Jak się obudzisz, nie będziesz zbyt zadowolony. Do tego te brudne markowe ciuchy – szepnęła rozbawiona, kiedy podnosiła go z ziemi.

Ciągnęła go już w stronę drzwi, ale nagle tuż nad budynkiem pojawił się śmigłowiec. Wyskoczyło z niego dwóch napastników, którzy zaczęli strzelać. Robi, widząc, że może nie dobiec do klatki schodowej, będąc pod ostrzałem, schowała Neta w swojej dawnej kryjówce i wyciągnęła pistolet. Nie miała zamiaru nikogo zabić, poza tym i tak by się nie udało, bo przeciwnik był zabezpieczony od stóp do głów. Wycelowała w lufę karabinu jednego z nich. Trafiła, a broń była już nie do użytku. Taki sam los spotkał drugiego napastnika.

Zdenerwowani mężczyźni rzucili się na nią, ale ona zrobiła zręczny unik. Wiedziała, że nie ma sensu obrywać w walce siłowej, gdzie nie miałaby szans. Musiała wykorzystać swoje różnego rodzaju podstępy. Po krótkiej szarpaninie dwóch atakujących pokonało się wzajemnie, a Robi wyszła z tego bez najmniejszego zadrapania.

Kiedy wróg leżał nieprzytomny, zabrała Neta, zaciągnęła go na skraj dachu i przypięła do siebie. Śmigłowiec zaczął lądować. Uśmiechnęła się tryumfalnie do pilota i pomachała mu rozbawiona, po czym skoczyła i od razu otworzyła spadochron.

Jak na taki skok, budynek był dość niski i istniało ryzyko, że z dość dużą prędkością wbiją się w asfalt ulicy. Do tego zmienny wiatr, wiejący między budynkami, utrudniał ustabilizowanie lotu.

– Zadanie wykonane! – zawołała zadowolona do zegarka, kiedy zbliżali się już do ziemi, ale nikt się nie odezwał.

Wylądowali twardo na środkowym pasie, tuż przed ciężarówką, której kierowca, widząc, co się dzieje, zahamował z piskiem opon. Robi podziękowała zszokowanemu mężczyźnie skinieniem głowy, zebrała spadochron i zaciągnęła Neta na umówione miejsce, gdzie miał czekać Darek.

Rozejrzała się i ku swojemu zdziwieniu nie zauważyła samochodu. Nie było tu nikogo. Zaniepokoiła się lekko.

– Tato? – zapytała do zegarka. – Jesteś gdzieś?

Cisza. Nikt nie odpowiedział. Obracała się nerwowo na wszystkie strony, ale nic to nie dawało. Wszędzie krążyło pełno samochodów, ale nigdzie nie widziała tego należącego do Darka. Tramwaje, rowery i piesi, ale po agencie nie było śladu!

– Pewnie łączność padła – westchnęła sama do siebie i usiłując nie upuścić Neta, wyciągnęła telefon.

Wybrała odpowiedni numer i czekała w napięciu. Nic z tego. Abonent poza zasięgiem sieci.

– Obudziłbyś się w końcu! – wrzasnęła zdenerwowana na Neta, który osunął się na ziemię. – Nie dociągnę cię do domu, nie wzbudzając podejrzeń!

Chłopak nawet nie drgnął. Przeklęła pod nosem i podniosła go z chodnika. Zataczając się pod jego ciężarem, ruszyła w stronę postoju taksówek, który był za rogiem.

Podeszła do jednego z samochodów i otworzyła drzwi. Posadziła Neta i siadła obok niego. Uśmiechnęła się do brodatego kierowcy.

– Na ulicę Pyłkową poproszę – powiedziała, podtrzymując chłopaka, by nie poleciał na bok.

– Się robi – mruknął taksówkarz i odpalił silnik.

Jechali przez miasto. Godziny szczytu minęły, więc na ulicach nie było korków. Słońce świeciło jej prosto w oczy przez lekko przyciemnianą szybę. Wyjechali już z centrum i mknęli przez osiedla domków jednorodzinnych. Nagle Net się obudził. Podskoczył przerażony i rozejrzał się dookoła po taksówce. Kiedy zobaczył Robi, krzyknął z przerażenia.

– Gdzie jestem?! Coś ty za jedna?! – zaczął się wydzierać na całe gardło, a przerażona sytuacją agentka zasłoniła mu usta ręką.

– Co mu się stało? – zapytał kierowca mocno zdziwiony.

– Jest wstawiony po imprezie... Sam pan rozumie. Świętował osiemnastkę – stwierdziła, uznając, że taka wymówka najlepiej wyjaśnia tę sytuację.

– Wszystkiego najlepszego, kolego – zaśmiał się do Neta, który z paniką w oczach patrzył na coś za oknem. – Dobra z ciebie koleżanka, że odprowadzasz kolegę... Nietrudno o wypadek, czy coś...

– Tak, tak – mruknęła zamyślona. – Może nas pan tu wysadzić?

– Oczywiście – odpowiedział taksówkarz i zatrzymał się. – To będzie pięćdziesiąt złotych.

– Proszę – wymamrotała Robi, podając pieniądze. – Do widzenia.

Siłą wyciągnęła z auta wiercącego się chłopaka i pociągnęła za sobą.

– Co ty wyprawiasz?! Za kogo ty się masz! – wykrzykiwał Net, wyrywając się dziko. – Jak ja wyglądam! Plamy! Siniaki! Porwałaś mnie!

Robi zatrzymała się nagle i popatrzyła z nienawiścią na niego, a on na chwilę zamilkł.

– Czy możesz być cicho? – zapytała, siląc się na spokojny ton głosu.

– Porwałaś mnie!

Przewróciła oczami i subtelnie rozejrzała się dookoła. Jakimś szczęśliwym zbiegiem okoliczności nikogo w okolicy nie było. Uśmiechnęła się spokojnie i użyła swojej cudownej bransoletki. Teraz znów musiała ciągnąć za sobą spory ciężar, ale przynajmniej zapadła błoga cisza.

W końcu po jakimś czasie udało jej się dotrzeć do domu. Przeszła przez ogród i weszła do środka.

– Jestem! Bilans dzisiejszego dnia wypada nie najgorzej. Uratowałam Neta, nie zastrzelił mnie snajper i ogólnie przeżyłam cała i zdrowa – zawołała, sadzając Neta pod ścianą.

Nikt się jednak nie odezwał. Cała ta sytuacja coraz bardziej niepokoiła Robi. Przeszła do salonu, potem do kuchni i do łazienki. Nikogo nie było.

– Tato? – zawołała, wchodząc po schodach na piętro.

Wtedy zadzwonił telefon. "To na bank Darek", pomyślała i zbiegła po schodach. Skoczyła w kierunku słuchawki i odebrała.

– Tato, no w końcu! – zawołała rozradowana.

– Nie ciesz się tak – odezwał się obcy i gruby głos. – Jeśli chcesz zobaczyć swojego ojczulka żywego, to przyjdziesz jutro grzecznie w samo południe do starego magazynu pod Wrocławiem. Wiem, że wiesz, gdzie on jest. Masz być sama, bo inaczej kula w łeb dla twojego tatusia i dla ciebie – powiedział mężczyzna i rozłączył się.

Robi stała jak wryta. Nie wierzyła w to, co usłyszała. Nie chciała dopuścić do siebie myśli o tym, że Darek, świetny agent, został tak po prostu porwany. Nie wiedziała, jak mogło się to stać. Zrozpaczona padła na podłogę i popatrzyła bezradnie w sufit. Skoro Darek nie dał im rady, to co miała powiedzieć szesnastolatka? Nie miała pojęcia, co robić. Teraz została z tym wszystkim sama.

– Porwałaś mnie! – krzyknął ktoś siedzący pod ścianą przy wejściu do salonu.

– Świetnie! Jeszcze ciebie mam na głowie! – syknęła przez łzy, łapiąc się za głowę. – Dla jasności... nie porwałam cię!

– To mnie wypuść! Natychmiast.

– Nie – mruknęła, wstając z dywanu.

Podeszła do okna i popatrzyła w niebo. Pokręciła głową i odwróciła się do Neta, który stał z założonymi rękami obok kanapy.

– Dlaczego mnie więzisz? – zapytał oburzony. – I kim ty u licha jesteś?

– Cicho bądź.

– Chyba mam prawo wiedzieć, kto mnie więzi!

– Nie. Właśnie nie masz prawa tego wiedzieć – syknęła, wpatrując się w niego z nienawiścią.

– Może milej?! Nie życzę sobie takiego traktowania.

– A kim ty jesteś, żeby sobie czegoś życzyć?! – zaśmiała się ironicznie Robi, po czym dodała smutno: – To wszystko twoja wina! Gdyby nie ty, nigdy by nie... Nieważne!

– Co tu jest grane?!

– Nie mam nastroju na rozmowy, więc przymknij się, zanim się porządnie zdenerwuję – powiedziała w miarę opanowanym głosem, podchodząc do niego.

– Masz mi powiedzieć.

Tego było za wiele. Złapała go za ramię i siłą posadziła na fotelu. Popatrzył na nią oburzony, a ona z trudem powstrzymała się od zręcznego prawego sierpowego w nos.

– To moja najlepsza bluza! Podrzesz i co będzie?!

– Zszyjesz sobie? – zaproponowała ironicznie.

– Po co? W sumie lepiej kupić nową. Szycie jest dla frajerów.

– Jaki ty jesteś... – zaczęła i wzięła głęboki oddech, by nie powiedzieć czegoś głupiego. – Ty jesteś po prostu okropny.

– Jakim prawem szarpiesz mnie za ubrania?!

– Prawem nadanym mi przez Rzeczpospolitą Polską – syknęła, mając nadzieję, że Net weźmie to za dobry żart.

– Tak, eche. A ja jestem gwiazdą rocka – mruknął z ironią, patrząc na nią jak na wariatkę. – Ty jakaś dziwna jesteś! Skaczesz na mnie w szkole, teraz to... Moi rodzice będą wściekli!

– Oj, tak. Będą. Na mnie. A teraz siedź cicho i chodź. – Zmusiła go do wstania i zaciągnęła pod drzwi do piwnicy.

Przystawiła oczy do skanera i weszła do środka. Pchnęła Neta na drugie drzwi i kazała mu usiąść.

– Co jest za drugimi? – zapytał zdenerwowany, ale równocześnie zaciekawiony.

– Nie twój interes. A teraz mnie posłuchaj. Nie zabiję cię, bo nie to mam na celu, ale wiedz, że jeśli wywiniesz coś głupiego, źle się to dla ciebie skończy. Nie zmuszaj mnie do czegoś, czego będę żałować.

– Ty mi grozisz?!

– Nie. No coś ty! Cicho i śpij – syknęła i zamknęła drzwi.

Oparła się o ścianę i odetchnęła. To wszystko zaczęło ją przerastać. Mimo wszystko plan na jutro miała jasny i klarowny. Pójść na umówione miejsce i nie dać się zabić. Wiedziała, że pakuje się w paszczę lwa, ale nie miała wyboru.

Rozdział piątyKOD Czerwony

Nie spała całą noc. Nie mogła. Przewracała się z boku na bok i myślała nad strategią. Domyślała się, że na pewno przeciwnik będzie uzbrojony po zęby, więc musiała wymyślić coś, co uczyniłoby broń zbyteczną. Jedno było pewne. Jej strzałki usypiające na nic się tu zdadzą. Branie pistoletu albo karabinu też nie miało sensu, bo zanim zdążyłaby wycelować, byłaby już martwa.

Siedziała na łóżku i myślała. W końcu stwierdziła, że nie ma sensu odchodzić od swojej sztandarowej zasady "im mniej zaplanowane, tym mniej może się nie udać" i w końcu poszła spać. Przecież tyle razy wychodziła z opresji. Dlaczego teraz miałoby się nie udać?

Nie mogła jednak zostawić Neta na pastwę losu. Istniało przecież ryzyko, że mimo wszystko nie wróci żywa. Ktoś z agentów musiał go przejąć. Napisała krótki i dość zrozumiały liścik.

721719753

KOD Czerwony

 

Zeszła na dół po schodach i podeszła do skanera. Kiedy drzwi się otworzyły, zobaczyła Neta, który siedział oparty o ścianę. Był wściekły, a podkrążone oczy świadczyły o tym, że przez całą noc nie spał. Przykucnęła przy nim.

– O nic nie pytaj. Jeśli nie wrócę do godziny dwudziestej, dzwonisz pod ten numer, z tego telefonu – mruknęła, podając mu sporych rozmiarów słuchawkę. – I mówisz to, co tu masz napisane.

– Co jeśli zadzwonię po pomoc? – zapytał zaciekawiony.

– Nie zadzwonisz. Z niego można dzwonić tylko na ten numer z karteczki, więc nic głupiego nie wymyślisz.

– Ale...

– Nie pytaj. Po prostu wykonaj. O dwudziestej.

Cofnęła się i zamknęła drzwi, zostawiając Neta samego. Miała nadzieję, że zrobi to, o co go prosiła, i nie wymyśli czegoś głupiego, co mogłoby ściągnąć kłopoty na nią i na niego. Od niego zależało jego życie i ewentualne pośmiertne odznaczenie dla niej.

Południe zbliżało się nieuchronnie. Kiedy nadeszła odpowiednia chwila, Robi wyszła z domu. Wyciągnęła quada z garażu i ruszyła w stronę magazynu. Musiała objechać dookoła ponad pół miasta.

Dzień był ciepły i słoneczny. Było jej strasznie gorąco. Kamizelka i trzy warstwy ubrań przy tej temperaturze powietrza dawały ostro do wiwatu. Jedyne ukojenie przynosił letni wietrzyk wiejący wśród pól i łąk.

W końcu zobaczyła w oddali swój cel. Był to dość duży i niski budynek. Ściany miał wykonane z typowych dla magazynów i supermarketów blach. Przed nim stał stary wózek widłowy i porozsypywane kartony różnej wielkości.

Zatrzymała się kilka metrów od wejścia i zeszła na ziemię. Rozejrzała się dookoła. Pod drzewem kilkanaście metrów dalej stała furgonetka.

– Czyli już jesteście – szepnęła sama do siebie, zbliżając się powoli do otwartych drzwi.

Weszła do środka. Była to ogromna, pusta hala z kilkoma stertami kartonów rozstawionymi bez ładu. Ukryła się za jedną z nich i przeszukała wzrokiem cały teren. Zauważyła pięć osób w przeciwległym rogu. Cztery stały, a piąta siedziała na kartonie.

– Darek – szepnęła cicho Robi, wyglądając ze swojej kryjówki.

Nagle ktoś złapał ją za ramię. Podskoczyła z zaskoczenia i odwróciła się do tyłu. Był to stosunkowo młody chłopak o ciemnobrązowych włosach i brązowych oczach. Był wysoki i szczupły, o miłym wyglądzie twarzy. Ubrany był na zielono, tak jak reszta, a na prawym nadgarstku miał płócienną opaskę z jakimś tajemniczym symbolem. Oczywiście był uzbrojony i mierzył prosto w głowę Robi.

Wyciągnął ją z ukrycia i pociągnął na środek hali. Zatrzymał się i puścił ją, wciąż trzymając na muszce.

– Robi, uciekaj stąd! – zawołał głośno Darek, za co oberwał pięścią w twarz.

Ona twardo stała. Wiedziała, że musi, że nie ma innego wyjścia. Wpatrywała się w tamtą gromadkę, co chwilę zerkając w stronę chłopaka stojącego obok. Uciec nie miała jak, na pokonanie wszystkich też nie miała szans. Była na straconej pozycji.

– Mieliście go wypuścić! – zawołała, siląc się na spokojny ton głosu, choć kolana miała jak z waty.

– Nie przypominam sobie, żeby to było w umowie. Mówiłem, że zobaczysz go żywego. Tadaaam... Oto jest. Wywiązaliśmy się z umowy.

Robi przymrużyła oczy, próbując wymyślić jakiś plan. Postanowiła zrobić to, co w tej chwili wydawało jej się najrozsądniejsze. Pokonać bezpośrednie zagrożenie i potem zagrać podstępem.

Skoczyła w stronę młodego chłopaka obok i podcięła mu nogi. Poleciał na ziemię, a ona razem z nim, bo poślizgnęła się na podłodze. Przeklęła w myśli trampki, które po raz kolejny zawiodły ją w akcji. Wstała najszybciej jak umiała i wytrąciła nogą broń przeciwnikowi. Potem ruszyła biegiem w stronę najbliższych kartonów.

Chwilowo była bezpieczna, ale przecież musiała jakoś dostać się do Darka. Wystartowała pędem w stronę następnego stosu i ukryła się za nim. Po drodze oczywiście chcieli ją trafić, ale udało jej się uniknąć kul.

W końcu była już najbliżej, jak się dało. Idąc dalej, nie miała się za czym schować. Wybiegła więc prosto na nich. Jakimiś cudem cała i zdrowa dobiegła do Darka. Kiedy chciała uwolnić mu ręce, jeden ze stojących obok mężczyzn jednym ciosem powalił ją na ziemię i przydusił do podłogi nogą. Wycelował w głowę i uśmiechnął się szyderczo.

– Zostawcie ją! Zabijcie mnie! – krzyczał Darek, próbując się uwolnić.

Wtedy nagle wszyscy zamarli w przerażeniu i nasłuchiwali. Powodem tego był zbliżający się śmigłowiec i syrena policyjna. Zapomnieli zupełnie o Robi, która bezbronna leżała u ich stóp. Złapali agenta za koszulę i rzucili się do ucieczki.

Po chwili Robi wstała i wybiegła z magazynu za nimi. Myślała, że może uda jej się teraz coś zdziałać. Niestety oni zapakowali się już do samochodu. Kiedy zobaczyli, że agentka biegnie w ich kierunku, jeden z nich strzelił do niej i trafił prosto w mostek.

– Nie! – krzyknął zrozpaczony Darek, widząc, jak Robi pada na ziemię.

Zanim złapała oddech i zdołała się pozbierać, oni już odjechali. Siadła na trawie i ukryła twarz w dłoniach. To była kompletna porażka. Nie udało jej się nic, a do tego ojciec, nie wiedząc, że ma kamizelkę, widział, jak postrzelona pada na ziemię.

Siedziała tak dosyć długo. W końcu przypomniała sobie o Necie i o zadaniu, jakie mu zostawiła. Stwierdziła, że powinna wracać, by mieć pewność, że zdąży przed dwudziestą.

Wsiadła na quada i ruszyła w drogę. Jechała tą samą trasą, ale mimo to podróż dłużyła jej się okropnie. Miała dość dużo czasu, ale wciąż zerkała niespokojnie na zegarek.

W końcu zatrzymała się przed domem. Zeskoczyła na trawę i przebiegła pędem przez ogród. Wpadła przez drzwi wejściowe i pognała do piwnicy. Zbliżyła oczy do skanera.

Net trzymał telefon i wstukiwał jakiś numer. Mała karteczka leżała obok. Schyliła się, podniosła ją i podarła na strzępy. Odwróciła się i poszła do salonu.

Zdezorientowany Net wstał i ruszył za nią.

– O co dzisiaj chodziło, co? – zapytał, przyglądając jej się podejrzliwie. – I co ci się stało?

– Net, człowieku! Miałeś nie pytać – syknęła, patrząc błagalnie w sufit.

– Chyba mogę wiedzieć cokolwiek!

– Net. Mój drogi. Nie chce ci się może spać? – zapytała spokojnie, odwracając się do niego.

– Nie, a co?

– Za jakie grzechy? – szepnęła, prawie płacząc, po czym uśmiechnęła się lekko i zapytała z nadzieją w głosie: – A pić? Mam pyszny sok jabłkowy.

– Pić to ja bardzo chętnie – odpowiedział zdziwiony uprzejmością Robi.

– To poczekaj.

Poszła do kuchni. Otworzyła lodówkę i wyjęła z niej karton napoju. Rozlała go do dwóch szklanek i rozejrzała się dookoła, upewniając się, że Net jej nie widzi. Wyciągnęła z szuflady małą, zieloną buteleczkę i dodała kilka kropel bezbarwnego płynu do jednej ze szklanek.

Wróciła do salonu i podała ją chłopakowi.

– Dzięki – mruknął i wypił duszkiem całą zawartość.

– Nie ma sprawy – szepnęła Robi, uśmiechając się błogo, zabrała mu naczynie i w myślach zaczęła odliczać od pięciu w dół.

Kiedy doszła do zera, Net ziewnął, zatoczył się i upadł na podłogę. Zaśmiała się pod nosem i usiadła wygodnie na kanapie.

– Nareszcie cisza... Reks! – zawołała.

Po chwili pies był tuż przy niej. Polizał ją po twarzy, ciesząc się na jej widok, po czym zaczął się rozglądać za Darkiem. Popatrzył na nią smutno i położył delikatnie łeb na jej kolanach.

Po jakimś czasie siedzenia i rozmyślania postanowiła pójść na strych i poszukać wśród starych akt i notatek Darka jakiegoś rozwiązania.

Wstała i ruszyła na poddasze. Wdrapała się po drabinie. Stanęła na zakurzonej już podłodze, po której od około roku nie chodził nikt. Stały na niej kartony pełne akt, teczek i notatników. Na wysoko zawieszonej półce leżały różne albumy. Robi wzięła jeden i otworzyła go. Uśmiechnęła się na widok zdjęć z jej pierwszych treningów, akcji Darka na Saharze i tresury Reksa, kiedy był jeszcze szczeniakiem. To były takie spokojne czasy. Teraz życie Darka było zagrożone i niczego nie mogła być pewna.

Znalazła w końcu notatki na temat grupy, która poluje na Neta. Nie było żadnych szczegółów, ale po wnikliwym przestudiowaniu można było coś z nich wywnioskować. Zabrała je i zeszła z powrotem do salonu.

Zegar wskazywał już pierwszą w nocy, a w pokoju nie paliło się żadne światło. Siedziała po turecku na kanapie i przeglądała uważnie dokumenty. Nadal nie miała zielonego pojęcia, jak rozwiązać sprawę porwania. Coraz częściej przez głowę przelatywała jej myśl, że tym razem nic nie zdziała jako niezależna agentka. Zaczęła się zastanawiać nad nawiązaniem kontaktu z resztą.

Nagle usłyszała, jak coś rusza się na podłodze. Popatrzyła w tamto miejsce i zobaczyła zaspanego Neta, o którym przez to wszystko zapomniała.

– Uważaj, bo uderzysz głową w stół – ostrzegła go spokojnym głosem, nie odrywając się od lektury.

– To ty?! Jesteś tu gdzieś? – zapytał siadając i oczywiście z impetem rąbnął głową w stół.

– No jak widać – mruknęła, przewracając oczami.

– Właśnie nic nie widać! Nie ma nawet latarni ulicznych.

– Bo tu takich nie ma...

– Nic nie widzę!

– Ach, no tak! Zapomniałam – zaśmiała się cicho pod nosem i rzuciła pluszowym szczurem, który leżał obok niej, we włącznik światła na drugim końcu pokoju. – I stała się jasność!

– Jak ty, do jasnej Anielki, trafiłaś w tych egipskich ciemnościach?! – pisnął zdezorientowany Net, siedząc w bezruchu na podłodze i patrząc na Robi z niedowierzaniem.

– Jakich ciemnościach... A, no tak. Nieważne.

– Ty widzisz w mroku?

– Można tak to ująć.

Wstał, zataczając się lekko, i w pośpiechu oddalił się w stronę fotela. Siadł na nim i przyjrzał się agentce dokładnie. Zapanowała zupełna cisza przerywana tylko cichym sapaniem śpiącego w kącie Reksa.

– Kim ty jesteś? A może czym?

– Co? – zapytała, upuszczając ze zdziwienia notatnik na ziemię.

– Wtedy na podwórku znalazłaś się przy mnie w ułamku sekundy i powaliłaś mnie na ziemię. Przytrzymałaś mnie tak, że nie mogłem się ruszyć, a przecież powinienem być silniejszy niż ty! Robisz ze mną, co chcesz. Nie chcesz pytań, jesteś tajemnicza jak nie wiem co! – powiedział na jednym wdechu, a potem dodał piskliwym głosem: – I widzisz w ciemnościach...

– Net, ty nic nie rozumiesz.

– Czym jesteś? Superbohaterem?!

– Net!

– Zombie?

– Co?!

– Wiem! Wampirem! To by pasowało.

– Wampirem?! Ale... Net!

– Jesteś wampirem...

– Widziałeś kiedyś jakiegoś, że masz taką pewność? Net, myśl logicznie. Pogódź się z tym, że po prostu żyję, jestem i raczej nie zniknę w najbliższym czasie. Przynajmniej mam taką nadzieję. Te informacje ci wystarczą.

– Jesteś niezniszczalna. Przyszłaś do domu z dziurą w bluzce. Myślisz, że nie wiem od czego?

Robi spojrzała błagalnie w sufit. Nie mogła mu powiedzieć, kim jest. Nie ufała mu. Z drugiej strony, jego pytania doprowadzały ją do szału. Popatrzyła na niego, jak gdyby nigdy nic się nie stało.

– Porwała się w sklepie. Trudno. A teraz posłuchaj. Jutro wychodzę.

– Gdzie?

– Nie twój interes. A teraz czas spać – mruknęła i wstała.

Podeszła do Neta i zmusiła go do wstania. Zaprowadziła go do piwnicy i otworzyła pierwsze drzwi magazynu. Posadziła go na ziemi.

– To nieludzkie traktowanie! Znów mam spać na podłodze?

– Może jutro się to zmieni. Śpij.

Poszła do swojego pokoju i po ciężkim dniu w końcu zasnęła.

Rozdział szóstyPolscy Agenci Specjalni

Obudziła się o świcie i usiadła na łóżku. Przeciągnęła się leniwie i spojrzała w stronę okna. Słońce skryło się za ciężkimi i ciemnoszarymi chmurami, a mgła spowiła pola w okolicy. Robi uśmiechnęła się lekko na ten widok, bo to oznaczało gorszą widoczność, a co za tym idzie, trudniejsze namierzenie jej w czasie wyprawy.

Po cichu, na palcach zeszła na dół i poszła do kuchni. Wzięła z lodówki wczorajszą kanapkę, żeby nie iść na głodnego. Potem chciała udać się do piwnicy po jakąś broń, ale zatrzymała się w pół kroku, kiedy zdała sobie sprawę, że na przeszkodzie stoi Net. Chcąc nie chcąc, musiała działać na sprzęcie, którego używała od akcji w wieżowcu. Sprawdziła magazynek.

– Cholera – przeklęła cicho, widząc, że zostało tylko pięć naboi.

Nie mając jednak innego wyboru, schowała broń do kabury i ukryła ją pod koszulką. Ściągnęła z półki okulary termowizyjne i wyszła na dwór. Wsiadła na quada i ruszyła w stronę lasu.

Jechała tuż obok drzew. Wszędzie panowała głucha cisza i tylko od czasu do czasu odzywały się wrony latające we mgle. Nagle usłyszała śmigłowiec gdzieś w oddali. Zbliżał się i to z dość dużą prędkością. Zaczęła się nerwowo rozglądać, mając nadzieję, że to policja albo lotnicze pogotowie. W końcu go zobaczyła. Leciał bardzo nisko, płozami prawie ocierał się o kukurydzę rosnącą na pobliskim polu. Mając złe przeczucia, przyspieszyła gwałtownie i pomknęła przed siebie, podskakując na krzywym terenie. Śmigłowiec był coraz bliżej. Był mały i cały czarny. Z pokładu wychylił się ktoś z karabinem i zaczął strzelać w stronę Robi.

Chcąc go pokonać taktycznie, skręciła ostro w stronę łąki. Jechała po otwartym terenie prosto w stronę krzaków. Pociski trafiały w ziemię tuż za nią, a śmigłowiec leciał jakby wyżej niż chwilę temu. Wiedziała, że ma tylko pięć szans na obronę, co w obliczu takiego wroga dawało średnie szanse na powodzenie.

Gumką do włosów zablokowała quada na pełnym gazie. Kiedy wjechał w gęste zarośla, zeskoczyła z niego i przywarła do ziemi. Śmigłowiec poleciał za nim, ale niestety po chwili jego pasażerowie zorientowali się, że ścigają sam pojazd. Strzelili w bak i potężny huk przegonił wszystkie ptaki z okolicy. Wśród wysokich traw pojawił się płomień i gęsty dym. Wróg zawrócił i teraz leciał prosto na Robi, która nadal kryła się pomiędzy gałęziami krzaków. Zobaczyli ją i zaczęli strzelać. Kiedy byli tuż nad nią, uniosła broń, wycelowała i otworzyła ogień. Jej celem było śmigło ogonowe.

W końcu, kiedy wystrzelała całą zawartość magazynka, osiągnęła swój cel. Śmigłowiec zatrząsł się niebezpiecznie, a strzelec pokładowy runął z kilkunastu metrów na ziemię. Pilotom udało się awaryjnie posadzić maszynę, ale byli za daleko, by móc stanowić zagrożenie, więc Robi ruszyła w tym samym kierunku, co wcześniej.

Po jakimś czasie doszła do starej szopy stojącej samotnie w polu tuż przy granicy lasu. Podkradła się do frontowej ściany i przykucnęła, kryjąc się za wysokimi pokrzywami. Rozejrzała się dookoła i założyła okulary termowizyjne.

Odetchnęła z ulgą, kiedy okazało się, że w okolicy nie ma żadnego człowieka poza nią. Ruszyła biegiem przed siebie. Gęsta mgła nadal utrzymywała się nad ziemią, skutecznie ograniczając widoczność. Słaba poświata słoneczna przebijała przez, cieńsze niż rano, chmury.

Dobiegła do małego betonowego budynku, który przypominał istną ruinę. Ze ścian odpryskiwał tynk, a z płaskiego dachu zwisały kępy dzikiej trawy. Robi uśmiechnęła się pod nosem i podeszła do przeżartych rdzą, masywnych drzwi. Położyła rękę na klamce i po kilku sekundach weszła do środka. Przeszła przez szereg zabezpieczeń, by w końcu stanąć w sali głównej.

Było to ogromne pomieszczenie, które stanowiło trzon bazy południowego oddziału PAS-u. Znajdowało się trzydzieści metrów pod ziemią. Naprzeciwko wejścia, na przeciwległej ścianie wisiał ogromny monitor, a na nim wyświetlone aktualne cele, wrogowie numer jeden oraz specjalnie wydzielony fragment przeznaczony na konferencje. Pod ekranem i przy ścianie po prawej stronie stały biurka informatyków, a na nich komputery, różnego rodzaju dodatki i udogodnienia. Na środku stał ogromny szklany stół będący jednocześnie ekranem dotykowym, służącym do planowania akcji i omawiania planów.

– Niemożliwe! Agentka specjalna RD95 we własnej osobie. Powrót księżniczki – zawołał jeden z agentów, zmierzając w jej stronę i uśmiechając się przyjaźnie.

Był dość wysoki i szczupły, ale dobrze umięśniony. Średniej długości blond włosy ułożone były w artystyczny nieład, a niebieskie oczy z sympatią patrzyły na świat. Ubrany był w typowy mundur PAS-u. Podszedł do Robi i szturchnął ją po przyjacielsku w ramię.

– Marek! Kopę lat – przywitała go Robi, uśmiechając się lekko.

– No, bez przesady. Będzie jakiś... rok – poprawił ją agent, targając jej grzywkę. – Witaj w domu. Co cię sprowadza?

– Problemy – szepnęła smutno, patrząc gdzieś w bok.

– Co jest? Gdzie Darek, nie ma go z tobą?

– No właśnie o to chodzi. Porwali go, a ja nie wiem, jak mam go odbić. Do tego mam ochronę Neta na głowie.

– No to złe wieści – mruknął zadumany, po czym popatrzył na nastolatkę. – Chodź, pogadamy w spokoju.

Ruszył przed siebie, a ona za nim. Szli przez wąski i długi korytarz, raz po raz mijając witających ich agentów. Po obu stronach było mnóstwo drzwi prowadzących do różnego rodzaju pomieszczeń i sal.

W końcu weszli do jednego z pokoi. Była to mała salka konferencyjna. Po lewej stronie stało biurko dla informatyka obsługującego rozmowę, a na ścianie naprzeciwko wejścia wisiał sporych rozmiarów, choć nie tak duży jak w sali głównej, monitor. Poza tym nie było nic.

Marek zamknął drzwi i zapalił światło. Podszedł do Robi i zapytał spokojnie:

– Jak to się stało?

– Musiałam odbić Neta, bo go porwali, a miałam go chronić. Kiedy uciekliśmy i czekaliśmy na umówionym miejscu, on już się nie odzywał. Wróciłam do domu i też pusto. Chwilę potem zadzwonili, że go mają i mam przyjść sama. Poszłam, chcieli mnie zabić, ale im się nie udało, ale Darka zabrali. I on myśli, że ja nie żyję. Bo strzelili, ale miałam kamizelkę, ale on nie wiedział, że ją mam – opowiedziała zdenerwowana Robi, mówiąc z prędkością karabinu maszynowego. – Tata żyje, Net jest ze mną, a ja nie wiem, co robić!

– Spokojnie... Robi. Nic ci nie jest? Ktoś cię śledził? – zapytał, przytrzymując ją za ramiona i patrząc jej prosto w oczy.

– Był śmigłowiec, ale musieli awaryjnie lądować, bo odstrzeliłam im śmigło ogonowe. Strzelec pokładowy wypadł z kilkunastu metrów i chyba marnie skończył. Nikogo innego nie było.

Marek był jedyną osobą, której mogła w pełni zaufać. Przyjaciel Darka był dla niej jak rodzina i wiedziała, że na niego może liczyć o każdej porze. Znała go w końcu już od tylu lat. Nie mogła się powstrzymać, musiała komuś się wyżalić. Rozpłakała się.

– Robi, popatrz na mnie. Robi! – Zadarł jej głowę do góry i uśmiechnął się przyjaźnie. – Wszystko się ułoży. Skompletujemy zespół i odbijemy Darka. On jest świetnym agentem. Da sobie radę.

– Co jeśli go zabiją? Myśli, że nie żyję!

– Będzie dobrze. Obiecuję. Nie pamiętam przypadku, kiedy złapany tajny agent został tak po prostu zabity. Oni wolą mieć informacje niż trupa w piwnicy. Darek jest przecież przeszkolony. Umie się odnaleźć w takiej sytuacji. Musisz wiedzieć, że to nie zwykli porywacze. To zorganizowana grupa terrorystyczna i chyba nie muszę mówić która... Sama nie dasz rady.

– Delik – wycedziła przez zęby z obrzydzeniem. – Ale do tej pory mi się udawało.

– Do tej pory walczyłaś z podrzędnymi pionkami i miałaś tatę jako drużynę. W tym starciu wezmą udział przywódcy i elita. PAS jest póki co ich największym problemem. Nie ma co kryć. I zrobią wszystko, by nas wytępić jednego po drugim.

– To co mamy robić?

– Zgłaszamy to do dyrektora, ty bronisz Neta tak jak do tej pory, a my szukamy Darka.

– Nie chcę już chronić tego gbura! – wymamrotała Robi, ocierając rękawem łzy. – Chcę szukać Darka. Razem z wami.

Marek westchnął cicho i popatrzył na nią spode łba. Zastanawiał się, ile Robi wie o całej tej sytuacji i jej przyczynach. W końcu podszedł do komputera, włączył monitor i odnalazł folder z danymi o sprawie Neta Bore'a. Otworzył jedno ze zdjęć, które przedstawiało parę dorosłych osób i ich syna, na tle willi.

– Kogo tu widzisz? – zapytał agent, okręcając się na krześle obrotowym w stronę Robi.

– Gbura z rodzicami, czyli superbogatą rodzinę przesączoną czystym złem – syknęła, stojąc z założonymi rękami.

– Powiedzmy, że wszystko się zgadza – zaśmiał się cicho Marek, patrząc na zdjęcia – z wyjątkiem tych rodziców. Co o nich powiesz?

– Podli i bezduszni przywódcy terrorystów. Mordercy. I ich tępy syn, który będzie taki jak oni.

– Pierwsze dwa zdania poprawne. Dalsza część nie. Sami odkryliśmy to niedawno, ale Net nie jest z nimi spokrewniony ani trochę. To syn pechowych ofiar jednego z ich zamachów. Naszych agentów. Nie wiemy, czemu go wzięli pod opiekę. Nagły przebłysk człowieczeństwa? Czy naiwna myśl, że trzylatek wie cokolwiek o pracy rodziców i cokolwiek im wyjawi? Tego nie wiemy. Jedno możemy przypuszczać. Wystraszyła ich ogromna fascynacja agentami i wojskiem ich "synka", więc postanowili go wykończyć za pośrednictwem znanego ci Krzysztofa Zuo, bo bali się, że zacznie sypać na temat ich planów. I tu pojawiasz się ty, bo z powodzeniem blokujesz ataki troskliwych rodziców.

Robi stała w bezruchu, wpatrzona w Marka. Nie wiedziała, co mówić ani co myśleć. Wszystko to brzmiało według niej jak nieśmieszny żart. W końcu drgnęła, wracając myślami na ziemię.

– Chcesz powiedzieć, że Net jest tym dobrym? – zapytała z niedowierzaniem.

– No coś w tym stylu. Dlatego tak ważne jest chronienie go i przeciągnięcie na naszą stronę. I nie wiń go za tę masakrę w dwa tysiące piątym. Nie ma nic wspólnego z tym ani niczym innym.

– Szok... Tak odrobinę – wymamrotała Robi. – No ale cóż.

– Chodź po sprzęt. W tych trampkach się prędzej czy później zabijesz.

Wyszli razem na korytarz i przeszli kilka drzwi dalej do ogromnego i jasnego pomieszczenia. Był to magazyn broni i sprzętu, z którego korzystali wszyscy agenci.

– Trochę się rozrósł przez te kilka lat, co nie? – zapytał zadowolony Marek, patrząc z uśmiechem na Robi.

– A ja myślałam, że ten w domu jest ogromny – szepnęła cicho, nie mogąc wyjść z podziwu.

– Kuba, pozwól tu! – zawołał agent. – Trzeba przygotować naszą księżniczkę do boju!

Zza jednego z regałów wyjrzał niski mężczyzna koło sześćdziesiątki. Poprawił swoje prostokątne okularki i przyjrzał się agentce dokładnie. Uśmiechnął się szeroko i kiwając się na boki, podszedł do nich szybkim krokiem.

– Kogo to mi przyszło na stare lata zobaczyć! Toż to RD95! Tyle czasu... – zawołał wesoło, tuląc ją do siebie. – Chodź, kochana, zaraz coś dla ciebie znajdziemy.

Złapał ją za rękaw i pociągnął za sobą. Wręczył jej mundur bojowy i poprosił, by przebrała się w małym pokoiku obok. Kiedy wróciła ubrana w czarne bojówki, czarny t-shirt i specjalne buty, on i Marek uśmiechnęli się do siebie i z uznaniem pokiwali głowami.

– Teraz wyglądasz jak trzeba. No to zabieramy się za uzbrojenie. Jak mniemam, nadal unikasz ostrej amunicji i śmiercionośnego sprzętu?

– Oczywiście.

– No to mam kilka rzeczy specjalnie dla ciebie. Nadal masz tę swoją bransoletkę? – zapytał i popatrzył na jej rękę, samodzielnie odpowiadając na swoje pytanie. – Czyli masz. To teraz się skup. To moje najnowsze perełki wśród gadżetów. Długopis z wbudowanym laserem, przyciemniane okulary z możliwością włączenia termowizora i kamerką. Pistolecik z bardzo wytrzymałą linką. Wiesz, jak działa?

– Z filmów i z opowiadań Darka.

– Starczy. Dalej. Strój już masz, ale buty zostały ulepszone. Podeszwa ze specjalnego tworzywa sprawia, że poruszasz się niemal bezszelestnie, i jeśli wdepniesz w coś na styl kwasu, to nawet tego nie zauważysz. Do tego pięć granatów nowej generacji.

– Siła rażenia?

– Dość spora, ale nie ma odłamków. Nie jest to wyłącznie sprzęt do walki z wrogiem. Ściany strzałką nie wysadzisz, a od tego może zależeć życie twoje lub cywilów. Granaty są lekkie i małe, więc nadają się idealnie. Mamy też nową wersję twojego zegarka. Teraz to full wypas. Nadajnik GPS, przycisk SOS, stare opcje z poprzednich wersji, minutnik, stoper i budzik.

Robi zaśmiała się pod nosem, oddała swój stary zegarek i założyła nowy. Wyciągnęła rękę przed siebie i przyjrzała mu się z uśmiechem.

– Usunęliśmy z niego tylko jedną opcję – oznajmił Jakub, podśmiewając się z zakłopotaniem. – Zastąpiliśmy ją małą słuchawką. Przyznasz chyba, że gadający zegarek tajniaka to był niewypał.

Robi, chcąc czy nie, musiała się z nim zgodzić w tej kwestii.

– Masz też słuchawkę z mikrofonem. Mniej dyskretna, ale jako agent specjalny nie zawsze masz czas gadać z nadgarstkiem.

– Perfekcyjnie – szepnęła zadowolona.

– No i wreszcie wyglądasz jak trzeba. Koniec z powiewającymi na wietrze koszulami, niepraktycznymi częściami garderoby i brakiem miejsca na sprzęt – zaśmiał się Marek, patrząc z zachwytem na nastolatkę.

– Albo trampkami, przez które o mało mnie nie zabili – dodała z uśmiechem, a agent skinął potakująco głową. – Ale póki chronię Neta, nie mogę biegać w tym stroju. On nic nie wie.

– Też prawda – szepnął cicho i zwrócił się do Kuby: – Dzięki, my się na razie zmywamy.

Wyprowadził ją na korytarz i postawił koło ściany. Stanął przed nią i patrzył na nią zamyślony.

– Może powinnaś mu powiedzieć? Dla własnego dobra. Mamy niezbite dowody na to, że jest jak jest. A jeśli nie wie, że ratujesz mu skórę, to będzie myślał, że to atak – powiedział w końcu po dłuższej chwili milczenia.

– Ja mu nie ufam. Chronię go, bo taki dostałam rozkaz.

– Robi, on może wiedzieć coś, co okaże się kluczowe w poszukiwaniach Darka.

– Zobaczymy, jak to będzie. Z racji tego, że nie jest ich synem, będę milsza. Czy coś więcej... Zobaczę – mruknęła cicho, patrząc gdzieś w bok. – Teraz muszę przebrać się za cywila i wrócić do domu.

Odeszła od agenta i pomaszerowała do "szatni". Schowała swój nowy sprzęt do plecaka i zarzuciła go na ramię. Wyszła znów na korytarz i ruszyła w stronę wyjścia. Dogonił ją jednak Marek i zatrzymał.

– Hej, księżniczko. Nie wracasz sama. Za duże ryzyko. Podwiozę cię, okej?

– Spoko.

Wyszli razem na dwór i ruszyli w stronę starej szopy. Mgła już opadła, a widoczność była idealna. Musieli bardzo uważać, żeby nikt ich nie zauważył. Mieli szczęście, że ta okolica jest raczej omijana przez wszystkich i zapuszczają się tu tylko agenci. Kiedy powstał PAS, pracownicy zadbali o zaciszne miejsce i rozpuścili plotkę, że w pobliskim lesie grasują wściekłe dziki atakujące każdego, kto się tu zbliży. Do tego najbliższy okręg wejścia do bazy jest kojarzony z zaminowaną polaną, której nikt nie odważył się ruszyć od czasów drugiej wojny światowej.

Doszli do szopy. Marek otworzył stalową kłódkę specjalnym kluczem i uchylił drzwi. Weszli do środka i ich oczom ukazało się kilka czarnych samochodów, trzy quady i osiem motocykli. Agent, uśmiechając się szeroko, otworzył jeden z czarnych i lśniących jeepów. Kiwnął ręką, zachęcając Robi, żeby wsiadła do niego.

Wyjechali na pole, a drzwi szopy automatycznie się za nimi zamknęły. Pomknęli w stronę domu agentki. Robiło się już ciemno. Słońce zniknęło za horyzontem i tylko jego ostatnie promienie rozganiały ciemność nocy.

Samochód zatrzymał się na ciemnej polnej drodze tuż przed furtką prowadzącą do ogrodu, za którym stał dom Robi. Był to nieduży, żółty budynek z czerwonym dachem. W ogrodzie rósł mały brzozowy lasek, kilka iglaków i rabatki z kwiatami. Był osamotniony, oddalony od reszty o około pół kilometra i taka sama odległość dzieliła go od lasu.

– Dasz radę sama? – zapytał zaniepokojony Marek, patrząc z troską na Robi.

– Tak, spoko. Będzie dobrze. Szukajcie Darka. Ja się zajmę Netem, ale jak tylko będzie okazja, chcę dołączyć do was! Nie chcę patrzeć bezczynnie.

– Spokojnie. Jakoś to będzie. Leć do domu i wyśpij się dobrze. Uważaj na siebie, proszę... Teraz nie tylko Net może mieć kłopoty. Znają cię i na ciebie też mogą polować.

– Nie poprawiasz mi humoru. Dobranoc – mruknęła cicho i wysiadła z samochodu.

Wzięła plecak i przeszła przez furtkę. Wolnym krokiem szła ścieżką wśród drzew, w stronę wejścia. Wyciągnęła klucze z kieszeni i weszła do środka. Zapaliła światło i rozejrzała się dookoła. Wszystko było tak, jak miało być, czyli nie zastała nieproszonych gości. Położyła wszystko pod ścianą i zeszła do piwnicy.

Otworzyła drzwi i zobaczyła Neta, który skulony siedział w kącie. Na jej widok drgnął nerwowo i przywarł do ściany. Patrzył na nią, trzęsąc się jak galareta.

– Wyłaź. Trochę się pozmieniało – szepnęła Robi.

Net wstał i powoli wyszedł do salonu, a agentka ruszyła za nim. Rozejrzał się nieufnie dookoła i niepewnie stanął za fotelem. Robi popatrzyła wymownie w sufit i dała mu znak, że bez obaw może usiąść.

– Chcesz coś do picia? – zapytała, zmierzając do kuchni.

– Znów mnie uśpisz. Nie ma mowy. Wolę uschnąć – mruknął, siedząc z założonymi rękami.

– O rany, ale ty jesteś straszny! Nie uśpię cię. Przyniosę sok...

Kiedy wróciła z kartonem z napojem i dwoma szklankami, Net popatrzył na nią podejrzliwie, a potem przyjrzał się opakowaniu.

– To nie jest jakiś płyn bojowy?

– Nie. To zwykły sok. – Nalała sobie trochę i wypiła. – Widzisz? I nic mi nie jest. Pij.

Przesiedzieli cały wieczór w milczeniu, oglądając telewizję. Robi kątem oka cały czas obserwowała swojego gościa, który siedział spięty jak na gwoździach i bał się ruszyć mimo zapewnień, że nic mu nie grozi. Po jego twarzy można było poznać, że ma ochotę zadać miliony pytań odnośnie do całej tej sytuacji, ale wiedział, że raczej nie otrzyma odpowiedzi.

Rozdział siódmyZdekonspirowana

Następnego dnia Robi obudziła się nagle z samego rana. Rozejrzała się i zaraz po tym zbiegła w pośpiechu na dół. Zakradła się na palcach do salonu, a kiedy zobaczyła śpiącego Neta, odetchnęła z ulgą. Do tej pory obawiała się, że niesłusznie aż tak mu zaufała, pozwalając spędzić noc w pokoju, a nie w piwnicy. Na szczęście obawy okazały się mocno przesadzone.

Lekko uspokojona wróciła na górę do pokoju i położyła się do łóżka. Leżała tak, wpatrując się w sufit przez dwie godziny. Myślała o Darku i o Necie. Za wszelką cenę chciała brać udział w poszukiwaniach, ale nie miała pojęcia, jak to załatwić.

Nagle usłyszała szczekanie psa. Siadła na łóżku i rozejrzała się dookoła. Nigdzie nie było Reksa, więc wstała szybko i zbiegła na dół.

– Weź go! – wrzasnął przerażony Net, kiedy tylko zobaczył Robi.

Stał w kącie kuchni, tuląc się do ściany. Drogę ucieczki odciął mu wściekły Reks, który warczał na niego, obnażając śnieżnobiałe kły. Robi podbiegła do swojego zwierzaka, złapała za obrożę i odciągnęła na drugą stronę pomieszczenia.

– Siad! – warknęła, grożąc owczarkowi palcem, odwróciła się do Neta i syknęła: – Czym ty go tak wkurzyłeś? On nigdy tak się nie zachowuje, jak nie musi.

– Chciałem sobie wziąć picie z lodówki. Usychałem z pragnienia. Jak już wracałem, to zobaczyłem psa. Wystraszyłem się i mi sok upadł do jego miski...

– No i wszystko jasne.

Podeszła do Reksa i pogłaskała go po głowie. Wysypała starą, namoczoną sokiem jabłkowym karmę i nasypała świeżą. Pies zamerdał ogonem, polizał panią po ręce i zabrał się za jedzenie.

– Ty mu kazałaś to zrobić! Nienawidzisz mnie...

– Co?! Ty dalej z tymi swoimi teoriami spiskowymi? Odpuść sobie i chodź.

– Gdzie?

– Na miasto. Musimy zrobić zakupy.

– Idź sama.

– Nie mogę. Idziesz ze mną. I jak coś wywiniesz... To popamiętasz.

– Grozisz mi? – syknął, ustawiając się z pięściami w gotowości.

– No dawaj – mruknęła Robi, patrząc na niego z politowaniem.

Net popatrzył na nią zdziwiony, machnął ręką i odpuścił.

– Nie bije się dziewczyn – mruknął pod nosem. – Nie chcę ci zrobić krzywdy.

– Gwarantuję, że nawet mnie nie trafisz – odpowiedziała z uśmiechem i odwróciła się tyłem do niego, chcąc iść do salonu.

Net zmierzył ją wzrokiem i podkradł się do niej. Skoczył, chcąc złapać ją od tyłu i powalić na ziemię. Robi jednak, słysząc jego kroki, odsunęła się w bok, a chłopak runął na ziemię. Rozbawiona kucnęła przy nim i unieruchomiła mu ręce. Pomogła wstać i pokręciła głową.

– Atak od tyłu. Najmniej honorowy i do tego źle wykonany.

Szarpnął się mocno, chcąc się uwolnić, ale nic z tego. Robi tylko się zaśmiała i pokręciła głową. Posadziła go na fotelu i puściła.

– Uspokoisz się? Zrozum w końcu. Nie mam złych zamiarów wobec ciebie, ale z drugiej strony lepiej mnie nie wkurzaj, bo jak widać, i tak ci się nie uda. Umówmy się tak... Ty nie wyprawiasz głupich rzeczy i w razie czego robisz, co mówię, a ja cię nie usypiam, nie związuję ani nic z tych rzeczy.

– Pasuje – mruknął Net, siedząc z założonymi rękami i patrząc na agentkę spode łba.

– To idziemy.

Wyszli z domu. Wiał silny i chłodny wiatr, a słońce zakryte było deszczowymi chmurami. Szli we dwójkę po opustoszałym chodniku w stronę przystanku autobusowego.

Kiedy dojechali do miasta, stanęli przed księgarnią. Net podbiegł do wystawy i stał przy niej jakiś czas z nosem przyklejonym do szyby. W końcu odwrócił się do tyłu i machnięciem ręki przywołał Robi.

– Patrz! To ta najnowsza książka, którą wszędzie reklamują! Możemy wejść? Na chwilkę! – poprosił nieśmiało.

– No dobra – mruknęła.

Weszli do środka. Wewnątrz unosił się zapach świeżo wydrukowanych książek. Robi rozglądała się niepewnie, bo miała dziwne wrażenie, że ktoś ich obserwuje. Net pobiegł do jednego z regałów i złapał za jeden ze stojących na nim egzemplarzy.

– Co to za jedna? – zapytała agentka, podchodząc do niego.

– To podobno super opowieść! Hit! O tajnych agentach. Główny bohater chroni jakiegoś ważnego polityka, ale on o tym nie wie. Podobno świetna fabuła.

– Agenci, powiadasz? – zaśmiała się zaskoczona. – Nie sądziłam, że cię takie rzeczy interesują.

– Agenci to super sprawa... Ale co ty tam możesz wiedzieć. Dziewczyny po prostu takimi rzeczami się nie interesują!

– No tak, tak. Oczywiście – odpowiedziała rozbawiona.

Wtedy do księgarni wszedł mężczyzna w czarnej skórzanej kurtce i mocno przyciemnianych okularach. Popatrzył na Robi i schował się między regałami, przeglądając przewodniki po Hiszpanii. Chodził w kółko, co chwilę pojawiając się w polu widzenia Robi, i obserwował dwójkę nastolatków. Net nadal z fascynacją czytał opis na tylnej stronie okładki.

– Chodźmy stąd – mruknęła cicho, zabierając chłopakowi książkę i odstawiając ją na półkę.

– Czemu?

– Nieważne. Wychodzimy. Nie rozglądaj się, po prostu idź za mną – syknęła i ruszyła do wyjścia.

Stanęli na ulicy. Tajemniczy mężczyzna nadal stał w tym samym miejscu, więc Robi stwierdziła, że może to już paranoja. Mimo wszystko postanowiła zachować maksymalną ostrożność.

Szli przed siebie. Robi przypatrywała się każdemu odbiciu w maskach mijanych samochodów, by mieć pewność, że nikt ich nie śledzi. Prowadziła Neta wąskimi zakamarkami, bramami, by w razie czego osoba idąca za nimi na pewno zgubiła trop.

– Mamy jakiś jasny cel? – zapytał w końcu znudzony.

– Tak – mruknęła Robi, wciągając go do starej kamieniczki.

– Jestem głodny. Strasznie! – pisnął, łapiąc się za brzuch.

– Net, jesteś okropny. Dobra, chodź – syknęła i znów wyszli na ulicę.

W końcu dotarli w okolice rynku. Znaleźli jakąś knajpkę i weszli do środka. Było to ładne, sympatyczne miejsce. Żółte ściany, a na nich malowane kolorowe wzory, hawajskie wieńce z kwiatów pod sufitem i bambusowe dekoracje. Siedli przy stoliku w rogu. Net z zachwytem przeglądał kartę dań.

– Może masz ochotę na schabowy a la Mauna Loa? Cokolwiek to znaczy.

– Mauna Loa to wulkan na Hawajach – mruknęła znudzona Robi, wpatrując się w stolik. – Poza tym ja nic nie jem. Nie jestem głodna.

– To ja biorę ten wulkan.

Chwilę później przyszła kelnerka ubrana w spódniczkę z trawy, białą bluzkę i wieniec kwiatów. Net złożył zamówienie, wpatrując się w uroczą dziewczynę, a kiedy przyniosła danie, zaczął jeść je z apetytem.

Robi siedziała z założonymi rękami i wpatrywała się w sos spływający po zboczach mięsnego wulkanu. Nagle kelner postawił na stole dwie szklanki z colą z lodem.

– Nie zamawialiśmy nic do picia... – mruknęła zdziwiona Robi.

– Owszem. To prezent dla uroczej damy i jej przyjaciela od naszego klienta, który pragnął pozostać anonimowy.

– Dobrze, dziękujemy – szepnęła, wpatrując się podejrzliwie w napój.

Nie ruszając głową, rozejrzała się po okolicznych stolikach. Coś jej nie pasowało. Wszyscy mieli kostki lodu, ale w ich szklankach pływały lodowe kulki. To było podejrzane. Kątem oka zauważyła, że Net wyciąga rękę po szklankę. Jej reakcja była natychmiastowa. Złapała za serwetkę i udała, że wyciera chłopakowi koszulkę.

– Poplamiłeś się, ale już nie widać na szczęście... – szepnęła i niby przypadkiem strąciła colę na podłogę. – Cholera, ale ze mnie niezdara!

Wtedy zobaczyła, jak ktoś w drugim końcu sali wychyla się zza menu. Od razu go poznała. Włosy ogolone na jeżyka, czarna kurtka ze skóry... I te okulary. Drgnęła nerwowo. Jednak nie miała paranoi, nie myliła się. To nie mógł być przypadek.

Tamten zorientował się, że Robi go widzi. Sięgnął za siebie i wyciągnął broń. Znad stolika wycelował prosto w Neta. Nie czekając ani sekundy, Robi zahaczyła stopami o nogi krzesła swojego towarzysza i mocno pociągnęła w swoją stronę. Chłopak poleciał w tył na ziemię, a ona w ostatniej chwili odchyliła się w bok. Pocisk roztrzaskał wazon stojący tuż za nią.

– Co tu się dzieje?! – pisnął Net, chcąc wstać, ale ona przytrzymała go mocno przy podłodze.

– Siedź cicho i ani drgnij. Czekaj tu! – syknęła i wstała.

Ruszyła biegiem do wnęki prowadzącej do kuchni. Nie miała broni. Musiała coś wymyślić. Sięgnęła na tył spodni, udając, że łapie za pistolet ukryty pod koszulką, i sekundę później była już w kryjówce. Miała nadzieję, że wróg, myśląc, iż jego cel jest uzbrojony, odpuści. Niestety on po chwili był przy niej. Złapał ją za szyję i przystawił broń do skroni. Udało jej się jednak wyrwać z uścisku i wbiec do kuchni.

– Uciekajcie stąd! – krzyknęła do kucharzy i ukryła się za kuchenką.

Wtedy wpadł do środka tajemniczy napastnik. Groźnie mrużąc oczy, rozejrzał się dookoła.

– Damon, wyłaź! Wiem, że tu jesteś. Nie ma sensu się ukrywać. I tak zginiesz – nawoływał, chodząc między szafkami i ladami.

Zbliżył się do miejsca, w którym siedziała Robi. Kiedy przeszedł dalej, zaczęła cichutko wycofywać się do wyjścia. Niestety zauważył ją i zaczął strzelać. Kiedy skończył mu się magazynek, agentka podbiegła do niego i wytrąciła mu broń z ręki, zanim zdążył cokolwiek zrobić. Rzuciła pistolet na górę szafek i uśmiechnęła się z ulgą. Teraz w starciu mieli mniej więcej równe szanse.

– Jeśli myślisz, że mnie pokonasz – syknął mężczyzna, podciągając rękawy. – Najpierw załatwię ciebie, a potem zabierzemy się za twojego koleżkę.

Robi popatrzyła na niego znudzona. Nie miała pojęcia, z kim ma do czynienia, ale wiedziała, że nie może okazać słabości.

Zamachnął się, chcąc zadać cios, ale ona zrobiła zręczny unik. Zrobiła tak raz, drugi, trzeci... Przeciwnik dostał zadyszki i wpatrując się w nią z nienawiścią, skoczył, spychając ją na ścianę. Złapał ją za szyję i podniósł, przyciskając do ściany. Próbowała się wyrwać, ale trzymał za mocno. Nie pozostało jej nic innego, jak trafić kolanem tam, gdzie boli najbardziej. Mężczyzna puścił ją i z bólu zwinął się w kłębek. Niestety po chwili wrócił już do siebie i złapał za pierwszy talerz, jaki miał pod ręką. Rzucił nim w stronę agentki, ale zdążyła odskoczyć w bok i naczynie rozbiło się z hukiem o ścianę. Stoczyli widowiskową bitwę na noże, widelce i szklanki. W powietrzu latało wszystko, co było w zasięgu ich rąk. W końcu stanęli naprzeciw siebie. On miał ogromny i ostry nóż, a ona szczerą nadzieję na to, że zdąży coś wykombinować.

Kiedy wróg miał zadać ostateczny cios, złapała za patelnię leżącą obok i uderzyła go w głowę. Mężczyzna padł nieprzytomny na podłogę.

– Nie no, żebym rozwaliła wroga... Patelnią! – zaśmiała się pod nosem.

Zaciągnęła go pod grube i solidne rury i przywiązała mu do nich ręce i nogi sznurkiem, który znalazła za koszem na śmieci. Wspięła się na blat i ściągnęła z szafki pistolet. Otrzepała się z kurzu i okruszków naczyń i wróciła do Neta.

– Co tu się dzieje?! – pisnął przerażony na widok agentki.

– Nie pytaj... Chodź – mruknęła, zmierzając powoli w stronę wyjścia.

Posłusznie ruszył za nią. W drzwiach odwrócił się, by jeszcze raz zobaczyć, że to, co przeżył, nie było snem. Robi w tym czasie wyciągnęła telefon i zadzwoniła do Marka.

– No tak. Za rogiem. Macie blisko – mruknęła, kiedy Net podszedł do niej powoli, czekając na dalszy rozwój wydarzeń i polecenia. – Dobra, to czekamy. Pospieszcie się. – I odłożyła słuchawkę.

– Z kim gadałaś?

– A z nikim. Nie twoja sprawa.

– Dobra. Jak zwykle jesteś tajemnicza. Ale nadal nie wiem, coś ty za jedna! Może jednak jesteś wampirem?

– Net, znów zaczynasz?

– No ale jesteś megadziwna. I reagujesz na wszystko z prędkością światła! To nie jest normalne. Co tu się dzieje, powiedz mi w końcu – wymamrotał błagalnym tonem.

– Net, nie mogę.

– Dlaczego?

Wtedy zza rogu wybiegło trzech młodych mężczyzn. Ubrani byli na czarno. Mieli na sobie kamizelki kuloodporne i hełmy. Na ramieniu każdego z nich wisiał nowoczesny karabin. Wyglądem przypominali antyterrorystów. Robi uśmiechnęła się lekko na ich widok, a Net wpatrywał się w nich z zachwytem.

– Agentko Damon! – powitał ją jeden z nich, podbiegając do niej.

– "Agentko"?! – pisnął Net, po czym zatoczył się i zemdlał.

– Brawo, geniuszu. Zdekonspirowałeś mnie – syknęła, a potem westchnęła, przewracając oczami. – Masz sole trzeźwiące? Nie mam zamiaru go ciągać po mieście w takim stanie.

– No mam, mam – wymamrotał agent, podając jej małą buteleczkę.

Po chwili Net zerwał się na równe nogi z piskiem. Robi złapała go za ramiona i oparła o ścianę, by znów się nie przewrócił.

– A-Agentka? – wyjąkał zaskoczony.

– To on nie wiedział? – zapytał zdezorientowany agent, patrząc to na Robi, to na Neta.

– Nie – mruknęła. – Net, oddychaj. Spokojnie.

– Co tu się dzieje?

– Net, to nie jest dobre miejsce na tego typu rozmowy.

– Może chodź do bazy? I tak już wie. Chłopaki już idą, to pójdziemy z nimi – zaproponował mężczyzna, wskazując na pozostałą dwójkę ciągnącą nieprzytomnego strzelca z knajpy.

– Dobra, chodźmy – mruknęła zrezygnowana.

Wzięła Neta pod rękę i podtrzymując go, ruszyła za agentami. Skręcili w pierwszą ulicę i stanęli przed małą kamieniczką. Weszli do bramy i znaleźli się pod wejściem na komisariat policji.

– Odwieziecie go do więzienia?

– Jasna sprawa. Tylko im powiedz, żeby nie było, że gdzieś sobie chodzimy – poprosił jeden z trzymających więźnia.

– Okej. Powodzenia.

Agent, Robi i Net weszli do budynku. Znaleźli się w dość małym holu. Po prawej stronie znajdowała się dyżurka. Za ladą i szybą siedział policjant. Podniósł powoli głowę, by zobaczyć, kto przyszedł.

– Siemka – zawołał wesoło agent.

– O, to wy. Wchodźcie – mruknął dyżurny i wrócił do gry w pasjansa na komputerze.

Weszli do małej windy i kiedy Robi dotknęła skanera dłonią, usłyszeli cichy męski głos podobny do poczty głosowej: "Zgodność z RD95". Zaraz potem winda ruszyła w dół i zatrzymała się kilka pięter niżej.

– Policja? Podziemia? – zapytał zdezorientowany Bore, patrząc pytającym wzrokiem na Robi.

– Człowieku, chyba nie myślisz, że spoufalamy się z policją... To nie ta bajka. Tamten na górze to agent taki sam jak my, tylko w przebraniu.

– Po co to wszystko?

– Dla wiarygodności. Żeby nikt nie pomyślał, że jest w tym budynku cokolwiek niezwykłego – zaśmiał się agent, a Robi pokiwała głową, potwierdzając jego słowa.

– Ale super.

Weszli do sali głównej. Ich oczom ukazały się, ku zaskoczeniu Neta, biura i stosy papierów. Z lekko zawiedzioną miną rozglądał się dookoła w poszukiwaniu czegokolwiek, co choć trochę przypominałoby świat tajnych agentów, jaki znał z filmów.

Robi zerknęła na niego i zaśmiała się pod nosem. Poprosiła szeptem agenta, żeby zameldował obecność jej i gościa, jakim był Net.

– Co taka kwaśna mina? – zapytała chłopaka.

– Jest fajnie, ale gdzie gadżety? Gdzie wysokie technologie, o których inni tylko marzą?

– Za dużo filmów – zaśmiała się Robi. – Ale nie ukrywam, iż jest to tylko nasz oddział ekonomiczny i swego rodzaju archiwum.

– To jest też oddział taki jak na filmach?

– To tajne – szepnęła z uśmiechem Robi, zerkając na Neta.

Po chwili zobaczyła Marka, który wychodził z jednego z pokoi. Złapała chłopaka za rękaw i ruszyła w stronę agenta.

– Marek! – zawołała. – Czekaj!

Mężczyzna zatrzymał się i odwrócił w jej stronę. Uśmiechnął się na jej widok i lekko zdziwił, gdy dostrzegł jej towarzysza.

– Jednak go wciągnęłaś w to?

– Zostałam zdekonspirowana. Miałam inne wyjście?

– Nie miałaś – zaśmiał się wesoło agent, po czym zwrócił się do chłopaka: – Jak ci się podoba?

– Super – zdołał wymamrotać Net, będąc zafascynowany faktem, że prawdziwy tajniak się do niego odezwał.

– Robi, chodź ze mną. Mam coś, co cię ucieszy.

– A on? – zapytała zdezorientowana.

– Pójdzie z nami. Myślę, że możemy mu zaufać.

– Tak! Możecie! Proszę – błagał Net, uśmiechając się do agentów.

Robi przewróciła oczami i w trójkę ruszyli w stronę klatki schodowej. Zeszli kolejne dwa piętra z dół i znaleźli się w tunelu. Ściany były wykonane z grubego betonu, a jedyne źródło światła stanowiły świetlówki na suficie. Panowała tu zupełna cisza, przerywana tylko oddechami trójki ludzi.

– Gdzie my jesteśmy? – zapytał zaniepokojony trochę Net.

– Głęboko pod ziemią – zaśmiała się Robi. – Zaraz dojdziemy gdzieś, gdzie bardziej ci się spodoba.

– Serio?! Gdzie?

– Zobaczysz – mruknął Marek.

Po chwili doszli do betonowej ściany. Marek zapukał w różnych miejscach i nagle ciężki blok zapadł się pod ziemię, otwierając im przejście do dalszej części tunelu. Ten odcinek bardzo różnił się od poprzedniego. Zamiast nieprzyjaznych surowych betonów otaczały ich nowoczesne, podświetlone na niebiesko ściany i taka sama podłoga.

Net rozglądał się dookoła z zachwytem. Robi zerknęła na niego i zaśmiała się cicho.

– Zostaw trochę energii na później. To jeszcze jest nic.

Doszli do kolejnej ściany. Zrobiona była z grubego, mlecznego i hartowanego szkła.

– RD95 – mruknęła Robi, stając tuż pod nią.

"Zgodność z RD95" – odezwał się ten sam głos, co w windzie. Drzwi rozsunęły się, a zachwycony Net wystartował biegiem przed siebie. W ostatniej chwili zatrzymał go Marek.

– Nie tak szybko. Czujniki nacisku. Chyba nie chcesz poderwać wszystkich agentów? – szepnął.

Robi wstukała odpowiedni kod i machnęła ręką na znak, że można już ruszać.

W końcu doszli do ostatnich drzwi, po otwarciu których znaleźli się w jednym z bloków głównej siedziby PAS Południe.

Stali w wejściu do średnich rozmiarów sali, po której krążyli agenci. Po prawej stronie, na ścianie wisiały różnego rodzaju liny, haki i sprzęt do wspinaczki używany w czasie szturmu na wieżowce i akcji w górach. Naprzeciwko drzwi były kolejne, a nad nimi monitor wyświetlający różne aktualne wydarzenia. Net podszedł kilka kroków do przodu i rozejrzał się z zachwytem dookoła.

– Żeby nam tu tylko na zawał ze szczęścia nie zszedł – szepnęła Robi, zerkając na rozbawionego Marka.

– Oj, daj spokój, niech się chłopak pozachwyca. Jest pierwszym w historii niespokrewnionym z obecnym agentem cywilem, który tu wszedł.

– Myślisz, że możemy mu aż tak zaufać?

– Robi, trochę wiary w ludzi! – zaśmiał się agent, szturchając dziewczynę lekko. – Widać, że cię polubił.

– Wątpię. No, ale niech będzie. Na twoją odpowiedzialność.

– I tak wszystko będzie na mnie. Jestem tu dorosły. Ciebie mogą jedynie upominać.

– Kocham być najmłodsza.

Podeszli do Neta i złapali go za ręce. Zaciągnęli w stronę kolejnych drzwi i przeszli przez długi korytarz, by w końcu znaleźć się w ogromnym pomieszczeniu, które stanowiło trzon bazy południowego oddziału PAS.

Na widok wielkiego dotykowego stołu Net zaczerwienił się z zachwytu. Robi i Marek zaśmiali się cicho.

– Robi, chodź ze mną – szepnął agent. – Mam coś, co cię ucieszy.

– A on? – zapytała niepewnie.

– Pójdzie z nami.

– Na twoją odpowiedzialność – mruknęła Robi, po czym zawołała głośniej: – Net, chodź. Pozwiedzasz sobie dalej.

Chłopak podbiegł szybko do agentów i uśmiechnął się z zachwytem. Był w siódmym niebie. Przeczytał mnóstwo książek, oglądał filmy. I po tylu latach fascynacji agentami i wywiadem wreszcie trafił tu. Do prawdziwej bazy tajniaków, o której marzył tyle czasu.

Weszli do małej salki konferencyjnej. Stało tam już dwóch młodych mężczyzn. Jeden z nich ubrany był w ciemnozielony kombinezon pilota. Był wysoki i szczupły, a ciemnobrązowa czupryna uczesana w artystyczny nieład dodawała mu uroku. Stał, uśmiechając się zadziornie do swojego kolegi. On z kolei ubrany był jak zwykły student, ale kieszenie wypchane miał po brzegi telefonami, kablami i różnego rodzaju urządzeniami. Kasztanowe włosy wpadały mu do zielonych oczu, które promieniały radością.

– No, Robi. To nasza drużyna – oznajmił Marek. – Alan Świderski, pseudonim Świder. Jeden z najlepszych naszych informatyków. Komputery nie mają przed nim tajemnic.

– Siemka. Miło poznać – powiedział wesoło, podchodząc do agentki, po czym uścisnął jej dłoń i wrócił na miejsce.

– A to, jak chyba widać, pilot. Franek Chomik, pseudo Gryzoń. Pilot śmigłowców i małych samolotów. W wolnym czasie próbuje ogarnąć jeszcze myśliwce. Czasami lata też w 32. Bazie Lotnictwa Taktycznego w Łasku.

– Im więcej rzeczy umiesz pilotować, tym lepiej. Miło poznać sławną agentkę Robi.

– Mnie również miło – odpowiedziała nastolatka, uśmiechając się wesoło.

Net stał i wpatrywał się z zachwytem to w Alana, to we Franka. Jego oczy błyszczały z radości. Przez dłuższą chwilę stał z otwartymi ustami, nie mogąc wykrztusić z siebie ani słowa.

– Prawdziwy pilot? – wyjąkał w końcu nieśmiało.

– Nom. A co? – zapytał lekko zbity z tropu Gryzoń.

– Nie przejmuj się nim – mruknęła rozbawiona Robi. – On już tak ma, że ślini się na wszystko i wszystkich związanych z agentami i wojskiem.

– To niech mi nie zaślini mojego nowego telefonu! Tych ulepszeń, które wprowadziłem do niego wczoraj, nie pozwolę zalać – zaśmiał się Świder.

– Dobra, oszołomy. Musimy coś zaplanować. Neta trzeba komuś przekazać, a Robi wziąć do nas – oznajmił Marek, obejmując dziewczynę ramieniem. – Robi się niebezpiecznie, a oni będą na naszą księżniczkę polować.

Robi zmierzyła go wzrokiem. Uważała, że przesadzają. Przecież była nie gorszą agentką od nich, a troszczyli się o nią jak o jajko. Chciała być w grupie ratunkowej, ale nie jako ktoś chroniony. Chciała po prostu działać.

Net, który stał obok niej, wpatrywał się w podłogę, obawiając się o swój los. Już zdążył polubić swojego obrońcę, a tu się nagle okazało, że chcą go przekazać komuś innemu. Nie miał pojęcia, jaki może być inny agent. Nie lubił zmian ani niepewnych sytuacji.

– Dlaczego mam być chroniona? Radzę sobie przecież.

– Robi, wiesz, jak jest – mruknął Marek, po czym zwrócił się do reszty: – Mamy do czynienia z najdziwniejszymi terrorystami, jakich widzieliśmy. Nie ma w nich nic typowego. Nie porywają, nie okupują. Jeśli kogoś porwą, niczego nie żądają. Grożą atakami, ale nigdy nie doprowadzają ich do skutku, chociaż to akurat w większości nasza zasługa. Do tego mordują agentów i jego rodzinę! – Machnął ręką w stronę Neta.

Robi zorientowała się, do czego zmierza agent, i zaczęła mu dawać znaki za plecami Bore'a, żeby zamilkł, ale on patrzył w innym kierunku i jej nie widział.

– Moim zdaniem to nielogiczne. Biorą sobie syna swoich ofiar i go wychowują! A potem, jak Net dorasta i interesuje się agentami i wojskiem, to nagle chcą go wykończyć!

Zrezygnowana agentka uderzyła głową w ścianę. Niepewnie otworzyła jedno oko i zerknęła na Neta, chcąc zobaczyć jego reakcję. Chłopak stał krzywo, wpatrując się tępo w ścianę. Był strasznie blady, a jego twarz nie wyrażała żadnych emocji. Trwało to jakieś dziesięć sekund. Potem nagle zemdlał.

– Wiedział? – zapytał zdezorientowany Marek, patrząc to na Neta, to na Robi.

– Nie... – mruknęła zrezygnowana, kręcąc lekko głową.

– Ups? Czemu nie mówiłaś? No ale cóż. Już wie.

– No świetnie! – syknęła agentka. – Genialny sposób na informowanie o takich rzeczach.

– To facet. My, faceci, mamy silną psychikę! Nic mu nie będzie.

– Marek, to Net! On jest niezrównoważony psychicznie moim zdaniem.

Po kilkunastu sekundach chłopak się ocknął. Rozejrzał się niepewnie dookoła i zamrugał kilka razy. Popatrzył na Robi i przyjrzał się jej uważnie. Potem zerknął spode łba na Marka.

– To prawda? – wymamrotał, a agenci pokiwali głowami.

– Ale jak to możliwe?

– No bo... – Robi niepewnie zerknęła na Marka, zastanawiając się, czy można Netowi zaufać i wyjawić historię PAS-u i rodziny chłopaka.

Marek kiwnął potakująco głową. Robi wzięła głęboki wdech i zaczęła opowiadać.

– PAS walczy z różnymi formami przestępczości, która wykracza w jakiś sposób poza normę, jaką stanowią kradzieże, włamania i niektóre morderstwa. Jesteśmy wszędzie tam gdzie antyterroryści i zajmujemy się nawet tym, o czym nie zawsze wie rząd. Jedną z naszych głównych spraw jest Delik. Ciągnie się już od piętnastu lat. Na początku zajmowali się nim ludzie z różnych grup. Wywiad, policja, wojsko.

– Twoi rodzice byli jednymi z nas. Ojciec w wojsku, a matka w policji. Znałem ich doskonale. Byli prawie jak rodzina. I pewnego dnia odkryli coś ważnego. O tym odkryciu dowiedział się też Delik. Nie chcieli, by informacja poszła dalej, więc ich zabili. Przyszli w nocy do domu i zastrzelili ich we śnie. Znaleźli ciebie i nie wiadomo dlaczego wzięli pod swoje skrzydła. Wychowywali cię jak syna, ale kiedy zobaczyli, że fascynujesz się agentami... Zaczęli się obawiać, że możesz kiedyś pójść tą drogą i dowiedzieć się prawdy. Po co tak ryzykować, lepiej cię zabić. I wtedy pojawia się Robi, chroniąca cię przed nimi i jednocześnie mszcząca się na Deliku za...

– Świetnie opowiadasz, Marek! – przerwała mu pośpiesznie Robi i przejęła inicjatywę. – I tak wygląda sytuacja. Teraz Delik mści się na agentach za udaremnianie im planów, więc porwał Darka. I musimy go odbić.

– Czyli moi rodzice nie żyją, a ludzie, którzy opiekowali się mną tyle czasu, chcą zabić mnie i ciebie? – wymamrotał Net, starając się ukryć łzy.

– No mniej więcej tak to wygląda – mruknęła cicho Robi, patrząc smutno na chłopaka.

– Musimy uwolnić Darka! Robi, ja chcę pomóc! Proszę! Pozwólcie mi... Zrobię wszystko! Ja chcę pomóc! – krzyczał Net, patrząc na agentów.

– Robi, może pozwólmy mu się przespać z tym problemem. Co ty na to? – szepnął jej na ucho Marek, zerkając na jej bransoletkę.

– Jasna sprawa – odpowiedziała Robi.

Po chwili Net smacznie spał, a drużyna mogła w spokoju skupić się na zadaniu.

– Macie już coś? – zapytała Robi, zerkając na Alana i Marka

– Nie do końca – mruknął zakłopotany Świder.

– Co znaczy "nie do końca", co?

– Sprawdziłem kartoteki wszystkich członków. Ich przewinienia sięgają jeszcze przed powstanie Delika. Potem już pojawiają się nasze akcje i potyczki. Oczywiście policja nie ma szczegółów, więc musiałem pogrzebać u nas w papierach. My ich łapaliśmy i wciskaliśmy policji, a oni zwiewali. Ostatnim ich wybrykiem była kradzież broni. Karabiny, naboje, granaty i inne takie. Wszystko to miało trafić do wojska. Delik jest uzbrojony po zęby. Trudno będzie ich ruszyć – oznajmił Alan.

– Niedobrze – mruknęła smutno Robi. – No ale w końcu jesteśmy najlepszymi specjalistami od Delika w kraju. Damy radę!

– Szuka ich policja z kilku krajów. Bezskutecznie. Gdybyśmy połączyli siły, może ruszylibyśmy z miejsca – wymamrotał cicho Franek, patrząc spode łba na swoich towarzyszy.

– My z policją nie współpracujemy. Musielibyśmy im udostępniać informacje, a to naraziłoby nas na dekonspirację. Nie możemy tak ryzykować. Ostatnia współpraca skończyła się postrzeleniem jednego z agentów i ujawnieniem jego tożsamości. Musiał iść na szkoleniowca – stwierdził Marek.

– Dlatego podrzucamy im terrorystów w prezencie jak dobre i tajemnicze duszki – zaśmiała się Robi. – Nikt o nas nie wie ani nie słyszy. Jak coś nam się nie uda, to oczywiście afera w mediach, bo coś wybuchło albo ktoś zginął, ale o zasługach to cisza.

– Dobra, dobra. Rozumiem – mruknął Gryzoń, wpatrując się speszony w podłogę.

– Prawda jest taka, że policja może mieć dane, których my nie mamy – odezwał się Alan, odrywając w końcu wzrok od komputera.

– My czegoś nie mamy? To możliwe?

– Robi, idealni nie jesteśmy. Choć mało nam już do ideału brakuje – zaśmiał się Marek, targając agentce grzywkę.

– No to musimy wyciągnąć wszystko, co się da. Jutro idziemy na policję. A teraz spać – mruknęła, ziewając.