Agent z Dubaju - Robert Michniewicz

-
Proszę czekać

WRZE­SIEŃ 2022 ROKU

Rozdział 1

DOHA

Pro­mie­nie odbi­ja­jące się od tafli okien sku­pi­ska kolo­ro­wych dra­pa­czy chmur raziły w oczy. Choć było już jesienne popo­łu­dnie, słońce świe­ciło tak inten­syw­nie jak w środku lata. Trudno się temu dzi­wić, w kra­jach Pół­wy­spu Arab­skiego sil­nie ope­ru­jące słońce jest czymś zupeł­nie typo­wym przez cały rok. Bar­dziej zaska­ki­wa­łoby pochmurne niebo lub opady desz­czu.

Alek­san­der Niwiń­ski, obser­wu­jąc sto­licę Kataru z pod­cho­dzą­cego do lądo­wa­nia Air­busa A320 Qatar Air­ways, dostrzegł z podzi­wem, że pano­rama mia­sta znowu się zmie­niła. Sto­lica kró­le­stwa była nie­wielka w porów­na­niu z Duba­jem czy Rija­dem, ale biu­rowce cały czas rosły jak grzyby po desz­czu. Ostat­nim razem widział Dohę w dzien­nym świe­tle pra­wie rok temu, gdy był tutaj jako czło­nek dele­ga­cji na roz­mowy z wywia­dem katar­skim (Qatar State Secu­rity, QSS), a od tego czasu poja­wiły się kolejne nowe wie­żowce. Co prawda był tutaj także mie­siąc temu, ale przy­le­ciał wie­czo­rem, odbył spo­tka­nie z przed­sta­wi­cie­lami QSS i wra­cał nocą, nawet nie pró­bu­jąc podzi­wiać wido­ków. Bar­dzo lubił to mia­sto roz­ło­żone wzdłuż Doha Cor­ni­che, nad­mor­skiej pro­me­nady cią­gną­cej się od nowo­cze­snej dziel­nicy biz­ne­so­wej Al Dafna na pół­nocy do poło­żo­nych na połu­dniu star­szych zabu­do­wań. Taki for­malny opis lepiej może paso­wałby do prze­wod­nika tury­stycz­nego, jemu jed­nak trasa dookoła zatoki w kształ­cie pół­księ­życa koja­rzyła się przede wszyst­kim z wido­kiem z okien hotelu She­ra­ton, zwra­ca­ją­cego uwagę swoim nie­zwy­kłym kształ­tem pira­midy. Wła­śnie w tym miej­scu zatrzy­mał się ponad dzie­sięć lat temu, będąc pierw­szy raz służ­bowo w Kata­rze. Prze­bieg tam­tego spo­tka­nia był tak dra­ma­tyczny, że zapa­mię­tał je na zawsze. "Dobra, było, minęło, to nie czas na wspo­mnie­nia", pomy­ślał, popra­wia­jąc pas bez­pie­czeń­stwa.

Samo­lot obni­żył lot, zbli­ża­jąc się do Hamad Inter­na­tio­nal Air­port. Widok na zatokę znik­nął z okienka, poja­wiły się niskie zabu­do­wa­nia znaj­du­jące się poni­żej toru podej­ścia do pasa, a Aleks wró­cił myślami do swo­jej misji. Dwa dni temu otrzy­mał "natych­mia­stówkę" z cen­trali z instruk­cją uda­nia się do Kataru. Nagły wyjazd miał na celu ode­bra­nie mate­riału pozo­sta­wio­nego przez agenta w skrytce w Dosze. Rozu­miał, że Agen­cja Wywiadu to jego skie­ro­wała do Kataru -?zamiast wysy­łać ofi­cera z kraju albo z innej bli­skow­schod­niej pla­cówki -?ze względu na to, że był naj­bli­żej miej­sca ope­ra­cji. Cen­trala zadbała o zacho­wa­nie w tajem­nicy infor­ma­cji na temat agenta, dla­tego nie wie­dział, kim on jest ani czy mieszka w Kata­rze, czy też będzie tam jedy­nie prze­jaz­dem. Zakła­dał to dru­gie, gdyż w prze­ciw­nym razie on sam nie musiałby poja­wić się w Dosze aku­rat tego dnia, ale mógłby pole­cieć tam choćby naza­jutrz. Sytu­acja była o tyle cie­kawa, że gdy obsłu­gi­wał wcze­śniej spo­tka­nia ope­ra­cyjne, zazwy­czaj dys­po­no­wał roze­zna­niem, z kim ma aku­rat do czy­nie­nia. Takie detale cie­ka­wiły go, ponie­waż wolał wie­dzieć, z jakim zagro­że­niem wiąże się zada­nie. Ponie­waż jed­nak pod­ję­cie mate­riału nie obej­mo­wało oso­bi­stego kon­taktu z tajem­ni­czym współ­pra­cow­ni­kiem, jego toż­sa­mość była tak naprawdę sprawą dru­go­rzędną.

Instruk­cja naka­zy­wała, aby Aleks poja­wił się w cen­trum han­dlo­wym Lago­ona Mall i zabrał ze schowka prze­syłkę, a następ­nie prze­wiózł ją do Rijadu. Detale sce­na­riu­sza były pewną nie­spo­dzianką: rygo­ry­stycz­nie wyma­gano, aby przy­był na miej­sce nie wcze­śniej niż o dzie­więt­na­stej. Nie wie­dział dla­czego, ale przy­pusz­czał, że to w przy­bli­że­niu pora wizyty agenta w cen­trum han­dlo­wym. W depe­szy zapo­wie­dziano, że około dzie­więt­na­stej na kon­cie na Insta­gra­mie znaj­dzie post z nume­rem skrytki i kodem do jej otwar­cia. Cen­trala ocze­ki­wała od Aleksa jesz­cze jed­nego: żeby zadbał o odpo­wiedni kamu­flaż. Przy­jął, że po nie­daw­nych wyda­rze­niach w Rija­dzie, nagło­śnio­nych przez CNN i TVN, a po nich przez liczne świa­towe sta­cje tele­wi­zyjne, jego osoba mogła stać się "popu­larna", więc cho­dziło o unik­nię­cie roz­po­zna­nia pod­czas reali­za­cji zada­nia.

Pole­ce­nie wyjazdu było kom­plet­nym zasko­cze­niem, ponie­waż miał wcze­śniej umó­wione ważne spo­tka­nie w Rija­dzie, o czym dosko­nale wie­działo kie­row­nic­two w War­sza­wie. Żało­wał, że musiał zre­zy­gno­wać z zapla­no­wa­nej na ten wie­czór służ­bo­wej kola­cji z zastępcą szefa sau­dyj­skiego wywiadu. Gene­rał porucz­nik Moham­med bin Amer Al-Harbi, wice­dy­rek­tor Gene­ral Intel­li­gence Pre­si­dency (GIP), zapro­sił Niwiń­skiego wspól­nie z sze­fem sta­cji CIA Ste­phe­nem Jone­sem na robo­czą kola­cję. Zapo­wia­dała się tym cie­ka­wiej, że miał w niej wziąć udział także zastępca szefa Maba­hith, czyli taj­nej poli­cji bez­pie­czeń­stwa, będą­cej czę­ścią Pre­si­dency of State Secu­rity (PSS), a zaj­mu­ją­cej się bez­pie­czeń­stwem wewnętrz­nym i kontr­wy­wia­dem, gene­rał porucz­nik Abdul­lah al-Qarni. Spo­tka­nie byłoby potwier­dze­niem wdzięcz­no­ści sau­dyj­skich służb dla Aleksa i Jonesa, a ponadto dawało moż­li­wość dotar­cia do aktu­al­nej wie­dzy o sytu­acji w regio­nie. Nie­stety, musiał obejść się sma­kiem. "Może jesz­cze kie­dyś mnie zapro­szą", pomy­ślał z żar­to­bliwą nadzieją. Był prze­ko­nany, że po powro­cie otrzyma rela­cję na temat tego, co było oma­wiane pod­czas kola­cji. Przy­naj­mniej tak obie­cał mu Jones, gdy Niwiń­ski powia­do­mił go, że nie spo­tkają się u wice­szefa GIP.

Zer­k­nął na zega­rek, choć zro­bił to już kwa­drans wcze­śniej. Docho­dziła sie­dem­na­sta, czyli miał ponad dwie godziny do wska­za­nego przez War­szawę ter­minu. Na­dal odczu­wał przy­jem­ność, patrząc na swoją złotą Omegę Spe­ed­ma­ster Moon­watch. Od zawsze miał skłon­ność do mar­ko­wych gadże­tów, ale ni­gdy się nie spo­dzie­wał, że kie­dy­kol­wiek sta­nie się wła­ści­cie­lem tak kosz­tow­nego przed­miotu. Był to pre­zent od kie­row­nic­twa sau­dyj­skiego wywiadu, GIP, wyraz wdzięcz­no­ści za jego rolę w wykry­ciu spi­sku rosyj­skiego i irań­skiego wywiadu, a także za roz­pra­co­wa­nie kno­wań księ­cia Ahmada bin Sauda. Uro­czy­ste wrę­cze­nie takiego pre­zentu w sie­dzi­bie GIP samo w sobie zro­biło wra­że­nie, ale gdy w salo­nie Omegi w Al Faisa­lyah Cen­ter w Rija­dzie z cie­ka­wo­ści zapy­tał o ryn­kową cenę zegarka, prze­żył chwilę zasko­cze­nia. Oka­zało się, że ten model należy do serii limi­to­wa­nej, co kon­kret­nie ozna­czało, iż oto nie­jako nosi na ręku... śred­niej klasy nowy samo­chód.

Aleks poczuł, że pod­wo­zie samo­lotu ude­rzyło o płytę lot­ni­ska. Air­bus zje­chał z pasa i powoli zbli­żał się do budynku nowego portu lot­ni­czego. Kiedy zatrzy­mał się przy ręka­wie i sil­niki zostały wyłą­czone, Niwiń­ski roz­piął pasy i wstał z fotela. Z poprzed­nich lotów samo­lo­tami Qatar Air­ways na tra­sach bli­skow­schod­nich pamię­tał, że załoga naj­pierw umoż­li­wia wyj­ście sie­dzą­cym z przodu maszyny Euro­pej­czy­kom i oby­wa­te­lom państw Zatoki Per­skiej. Nato­miast sta­no­wiący więk­szość pasa­że­rów oby­wa­tele kra­jów Azji Połu­dniowo-Wschod­niej, zaj­mu­jący miej­sca w dal­szej czę­ści kabiny, muszą cze­kać na wyj­ście osób sie­dzą­cych z przodu Air­busa. Poszedł kory­ta­rzem sta­no­wiącym prze­dłu­że­nie wyj­ścia i wpadł w falę pasa­że­rów poru­sza­ją­cych się sze­ro­kim głów­nym holem. To roz­wią­za­nie nie udało się pro­jek­tan­tom nowego budynku Hamad Inter­na­tio­nal Air­port -?w dotych­cza­so­wym poru­sza­nie się po ter­mi­nalu było znacz­nie dogod­niej­sze.

Aleks nie miał bagażu do odbioru, więc po kil­ku­na­stu minu­tach dotarł do wyj­ścia z budynku lot­ni­ska. Dostrzegł zacie­ka­wione spoj­rze­nia funk­cjo­na­riu­szy służb cel­nych, skie­ro­wane na pasa­żera opusz­cza­ją­cego strefę przy­lo­tów z pustymi rękami. Pomy­ślał, że ich zdzi­wie­nie prze­ro­dzi się w chęć spraw­dze­nia, dla­czego ktoś przy­le­ciał bez bagażu, dla­tego przy­go­to­wał swój pasz­port dyplo­ma­tyczny. Widocz­nie jed­nak nie wydał się wystar­cza­jąco podej­rzany albo Katar­czycy byli już roz­le­ni­wieni po całym dniu pracy, bo nie pod­jęto wobec niego żad­nych czyn­no­ści. Korzy­sta­jąc ze wska­zó­wek wyświe­tla­nych na tabli­cach w kory­ta­rzu, udał się na sta­cję metra. Zre­zy­gno­wał z tak­sówki, gdyż miał dużo czasu, a poza tym zgod­nie ze starą zasadą ope­ra­cyjną chciał się zapo­znać z kur­so­wa­niem pod­ziem­nych pocią­gów. Przy zej­ściu do metra sko­rzy­stał z auto­matu bile­to­wego i kupił kartę na cały dzień. Nie miał pew­no­ści, jak ułożą mu się sprawy, ale zakła­dał, że wie­czorny powrót na lot­ni­sko Hamad odbę­dzie rów­nież metrem. Wcze­śniej prze­stu­dio­wał sche­mat miej­skiej kolejki i wie­dział, że będzie się poru­szał głów­nie czer­woną linią, umoż­li­wia­jącą dotar­cie z lot­ni­ska do dwóch waż­nych dla niego miejsc. Pociąg nad­je­chał po dwóch minu­tach i Niwiń­ski spo­koj­nie zajął miej­sce w wago­niku. Miał przed sobą dwu­dzie­sto­mi­nu­tową podróż do sta­cji DECC.

Nie byłby sobą, gdyby nie obser­wo­wał oto­cze­nia, zarówno wcze­śniej, idąc przez lot­ni­sko, jak i obec­nie, pod­czas jazdy. Nie dostrzegł nic nie­po­ko­ją­cego i zado­wo­lony wysiadł na zapla­no­wa­nej sta­cji. Kiedy wyszedł na ulicę, prze­ko­nał się, że pomimo zbli­ża­ją­cej się godziny osiem­na­stej i zacho­dzą­cego słońca, świa­tło na­dal było ostre, a tem­pe­ra­tura oscy­lo­wała wokół trzy­dzie­stu kilku stopni. W sumie warunki nie róż­niły się od pogody w Rija­dzie, a on, prze­by­wa­jąc na Pół­wy­spie Arab­skim od kilku mie­sięcy, był już przy­zwy­cza­jony do nawet dużo wyż­szych tem­pe­ra­tur. Ruszył wzdłuż kil­ku­pa­smo­wej Omar Al Mukh­tar Street. Nie­da­leko przed sobą widział dwa wie­żowce, a na jed­nym z nich dostrzegł ozna­cze­nia sieci Mar­riott. Kiedy po jakimś cza­sie mijał te budynki, zanu­rzył się w ich przy­jem­nym cie­niu. Skrę­cił w Con­fe­ren­ces Cen­ter Street i zauwa­żył sze­ro­kie wej­ście do City Cen­ter Doha.

Wewnątrz wiel­kiego cen­trum han­dlo­wego pano­wał przy­jemny chłód. Jak typowy prze­cho­dzień minął kilka witryn skle­po­wych, zatrzy­mu­jąc się przed kolej­nymi salo­nami z męską odzieżą. Na skrzy­żo­wa­niu kory­ta­rzy zoba­czył tablicę z pla­nem cen­trum. Bez pro­blemu zna­lazł ozna­cze­nie skry­tek baga­żo­wych zlo­ka­li­zo­wa­nych na pozio­mie minus jeden. Zro­bił kolejną rundę po skle­pach i w końcu zje­chał rucho­mymi scho­dami na inte­re­su­jący go poziom budynku. Minął rejon skry­tek, pozo­ru­jąc zain­te­re­so­wa­nie skle­pami znaj­du­ją­cymi się w pobliżu. Po chwili zawró­cił i spo­koj­nie pod­szedł do szafki z nume­rem trzy­dzie­ści sześć. Wczo­raj otrzy­mał kod od puł­kow­nika Roliń­skiego, więc otwar­cie skrytki nie sta­no­wiło pro­blemu. Ze środka wyjął paczkę, którą sam zapa­ko­wał dwa dni wcze­śniej w Rija­dzie. Na pomysł prze­bra­nia się w gala­biję wpadł po otrzy­ma­niu depe­szy z pole­ce­niem wyjazdu do Kataru. Reali­za­cja tego zamiaru byłaby utrud­niona, gdyby nie to, że dzień póź­niej do Dohy leciał służ­bowo nowy attaché woj­skowy amba­sady puł­kow­nik Wal­de­mar Roliń­ski. Bez zbęd­nych pytań zgo­dził się zabrać paku­nek i umie­ścić go w skrytce w City Cen­ter.

Niwiń­ski zer­k­nął na ozna­cze­nia umiesz­czone na ścia­nach i zado­wo­lony poszedł do pobli­skiej męskiej łazienki. Wybrał ostat­nią kabinę, choć nie miało to więk­szego zna­cze­nia, bo całe pomiesz­cze­nie był zupeł­nie puste. Roze­brał się i sta­ran­nie poskła­dał ubra­nie. Poło­żył je na zamknię­tej kla­pie sedesu i na nim roz­pa­ko­wał paczkę. Aleks na początku swo­jego pobytu w Rija­dzie dał się namó­wić Ceza­remu Milew­skiemu i kupił na suku kom­pletny arab­ski strój. Ponie­waż typowa gala­bija nie miała kie­szeni, zało­żył na gołe ciało pasek z kie­szon­kami, pozwa­la­ją­cymi scho­wać pasz­port, kilka bank­no­tów i smart­fona. Przy odpo­wied­nio dużym roz­mia­rze szaty te przed­mioty byłyby nie­do­strze­galne dla poten­cjal­nych obser­wa­to­rów. Teraz wyjął białą gala­biję i spraw­dził, czy nie pognio­tła się za bar­dzo. Zado­wo­lony z jej stanu, zało­żył ją i się­gnął po gah­fiję na włosy i białą kefiję. Okrył nią głowę, a na górę zało­żył agal - czarną opa­skę z gru­bego sznura, przy­trzy­mu­jącą kefiję. Na sto­pach miał san­dały, więc nie musiał ich zmie­niać. Zapa­ko­wał ubra­nie do paczki i wyszedł z kabiny. Przed lustrem upew­nił się, że wszystko jest na swoim miej­scu.

Po chwili zna­lazł się przy skrytce, w któ­rej scho­wał paku­nek. W arab­skim stroju poczuł się pew­nie. W ten spo­sób zre­ali­zo­wał pole­ce­nie War­szawy, aby zasto­so­wać kamu­flaż. Pełny lokalny ubiór był naj­bar­dziej natu­ral­nym prze­bra­niem, a jed­no­cze­śnie w znacz­nym stop­niu ukry­wał jego twarz. Oczy­wi­ście nie był w sta­nie zmie­nić barwy skóry, ale kilka mie­sięcy spę­dzo­nych w Ara­bii Sau­dyj­skiej spo­wo­do­wało, że opa­le­ni­znę od biedy można było wziąć za ciemną skórę. Od dwóch dni nie golił się, co dodat­kowo upo­dab­niało go do Araba. Miał ze sobą oku­lary prze­ciw­sło­neczne, które też tro­chę powinny pomóc we wto­pie­niu się w tłum pod­czas poru­sza­nia się uli­cami.

Po zmia­nie wyglądu upew­nił się, że ma jesz­cze spory zapas czasu, i usiadł w kawiarni. Wypił duże cap­puc­cino i poczuł się gotowy do reali­za­cji zada­nia. Trak­to­wał je jak naj­bar­dziej poważ­nie, bo w pracy wywia­dow­czej każdy dro­biazg, nawet na przy­ja­znym tere­nie, mógł sta­no­wić o życiu ofi­cera i fia­sku ope­ra­cji. Jed­nak mając na wzglę­dzie cha­rak­ter otrzy­ma­nego zada­nia, czuł się spo­kojny: miał otwo­rzyć skrytkę, zabrać prze­syłkę, ponow­nie prze­brać się, tym razem w swoje zwy­kłe ubra­nie, i dostar­czyć mate­riał do Rijadu. "Banalne", oce­nił zaraz po prze­czy­ta­niu depe­szy i dalej tak myślał. Co innego, gdyby musiał doko­nać BPM, czyli bły­ska­wicz­nego prze­ka­za­nia mate­riałów z udzia­łem nie­zna­nej osoby i w nowym miej­scu -?to byłaby wyma­ga­jąca sytu­acja. Zgra­nie w cza­sie wszyst­kich czyn­no­ści nie byłoby łatwe, tym bar­dziej gdyby part­ne­rem był nie­znany agent, a nie doświad­czony ofi­cer. Ale tym razem robota była spoko.

Zer­k­nął na zega­rek. Zbli­żało się wpół do siód­mej. Dopił kawę i ruszył w kie­runku wyj­ścia. Po kilku minu­tach dotarł do sta­cji metra i korzy­sta­jąc z posia­da­nego biletu, prze­szedł na peron. Tym razem metro nad­je­chało po trzech minu­tach. Było podob­nie puste jak poprzed­nio. Po prze­je­cha­niu dwóch sta­cji wysiadł na kolej­nej o nazwie Leg­ta­ifiya. Kiedy wyszedł na ulicę, miał do wyboru pój­ście jedną z dwóch rów­no­le­głych ulic. Wybrał dłuż­szą o nazwie Street 51, która miała tę zaletę, że ruch samo­cho­dowy odby­wał się w prze­ciw­nym kie­runku, niż szedł Niwiń­ski. Miał świa­do­mość, że zde­cy­do­wana więk­szość miesz­kań­ców, nie mówiąc o ludziach z kra­jów euro­pej­skich, poru­sza się głów­nie samo­cho­dami. On, idąc, mógł rozej­rzeć się po oko­licy i upew­nić się, że nie ma towa­rzy­stwa. Ponie­waż dopiero przy­le­ciał do Dohy, obser­wa­cja była mało realna, ale sta­rał się zawsze postę­po­wać zgod­nie z zasa­dami ope­ra­cyj­nymi. Pięć minut przed dzie­więt­na­stą wszedł do kolej­nego tego dnia cen­trum han­dlo­wego o nazwie Lago­ona Mall.

RIJAD

W sto­licy Ara­bii Sau­dyj­skiej słońce zaszło już pra­wie dwie godziny temu, ale tem­pe­ra­tura na­dal utrzy­my­wała się powy­żej trzy­dzie­stu stopni. Naj­bliż­sze tygo­dnie zapo­wia­dały przy­jem­niej­sze warunki atmos­fe­ryczne do życia, szcze­gól­nie dla Euro­pej­czy­ków.

Opan­ce­rzony czarny Cadil­lac Esca­lade z tabli­cami reje­stra­cyj­nymi amba­sady ame­ry­kań­skiej wyje­chał z bramy Dziel­nicy Dyplo­ma­tycz­nej, mija­jąc ostat­nie poste­runki. Ciężki pojazd skie­ro­wał się na esta­kadę pro­wa­dzącą bez­po­śred­nio na auto­stradę 535, po czym jed­nym z pię­ciu pasów ruchu popę­dził w kie­runku pół­noc­nym.

Ste­phen Jones roz­siadł się wygod­nie na skó­rza­nym sie­dze­niu. Cze­kała go pra­wie czter­dzie­sto­mi­nu­towa jazda do jed­nej z rezy­den­cji, wyko­rzy­sty­wa­nej przez sau­dyj­ski wywiad do spe­cjal­nych spo­tkań z przed­sta­wi­cie­lami służb part­ner­skich. Szczę­śli­wie udało mu się tak zor­ga­ni­zo­wać swój dzień pracy, że przed wyjaz­dem zdą­żył wziąć prysz­nic i ubrać się w wie­czo­rowy gar­ni­tur. Z człon­kami kie­row­nic­twa GIP widy­wał się w miarę czę­sto, jed­nak zapro­sze­nie na kola­cję wyma­gało zasto­so­wa­nia się do nie­pi­sa­nych wyma­gań. Był cie­kaw zbli­ża­ją­cej się roz­mowy, szcze­gól­nie z gene­ra­łem porucz­ni­kiem Abdul­la­hem al-Qarni. Miał prze­rwę w kon­tak­tach z wice­sze­fem Maba­hith, a pro­ble­ma­tyka wewnętrz­nego bez­pie­czeń­stwa Kró­le­stwa Ara­bii Sau­dyj­skiej, które nad­zo­ro­wał gene­rał, wyma­gała więk­szego zaan­ga­żo­wa­nia Jonesa. Żało­wał, że Aleks Niwiń­ski w ostat­niej chwili odwo­łał swój udział w kola­cji. Wie­dział, że dla pol­skiego ofi­cera spo­tka­nie z wice­dy­rek­to­rem wywiadu i jego odpo­wied­ni­kiem z sau­dyj­skiego kontr­wy­wiadu mia­łoby dużą war­tość, także dla utrwa­le­nia robo­czych kon­tak­tów z kie­row­nic­twem obu głów­nych służb. I nie byłyby to wszyst­kie korzy­ści pły­nące z oso­bi­stego uczest­nic­twa w takiej kola­cji. Rozu­miał jed­nak, że pol­ski wywiad miał skromną kadrę na Pół­wy­spie Arab­skim, dla­tego Niwiń­ski musiał reali­zo­wać wiele obo­wiąz­ków, które w realiach CIA przy­pa­dały lokal­nym sta­cjom w poszcze­gól­nych kra­jach.

Jones wie­dział, że ma dług wdzięcz­no­ści wobec Polaka. Gdyby Aleks nie przy­szedł do niego ze swo­imi podej­rze­niami i nie zapro­po­no­wał spo­sobu dotar­cia do prawdy, to sprawę klu­czową dla jego pracy w Rija­dzie może poznałby kie­dyś z infor­ma­cji cen­trali albo w ogóle nie ujrza­łaby ona świa­tła dzien­nego. Cenił Aleksa za jego wywia­dow­czy instynkt i upór w dąże­niu do celu. Wró­cił myślami do kwe­stii skrom­nych zaso­bów kadro­wych Agen­cji Wywiadu i oce­nił, że gdyby pra­co­wał w podob­nych realiach, to nie zro­biłby połowy tego, co Niwiń­ski. Oczy­wi­ście miał instruk­cje z Lan­gley, by poma­gać Pola­kom, ale po zakoń­cze­niu ope­ra­cji skom­pro­mi­to­wa­nia spi­sku Rosjan i Irań­czy­ków i ujaw­nie­niu faktu, że za ata­kami ter­ro­ry­stycz­nymi w sau­dyj­skiej sto­licy na człon­ków rodziny kró­lew­skiej Al-Saud stoją oba te wywiady, posta­no­wił jesz­cze moc­niej wspie­rać przed­sta­wi­ciela pol­skiej agen­cji. Nie wspo­mi­na­jąc o tym, że dzięki Alek­sowi sam został obwo­łany w Waszyng­to­nie cudo­twórcą, który dopro­wa­dził do prze­łomu w sto­sun­kach dyplo­ma­tycz­nych z Sau­dyj­czy­kami.

-?Będziemy o cza­sie? -?upew­nił się, obser­wu­jąc gęst­nie­jący ruch na auto­stra­dzie.

-?Jeśli nie sta­niemy w korku, to dowiozę szefa na czas. -?Peter pro­wa­dzący Cadil­laca zazwy­czaj wie­dział, co mówi, i Ste­phen pole­gał na nim.

-?Fuck, co to jest? -?dobie­gło Ste­phena z przed­niego fotela. Zaj­mo­wał go David Butler, były porucz­nik pie­choty mor­skiej, prze­szko­lony w Secret Service w zakre­sie pro­wa­dze­nia ochrony oso­bo­wej.

-?David, co się stało? -?Jones wpa­try­wał się w zagłó­wek przed­niego sie­dze­nia, cze­ka­jąc na reak­cję swo­jego ochro­nia­rza.

-?Tylko pro­szę się nie śmiać, sir -?rzu­cił Butler, wyglą­da­jąc zza fotela. Widząc wycze­ki­wa­nie prze­ło­żo­nego, wyja­śnił: -?Od wjazdu na auto­stradę mam wra­że­nie, że obok nas leci dron.

-?Dron? A jakim cudem w ciem­no­ści mógł­byś dostrzec drona? - Nie­do­wie­rza­nie w gło­sie szefa CIA w Rija­dzie było aż nadto sły­szalne.

Twarz porucz­nika znik­nęła za zagłów­kiem, bo wró­cił do obser­wo­wa­nia oto­cze­nia.

-?Sze­fie, przy auto­stra­dzie stoją lampy na wyso­kich słu­pach -?spo­koj­nie wyja­śnił. -?Nie dam sobie ręki uciąć, ale wła­śnie na tle tych lamp zauwa­ży­łem czarne, nie­duże urzą­dze­nie poru­sza­jące się w powie­trzu. Za pierw­szym razem sądzi­łem, że mi się zdaje. Za dru­gim podej­rze­wa­łem, że mógł prze­la­ty­wać jakiś ptak. Ale przed chwilą znowu coś dostrze­głem. To nie jest natu­ralne i poru­sza się z pręd­ko­ścią dosto­so­waną do tempa naszej jazdy.

-?Po pra­wej czy po lewej? -?Ste­phen zawsze wycho­dził z zało­że­nia, że wąt­pli­wo­ści należy zwe­ry­fi­ko­wać, a nie wyśmie­wać.

-?Po pra­wej, tak na prze­dłu­że­niu środ­ko­wego słupka karo­se­rii - dopre­cy­zo­wał Butler.

Jones wbił wzrok we wska­zany rejon, ale widział głów­nie oświe­tlone okna budyn­ków, neony i wiele innych źró­deł świa­tła. Dostrze­że­nie ciem­nego urzą­dze­nia w tych warun­kach wyda­wało mu się nie­wy­ko­nalne. Nie zre­zy­gno­wał jed­nak i wypa­try­wał na­dal. W samo­cho­dzie zapa­no­wała cisza, zakłó­cana jedy­nie cichym szu­mem toczą­cych się opon i odgło­sem ośmio­cy­lin­dro­wego sil­nika. Po kil­ku­set metrach David uniósł rękę.

-?Jest, pro­szę teraz uważ­nie obser­wo­wać kolejne lampy.

Ste­phen Jones skon­cen­tro­wał wzrok zgod­nie ze wska­zów­kami pod­wład­nego. Przy pierw­szej lam­pie nie zauwa­żył drona. Kiedy minęli kolejną, coś mu mignęło w polu widze­nia. Wie­dział już, na jakiej wyso­ko­ści powi­nien sku­pić wzrok, i przy następ­nej ulicz­nej lam­pie aż pod­sko­czył.

DOHA

Niwiń­ski zatrzy­mał się przed pla­nem gale­rii wyświe­tlo­nym na dużym ekra­nie. Odna­le­zie­nie tego, czego szu­kał, nie było skom­pli­ko­wane i po chwili już wie­dział, dokąd ma się udać. Wśród licz­nych gości Lago­ona Mall szedł spo­koj­nym kro­kiem sze­ro­kim kory­ta­rzem pro­wa­dzą­cym wzdłuż witryn skle­pów zlo­ka­li­zo­wa­nych na par­te­rze. Dookoła widział głów­nie katar­skie rodziny wyko­rzy­stu­jące wie­czorną porę na shop­ping. Były też poje­dyn­cze osoby, choć wśród nich prze­wa­żali męż­czyźni z kra­jów zachod­nich. Zapewne spe­cja­li­ści zara­bia­jący w Dosze duże pie­nią­dze na utrzy­ma­nie swo­ich bli­skich, miesz­ka­ją­cych w Lon­dy­nie, Frank­fur­cie czy w Nowym Jorku. Patrząc na nich, poczuł wła­sne podo­bień­stwo wyni­ka­jące z samot­nego życia na obczyź­nie. Po pra­wej stro­nie zoba­czył boczny kory­tarz pro­wa­dzący do toa­let, na któ­rego początku znaj­do­wały się skrytki baga­żowe. Skrę­cił w tym kie­runku, ostroż­nie kon­tro­lu­jąc oto­cze­nie. Nic spe­cjal­nego nie dostrzegł, nikt nie stał ani nie sie­dział na kilku usta­wio­nych tam wąskich kana­pach. Wszedł do męskiej toa­lety, zamknął się w kabi­nie i wyjął iPhone'a. Wszedł na Insta­gram, szu­ka­jąc konta @Wonders_of_the_World. Otwo­rzył je i prze­glą­dał ostat­nie posty. Więk­szość była opa­trzona zdję­ciami, te opusz­czał. Zakła­dał, że infor­ma­cja, któ­rej szuka, zapewne została zamiesz­czona w ciągu ostat­niego kwa­dransa, naj­wy­żej pół godziny temu. Jego uwagę zwró­cił post sprzed dzie­się­ciu minut. Autor o nicku Jeff zaska­ku­jąco nie paso­wał do innych człon­ków grupy. Zamiast opi­sy­wać cuda świata, ogra­ni­czył się do wpisu:

Zgad­nij­cie 37 i 9014?

Aleks nie tra­cił czasu na roz­wią­zy­wa­nie abs­trak­cyj­nej zagadki. Post paso­wał ide­al­nie. Pierw­sze dwie cyfry przy­pusz­czal­nie ozna­czały numer skrytki, a następne kod do jej otwar­cia. Dla porządku przej­rzał jesz­cze kolejne wia­do­mo­ści z ostat­nich trzy­dzie­stu minut, ale nic odpo­wied­niego nie zna­lazł. Zapa­mię­tał podane cyfry. Był gotowy do wyko­na­nia zada­nia.

Kiedy mył ręce, a potem wycie­rał je papie­ro­wym ręcz­ni­kiem, do toa­lety weszło kolejno trzech męż­czyzn. Na pierw­szy rzut oka wyglą­dali na Ara­bów. W ich rysach coś mu się nie zga­dzało, ale nie wie­dział co kon­kret­nie. Nie spra­wiali wra­że­nia, że są razem. Jeden był w arab­skiej sza­cie, a dwaj pozo­stali ubrani byli w mary­narki. Niwiń­ski w lustrze widział za ple­cami pomiesz­cze­nie z kabi­nami. Dwóch męż­czyzn weszło do kabin, a ten w gala­bii zatrzy­mał się przy pisu­arze. Aleks uznał, że dosyć tej obser­wa­cji, tym bar­dziej że nic nie­po­ko­ją­cego nie odno­to­wał. Wyszedł na kory­tarz pro­wa­dzący do głów­nej alei cen­trum han­dlo­wego. Na jed­nej z kanap cze­kały dwie kobiety w aba­jach, a obok nich krę­ciło się kil­koro dzieci w róż­nym wieku. Wokół poza nimi nikogo innego nie zauwa­żył, oczy­wi­ście pomi­ja­jąc ludzi w oddali prze­cho­dzą­cych sze­ro­kim trak­tem z witry­nami skle­pów. Zde­cy­do­wał jed­nak, że na wszelki wypa­dek jesz­cze poczeka.

Zajął miej­sce na wol­nej kana­pie i wygod­nie oparty lekko przy­mknął oczy. Gdyby ktoś go obser­wo­wał, to uznałby, że męż­czy­zna zmę­czył się zaku­pami i posta­no­wił chwilę odpo­cząć. Trwał w tej pozy­cji kilka minut, pod­czas któ­rych nic nowego w pobliżu się nie wyda­rzyło. Powoli wstał i pod­szedł do rzędu skry­tek. Za nim poja­wił się jeden z męż­czyzn wcze­śniej korzy­sta­ją­cych z toa­lety. Obo­jęt­nie skie­ro­wał się do głów­nej alei i skrę­cił w lewo. Aleks wybrał kom­bi­na­cję cyfr na schowku numer 37. Drzwiczki otwo­rzyły się cicho i w środku zoba­czył małe pude­łeczko. Wyjął je i zamknął skrytkę. Trzy­ma­jąc prze­syłkę w dłoni, odru­chowo pomy­ślał: "Zada­nie wła­ści­wie zakoń­czone. Teraz pozo­staje tylko dostać się do Doha City Cen­ter i po powro­cie do wła­snej postaci dotrzeć na lot­ni­sko". Był zado­wo­lony, ponie­waż odbiór mate­riału prze­biegł zgod­nie z jego ocze­ki­wa­niami. Minęły go arab­skie kobiety z gło­śno krzy­czą­cymi dziećmi i znik­nęły w tłu­mie klien­tów. Niwiń­ski spo­koj­nie ruszył za nimi.

W tym momen­cie w kory­ta­rzu poja­wił się męż­czy­zna, któ­rego widział w toa­le­cie. Jego powrót nie byłby niczym nad­zwy­czaj­nym, gdyby nie to, że zbli­ża­jąc się, uważ­nie patrzył na Aleksa. Za męż­czy­zną szło dwóch innych. Niwiń­ski poczuł lekki nie­po­kój, typowy dla sytu­acji, która zaczyna wyglą­dać podej­rza­nie. Jego obawy gwał­tow­nie wzro­sły, kiedy z tyłu usły­szał przy­spie­szone kroki, i zanim zdą­żył się obej­rzeć, nagle został mocno zła­pany za obie ręce. Zasko­czony szarp­nął się i odwró­cił głowę. Był trzy­many przez dwóch innych męż­czyzn, na któ­rych wcze­śniej natknął się w łazience. "Kurwa, wpa­dłem w zasadzkę!", pomy­ślał zasko­czony. Poczuł, jak jeden z tych trzech, któ­rzy pode­szli od przodu, wyrywa mu z dłoni wyjęte ze skrytki pudełko, Aleks zauwa­żył, że wło­żył je do kie­szeni, jakby zawar­tość była czymś zupeł­nie zwy­kłym. Posta­no­wił zagrać bez­czel­nego.

-?Puść­cie mnie! -?zażą­dał po arab­sku. -?To pomyłka...

Wię­cej nie zdą­żył powie­dzieć. Ude­rze­nie w tył głowy było tak mocne, że pra­wie stra­cił przy­tom­ność, a z bólu nie mógł mówić. Poczuł tylko, że chwy­cono go mocno pod ramiona i pocią­gnięto przez Lago­ona Mall.

Rijad

-?Jest! Fak­tycz­nie coś tam leci.

-?Na­dal nie mamy pew­no­ści, co to jest -?ostroż­nie zasu­ge­ro­wał Butler. - Za pana zgodą, sir. Peter, przy­spiesz, ale zde­cy­do­wa­nie.

Cichy pomruk pra­wie sied­miu­set­kon­nego sil­nika Esca­lade zmie­nił się w wyraź­nie gło­śniej­szy war­kot wraz ze wzro­stem obro­tów. Samo­chód żywo ruszył przed sie­bie. Zmiana pręd­ko­ści, mająca być testem, utrud­niła i tak nie­ła­twą obser­wa­cję po ciemku.

-?Nic nie widzę -?stwier­dził Jones.

-?Ja rów­nież -?potwier­dził David. -?Ale jeżeli to fak­tycz­nie dron, to mogli­śmy zasko­czyć ope­ra­tora. No, chyba że to tylko przy­pad­kowa sytu­acja.

Prze­je­chali kolejne dwa-trzy kilo­me­try. Bez rezul­tatu, choć obaj bacz­nie się roz­glą­dali. Ste­phen powoli oswoił się z myślą, że zda­rze­nie nie miało zna­cze­nia. Mimo to dalej uważ­nie patrzył w prawo.

-?Jest! -?entu­zja­stycz­nie zasy­gna­li­zo­wał Butler. -?Dogo­nił nas. Jeśli mam rację, to może to być zagro­że­nie.

-?Pole­gam na two­jej oce­nie. -?Szef sta­cji CIA doce­niał ludzi mają­cych wyjąt­kowe zdol­no­ści albo dosko­nale prze­szko­lo­nych. -?Co robimy?

-?Jak daleko do zjazdu z auto­strady? -?Pyta­nie skie­ro­wane było do kie­rowcy.

-?Pięć kilo­me­trów.

-?Odbij na skrajny lewy pas -?pole­cił David. -?I przy­spiesz jesz­cze bar­dziej. Może dogo­nimy jakąś cię­ża­rówkę, wtedy scho­wamy się za nią.

-?Skoro nie poja­wimy się z przodu ani z tyłu, to i tak będzie wia­domo, gdzie jeste­śmy -?powie­dział Jones.

-?Zgoda, ale jeśli dron ma jakieś uzbro­je­nie, to nie będzie mógł go sku­tecz­nie użyć.

Fak­tycz­nie, po chwili Cadil­lac dogo­nił pojazd z dużą naczepą. Zrów­nali się z cię­ża­rówką i tak doje­chali do zjazdu z auto­strady. Przed skrę­tem Peter przy­spie­szył i gwał­tow­nym manew­rem wje­chał w zjazd. Po chwili dotarli do prze­cznicy i skrę­cili w prawo. Poru­szali się lokalną drogą, przy któ­rej stały poje­dyn­cze budynki. Ruch samo­cho­dowy był bar­dzo umiar­ko­wany, a lampy uliczne były usta­wione znacz­nie rza­dziej.

-?No, tutaj to już nic nie zoba­czymy -?orzekł Ste­phen.

Odpo­wie­działo mu mil­cze­nie. W ciszy doje­chali do kolej­nego skrętu, tym razem w lewo. Droga, którą się poru­szali, pro­wa­dziła przez otwartą prze­strzeń. Brak było zabu­dowy, świa­teł, a dookoła pano­wała cał­ko­wita ciem­ność. Jones zauwa­żył, że Butler wycią­gnął spod fotela pisto­let maszy­nowy.

-?Do celu pięć kilo­me­trów -?poin­for­mo­wał Peter. Spoj­rzał czuj­nie w tylne lusterko, w któ­rym odbi­jały się świa­tła jakie­goś pojazdu. -?Uwaga, ktoś nas wyprze­dza.

-?Cie­kawe. -?Ste­phen Jones był już w tym rejo­nie i wie­dział, że droga koń­czy się przy rezy­den­cji sau­dyj­skiego wywiadu, a wcze­śniej nic innego nie ma.

Obok nich, rycząc sil­ni­kiem, poja­wiła się wyprze­dza­jąca ich pół­cię­ża­rówka. Gdy zje­chała przed nich, zaczęła gwał­tow­nie hamo­wać.

-?Uwaga, kolejny wyprze­dza­jący! -?ostrzegł kie­rowca.

Fak­tycz­nie z boku Esca­lade zabły­sły świa­tła następ­nego pojazdu, który miał zamiar ich wyprze­dzić.

-?Sze­fie, na pod­łogę! -?krzyk­nął Butler. Zasko­czony Jones nie­zdar­nie rzu­cił się pomię­dzy przed­nie a tylne fotele. Lekko uniósł głowę i zdą­żył zauwa­żyć, jak pół­cię­ża­rówka naj­pierw skręca w lewo, a potem staje w poprzek jezdni. Zasła­nia­jące pakę poły plan­deki gwał­tow­nie się unio­sły i Ste­phen dostrzegł sie­dzą­cych w środku dwóch ludzi, któ­rzy trzy­mali w rękach pisto­lety maszy­nowe. Jed­no­cze­śnie w lewy bok Cadil­laca ude­rzył wyprze­dza­jący ich samo­chód.

DOHA

Z kolej­nych wyda­rzeń zapa­mię­tał jak przez mgłę, że wraz z eskortą szybko dotarli do wej­ścia do windy. Przy­naj­mniej tak mu się wyda­wało, gdyż po otrzy­ma­nym ude­rze­niu miał pro­blemy z ostro­ścią widze­nia. Dostrze­gał ludz­kie syl­wetki odwra­ca­jące się w jego stronę. Wyda­wało mu się, że osoby cze­ka­jące na windę zostały ode­pchnięte, a gdy zaczęły pro­te­sto­wać, głów­nie w języku angiel­skim, jeden z pro­wa­dzą­cych go krzyk­nął wład­czo:

-?Qatar State Secu­rity! -?i powtó­rzył, zwra­ca­jąc się w drugą stronę: - Qatar State Secu­rity! Zro­bić przej­ście!

Grupa z Niwiń­skim weszła do windy. W trak­cie krót­kiej jazdy zdą­żył tylko uświa­do­mić sobie kla­rowny fakt, że zatrzy­mała go miej­scowa służba bez­pie­czeń­stwa. Gdy drzwi się otwo­rzyły, Aleks -?na­dal widząc nie­wy­raź­nie i cier­piąc z powodu sil­nego bólu głowy -?po cha­rak­te­ry­stycz­nych odgło­sach i zapa­chu roz­po­znał, że praw­do­po­dob­nie zje­chali do pod­ziem­nego garażu. Pocią­gnięto go dalej, a po chwili wrzu­cono do dużego samo­chodu, jak mu się zda­wało, podob­nego do vana. Pojazd ruszył. Bar­dziej czuł, niż widział, że auto poko­nało kilka zakrę­tów, wyje­chało pod górę i zaraz przy­spie­szyło na pro­stej.

Powoli wra­cała mu świa­do­mość. Zro­zu­miał, że leży na pod­ło­dze samo­chodu. Poru­szył lekko dłońmi, spo­dzie­wa­jąc się, że poczuje kaj­danki, ale ku jego zasko­cze­niu nie zało­żono mu ich. Obok na roz­kła­da­nym sie­dze­niu widział dwóch męż­czyzn. Wzrok na tyle mu się wyostrzył, że przez tylną szybę pojazdu dostrze­gał miga­jące lampy uliczne i zni­ka­jące oświe­tlone syl­wetki budyn­ków. Zakła­dał, że jazda potrwa krótko, w końcu sie­dziba służb katar­skich znaj­do­wała się w samym cen­trum sto­licy. Kil­ka­krot­nie był w tym impo­nu­ją­cym wie­żowcu na służ­bo­wych spo­tka­niach. Za każ­dym razem sie­dziba Qatar State Secu­rity robiła na nim wra­że­nie, tym bar­dziej że nie znał innych służb bez­pie­czeń­stwa ulo­ko­wa­nych w podob­nie wyeks­po­no­wa­nym dra­pa­czu chmur. Sie­dziby zde­cy­do­wa­nej więk­szo­ści służb part­ner­skich w regio­nie znaj­do­wały się na ubo­czu, w budyn­kach oto­czo­nych ogro­dze­niami i pil­no­wa­nych przez żoł­nie­rzy.

Nie miał jed­nak czasu na dal­sze roz­my­śla­nia, zna­lazł się prze­cież w bar­dzo trud­nej sytu­acji. "Ale będzie wstyd", pomy­ślał z żalem, że jego pro­ste zada­nie zakoń­czyło się zatrzy­ma­niem przez funk­cjo­na­riu­szy zaprzy­jaź­nio­nej służby. Głu­pio mu będzie się tłu­ma­czyć, a sam jesz­cze nie wie­dział, co powi­nien powie­dzieć. Nie mógł się pozbyć natręt­nej myśli, że doszło do kom­pro­mi­ta­cji, która pozbawi go moż­li­wo­ści dal­szej współ­pracy ze służ­bami emi­ratu. Dotarło do niego, że jadą już dosyć długo, więc raczej ich celem nie była główna sie­dziba Qatar State Secu­rity. Kątem oka widział, że straż­nicy obo­jęt­nie zer­kają przez przy­ciem­nioną szybę w bocz­nych drzwiach. Spo­ra­dycz­nie rzu­cali okiem na niego. Posta­no­wił na­dal spra­wiać wra­że­nie nie­przy­tom­nego, a jed­no­cze­śnie sta­rał się ostroż­nie poru­szać rękami i nogami, żeby odzy­skać w nich spraw­ność. "Przy­naj­mniej będę szedł samo­dziel­nie i wypro­sto­wany na spo­tka­nie z nie­uchronną rze­czy­wi­sto­ścią", zde­cy­do­wał ponuro. Sta­rał się jakoś przy­go­to­wać do prze­słu­cha­nia. Naj­le­piej byłoby, gdyby jako posia­dacz pasz­portu dyplo­ma­tycz­nego odmó­wił skła­da­nia zeznań.

Gwał­towne hamo­wa­nie pojazdu rzu­ciło go na przed­nią ściankę kabiny. Roz­legł się odgłos, jakby samo­chód w coś ude­rzył. Po chwili z zewnątrz doszły go jakieś pokrzy­ki­wa­nia.

RIJAD

W przed­nią szybę samo­chodu amba­sady USA ude­rzyły pierw­sze kule. Rów­nież z boku -?po zde­rze­niu z nie­zna­nym pojaz­dem -?poja­wiły się ogniki strza­łów i poci­ski zaczęły stu­kać w pan­cerne okna.

-?Jedź! -?krzyk­nął David, który trzy­mał już w dło­niach pisto­let maszy­nowy.

Peter wci­snął gaz i jed­no­cze­śnie mocno skrę­cił w lewo. Esca­lade ude­rzyło w jadący obok mniej­szy samo­chód i masa Cadil­laca poparta mocą sil­nika ode­pchnęła tam­ten pojazd. Było jed­nak za mało miej­sca, żeby unik­nąć zde­rze­nia ze sto­jącą na dro­dze pół­cię­ża­rówką, i trzy tony opan­ce­rzo­nej stali wbiło się w nią. Odrzu­ceni do tyłu obaj zama­chowcy prze­stali strze­lać. Jones miał nadzieję, że odnie­śli obra­że­nia po tym potęż­nym ude­rze­niu.

Kie­rowca Esca­lade bły­ska­wicz­nie cof­nął samo­chód i ruszył z ryczą­cym sil­ni­kiem. Szyb­kim manew­rem, jadąc po pobo­czu, omi­nął sto­jącą pół­cię­ża­rówkę i ponow­nie mocno ude­rzył w drugi pojazd, który w mię­dzy­cza­sie zbli­żył się do nich. Tym razem manewr Petera spo­wo­do­wał, że tamto auto zje­chało zupeł­nie na bok, a Cadil­lac pognał szosą do przodu.

Ste­phen Jones uniósł się na fotel i popa­trzył do tyłu. W ciem­no­ści widział jedy­nie świa­tła obu pojaz­dów z napast­ni­kami. Nie poru­szały się, więc pościg im nie gro­ził. Ode­tchnął z ulgą.

-?Ktoś jest ranny? -?zapy­tał swo­ich towa­rzy­szy. Uspo­koił się, gdy obaj zaprze­czyli.

DOHA

Męż­czyźni sie­dzący w kabi­nie naj­pierw zer­k­nęli na Aleksa, ale on na­dal się nie ruszał, po czym jeden z nich uchy­lił boczne drzwi i ener­gicz­nie włą­czył się do ulicz­nej awan­tury. W końcu wysiadł, a drugi był wyraź­nie skon­cen­tro­wany na tym, co działo się na zewnątrz. Niwiń­ski, widząc to, w ułamku sekundy uznał, że to jego szansa. Zawsze lepiej być aktyw­nym i nie pod­da­wać się złemu losowi. I postę­po­wać zgod­nie ze starą zasadą szpie­gów: jak cię zła­pią za rękę, to mów, że to nie twoja ręka. Jeśli uda mu się wyrwać z vana, to nie trafi jak prze­stępca na prze­słu­cha­nie. Szyb­kim ruchem pod­parł się na rękach i pode­rwał ciało do pionu. Przez uła­mek sekundy poczuł taki zawrót w gło­wie, że zda­wało mu się, iż upad­nie. Jego straż­nik praw­do­po­dob­nie wyczuł ruch za sobą, ale zdą­żył tylko odwró­cić głowę, kiedy w skroń tra­fiło go ude­rze­nie zadane całą siłą. Głowa odsko­czyła mu w bok, a wtedy Aleks tra­fił go w lewą stronę tuło­wia, a następ­nie jesz­cze mocno w kark. Nie wie­dział, który cios był naj­sku­tecz­niej­szy, choć sta­wiał, że ten w skroń lub w rejon lewej nerki, a może śle­dziony. Męż­czy­zna spadł z sie­dze­nia i zwi­ja­jąc się z bólu, leżał na pod­ło­dze.

Niwiń­ski odru­chowo odrzu­cił ucieczkę otwar­tymi bocz­nymi drzwiami, zakła­da­jąc, że na zewnątrz spo­tkałby się twa­rzą w twarz z dru­gim z pil­nu­ją­cych go ludzi, a może rów­nież z innymi prze­ciw­ni­kami. W dwóch kro­kach dopadł tyl­nych drzwi samo­chodu, mając nadzieję, że nie są zablo­ko­wane. Na szczę­ście nie były i gdy je otwo­rzył, zoba­czył przed sobą sze­roką ulicę wypeł­nioną samo­cho­dami. Niebo było ciemne, a dookoła widział mnó­stwo świa­teł. Bez waha­nia rzu­cił się do przodu. Biegł, począt­kowo tro­chę chwiej­nie, a z cza­sem coraz pew­niej. Po pechu w Lago­ona Mall teraz zde­cy­do­wa­nie dopi­sało mu szczę­ście. I nie cho­dziło tylko o to, że udało mu się uciec z vana.

Nie zasta­na­wia­jąc się, prze­my­kał bez­tro­sko w poprzek kil­ku­pa­smo­wej arte­rii, którą pędziły pojazdy. Dwa razy gwał­tow­nie się zatrzy­mał i zaraz szybko ruszył, bo ina­czej zostałby roz­je­chany przez sunące auta. Poko­nał pas roz­dzie­la­jący dwie jezd­nie i zasko­czony zorien­to­wał się, że nie musi już powta­rzać nie­bez­piecz­nego sla­lomu pomię­dzy jadą­cymi samo­cho­dami. Zer­k­nął w prawo i zoba­czył, że zawdzię­cza to czer­wo­nemu świa­tłu na pobli­skim skrzy­żo­wa­niu. Czuj­nie obej­rzał się do tyłu i dostrzegł dwóch ludzi usi­łu­ją­cych go ści­gać. Albo byli nie­zde­cy­do­wani, albo po pro­stu się bali, bo znaj­do­wali się wła­śnie w poło­wie dru­giej jezdni, nie mogąc ruszyć dalej wśród pędzą­cych aut.

Aleks nie tra­cił czasu na obser­wo­wa­nie pogoni. Prze­biegł przez sze­roką ulicę, minął duży nowo­cze­sny biu­ro­wiec i skrę­cił w wąskie przej­ście pomię­dzy dwoma budyn­kami. Za nimi znaj­do­wały się jakieś maga­zyny oto­czone nie­wy­so­kim ogro­dze­niem. Nie miał wyboru. Pod­cią­gnął się i pomimo śli­zga­ją­cych się na siatce san­da­łów szybko zna­lazł się po dru­giej stro­nie. Spoj­rzał za sie­bie, ale w prze­smyku nikogo nie dostrzegł. Pomy­ślał, że jeśli ści­ga­jący go nie mieli szczę­ścia, to po dotar­ciu do wysepki pomię­dzy dwiema jezd­niami tra­fili aku­rat na samo­chody pędzące po zapa­le­niu się zie­lo­nego świa­tła. Musiał wyko­rzy­stać tę sytu­ację, cho­ciaż miał świa­do­mość, że w Dosze praw­do­po­dob­nie już ogło­szono alarm i funk­cjo­na­riu­sze wszyst­kich służb szu­kają wła­śnie jego. Ale trudno, skoro zde­cy­do­wał się ucie­kać, to musiał być kon­se­kwentny.

Bie­gnąc pomię­dzy kolej­nymi budyn­kami, dotarł na tro­chę spo­koj­niej­szą ulicę. Odru­chowo dosto­so­wał się do tempa poru­sza­nia się prze­chod­niów. Wie­czorny inten­sywny ruch pie­szych i pojaz­dów był dla niego korzystny, gdyż w tłu­mie trud­niej było go dostrzec. Doszedł do wnio­sku, że powi­nien natych­miast się prze­brać, ponie­waż służby szu­kają męż­czy­zny w bia­łej gala­bii. Warto byłoby wło­żyć ubra­nie pozo­sta­wione w skrytce. Naiw­nie liczył na to, że katar­scy funk­cjo­na­riu­sze raczej zapa­mię­tali syl­wetkę podej­rza­nego Araba i nie roz­po­znali w nim pol­skiego szpiega. Zawa­hał się, czy powi­nien zary­zy­ko­wać i udać się do Doha City Cen­ter, gdzie sys­tem moni­to­ringu pozwoli Katar­czy­kom łatwo go zlo­ka­li­zo­wać. A jeżeli są sprawni, to korzy­sta­jąc z nagra­nia z Lago­ona Mall, mogą użyć sys­temu iden­ty­fi­ka­cji twa­rzy. "Może jed­nak warto spró­bo­wać", pomy­ślał. "Wszystko dzieje się na tyle szybko, że może mnie jed­nak nie ziden­ty­fi­ko­wali".

Te roz­wa­ża­nia nie­wiele mu dały, ponie­waż przede wszyst­kim nie miał poję­cia, gdzie się znaj­duje. Rozej­rzał się roz­pacz­li­wie dookoła, ale nie koja­rzył ani ulicy, na któ­rej obec­nie prze­by­wał, ani nawet arte­rii, przez którą tak despe­racko wcze­śniej prze­biegł. Roz­wią­za­nie poja­wiło się nagle. Ulicą nad­je­chała tak­sówka, która zatrzy­mała się na gwał­towny gest Niwiń­skiego.

RIJAD

Poru­szali się z tak dużą pręd­ko­ścią, że gdy nagle uka­zało się ogro­dze­nie sie­dziby GIP, Peter musiał gwał­tow­nie zaha­mo­wać przed bramą. Jej skrzy­dła zostały otwarte i już spo­koj­nie pod­je­chali przed główne wej­ście. Stali tam obaj ocze­ku­jący Jonesa Sau­dyj­czycy. Ich miny wyra­żały pełne zasko­cze­nie na widok stanu Cadil­laca. Ste­phen otwo­rzył pan­cerne drzwi i wysiadł.

-?Ste­phen, co się stało? -?zapy­tał gene­rał Moham­med Al-Harbi, pod­cho­dząc bli­żej. Pyta­niu towa­rzy­szyło prze­ję­cie malu­jące się na twa­rzy Sau­dyj­czyka.

-?Cztery kilo­me­try stąd był zamach na mnie -?pod­nie­sio­nym gło­sem poin­for­mo­wał funk­cjo­na­riusz CIA.

-?Na tej dro­dze? -?Zastępca szefa Maba­hith naj­wy­raź­niej nie mógł uwie­rzyć.

-?Tak, na tej dro­dze. Zosta­wi­li­śmy napast­ni­ków na środku ulicy.

Al-Harbi sta­now­czym ruchem przy­wo­łał adiu­tanta. Wydał kilka pole­ceń. Funk­cjo­na­riusz pobiegł za budy­nek i po chwili wyje­chały stam­tąd dwa SUV-y, w każ­dym sie­działo po czte­rech żoł­nie­rzy. David Butler spoj­rzał pyta­jąco na Jonesa i widząc jego przy­zwa­la­jące kiw­nię­cie głową, ruchem ręki naka­zał zatrzy­ma­nie pojaz­dów. Wsiadł do pierw­szego i oba SUV-y popę­dziły drogą w stronę miej­sca ataku.

Obaj Sau­dyj­czycy po upew­nie­niu się, że ich gość nie został ranny, zapro­sili go do rezy­den­cji. Kiedy po pół­go­dzi­nie wró­cił Butler, zamel­do­wał, że natknęli się jedy­nie na sto­jący na pobo­czu pojazd, który wcze­śniej ude­rzył w ich Cadil­laca. Dru­giego pojazdu ani spraw­ców zama­chu nie zna­le­ziono w pobliżu. Zarzą­dzony natych­miast alarm służb bez­pie­czeń­stwa nie przy­czy­nił się do zatrzy­ma­nia napast­ni­ków ani nawet do uzy­ska­nia jakich­kol­wiek infor­ma­cji, kim byli.

DOHA

-?City... -?Aleks zawa­hał się przez moment. Przy­szło mu do głowy, że w razie sze­roko zakro­jo­nych poszu­ki­wań służby mogą szybko dotrzeć do kie­row­ców tak­só­wek. Musiał wybrać inne miej­sce. -?...DECC metro sta­tion - rzu­cił sta­now­czym tonem do kie­ru­ją­cego autem Hin­dusa.

Zer­k­nął w lusterku na twarz kie­rowcy, by się upew­nić, czy nie obser­wuje on nie­zde­cy­do­wa­nego pasa­żera, ale męż­czy­zna obo­jęt­nie patrzył przed sie­bie. Samo­chód włą­czył się w uliczny ruch, a Aleks ode­tchnął z ulgą pierw­szy raz od dłuż­szego czasu. "Co powi­nie­nem teraz zro­bić, jeśli nie zatrzy­mają mnie w cen­trum han­dlo­wym?", ta myśl koła­tała mu się w gło­wie. Przez całą swoją karierę ofi­cera wywiadu miał szczę­ście i ni­gdy nie wpadł w ręce żad­nej służby bez­pie­czeń­stwa ani tym bar­dziej wro­giego wywiadu. A przy­pa­dek zatrzy­ma­nia i ucieczki przed zaprzy­jaź­nioną agen­cją był tak absur­dalny, że ni­gdy wcze­śniej nawet nie sły­szał o podob­nej sytu­acji. "Może nie­po­trzeb­nie pry­sną­łem z tej fur­go­netki?", pomy­ślał. Pew­nie tra­fiłby na prze­słu­cha­nie i po odmo­wie zło­że­nia wyja­śnień musie­liby go zwol­nić. Tylko byłaby afera, że Polacy pro­wa­dzą dzia­ła­nia wywia­dow­cze na tere­nie kraju zaprzy­jaź­nio­nego!

Kraje arab­skie są bar­dzo wraż­liwe na takie sytu­acje i lepiej byłoby jakoś stam­tąd znik­nąć. Oczy­wi­ście naj­pro­ściej byłoby dotrzeć do lot­ni­ska i sko­rzy­stać z póź­nego połą­cze­nia z Rija­dem. Jeśli dopi­sa­łoby mu szczę­ście i Katar­czycy nie zamknę­liby przed nim gra­nic, to za pół­to­rej godziny zna­la­złby się w Ara­bii Sau­dyj­skiej. Tylko czy licze­nie na pomyłkę lokal­nych służb miało sens? Wzru­szył ramio­nami, bo pyta­nie było absur­dalne. Hamad Inter­na­tio­nal Air­port zabez­pie­czą jako naj­bar­dziej praw­do­po­dobne miej­sce ucieczki Aleksa z Kataru, a ludzie z Qatar State Secu­rity będą cier­pli­wie cze­kać przy bram­kach portu lot­ni­czego. Zapewne dru­gim takim obsta­wio­nym miej­scem będzie pol­ska amba­sada w Dosze. No bo gdzie może pró­bo­wać się ukryć podej­rzany o szpie­go­stwo, jak nie we wła­snej pla­cówce dyplo­ma­tycz­nej? Czyli te miej­sca zde­cy­do­wa­nie odpa­dały.

Próba zna­le­zie­nia lokum w sto­licy Kataru, w jakimś pod­rzęd­nym hote­liku, też byłaby bez sensu. Miej­scowe służby prę­dzej czy póź­niej takie miej­sca także spraw­dzą, a Aleks nie znał nikogo, kto zapew­niłby mu bez­pieczną kry­jówkę. Nie, powi­nien jak naj­szyb­ciej opu­ścić Katar, jesz­cze zanim wszyst­kie drogi ucieczki zostaną zablo­ko­wane. A może w takim razie drogą wodną? Z Dohy wypły­wają statki wyciecz­kowe, odby­wa­jące rejsy z tury­stami po Zatoce Arab­skiej, a por­tem macie­rzy­stym jest zazwy­czaj Dubaj. Oj, gdyby mógł się tam zna­leźć, jego pro­blemy zosta­łyby roz­wią­zane. No tak, tylko wszystko zależy od tego, czy znaj­dzie się miej­sce na takim wyciecz­kowcu i czy aku­rat dzi­siaj wie­czo­rem jeden z nich cumuje w Dosze. Miał przy sobie tro­chę pie­nię­dzy, a mógł pod­jąć dużo wię­cej z ban­ko­matu, więc w grę wcho­dzi­łoby rów­nież wyna­ję­cie nie­wiel­kiej łodzi czy jachtu...

Hamo­wa­nie tak­sówki prze­rwało jego despe­rac­kie roz­my­śla­nia. Kie­rowca, nie patrząc na niego, z obo­jętną miną podał wyso­kość opłaty za kurs. Aleks szybko wyjął port­fel, a z niego bank­noty. Podał kie­rowcy więk­szą kwotę i szybko wysiadł. Rozej­rzał się po oko­licy. Wie­czo­rem ta część mia­sta była wypeł­niona prze­chod­niami, co było korzystne dla niego. Kiedy dotarł do City Cen­ter Doha, posta­no­wił omi­nąć główne wej­ście. Obszedł gmach dookoła, szu­ka­jąc jakie­goś bocz­nego przej­ścia. To była kolejna naiwna próba z jego strony, ponie­waż sys­tem moni­to­ringu dzia­łał tak samo wokół całego kom­pleksu.

W końcu tra­fił na jakieś drzwi i zna­lazł się w środku. Wcze­śniej zało­żył ciemne oku­lary, a poły kefiji roz­cią­gnął tak, że spod mate­riału wysta­wały mu jedy­nie nos i usta. "Z takim kamu­fla­żem mogłem spo­koj­nie wejść przez główny hol i nawet sto­jący tam funk­cjo­na­riu­sze służb katar­skich nie roz­po­zna­liby mnie", pomy­ślał iro­nicz­nie. Przy­trzy­mu­jąc poły chu­sty, skie­ro­wał się w rejon skry­tek. Kiedy tam dotarł, ogra­ni­czył się do szyb­kiego spraw­dze­nia naj­bliż­szego oto­cze­nia. Uznał, że i tak ma małe szanse, żeby wychwy­cić poten­cjalną zasadzkę na zatło­czo­nym kory­ta­rzu, dla­tego nie zamie­rzał prze­dłu­żać swo­jej obec­no­ści w City Cen­ter Doha.

Pozor­nie wyda­wało się, że wszystko jest w porządku. Dla­tego szybko dotarł do łazienki i w kabi­nie prze­brał się w swoje zwy­kłe ubra­nie. Arab­ski strój zapa­ko­wał i wziął pod pachę. Kiedy wycho­dził z łazienki, przy­szło mu do głowy, że teraz nie ma już osłony kefiji. Zało­żył więc oku­lary prze­ciw­sło­neczne i szybko ruszył do wyj­ścia z cen­trum. Już się nie zasta­na­wiał, czy wie­czo­rem w ciem­nych oku­la­rach nie wzbu­dzi więk­szego zain­te­re­so­wa­nia, niż gdyby ich nie miał. Opu­ścił budy­nek zado­wo­lony, że przy­naj­mniej nie został zatrzy­many.

Szyb­kim kro­kiem zaczął się odda­lać od cen­trum. Prze­ciął sze­roką Omar Al Mukh­tar Street i ruszył przez dziel­nicę Ona­iza w kie­runku bied­niej­szej czę­ści mia­sta. Czuł się coraz pew­niej, nawet bio­rąc pod uwagę gene­ral­nie trudną sytu­ację, a to chyba z powodu skrom­niej­szego oświe­tle­nia ulicz­nego i wielu niskich budyn­ków dookoła. Mija­jąc pojem­nik na odpady, sto­jący przy wej­ściu do jed­nego z domów, wrzu­cił do środka paczkę z gala­biją i innymi arab­skimi dro­bia­zgami. Szedł ulicą wśród prze­chod­niów pocho­dzą­cych w więk­szo­ści spoza Kataru. Na oko prze­wa­żali Azjaci - Hin­dusi, Paki­stań­czycy czy Fili­piń­czycy. Mię­dzy nimi dostrzegł też emi­gran­tów z kra­jów Afryki. Bia­łych było coraz mniej. Ta wie­czorna wędrówka tak go zmę­czyła, że musiał gdzieś usiąść.

Na rogu dwóch ulic zna­lazł bar i zajął miej­sce przy sto­liku. Szybko poja­wił się kel­ner, u któ­rego zamó­wił losowo wybraną potrawę i kawę. Jedze­nie poja­wiło się nad­zwy­czaj szybko i oka­zało się cał­kiem smaczne, choć kom­plet­nie nie wie­dział, co je. Przy­jem­ność z posi­le­nia się nie zmie­niła poło­że­nia Aleksa. Odsu­nął talerz i pijąc kawę, zamy­ślił się. Sytu­acja wyda­wała się ponura. Jedy­nym plu­sem było to, że uciekł ludziom, któ­rzy go zatrzy­mali, i prze­by­wał na wol­no­ści. Jak długo będzie się nią cie­szył, tego nie wie­dział, gdyż pierw­szy patrol poli­cji może nim się zain­te­re­so­wać, szcze­gól­nie w tej oko­licy. "Kurwa, ucie­kłem z cen­trum, ale tutaj też nie jestem bez­pieczny", pesy­mi­stycz­nie oce­nił. "Spie­przy­łem pozor­nie pro­ste zada­nie, stra­ci­łem ważne mate­riały i do tego zosta­łem zła­pany. I co teraz?" Poczuł się zagu­biony i poza wcze­śniej­szymi pomy­słami o ucieczce drogą mor­ską nic innego nie przy­cho­dziło mu do głowy. "Gwiazda wywiadu, pogromca SWR i Irań­czy­ków, boha­ter słusz­nej sprawy -?i co dalej?", zakpił z sie­bie. Błysk koperty zło­tej Omegi w tej sytu­acji wyda­wał się rów­nie absur­dalny jak pasz­port dyplo­ma­tyczny, który miał w kie­szeni.

Oczy­wi­ście naj­ła­twiej byłoby zwa­lić winę na cen­tralę przy Miło­będz­kiej. W końcu to oni wysłali go do reali­za­cji pro­stego zada­nia, nie ostrze­ga­jąc o moż­li­wych zagro­że­niach. On prze­strze­gał wszyst­kich zasad, a pomimo tego na miej­scu cze­kała zasadzka, w którą wpadł. "Do dupy to wszystko", oce­nił smutno. Nagle pomy­ślał, że skoro nie potrafi sobie pora­dzić sam, to może powi­nien popro­sić o pomoc przy­ja­ciół z CIA. A może nie anga­żo­wać part­ne­rów, tylko zadzwo­nić do "Lino­skoczka"? W końcu Rosja­nie też aktyw­nie dzia­łają w rejo­nie Zatoki. "Odwa­liło mi, że takie bzdury przy­cho­dzą mi do głowy", stwier­dził zre­zy­gno­wany.

Wobec braku nowych pomy­słów zamó­wił kolejną kawę i bez­myśl­nie patrzył przed sie­bie. "Może to jest roz­wią­za­nie?", zasta­na­wiał się. Zer­k­nął jesz­cze raz. Po dru­giej stro­nie ulicy świe­cił się neon:

Ali Car Ren­tal

PUSTYNIA W POBLIŻU RIJADU

Późną nocą samotny myśliwy jadący na moto­rze kamie­ni­stą drogą przez pusty­nię, trzy­dzie­ści kilo­me­trów na wschód od Rijadu, dostrzegł mię­dzy ska­łami dopa­la­jący się dziwny kształt. Gdy pod­je­chał ostroż­nie bli­żej, kie­ru­jąc w to miej­sce świa­tło reflek­tora, zorien­to­wał się, że spa­lono starą pół­cię­ża­rówkę. Rozej­rzał się dookoła w poszu­ki­wa­niu ludzi, któ­rzy to zro­bili, ale nikogo nie zauwa­żył. Pomy­ślał, że lepiej dla niego będzie nie wty­kać nosa w cudze sprawy, i naj­szyb­ciej, jak mógł, wró­cił na drogę. Miał nadzieję, że nikt go nie widział i będzie mógł spo­koj­nie zapo­lo­wać na pustynne ptaki. Po chwili świa­tło moto­cy­kla znik­nęło w ciem­no­ściach.

DOHA

Aleks wyjął iPhone'a i wpi­sał w Google: Odle­głość dro­gowa Doha - Rijad? Szybko dostał odpo­wiedź: 576 kilo­me­trów, 6 godzin 33 minuty. Spodo­bał mu się ten pomysł. Rano mógłby być już w domu i mieć za sobą "pro­ste zada­nie w Kata­rze". Pozo­sta­wała jedna pod­sta­wowa wąt­pli­wość i miał obawy, czy może ją zlek­ce­wa­żyć. Jeśli zakła­dał, że na Hamad Inter­na­tio­nal Air­port cze­kają na niego, to czy może mieć nadzieję, że gra­nicę lądową emi­ratu Kataru prze­kro­czy bez pro­blemu? Z dru­giej strony, jeśli nie spró­buje, to naj­le­piej i naj­wy­god­niej byłoby od razu zadzwo­nić do ofi­cera QSS, z któ­rym miał dotąd kon­takt, i przy­znać się, gdzie jest. Ta moż­li­wość wydała mu się jed­nak tak absur­dalna, że odzy­skał w miarę nor­malny nastrój. Dopił kawę, zapła­cił rachu­nek i prze­szedł na drugą stronę ulicy. Bło­go­sła­wił godziny pracy usług w kra­jach arab­skich. W Euro­pie taka mała wypo­ży­czal­nia już dawno byłaby zamknięta.

SALWA ROAD

Samo­chód był mocno zużyty, ale naj­waż­niej­sze było, że jechał. Wła­ści­ciel Ali Car Ren­tal na życze­nie klienta ścią­gnął z innej pla­cówki Toyotę Camry. W prze­ciw­nym razie Niwiń­skiemu gro­ziła jazda przez pół­wy­sep pojaz­dem zali­cza­nym w Euro­pie do "małych". Ale udało się i już po czter­dzie­stu minu­tach prze­mie­rzał ulice Dohy. Na szczę­ście auto miało sprawną kli­ma­ty­za­cję i nawi­ga­cję. Kiedy wyje­chał poza sto­licę, ogar­nęły go ciem­no­ści roz­świe­tlane jedy­nie reflek­to­rami innych pojaz­dów. Był już na auto­stra­dzie, więc mocno przy­spie­szył. Oba­wia­jąc się inter­wen­cji poli­cji dro­go­wej pomimo noc­nej pory, nie­wiele prze­kra­czał dozwo­lone w Kata­rze sto dwa­dzie­ścia kilo­me­trów na godzinę. Był tak pod­krę­cony fak­tem, że pod­jął osta­tecz­nie decy­zję, że kom­plet­nie nie czuł zmę­cze­nia. Lubił pro­wa­dzić samo­chód i jazda w nocy też nie sta­no­wiła dla niego pro­blemu. Sta­rał się nie myśleć o jedy­nej draż­li­wej kwe­stii: czy uda mu się opu­ścić Katar?

Zbli­ża­jąc się do gra­nicy, czuł rosnący nie­po­kój. Jeżeli służby gra­niczne otrzy­mały pole­ce­nie zatrzy­ma­nia go, to był bez szans i szybko wyru­szy z powro­tem do sto­licy Kataru, tylko już nie on będzie pro­wa­dził samo­chód. Tablica z infor­ma­cją:

Abu Samra

5 kilo­me­trów

spra­wiała wra­że­nie osta­tecz­nego ostrze­że­nia dla Niwiń­skiego. Lekko zwol­nił, jakby w ten spo­sób mógł prze­dłu­żyć okres swo­jej wol­no­ści. Gdy dotarł do niego absurd tego, co robi, szybko wci­snął pedał gazu. Po obu stro­nach auto­strady była tylko pusty­nia i to roz­strzy­gało kwe­stię: czy i dokąd ewen­tu­al­nie ucie­kać.

Budynki poste­runku gra­nicz­nego poja­wiły się nagle, gdy Toyota Aleksa poko­nała zakręt drogi Q5. W świe­tle ostrych lamp dostrzegł, że ma przed sobą tylko jeden samo­chód, obok któ­rego stoją kon­tro­lu­jący go funk­cjo­na­riu­sze. Zwol­nił i pozor­nie spo­koj­nie doto­czył się do gra­nicy. Musiał pocze­kać, ponie­waż katar­scy straż­nicy ucięli sobie poga­wędkę z kie­rowcą auta. Przez tych parę chwil Aleks czuł, jak serce mu gwał­tow­nie wali. Czy to ostat­nie chwile przed zatrzy­ma­niem? Tego nie wie­dział, a przy­naj­mniej chciał mieć nadzieję, że nie.

W końcu pojazd przed nim ruszył, a funk­cjo­na­riu­sze poki­wali na niego. Pod­je­chał do nich, cały czas mając wra­że­nie, jakby wszystko działo się w zwol­nio­nym tem­pie. Otwo­rzył okno i podał pasz­port. Katar­czyk prze­je­chał przez stronę doku­mentu mobil­nym ter­mi­na­lem i popa­trzył na moni­tor. Niwiń­skiemu wyda­wało się, że trwa to wieki, a prze­dłu­ża­jące się spoj­rze­nie funk­cjo­na­riu­sza na czyt­nik ozna­cza, iż widzi infor­ma­cję o koniecz­no­ści zatrzy­ma­nia posia­da­cza tego pasz­portu. Sie­dział sztywny i odrę­twiały. Chyba nawet wstrzy­mał oddech. Kiedy funk­cjo­na­riusz wycią­gnął rękę z pasz­portem, Aleks przez dłuż­szą chwilę nie reago­wał.

-?Your pas­sport, sir -?powie­dział męż­czy­zna, potrzą­sa­jąc doku­men­tem. - You may go.

Alek­sowi wyda­wało się, że to nie dzieje się naprawdę. Się­gnął po pasz­port, cały czas mając wąt­pli­wość, czy katar­ski pogra­nicz­nik nagle nie zmieni decy­zji. Jed­nak tak się nie stało. Niwiń­ski odło­żył pasz­port na fotel pasa­żera i powoli ruszył. Ciężko oddy­chał po tej ner­wo­wej sytu­acji. Doto­czył się do poste­runku sau­dyj­skiego i już po chwili pędził drogą numer 615 na zachód, aby wkrótce odbić na pół­noc. Z wra­że­nia zaczął krzy­czeć, a potem zachciało mu się śpie­wać. Ponie­waż jed­nak nic odpo­wied­niego nie przy­szło mu do głowy, po pro­stu włą­czył gło­śniej sta­cję w radiu Toyoty i wygod­nie wycią­gnął się na fotelu.

Nie wie­rzył w cuda, dla­tego nie rozu­miał, co się stało, że nie został zatrzy­many na katar­skiej gra­nicy. Znał sku­tecz­ność Qatar State Secu­rity i dla­tego wąt­pił, żeby ktoś zapo­mniał roze­słać komu­ni­kat o koniecz­no­ści zatrzy­ma­nia Alek­san­dra Niwiń­skiego, przy­ła­pa­nego pod­czas podej­mo­wa­nia mate­riału wywia­dow­czego. Dla­czego w takim razie był teraz wolny na tery­to­rium sau­dyj­skim, tego nie mógł zro­zu­mieć.

Spoj­rzał na nawi­ga­cję, która poka­zała, że Aleks doje­dzie do Rijadu o czwar­tej czter­dzie­ści. Tam cze­kało na niego nor­malne życie, o ile za takie można uznać pracę ofi­cera wywiadu za gra­nicą.

Rozdział 2

RIJAD

Wyli­cze­nia nawi­ga­cji oka­zały się trafne -?Aleks dotarł do sto­licy Ara­bii Sau­dyj­skiej nawet z pię­cio­mi­nu­to­wym wyprze­dze­niem. Fak­tycz­nie, im bli­żej był mia­sta, tym moc­niej naci­skał gaz, chcąc jak naj­szyb­ciej prze­ka­zać do cen­trali infor­ma­cje o tym, co mu się przy­tra­fiło. Pomimo że do świtu pozo­stała ponad godzina, w tyl­nym lusterku dostrze­gał prze­bły­ski zapo­wia­da­jące począ­tek nowego dnia. Na uli­cach Rijadu ruch był jesz­cze nie­wielki, dla­tego szybko udało mu się prze­mknąć przez mia­sto. Pod­je­chał do hotelu She­ra­ton, gdzie miał zosta­wić Toyotę, tak jak umó­wił się z wła­ści­cie­lem wypo­ży­czalni w Dosze. Nie miał poję­cia, jak samo­chód wróci do sto­licy Kataru, ale to go kom­plet­nie nie obcho­dziło w tej chwili. Pod­szedł do recep­cji i popro­sił o kopertę, w któ­rej umie­ścił doku­menty samo­chodu i klu­czyki. Zaadre­so­wał ją "Ali Car Ren­tal". Kiedy wycho­dził na hote­lowy pod­jazd, wła­śnie służ­bo­wym Land Cru­ise­rem przy­był kon­sul i szef admi­ni­stra­cyjny pla­cówki Cezary Milew­ski. Niwiń­ski wsko­czył do środka i przy­wi­tał się z przy­ja­cie­lem.

-?Zro­bi­łem to tylko dla cie­bie -?zastrzegł się Cezary, jed­no­cze­śnie sze­roko zie­wa­jąc. Wszy­scy w pla­cówce wie­dzieli, że jest śpio­chem. Potarł dło­nią zaspane oczy i popa­trzył na przy­ja­ciela. -?A tak w ogóle, to wisisz mi za tę nocną pobudkę jakiś dobry alko­hol. I następ­nym razem posta­raj się mnie uprze­dzać o swo­ich fana­be­riach, bo gdy­bym miał na noc miłe towa­rzy­stwo, to musiał­bym ci odmó­wić pod­wózki.

-?Nie wystar­czy ci moja dozgonna wdzięcz­ność? -?zażar­to­wał Aleks. Patrząc na twarz Milew­skiego i jego wpół­przy­mknięte oczy, zasta­na­wiał się, jak kolega dał radę doje­chać do She­ra­tona w takim sta­nie. Bez­wy­pad­kowy prze­jazd zawdzię­czał praw­do­po­dob­nie nie­wiel­kiej licz­bie samo­cho­dów na uli­cach o tej wcze­snej porze.

-?Do domu? -?upew­nił się Cezary, nie kon­ty­nu­ując już tematu. Bio­rąc pod uwagę jego cią­goty do upar­tego pre­zen­to­wa­nia wła­snego zda­nia, takie zacho­wa­nie było nie­ty­powe.

-?Yes, sir -?w jed­nej chwili zde­cy­do­wał, że naj­pierw poje­dzie do domu.

-?A tak w ogóle, to coś ty znowu zma­lo­wał? -?Milew­ski wyje­chał z hote­lo­wego par­kingu na Tareeq al-Malik Fahd i na świa­tłach skrę­cił w lewo w Tareeq al-Malik Abd Allah. Mocno przy­spie­szył na pra­wie pustej kil­ku­pa­smo­wej ulicy. -?Prze­cież mia­łeś wró­cić wczo­raj wie­czo­rem. Cze­ka­łem do pół­nocy na twój tele­fon. Zanie­po­ko­iłem się, ale nie pró­bo­wa­łem dzwo­nić, tak jak pro­si­łeś.

-?I dobrze zro­bi­łeś. Solidny z cie­bie przy­ja­ciel. A co robi­łem, nie docie­kaj, bo gdy­byś się dowie­dział, to chwilę póź­niej musiał­bym cię zli­kwi­do­wać -?roze­śmiał się ze sta­rego powie­dze­nia.

-?Dobra, dobra -?mruk­nął poważ­nie Milew­ski. -?Nie strasz, bo się zesrasz. -?Zer­k­nął na Niwiń­skiego, spraw­dza­jąc, czy poprzed­nie zda­nie go nie ura­ziło. Widząc szczery uśmiech kolegi, spo­koj­nie wró­cił do obser­wo­wa­nia sytu­acji na dro­dze.

Do osie­dla, gdzie od nie­dawna miesz­kał Aleks, dotarli po kwa­dran­sie. Niwiń­ski wysiadł przed bramą i poma­chał przy­jaź­nie do straż­ni­ków, zaspa­nych nawet bar­dziej niż Milew­ski. Popa­trzyli na niego podejrz­li­wie i w ogóle nie zare­ago­wali.

Kiedy szedł alejką mię­dzy domami i base­nami, panu­jąca dookoła cisza spra­wiła, że poczuł się wresz­cie bez­pieczny i spo­kojny. Tak jak zwy­kle czuje się więk­szość ludzi, zbli­ża­jąc się do domu. Sły­szał lekki szum poru­sza­ją­cych się w górze liści palm, któ­rych sporo rosło na tere­nie osie­dla, ofe­ru­jąc cza­sami cień w połu­dnie. Był już bli­sko seg­mentu, w któ­rym miesz­kał od nie­ca­łych czte­rech mie­sięcy. Wobec zbrodni doko­na­nej w jego poprzed­nim miej­scu zamiesz­ka­nia prze­pro­wadzka była abso­lut­nie konieczna.

Dosko­nale pamię­tał roz­pacz­liwy krzyk Joanny i swoje zasko­cze­nie, gdy zoba­czył zakrwa­wione zwłoki Aliny Jego­ro­wej, uło­żone pod folią na łóżku w sypialni. Miała to być zemsta, ale przede wszyst­kim pułapka, która fał­szy­wie wska­zy­wała, że to Niwiń­ski zamor­do­wał "krewną" amba­sa­dora Zalew­skiego. Tę kosz­marną insce­ni­za­cję przy­go­to­wał Anton Smo­lar, były żoł­nierz spec­nazu i czło­wiek do zadań spe­cjal­nych rezy­denta SWR. Po zabra­niu zwłok Aliny i zabez­pie­cze­niu śla­dów na miej­scu zbrodni przez tech­ni­ków Pre­si­dency of State Secu­rity Aleksa zwol­niono i następne godziny spę­dził z Joanną w hotelu She­ra­ton. Potem odwiózł byłą żonę na lot­ni­sko.

Czas, który spę­dzili w salo­nach VIP Mię­dzy­na­ro­do­wego Lot­ni­ska Króla Cha­lida, nie był rado­sny. Joanna pomimo nie­wąt­pli­wego suk­cesu mate­riału tele­wi­zyj­nego przy­go­to­wa­nego wraz z dzien­ni­ka­rzami CNN, a opar­tego na nagra­niach powsta­łych przy współ­pracy Niwiń­skiego i pla­cówki CIA, nie mogła się uspo­koić po tra­gicz­nym odkry­ciu w sypialni Aleksa. Kiedy nad­szedł czas odlotu do Europy, odpro­wa­dził ją do bramki. Sta­nęli tam na chwilę i obie­cali sobie nad­ro­bić stra­cony czas pod­czas naj­bliż­szego pobytu Niwiń­skiego w War­sza­wie. Potem szybko poże­gnali się po przy­ja­ciel­sku.

W tym cza­sie Milew­ski wraz z admi­ni­stra­cją osie­dla zor­ga­ni­zo­wali ekipę sprzą­ta­jącą, żeby dopro­wa­dzić sypial­nię do nor­mal­nego stanu. Niwiń­ski wró­cił do swo­jego miej­sca zamiesz­ka­nia następ­nego dnia, ale od razu prze­niósł rze­czy do innego pokoju, a do tego pomiesz­cze­nia ni­gdy wię­cej nie wszedł. Szczę­śli­wie nowa sypial­nia też była wypo­sa­żona w łazienkę. Amba­sada wystą­piła do MSZ o zgodę na wyna­ję­cie innego lokum dla niego, a dzięki ope­ra­tyw­no­ści Ceza­rego szybko udało się je zna­leźć. Aleks chęt­nie zaak­cep­to­wał pro­po­zy­cję Milew­skiego, gdyż nowe osie­dle znaj­do­wało się nie­wiele dalej od pla­cówki niż poprzed­nie, a warunki miesz­ka­niowe były na wyż­szym pozio­mie. Cały kom­pleks był znacz­nie nowo­cze­śniej­szy, a wypo­sa­że­nie seg­men­tów bogat­sze. Cie­szył się z lep­szego stan­dardu, choć tak naprawdę jako osoba samotna nie­wiele potrze­bo­wał, tym bar­dziej że mając dużo obo­wiąz­ków, prak­tycz­nie tylko tam noco­wał.

Teraz też nie miał zamiaru roz­ko­szo­wać się bez­pieczną przy­sta­nią. Otwo­rzył drzwi i poza­pa­lał wszyst­kie świa­tła. Ciem­no­ści miał dosyć po wie­lo­go­dzin­nej noc­nej podróży przez pusty­nię. Poza tym rachunki za prąd, zgod­nie z prze­pi­sami resor­to­wymi, w cało­ści pokry­wała pla­cówka. W zasa­dzie cho­dziło o refun­do­wa­nie opłat za kli­ma­ty­za­cję, nie­zbędną pod­czas sau­dyj­skich upa­łów. Ale w prak­tyce -?kto roz­różni, ile poszło na kli­ma­ty­za­cję, a ile na oświe­tle­nie czy urzą­dze­nia domowe? Z takimi przy­ziem­nymi myślami udał się po scho­dach do sypialni. Popa­trzył z żalem na swoje łóżko, bo nie był to wła­ściwy czas na odsy­pia­nie noc­nych przy­gód w Kata­rze.

Musiał zająć się pracą, w końcu za to mu pła­cono, a on tę robotę naprawdę lubił. Szybko się roze­brał i wsko­czył pod prysz­nic. Dłuż­szy czas zmy­wał z sie­bie ostat­nie wyda­rze­nia. Ku jego zasko­cze­niu w gło­wie poja­wił mu się obraz Joanny. Pomy­ślał, że zapewne przy­czy­niły się do tego wspo­mnie­nia jej pobytu w Rija­dzie. Choć z dru­giej strony, skoro czło­wiek spę­dza kil­ka­na­ście lat z kobietą, to nawet po roz­wo­dzie trudno wyrzu­cić ją z pamięci. Tym bar­dziej że pomimo roz­sta­nia łączyła ich przy­ja­ciel­ska sym­pa­tia. "Muszę koniecz­nie zoba­czyć się z nią w War­sza­wie, tak jak się umó­wi­li­śmy", posta­no­wił. Potem szybko się wytarł, ogo­lił i ubrał w strój odpo­wiedni dla dyplo­maty, w końcu wkrótce zaczy­nały się godziny urzę­do­wa­nia. Następna na jego dro­dze była wizyta w kuchni. Zro­bił sobie potężną kanapkę, która miała zastą­pić śnia­da­nie. Oczy­wi­ście, jakieś zapasy miał scho­wane w lodówce w miesz­ka­niu Milew­skiego w amba­sa­dzie, więc kolejny posi­łek zje już w pla­cówce. Pod warun­kiem że kolega nie zapo­mniał sobie cze­goś kupić i nie uznał rezerw Niwiń­skiego za rekom­pen­satę za koniecz­ność wsta­nia w środku nocy, żeby odwieźć Aleksa do domu.

W końcu poszedł na osie­dlowy par­king i już po chwili jechał w kie­runku pol­skiej amba­sady. Szy­ko­wał mu się wyjąt­kowo długi dzień. Po tym, co spo­tkało go w Kata­rze, oba­wiał się, że nad­cho­dzące godziny przy­niosą dal­sze kło­poty.

Rozdział 3

Kuwejt

Sul­tan Al-Muta­iri wyszedł głów­nym wyj­ściem Al Hamra Tower wprost do cze­ka­ją­cej na niego tak­sówki. Zre­zy­gno­wał z jazdy wła­snym samo­cho­dem, gdyż poru­sza­nie się w godzi­nach popo­łu­dnio­wego szczytu po sto­licy Kuwejtu nie nale­żało do przy­jem­no­ści.

-?Mövenpick Kuwait Al Bida'a -?rzu­cił do kie­rowcy.

Roz­siadł się wygod­nie na fotelu, roz­my­śla­jąc o cze­ka­ją­cym go spo­tka­niu. Jako wice­pre­zes firmy Dawar Duniya, zaj­mu­ją­cej się pośred­ni­cze­niem w mię­dzy­na­ro­do­wych zaku­pach broni i uzbro­je­nia, utrzy­my­wał wiele kon­tak­tów. Tak naprawdę ni­gdy nie było wia­domo, który z nich może się przy­dać przy zdo­by­ciu war­to­ścio­wego kon­traktu czy cho­ciażby dla uzy­ska­nia przy­dat­nej infor­ma­cji. Miał wie­lo­let­nie doświad­cze­nie w swo­jej spe­cjal­no­ści i z zało­że­nia ni­gdy nie odrzu­cał pro­po­zy­cji roz­mowy, nawet od nie­zna­nych osób. Tego popo­łu­dnia cze­kało go spo­tka­nie z czło­wie­kiem, z któ­rym miał już kon­takt. Wów­czas za znaczną pro­wi­zję udzie­lił tam­temu infor­ma­cji na temat pew­nej trans­ak­cji doko­na­nej przez sau­dyj­skie mini­ster­stwo obrony. Był cie­kaw, jaki cha­rak­ter tym razem będzie miała oferta.

Po kwa­dran­sie wysiadł z tak­sówki przed wej­ściem do hotelu Mövenpick Kuwait Al Bida'a. Skie­ro­wał się do restau­ra­cji Bre­eze. Lubił to miej­sce ze względu na ładny widok na zatokę. Przy sto­liku znaj­du­ją­cym się przy oknach na taras dostrzegł zna­jo­mego. Męż­czy­zna wstał, gdy tylko dostrzegł Al-Muta­iriego.

-?Witaj, bra­cie -?powie­dział.

-?Dzię­kuję za zapro­sze­nie -?odparł Al-Muta­iri.

-?Zjemy coś czy ogra­ni­czymy się do kawy? -?Pyta­nie było kon­kretne i na miej­scu, ponie­waż pora roz­mowy nie była odpo­wied­nia na posi­łek: na lunch było już za późno, a na kola­cję jesz­cze za wcze­śnie.

-?Kawa wystar­czy -?zde­cy­do­wał Kuwejt­czyk.

Kiedy sta­nęły przed nimi fili­żanki, tam­ten prze­szedł do rze­czy.

-?Macie dobre kon­takty w fabry­kach zbro­je­nio­wych w Pol­sce. Powiedz mi, czy szy­kuje się jakieś zamó­wie­nie w tym kraju?

Wice­pre­zes Dawar Duniya przez uła­mek sekundy roz­wa­żał, czy ujaw­nić posia­daną wie­dzę. Pamię­ta­jąc poprzedni kon­takt z roz­mówcą, uznał, że szcze­rość będzie opła­calna.

-?Tak, wkrótce udam się do Pol­ski wspól­nie z dele­ga­cją mini­ster­stwa obrony Azer­bej­dżanu, Insz Allah -?powie­dział.

-?Co będzie przed­mio­tem zamó­wie­nia?

-?Mię­dzy innymi prze­ciw­lot­ni­cze zestawy rakie­towe Pio­run i Grom, prze­ciw­pan­cerne poci­ski kie­ro­wane Spike, broń strze­lecka, mate­riały wybu­chowe. To oczy­wi­ście wstępne zain­te­re­so­wa­nie naszych zle­ce­nio­daw­ców.

-?Rozu­miem. Czy azer­bej­dżań­skie mini­ster­stwo obrony zasu­ge­ro­wało jakieś ter­miny dostawy?

-?Zależy im na cza­sie -?stwier­dził Sul­tan Al-Muta­iri. -?Strona pol­ska zasad­ni­czo zgo­dziła się na szybką dostawę.

-?Dosko­nale. W takim razie po twoim powro­cie z Pol­ski daj mi znać. Chęt­nie poznam ter­miny i zakres kon­traktu.

-?Nie widzę pro­blemu.

-?A zatem jeste­śmy umó­wieni -?pod­su­mo­wał roz­mówca. -?Pro­wi­zja dla cie­bie będzie hojna. Nie zaj­muję two­jego cen­nego czasu.

Al-Muta­iri odsta­wił pustą fili­żankę i podał dłoń męż­czyź­nie.

-?Miło było znowu się spo­tkać. Do zoba­cze­nia wkrótce, Insz Allah.

-?Do zoba­cze­nia, Insz Allah.

Idąc w stronę wyj­ścia z restau­ra­cji, Kuwejt­czyk pomy­ślał, że takie spo­tka­nia są samą przy­jem­no­ścią. Krót­kie, kon­kretne i docho­dowe.

Rozdział 4

RIJAD

Aleks zamknął się w pokoju łącz­no­ści i włą­czył lap­topa. Napi­sa­nie depe­szy do cen­trali z mel­dun­kiem o spie­prze­niu pozor­nie pro­stego zada­nia w Kata­rze to nie filo­zo­fia. Oczy­wi­ście, nie­wielu było ofi­ce­rów wywiadu, któ­rzy nie popeł­niali błę­dów, dla­tego podobne tek­sty trzeba było co jakiś czas wysy­łać. Trud­niej jed­nak to zro­bić po dużym suk­ce­sie, który w jego przy­padku zda­rzył się w czerwcu. Pochwały spły­nęły na niego wów­czas z wielu stron, bo zarówno z cen­trali, jak i od Sau­dyj­czy­ków i Ame­ry­ka­nów, nie wspo­mi­na­jąc o dozgon­nej wdzięcz­no­ści amba­sa­dora Kon­rada Zakrzew­skiego i jego żony oraz nowego przy­ja­ciela, Farisa Al-Gha­ziego, obec­nie już puł­kow­nika Pre­si­dency of State Secu­rity. Dotąd myślał o sobie, że jest skrom­nym czło­wie­kiem, i nawet trwa­jąca kilka tygo­dni trudna sytu­acja -?zakoń­czona ata­kiem grupy szy­ic­kich ter­ro­ry­stów na far­mie i medial­nym skom­pro­mi­to­wa­niem dzia­łal­no­ści dwóch agen­cji wywia­dow­czych -?niczego nie zmieni. Ale ludzką rze­czą jest przy­zwy­cza­je­nie się do cze­goś pozy­tyw­nego, a gdy potem trzeba się przy­znać, że popeł­niło się błędy, nie jest łatwo.

Osta­tecz­nie zajął się pisa­niem, zamiast roz­tkli­wiać się nad sobą i wydzi­wiać, że ostat­niej nocy się nie udało. Uznał, że naj­słusz­niej będzie kon­kret­nie opi­sać wie­czorne zda­rze­nia w Dosze, jed­no­cze­śnie pod­kre­śla­jąc zasto­so­wa­nie się do instruk­cji cen­trali oraz do zasad pracy ope­ra­cyj­nej. Naj­trud­niej­sze oka­zało się pod­su­mo­wa­nie. W końcu jedy­nym słusz­nym wnio­skiem było uzna­nie, że został zatrzy­many przez Qatar State Secu­rity lub ewen­tu­al­nie inną miej­scową służbę, na przy­kład woj­skową. Dla­czego udało mu się uciec i nie został schwy­tany w sto­licy Kataru, która nie­wąt­pli­wie była ople­ciona wie­lo­punk­tową sie­cią moni­to­ringu, na to pyta­nie nie potra­fił odpo­wie­dzieć. Jesz­cze więk­szą wąt­pli­wość budził w nim fakt, że bez pro­blemu opu­ścił tery­to­rium Kataru, posłu­gu­jąc się wła­snym pasz­por­tem dyplo­ma­tycz­nym. Prze­cież blo­ko­wa­nie gra­nic w podob­nych przy­pad­kach poszu­ki­wań osób podej­rza­nych od wielu lat nale­żało do stan­dar­dów dzia­ła­nia służb bez­pie­czeń­stwa na całym świe­cie. We wnio­skach koń­czą­cych tę depe­szę zasy­gna­li­zo­wał więc krótko swoje wąt­pli­wo­ści. Prze­czy­tał kilka razy napi­sany tekst, kom­bi­nu­jąc, co jesz­cze mógłby popra­wić, żeby lepiej wypaść. Po czym wysłał mel­du­nek, żeby mieć z głowy przy­naj­mniej ten przy­kry obo­wią­zek.

Wyłą­czył lap­topa i odchy­lił się do tyłu na krze­śle. Przy­mknął oczy, czu­jąc, jak szybko ogar­nia go zmę­cze­nie i chęć odpo­czynku. Pozwo­lił, aby ten stan potrwał tylko chwilę. Ener­gicz­nie potrzą­snął głową -?musiał wró­cić do rze­czy­wi­sto­ści. Odpo­czy­wać będzie, kiedy wyczer­pie listę pil­nych spraw. Popa­trzył na tar­czę swo­jego Spe­ed­ma­stera. Znowu wró­ciło odczu­cie przy­jem­no­ści zwią­zane z tym zegar­kiem. Jed­nak waż­niej­szy był odczyt czasu. Ponie­waż nie było jesz­cze ósmej, nie mógł zadzwo­nić do amba­sady USA, a wła­śnie to uznał za naj­waż­niej­sze na począ­tek dnia. Wła­ści­wie nie mógł nic robić, bo wszystko, co przy­cho­dziło mu do głowy, wią­zało się z kon­tak­tami w mie­ście. W tej sytu­acji zabrał się do pisa­nia szcze­gó­ło­wego raportu z reali­za­cji zada­nia w Dosze. Począt­kowo pla­no­wał zro­bić to póź­niej, ponie­waż ter­min poczty kurier­skiej przy­pa­dał dopiero za parę tygo­dni, ale musiał czymś się zająć. Gdy skoń­czył, poczuł, że jest głodny, co świad­czyło, iż powoli docho­dził do sie­bie.

Rozdział 5

SKARŻYSKO-KAMIENNA, SIEDZIBA MESKO SA

Zapo­wiedź wizyty poważ­nych klien­tów od kilku dni eks­cy­to­wała kie­row­nic­two fabryki. Nie żeby pro­dukty zakładu nie cie­szyły się zain­te­re­so­wa­niem wśród zagra­nicz­nych odbior­ców, wprost prze­ciw­nie, ale z klien­tami mieli poja­wić się przed­sta­wi­ciele kuwejc­kiej spółki Dawar Duniya, co zazwy­czaj zwia­sto­wało docho­dowe zamó­wie­nie. Kuwejt­czycy dali się poznać w Pol­skiej Gru­pie Zbro­je­nio­wej, do któ­rej nale­żało Mesko, z prze­pro­wa­dze­nia kilku trans­ak­cji bar­dzo korzyst­nych dla strony pol­skiej. Ich pośred­nic­two przy­czy­niło się do zawar­cia kon­trak­tów na dostawy sprzętu pan­cer­nego, broni arty­le­ryj­skiej czy cie­szą­cych się coraz więk­szą popu­lar­no­ścią zesta­wów rakie­to­wych, pro­du­ko­wa­nych wła­śnie w Skar­ży­sku-Kamien­nej. Dla spółki ważne było rów­nież to, że zamó­wie­nie miało być reali­zo­wane w szyb­kim ter­mi­nie, co ozna­czało, iż do firmy wpły­nie znaczna kwota w dola­rach, popra­wia­jąc obecny wynik finan­sowy.

Pre­zes zarządu oso­bi­ście powi­tał gości przy wej­ściu do biu­rowca firmy. Wśród przy­by­łych poza dwoma przed­sta­wi­cie­lami Dawar Duniya, w tym wice­pre­zesa firmy, było rów­nież trzech wyso­kiej rangi woj­sko­wych z Azer­bej­dżanu. Dele­ga­cja zagra­niczna po krót­kiej roz­mo­wie z człon­kami zarządu Meska zwie­dziła wybrane działy zakładu. Po powro­cie do gabi­netu pre­zesa przed­sta­wili na piśmie for­malną pro­po­zy­cję zakupu znacz­nej liczby pro­duk­tów fabryki. Przede wszyst­kim inte­re­so­wały ich prze­no­śne prze­ciw­lot­ni­cze zestawy rakie­towe Pio­run i Grom oraz pro­du­ko­wane na licen­cji ame­ry­kań­skiej prze­ciw­pan­cerne poci­ski kie­ro­wane Spike. Warun­kiem klien­tów była reali­za­cja dostaw prak­tycz­nie od razu. Ponie­waż zain­te­re­so­wa­nie woj­ska Azer­bej­dżanu zostało zasy­gna­li­zo­wane kie­row­nic­twu pol­skiej spółki pod­czas ostat­niego Mię­dzy­na­ro­do­wego Salonu Prze­my­słu Obron­nego w Kiel­cach przez pre­zesa Dawar Duniya, zarząd Meska miał przy­go­to­waną kon­kretną ofertę. Pre­zes pol­skiej spółki zade­kla­ro­wał, że udało się uzgod­nić z Mini­ster­stwem Obrony Naro­do­wej zmniej­sze­nie naj­bliż­szych dostaw wymie­nio­nej broni dla rodzi­mej armii i szybka reali­za­cja zamó­wie­nia będzie realna. Pro­dukty cze­kały w maga­zy­nie na uzgod­nie­nie kon­traktu i zała­twie­nie for­mal­no­ści. Wobec pozy­tyw­nej pol­skiej oferty kie­ru­jący dele­ga­cją z Azer­bej­dżanu pod­pi­sał list inten­cyjny z uwzględ­nie­niem cen pro­po­no­wa­nych przez Mesko.

Na zakoń­cze­nie wizyty w Skar­ży­sku odbył się uro­czy­sty obiad. Podano ele­gancki posi­łek, dostar­czony przez naj­lep­szą restau­ra­cję w mie­ście. Zadbano zarówno o potrawy kuchni pol­skiej, aby umoż­li­wić człon­kom dele­ga­cji z Azer­bej­dżanu degu­sta­cję, jak i o dania uni­wer­salne, tak na wszelki wypa­dek. Po obie­dzie goście, pokrze­pieni pol­ską wódką, odje­chali w kie­runku Rado­mia.

Rozdział 6

RIJAD

Inten­sywny zapach kawy wyprze­dził słu­żą­cego Ramiego zbli­ża­ją­cego się do otwar­tych drzwi gabi­netu Niwiń­skiego. Aleks wie­dział, że spo­śród per­so­nelu pomoc­ni­czego pla­cówki wła­śnie Paki­stań­czyk poja­wia się naj­wcze­śniej, a zazwy­czaj wycho­dzi późno. Domy­ślił się, że wcho­dząc wcze­snym ran­kiem do amba­sady, Rami zauwa­żył zapar­ko­waną Mazdę Aleksa, i od razu przy­go­to­wał poranną kawę dla niego. Niwiń­ski ser­decz­nie podzię­ko­wał sym­pa­tycz­nemu nie­wy­so­kiemu męż­czyź­nie, któ­rego bar­dzo lubił.

Rami bez­in­te­re­sow­nie anga­żo­wał się w różne czyn­no­ści i przy­sługi, za które nie był wyna­gra­dzany przez pla­cówkę, więc Aleks już kilka razy wci­snął Paki­stań­czy­kowi pry­watną pre­mię, wyna­gra­dzał go też za codzienne mycie samo­chodu. Ze względu na uno­szący się w Rija­dzie pustynny pia­sek czę­ste pie­lę­gno­wa­nie pojaz­dów było koniecz­no­ścią. Spoj­rzał na paru­jący kubek kawy. Jej kolor świad­czył, że dolano do niej nieco mleka, ale dodatku jed­nej łyżeczki cukru trzci­no­wego musiał się domy­ślić, choć dotąd Rami ni­gdy o tym nie zapo­mniał. Ponie­waż napój był na razie zbyt gorący, żeby go pić, Aleks poszedł do miesz­ka­nia Milew­skiego. Kiedy otwo­rzył lodówkę, oka­zało się, że Cezary zacho­wał się fair i nie zjadł zapa­sów Niwiń­skiego. Aleks zro­bił szybko dwie kanapki i zjadł je od razu.

Przy jedze­niu zastał go gospo­darz.

-?Cześć, Aleks, nie mogłeś spać? -?zapy­tał, sze­roko zie­wa­jąc. Cezary, choć miesz­kał w budynku amba­sady, zazwy­czaj poja­wiał się w biu­rze ostatni. Ze względu na wcze­śniej­szą pobudkę nad ranem to, że teraz już wstał, było czymś nad­zwy­czaj­nym... lub efek­tem nasta­wie­nia budzika.

Niwiń­ski prze­łknął ostatni kęs śnia­da­nia i wstał z kuchen­nego stołka.

-?Stary, mam tyle roboty, że spa­nie jest ostat­nią rze­czą, na jaką mogę sobie pozwo­lić. Jak wszystko zała­twię, to może wtedy pojadę do cha­łupy się zdrzem­nąć.

-?Ja cie­bie nie rozu­miem. -?Milew­ski zapa­lił pierw­szego tego dnia papie­rosa. -?Gdy­bym ja był na takim samo­dziel­nym sta­no­wi­sku i miał przy­chyl­nego szefa, jakim nie­wąt­pli­wie jest Kon­rad Zalew­ski, to korzy­stał­bym z życia. Po noc­nej jeź­dzie z Kataru leżał­bym w wyrku do połu­dnia. Dopiero jakby mi się zachciało, to łaska­wie poja­wił­bym się w biu­rze. A może w ogóle nie przy­szedł­bym do pracy.

-?Poga­da­li­śmy, a ty jesz­cze sobie poma­rzy­łeś -?rzu­cił Aleks, wycho­dząc na kory­tarz.

Bar­dzo lubił Ceza­rego i wie­dział, że może na nim pole­gać. Prze­ko­nał się o tym cho­ciażby przy oka­zji roz­mowy wer­bun­ko­wej z "Lino­skocz­kiem". W pew­nym momen­cie roz­wa­żał nawet pozy­ska­nie kolegi do współ­pracy jako kon­taktu ope­ra­cyj­nego, ale porzu­cił ten pomysł. Nie chciał mu zro­bić krzywdy, a wobec dwu­znacz­nego podej­ścia pol­skich poli­ty­ków do pracy wywiadu i współ­pra­cow­ni­ków służby trudno było prze­wi­dzieć, co przy­nie­sie ewen­tu­alny kolejny zakręt histo­rii. Dzi­siaj szcze­gól­nie nie miał czasu na poga­wędki z przy­ja­cie­lem. Jako prio­ry­tet przy­jął tele­fon do szefa sta­cji CIA, z któ­rym chciał jak naj­szyb­ciej umó­wić się na spo­tka­nie.

Zamknął drzwi swo­jego pokoju i wyjął komórkę. Spoj­rzał na zega­rek, nie mając pew­no­ści, czy "nor­malni" ludzie już zaczęli pracę. Ponie­waż było wpół do dzie­wią­tej, uznał, że to odpo­wied­nia pora, żeby zadzwo­nić do Ste­phena Jonesa. Nawet jeśli kolega był jesz­cze w domu, to nie obrazi się za tele­fon o tej porze. Nie zdą­żył wybrać połą­cze­nia do rezy­denta CIA, gdy komórka nie­ocze­ki­wa­nie zadzwo­niła. Na wyświe­tla­czu roz­po­znał numer pierw­szego sekre­ta­rza amba­sady Kataru. Odru­chowo poczuł, że robi mu się gorąco pomimo inten­syw­nie pra­cu­ją­cej kli­ma­ty­za­cji. Tak naprawdę nie wie­dział, jak się zacho­wać, spo­dzie­wa­jąc się, że dyplo­mata dzwoni w spra­wie zatrzy­ma­nia Aleksa przez służby katar­skie i jego póź­niej­szej ucieczki. "Cho­lera, co ja mam mu powie­dzieć? Jak wyja­śnić tę przy­krą sytu­ację?" -?pyta­nia bez odpo­wie­dzi prze­le­ciały mu przez głowę.

Poczuł pokusę, żeby nie odbie­rać połą­cze­nia. Jed­nak takie scho­wa­nie głowy w pia­sek byłoby sku­teczne przez chwilę. Potem i tak trzeba by oddzwo­nić do Katar­czyka albo liczyć się z tym, że on sam ponow­nie zadzwoni za godzinę czy dwie. Tym bar­dziej że dotąd ich kon­takty były bar­dzo dobre, a zaczęły się, gdy Aleks pierw­szy raz wystą­pił o katar­ską wizę. Dostał dyplo­ma­tyczną na cztery lata. Potem spo­ty­kali się kilka razy na lun­chach i przy­ję­ciach w innych pla­ców­kach. "Nie, muszę sta­wić czoło tej deli­kat­nej sytu­acji", posta­no­wił, wci­ska­jąc zie­loną słu­chawkę na iPho­nie. "Niech się dzieje, co chce", prze­le­ciał mu przez myśl frag­ment sta­rej pio­senki Krzysz­tofa Kraw­czyka.

-?Witaj, Aleks. -?Ton roz­mówcy był zaska­ku­jąco przy­ja­zny, wbrew oba­wom Niwiń­skiego. -?Nie za wcze­śnie dzwo­nię?

-?Witaj, Salim. Miło mi, że dzwo­nisz, a pora jest jak naj­wła­ściw­sza. W czym mogę ci pomóc?

-?Zoba­czy­łem w inter­ne­cie infor­ma­cję, że wczo­raj wie­czo­rem w Dosze doszło do jakiejś dziw­nej sytu­acji i kilku męż­czyzn goniło innego na jed­nej z głów­nych ulic naszej sto­licy -?zaczął dyplo­mata. W miarę jak mówił, Aleks czuł rosnące tętno. -?Nawet jakiś kie­rowca zamie­ścił na Insta­gra­mie zdję­cie tej sytu­acji. Jest poru­szone i nie­wy­raźne, ale jeden z męż­czyzn jest tro­chę podobny do cie­bie. Wybacz mi to, co mówię, na pewno to przy­pad­kowe podo­bień­stwo. Czy byłeś może wczo­raj w Kata­rze?

-?Fak­tycz­nie, byłem -?przy­znał ostroż­nie Niwiń­ski.

-?Ooo, ale przy­pa­dek, choć z pew­no­ścią to nie byłeś ty. W końcu z jakiego powodu miał­byś bie­gać po uli­cach pomię­dzy samo­cho­dami?

Aleks czuł się coraz bar­dziej zakło­po­tany. Nie wie­dział, czy to rodzaj pro­wo­ka­cji i powi­nien potwier­dzić, że to jed­nak był on. Czy może wbrew wszyst­kiemu, prze­ciw­nie, nale­żało zaprze­czać zgod­nie z zasadą: jak zła­pią cię za rękę -?mów, że to nie twoja. Spo­dzie­wał się pre­ten­sji z powodu ucieczki przed funk­cjo­na­riu­szami Qatar State Secu­rity, a nie dziw­nej infor­ma­cji o kimś podob­nym sfo­to­gra­fo­wa­nym na ulicy. Zakła­dał, że Salim dzwoni w związku z instruk­cją otrzy­maną od służb z Dohy. Cie­szył się, że wła­dze Qatar State Secu­rity obni­żyły rangę dyplo­maty wyja­śnia­ją­cego sprawę, a nie kazały amba­sa­do­rowi w Rija­dzie ofi­cjalną drogą zwró­cić się o wyja­śnie­nia do szefa pol­skiej pla­cówki lub od razu inter­we­nio­wać w War­sza­wie. Posta­no­wił wziąć byka za rogi.

-?Salim, powiedz, pro­szę, czy dzwo­nisz tylko z powodu tego zdję­cia? Czy jest jesz­cze jakiś inny powód?

-?Aleks, wybacz, rozu­miem, że mogłeś poczuć się dotknięty moim stwier­dze­niem, iż tam­ten męż­czy­zna cie­bie przy­po­mi­nał. Głu­pio zro­bi­łem. Prze­pra­szam za ten tele­fon.

-?Czyli zadzwo­ni­łeś wyłącz­nie w związku ze zdję­ciem na Insta­gra­mie? - dalej naci­skał Niwiń­ski, chcąc w pełni zwe­ry­fi­ko­wać, co się fak­tycz­nie dzieje.

-?Tak. Nie mam do cie­bie nic innego. Cho­ciaż nie... W ramach prze­pro­sin za moje bez­pod­stawne podej­rze­nia chciał­bym zapro­sić cię na lunch w dogod­nym dla cie­bie ter­mi­nie. Co ty na to?

-?Salim, z przy­jem­no­ścią się z tobą spo­tkam. -?Niwiń­ski miał w gło­wie kłę­bo­wi­sko myśli. "Czyżby Katar­czyk chciał pod­czas lun­chu poroz­ma­wiać o wczo­raj­szej sytu­acji w Dosze?", pomy­ślał. Zde­cy­do­wał, by odsu­nąć spo­tka­nie w cza­sie, skoro tam­ten nie naci­skał. -?A teraz, jeśli nie masz nic waż­nego... -?zawie­sił głos, ale w słu­chawce pano­wała cisza -?...to wolał­bym zakoń­czyć naszą roz­mowę, bo zaraz mam spo­tka­nie. Może w przy­szłym tygo­dniu zasta­no­wimy się nad lun­chem.

-?Oczy­wi­ście, rozu­miem, że jesteś zajęty -?powie­dział dyplo­mata z Kataru. -?Zadzwo­nię w przy­szłym tygo­dniu, może znaj­dziesz czas na spo­tka­nie. Dobrego dnia. Insz Allah.

Aleks odło­żył smart­fona i zapa­trzył się w okno. Nic nie rozu­miał z tej roz­mowy. A może nie chciał uwie­rzyć, że nie poja­wiły się nie­przy­jemne kon­se­kwen­cje. Odpo­wie­dzi Salima na powta­rzane przez Niwiń­skiego zasad­ni­cze pyta­nie raczej suge­ro­wały, że Katar­czyk nie zadzwo­nił w związku z wpadką w Dosze i nie miał żad­nego pole­ce­nia swo­ich władz w tej spra­wie. Co to ozna­czało? Że służby Qatar State Secu­rity odpu­ściły wyja­śnia­nie pod­ję­cia przez ofi­cera pol­skiego wywiadu mate­riału ze skrytki? Ale skoro zatrzy­mali go na miej­scu, to czy jesz­cze wczo­raj mieli inne sta­no­wi­sko? Prze­cież jego ucieczka nie mogła wpły­nąć na ocenę zda­rze­nia przez Katar­czyków.

Nagle przy­szło mu do głowy, że skoro QSS nie użyło ścieżki kon­taktu przez pla­cówkę swo­jego kraju w Rija­dzie, to zapewne skon­taktuje się z AW lub nawet z pol­skim MSZ poprzez amba­sadę w War­sza­wie. Czyli na razie nie miał się z czego cie­szyć. Pro­blemy na­dal były aktu­alne i realne. Naj­bar­dziej się oba­wiał, że Katar­czycy zasto­sują ofi­cjalną drogę przez MSZ, co nada spra­wie nie­po­trzebny roz­głos, a jemu przy­spo­rzy kło­po­tów i zło­śli­wo­ści ze strony pra­cow­ni­ków resortu. Wolałby unik­nąć zarówno w cen­trali, jak i w Alei Szu­cha plo­tek, że jest nie­udacz­ni­kiem i dopro­wa­dza do nie­po­trzebnych zadraż­nień w sto­sun­kach z zaprzy­jaź­nio­nymi part­ne­rami. A bio­rąc pod uwagę ważną rolę, jaką wła­dze Kataru odgry­wają jako roz­jemca w klu­czo­wych kon­flik­tach bli­skow­schod­nich, War­szawa stara się zacho­wać z nimi dosko­nałe rela­cje. Naj­bliż­sze dni wyja­śnią zapewne sta­no­wi­sko władz Kataru. Przez moment zasta­no­wił się nad poin­for­mo­wa­niem cen­trali przy Miło­będz­kiej o pozy­tyw­nym kon­tak­cie z pla­cówką katar­ską. A przy­naj­mniej o braku nie­ko­rzyst­nych kro­ków ze strony Dohy. Natych­miast jed­nak uznał, że odru­chowo szuka cze­goś, co popra­wi­łoby jego obraz w oczach prze­ło­żo­nych w cen­trali. "A jeśli jed­nak Katar­czycy podejmą dzia­ła­nia w War­sza­wie, to taka depe­sza narazi mnie na ośmie­sze­nie w AW. Kur­czę, i tak źle, i tak nie­do­brze", pomy­ślał bez­rad­nie.

Się­gnął po kubek z kawą. Była już zimna, do czego mocno przy­czy­niła się kli­ma­ty­za­cja sku­tecz­nie obni­ża­jąca tem­pe­ra­turę w gabi­ne­cie Aleksa. Przez chwilę poczuł ochotę zamó­wie­nia u Ramiego kolej­nej kawy, jed­nak zre­zy­gno­wał i wypił zimną. Miał dużo spraw, któ­rymi musiał się zająć, a nie raczyć się napo­jami. Wybrał numer szefa sta­cji CIA w Rija­dzie.

TEHERAN

Budy­nek rzą­dowy w cen­trum sto­licy Iranu niczym spe­cjal­nym się nie wyróż­niał. Miał dwa pię­tra pomiesz­czeń biu­ro­wych, a w oknach uważny obser­wa­tor mógłby cza­sami dostrzec syl­wetki pra­cow­ni­ków. O jego ofi­cjal­nym cha­rak­te­rze świad­czył woj­skowy poste­ru­nek przy wej­ściu oraz war­tow­nicy patro­lu­jący zaple­cze. Zgod­nie z niczym nie­wy­róż­nia­jącą się tablicą w budynku mie­ściło się Biuro Współ­pracy Tech­no­lo­gicz­nej Pre­zy­denta Iranu (TCO). Tylko dobrze poin­for­mo­wani wie­dzieli, że ta komórka pre­zy­denc­kiej admi­ni­stra­cji zaj­muje się pozy­ski­wa­niem nowo­cze­snych tech­no­lo­gii, szcze­gól­nie w dzie­dzi­nach bar­dzo istot­nych dla roz­woju kraju. Osoby zna­jące tajem­nice Iranu miały świa­do­mość, że tak naprawdę TCO jest cał­ko­wi­cie pod­po­rząd­ko­wane wywia­dowi, a osoby tam pra­cu­jące to funk­cjo­na­riu­sze tej służby.

Srebrny Mer­ce­des pol­skiej amba­sady z dyplo­ma­tycz­nymi bla­chami wła­śnie zatrzy­mał się przed wej­ściem. Zazwy­czaj samo­chody sze­fów zagra­nicz­nych pla­có­wek w Tehe­ra­nie były albo srebrne, albo białe. Czarny był jedy­nie repre­zen­ta­cyjny pojazd bry­tyj­skiego amba­sa­dora, tra­dy­cyj­nie marki Ben­tley. Poja­wie­nie się Mer­ce­desa wywo­łało żywą reak­cję ochrony, co suge­ro­wało rangę obiektu i dobrze świad­czyło o pozio­mie wyszko­le­nia w tej kon­kret­nej jed­no­stce, któ­rej żoł­nie­rze nosili na mun­du­rach godło Kor­pusu Straż­ni­ków Rewo­lu­cji Islam­skiej. Z samo­chodu wysia­dło dwóch męż­czyzn w ciem­nych gar­ni­tu­rach, sto­sow­nych koszu­lach i kra­wa­tach i skie­ro­wało się do wej­ścia. Dowódca żoł­nie­rzy upew­nił się, czy przy­byli są ocze­ki­wa­nymi gośćmi, i dał znak jed­nemu z pod­wład­nych, żeby wpu­ścił gości do budynku.

Amba­sa­dor Rze­czy­po­spo­li­tej Pol­skiej Jacek Teo­dor­czyk w towa­rzy­stwie radcy Pawła Abra­tow­skiego wszedł do roz­le­głego holu. Dla szefa pla­cówki była to jedna z ostat­nich wizyt kur­tu­azyj­nych w insty­tu­cjach irań­skiej admi­ni­stra­cji przed powro­tem do kraju. Z Abra­tow­skim byli umó­wieni, że amba­sa­dor postara się, aby pod­czas spo­tka­nia zain­te­re­so­wać gospo­da­rza dal­szym kon­tak­tem wła­śnie z radcą. Teo­dor­czyk zakła­dał, że jego następca, który przy­leci do Tehe­ranu za kilka tygo­dni, natu­ralną koleją rze­czy będzie dążył do prze­ję­cia zna­jo­mo­ści z dyrek­to­rem TCO. To było natu­ralne, szcze­gól­nie w spe­cy­ficz­nych irań­skich realiach.

Pod­czas swo­jej dyplo­ma­tycz­nej kariery amba­sa­dor prze­ko­nał się, że nie­for­malna współ­praca z ofi­ce­rami wywiadu zazwy­czaj bywa korzystna dla obu stron, dla­czego więc nie miałby speł­nić prośby rezy­denta AW. Miał świa­do­mość, że wśród sze­fów pla­có­wek dyplo­ma­tycz­nych nale­żał do mniej­szo­ści. Więk­szość amba­sa­dorów nie lubiła ludzi ze służb spe­cjal­nych, choć część spo­śród nich dobrze trak­to­wała wywiad woj­skowy, a dobre rela­cje z attaché obrony -?zwłasz­cza w ran­dze puł­kow­nika, a jesz­cze lepiej gene­rała -?im impo­no­wały. Ta nie­chęć wyni­kała z faktu, że dyplo­maci nie mogli kon­tro­lo­wać tego, co tamci robili, i zazwy­czaj oba­wiali się, że są oni kon­ku­ren­cją w zakre­sie szyb­kiego uzy­ski­wa­nia waż­nych infor­ma­cji, a przede wszyst­kim zawsze mogą wychwy­ty­wać nie­pra­wi­dło­wo­ści w dzia­łal­no­ści pla­cówki lub samego amba­sa­dora i dono­sić o nich w kraju. Teo­dor­czyk był prze­ko­nany co do korzy­ści współ­dzia­ła­nia z ofi­ce­rami z AW. Abra­tow­ski, przy­były do Tehe­ranu dwa lata temu, w prak­tyce potwier­dził tę pra­wi­dło­wość, dodat­kowo był otwarty na dys­ku­sje o waż­nych infor­ma­cjach pozy­ski­wa­nych ze źró­deł nie­do­stęp­nych dla Teo­dor­czyka. Szef pla­cówki sta­rał się zabie­rać radcę rów­nież na wcze­śniej­sze spo­tka­nia w TCO, choć nie zawsze się to uda­wało.

Do holu szyb­kim kro­kiem wszedł dyrek­tor biura Has­san Gho­lami. Zbli­żył się do gości z wycią­gniętą ręką i uprzej­mym uśmie­chem na ustach. Sama syl­wetka tego czter­dzie­sto­kil­ku­let­niego wete­rana wojny z Ira­kiem robiła wra­że­nie na innych oso­bach. Męż­czy­zna był potęż­nie zbu­do­wany, a impo­nu­jące mię­śnie i masywna klatka pier­siowa sta­no­wiły doda­tek do wzro­stu -?ponad metr dzie­więć­dzie­siąt. Nie­mal każdy jego roz­mówca musiał patrzeć do góry, co powo­do­wało, że czuł się nie­pew­nie. Dzi­siaj jed­nak Gho­lami na twa­rzy miał ser­deczny uśmiech, który ocie­plał atmos­ferę.

-?Witam waszą eks­ce­len­cję i pana radcę -?powie­dział dobrym, płyn­nym angiel­skim. Przy­wi­tał się z gośćmi i sze­ro­kim ruchem ręki wska­zał im drogę do salonu recep­cyj­nego, znaj­du­ją­cego się na wprost wej­ścia do budynku. Zajęli miej­sca w wygod­nych ele­ganc­kich fote­lach, jakie trudno byłoby napo­tkać w więk­szo­ści irań­skich insty­tu­cji. Rów­nież kom­plet kawowy spra­wiał korzystne wra­że­nie. Gdy sekre­tarz nalał kawy do fili­ża­nek i dys­kret­nie wyszedł, gospo­darz zwró­cił się do Jacka Teo­dor­czyka:

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki