WRZESIEŃ 2022 ROKU
Rozdział 1
DOHA
Promienie odbijające się od tafli okien skupiska kolorowych drapaczy
chmur raziły w oczy. Choć było już jesienne popołudnie, słońce świeciło
tak intensywnie jak w środku lata. Trudno się temu dziwić, w krajach
Półwyspu Arabskiego silnie operujące słońce jest czymś zupełnie typowym
przez cały rok. Bardziej zaskakiwałoby pochmurne niebo lub opady
deszczu.
Aleksander Niwiński, obserwując stolicę Kataru z podchodzącego do
lądowania Airbusa A320 Qatar Airways, dostrzegł z podziwem, że panorama
miasta znowu się zmieniła. Stolica królestwa była niewielka w porównaniu
z Dubajem czy Rijadem, ale biurowce cały czas rosły jak grzyby po
deszczu. Ostatnim razem widział Dohę w dziennym świetle prawie rok temu,
gdy był tutaj jako członek delegacji na rozmowy z wywiadem katarskim
(Qatar State Security, QSS), a od tego czasu pojawiły się kolejne nowe
wieżowce. Co prawda był tutaj także miesiąc temu, ale przyleciał
wieczorem, odbył spotkanie z przedstawicielami QSS i wracał nocą, nawet
nie próbując podziwiać widoków. Bardzo lubił to miasto rozłożone wzdłuż
Doha Corniche, nadmorskiej promenady ciągnącej się od nowoczesnej
dzielnicy biznesowej Al Dafna na północy do położonych na południu
starszych zabudowań. Taki formalny opis lepiej może pasowałby do
przewodnika turystycznego, jemu jednak trasa dookoła zatoki w kształcie
półksiężyca kojarzyła się przede wszystkim z widokiem z okien hotelu
Sheraton, zwracającego uwagę swoim niezwykłym kształtem piramidy.
Właśnie w tym miejscu zatrzymał się ponad dziesięć lat temu, będąc
pierwszy raz służbowo w Katarze. Przebieg tamtego spotkania był tak
dramatyczny, że zapamiętał je na zawsze. "Dobra, było, minęło, to nie
czas na wspomnienia", pomyślał, poprawiając pas bezpieczeństwa.
Samolot obniżył lot, zbliżając się do Hamad International Airport. Widok
na zatokę zniknął z okienka, pojawiły się niskie zabudowania znajdujące
się poniżej toru podejścia do pasa, a Aleks wrócił myślami do swojej
misji. Dwa dni temu otrzymał "natychmiastówkę" z centrali z instrukcją
udania się do Kataru. Nagły wyjazd miał na celu odebranie materiału
pozostawionego przez agenta w skrytce w Dosze. Rozumiał, że Agencja
Wywiadu to jego skierowała do Kataru -?zamiast wysyłać oficera z kraju
albo z innej bliskowschodniej placówki -?ze względu na to, że był
najbliżej miejsca operacji. Centrala zadbała o zachowanie w tajemnicy
informacji na temat agenta, dlatego nie wiedział, kim on jest ani czy
mieszka w Katarze, czy też będzie tam jedynie przejazdem. Zakładał to
drugie, gdyż w przeciwnym razie on sam nie musiałby pojawić się w Dosze
akurat tego dnia, ale mógłby polecieć tam choćby nazajutrz. Sytuacja
była o tyle ciekawa, że gdy obsługiwał wcześniej spotkania operacyjne,
zazwyczaj dysponował rozeznaniem, z kim ma akurat do czynienia. Takie
detale ciekawiły go, ponieważ wolał wiedzieć, z jakim zagrożeniem wiąże
się zadanie. Ponieważ jednak podjęcie materiału nie obejmowało
osobistego kontaktu z tajemniczym współpracownikiem, jego tożsamość była
tak naprawdę sprawą drugorzędną.
Instrukcja nakazywała, aby Aleks pojawił się w centrum handlowym Lagoona
Mall i zabrał ze schowka przesyłkę, a następnie przewiózł ją do Rijadu.
Detale scenariusza były pewną niespodzianką: rygorystycznie wymagano,
aby przybył na miejsce nie wcześniej niż o dziewiętnastej. Nie wiedział
dlaczego, ale przypuszczał, że to w przybliżeniu pora wizyty agenta w centrum handlowym. W depeszy zapowiedziano, że około dziewiętnastej na
koncie na Instagramie znajdzie post z numerem skrytki i kodem do jej
otwarcia. Centrala oczekiwała od Aleksa jeszcze jednego: żeby zadbał o odpowiedni kamuflaż. Przyjął, że po niedawnych wydarzeniach w Rijadzie,
nagłośnionych przez CNN i TVN, a po nich przez liczne światowe stacje
telewizyjne, jego osoba mogła stać się "popularna", więc chodziło o uniknięcie rozpoznania podczas realizacji zadania.
Polecenie wyjazdu było kompletnym zaskoczeniem, ponieważ miał wcześniej
umówione ważne spotkanie w Rijadzie, o czym doskonale wiedziało
kierownictwo w Warszawie. Żałował, że musiał zrezygnować z zaplanowanej
na ten wieczór służbowej kolacji z zastępcą szefa saudyjskiego wywiadu.
Generał porucznik Mohammed bin Amer Al-Harbi, wicedyrektor General
Intelligence Presidency (GIP), zaprosił Niwińskiego wspólnie z szefem
stacji CIA Stephenem Jonesem na roboczą kolację. Zapowiadała się tym
ciekawiej, że miał w niej wziąć udział także zastępca szefa Mabahith,
czyli tajnej policji bezpieczeństwa, będącej częścią Presidency of State
Security (PSS), a zajmującej się bezpieczeństwem wewnętrznym i kontrwywiadem, generał porucznik Abdullah al-Qarni. Spotkanie byłoby
potwierdzeniem wdzięczności saudyjskich służb dla Aleksa i Jonesa, a ponadto dawało możliwość dotarcia do aktualnej wiedzy o sytuacji w regionie. Niestety, musiał obejść się smakiem. "Może jeszcze kiedyś mnie
zaproszą", pomyślał z żartobliwą nadzieją. Był przekonany, że po
powrocie otrzyma relację na temat tego, co było omawiane podczas
kolacji. Przynajmniej tak obiecał mu Jones, gdy Niwiński powiadomił go,
że nie spotkają się u wiceszefa GIP.
Zerknął na zegarek, choć zrobił to już kwadrans wcześniej. Dochodziła
siedemnasta, czyli miał ponad dwie godziny do wskazanego przez Warszawę
terminu. Nadal odczuwał przyjemność, patrząc na swoją złotą Omegę
Speedmaster Moonwatch. Od zawsze miał skłonność do markowych gadżetów,
ale nigdy się nie spodziewał, że kiedykolwiek stanie się właścicielem
tak kosztownego przedmiotu. Był to prezent od kierownictwa saudyjskiego
wywiadu, GIP, wyraz wdzięczności za jego rolę w wykryciu spisku
rosyjskiego i irańskiego wywiadu, a także za rozpracowanie knowań
księcia Ahmada bin Sauda. Uroczyste wręczenie takiego prezentu w siedzibie GIP samo w sobie zrobiło wrażenie, ale gdy w salonie Omegi w Al Faisalyah Center w Rijadzie z ciekawości zapytał o rynkową cenę
zegarka, przeżył chwilę zaskoczenia. Okazało się, że ten model należy do
serii limitowanej, co konkretnie oznaczało, iż oto niejako nosi na ręku...
średniej klasy nowy samochód.
Aleks poczuł, że podwozie samolotu uderzyło o płytę lotniska. Airbus
zjechał z pasa i powoli zbliżał się do budynku nowego portu lotniczego.
Kiedy zatrzymał się przy rękawie i silniki zostały wyłączone, Niwiński
rozpiął pasy i wstał z fotela. Z poprzednich lotów samolotami Qatar
Airways na trasach bliskowschodnich pamiętał, że załoga najpierw
umożliwia wyjście siedzącym z przodu maszyny Europejczykom i obywatelom
państw Zatoki Perskiej. Natomiast stanowiący większość pasażerów
obywatele krajów Azji Południowo-Wschodniej, zajmujący miejsca w dalszej
części kabiny, muszą czekać na wyjście osób siedzących z przodu Airbusa.
Poszedł korytarzem stanowiącym przedłużenie wyjścia i wpadł w falę
pasażerów poruszających się szerokim głównym holem. To rozwiązanie nie
udało się projektantom nowego budynku Hamad International Airport -?w dotychczasowym poruszanie się po terminalu było znacznie dogodniejsze.
Aleks nie miał bagażu do odbioru, więc po kilkunastu minutach dotarł do
wyjścia z budynku lotniska. Dostrzegł zaciekawione spojrzenia
funkcjonariuszy służb celnych, skierowane na pasażera opuszczającego
strefę przylotów z pustymi rękami. Pomyślał, że ich zdziwienie przerodzi
się w chęć sprawdzenia, dlaczego ktoś przyleciał bez bagażu, dlatego
przygotował swój paszport dyplomatyczny. Widocznie jednak nie wydał się
wystarczająco podejrzany albo Katarczycy byli już rozleniwieni po całym
dniu pracy, bo nie podjęto wobec niego żadnych czynności. Korzystając ze
wskazówek wyświetlanych na tablicach w korytarzu, udał się na stację
metra. Zrezygnował z taksówki, gdyż miał dużo czasu, a poza tym zgodnie
ze starą zasadą operacyjną chciał się zapoznać z kursowaniem podziemnych
pociągów. Przy zejściu do metra skorzystał z automatu biletowego i kupił
kartę na cały dzień. Nie miał pewności, jak ułożą mu się sprawy, ale
zakładał, że wieczorny powrót na lotnisko Hamad odbędzie również metrem.
Wcześniej przestudiował schemat miejskiej kolejki i wiedział, że będzie
się poruszał głównie czerwoną linią, umożliwiającą dotarcie z lotniska
do dwóch ważnych dla niego miejsc. Pociąg nadjechał po dwóch minutach i Niwiński spokojnie zajął miejsce w wagoniku. Miał przed sobą
dwudziestominutową podróż do stacji DECC.
Nie byłby sobą, gdyby nie obserwował otoczenia, zarówno wcześniej, idąc
przez lotnisko, jak i obecnie, podczas jazdy. Nie dostrzegł nic
niepokojącego i zadowolony wysiadł na zaplanowanej stacji. Kiedy wyszedł
na ulicę, przekonał się, że pomimo zbliżającej się godziny osiemnastej i zachodzącego słońca, światło nadal było ostre, a temperatura oscylowała
wokół trzydziestu kilku stopni. W sumie warunki nie różniły się od
pogody w Rijadzie, a on, przebywając na Półwyspie Arabskim od kilku
miesięcy, był już przyzwyczajony do nawet dużo wyższych temperatur.
Ruszył wzdłuż kilkupasmowej Omar Al Mukhtar Street. Niedaleko przed sobą
widział dwa wieżowce, a na jednym z nich dostrzegł oznaczenia sieci
Marriott. Kiedy po jakimś czasie mijał te budynki, zanurzył się w ich
przyjemnym cieniu. Skręcił w Conferences Center Street i zauważył
szerokie wejście do City Center Doha.
Wewnątrz wielkiego centrum handlowego panował przyjemny chłód. Jak
typowy przechodzień minął kilka witryn sklepowych, zatrzymując się przed
kolejnymi salonami z męską odzieżą. Na skrzyżowaniu korytarzy zobaczył
tablicę z planem centrum. Bez problemu znalazł oznaczenie skrytek
bagażowych zlokalizowanych na poziomie minus jeden. Zrobił kolejną rundę
po sklepach i w końcu zjechał ruchomymi schodami na interesujący go
poziom budynku. Minął rejon skrytek, pozorując zainteresowanie sklepami
znajdującymi się w pobliżu. Po chwili zawrócił i spokojnie podszedł do
szafki z numerem trzydzieści sześć. Wczoraj otrzymał kod od pułkownika
Rolińskiego, więc otwarcie skrytki nie stanowiło problemu. Ze środka
wyjął paczkę, którą sam zapakował dwa dni wcześniej w Rijadzie. Na
pomysł przebrania się w galabiję wpadł po otrzymaniu depeszy z poleceniem wyjazdu do Kataru. Realizacja tego zamiaru byłaby utrudniona,
gdyby nie to, że dzień później do Dohy leciał służbowo nowy attaché
wojskowy ambasady pułkownik Waldemar Roliński. Bez zbędnych pytań
zgodził się zabrać pakunek i umieścić go w skrytce w City Center.
Niwiński zerknął na oznaczenia umieszczone na ścianach i zadowolony
poszedł do pobliskiej męskiej łazienki. Wybrał ostatnią kabinę, choć nie
miało to większego znaczenia, bo całe pomieszczenie był zupełnie puste.
Rozebrał się i starannie poskładał ubranie. Położył je na zamkniętej
klapie sedesu i na nim rozpakował paczkę. Aleks na początku swojego
pobytu w Rijadzie dał się namówić Cezaremu Milewskiemu i kupił na suku
kompletny arabski strój. Ponieważ typowa galabija nie miała kieszeni,
założył na gołe ciało pasek z kieszonkami, pozwalającymi schować
paszport, kilka banknotów i smartfona. Przy odpowiednio dużym rozmiarze
szaty te przedmioty byłyby niedostrzegalne dla potencjalnych
obserwatorów. Teraz wyjął białą galabiję i sprawdził, czy nie pogniotła
się za bardzo. Zadowolony z jej stanu, założył ją i sięgnął po gahfiję
na włosy i białą kefiję. Okrył nią głowę, a na górę założył agal -
czarną opaskę z grubego sznura, przytrzymującą kefiję. Na stopach miał
sandały, więc nie musiał ich zmieniać. Zapakował ubranie do paczki i wyszedł z kabiny. Przed lustrem upewnił się, że wszystko jest na swoim
miejscu.
Po chwili znalazł się przy skrytce, w której schował pakunek. W arabskim
stroju poczuł się pewnie. W ten sposób zrealizował polecenie Warszawy,
aby zastosować kamuflaż. Pełny lokalny ubiór był najbardziej naturalnym
przebraniem, a jednocześnie w znacznym stopniu ukrywał jego twarz.
Oczywiście nie był w stanie zmienić barwy skóry, ale kilka miesięcy
spędzonych w Arabii Saudyjskiej spowodowało, że opaleniznę od biedy
można było wziąć za ciemną skórę. Od dwóch dni nie golił się, co
dodatkowo upodabniało go do Araba. Miał ze sobą okulary
przeciwsłoneczne, które też trochę powinny pomóc we wtopieniu się w tłum
podczas poruszania się ulicami.
Po zmianie wyglądu upewnił się, że ma jeszcze spory zapas czasu, i usiadł w kawiarni. Wypił duże cappuccino i poczuł się gotowy do
realizacji zadania. Traktował je jak najbardziej poważnie, bo w pracy
wywiadowczej każdy drobiazg, nawet na przyjaznym terenie, mógł stanowić
o życiu oficera i fiasku operacji. Jednak mając na względzie charakter
otrzymanego zadania, czuł się spokojny: miał otworzyć skrytkę, zabrać
przesyłkę, ponownie przebrać się, tym razem w swoje zwykłe ubranie, i dostarczyć materiał do Rijadu. "Banalne", ocenił zaraz po przeczytaniu
depeszy i dalej tak myślał. Co innego, gdyby musiał dokonać BPM, czyli
błyskawicznego przekazania materiałów z udziałem nieznanej osoby i w nowym miejscu -?to byłaby wymagająca sytuacja. Zgranie w czasie
wszystkich czynności nie byłoby łatwe, tym bardziej gdyby partnerem był
nieznany agent, a nie doświadczony oficer. Ale tym razem robota była
spoko.
Zerknął na zegarek. Zbliżało się wpół do siódmej. Dopił kawę i ruszył w kierunku wyjścia. Po kilku minutach dotarł do stacji metra i korzystając
z posiadanego biletu, przeszedł na peron. Tym razem metro nadjechało po
trzech minutach. Było podobnie puste jak poprzednio. Po przejechaniu
dwóch stacji wysiadł na kolejnej o nazwie Legtaifiya. Kiedy wyszedł na
ulicę, miał do wyboru pójście jedną z dwóch równoległych ulic. Wybrał
dłuższą o nazwie Street 51, która miała tę zaletę, że ruch samochodowy
odbywał się w przeciwnym kierunku, niż szedł Niwiński. Miał świadomość,
że zdecydowana większość mieszkańców, nie mówiąc o ludziach z krajów
europejskich, porusza się głównie samochodami. On, idąc, mógł rozejrzeć
się po okolicy i upewnić się, że nie ma towarzystwa. Ponieważ dopiero
przyleciał do Dohy, obserwacja była mało realna, ale starał się zawsze
postępować zgodnie z zasadami operacyjnymi. Pięć minut przed
dziewiętnastą wszedł do kolejnego tego dnia centrum handlowego o nazwie
Lagoona Mall.
RIJAD
W stolicy Arabii Saudyjskiej słońce zaszło już prawie dwie godziny temu,
ale temperatura nadal utrzymywała się powyżej trzydziestu stopni.
Najbliższe tygodnie zapowiadały przyjemniejsze warunki atmosferyczne do
życia, szczególnie dla Europejczyków.
Opancerzony czarny Cadillac Escalade z tablicami rejestracyjnymi
ambasady amerykańskiej wyjechał z bramy Dzielnicy Dyplomatycznej,
mijając ostatnie posterunki. Ciężki pojazd skierował się na estakadę
prowadzącą bezpośrednio na autostradę 535, po czym jednym z pięciu pasów
ruchu popędził w kierunku północnym.
Stephen Jones rozsiadł się wygodnie na skórzanym siedzeniu. Czekała go
prawie czterdziestominutowa jazda do jednej z rezydencji,
wykorzystywanej przez saudyjski wywiad do specjalnych spotkań z przedstawicielami służb partnerskich. Szczęśliwie udało mu się tak
zorganizować swój dzień pracy, że przed wyjazdem zdążył wziąć prysznic i ubrać się w wieczorowy garnitur. Z członkami kierownictwa GIP widywał
się w miarę często, jednak zaproszenie na kolację wymagało zastosowania
się do niepisanych wymagań. Był ciekaw zbliżającej się rozmowy,
szczególnie z generałem porucznikiem Abdullahem al-Qarni. Miał przerwę w kontaktach z wiceszefem Mabahith, a problematyka wewnętrznego
bezpieczeństwa Królestwa Arabii Saudyjskiej, które nadzorował generał,
wymagała większego zaangażowania Jonesa. Żałował, że Aleks Niwiński w ostatniej chwili odwołał swój udział w kolacji. Wiedział, że dla
polskiego oficera spotkanie z wicedyrektorem wywiadu i jego
odpowiednikiem z saudyjskiego kontrwywiadu miałoby dużą wartość, także
dla utrwalenia roboczych kontaktów z kierownictwem obu głównych służb. I nie byłyby to wszystkie korzyści płynące z osobistego uczestnictwa w takiej kolacji. Rozumiał jednak, że polski wywiad miał skromną kadrę na
Półwyspie Arabskim, dlatego Niwiński musiał realizować wiele obowiązków,
które w realiach CIA przypadały lokalnym stacjom w poszczególnych
krajach.
Jones wiedział, że ma dług wdzięczności wobec Polaka. Gdyby Aleks nie
przyszedł do niego ze swoimi podejrzeniami i nie zaproponował sposobu
dotarcia do prawdy, to sprawę kluczową dla jego pracy w Rijadzie może
poznałby kiedyś z informacji centrali albo w ogóle nie ujrzałaby ona
światła dziennego. Cenił Aleksa za jego wywiadowczy instynkt i upór w dążeniu do celu. Wrócił myślami do kwestii skromnych zasobów kadrowych
Agencji Wywiadu i ocenił, że gdyby pracował w podobnych realiach, to nie
zrobiłby połowy tego, co Niwiński. Oczywiście miał instrukcje z Langley,
by pomagać Polakom, ale po zakończeniu operacji skompromitowania spisku
Rosjan i Irańczyków i ujawnieniu faktu, że za atakami terrorystycznymi w saudyjskiej stolicy na członków rodziny królewskiej Al-Saud stoją oba te
wywiady, postanowił jeszcze mocniej wspierać przedstawiciela polskiej
agencji. Nie wspominając o tym, że dzięki Aleksowi sam został obwołany w Waszyngtonie cudotwórcą, który doprowadził do przełomu w stosunkach
dyplomatycznych z Saudyjczykami.
-?Będziemy o czasie? -?upewnił się, obserwując gęstniejący ruch na
autostradzie.
-?Jeśli nie staniemy w korku, to dowiozę szefa na czas. -?Peter
prowadzący Cadillaca zazwyczaj wiedział, co mówi, i Stephen polegał na
nim.
-?Fuck, co to jest? -?dobiegło Stephena z przedniego fotela. Zajmował
go David Butler, były porucznik piechoty morskiej, przeszkolony w Secret
Service w zakresie prowadzenia ochrony osobowej.
-?David, co się stało? -?Jones wpatrywał się w zagłówek przedniego
siedzenia, czekając na reakcję swojego ochroniarza.
-?Tylko proszę się nie śmiać, sir -?rzucił Butler, wyglądając zza
fotela. Widząc wyczekiwanie przełożonego, wyjaśnił: -?Od wjazdu na
autostradę mam wrażenie, że obok nas leci dron.
-?Dron? A jakim cudem w ciemności mógłbyś dostrzec drona? -
Niedowierzanie w głosie szefa CIA w Rijadzie było aż nadto słyszalne.
Twarz porucznika zniknęła za zagłówkiem, bo wrócił do obserwowania
otoczenia.
-?Szefie, przy autostradzie stoją lampy na wysokich słupach -?spokojnie
wyjaśnił. -?Nie dam sobie ręki uciąć, ale właśnie na tle tych lamp
zauważyłem czarne, nieduże urządzenie poruszające się w powietrzu. Za
pierwszym razem sądziłem, że mi się zdaje. Za drugim podejrzewałem, że
mógł przelatywać jakiś ptak. Ale przed chwilą znowu coś dostrzegłem. To
nie jest naturalne i porusza się z prędkością dostosowaną do tempa
naszej jazdy.
-?Po prawej czy po lewej? -?Stephen zawsze wychodził z założenia, że
wątpliwości należy zweryfikować, a nie wyśmiewać.
-?Po prawej, tak na przedłużeniu środkowego słupka karoserii -
doprecyzował Butler.
Jones wbił wzrok we wskazany rejon, ale widział głównie oświetlone okna
budynków, neony i wiele innych źródeł światła. Dostrzeżenie ciemnego
urządzenia w tych warunkach wydawało mu się niewykonalne. Nie
zrezygnował jednak i wypatrywał nadal. W samochodzie zapanowała cisza,
zakłócana jedynie cichym szumem toczących się opon i odgłosem
ośmiocylindrowego silnika. Po kilkuset metrach David uniósł rękę.
-?Jest, proszę teraz uważnie obserwować kolejne lampy.
Stephen Jones skoncentrował wzrok zgodnie ze wskazówkami podwładnego.
Przy pierwszej lampie nie zauważył drona. Kiedy minęli kolejną, coś mu
mignęło w polu widzenia. Wiedział już, na jakiej wysokości powinien
skupić wzrok, i przy następnej ulicznej lampie aż podskoczył.
DOHA
Niwiński zatrzymał się przed planem galerii wyświetlonym na dużym
ekranie. Odnalezienie tego, czego szukał, nie było skomplikowane i po
chwili już wiedział, dokąd ma się udać. Wśród licznych gości Lagoona
Mall szedł spokojnym krokiem szerokim korytarzem prowadzącym wzdłuż
witryn sklepów zlokalizowanych na parterze. Dookoła widział głównie
katarskie rodziny wykorzystujące wieczorną porę na shopping. Były też
pojedyncze osoby, choć wśród nich przeważali mężczyźni z krajów
zachodnich. Zapewne specjaliści zarabiający w Dosze duże pieniądze na
utrzymanie swoich bliskich, mieszkających w Londynie, Frankfurcie czy w Nowym Jorku. Patrząc na nich, poczuł własne podobieństwo wynikające z samotnego życia na obczyźnie. Po prawej stronie zobaczył boczny korytarz
prowadzący do toalet, na którego początku znajdowały się skrytki
bagażowe. Skręcił w tym kierunku, ostrożnie kontrolując otoczenie. Nic
specjalnego nie dostrzegł, nikt nie stał ani nie siedział na kilku
ustawionych tam wąskich kanapach. Wszedł do męskiej toalety, zamknął się
w kabinie i wyjął iPhone'a. Wszedł na Instagram, szukając konta
@Wonders_of_the_World. Otworzył je i przeglądał ostatnie posty.
Większość była opatrzona zdjęciami, te opuszczał. Zakładał, że
informacja, której szuka, zapewne została zamieszczona w ciągu
ostatniego kwadransa, najwyżej pół godziny temu. Jego uwagę zwrócił post
sprzed dziesięciu minut. Autor o nicku Jeff zaskakująco nie pasował do
innych członków grupy. Zamiast opisywać cuda świata, ograniczył się do
wpisu:
Zgadnijcie 37 i 9014?
Aleks nie tracił czasu na rozwiązywanie abstrakcyjnej zagadki. Post
pasował idealnie. Pierwsze dwie cyfry przypuszczalnie oznaczały numer
skrytki, a następne kod do jej otwarcia. Dla porządku przejrzał jeszcze
kolejne wiadomości z ostatnich trzydziestu minut, ale nic odpowiedniego
nie znalazł. Zapamiętał podane cyfry. Był gotowy do wykonania zadania.
Kiedy mył ręce, a potem wycierał je papierowym ręcznikiem, do toalety
weszło kolejno trzech mężczyzn. Na pierwszy rzut oka wyglądali na
Arabów. W ich rysach coś mu się nie zgadzało, ale nie wiedział co
konkretnie. Nie sprawiali wrażenia, że są razem. Jeden był w arabskiej
szacie, a dwaj pozostali ubrani byli w marynarki. Niwiński w lustrze
widział za plecami pomieszczenie z kabinami. Dwóch mężczyzn weszło do
kabin, a ten w galabii zatrzymał się przy pisuarze. Aleks uznał, że
dosyć tej obserwacji, tym bardziej że nic niepokojącego nie odnotował.
Wyszedł na korytarz prowadzący do głównej alei centrum handlowego. Na
jednej z kanap czekały dwie kobiety w abajach, a obok nich kręciło się
kilkoro dzieci w różnym wieku. Wokół poza nimi nikogo innego nie
zauważył, oczywiście pomijając ludzi w oddali przechodzących szerokim
traktem z witrynami sklepów. Zdecydował jednak, że na wszelki wypadek
jeszcze poczeka.
Zajął miejsce na wolnej kanapie i wygodnie oparty lekko przymknął oczy.
Gdyby ktoś go obserwował, to uznałby, że mężczyzna zmęczył się zakupami
i postanowił chwilę odpocząć. Trwał w tej pozycji kilka minut, podczas
których nic nowego w pobliżu się nie wydarzyło. Powoli wstał i podszedł
do rzędu skrytek. Za nim pojawił się jeden z mężczyzn wcześniej
korzystających z toalety. Obojętnie skierował się do głównej alei i skręcił w lewo. Aleks wybrał kombinację cyfr na schowku numer 37.
Drzwiczki otworzyły się cicho i w środku zobaczył małe pudełeczko. Wyjął
je i zamknął skrytkę. Trzymając przesyłkę w dłoni, odruchowo pomyślał:
"Zadanie właściwie zakończone. Teraz pozostaje tylko dostać się do Doha
City Center i po powrocie do własnej postaci dotrzeć na lotnisko". Był
zadowolony, ponieważ odbiór materiału przebiegł zgodnie z jego
oczekiwaniami. Minęły go arabskie kobiety z głośno krzyczącymi dziećmi i zniknęły w tłumie klientów. Niwiński spokojnie ruszył za nimi.
W tym momencie w korytarzu pojawił się mężczyzna, którego widział w toalecie. Jego powrót nie byłby niczym nadzwyczajnym, gdyby nie to, że
zbliżając się, uważnie patrzył na Aleksa. Za mężczyzną szło dwóch
innych. Niwiński poczuł lekki niepokój, typowy dla sytuacji, która
zaczyna wyglądać podejrzanie. Jego obawy gwałtownie wzrosły, kiedy z tyłu usłyszał przyspieszone kroki, i zanim zdążył się obejrzeć, nagle
został mocno złapany za obie ręce. Zaskoczony szarpnął się i odwrócił
głowę. Był trzymany przez dwóch innych mężczyzn, na których wcześniej
natknął się w łazience. "Kurwa, wpadłem w zasadzkę!", pomyślał
zaskoczony. Poczuł, jak jeden z tych trzech, którzy podeszli od przodu,
wyrywa mu z dłoni wyjęte ze skrytki pudełko, Aleks zauważył, że włożył
je do kieszeni, jakby zawartość była czymś zupełnie zwykłym. Postanowił
zagrać bezczelnego.
-?Puśćcie mnie! -?zażądał po arabsku. -?To pomyłka...
Więcej nie zdążył powiedzieć. Uderzenie w tył głowy było tak mocne, że
prawie stracił przytomność, a z bólu nie mógł mówić. Poczuł tylko, że
chwycono go mocno pod ramiona i pociągnięto przez Lagoona Mall.
Rijad
-?Jest! Faktycznie coś tam leci.
-?Nadal nie mamy pewności, co to jest -?ostrożnie zasugerował Butler. -
Za pana zgodą, sir. Peter, przyspiesz, ale zdecydowanie.
Cichy pomruk prawie siedmiusetkonnego silnika Escalade zmienił się w wyraźnie głośniejszy warkot wraz ze wzrostem obrotów. Samochód żywo
ruszył przed siebie. Zmiana prędkości, mająca być testem, utrudniła i tak niełatwą obserwację po ciemku.
-?Nic nie widzę -?stwierdził Jones.
-?Ja również -?potwierdził David. -?Ale jeżeli to faktycznie dron, to
mogliśmy zaskoczyć operatora. No, chyba że to tylko przypadkowa
sytuacja.
Przejechali kolejne dwa-trzy kilometry. Bez rezultatu, choć obaj bacznie
się rozglądali. Stephen powoli oswoił się z myślą, że zdarzenie nie
miało znaczenia. Mimo to dalej uważnie patrzył w prawo.
-?Jest! -?entuzjastycznie zasygnalizował Butler. -?Dogonił nas. Jeśli
mam rację, to może to być zagrożenie.
-?Polegam na twojej ocenie. -?Szef stacji CIA doceniał ludzi mających
wyjątkowe zdolności albo doskonale przeszkolonych. -?Co robimy?
-?Jak daleko do zjazdu z autostrady? -?Pytanie skierowane było do
kierowcy.
-?Pięć kilometrów.
-?Odbij na skrajny lewy pas -?polecił David. -?I przyspiesz jeszcze
bardziej. Może dogonimy jakąś ciężarówkę, wtedy schowamy się za nią.
-?Skoro nie pojawimy się z przodu ani z tyłu, to i tak będzie wiadomo,
gdzie jesteśmy -?powiedział Jones.
-?Zgoda, ale jeśli dron ma jakieś uzbrojenie, to nie będzie mógł go
skutecznie użyć.
Faktycznie, po chwili Cadillac dogonił pojazd z dużą naczepą. Zrównali
się z ciężarówką i tak dojechali do zjazdu z autostrady. Przed skrętem
Peter przyspieszył i gwałtownym manewrem wjechał w zjazd. Po chwili
dotarli do przecznicy i skręcili w prawo. Poruszali się lokalną drogą,
przy której stały pojedyncze budynki. Ruch samochodowy był bardzo
umiarkowany, a lampy uliczne były ustawione znacznie rzadziej.
-?No, tutaj to już nic nie zobaczymy -?orzekł Stephen.
Odpowiedziało mu milczenie. W ciszy dojechali do kolejnego skrętu, tym
razem w lewo. Droga, którą się poruszali, prowadziła przez otwartą
przestrzeń. Brak było zabudowy, świateł, a dookoła panowała całkowita
ciemność. Jones zauważył, że Butler wyciągnął spod fotela pistolet
maszynowy.
-?Do celu pięć kilometrów -?poinformował Peter. Spojrzał czujnie w tylne
lusterko, w którym odbijały się światła jakiegoś pojazdu. -?Uwaga, ktoś
nas wyprzedza.
-?Ciekawe. -?Stephen Jones był już w tym rejonie i wiedział, że droga
kończy się przy rezydencji saudyjskiego wywiadu, a wcześniej nic innego
nie ma.
Obok nich, rycząc silnikiem, pojawiła się wyprzedzająca ich
półciężarówka. Gdy zjechała przed nich, zaczęła gwałtownie hamować.
-?Uwaga, kolejny wyprzedzający! -?ostrzegł kierowca.
Faktycznie z boku Escalade zabłysły światła następnego pojazdu, który
miał zamiar ich wyprzedzić.
-?Szefie, na podłogę! -?krzyknął Butler. Zaskoczony Jones niezdarnie
rzucił się pomiędzy przednie a tylne fotele. Lekko uniósł głowę i zdążył
zauważyć, jak półciężarówka najpierw skręca w lewo, a potem staje w poprzek jezdni. Zasłaniające pakę poły plandeki gwałtownie się uniosły i Stephen dostrzegł siedzących w środku dwóch ludzi, którzy trzymali w rękach pistolety maszynowe. Jednocześnie w lewy bok Cadillaca uderzył
wyprzedzający ich samochód.
DOHA
Z kolejnych wydarzeń zapamiętał jak przez mgłę, że wraz z eskortą szybko
dotarli do wejścia do windy. Przynajmniej tak mu się wydawało, gdyż po
otrzymanym uderzeniu miał problemy z ostrością widzenia. Dostrzegał
ludzkie sylwetki odwracające się w jego stronę. Wydawało mu się, że
osoby czekające na windę zostały odepchnięte, a gdy zaczęły protestować,
głównie w języku angielskim, jeden z prowadzących go krzyknął władczo:
-?Qatar State Security! -?i powtórzył, zwracając się w drugą stronę: -
Qatar State Security! Zrobić przejście!
Grupa z Niwińskim weszła do windy. W trakcie krótkiej jazdy zdążył tylko
uświadomić sobie klarowny fakt, że zatrzymała go miejscowa służba
bezpieczeństwa. Gdy drzwi się otworzyły, Aleks -?nadal widząc
niewyraźnie i cierpiąc z powodu silnego bólu głowy -?po
charakterystycznych odgłosach i zapachu rozpoznał, że prawdopodobnie
zjechali do podziemnego garażu. Pociągnięto go dalej, a po chwili
wrzucono do dużego samochodu, jak mu się zdawało, podobnego do vana.
Pojazd ruszył. Bardziej czuł, niż widział, że auto pokonało kilka
zakrętów, wyjechało pod górę i zaraz przyspieszyło na prostej.
Powoli wracała mu świadomość. Zrozumiał, że leży na podłodze samochodu.
Poruszył lekko dłońmi, spodziewając się, że poczuje kajdanki, ale ku
jego zaskoczeniu nie założono mu ich. Obok na rozkładanym siedzeniu
widział dwóch mężczyzn. Wzrok na tyle mu się wyostrzył, że przez tylną
szybę pojazdu dostrzegał migające lampy uliczne i znikające oświetlone
sylwetki budynków. Zakładał, że jazda potrwa krótko, w końcu siedziba
służb katarskich znajdowała się w samym centrum stolicy. Kilkakrotnie
był w tym imponującym wieżowcu na służbowych spotkaniach. Za każdym
razem siedziba Qatar State Security robiła na nim wrażenie, tym bardziej
że nie znał innych służb bezpieczeństwa ulokowanych w podobnie
wyeksponowanym drapaczu chmur. Siedziby zdecydowanej większości służb
partnerskich w regionie znajdowały się na uboczu, w budynkach otoczonych
ogrodzeniami i pilnowanych przez żołnierzy.
Nie miał jednak czasu na dalsze rozmyślania, znalazł się przecież w bardzo trudnej sytuacji. "Ale będzie wstyd", pomyślał z żalem, że jego
proste zadanie zakończyło się zatrzymaniem przez funkcjonariuszy
zaprzyjaźnionej służby. Głupio mu będzie się tłumaczyć, a sam jeszcze
nie wiedział, co powinien powiedzieć. Nie mógł się pozbyć natrętnej
myśli, że doszło do kompromitacji, która pozbawi go możliwości dalszej
współpracy ze służbami emiratu. Dotarło do niego, że jadą już dosyć
długo, więc raczej ich celem nie była główna siedziba Qatar State
Security. Kątem oka widział, że strażnicy obojętnie zerkają przez
przyciemnioną szybę w bocznych drzwiach. Sporadycznie rzucali okiem na
niego. Postanowił nadal sprawiać wrażenie nieprzytomnego, a jednocześnie
starał się ostrożnie poruszać rękami i nogami, żeby odzyskać w nich
sprawność. "Przynajmniej będę szedł samodzielnie i wyprostowany na
spotkanie z nieuchronną rzeczywistością", zdecydował ponuro. Starał się
jakoś przygotować do przesłuchania. Najlepiej byłoby, gdyby jako
posiadacz paszportu dyplomatycznego odmówił składania zeznań.
Gwałtowne hamowanie pojazdu rzuciło go na przednią ściankę kabiny.
Rozległ się odgłos, jakby samochód w coś uderzył. Po chwili z zewnątrz
doszły go jakieś pokrzykiwania.
RIJAD
W przednią szybę samochodu ambasady USA uderzyły pierwsze kule. Również
z boku -?po zderzeniu z nieznanym pojazdem -?pojawiły się ogniki
strzałów i pociski zaczęły stukać w pancerne okna.
-?Jedź! -?krzyknął David, który trzymał już w dłoniach pistolet
maszynowy.
Peter wcisnął gaz i jednocześnie mocno skręcił w lewo. Escalade uderzyło
w jadący obok mniejszy samochód i masa Cadillaca poparta mocą silnika
odepchnęła tamten pojazd. Było jednak za mało miejsca, żeby uniknąć
zderzenia ze stojącą na drodze półciężarówką, i trzy tony opancerzonej
stali wbiło się w nią. Odrzuceni do tyłu obaj zamachowcy przestali
strzelać. Jones miał nadzieję, że odnieśli obrażenia po tym potężnym
uderzeniu.
Kierowca Escalade błyskawicznie cofnął samochód i ruszył z ryczącym
silnikiem. Szybkim manewrem, jadąc po poboczu, ominął stojącą
półciężarówkę i ponownie mocno uderzył w drugi pojazd, który w międzyczasie zbliżył się do nich. Tym razem manewr Petera spowodował, że
tamto auto zjechało zupełnie na bok, a Cadillac pognał szosą do przodu.
Stephen Jones uniósł się na fotel i popatrzył do tyłu. W ciemności
widział jedynie światła obu pojazdów z napastnikami. Nie poruszały się,
więc pościg im nie groził. Odetchnął z ulgą.
-?Ktoś jest ranny? -?zapytał swoich towarzyszy. Uspokoił się, gdy obaj
zaprzeczyli.
DOHA
Mężczyźni siedzący w kabinie najpierw zerknęli na Aleksa, ale on nadal
się nie ruszał, po czym jeden z nich uchylił boczne drzwi i energicznie
włączył się do ulicznej awantury. W końcu wysiadł, a drugi był wyraźnie
skoncentrowany na tym, co działo się na zewnątrz. Niwiński, widząc to, w ułamku sekundy uznał, że to jego szansa. Zawsze lepiej być aktywnym i nie poddawać się złemu losowi. I postępować zgodnie ze starą zasadą
szpiegów: jak cię złapią za rękę, to mów, że to nie twoja ręka. Jeśli
uda mu się wyrwać z vana, to nie trafi jak przestępca na przesłuchanie.
Szybkim ruchem podparł się na rękach i poderwał ciało do pionu. Przez
ułamek sekundy poczuł taki zawrót w głowie, że zdawało mu się, iż
upadnie. Jego strażnik prawdopodobnie wyczuł ruch za sobą, ale zdążył
tylko odwrócić głowę, kiedy w skroń trafiło go uderzenie zadane całą
siłą. Głowa odskoczyła mu w bok, a wtedy Aleks trafił go w lewą stronę
tułowia, a następnie jeszcze mocno w kark. Nie wiedział, który cios był
najskuteczniejszy, choć stawiał, że ten w skroń lub w rejon lewej nerki,
a może śledziony. Mężczyzna spadł z siedzenia i zwijając się z bólu,
leżał na podłodze.
Niwiński odruchowo odrzucił ucieczkę otwartymi bocznymi drzwiami,
zakładając, że na zewnątrz spotkałby się twarzą w twarz z drugim z pilnujących go ludzi, a może również z innymi przeciwnikami. W dwóch
krokach dopadł tylnych drzwi samochodu, mając nadzieję, że nie są
zablokowane. Na szczęście nie były i gdy je otworzył, zobaczył przed
sobą szeroką ulicę wypełnioną samochodami. Niebo było ciemne, a dookoła
widział mnóstwo świateł. Bez wahania rzucił się do przodu. Biegł,
początkowo trochę chwiejnie, a z czasem coraz pewniej. Po pechu w Lagoona Mall teraz zdecydowanie dopisało mu szczęście. I nie chodziło
tylko o to, że udało mu się uciec z vana.
Nie zastanawiając się, przemykał beztrosko w poprzek kilkupasmowej
arterii, którą pędziły pojazdy. Dwa razy gwałtownie się zatrzymał i zaraz szybko ruszył, bo inaczej zostałby rozjechany przez sunące auta.
Pokonał pas rozdzielający dwie jezdnie i zaskoczony zorientował się, że
nie musi już powtarzać niebezpiecznego slalomu pomiędzy jadącymi
samochodami. Zerknął w prawo i zobaczył, że zawdzięcza to czerwonemu
światłu na pobliskim skrzyżowaniu. Czujnie obejrzał się do tyłu i dostrzegł dwóch ludzi usiłujących go ścigać. Albo byli niezdecydowani,
albo po prostu się bali, bo znajdowali się właśnie w połowie drugiej
jezdni, nie mogąc ruszyć dalej wśród pędzących aut.
Aleks nie tracił czasu na obserwowanie pogoni. Przebiegł przez szeroką
ulicę, minął duży nowoczesny biurowiec i skręcił w wąskie przejście
pomiędzy dwoma budynkami. Za nimi znajdowały się jakieś magazyny
otoczone niewysokim ogrodzeniem. Nie miał wyboru. Podciągnął się i pomimo ślizgających się na siatce sandałów szybko znalazł się po drugiej
stronie. Spojrzał za siebie, ale w przesmyku nikogo nie dostrzegł.
Pomyślał, że jeśli ścigający go nie mieli szczęścia, to po dotarciu do
wysepki pomiędzy dwiema jezdniami trafili akurat na samochody pędzące po
zapaleniu się zielonego światła. Musiał wykorzystać tę sytuację, chociaż
miał świadomość, że w Dosze prawdopodobnie już ogłoszono alarm i funkcjonariusze wszystkich służb szukają właśnie jego. Ale trudno, skoro
zdecydował się uciekać, to musiał być konsekwentny.
Biegnąc pomiędzy kolejnymi budynkami, dotarł na trochę spokojniejszą
ulicę. Odruchowo dostosował się do tempa poruszania się przechodniów.
Wieczorny intensywny ruch pieszych i pojazdów był dla niego korzystny,
gdyż w tłumie trudniej było go dostrzec. Doszedł do wniosku, że powinien
natychmiast się przebrać, ponieważ służby szukają mężczyzny w białej
galabii. Warto byłoby włożyć ubranie pozostawione w skrytce. Naiwnie
liczył na to, że katarscy funkcjonariusze raczej zapamiętali sylwetkę
podejrzanego Araba i nie rozpoznali w nim polskiego szpiega. Zawahał
się, czy powinien zaryzykować i udać się do Doha City Center, gdzie
system monitoringu pozwoli Katarczykom łatwo go zlokalizować. A jeżeli
są sprawni, to korzystając z nagrania z Lagoona Mall, mogą użyć systemu
identyfikacji twarzy. "Może jednak warto spróbować", pomyślał. "Wszystko
dzieje się na tyle szybko, że może mnie jednak nie zidentyfikowali".
Te rozważania niewiele mu dały, ponieważ przede wszystkim nie miał
pojęcia, gdzie się znajduje. Rozejrzał się rozpaczliwie dookoła, ale nie
kojarzył ani ulicy, na której obecnie przebywał, ani nawet arterii,
przez którą tak desperacko wcześniej przebiegł. Rozwiązanie pojawiło się
nagle. Ulicą nadjechała taksówka, która zatrzymała się na gwałtowny gest
Niwińskiego.
RIJAD
Poruszali się z tak dużą prędkością, że gdy nagle ukazało się ogrodzenie
siedziby GIP, Peter musiał gwałtownie zahamować przed bramą. Jej
skrzydła zostały otwarte i już spokojnie podjechali przed główne
wejście. Stali tam obaj oczekujący Jonesa Saudyjczycy. Ich miny wyrażały
pełne zaskoczenie na widok stanu Cadillaca. Stephen otworzył pancerne
drzwi i wysiadł.
-?Stephen, co się stało? -?zapytał generał Mohammed Al-Harbi, podchodząc
bliżej. Pytaniu towarzyszyło przejęcie malujące się na twarzy
Saudyjczyka.
-?Cztery kilometry stąd był zamach na mnie -?podniesionym głosem
poinformował funkcjonariusz CIA.
-?Na tej drodze? -?Zastępca szefa Mabahith najwyraźniej nie mógł
uwierzyć.
-?Tak, na tej drodze. Zostawiliśmy napastników na środku ulicy.
Al-Harbi stanowczym ruchem przywołał adiutanta. Wydał kilka poleceń.
Funkcjonariusz pobiegł za budynek i po chwili wyjechały stamtąd dwa
SUV-y, w każdym siedziało po czterech żołnierzy. David Butler spojrzał
pytająco na Jonesa i widząc jego przyzwalające kiwnięcie głową, ruchem
ręki nakazał zatrzymanie pojazdów. Wsiadł do pierwszego i oba SUV-y
popędziły drogą w stronę miejsca ataku.
Obaj Saudyjczycy po upewnieniu się, że ich gość nie został ranny,
zaprosili go do rezydencji. Kiedy po półgodzinie wrócił Butler,
zameldował, że natknęli się jedynie na stojący na poboczu pojazd, który
wcześniej uderzył w ich Cadillaca. Drugiego pojazdu ani sprawców zamachu
nie znaleziono w pobliżu. Zarządzony natychmiast alarm służb
bezpieczeństwa nie przyczynił się do zatrzymania napastników ani nawet
do uzyskania jakichkolwiek informacji, kim byli.
DOHA
-?City... -?Aleks zawahał się przez moment. Przyszło mu do głowy, że w razie szeroko zakrojonych poszukiwań służby mogą szybko dotrzeć do
kierowców taksówek. Musiał wybrać inne miejsce. -?...DECC metro station -
rzucił stanowczym tonem do kierującego autem Hindusa.
Zerknął w lusterku na twarz kierowcy, by się upewnić, czy nie obserwuje
on niezdecydowanego pasażera, ale mężczyzna obojętnie patrzył przed
siebie. Samochód włączył się w uliczny ruch, a Aleks odetchnął z ulgą
pierwszy raz od dłuższego czasu. "Co powinienem teraz zrobić, jeśli nie
zatrzymają mnie w centrum handlowym?", ta myśl kołatała mu się w głowie.
Przez całą swoją karierę oficera wywiadu miał szczęście i nigdy nie
wpadł w ręce żadnej służby bezpieczeństwa ani tym bardziej wrogiego
wywiadu. A przypadek zatrzymania i ucieczki przed zaprzyjaźnioną agencją
był tak absurdalny, że nigdy wcześniej nawet nie słyszał o podobnej
sytuacji. "Może niepotrzebnie prysnąłem z tej furgonetki?", pomyślał.
Pewnie trafiłby na przesłuchanie i po odmowie złożenia wyjaśnień
musieliby go zwolnić. Tylko byłaby afera, że Polacy prowadzą działania
wywiadowcze na terenie kraju zaprzyjaźnionego!
Kraje arabskie są bardzo wrażliwe na takie sytuacje i lepiej byłoby
jakoś stamtąd zniknąć. Oczywiście najprościej byłoby dotrzeć do lotniska
i skorzystać z późnego połączenia z Rijadem. Jeśli dopisałoby mu
szczęście i Katarczycy nie zamknęliby przed nim granic, to za półtorej
godziny znalazłby się w Arabii Saudyjskiej. Tylko czy liczenie na
pomyłkę lokalnych służb miało sens? Wzruszył ramionami, bo pytanie było
absurdalne. Hamad International Airport zabezpieczą jako najbardziej
prawdopodobne miejsce ucieczki Aleksa z Kataru, a ludzie z Qatar State
Security będą cierpliwie czekać przy bramkach portu lotniczego. Zapewne
drugim takim obstawionym miejscem będzie polska ambasada w Dosze. No bo
gdzie może próbować się ukryć podejrzany o szpiegostwo, jak nie we
własnej placówce dyplomatycznej? Czyli te miejsca zdecydowanie odpadały.
Próba znalezienia lokum w stolicy Kataru, w jakimś podrzędnym hoteliku,
też byłaby bez sensu. Miejscowe służby prędzej czy później takie miejsca
także sprawdzą, a Aleks nie znał nikogo, kto zapewniłby mu bezpieczną
kryjówkę. Nie, powinien jak najszybciej opuścić Katar, jeszcze zanim
wszystkie drogi ucieczki zostaną zablokowane. A może w takim razie drogą
wodną? Z Dohy wypływają statki wycieczkowe, odbywające rejsy z turystami
po Zatoce Arabskiej, a portem macierzystym jest zazwyczaj Dubaj. Oj,
gdyby mógł się tam znaleźć, jego problemy zostałyby rozwiązane. No tak,
tylko wszystko zależy od tego, czy znajdzie się miejsce na takim
wycieczkowcu i czy akurat dzisiaj wieczorem jeden z nich cumuje w Dosze.
Miał przy sobie trochę pieniędzy, a mógł podjąć dużo więcej z bankomatu,
więc w grę wchodziłoby również wynajęcie niewielkiej łodzi czy jachtu...
Hamowanie taksówki przerwało jego desperackie rozmyślania. Kierowca, nie
patrząc na niego, z obojętną miną podał wysokość opłaty za kurs. Aleks
szybko wyjął portfel, a z niego banknoty. Podał kierowcy większą kwotę i szybko wysiadł. Rozejrzał się po okolicy. Wieczorem ta część miasta była
wypełniona przechodniami, co było korzystne dla niego. Kiedy dotarł do
City Center Doha, postanowił ominąć główne wejście. Obszedł gmach
dookoła, szukając jakiegoś bocznego przejścia. To była kolejna naiwna
próba z jego strony, ponieważ system monitoringu działał tak samo wokół
całego kompleksu.
W końcu trafił na jakieś drzwi i znalazł się w środku. Wcześniej założył
ciemne okulary, a poły kefiji rozciągnął tak, że spod materiału
wystawały mu jedynie nos i usta. "Z takim kamuflażem mogłem spokojnie
wejść przez główny hol i nawet stojący tam funkcjonariusze służb
katarskich nie rozpoznaliby mnie", pomyślał ironicznie. Przytrzymując
poły chusty, skierował się w rejon skrytek. Kiedy tam dotarł, ograniczył
się do szybkiego sprawdzenia najbliższego otoczenia. Uznał, że i tak ma
małe szanse, żeby wychwycić potencjalną zasadzkę na zatłoczonym
korytarzu, dlatego nie zamierzał przedłużać swojej obecności w City
Center Doha.
Pozornie wydawało się, że wszystko jest w porządku. Dlatego szybko
dotarł do łazienki i w kabinie przebrał się w swoje zwykłe ubranie.
Arabski strój zapakował i wziął pod pachę. Kiedy wychodził z łazienki,
przyszło mu do głowy, że teraz nie ma już osłony kefiji. Założył więc
okulary przeciwsłoneczne i szybko ruszył do wyjścia z centrum. Już się
nie zastanawiał, czy wieczorem w ciemnych okularach nie wzbudzi
większego zainteresowania, niż gdyby ich nie miał. Opuścił budynek
zadowolony, że przynajmniej nie został zatrzymany.
Szybkim krokiem zaczął się oddalać od centrum. Przeciął szeroką Omar Al
Mukhtar Street i ruszył przez dzielnicę Onaiza w kierunku biedniejszej
części miasta. Czuł się coraz pewniej, nawet biorąc pod uwagę generalnie
trudną sytuację, a to chyba z powodu skromniejszego oświetlenia
ulicznego i wielu niskich budynków dookoła. Mijając pojemnik na odpady,
stojący przy wejściu do jednego z domów, wrzucił do środka paczkę z galabiją i innymi arabskimi drobiazgami. Szedł ulicą wśród przechodniów
pochodzących w większości spoza Kataru. Na oko przeważali Azjaci -
Hindusi, Pakistańczycy czy Filipińczycy. Między nimi dostrzegł też
emigrantów z krajów Afryki. Białych było coraz mniej. Ta wieczorna
wędrówka tak go zmęczyła, że musiał gdzieś usiąść.
Na rogu dwóch ulic znalazł bar i zajął miejsce przy stoliku. Szybko
pojawił się kelner, u którego zamówił losowo wybraną potrawę i kawę.
Jedzenie pojawiło się nadzwyczaj szybko i okazało się całkiem smaczne,
choć kompletnie nie wiedział, co je. Przyjemność z posilenia się nie
zmieniła położenia Aleksa. Odsunął talerz i pijąc kawę, zamyślił się.
Sytuacja wydawała się ponura. Jedynym plusem było to, że uciekł ludziom,
którzy go zatrzymali, i przebywał na wolności. Jak długo będzie się nią
cieszył, tego nie wiedział, gdyż pierwszy patrol policji może nim się
zainteresować, szczególnie w tej okolicy. "Kurwa, uciekłem z centrum,
ale tutaj też nie jestem bezpieczny", pesymistycznie ocenił.
"Spieprzyłem pozornie proste zadanie, straciłem ważne materiały i do
tego zostałem złapany. I co teraz?" Poczuł się zagubiony i poza
wcześniejszymi pomysłami o ucieczce drogą morską nic innego nie
przychodziło mu do głowy. "Gwiazda wywiadu, pogromca SWR i Irańczyków,
bohater słusznej sprawy -?i co dalej?", zakpił z siebie. Błysk koperty
złotej Omegi w tej sytuacji wydawał się równie absurdalny jak paszport
dyplomatyczny, który miał w kieszeni.
Oczywiście najłatwiej byłoby zwalić winę na centralę przy Miłobędzkiej.
W końcu to oni wysłali go do realizacji prostego zadania, nie
ostrzegając o możliwych zagrożeniach. On przestrzegał wszystkich zasad,
a pomimo tego na miejscu czekała zasadzka, w którą wpadł. "Do dupy to
wszystko", ocenił smutno. Nagle pomyślał, że skoro nie potrafi sobie
poradzić sam, to może powinien poprosić o pomoc przyjaciół z CIA. A może
nie angażować partnerów, tylko zadzwonić do "Linoskoczka"? W końcu
Rosjanie też aktywnie działają w rejonie Zatoki. "Odwaliło mi, że takie
bzdury przychodzą mi do głowy", stwierdził zrezygnowany.
Wobec braku nowych pomysłów zamówił kolejną kawę i bezmyślnie patrzył
przed siebie. "Może to jest rozwiązanie?", zastanawiał się. Zerknął
jeszcze raz. Po drugiej stronie ulicy świecił się neon:
Ali Car Rental
PUSTYNIA W POBLIŻU RIJADU
Późną nocą samotny myśliwy jadący na motorze kamienistą drogą przez
pustynię, trzydzieści kilometrów na wschód od Rijadu, dostrzegł między
skałami dopalający się dziwny kształt. Gdy podjechał ostrożnie bliżej,
kierując w to miejsce światło reflektora, zorientował się, że spalono
starą półciężarówkę. Rozejrzał się dookoła w poszukiwaniu ludzi, którzy
to zrobili, ale nikogo nie zauważył. Pomyślał, że lepiej dla niego
będzie nie wtykać nosa w cudze sprawy, i najszybciej, jak mógł, wrócił
na drogę. Miał nadzieję, że nikt go nie widział i będzie mógł spokojnie
zapolować na pustynne ptaki. Po chwili światło motocykla zniknęło w ciemnościach.
DOHA
Aleks wyjął iPhone'a i wpisał w Google: Odległość drogowa Doha -
Rijad? Szybko dostał odpowiedź: 576 kilometrów, 6 godzin 33 minuty.
Spodobał mu się ten pomysł. Rano mógłby być już w domu i mieć za sobą
"proste zadanie w Katarze". Pozostawała jedna podstawowa wątpliwość i miał obawy, czy może ją zlekceważyć. Jeśli zakładał, że na Hamad
International Airport czekają na niego, to czy może mieć nadzieję, że
granicę lądową emiratu Kataru przekroczy bez problemu? Z drugiej strony,
jeśli nie spróbuje, to najlepiej i najwygodniej byłoby od razu zadzwonić
do oficera QSS, z którym miał dotąd kontakt, i przyznać się, gdzie jest.
Ta możliwość wydała mu się jednak tak absurdalna, że odzyskał w miarę
normalny nastrój. Dopił kawę, zapłacił rachunek i przeszedł na drugą
stronę ulicy. Błogosławił godziny pracy usług w krajach arabskich. W Europie taka mała wypożyczalnia już dawno byłaby zamknięta.
SALWA ROAD
Samochód był mocno zużyty, ale najważniejsze było, że jechał. Właściciel
Ali Car Rental na życzenie klienta ściągnął z innej placówki Toyotę
Camry. W przeciwnym razie Niwińskiemu groziła jazda przez półwysep
pojazdem zaliczanym w Europie do "małych". Ale udało się i już po
czterdziestu minutach przemierzał ulice Dohy. Na szczęście auto miało
sprawną klimatyzację i nawigację. Kiedy wyjechał poza stolicę, ogarnęły
go ciemności rozświetlane jedynie reflektorami innych pojazdów. Był już
na autostradzie, więc mocno przyspieszył. Obawiając się interwencji
policji drogowej pomimo nocnej pory, niewiele przekraczał dozwolone w Katarze sto dwadzieścia kilometrów na godzinę. Był tak podkręcony
faktem, że podjął ostatecznie decyzję, że kompletnie nie czuł zmęczenia.
Lubił prowadzić samochód i jazda w nocy też nie stanowiła dla niego
problemu. Starał się nie myśleć o jedynej drażliwej kwestii: czy uda mu
się opuścić Katar?
Zbliżając się do granicy, czuł rosnący niepokój. Jeżeli służby graniczne
otrzymały polecenie zatrzymania go, to był bez szans i szybko wyruszy z powrotem do stolicy Kataru, tylko już nie on będzie prowadził samochód.
Tablica z informacją:
Abu Samra
5 kilometrów
sprawiała wrażenie ostatecznego ostrzeżenia dla Niwińskiego. Lekko
zwolnił, jakby w ten sposób mógł przedłużyć okres swojej wolności. Gdy
dotarł do niego absurd tego, co robi, szybko wcisnął pedał gazu. Po obu
stronach autostrady była tylko pustynia i to rozstrzygało kwestię: czy i dokąd ewentualnie uciekać.
Budynki posterunku granicznego pojawiły się nagle, gdy Toyota Aleksa
pokonała zakręt drogi Q5. W świetle ostrych lamp dostrzegł, że ma przed
sobą tylko jeden samochód, obok którego stoją kontrolujący go
funkcjonariusze. Zwolnił i pozornie spokojnie dotoczył się do granicy.
Musiał poczekać, ponieważ katarscy strażnicy ucięli sobie pogawędkę z kierowcą auta. Przez tych parę chwil Aleks czuł, jak serce mu gwałtownie
wali. Czy to ostatnie chwile przed zatrzymaniem? Tego nie wiedział, a przynajmniej chciał mieć nadzieję, że nie.
W końcu pojazd przed nim ruszył, a funkcjonariusze pokiwali na niego.
Podjechał do nich, cały czas mając wrażenie, jakby wszystko działo się w zwolnionym tempie. Otworzył okno i podał paszport. Katarczyk przejechał
przez stronę dokumentu mobilnym terminalem i popatrzył na monitor.
Niwińskiemu wydawało się, że trwa to wieki, a przedłużające się
spojrzenie funkcjonariusza na czytnik oznacza, iż widzi informację o konieczności zatrzymania posiadacza tego paszportu. Siedział sztywny i odrętwiały. Chyba nawet wstrzymał oddech. Kiedy funkcjonariusz wyciągnął
rękę z paszportem, Aleks przez dłuższą chwilę nie reagował.
-?Your passport, sir -?powiedział mężczyzna, potrząsając dokumentem. -
You may go.
Aleksowi wydawało się, że to nie dzieje się naprawdę. Sięgnął po
paszport, cały czas mając wątpliwość, czy katarski pogranicznik nagle
nie zmieni decyzji. Jednak tak się nie stało. Niwiński odłożył paszport
na fotel pasażera i powoli ruszył. Ciężko oddychał po tej nerwowej
sytuacji. Dotoczył się do posterunku saudyjskiego i już po chwili pędził
drogą numer 615 na zachód, aby wkrótce odbić na północ. Z wrażenia
zaczął krzyczeć, a potem zachciało mu się śpiewać. Ponieważ jednak nic
odpowiedniego nie przyszło mu do głowy, po prostu włączył głośniej
stację w radiu Toyoty i wygodnie wyciągnął się na fotelu.
Nie wierzył w cuda, dlatego nie rozumiał, co się stało, że nie został
zatrzymany na katarskiej granicy. Znał skuteczność Qatar State Security
i dlatego wątpił, żeby ktoś zapomniał rozesłać komunikat o konieczności
zatrzymania Aleksandra Niwińskiego, przyłapanego podczas podejmowania
materiału wywiadowczego. Dlaczego w takim razie był teraz wolny na
terytorium saudyjskim, tego nie mógł zrozumieć.
Spojrzał na nawigację, która pokazała, że Aleks dojedzie do Rijadu o czwartej czterdzieści. Tam czekało na niego normalne życie, o ile za
takie można uznać pracę oficera wywiadu za granicą.
Rozdział 6
RIJAD
Intensywny zapach kawy wyprzedził służącego Ramiego zbliżającego się do
otwartych drzwi gabinetu Niwińskiego. Aleks wiedział, że spośród
personelu pomocniczego placówki właśnie Pakistańczyk pojawia się
najwcześniej, a zazwyczaj wychodzi późno. Domyślił się, że wchodząc
wczesnym rankiem do ambasady, Rami zauważył zaparkowaną Mazdę Aleksa, i od razu przygotował poranną kawę dla niego. Niwiński serdecznie
podziękował sympatycznemu niewysokiemu mężczyźnie, którego bardzo lubił.
Rami bezinteresownie angażował się w różne czynności i przysługi, za
które nie był wynagradzany przez placówkę, więc Aleks już kilka razy
wcisnął Pakistańczykowi prywatną premię, wynagradzał go też za codzienne
mycie samochodu. Ze względu na unoszący się w Rijadzie pustynny piasek
częste pielęgnowanie pojazdów było koniecznością. Spojrzał na parujący
kubek kawy. Jej kolor świadczył, że dolano do niej nieco mleka, ale
dodatku jednej łyżeczki cukru trzcinowego musiał się domyślić, choć
dotąd Rami nigdy o tym nie zapomniał. Ponieważ napój był na razie zbyt
gorący, żeby go pić, Aleks poszedł do mieszkania Milewskiego. Kiedy
otworzył lodówkę, okazało się, że Cezary zachował się fair i nie zjadł
zapasów Niwińskiego. Aleks zrobił szybko dwie kanapki i zjadł je od
razu.
Przy jedzeniu zastał go gospodarz.
-?Cześć, Aleks, nie mogłeś spać? -?zapytał, szeroko ziewając. Cezary,
choć mieszkał w budynku ambasady, zazwyczaj pojawiał się w biurze
ostatni. Ze względu na wcześniejszą pobudkę nad ranem to, że teraz już
wstał, było czymś nadzwyczajnym... lub efektem nastawienia budzika.
Niwiński przełknął ostatni kęs śniadania i wstał z kuchennego stołka.
-?Stary, mam tyle roboty, że spanie jest ostatnią rzeczą, na jaką mogę
sobie pozwolić. Jak wszystko załatwię, to może wtedy pojadę do chałupy
się zdrzemnąć.
-?Ja ciebie nie rozumiem. -?Milewski zapalił pierwszego tego dnia
papierosa. -?Gdybym ja był na takim samodzielnym stanowisku i miał
przychylnego szefa, jakim niewątpliwie jest Konrad Zalewski, to
korzystałbym z życia. Po nocnej jeździe z Kataru leżałbym w wyrku do
południa. Dopiero jakby mi się zachciało, to łaskawie pojawiłbym się w biurze. A może w ogóle nie przyszedłbym do pracy.
-?Pogadaliśmy, a ty jeszcze sobie pomarzyłeś -?rzucił Aleks, wychodząc
na korytarz.
Bardzo lubił Cezarego i wiedział, że może na nim polegać. Przekonał się
o tym chociażby przy okazji rozmowy werbunkowej z "Linoskoczkiem". W pewnym momencie rozważał nawet pozyskanie kolegi do współpracy jako
kontaktu operacyjnego, ale porzucił ten pomysł. Nie chciał mu zrobić
krzywdy, a wobec dwuznacznego podejścia polskich polityków do pracy
wywiadu i współpracowników służby trudno było przewidzieć, co przyniesie
ewentualny kolejny zakręt historii. Dzisiaj szczególnie nie miał czasu
na pogawędki z przyjacielem. Jako priorytet przyjął telefon do szefa
stacji CIA, z którym chciał jak najszybciej umówić się na spotkanie.
Zamknął drzwi swojego pokoju i wyjął komórkę. Spojrzał na zegarek, nie
mając pewności, czy "normalni" ludzie już zaczęli pracę. Ponieważ było
wpół do dziewiątej, uznał, że to odpowiednia pora, żeby zadzwonić do
Stephena Jonesa. Nawet jeśli kolega był jeszcze w domu, to nie obrazi
się za telefon o tej porze. Nie zdążył wybrać połączenia do rezydenta
CIA, gdy komórka nieoczekiwanie zadzwoniła. Na wyświetlaczu rozpoznał
numer pierwszego sekretarza ambasady Kataru. Odruchowo poczuł, że robi
mu się gorąco pomimo intensywnie pracującej klimatyzacji. Tak naprawdę
nie wiedział, jak się zachować, spodziewając się, że dyplomata dzwoni w sprawie zatrzymania Aleksa przez służby katarskie i jego późniejszej
ucieczki. "Cholera, co ja mam mu powiedzieć? Jak wyjaśnić tę przykrą
sytuację?" -?pytania bez odpowiedzi przeleciały mu przez głowę.
Poczuł pokusę, żeby nie odbierać połączenia. Jednak takie schowanie
głowy w piasek byłoby skuteczne przez chwilę. Potem i tak trzeba by
oddzwonić do Katarczyka albo liczyć się z tym, że on sam ponownie
zadzwoni za godzinę czy dwie. Tym bardziej że dotąd ich kontakty były
bardzo dobre, a zaczęły się, gdy Aleks pierwszy raz wystąpił o katarską
wizę. Dostał dyplomatyczną na cztery lata. Potem spotykali się kilka
razy na lunchach i przyjęciach w innych placówkach. "Nie, muszę stawić
czoło tej delikatnej sytuacji", postanowił, wciskając zieloną słuchawkę
na iPhonie. "Niech się dzieje, co chce", przeleciał mu przez myśl
fragment starej piosenki Krzysztofa Krawczyka.
-?Witaj, Aleks. -?Ton rozmówcy był zaskakująco przyjazny, wbrew obawom
Niwińskiego. -?Nie za wcześnie dzwonię?
-?Witaj, Salim. Miło mi, że dzwonisz, a pora jest jak najwłaściwsza. W czym mogę ci pomóc?
-?Zobaczyłem w internecie informację, że wczoraj wieczorem w Dosze
doszło do jakiejś dziwnej sytuacji i kilku mężczyzn goniło innego na
jednej z głównych ulic naszej stolicy -?zaczął dyplomata. W miarę jak
mówił, Aleks czuł rosnące tętno. -?Nawet jakiś kierowca zamieścił na
Instagramie zdjęcie tej sytuacji. Jest poruszone i niewyraźne, ale jeden
z mężczyzn jest trochę podobny do ciebie. Wybacz mi to, co mówię, na
pewno to przypadkowe podobieństwo. Czy byłeś może wczoraj w Katarze?
-?Faktycznie, byłem -?przyznał ostrożnie Niwiński.
-?Ooo, ale przypadek, choć z pewnością to nie byłeś ty. W końcu z jakiego powodu miałbyś biegać po ulicach pomiędzy samochodami?
Aleks czuł się coraz bardziej zakłopotany. Nie wiedział, czy to rodzaj
prowokacji i powinien potwierdzić, że to jednak był on. Czy może wbrew
wszystkiemu, przeciwnie, należało zaprzeczać zgodnie z zasadą: jak
złapią cię za rękę -?mów, że to nie twoja. Spodziewał się pretensji z powodu ucieczki przed funkcjonariuszami Qatar State Security, a nie
dziwnej informacji o kimś podobnym sfotografowanym na ulicy. Zakładał,
że Salim dzwoni w związku z instrukcją otrzymaną od służb z Dohy.
Cieszył się, że władze Qatar State Security obniżyły rangę dyplomaty
wyjaśniającego sprawę, a nie kazały ambasadorowi w Rijadzie oficjalną
drogą zwrócić się o wyjaśnienia do szefa polskiej placówki lub od razu
interweniować w Warszawie. Postanowił wziąć byka za rogi.
-?Salim, powiedz, proszę, czy dzwonisz tylko z powodu tego zdjęcia? Czy
jest jeszcze jakiś inny powód?
-?Aleks, wybacz, rozumiem, że mogłeś poczuć się dotknięty moim
stwierdzeniem, iż tamten mężczyzna ciebie przypominał. Głupio zrobiłem.
Przepraszam za ten telefon.
-?Czyli zadzwoniłeś wyłącznie w związku ze zdjęciem na Instagramie? -
dalej naciskał Niwiński, chcąc w pełni zweryfikować, co się faktycznie
dzieje.
-?Tak. Nie mam do ciebie nic innego. Chociaż nie... W ramach przeprosin za
moje bezpodstawne podejrzenia chciałbym zaprosić cię na lunch w dogodnym
dla ciebie terminie. Co ty na to?
-?Salim, z przyjemnością się z tobą spotkam. -?Niwiński miał w głowie
kłębowisko myśli. "Czyżby Katarczyk chciał podczas lunchu porozmawiać o wczorajszej sytuacji w Dosze?", pomyślał. Zdecydował, by odsunąć
spotkanie w czasie, skoro tamten nie naciskał. -?A teraz, jeśli nie masz
nic ważnego... -?zawiesił głos, ale w słuchawce panowała cisza -?...to
wolałbym zakończyć naszą rozmowę, bo zaraz mam spotkanie. Może w przyszłym tygodniu zastanowimy się nad lunchem.
-?Oczywiście, rozumiem, że jesteś zajęty -?powiedział dyplomata z Kataru. -?Zadzwonię w przyszłym tygodniu, może znajdziesz czas na
spotkanie. Dobrego dnia. Insz Allah.
Aleks odłożył smartfona i zapatrzył się w okno. Nic nie rozumiał z tej
rozmowy. A może nie chciał uwierzyć, że nie pojawiły się nieprzyjemne
konsekwencje. Odpowiedzi Salima na powtarzane przez Niwińskiego
zasadnicze pytanie raczej sugerowały, że Katarczyk nie zadzwonił w związku z wpadką w Dosze i nie miał żadnego polecenia swoich władz w tej
sprawie. Co to oznaczało? Że służby Qatar State Security odpuściły
wyjaśnianie podjęcia przez oficera polskiego wywiadu materiału ze
skrytki? Ale skoro zatrzymali go na miejscu, to czy jeszcze wczoraj
mieli inne stanowisko? Przecież jego ucieczka nie mogła wpłynąć na ocenę
zdarzenia przez Katarczyków.
Nagle przyszło mu do głowy, że skoro QSS nie użyło ścieżki kontaktu
przez placówkę swojego kraju w Rijadzie, to zapewne skontaktuje się z AW
lub nawet z polskim MSZ poprzez ambasadę w Warszawie. Czyli na razie nie
miał się z czego cieszyć. Problemy nadal były aktualne i realne.
Najbardziej się obawiał, że Katarczycy zastosują oficjalną drogę przez
MSZ, co nada sprawie niepotrzebny rozgłos, a jemu przysporzy kłopotów i złośliwości ze strony pracowników resortu. Wolałby uniknąć zarówno w centrali, jak i w Alei Szucha plotek, że jest nieudacznikiem i doprowadza do niepotrzebnych zadrażnień w stosunkach z zaprzyjaźnionymi
partnerami. A biorąc pod uwagę ważną rolę, jaką władze Kataru odgrywają
jako rozjemca w kluczowych konfliktach bliskowschodnich, Warszawa stara
się zachować z nimi doskonałe relacje. Najbliższe dni wyjaśnią zapewne
stanowisko władz Kataru. Przez moment zastanowił się nad poinformowaniem
centrali przy Miłobędzkiej o pozytywnym kontakcie z placówką katarską. A przynajmniej o braku niekorzystnych kroków ze strony Dohy. Natychmiast
jednak uznał, że odruchowo szuka czegoś, co poprawiłoby jego obraz w oczach przełożonych w centrali. "A jeśli jednak Katarczycy podejmą
działania w Warszawie, to taka depesza narazi mnie na ośmieszenie w AW.
Kurczę, i tak źle, i tak niedobrze", pomyślał bezradnie.
Sięgnął po kubek z kawą. Była już zimna, do czego mocno przyczyniła się
klimatyzacja skutecznie obniżająca temperaturę w gabinecie Aleksa. Przez
chwilę poczuł ochotę zamówienia u Ramiego kolejnej kawy, jednak
zrezygnował i wypił zimną. Miał dużo spraw, którymi musiał się zająć, a nie raczyć się napojami. Wybrał numer szefa stacji CIA w Rijadzie.
TEHERAN
Budynek rządowy w centrum stolicy Iranu niczym specjalnym się nie
wyróżniał. Miał dwa piętra pomieszczeń biurowych, a w oknach uważny
obserwator mógłby czasami dostrzec sylwetki pracowników. O jego
oficjalnym charakterze świadczył wojskowy posterunek przy wejściu oraz
wartownicy patrolujący zaplecze. Zgodnie z niczym niewyróżniającą się
tablicą w budynku mieściło się Biuro Współpracy Technologicznej
Prezydenta Iranu (TCO). Tylko dobrze poinformowani wiedzieli, że ta
komórka prezydenckiej administracji zajmuje się pozyskiwaniem
nowoczesnych technologii, szczególnie w dziedzinach bardzo istotnych dla
rozwoju kraju. Osoby znające tajemnice Iranu miały świadomość, że tak
naprawdę TCO jest całkowicie podporządkowane wywiadowi, a osoby tam
pracujące to funkcjonariusze tej służby.
Srebrny Mercedes polskiej ambasady z dyplomatycznymi blachami właśnie
zatrzymał się przed wejściem. Zazwyczaj samochody szefów zagranicznych
placówek w Teheranie były albo srebrne, albo białe. Czarny był jedynie
reprezentacyjny pojazd brytyjskiego ambasadora, tradycyjnie marki
Bentley. Pojawienie się Mercedesa wywołało żywą reakcję ochrony, co
sugerowało rangę obiektu i dobrze świadczyło o poziomie wyszkolenia w tej konkretnej jednostce, której żołnierze nosili na mundurach godło
Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej. Z samochodu wysiadło dwóch
mężczyzn w ciemnych garniturach, stosownych koszulach i krawatach i skierowało się do wejścia. Dowódca żołnierzy upewnił się, czy przybyli
są oczekiwanymi gośćmi, i dał znak jednemu z podwładnych, żeby wpuścił
gości do budynku.
Ambasador Rzeczypospolitej Polskiej Jacek Teodorczyk w towarzystwie
radcy Pawła Abratowskiego wszedł do rozległego holu. Dla szefa placówki
była to jedna z ostatnich wizyt kurtuazyjnych w instytucjach irańskiej
administracji przed powrotem do kraju. Z Abratowskim byli umówieni, że
ambasador postara się, aby podczas spotkania zainteresować gospodarza
dalszym kontaktem właśnie z radcą. Teodorczyk zakładał, że jego
następca, który przyleci do Teheranu za kilka tygodni, naturalną koleją
rzeczy będzie dążył do przejęcia znajomości z dyrektorem TCO. To było
naturalne, szczególnie w specyficznych irańskich realiach.
Podczas swojej dyplomatycznej kariery ambasador przekonał się, że
nieformalna współpraca z oficerami wywiadu zazwyczaj bywa korzystna dla
obu stron, dlaczego więc nie miałby spełnić prośby rezydenta AW. Miał
świadomość, że wśród szefów placówek dyplomatycznych należał do
mniejszości. Większość ambasadorów nie lubiła ludzi ze służb
specjalnych, choć część spośród nich dobrze traktowała wywiad wojskowy,
a dobre relacje z attaché obrony -?zwłaszcza w randze pułkownika, a jeszcze lepiej generała -?im imponowały. Ta niechęć wynikała z faktu, że
dyplomaci nie mogli kontrolować tego, co tamci robili, i zazwyczaj
obawiali się, że są oni konkurencją w zakresie szybkiego uzyskiwania
ważnych informacji, a przede wszystkim zawsze mogą wychwytywać
nieprawidłowości w działalności placówki lub samego ambasadora i donosić
o nich w kraju. Teodorczyk był przekonany co do korzyści współdziałania
z oficerami z AW. Abratowski, przybyły do Teheranu dwa lata temu, w praktyce potwierdził tę prawidłowość, dodatkowo był otwarty na dyskusje
o ważnych informacjach pozyskiwanych ze źródeł niedostępnych dla
Teodorczyka. Szef placówki starał się zabierać radcę również na
wcześniejsze spotkania w TCO, choć nie zawsze się to udawało.
Do holu szybkim krokiem wszedł dyrektor biura Hassan Gholami. Zbliżył
się do gości z wyciągniętą ręką i uprzejmym uśmiechem na ustach. Sama
sylwetka tego czterdziestokilkuletniego weterana wojny z Irakiem robiła
wrażenie na innych osobach. Mężczyzna był potężnie zbudowany, a imponujące mięśnie i masywna klatka piersiowa stanowiły dodatek do
wzrostu -?ponad metr dziewięćdziesiąt. Niemal każdy jego rozmówca musiał
patrzeć do góry, co powodowało, że czuł się niepewnie. Dzisiaj jednak
Gholami na twarzy miał serdeczny uśmiech, który ocieplał atmosferę.
-?Witam waszą ekscelencję i pana radcę -?powiedział dobrym, płynnym
angielskim. Przywitał się z gośćmi i szerokim ruchem ręki wskazał im
drogę do salonu recepcyjnego, znajdującego się na wprost wejścia do
budynku. Zajęli miejsca w wygodnych eleganckich fotelach, jakie trudno
byłoby napotkać w większości irańskich instytucji. Również komplet
kawowy sprawiał korzystne wrażenie. Gdy sekretarz nalał kawy do
filiżanek i dyskretnie wyszedł, gospodarz zwrócił się do Jacka
Teodorczyka:
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki