Agent z Dubaju - Robert Michniewicz

Reflow text when sidebars are open.
WRZESIEŃ 2022 ROKU
Promienie odbijające się od tafli okien skupiska kolorowych drapaczy chmur raziły w oczy. Choć było już jesienne popołudnie, słońce świeciło tak intensywnie jak w środku lata. Trudno się temu dziwić, w krajach Półwyspu Arabskiego silnie operujące słońce jest czymś zupełnie typowym przez cały rok. Bardziej zaskakiwałoby pochmurne niebo lub opady deszczu.
Aleksander Niwiński, obserwując stolicę Kataru z podchodzącego do lądowania Airbusa A320 Qatar Airways, dostrzegł z podziwem, że panorama miasta znowu się zmieniła. Stolica królestwa była niewielka w porównaniu z Dubajem czy Rijadem, ale biurowce cały czas rosły jak grzyby po deszczu. Ostatnim razem widział Dohę w dziennym świetle prawie rok temu, gdy był tutaj jako członek delegacji na rozmowy z wywiadem katarskim (Qatar State Security, QSS), a od tego czasu pojawiły się kolejne nowe wieżowce. Co prawda był tutaj także miesiąc temu, ale przyleciał wieczorem, odbył spotkanie z przedstawicielami QSS i wracał nocą, nawet nie próbując podziwiać widoków. Bardzo lubił to miasto rozłożone wzdłuż Doha Corniche, nadmorskiej promenady ciągnącej się od nowoczesnej dzielnicy biznesowej Al Dafna na północy do położonych na południu starszych zabudowań. Taki formalny opis lepiej może pasowałby do przewodnika turystycznego, jemu jednak trasa dookoła zatoki w kształcie półksiężyca kojarzyła się przede wszystkim z widokiem z okien hotelu Sheraton, zwracającego uwagę swoim niezwykłym kształtem piramidy. Właśnie w tym miejscu zatrzymał się ponad dziesięć lat temu, będąc pierwszy raz służbowo w Katarze. Przebieg tamtego spotkania był tak dramatyczny, że zapamiętał je na zawsze. "Dobra, było, minęło, to nie czas na wspomnienia", pomyślał, poprawiając pas bezpieczeństwa.
Samolot obniżył lot, zbliżając się do Hamad International Airport. Widok na zatokę zniknął z okienka, pojawiły się niskie zabudowania znajdujące się poniżej toru podejścia do pasa, a Aleks wrócił myślami do swojej misji. Dwa dni temu otrzymał "natychmiastówkę" z centrali z instrukcją udania się do Kataru. Nagły wyjazd miał na celu odebranie materiału pozostawionego przez agenta w skrytce w Dosze. Rozumiał, że Agencja Wywiadu to jego skierowała do Kataru -?zamiast wysyłać oficera z kraju albo z innej bliskowschodniej placówki -?ze względu na to, że był najbliżej miejsca operacji. Centrala zadbała o zachowanie w tajemnicy informacji na temat agenta, dlatego nie wiedział, kim on jest ani czy mieszka w Katarze, czy też będzie tam jedynie przejazdem. Zakładał to drugie, gdyż w przeciwnym razie on sam nie musiałby pojawić się w Dosze akurat tego dnia, ale mógłby polecieć tam choćby nazajutrz. Sytuacja była o tyle ciekawa, że gdy obsługiwał wcześniej spotkania operacyjne, zazwyczaj dysponował rozeznaniem, z kim ma akurat do czynienia. Takie detale ciekawiły go, ponieważ wolał wiedzieć, z jakim zagrożeniem wiąże się zadanie. Ponieważ jednak podjęcie materiału nie obejmowało osobistego kontaktu z tajemniczym współpracownikiem, jego tożsamość była tak naprawdę sprawą drugorzędną.
Instrukcja nakazywała, aby Aleks pojawił się w centrum handlowym Lagoona Mall i zabrał ze schowka przesyłkę, a następnie przewiózł ją do Rijadu. Detale scenariusza były pewną niespodzianką: rygorystycznie wymagano, aby przybył na miejsce nie wcześniej niż o dziewiętnastej. Nie wiedział dlaczego, ale przypuszczał, że to w przybliżeniu pora wizyty agenta w centrum handlowym. W depeszy zapowiedziano, że około dziewiętnastej na koncie na Instagramie znajdzie post z numerem skrytki i kodem do jej otwarcia. Centrala oczekiwała od Aleksa jeszcze jednego: żeby zadbał o odpowiedni kamuflaż. Przyjął, że po niedawnych wydarzeniach w Rijadzie, nagłośnionych przez CNN i TVN, a po nich przez liczne światowe stacje telewizyjne, jego osoba mogła stać się "popularna", więc chodziło o uniknięcie rozpoznania podczas realizacji zadania.
Polecenie wyjazdu było kompletnym zaskoczeniem, ponieważ miał wcześniej umówione ważne spotkanie w Rijadzie, o czym doskonale wiedziało kierownictwo w Warszawie. Żałował, że musiał zrezygnować z zaplanowanej na ten wieczór służbowej kolacji z zastępcą szefa saudyjskiego wywiadu. Generał porucznik Mohammed bin Amer Al-Harbi, wicedyrektor General Intelligence Presidency (GIP), zaprosił Niwińskiego wspólnie z szefem stacji CIA Stephenem Jonesem na roboczą kolację. Zapowiadała się tym ciekawiej, że miał w niej wziąć udział także zastępca szefa Mabahith, czyli tajnej policji bezpieczeństwa, będącej częścią Presidency of State Security (PSS), a zajmującej się bezpieczeństwem wewnętrznym i kontrwywiadem, generał porucznik Abdullah al-Qarni. Spotkanie byłoby potwierdzeniem wdzięczności saudyjskich służb dla Aleksa i Jonesa, a ponadto dawało możliwość dotarcia do aktualnej wiedzy o sytuacji w regionie. Niestety, musiał obejść się smakiem. "Może jeszcze kiedyś mnie zaproszą", pomyślał z żartobliwą nadzieją. Był przekonany, że po powrocie otrzyma relację na temat tego, co było omawiane podczas kolacji. Przynajmniej tak obiecał mu Jones, gdy Niwiński powiadomił go, że nie spotkają się u wiceszefa GIP.
Zerknął na zegarek, choć zrobił to już kwadrans wcześniej. Dochodziła siedemnasta, czyli miał ponad dwie godziny do wskazanego przez Warszawę terminu. Nadal odczuwał przyjemność, patrząc na swoją złotą Omegę Speedmaster Moonwatch. Od zawsze miał skłonność do markowych gadżetów, ale nigdy się nie spodziewał, że kiedykolwiek stanie się właścicielem tak kosztownego przedmiotu. Był to prezent od kierownictwa saudyjskiego wywiadu, GIP, wyraz wdzięczności za jego rolę w wykryciu spisku rosyjskiego i irańskiego wywiadu, a także za rozpracowanie knowań księcia Ahmada bin Sauda. Uroczyste wręczenie takiego prezentu w siedzibie GIP samo w sobie zrobiło wrażenie, ale gdy w salonie Omegi w Al Faisalyah Center w Rijadzie z ciekawości zapytał o rynkową cenę zegarka, przeżył chwilę zaskoczenia. Okazało się, że ten model należy do serii limitowanej, co konkretnie oznaczało, iż oto niejako nosi na ręku... średniej klasy nowy samochód.
Aleks poczuł, że podwozie samolotu uderzyło o płytę lotniska. Airbus zjechał z pasa i powoli zbliżał się do budynku nowego portu lotniczego. Kiedy zatrzymał się przy rękawie i silniki zostały wyłączone, Niwiński rozpiął pasy i wstał z fotela. Z poprzednich lotów samolotami Qatar Airways na trasach bliskowschodnich pamiętał, że załoga najpierw umożliwia wyjście siedzącym z przodu maszyny Europejczykom i obywatelom państw Zatoki Perskiej. Natomiast stanowiący większość pasażerów obywatele krajów Azji Południowo-Wschodniej, zajmujący miejsca w dalszej części kabiny, muszą czekać na wyjście osób siedzących z przodu Airbusa. Poszedł korytarzem stanowiącym przedłużenie wyjścia i wpadł w falę pasażerów poruszających się szerokim głównym holem. To rozwiązanie nie udało się projektantom nowego budynku Hamad International Airport -?w dotychczasowym poruszanie się po terminalu było znacznie dogodniejsze.
Aleks nie miał bagażu do odbioru, więc po kilkunastu minutach dotarł do wyjścia z budynku lotniska. Dostrzegł zaciekawione spojrzenia funkcjonariuszy służb celnych, skierowane na pasażera opuszczającego strefę przylotów z pustymi rękami. Pomyślał, że ich zdziwienie przerodzi się w chęć sprawdzenia, dlaczego ktoś przyleciał bez bagażu, dlatego przygotował swój paszport dyplomatyczny. Widocznie jednak nie wydał się wystarczająco podejrzany albo Katarczycy byli już rozleniwieni po całym dniu pracy, bo nie podjęto wobec niego żadnych czynności. Korzystając ze wskazówek wyświetlanych na tablicach w korytarzu, udał się na stację metra. Zrezygnował z taksówki, gdyż miał dużo czasu, a poza tym zgodnie ze starą zasadą operacyjną chciał się zapoznać z kursowaniem podziemnych pociągów. Przy zejściu do metra skorzystał z automatu biletowego i kupił kartę na cały dzień. Nie miał pewności, jak ułożą mu się sprawy, ale zakładał, że wieczorny powrót na lotnisko Hamad odbędzie również metrem. Wcześniej przestudiował schemat miejskiej kolejki i wiedział, że będzie się poruszał głównie czerwoną linią, umożliwiającą dotarcie z lotniska do dwóch ważnych dla niego miejsc. Pociąg nadjechał po dwóch minutach i Niwiński spokojnie zajął miejsce w wagoniku. Miał przed sobą dwudziestominutową podróż do stacji DECC.
Nie byłby sobą, gdyby nie obserwował otoczenia, zarówno wcześniej, idąc przez lotnisko, jak i obecnie, podczas jazdy. Nie dostrzegł nic niepokojącego i zadowolony wysiadł na zaplanowanej stacji. Kiedy wyszedł na ulicę, przekonał się, że pomimo zbliżającej się godziny osiemnastej i zachodzącego słońca, światło nadal było ostre, a temperatura oscylowała wokół trzydziestu kilku stopni. W sumie warunki nie różniły się od pogody w Rijadzie, a on, przebywając na Półwyspie Arabskim od kilku miesięcy, był już przyzwyczajony do nawet dużo wyższych temperatur. Ruszył wzdłuż kilkupasmowej Omar Al Mukhtar Street. Niedaleko przed sobą widział dwa wieżowce, a na jednym z nich dostrzegł oznaczenia sieci Marriott. Kiedy po jakimś czasie mijał te budynki, zanurzył się w ich przyjemnym cieniu. Skręcił w Conferences Center Street i zauważył szerokie wejście do City Center Doha.
Wewnątrz wielkiego centrum handlowego panował przyjemny chłód. Jak typowy przechodzień minął kilka witryn sklepowych, zatrzymując się przed kolejnymi salonami z męską odzieżą. Na skrzyżowaniu korytarzy zobaczył tablicę z planem centrum. Bez problemu znalazł oznaczenie skrytek bagażowych zlokalizowanych na poziomie minus jeden. Zrobił kolejną rundę po sklepach i w końcu zjechał ruchomymi schodami na interesujący go poziom budynku. Minął rejon skrytek, pozorując zainteresowanie sklepami znajdującymi się w pobliżu. Po chwili zawrócił i spokojnie podszedł do szafki z numerem trzydzieści sześć. Wczoraj otrzymał kod od pułkownika Rolińskiego, więc otwarcie skrytki nie stanowiło problemu. Ze środka wyjął paczkę, którą sam zapakował dwa dni wcześniej w Rijadzie. Na pomysł przebrania się w galabiję wpadł po otrzymaniu depeszy z poleceniem wyjazdu do Kataru. Realizacja tego zamiaru byłaby utrudniona, gdyby nie to, że dzień później do Dohy leciał służbowo nowy attaché wojskowy ambasady pułkownik Waldemar Roliński. Bez zbędnych pytań zgodził się zabrać pakunek i umieścić go w skrytce w City Center.
Niwiński zerknął na oznaczenia umieszczone na ścianach i zadowolony poszedł do pobliskiej męskiej łazienki. Wybrał ostatnią kabinę, choć nie miało to większego znaczenia, bo całe pomieszczenie był zupełnie puste. Rozebrał się i starannie poskładał ubranie. Położył je na zamkniętej klapie sedesu i na nim rozpakował paczkę. Aleks na początku swojego pobytu w Rijadzie dał się namówić Cezaremu Milewskiemu i kupił na suku kompletny arabski strój. Ponieważ typowa galabija nie miała kieszeni, założył na gołe ciało pasek z kieszonkami, pozwalającymi schować paszport, kilka banknotów i smartfona. Przy odpowiednio dużym rozmiarze szaty te przedmioty byłyby niedostrzegalne dla potencjalnych obserwatorów. Teraz wyjął białą galabiję i sprawdził, czy nie pogniotła się za bardzo. Zadowolony z jej stanu, założył ją i sięgnął po gahfiję na włosy i białą kefiję. Okrył nią głowę, a na górę założył agal - czarną opaskę z grubego sznura, przytrzymującą kefiję. Na stopach miał sandały, więc nie musiał ich zmieniać. Zapakował ubranie do paczki i wyszedł z kabiny. Przed lustrem upewnił się, że wszystko jest na swoim miejscu.
Po chwili znalazł się przy skrytce, w której schował pakunek. W arabskim stroju poczuł się pewnie. W ten sposób zrealizował polecenie Warszawy, aby zastosować kamuflaż. Pełny lokalny ubiór był najbardziej naturalnym przebraniem, a jednocześnie w znacznym stopniu ukrywał jego twarz. Oczywiście nie był w stanie zmienić barwy skóry, ale kilka miesięcy spędzonych w Arabii Saudyjskiej spowodowało, że opaleniznę od biedy można było wziąć za ciemną skórę. Od dwóch dni nie golił się, co dodatkowo upodabniało go do Araba. Miał ze sobą okulary przeciwsłoneczne, które też trochę powinny pomóc we wtopieniu się w tłum podczas poruszania się ulicami.
Po zmianie wyglądu upewnił się, że ma jeszcze spory zapas czasu, i usiadł w kawiarni. Wypił duże cappuccino i poczuł się gotowy do realizacji zadania. Traktował je jak najbardziej poważnie, bo w pracy wywiadowczej każdy drobiazg, nawet na przyjaznym terenie, mógł stanowić o życiu oficera i fiasku operacji. Jednak mając na względzie charakter otrzymanego zadania, czuł się spokojny: miał otworzyć skrytkę, zabrać przesyłkę, ponownie przebrać się, tym razem w swoje zwykłe ubranie, i dostarczyć materiał do Rijadu. "Banalne", ocenił zaraz po przeczytaniu depeszy i dalej tak myślał. Co innego, gdyby musiał dokonać BPM, czyli błyskawicznego przekazania materiałów z udziałem nieznanej osoby i w nowym miejscu -?to byłaby wymagająca sytuacja. Zgranie w czasie wszystkich czynności nie byłoby łatwe, tym bardziej gdyby partnerem był nieznany agent, a nie doświadczony oficer. Ale tym razem robota była spoko.
Zerknął na zegarek. Zbliżało się wpół do siódmej. Dopił kawę i ruszył w kierunku wyjścia. Po kilku minutach dotarł do stacji metra i korzystając z posiadanego biletu, przeszedł na peron. Tym razem metro nadjechało po trzech minutach. Było podobnie puste jak poprzednio. Po przejechaniu dwóch stacji wysiadł na kolejnej o nazwie Legtaifiya. Kiedy wyszedł na ulicę, miał do wyboru pójście jedną z dwóch równoległych ulic. Wybrał dłuższą o nazwie Street 51, która miała tę zaletę, że ruch samochodowy odbywał się w przeciwnym kierunku, niż szedł Niwiński. Miał świadomość, że zdecydowana większość mieszkańców, nie mówiąc o ludziach z krajów europejskich, porusza się głównie samochodami. On, idąc, mógł rozejrzeć się po okolicy i upewnić się, że nie ma towarzystwa. Ponieważ dopiero przyleciał do Dohy, obserwacja była mało realna, ale starał się zawsze postępować zgodnie z zasadami operacyjnymi. Pięć minut przed dziewiętnastą wszedł do kolejnego tego dnia centrum handlowego o nazwie Lagoona Mall.
W stolicy Arabii Saudyjskiej słońce zaszło już prawie dwie godziny temu, ale temperatura nadal utrzymywała się powyżej trzydziestu stopni. Najbliższe tygodnie zapowiadały przyjemniejsze warunki atmosferyczne do życia, szczególnie dla Europejczyków.
Opancerzony czarny Cadillac Escalade z tablicami rejestracyjnymi ambasady amerykańskiej wyjechał z bramy Dzielnicy Dyplomatycznej, mijając ostatnie posterunki. Ciężki pojazd skierował się na estakadę prowadzącą bezpośrednio na autostradę 535, po czym jednym z pięciu pasów ruchu popędził w kierunku północnym.
Stephen Jones rozsiadł się wygodnie na skórzanym siedzeniu. Czekała go prawie czterdziestominutowa jazda do jednej z rezydencji, wykorzystywanej przez saudyjski wywiad do specjalnych spotkań z przedstawicielami służb partnerskich. Szczęśliwie udało mu się tak zorganizować swój dzień pracy, że przed wyjazdem zdążył wziąć prysznic i ubrać się w wieczorowy garnitur. Z członkami kierownictwa GIP widywał się w miarę często, jednak zaproszenie na kolację wymagało zastosowania się do niepisanych wymagań. Był ciekaw zbliżającej się rozmowy, szczególnie z generałem porucznikiem Abdullahem al-Qarni. Miał przerwę w kontaktach z wiceszefem Mabahith, a problematyka wewnętrznego bezpieczeństwa Królestwa Arabii Saudyjskiej, które nadzorował generał, wymagała większego zaangażowania Jonesa. Żałował, że Aleks Niwiński w ostatniej chwili odwołał swój udział w kolacji. Wiedział, że dla polskiego oficera spotkanie z wicedyrektorem wywiadu i jego odpowiednikiem z saudyjskiego kontrwywiadu miałoby dużą wartość, także dla utrwalenia roboczych kontaktów z kierownictwem obu głównych służb. I nie byłyby to wszystkie korzyści płynące z osobistego uczestnictwa w takiej kolacji. Rozumiał jednak, że polski wywiad miał skromną kadrę na Półwyspie Arabskim, dlatego Niwiński musiał realizować wiele obowiązków, które w realiach CIA przypadały lokalnym stacjom w poszczególnych krajach.
Jones wiedział, że ma dług wdzięczności wobec Polaka. Gdyby Aleks nie przyszedł do niego ze swoimi podejrzeniami i nie zaproponował sposobu dotarcia do prawdy, to sprawę kluczową dla jego pracy w Rijadzie może poznałby kiedyś z informacji centrali albo w ogóle nie ujrzałaby ona światła dziennego. Cenił Aleksa za jego wywiadowczy instynkt i upór w dążeniu do celu. Wrócił myślami do kwestii skromnych zasobów kadrowych Agencji Wywiadu i ocenił, że gdyby pracował w podobnych realiach, to nie zrobiłby połowy tego, co Niwiński. Oczywiście miał instrukcje z Langley, by pomagać Polakom, ale po zakończeniu operacji skompromitowania spisku Rosjan i Irańczyków i ujawnieniu faktu, że za atakami terrorystycznymi w saudyjskiej stolicy na członków rodziny królewskiej Al-Saud stoją oba te wywiady, postanowił jeszcze mocniej wspierać przedstawiciela polskiej agencji. Nie wspominając o tym, że dzięki Aleksowi sam został obwołany w Waszyngtonie cudotwórcą, który doprowadził do przełomu w stosunkach dyplomatycznych z Saudyjczykami.
-?Będziemy o czasie? -?upewnił się, obserwując gęstniejący ruch na autostradzie.
-?Jeśli nie staniemy w korku, to dowiozę szefa na czas. -?Peter prowadzący Cadillaca zazwyczaj wiedział, co mówi, i Stephen polegał na nim.
-?Fuck, co to jest? -?dobiegło Stephena z przedniego fotela. Zajmował go David Butler, były porucznik piechoty morskiej, przeszkolony w Secret Service w zakresie prowadzenia ochrony osobowej.
-?David, co się stało? -?Jones wpatrywał się w zagłówek przedniego siedzenia, czekając na reakcję swojego ochroniarza.
-?Tylko proszę się nie śmiać, sir -?rzucił Butler, wyglądając zza fotela. Widząc wyczekiwanie przełożonego, wyjaśnił: -?Od wjazdu na autostradę mam wrażenie, że obok nas leci dron.
-?Dron? A jakim cudem w ciemności mógłbyś dostrzec drona? - Niedowierzanie w głosie szefa CIA w Rijadzie było aż nadto słyszalne.
Twarz porucznika zniknęła za zagłówkiem, bo wrócił do obserwowania otoczenia.
-?Szefie, przy autostradzie stoją lampy na wysokich słupach -?spokojnie wyjaśnił. -?Nie dam sobie ręki uciąć, ale właśnie na tle tych lamp zauważyłem czarne, nieduże urządzenie poruszające się w powietrzu. Za pierwszym razem sądziłem, że mi się zdaje. Za drugim podejrzewałem, że mógł przelatywać jakiś ptak. Ale przed chwilą znowu coś dostrzegłem. To nie jest naturalne i porusza się z prędkością dostosowaną do tempa naszej jazdy.
-?Po prawej czy po lewej? -?Stephen zawsze wychodził z założenia, że wątpliwości należy zweryfikować, a nie wyśmiewać.
-?Po prawej, tak na przedłużeniu środkowego słupka karoserii - doprecyzował Butler.
Jones wbił wzrok we wskazany rejon, ale widział głównie oświetlone okna budynków, neony i wiele innych źródeł światła. Dostrzeżenie ciemnego urządzenia w tych warunkach wydawało mu się niewykonalne. Nie zrezygnował jednak i wypatrywał nadal. W samochodzie zapanowała cisza, zakłócana jedynie cichym szumem toczących się opon i odgłosem ośmiocylindrowego silnika. Po kilkuset metrach David uniósł rękę.
-?Jest, proszę teraz uważnie obserwować kolejne lampy.
Stephen Jones skoncentrował wzrok zgodnie ze wskazówkami podwładnego. Przy pierwszej lampie nie zauważył drona. Kiedy minęli kolejną, coś mu mignęło w polu widzenia. Wiedział już, na jakiej wysokości powinien skupić wzrok, i przy następnej ulicznej lampie aż podskoczył.
Niwiński zatrzymał się przed planem galerii wyświetlonym na dużym ekranie. Odnalezienie tego, czego szukał, nie było skomplikowane i po chwili już wiedział, dokąd ma się udać. Wśród licznych gości Lagoona Mall szedł spokojnym krokiem szerokim korytarzem prowadzącym wzdłuż witryn sklepów zlokalizowanych na parterze. Dookoła widział głównie katarskie rodziny wykorzystujące wieczorną porę na shopping. Były też pojedyncze osoby, choć wśród nich przeważali mężczyźni z krajów zachodnich. Zapewne specjaliści zarabiający w Dosze duże pieniądze na utrzymanie swoich bliskich, mieszkających w Londynie, Frankfurcie czy w Nowym Jorku. Patrząc na nich, poczuł własne podobieństwo wynikające z samotnego życia na obczyźnie. Po prawej stronie zobaczył boczny korytarz prowadzący do toalet, na którego początku znajdowały się skrytki bagażowe. Skręcił w tym kierunku, ostrożnie kontrolując otoczenie. Nic specjalnego nie dostrzegł, nikt nie stał ani nie siedział na kilku ustawionych tam wąskich kanapach. Wszedł do męskiej toalety, zamknął się w kabinie i wyjął iPhone'a. Wszedł na Instagram, szukając konta @Wonders_of_the_World. Otworzył je i przeglądał ostatnie posty. Większość była opatrzona zdjęciami, te opuszczał. Zakładał, że informacja, której szuka, zapewne została zamieszczona w ciągu ostatniego kwadransa, najwyżej pół godziny temu. Jego uwagę zwrócił post sprzed dziesięciu minut. Autor o nicku Jeff zaskakująco nie pasował do innych członków grupy. Zamiast opisywać cuda świata, ograniczył się do wpisu:
Zgadnijcie 37 i 9014?
Aleks nie tracił czasu na rozwiązywanie abstrakcyjnej zagadki. Post pasował idealnie. Pierwsze dwie cyfry przypuszczalnie oznaczały numer skrytki, a następne kod do jej otwarcia. Dla porządku przejrzał jeszcze kolejne wiadomości z ostatnich trzydziestu minut, ale nic odpowiedniego nie znalazł. Zapamiętał podane cyfry. Był gotowy do wykonania zadania.
Kiedy mył ręce, a potem wycierał je papierowym ręcznikiem, do toalety weszło kolejno trzech mężczyzn. Na pierwszy rzut oka wyglądali na Arabów. W ich rysach coś mu się nie zgadzało, ale nie wiedział co konkretnie. Nie sprawiali wrażenia, że są razem. Jeden był w arabskiej szacie, a dwaj pozostali ubrani byli w marynarki. Niwiński w lustrze widział za plecami pomieszczenie z kabinami. Dwóch mężczyzn weszło do kabin, a ten w galabii zatrzymał się przy pisuarze. Aleks uznał, że dosyć tej obserwacji, tym bardziej że nic niepokojącego nie odnotował. Wyszedł na korytarz prowadzący do głównej alei centrum handlowego. Na jednej z kanap czekały dwie kobiety w abajach, a obok nich kręciło się kilkoro dzieci w różnym wieku. Wokół poza nimi nikogo innego nie zauważył, oczywiście pomijając ludzi w oddali przechodzących szerokim traktem z witrynami sklepów. Zdecydował jednak, że na wszelki wypadek jeszcze poczeka.
Zajął miejsce na wolnej kanapie i wygodnie oparty lekko przymknął oczy. Gdyby ktoś go obserwował, to uznałby, że mężczyzna zmęczył się zakupami i postanowił chwilę odpocząć. Trwał w tej pozycji kilka minut, podczas których nic nowego w pobliżu się nie wydarzyło. Powoli wstał i podszedł do rzędu skrytek. Za nim pojawił się jeden z mężczyzn wcześniej korzystających z toalety. Obojętnie skierował się do głównej alei i skręcił w lewo. Aleks wybrał kombinację cyfr na schowku numer 37. Drzwiczki otworzyły się cicho i w środku zobaczył małe pudełeczko. Wyjął je i zamknął skrytkę. Trzymając przesyłkę w dłoni, odruchowo pomyślał: "Zadanie właściwie zakończone. Teraz pozostaje tylko dostać się do Doha City Center i po powrocie do własnej postaci dotrzeć na lotnisko". Był zadowolony, ponieważ odbiór materiału przebiegł zgodnie z jego oczekiwaniami. Minęły go arabskie kobiety z głośno krzyczącymi dziećmi i zniknęły w tłumie klientów. Niwiński spokojnie ruszył za nimi.
W tym momencie w korytarzu pojawił się mężczyzna, którego widział w toalecie. Jego powrót nie byłby niczym nadzwyczajnym, gdyby nie to, że zbliżając się, uważnie patrzył na Aleksa. Za mężczyzną szło dwóch innych. Niwiński poczuł lekki niepokój, typowy dla sytuacji, która zaczyna wyglądać podejrzanie. Jego obawy gwałtownie wzrosły, kiedy z tyłu usłyszał przyspieszone kroki, i zanim zdążył się obejrzeć, nagle został mocno złapany za obie ręce. Zaskoczony szarpnął się i odwrócił głowę. Był trzymany przez dwóch innych mężczyzn, na których wcześniej natknął się w łazience. "Kurwa, wpadłem w zasadzkę!", pomyślał zaskoczony. Poczuł, jak jeden z tych trzech, którzy podeszli od przodu, wyrywa mu z dłoni wyjęte ze skrytki pudełko, Aleks zauważył, że włożył je do kieszeni, jakby zawartość była czymś zupełnie zwykłym. Postanowił zagrać bezczelnego.
-?Puśćcie mnie! -?zażądał po arabsku. -?To pomyłka...
Więcej nie zdążył powiedzieć. Uderzenie w tył głowy było tak mocne, że prawie stracił przytomność, a z bólu nie mógł mówić. Poczuł tylko, że chwycono go mocno pod ramiona i pociągnięto przez Lagoona Mall.
-?Jest! Faktycznie coś tam leci.
-?Nadal nie mamy pewności, co to jest -?ostrożnie zasugerował Butler. - Za pana zgodą, sir. Peter, przyspiesz, ale zdecydowanie.
Cichy pomruk prawie siedmiusetkonnego silnika Escalade zmienił się w wyraźnie głośniejszy warkot wraz ze wzrostem obrotów. Samochód żywo ruszył przed siebie. Zmiana prędkości, mająca być testem, utrudniła i tak niełatwą obserwację po ciemku.
-?Nic nie widzę -?stwierdził Jones.
-?Ja również -?potwierdził David. -?Ale jeżeli to faktycznie dron, to mogliśmy zaskoczyć operatora. No, chyba że to tylko przypadkowa sytuacja.
Przejechali kolejne dwa-trzy kilometry. Bez rezultatu, choć obaj bacznie się rozglądali. Stephen powoli oswoił się z myślą, że zdarzenie nie miało znaczenia. Mimo to dalej uważnie patrzył w prawo.
-?Jest! -?entuzjastycznie zasygnalizował Butler. -?Dogonił nas. Jeśli mam rację, to może to być zagrożenie.
-?Polegam na twojej ocenie. -?Szef stacji CIA doceniał ludzi mających wyjątkowe zdolności albo doskonale przeszkolonych. -?Co robimy?
-?Jak daleko do zjazdu z autostrady? -?Pytanie skierowane było do kierowcy.
-?Pięć kilometrów.
-?Odbij na skrajny lewy pas -?polecił David. -?I przyspiesz jeszcze bardziej. Może dogonimy jakąś ciężarówkę, wtedy schowamy się za nią.
-?Skoro nie pojawimy się z przodu ani z tyłu, to i tak będzie wiadomo, gdzie jesteśmy -?powiedział Jones.
-?Zgoda, ale jeśli dron ma jakieś uzbrojenie, to nie będzie mógł go skutecznie użyć.
Faktycznie, po chwili Cadillac dogonił pojazd z dużą naczepą. Zrównali się z ciężarówką i tak dojechali do zjazdu z autostrady. Przed skrętem Peter przyspieszył i gwałtownym manewrem wjechał w zjazd. Po chwili dotarli do przecznicy i skręcili w prawo. Poruszali się lokalną drogą, przy której stały pojedyncze budynki. Ruch samochodowy był bardzo umiarkowany, a lampy uliczne były ustawione znacznie rzadziej.
-?No, tutaj to już nic nie zobaczymy -?orzekł Stephen.
Odpowiedziało mu milczenie. W ciszy dojechali do kolejnego skrętu, tym razem w lewo. Droga, którą się poruszali, prowadziła przez otwartą przestrzeń. Brak było zabudowy, świateł, a dookoła panowała całkowita ciemność. Jones zauważył, że Butler wyciągnął spod fotela pistolet maszynowy.
-?Do celu pięć kilometrów -?poinformował Peter. Spojrzał czujnie w tylne lusterko, w którym odbijały się światła jakiegoś pojazdu. -?Uwaga, ktoś nas wyprzedza.
-?Ciekawe. -?Stephen Jones był już w tym rejonie i wiedział, że droga kończy się przy rezydencji saudyjskiego wywiadu, a wcześniej nic innego nie ma.
Obok nich, rycząc silnikiem, pojawiła się wyprzedzająca ich półciężarówka. Gdy zjechała przed nich, zaczęła gwałtownie hamować.
-?Uwaga, kolejny wyprzedzający! -?ostrzegł kierowca.
Faktycznie z boku Escalade zabłysły światła następnego pojazdu, który miał zamiar ich wyprzedzić.
-?Szefie, na podłogę! -?krzyknął Butler. Zaskoczony Jones niezdarnie rzucił się pomiędzy przednie a tylne fotele. Lekko uniósł głowę i zdążył zauważyć, jak półciężarówka najpierw skręca w lewo, a potem staje w poprzek jezdni. Zasłaniające pakę poły plandeki gwałtownie się uniosły i Stephen dostrzegł siedzących w środku dwóch ludzi, którzy trzymali w rękach pistolety maszynowe. Jednocześnie w lewy bok Cadillaca uderzył wyprzedzający ich samochód.
Z kolejnych wydarzeń zapamiętał jak przez mgłę, że wraz z eskortą szybko dotarli do wejścia do windy. Przynajmniej tak mu się wydawało, gdyż po otrzymanym uderzeniu miał problemy z ostrością widzenia. Dostrzegał ludzkie sylwetki odwracające się w jego stronę. Wydawało mu się, że osoby czekające na windę zostały odepchnięte, a gdy zaczęły protestować, głównie w języku angielskim, jeden z prowadzących go krzyknął władczo:
-?Qatar State Security! -?i powtórzył, zwracając się w drugą stronę: - Qatar State Security! Zrobić przejście!
Grupa z Niwińskim weszła do windy. W trakcie krótkiej jazdy zdążył tylko uświadomić sobie klarowny fakt, że zatrzymała go miejscowa służba bezpieczeństwa. Gdy drzwi się otworzyły, Aleks -?nadal widząc niewyraźnie i cierpiąc z powodu silnego bólu głowy -?po charakterystycznych odgłosach i zapachu rozpoznał, że prawdopodobnie zjechali do podziemnego garażu. Pociągnięto go dalej, a po chwili wrzucono do dużego samochodu, jak mu się zdawało, podobnego do vana. Pojazd ruszył. Bardziej czuł, niż widział, że auto pokonało kilka zakrętów, wyjechało pod górę i zaraz przyspieszyło na prostej.
Powoli wracała mu świadomość. Zrozumiał, że leży na podłodze samochodu. Poruszył lekko dłońmi, spodziewając się, że poczuje kajdanki, ale ku jego zaskoczeniu nie założono mu ich. Obok na rozkładanym siedzeniu widział dwóch mężczyzn. Wzrok na tyle mu się wyostrzył, że przez tylną szybę pojazdu dostrzegał migające lampy uliczne i znikające oświetlone sylwetki budynków. Zakładał, że jazda potrwa krótko, w końcu siedziba służb katarskich znajdowała się w samym centrum stolicy. Kilkakrotnie był w tym imponującym wieżowcu na służbowych spotkaniach. Za każdym razem siedziba Qatar State Security robiła na nim wrażenie, tym bardziej że nie znał innych służb bezpieczeństwa ulokowanych w podobnie wyeksponowanym drapaczu chmur. Siedziby zdecydowanej większości służb partnerskich w regionie znajdowały się na uboczu, w budynkach otoczonych ogrodzeniami i pilnowanych przez żołnierzy.
Nie miał jednak czasu na dalsze rozmyślania, znalazł się przecież w bardzo trudnej sytuacji. "Ale będzie wstyd", pomyślał z żalem, że jego proste zadanie zakończyło się zatrzymaniem przez funkcjonariuszy zaprzyjaźnionej służby. Głupio mu będzie się tłumaczyć, a sam jeszcze nie wiedział, co powinien powiedzieć. Nie mógł się pozbyć natrętnej myśli, że doszło do kompromitacji, która pozbawi go możliwości dalszej współpracy ze służbami emiratu. Dotarło do niego, że jadą już dosyć długo, więc raczej ich celem nie była główna siedziba Qatar State Security. Kątem oka widział, że strażnicy obojętnie zerkają przez przyciemnioną szybę w bocznych drzwiach. Sporadycznie rzucali okiem na niego. Postanowił nadal sprawiać wrażenie nieprzytomnego, a jednocześnie starał się ostrożnie poruszać rękami i nogami, żeby odzyskać w nich sprawność. "Przynajmniej będę szedł samodzielnie i wyprostowany na spotkanie z nieuchronną rzeczywistością", zdecydował ponuro. Starał się jakoś przygotować do przesłuchania. Najlepiej byłoby, gdyby jako posiadacz paszportu dyplomatycznego odmówił składania zeznań.
Gwałtowne hamowanie pojazdu rzuciło go na przednią ściankę kabiny. Rozległ się odgłos, jakby samochód w coś uderzył. Po chwili z zewnątrz doszły go jakieś pokrzykiwania.
W przednią szybę samochodu ambasady USA uderzyły pierwsze kule. Również z boku -?po zderzeniu z nieznanym pojazdem -?pojawiły się ogniki strzałów i pociski zaczęły stukać w pancerne okna.
-?Jedź! -?krzyknął David, który trzymał już w dłoniach pistolet maszynowy.
Peter wcisnął gaz i jednocześnie mocno skręcił w lewo. Escalade uderzyło w jadący obok mniejszy samochód i masa Cadillaca poparta mocą silnika odepchnęła tamten pojazd. Było jednak za mało miejsca, żeby uniknąć zderzenia ze stojącą na drodze półciężarówką, i trzy tony opancerzonej stali wbiło się w nią. Odrzuceni do tyłu obaj zamachowcy przestali strzelać. Jones miał nadzieję, że odnieśli obrażenia po tym potężnym uderzeniu.
Kierowca Escalade błyskawicznie cofnął samochód i ruszył z ryczącym silnikiem. Szybkim manewrem, jadąc po poboczu, ominął stojącą półciężarówkę i ponownie mocno uderzył w drugi pojazd, który w międzyczasie zbliżył się do nich. Tym razem manewr Petera spowodował, że tamto auto zjechało zupełnie na bok, a Cadillac pognał szosą do przodu.
Stephen Jones uniósł się na fotel i popatrzył do tyłu. W ciemności widział jedynie światła obu pojazdów z napastnikami. Nie poruszały się, więc pościg im nie groził. Odetchnął z ulgą.
-?Ktoś jest ranny? -?zapytał swoich towarzyszy. Uspokoił się, gdy obaj zaprzeczyli.
Mężczyźni siedzący w kabinie najpierw zerknęli na Aleksa, ale on nadal się nie ruszał, po czym jeden z nich uchylił boczne drzwi i energicznie włączył się do ulicznej awantury. W końcu wysiadł, a drugi był wyraźnie skoncentrowany na tym, co działo się na zewnątrz. Niwiński, widząc to, w ułamku sekundy uznał, że to jego szansa. Zawsze lepiej być aktywnym i nie poddawać się złemu losowi. I postępować zgodnie ze starą zasadą szpiegów: jak cię złapią za rękę, to mów, że to nie twoja ręka. Jeśli uda mu się wyrwać z vana, to nie trafi jak przestępca na przesłuchanie. Szybkim ruchem podparł się na rękach i poderwał ciało do pionu. Przez ułamek sekundy poczuł taki zawrót w głowie, że zdawało mu się, iż upadnie. Jego strażnik prawdopodobnie wyczuł ruch za sobą, ale zdążył tylko odwrócić głowę, kiedy w skroń trafiło go uderzenie zadane całą siłą. Głowa odskoczyła mu w bok, a wtedy Aleks trafił go w lewą stronę tułowia, a następnie jeszcze mocno w kark. Nie wiedział, który cios był najskuteczniejszy, choć stawiał, że ten w skroń lub w rejon lewej nerki, a może śledziony. Mężczyzna spadł z siedzenia i zwijając się z bólu, leżał na podłodze.
Niwiński odruchowo odrzucił ucieczkę otwartymi bocznymi drzwiami, zakładając, że na zewnątrz spotkałby się twarzą w twarz z drugim z pilnujących go ludzi, a może również z innymi przeciwnikami. W dwóch krokach dopadł tylnych drzwi samochodu, mając nadzieję, że nie są zablokowane. Na szczęście nie były i gdy je otworzył, zobaczył przed sobą szeroką ulicę wypełnioną samochodami. Niebo było ciemne, a dookoła widział mnóstwo świateł. Bez wahania rzucił się do przodu. Biegł, początkowo trochę chwiejnie, a z czasem coraz pewniej. Po pechu w Lagoona Mall teraz zdecydowanie dopisało mu szczęście. I nie chodziło tylko o to, że udało mu się uciec z vana.
Nie zastanawiając się, przemykał beztrosko w poprzek kilkupasmowej arterii, którą pędziły pojazdy. Dwa razy gwałtownie się zatrzymał i zaraz szybko ruszył, bo inaczej zostałby rozjechany przez sunące auta. Pokonał pas rozdzielający dwie jezdnie i zaskoczony zorientował się, że nie musi już powtarzać niebezpiecznego slalomu pomiędzy jadącymi samochodami. Zerknął w prawo i zobaczył, że zawdzięcza to czerwonemu światłu na pobliskim skrzyżowaniu. Czujnie obejrzał się do tyłu i dostrzegł dwóch ludzi usiłujących go ścigać. Albo byli niezdecydowani, albo po prostu się bali, bo znajdowali się właśnie w połowie drugiej jezdni, nie mogąc ruszyć dalej wśród pędzących aut.
Aleks nie tracił czasu na obserwowanie pogoni. Przebiegł przez szeroką ulicę, minął duży nowoczesny biurowiec i skręcił w wąskie przejście pomiędzy dwoma budynkami. Za nimi znajdowały się jakieś magazyny otoczone niewysokim ogrodzeniem. Nie miał wyboru. Podciągnął się i pomimo ślizgających się na siatce sandałów szybko znalazł się po drugiej stronie. Spojrzał za siebie, ale w przesmyku nikogo nie dostrzegł. Pomyślał, że jeśli ścigający go nie mieli szczęścia, to po dotarciu do wysepki pomiędzy dwiema jezdniami trafili akurat na samochody pędzące po zapaleniu się zielonego światła. Musiał wykorzystać tę sytuację, chociaż miał świadomość, że w Dosze prawdopodobnie już ogłoszono alarm i funkcjonariusze wszystkich służb szukają właśnie jego. Ale trudno, skoro zdecydował się uciekać, to musiał być konsekwentny.
Biegnąc pomiędzy kolejnymi budynkami, dotarł na trochę spokojniejszą ulicę. Odruchowo dostosował się do tempa poruszania się przechodniów. Wieczorny intensywny ruch pieszych i pojazdów był dla niego korzystny, gdyż w tłumie trudniej było go dostrzec. Doszedł do wniosku, że powinien natychmiast się przebrać, ponieważ służby szukają mężczyzny w białej galabii. Warto byłoby włożyć ubranie pozostawione w skrytce. Naiwnie liczył na to, że katarscy funkcjonariusze raczej zapamiętali sylwetkę podejrzanego Araba i nie rozpoznali w nim polskiego szpiega. Zawahał się, czy powinien zaryzykować i udać się do Doha City Center, gdzie system monitoringu pozwoli Katarczykom łatwo go zlokalizować. A jeżeli są sprawni, to korzystając z nagrania z Lagoona Mall, mogą użyć systemu identyfikacji twarzy. "Może jednak warto spróbować", pomyślał. "Wszystko dzieje się na tyle szybko, że może mnie jednak nie zidentyfikowali".
Te rozważania niewiele mu dały, ponieważ przede wszystkim nie miał pojęcia, gdzie się znajduje. Rozejrzał się rozpaczliwie dookoła, ale nie kojarzył ani ulicy, na której obecnie przebywał, ani nawet arterii, przez którą tak desperacko wcześniej przebiegł. Rozwiązanie pojawiło się nagle. Ulicą nadjechała taksówka, która zatrzymała się na gwałtowny gest Niwińskiego.
Poruszali się z tak dużą prędkością, że gdy nagle ukazało się ogrodzenie siedziby GIP, Peter musiał gwałtownie zahamować przed bramą. Jej skrzydła zostały otwarte i już spokojnie podjechali przed główne wejście. Stali tam obaj oczekujący Jonesa Saudyjczycy. Ich miny wyrażały pełne zaskoczenie na widok stanu Cadillaca. Stephen otworzył pancerne drzwi i wysiadł.
-?Stephen, co się stało? -?zapytał generał Mohammed Al-Harbi, podchodząc bliżej. Pytaniu towarzyszyło przejęcie malujące się na twarzy Saudyjczyka.
-?Cztery kilometry stąd był zamach na mnie -?podniesionym głosem poinformował funkcjonariusz CIA.
-?Na tej drodze? -?Zastępca szefa Mabahith najwyraźniej nie mógł uwierzyć.
-?Tak, na tej drodze. Zostawiliśmy napastników na środku ulicy.
Al-Harbi stanowczym ruchem przywołał adiutanta. Wydał kilka poleceń. Funkcjonariusz pobiegł za budynek i po chwili wyjechały stamtąd dwa SUV-y, w każdym siedziało po czterech żołnierzy. David Butler spojrzał pytająco na Jonesa i widząc jego przyzwalające kiwnięcie głową, ruchem ręki nakazał zatrzymanie pojazdów. Wsiadł do pierwszego i oba SUV-y popędziły drogą w stronę miejsca ataku.
Obaj Saudyjczycy po upewnieniu się, że ich gość nie został ranny, zaprosili go do rezydencji. Kiedy po półgodzinie wrócił Butler, zameldował, że natknęli się jedynie na stojący na poboczu pojazd, który wcześniej uderzył w ich Cadillaca. Drugiego pojazdu ani sprawców zamachu nie znaleziono w pobliżu. Zarządzony natychmiast alarm służb bezpieczeństwa nie przyczynił się do zatrzymania napastników ani nawet do uzyskania jakichkolwiek informacji, kim byli.
-?City... -?Aleks zawahał się przez moment. Przyszło mu do głowy, że w razie szeroko zakrojonych poszukiwań służby mogą szybko dotrzeć do kierowców taksówek. Musiał wybrać inne miejsce. -?...DECC metro station - rzucił stanowczym tonem do kierującego autem Hindusa.
Zerknął w lusterku na twarz kierowcy, by się upewnić, czy nie obserwuje on niezdecydowanego pasażera, ale mężczyzna obojętnie patrzył przed siebie. Samochód włączył się w uliczny ruch, a Aleks odetchnął z ulgą pierwszy raz od dłuższego czasu. "Co powinienem teraz zrobić, jeśli nie zatrzymają mnie w centrum handlowym?", ta myśl kołatała mu się w głowie. Przez całą swoją karierę oficera wywiadu miał szczęście i nigdy nie wpadł w ręce żadnej służby bezpieczeństwa ani tym bardziej wrogiego wywiadu. A przypadek zatrzymania i ucieczki przed zaprzyjaźnioną agencją był tak absurdalny, że nigdy wcześniej nawet nie słyszał o podobnej sytuacji. "Może niepotrzebnie prysnąłem z tej furgonetki?", pomyślał. Pewnie trafiłby na przesłuchanie i po odmowie złożenia wyjaśnień musieliby go zwolnić. Tylko byłaby afera, że Polacy prowadzą działania wywiadowcze na terenie kraju zaprzyjaźnionego!
Kraje arabskie są bardzo wrażliwe na takie sytuacje i lepiej byłoby jakoś stamtąd zniknąć. Oczywiście najprościej byłoby dotrzeć do lotniska i skorzystać z późnego połączenia z Rijadem. Jeśli dopisałoby mu szczęście i Katarczycy nie zamknęliby przed nim granic, to za półtorej godziny znalazłby się w Arabii Saudyjskiej. Tylko czy liczenie na pomyłkę lokalnych służb miało sens? Wzruszył ramionami, bo pytanie było absurdalne. Hamad International Airport zabezpieczą jako najbardziej prawdopodobne miejsce ucieczki Aleksa z Kataru, a ludzie z Qatar State Security będą cierpliwie czekać przy bramkach portu lotniczego. Zapewne drugim takim obstawionym miejscem będzie polska ambasada w Dosze. No bo gdzie może próbować się ukryć podejrzany o szpiegostwo, jak nie we własnej placówce dyplomatycznej? Czyli te miejsca zdecydowanie odpadały.
Próba znalezienia lokum w stolicy Kataru, w jakimś podrzędnym hoteliku, też byłaby bez sensu. Miejscowe służby prędzej czy później takie miejsca także sprawdzą, a Aleks nie znał nikogo, kto zapewniłby mu bezpieczną kryjówkę. Nie, powinien jak najszybciej opuścić Katar, jeszcze zanim wszystkie drogi ucieczki zostaną zablokowane. A może w takim razie drogą wodną? Z Dohy wypływają statki wycieczkowe, odbywające rejsy z turystami po Zatoce Arabskiej, a portem macierzystym jest zazwyczaj Dubaj. Oj, gdyby mógł się tam znaleźć, jego problemy zostałyby rozwiązane. No tak, tylko wszystko zależy od tego, czy znajdzie się miejsce na takim wycieczkowcu i czy akurat dzisiaj wieczorem jeden z nich cumuje w Dosze. Miał przy sobie trochę pieniędzy, a mógł podjąć dużo więcej z bankomatu, więc w grę wchodziłoby również wynajęcie niewielkiej łodzi czy jachtu...
Hamowanie taksówki przerwało jego desperackie rozmyślania. Kierowca, nie patrząc na niego, z obojętną miną podał wysokość opłaty za kurs. Aleks szybko wyjął portfel, a z niego banknoty. Podał kierowcy większą kwotę i szybko wysiadł. Rozejrzał się po okolicy. Wieczorem ta część miasta była wypełniona przechodniami, co było korzystne dla niego. Kiedy dotarł do City Center Doha, postanowił ominąć główne wejście. Obszedł gmach dookoła, szukając jakiegoś bocznego przejścia. To była kolejna naiwna próba z jego strony, ponieważ system monitoringu działał tak samo wokół całego kompleksu.
W końcu trafił na jakieś drzwi i znalazł się w środku. Wcześniej założył ciemne okulary, a poły kefiji rozciągnął tak, że spod materiału wystawały mu jedynie nos i usta. "Z takim kamuflażem mogłem spokojnie wejść przez główny hol i nawet stojący tam funkcjonariusze służb katarskich nie rozpoznaliby mnie", pomyślał ironicznie. Przytrzymując poły chusty, skierował się w rejon skrytek. Kiedy tam dotarł, ograniczył się do szybkiego sprawdzenia najbliższego otoczenia. Uznał, że i tak ma małe szanse, żeby wychwycić potencjalną zasadzkę na zatłoczonym korytarzu, dlatego nie zamierzał przedłużać swojej obecności w City Center Doha.
Pozornie wydawało się, że wszystko jest w porządku. Dlatego szybko dotarł do łazienki i w kabinie przebrał się w swoje zwykłe ubranie. Arabski strój zapakował i wziął pod pachę. Kiedy wychodził z łazienki, przyszło mu do głowy, że teraz nie ma już osłony kefiji. Założył więc okulary przeciwsłoneczne i szybko ruszył do wyjścia z centrum. Już się nie zastanawiał, czy wieczorem w ciemnych okularach nie wzbudzi większego zainteresowania, niż gdyby ich nie miał. Opuścił budynek zadowolony, że przynajmniej nie został zatrzymany.
Szybkim krokiem zaczął się oddalać od centrum. Przeciął szeroką Omar Al Mukhtar Street i ruszył przez dzielnicę Onaiza w kierunku biedniejszej części miasta. Czuł się coraz pewniej, nawet biorąc pod uwagę generalnie trudną sytuację, a to chyba z powodu skromniejszego oświetlenia ulicznego i wielu niskich budynków dookoła. Mijając pojemnik na odpady, stojący przy wejściu do jednego z domów, wrzucił do środka paczkę z galabiją i innymi arabskimi drobiazgami. Szedł ulicą wśród przechodniów pochodzących w większości spoza Kataru. Na oko przeważali Azjaci - Hindusi, Pakistańczycy czy Filipińczycy. Między nimi dostrzegł też emigrantów z krajów Afryki. Białych było coraz mniej. Ta wieczorna wędrówka tak go zmęczyła, że musiał gdzieś usiąść.
Na rogu dwóch ulic znalazł bar i zajął miejsce przy stoliku. Szybko pojawił się kelner, u którego zamówił losowo wybraną potrawę i kawę. Jedzenie pojawiło się nadzwyczaj szybko i okazało się całkiem smaczne, choć kompletnie nie wiedział, co je. Przyjemność z posilenia się nie zmieniła położenia Aleksa. Odsunął talerz i pijąc kawę, zamyślił się. Sytuacja wydawała się ponura. Jedynym plusem było to, że uciekł ludziom, którzy go zatrzymali, i przebywał na wolności. Jak długo będzie się nią cieszył, tego nie wiedział, gdyż pierwszy patrol policji może nim się zainteresować, szczególnie w tej okolicy. "Kurwa, uciekłem z centrum, ale tutaj też nie jestem bezpieczny", pesymistycznie ocenił. "Spieprzyłem pozornie proste zadanie, straciłem ważne materiały i do tego zostałem złapany. I co teraz?" Poczuł się zagubiony i poza wcześniejszymi pomysłami o ucieczce drogą morską nic innego nie przychodziło mu do głowy. "Gwiazda wywiadu, pogromca SWR i Irańczyków, bohater słusznej sprawy -?i co dalej?", zakpił z siebie. Błysk koperty złotej Omegi w tej sytuacji wydawał się równie absurdalny jak paszport dyplomatyczny, który miał w kieszeni.
Oczywiście najłatwiej byłoby zwalić winę na centralę przy Miłobędzkiej. W końcu to oni wysłali go do realizacji prostego zadania, nie ostrzegając o możliwych zagrożeniach. On przestrzegał wszystkich zasad, a pomimo tego na miejscu czekała zasadzka, w którą wpadł. "Do dupy to wszystko", ocenił smutno. Nagle pomyślał, że skoro nie potrafi sobie poradzić sam, to może powinien poprosić o pomoc przyjaciół z CIA. A może nie angażować partnerów, tylko zadzwonić do "Linoskoczka"? W końcu Rosjanie też aktywnie działają w rejonie Zatoki. "Odwaliło mi, że takie bzdury przychodzą mi do głowy", stwierdził zrezygnowany.
Wobec braku nowych pomysłów zamówił kolejną kawę i bezmyślnie patrzył przed siebie. "Może to jest rozwiązanie?", zastanawiał się. Zerknął jeszcze raz. Po drugiej stronie ulicy świecił się neon:
Ali Car Rental
Późną nocą samotny myśliwy jadący na motorze kamienistą drogą przez pustynię, trzydzieści kilometrów na wschód od Rijadu, dostrzegł między skałami dopalający się dziwny kształt. Gdy podjechał ostrożnie bliżej, kierując w to miejsce światło reflektora, zorientował się, że spalono starą półciężarówkę. Rozejrzał się dookoła w poszukiwaniu ludzi, którzy to zrobili, ale nikogo nie zauważył. Pomyślał, że lepiej dla niego będzie nie wtykać nosa w cudze sprawy, i najszybciej, jak mógł, wrócił na drogę. Miał nadzieję, że nikt go nie widział i będzie mógł spokojnie zapolować na pustynne ptaki. Po chwili światło motocykla zniknęło w ciemnościach.
Aleks wyjął iPhone'a i wpisał w Google: Odległość drogowa Doha - Rijad? Szybko dostał odpowiedź: 576 kilometrów, 6 godzin 33 minuty. Spodobał mu się ten pomysł. Rano mógłby być już w domu i mieć za sobą "proste zadanie w Katarze". Pozostawała jedna podstawowa wątpliwość i miał obawy, czy może ją zlekceważyć. Jeśli zakładał, że na Hamad International Airport czekają na niego, to czy może mieć nadzieję, że granicę lądową emiratu Kataru przekroczy bez problemu? Z drugiej strony, jeśli nie spróbuje, to najlepiej i najwygodniej byłoby od razu zadzwonić do oficera QSS, z którym miał dotąd kontakt, i przyznać się, gdzie jest. Ta możliwość wydała mu się jednak tak absurdalna, że odzyskał w miarę normalny nastrój. Dopił kawę, zapłacił rachunek i przeszedł na drugą stronę ulicy. Błogosławił godziny pracy usług w krajach arabskich. W Europie taka mała wypożyczalnia już dawno byłaby zamknięta.
Samochód był mocno zużyty, ale najważniejsze było, że jechał. Właściciel Ali Car Rental na życzenie klienta ściągnął z innej placówki Toyotę Camry. W przeciwnym razie Niwińskiemu groziła jazda przez półwysep pojazdem zaliczanym w Europie do "małych". Ale udało się i już po czterdziestu minutach przemierzał ulice Dohy. Na szczęście auto miało sprawną klimatyzację i nawigację. Kiedy wyjechał poza stolicę, ogarnęły go ciemności rozświetlane jedynie reflektorami innych pojazdów. Był już na autostradzie, więc mocno przyspieszył. Obawiając się interwencji policji drogowej pomimo nocnej pory, niewiele przekraczał dozwolone w Katarze sto dwadzieścia kilometrów na godzinę. Był tak podkręcony faktem, że podjął ostatecznie decyzję, że kompletnie nie czuł zmęczenia. Lubił prowadzić samochód i jazda w nocy też nie stanowiła dla niego problemu. Starał się nie myśleć o jedynej drażliwej kwestii: czy uda mu się opuścić Katar?
Zbliżając się do granicy, czuł rosnący niepokój. Jeżeli służby graniczne otrzymały polecenie zatrzymania go, to był bez szans i szybko wyruszy z powrotem do stolicy Kataru, tylko już nie on będzie prowadził samochód. Tablica z informacją:
Abu Samra
5 kilometrów
sprawiała wrażenie ostatecznego ostrzeżenia dla Niwińskiego. Lekko zwolnił, jakby w ten sposób mógł przedłużyć okres swojej wolności. Gdy dotarł do niego absurd tego, co robi, szybko wcisnął pedał gazu. Po obu stronach autostrady była tylko pustynia i to rozstrzygało kwestię: czy i dokąd ewentualnie uciekać.
Budynki posterunku granicznego pojawiły się nagle, gdy Toyota Aleksa pokonała zakręt drogi Q5. W świetle ostrych lamp dostrzegł, że ma przed sobą tylko jeden samochód, obok którego stoją kontrolujący go funkcjonariusze. Zwolnił i pozornie spokojnie dotoczył się do granicy. Musiał poczekać, ponieważ katarscy strażnicy ucięli sobie pogawędkę z kierowcą auta. Przez tych parę chwil Aleks czuł, jak serce mu gwałtownie wali. Czy to ostatnie chwile przed zatrzymaniem? Tego nie wiedział, a przynajmniej chciał mieć nadzieję, że nie.
W końcu pojazd przed nim ruszył, a funkcjonariusze pokiwali na niego. Podjechał do nich, cały czas mając wrażenie, jakby wszystko działo się w zwolnionym tempie. Otworzył okno i podał paszport. Katarczyk przejechał przez stronę dokumentu mobilnym terminalem i popatrzył na monitor. Niwińskiemu wydawało się, że trwa to wieki, a przedłużające się spojrzenie funkcjonariusza na czytnik oznacza, iż widzi informację o konieczności zatrzymania posiadacza tego paszportu. Siedział sztywny i odrętwiały. Chyba nawet wstrzymał oddech. Kiedy funkcjonariusz wyciągnął rękę z paszportem, Aleks przez dłuższą chwilę nie reagował.
-?Your passport, sir -?powiedział mężczyzna, potrząsając dokumentem. - You may go.
Aleksowi wydawało się, że to nie dzieje się naprawdę. Sięgnął po paszport, cały czas mając wątpliwość, czy katarski pogranicznik nagle nie zmieni decyzji. Jednak tak się nie stało. Niwiński odłożył paszport na fotel pasażera i powoli ruszył. Ciężko oddychał po tej nerwowej sytuacji. Dotoczył się do posterunku saudyjskiego i już po chwili pędził drogą numer 615 na zachód, aby wkrótce odbić na północ. Z wrażenia zaczął krzyczeć, a potem zachciało mu się śpiewać. Ponieważ jednak nic odpowiedniego nie przyszło mu do głowy, po prostu włączył głośniej stację w radiu Toyoty i wygodnie wyciągnął się na fotelu.
Nie wierzył w cuda, dlatego nie rozumiał, co się stało, że nie został zatrzymany na katarskiej granicy. Znał skuteczność Qatar State Security i dlatego wątpił, żeby ktoś zapomniał rozesłać komunikat o konieczności zatrzymania Aleksandra Niwińskiego, przyłapanego podczas podejmowania materiału wywiadowczego. Dlaczego w takim razie był teraz wolny na terytorium saudyjskim, tego nie mógł zrozumieć.
Spojrzał na nawigację, która pokazała, że Aleks dojedzie do Rijadu o czwartej czterdzieści. Tam czekało na niego normalne życie, o ile za takie można uznać pracę oficera wywiadu za granicą.
Wyliczenia nawigacji okazały się trafne -?Aleks dotarł do stolicy Arabii Saudyjskiej nawet z pięciominutowym wyprzedzeniem. Faktycznie, im bliżej był miasta, tym mocniej naciskał gaz, chcąc jak najszybciej przekazać do centrali informacje o tym, co mu się przytrafiło. Pomimo że do świtu pozostała ponad godzina, w tylnym lusterku dostrzegał przebłyski zapowiadające początek nowego dnia. Na ulicach Rijadu ruch był jeszcze niewielki, dlatego szybko udało mu się przemknąć przez miasto. Podjechał do hotelu Sheraton, gdzie miał zostawić Toyotę, tak jak umówił się z właścicielem wypożyczalni w Dosze. Nie miał pojęcia, jak samochód wróci do stolicy Kataru, ale to go kompletnie nie obchodziło w tej chwili. Podszedł do recepcji i poprosił o kopertę, w której umieścił dokumenty samochodu i kluczyki. Zaadresował ją "Ali Car Rental". Kiedy wychodził na hotelowy podjazd, właśnie służbowym Land Cruiserem przybył konsul i szef administracyjny placówki Cezary Milewski. Niwiński wskoczył do środka i przywitał się z przyjacielem.
-?Zrobiłem to tylko dla ciebie -?zastrzegł się Cezary, jednocześnie szeroko ziewając. Wszyscy w placówce wiedzieli, że jest śpiochem. Potarł dłonią zaspane oczy i popatrzył na przyjaciela. -?A tak w ogóle, to wisisz mi za tę nocną pobudkę jakiś dobry alkohol. I następnym razem postaraj się mnie uprzedzać o swoich fanaberiach, bo gdybym miał na noc miłe towarzystwo, to musiałbym ci odmówić podwózki.
-?Nie wystarczy ci moja dozgonna wdzięczność? -?zażartował Aleks. Patrząc na twarz Milewskiego i jego wpółprzymknięte oczy, zastanawiał się, jak kolega dał radę dojechać do Sheratona w takim stanie. Bezwypadkowy przejazd zawdzięczał prawdopodobnie niewielkiej liczbie samochodów na ulicach o tej wczesnej porze.
-?Do domu? -?upewnił się Cezary, nie kontynuując już tematu. Biorąc pod uwagę jego ciągoty do upartego prezentowania własnego zdania, takie zachowanie było nietypowe.
-?Yes, sir -?w jednej chwili zdecydował, że najpierw pojedzie do domu.
-?A tak w ogóle, to coś ty znowu zmalował? -?Milewski wyjechał z hotelowego parkingu na Tareeq al-Malik Fahd i na światłach skręcił w lewo w Tareeq al-Malik Abd Allah. Mocno przyspieszył na prawie pustej kilkupasmowej ulicy. -?Przecież miałeś wrócić wczoraj wieczorem. Czekałem do północy na twój telefon. Zaniepokoiłem się, ale nie próbowałem dzwonić, tak jak prosiłeś.
-?I dobrze zrobiłeś. Solidny z ciebie przyjaciel. A co robiłem, nie dociekaj, bo gdybyś się dowiedział, to chwilę później musiałbym cię zlikwidować -?roześmiał się ze starego powiedzenia.
-?Dobra, dobra -?mruknął poważnie Milewski. -?Nie strasz, bo się zesrasz. -?Zerknął na Niwińskiego, sprawdzając, czy poprzednie zdanie go nie uraziło. Widząc szczery uśmiech kolegi, spokojnie wrócił do obserwowania sytuacji na drodze.
Do osiedla, gdzie od niedawna mieszkał Aleks, dotarli po kwadransie. Niwiński wysiadł przed bramą i pomachał przyjaźnie do strażników, zaspanych nawet bardziej niż Milewski. Popatrzyli na niego podejrzliwie i w ogóle nie zareagowali.
Kiedy szedł alejką między domami i basenami, panująca dookoła cisza sprawiła, że poczuł się wreszcie bezpieczny i spokojny. Tak jak zwykle czuje się większość ludzi, zbliżając się do domu. Słyszał lekki szum poruszających się w górze liści palm, których sporo rosło na terenie osiedla, oferując czasami cień w południe. Był już blisko segmentu, w którym mieszkał od niecałych czterech miesięcy. Wobec zbrodni dokonanej w jego poprzednim miejscu zamieszkania przeprowadzka była absolutnie konieczna.
Doskonale pamiętał rozpaczliwy krzyk Joanny i swoje zaskoczenie, gdy zobaczył zakrwawione zwłoki Aliny Jegorowej, ułożone pod folią na łóżku w sypialni. Miała to być zemsta, ale przede wszystkim pułapka, która fałszywie wskazywała, że to Niwiński zamordował "krewną" ambasadora Zalewskiego. Tę koszmarną inscenizację przygotował Anton Smolar, były żołnierz specnazu i człowiek do zadań specjalnych rezydenta SWR. Po zabraniu zwłok Aliny i zabezpieczeniu śladów na miejscu zbrodni przez techników Presidency of State Security Aleksa zwolniono i następne godziny spędził z Joanną w hotelu Sheraton. Potem odwiózł byłą żonę na lotnisko.
Czas, który spędzili w salonach VIP Międzynarodowego Lotniska Króla Chalida, nie był radosny. Joanna pomimo niewątpliwego sukcesu materiału telewizyjnego przygotowanego wraz z dziennikarzami CNN, a opartego na nagraniach powstałych przy współpracy Niwińskiego i placówki CIA, nie mogła się uspokoić po tragicznym odkryciu w sypialni Aleksa. Kiedy nadszedł czas odlotu do Europy, odprowadził ją do bramki. Stanęli tam na chwilę i obiecali sobie nadrobić stracony czas podczas najbliższego pobytu Niwińskiego w Warszawie. Potem szybko pożegnali się po przyjacielsku.
W tym czasie Milewski wraz z administracją osiedla zorganizowali ekipę sprzątającą, żeby doprowadzić sypialnię do normalnego stanu. Niwiński wrócił do swojego miejsca zamieszkania następnego dnia, ale od razu przeniósł rzeczy do innego pokoju, a do tego pomieszczenia nigdy więcej nie wszedł. Szczęśliwie nowa sypialnia też była wyposażona w łazienkę. Ambasada wystąpiła do MSZ o zgodę na wynajęcie innego lokum dla niego, a dzięki operatywności Cezarego szybko udało się je znaleźć. Aleks chętnie zaakceptował propozycję Milewskiego, gdyż nowe osiedle znajdowało się niewiele dalej od placówki niż poprzednie, a warunki mieszkaniowe były na wyższym poziomie. Cały kompleks był znacznie nowocześniejszy, a wyposażenie segmentów bogatsze. Cieszył się z lepszego standardu, choć tak naprawdę jako osoba samotna niewiele potrzebował, tym bardziej że mając dużo obowiązków, praktycznie tylko tam nocował.
Teraz też nie miał zamiaru rozkoszować się bezpieczną przystanią. Otworzył drzwi i pozapalał wszystkie światła. Ciemności miał dosyć po wielogodzinnej nocnej podróży przez pustynię. Poza tym rachunki za prąd, zgodnie z przepisami resortowymi, w całości pokrywała placówka. W zasadzie chodziło o refundowanie opłat za klimatyzację, niezbędną podczas saudyjskich upałów. Ale w praktyce -?kto rozróżni, ile poszło na klimatyzację, a ile na oświetlenie czy urządzenia domowe? Z takimi przyziemnymi myślami udał się po schodach do sypialni. Popatrzył z żalem na swoje łóżko, bo nie był to właściwy czas na odsypianie nocnych przygód w Katarze.
Musiał zająć się pracą, w końcu za to mu płacono, a on tę robotę naprawdę lubił. Szybko się rozebrał i wskoczył pod prysznic. Dłuższy czas zmywał z siebie ostatnie wydarzenia. Ku jego zaskoczeniu w głowie pojawił mu się obraz Joanny. Pomyślał, że zapewne przyczyniły się do tego wspomnienia jej pobytu w Rijadzie. Choć z drugiej strony, skoro człowiek spędza kilkanaście lat z kobietą, to nawet po rozwodzie trudno wyrzucić ją z pamięci. Tym bardziej że pomimo rozstania łączyła ich przyjacielska sympatia. "Muszę koniecznie zobaczyć się z nią w Warszawie, tak jak się umówiliśmy", postanowił. Potem szybko się wytarł, ogolił i ubrał w strój odpowiedni dla dyplomaty, w końcu wkrótce zaczynały się godziny urzędowania. Następna na jego drodze była wizyta w kuchni. Zrobił sobie potężną kanapkę, która miała zastąpić śniadanie. Oczywiście, jakieś zapasy miał schowane w lodówce w mieszkaniu Milewskiego w ambasadzie, więc kolejny posiłek zje już w placówce. Pod warunkiem że kolega nie zapomniał sobie czegoś kupić i nie uznał rezerw Niwińskiego za rekompensatę za konieczność wstania w środku nocy, żeby odwieźć Aleksa do domu.
W końcu poszedł na osiedlowy parking i już po chwili jechał w kierunku polskiej ambasady. Szykował mu się wyjątkowo długi dzień. Po tym, co spotkało go w Katarze, obawiał się, że nadchodzące godziny przyniosą dalsze kłopoty.
Sultan Al-Mutairi wyszedł głównym wyjściem Al Hamra Tower wprost do czekającej na niego taksówki. Zrezygnował z jazdy własnym samochodem, gdyż poruszanie się w godzinach popołudniowego szczytu po stolicy Kuwejtu nie należało do przyjemności.
-?Mövenpick Kuwait Al Bida'a -?rzucił do kierowcy.
Rozsiadł się wygodnie na fotelu, rozmyślając o czekającym go spotkaniu. Jako wiceprezes firmy Dawar Duniya, zajmującej się pośredniczeniem w międzynarodowych zakupach broni i uzbrojenia, utrzymywał wiele kontaktów. Tak naprawdę nigdy nie było wiadomo, który z nich może się przydać przy zdobyciu wartościowego kontraktu czy chociażby dla uzyskania przydatnej informacji. Miał wieloletnie doświadczenie w swojej specjalności i z założenia nigdy nie odrzucał propozycji rozmowy, nawet od nieznanych osób. Tego popołudnia czekało go spotkanie z człowiekiem, z którym miał już kontakt. Wówczas za znaczną prowizję udzielił tamtemu informacji na temat pewnej transakcji dokonanej przez saudyjskie ministerstwo obrony. Był ciekaw, jaki charakter tym razem będzie miała oferta.
Po kwadransie wysiadł z taksówki przed wejściem do hotelu Mövenpick Kuwait Al Bida'a. Skierował się do restauracji Breeze. Lubił to miejsce ze względu na ładny widok na zatokę. Przy stoliku znajdującym się przy oknach na taras dostrzegł znajomego. Mężczyzna wstał, gdy tylko dostrzegł Al-Mutairiego.
-?Witaj, bracie -?powiedział.
-?Dziękuję za zaproszenie -?odparł Al-Mutairi.
-?Zjemy coś czy ograniczymy się do kawy? -?Pytanie było konkretne i na miejscu, ponieważ pora rozmowy nie była odpowiednia na posiłek: na lunch było już za późno, a na kolację jeszcze za wcześnie.
-?Kawa wystarczy -?zdecydował Kuwejtczyk.
Kiedy stanęły przed nimi filiżanki, tamten przeszedł do rzeczy.
-?Macie dobre kontakty w fabrykach zbrojeniowych w Polsce. Powiedz mi, czy szykuje się jakieś zamówienie w tym kraju?
Wiceprezes Dawar Duniya przez ułamek sekundy rozważał, czy ujawnić posiadaną wiedzę. Pamiętając poprzedni kontakt z rozmówcą, uznał, że szczerość będzie opłacalna.
-?Tak, wkrótce udam się do Polski wspólnie z delegacją ministerstwa obrony Azerbejdżanu, Insz Allah -?powiedział.
-?Co będzie przedmiotem zamówienia?
-?Między innymi przeciwlotnicze zestawy rakietowe Piorun i Grom, przeciwpancerne pociski kierowane Spike, broń strzelecka, materiały wybuchowe. To oczywiście wstępne zainteresowanie naszych zleceniodawców.
-?Rozumiem. Czy azerbejdżańskie ministerstwo obrony zasugerowało jakieś terminy dostawy?
-?Zależy im na czasie -?stwierdził Sultan Al-Mutairi. -?Strona polska zasadniczo zgodziła się na szybką dostawę.
-?Doskonale. W takim razie po twoim powrocie z Polski daj mi znać. Chętnie poznam terminy i zakres kontraktu.
-?Nie widzę problemu.
-?A zatem jesteśmy umówieni -?podsumował rozmówca. -?Prowizja dla ciebie będzie hojna. Nie zajmuję twojego cennego czasu.
Al-Mutairi odstawił pustą filiżankę i podał dłoń mężczyźnie.
-?Miło było znowu się spotkać. Do zobaczenia wkrótce, Insz Allah.
-?Do zobaczenia, Insz Allah.
Idąc w stronę wyjścia z restauracji, Kuwejtczyk pomyślał, że takie spotkania są samą przyjemnością. Krótkie, konkretne i dochodowe.
Aleks zamknął się w pokoju łączności i włączył laptopa. Napisanie depeszy do centrali z meldunkiem o spieprzeniu pozornie prostego zadania w Katarze to nie filozofia. Oczywiście, niewielu było oficerów wywiadu, którzy nie popełniali błędów, dlatego podobne teksty trzeba było co jakiś czas wysyłać. Trudniej jednak to zrobić po dużym sukcesie, który w jego przypadku zdarzył się w czerwcu. Pochwały spłynęły na niego wówczas z wielu stron, bo zarówno z centrali, jak i od Saudyjczyków i Amerykanów, nie wspominając o dozgonnej wdzięczności ambasadora Konrada Zakrzewskiego i jego żony oraz nowego przyjaciela, Farisa Al-Ghaziego, obecnie już pułkownika Presidency of State Security. Dotąd myślał o sobie, że jest skromnym człowiekiem, i nawet trwająca kilka tygodni trudna sytuacja -?zakończona atakiem grupy szyickich terrorystów na farmie i medialnym skompromitowaniem działalności dwóch agencji wywiadowczych -?niczego nie zmieni. Ale ludzką rzeczą jest przyzwyczajenie się do czegoś pozytywnego, a gdy potem trzeba się przyznać, że popełniło się błędy, nie jest łatwo.
Ostatecznie zajął się pisaniem, zamiast roztkliwiać się nad sobą i wydziwiać, że ostatniej nocy się nie udało. Uznał, że najsłuszniej będzie konkretnie opisać wieczorne zdarzenia w Dosze, jednocześnie podkreślając zastosowanie się do instrukcji centrali oraz do zasad pracy operacyjnej. Najtrudniejsze okazało się podsumowanie. W końcu jedynym słusznym wnioskiem było uznanie, że został zatrzymany przez Qatar State Security lub ewentualnie inną miejscową służbę, na przykład wojskową. Dlaczego udało mu się uciec i nie został schwytany w stolicy Kataru, która niewątpliwie była opleciona wielopunktową siecią monitoringu, na to pytanie nie potrafił odpowiedzieć. Jeszcze większą wątpliwość budził w nim fakt, że bez problemu opuścił terytorium Kataru, posługując się własnym paszportem dyplomatycznym. Przecież blokowanie granic w podobnych przypadkach poszukiwań osób podejrzanych od wielu lat należało do standardów działania służb bezpieczeństwa na całym świecie. We wnioskach kończących tę depeszę zasygnalizował więc krótko swoje wątpliwości. Przeczytał kilka razy napisany tekst, kombinując, co jeszcze mógłby poprawić, żeby lepiej wypaść. Po czym wysłał meldunek, żeby mieć z głowy przynajmniej ten przykry obowiązek.
Wyłączył laptopa i odchylił się do tyłu na krześle. Przymknął oczy, czując, jak szybko ogarnia go zmęczenie i chęć odpoczynku. Pozwolił, aby ten stan potrwał tylko chwilę. Energicznie potrząsnął głową -?musiał wrócić do rzeczywistości. Odpoczywać będzie, kiedy wyczerpie listę pilnych spraw. Popatrzył na tarczę swojego Speedmastera. Znowu wróciło odczucie przyjemności związane z tym zegarkiem. Jednak ważniejszy był odczyt czasu. Ponieważ nie było jeszcze ósmej, nie mógł zadzwonić do ambasady USA, a właśnie to uznał za najważniejsze na początek dnia. Właściwie nie mógł nic robić, bo wszystko, co przychodziło mu do głowy, wiązało się z kontaktami w mieście. W tej sytuacji zabrał się do pisania szczegółowego raportu z realizacji zadania w Dosze. Początkowo planował zrobić to później, ponieważ termin poczty kurierskiej przypadał dopiero za parę tygodni, ale musiał czymś się zająć. Gdy skończył, poczuł, że jest głodny, co świadczyło, iż powoli dochodził do siebie.
Zapowiedź wizyty poważnych klientów od kilku dni ekscytowała kierownictwo fabryki. Nie żeby produkty zakładu nie cieszyły się zainteresowaniem wśród zagranicznych odbiorców, wprost przeciwnie, ale z klientami mieli pojawić się przedstawiciele kuwejckiej spółki Dawar Duniya, co zazwyczaj zwiastowało dochodowe zamówienie. Kuwejtczycy dali się poznać w Polskiej Grupie Zbrojeniowej, do której należało Mesko, z przeprowadzenia kilku transakcji bardzo korzystnych dla strony polskiej. Ich pośrednictwo przyczyniło się do zawarcia kontraktów na dostawy sprzętu pancernego, broni artyleryjskiej czy cieszących się coraz większą popularnością zestawów rakietowych, produkowanych właśnie w Skarżysku-Kamiennej. Dla spółki ważne było również to, że zamówienie miało być realizowane w szybkim terminie, co oznaczało, iż do firmy wpłynie znaczna kwota w dolarach, poprawiając obecny wynik finansowy.
Prezes zarządu osobiście powitał gości przy wejściu do biurowca firmy. Wśród przybyłych poza dwoma przedstawicielami Dawar Duniya, w tym wiceprezesa firmy, było również trzech wysokiej rangi wojskowych z Azerbejdżanu. Delegacja zagraniczna po krótkiej rozmowie z członkami zarządu Meska zwiedziła wybrane działy zakładu. Po powrocie do gabinetu prezesa przedstawili na piśmie formalną propozycję zakupu znacznej liczby produktów fabryki. Przede wszystkim interesowały ich przenośne przeciwlotnicze zestawy rakietowe Piorun i Grom oraz produkowane na licencji amerykańskiej przeciwpancerne pociski kierowane Spike. Warunkiem klientów była realizacja dostaw praktycznie od razu. Ponieważ zainteresowanie wojska Azerbejdżanu zostało zasygnalizowane kierownictwu polskiej spółki podczas ostatniego Międzynarodowego Salonu Przemysłu Obronnego w Kielcach przez prezesa Dawar Duniya, zarząd Meska miał przygotowaną konkretną ofertę. Prezes polskiej spółki zadeklarował, że udało się uzgodnić z Ministerstwem Obrony Narodowej zmniejszenie najbliższych dostaw wymienionej broni dla rodzimej armii i szybka realizacja zamówienia będzie realna. Produkty czekały w magazynie na uzgodnienie kontraktu i załatwienie formalności. Wobec pozytywnej polskiej oferty kierujący delegacją z Azerbejdżanu podpisał list intencyjny z uwzględnieniem cen proponowanych przez Mesko.
Na zakończenie wizyty w Skarżysku odbył się uroczysty obiad. Podano elegancki posiłek, dostarczony przez najlepszą restaurację w mieście. Zadbano zarówno o potrawy kuchni polskiej, aby umożliwić członkom delegacji z Azerbejdżanu degustację, jak i o dania uniwersalne, tak na wszelki wypadek. Po obiedzie goście, pokrzepieni polską wódką, odjechali w kierunku Radomia.
Intensywny zapach kawy wyprzedził służącego Ramiego zbliżającego się do otwartych drzwi gabinetu Niwińskiego. Aleks wiedział, że spośród personelu pomocniczego placówki właśnie Pakistańczyk pojawia się najwcześniej, a zazwyczaj wychodzi późno. Domyślił się, że wchodząc wczesnym rankiem do ambasady, Rami zauważył zaparkowaną Mazdę Aleksa, i od razu przygotował poranną kawę dla niego. Niwiński serdecznie podziękował sympatycznemu niewysokiemu mężczyźnie, którego bardzo lubił.
Rami bezinteresownie angażował się w różne czynności i przysługi, za które nie był wynagradzany przez placówkę, więc Aleks już kilka razy wcisnął Pakistańczykowi prywatną premię, wynagradzał go też za codzienne mycie samochodu. Ze względu na unoszący się w Rijadzie pustynny piasek częste pielęgnowanie pojazdów było koniecznością. Spojrzał na parujący kubek kawy. Jej kolor świadczył, że dolano do niej nieco mleka, ale dodatku jednej łyżeczki cukru trzcinowego musiał się domyślić, choć dotąd Rami nigdy o tym nie zapomniał. Ponieważ napój był na razie zbyt gorący, żeby go pić, Aleks poszedł do mieszkania Milewskiego. Kiedy otworzył lodówkę, okazało się, że Cezary zachował się fair i nie zjadł zapasów Niwińskiego. Aleks zrobił szybko dwie kanapki i zjadł je od razu.
Przy jedzeniu zastał go gospodarz.
-?Cześć, Aleks, nie mogłeś spać? -?zapytał, szeroko ziewając. Cezary, choć mieszkał w budynku ambasady, zazwyczaj pojawiał się w biurze ostatni. Ze względu na wcześniejszą pobudkę nad ranem to, że teraz już wstał, było czymś nadzwyczajnym... lub efektem nastawienia budzika.
Niwiński przełknął ostatni kęs śniadania i wstał z kuchennego stołka.
-?Stary, mam tyle roboty, że spanie jest ostatnią rzeczą, na jaką mogę sobie pozwolić. Jak wszystko załatwię, to może wtedy pojadę do chałupy się zdrzemnąć.
-?Ja ciebie nie rozumiem. -?Milewski zapalił pierwszego tego dnia papierosa. -?Gdybym ja był na takim samodzielnym stanowisku i miał przychylnego szefa, jakim niewątpliwie jest Konrad Zalewski, to korzystałbym z życia. Po nocnej jeździe z Kataru leżałbym w wyrku do południa. Dopiero jakby mi się zachciało, to łaskawie pojawiłbym się w biurze. A może w ogóle nie przyszedłbym do pracy.
-?Pogadaliśmy, a ty jeszcze sobie pomarzyłeś -?rzucił Aleks, wychodząc na korytarz.
Bardzo lubił Cezarego i wiedział, że może na nim polegać. Przekonał się o tym chociażby przy okazji rozmowy werbunkowej z "Linoskoczkiem". W pewnym momencie rozważał nawet pozyskanie kolegi do współpracy jako kontaktu operacyjnego, ale porzucił ten pomysł. Nie chciał mu zrobić krzywdy, a wobec dwuznacznego podejścia polskich polityków do pracy wywiadu i współpracowników służby trudno było przewidzieć, co przyniesie ewentualny kolejny zakręt historii. Dzisiaj szczególnie nie miał czasu na pogawędki z przyjacielem. Jako priorytet przyjął telefon do szefa stacji CIA, z którym chciał jak najszybciej umówić się na spotkanie.
Zamknął drzwi swojego pokoju i wyjął komórkę. Spojrzał na zegarek, nie mając pewności, czy "normalni" ludzie już zaczęli pracę. Ponieważ było wpół do dziewiątej, uznał, że to odpowiednia pora, żeby zadzwonić do Stephena Jonesa. Nawet jeśli kolega był jeszcze w domu, to nie obrazi się za telefon o tej porze. Nie zdążył wybrać połączenia do rezydenta CIA, gdy komórka nieoczekiwanie zadzwoniła. Na wyświetlaczu rozpoznał numer pierwszego sekretarza ambasady Kataru. Odruchowo poczuł, że robi mu się gorąco pomimo intensywnie pracującej klimatyzacji. Tak naprawdę nie wiedział, jak się zachować, spodziewając się, że dyplomata dzwoni w sprawie zatrzymania Aleksa przez służby katarskie i jego późniejszej ucieczki. "Cholera, co ja mam mu powiedzieć? Jak wyjaśnić tę przykrą sytuację?" -?pytania bez odpowiedzi przeleciały mu przez głowę.
Poczuł pokusę, żeby nie odbierać połączenia. Jednak takie schowanie głowy w piasek byłoby skuteczne przez chwilę. Potem i tak trzeba by oddzwonić do Katarczyka albo liczyć się z tym, że on sam ponownie zadzwoni za godzinę czy dwie. Tym bardziej że dotąd ich kontakty były bardzo dobre, a zaczęły się, gdy Aleks pierwszy raz wystąpił o katarską wizę. Dostał dyplomatyczną na cztery lata. Potem spotykali się kilka razy na lunchach i przyjęciach w innych placówkach. "Nie, muszę stawić czoło tej delikatnej sytuacji", postanowił, wciskając zieloną słuchawkę na iPhonie. "Niech się dzieje, co chce", przeleciał mu przez myśl fragment starej piosenki Krzysztofa Krawczyka.
-?Witaj, Aleks. -?Ton rozmówcy był zaskakująco przyjazny, wbrew obawom Niwińskiego. -?Nie za wcześnie dzwonię?
-?Witaj, Salim. Miło mi, że dzwonisz, a pora jest jak najwłaściwsza. W czym mogę ci pomóc?
-?Zobaczyłem w internecie informację, że wczoraj wieczorem w Dosze doszło do jakiejś dziwnej sytuacji i kilku mężczyzn goniło innego na jednej z głównych ulic naszej stolicy -?zaczął dyplomata. W miarę jak mówił, Aleks czuł rosnące tętno. -?Nawet jakiś kierowca zamieścił na Instagramie zdjęcie tej sytuacji. Jest poruszone i niewyraźne, ale jeden z mężczyzn jest trochę podobny do ciebie. Wybacz mi to, co mówię, na pewno to przypadkowe podobieństwo. Czy byłeś może wczoraj w Katarze?
-?Faktycznie, byłem -?przyznał ostrożnie Niwiński.
-?Ooo, ale przypadek, choć z pewnością to nie byłeś ty. W końcu z jakiego powodu miałbyś biegać po ulicach pomiędzy samochodami?
Aleks czuł się coraz bardziej zakłopotany. Nie wiedział, czy to rodzaj prowokacji i powinien potwierdzić, że to jednak był on. Czy może wbrew wszystkiemu, przeciwnie, należało zaprzeczać zgodnie z zasadą: jak złapią cię za rękę -?mów, że to nie twoja. Spodziewał się pretensji z powodu ucieczki przed funkcjonariuszami Qatar State Security, a nie dziwnej informacji o kimś podobnym sfotografowanym na ulicy. Zakładał, że Salim dzwoni w związku z instrukcją otrzymaną od służb z Dohy. Cieszył się, że władze Qatar State Security obniżyły rangę dyplomaty wyjaśniającego sprawę, a nie kazały ambasadorowi w Rijadzie oficjalną drogą zwrócić się o wyjaśnienia do szefa polskiej placówki lub od razu interweniować w Warszawie. Postanowił wziąć byka za rogi.
-?Salim, powiedz, proszę, czy dzwonisz tylko z powodu tego zdjęcia? Czy jest jeszcze jakiś inny powód?
-?Aleks, wybacz, rozumiem, że mogłeś poczuć się dotknięty moim stwierdzeniem, iż tamten mężczyzna ciebie przypominał. Głupio zrobiłem. Przepraszam za ten telefon.
-?Czyli zadzwoniłeś wyłącznie w związku ze zdjęciem na Instagramie? - dalej naciskał Niwiński, chcąc w pełni zweryfikować, co się faktycznie dzieje.
-?Tak. Nie mam do ciebie nic innego. Chociaż nie... W ramach przeprosin za moje bezpodstawne podejrzenia chciałbym zaprosić cię na lunch w dogodnym dla ciebie terminie. Co ty na to?
-?Salim, z przyjemnością się z tobą spotkam. -?Niwiński miał w głowie kłębowisko myśli. "Czyżby Katarczyk chciał podczas lunchu porozmawiać o wczorajszej sytuacji w Dosze?", pomyślał. Zdecydował, by odsunąć spotkanie w czasie, skoro tamten nie naciskał. -?A teraz, jeśli nie masz nic ważnego... -?zawiesił głos, ale w słuchawce panowała cisza -?...to wolałbym zakończyć naszą rozmowę, bo zaraz mam spotkanie. Może w przyszłym tygodniu zastanowimy się nad lunchem.
-?Oczywiście, rozumiem, że jesteś zajęty -?powiedział dyplomata z Kataru. -?Zadzwonię w przyszłym tygodniu, może znajdziesz czas na spotkanie. Dobrego dnia. Insz Allah.
Aleks odłożył smartfona i zapatrzył się w okno. Nic nie rozumiał z tej rozmowy. A może nie chciał uwierzyć, że nie pojawiły się nieprzyjemne konsekwencje. Odpowiedzi Salima na powtarzane przez Niwińskiego zasadnicze pytanie raczej sugerowały, że Katarczyk nie zadzwonił w związku z wpadką w Dosze i nie miał żadnego polecenia swoich władz w tej sprawie. Co to oznaczało? Że służby Qatar State Security odpuściły wyjaśnianie podjęcia przez oficera polskiego wywiadu materiału ze skrytki? Ale skoro zatrzymali go na miejscu, to czy jeszcze wczoraj mieli inne stanowisko? Przecież jego ucieczka nie mogła wpłynąć na ocenę zdarzenia przez Katarczyków.
Nagle przyszło mu do głowy, że skoro QSS nie użyło ścieżki kontaktu przez placówkę swojego kraju w Rijadzie, to zapewne skontaktuje się z AW lub nawet z polskim MSZ poprzez ambasadę w Warszawie. Czyli na razie nie miał się z czego cieszyć. Problemy nadal były aktualne i realne. Najbardziej się obawiał, że Katarczycy zastosują oficjalną drogę przez MSZ, co nada sprawie niepotrzebny rozgłos, a jemu przysporzy kłopotów i złośliwości ze strony pracowników resortu. Wolałby uniknąć zarówno w centrali, jak i w Alei Szucha plotek, że jest nieudacznikiem i doprowadza do niepotrzebnych zadrażnień w stosunkach z zaprzyjaźnionymi partnerami. A biorąc pod uwagę ważną rolę, jaką władze Kataru odgrywają jako rozjemca w kluczowych konfliktach bliskowschodnich, Warszawa stara się zachować z nimi doskonałe relacje. Najbliższe dni wyjaśnią zapewne stanowisko władz Kataru. Przez moment zastanowił się nad poinformowaniem centrali przy Miłobędzkiej o pozytywnym kontakcie z placówką katarską. A przynajmniej o braku niekorzystnych kroków ze strony Dohy. Natychmiast jednak uznał, że odruchowo szuka czegoś, co poprawiłoby jego obraz w oczach przełożonych w centrali. "A jeśli jednak Katarczycy podejmą działania w Warszawie, to taka depesza narazi mnie na ośmieszenie w AW. Kurczę, i tak źle, i tak niedobrze", pomyślał bezradnie.
Sięgnął po kubek z kawą. Była już zimna, do czego mocno przyczyniła się klimatyzacja skutecznie obniżająca temperaturę w gabinecie Aleksa. Przez chwilę poczuł ochotę zamówienia u Ramiego kolejnej kawy, jednak zrezygnował i wypił zimną. Miał dużo spraw, którymi musiał się zająć, a nie raczyć się napojami. Wybrał numer szefa stacji CIA w Rijadzie.
Budynek rządowy w centrum stolicy Iranu niczym specjalnym się nie wyróżniał. Miał dwa piętra pomieszczeń biurowych, a w oknach uważny obserwator mógłby czasami dostrzec sylwetki pracowników. O jego oficjalnym charakterze świadczył wojskowy posterunek przy wejściu oraz wartownicy patrolujący zaplecze. Zgodnie z niczym niewyróżniającą się tablicą w budynku mieściło się Biuro Współpracy Technologicznej Prezydenta Iranu (TCO). Tylko dobrze poinformowani wiedzieli, że ta komórka prezydenckiej administracji zajmuje się pozyskiwaniem nowoczesnych technologii, szczególnie w dziedzinach bardzo istotnych dla rozwoju kraju. Osoby znające tajemnice Iranu miały świadomość, że tak naprawdę TCO jest całkowicie podporządkowane wywiadowi, a osoby tam pracujące to funkcjonariusze tej służby.
Srebrny Mercedes polskiej ambasady z dyplomatycznymi blachami właśnie zatrzymał się przed wejściem. Zazwyczaj samochody szefów zagranicznych placówek w Teheranie były albo srebrne, albo białe. Czarny był jedynie reprezentacyjny pojazd brytyjskiego ambasadora, tradycyjnie marki Bentley. Pojawienie się Mercedesa wywołało żywą reakcję ochrony, co sugerowało rangę obiektu i dobrze świadczyło o poziomie wyszkolenia w tej konkretnej jednostce, której żołnierze nosili na mundurach godło Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej. Z samochodu wysiadło dwóch mężczyzn w ciemnych garniturach, stosownych koszulach i krawatach i skierowało się do wejścia. Dowódca żołnierzy upewnił się, czy przybyli są oczekiwanymi gośćmi, i dał znak jednemu z podwładnych, żeby wpuścił gości do budynku.
Ambasador Rzeczypospolitej Polskiej Jacek Teodorczyk w towarzystwie radcy Pawła Abratowskiego wszedł do rozległego holu. Dla szefa placówki była to jedna z ostatnich wizyt kurtuazyjnych w instytucjach irańskiej administracji przed powrotem do kraju. Z Abratowskim byli umówieni, że ambasador postara się, aby podczas spotkania zainteresować gospodarza dalszym kontaktem właśnie z radcą. Teodorczyk zakładał, że jego następca, który przyleci do Teheranu za kilka tygodni, naturalną koleją rzeczy będzie dążył do przejęcia znajomości z dyrektorem TCO. To było naturalne, szczególnie w specyficznych irańskich realiach.
Podczas swojej dyplomatycznej kariery ambasador przekonał się, że nieformalna współpraca z oficerami wywiadu zazwyczaj bywa korzystna dla obu stron, dlaczego więc nie miałby spełnić prośby rezydenta AW. Miał świadomość, że wśród szefów placówek dyplomatycznych należał do mniejszości. Większość ambasadorów nie lubiła ludzi ze służb specjalnych, choć część spośród nich dobrze traktowała wywiad wojskowy, a dobre relacje z attaché obrony -?zwłaszcza w randze pułkownika, a jeszcze lepiej generała -?im imponowały. Ta niechęć wynikała z faktu, że dyplomaci nie mogli kontrolować tego, co tamci robili, i zazwyczaj obawiali się, że są oni konkurencją w zakresie szybkiego uzyskiwania ważnych informacji, a przede wszystkim zawsze mogą wychwytywać nieprawidłowości w działalności placówki lub samego ambasadora i donosić o nich w kraju. Teodorczyk był przekonany co do korzyści współdziałania z oficerami z AW. Abratowski, przybyły do Teheranu dwa lata temu, w praktyce potwierdził tę prawidłowość, dodatkowo był otwarty na dyskusje o ważnych informacjach pozyskiwanych ze źródeł niedostępnych dla Teodorczyka. Szef placówki starał się zabierać radcę również na wcześniejsze spotkania w TCO, choć nie zawsze się to udawało.
Do holu szybkim krokiem wszedł dyrektor biura Hassan Gholami. Zbliżył się do gości z wyciągniętą ręką i uprzejmym uśmiechem na ustach. Sama sylwetka tego czterdziestokilkuletniego weterana wojny z Irakiem robiła wrażenie na innych osobach. Mężczyzna był potężnie zbudowany, a imponujące mięśnie i masywna klatka piersiowa stanowiły dodatek do wzrostu -?ponad metr dziewięćdziesiąt. Niemal każdy jego rozmówca musiał patrzeć do góry, co powodowało, że czuł się niepewnie. Dzisiaj jednak Gholami na twarzy miał serdeczny uśmiech, który ocieplał atmosferę.
-?Witam waszą ekscelencję i pana radcę -?powiedział dobrym, płynnym angielskim. Przywitał się z gośćmi i szerokim ruchem ręki wskazał im drogę do salonu recepcyjnego, znajdującego się na wprost wejścia do budynku. Zajęli miejsca w wygodnych eleganckich fotelach, jakie trudno byłoby napotkać w większości irańskich instytucji. Również komplet kawowy sprawiał korzystne wrażenie. Gdy sekretarz nalał kawy do filiżanek i dyskretnie wyszedł, gospodarz zwrócił się do Jacka Teodorczyka:
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki