Agent Stitch. Tom 2. Zgryz z zęboidami. Disney - Steve Behling

Kup ebooka

40.00 zł
34.00 zł (33,46 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1. Twarde lądowanie

Roz­dział 1

Tym­cza­sem gdzieś nad Atlan­ty­kiem...

"Gdzieś nad Atlan­ty­kiem" trudno nazwać twar­dym kon­kre­tem, co? W zasa­dzie to wcale nie można tego tak nazwać, bo ze względu na całą tę wodę Atlan­tyk jest cał­kiem miękki. Pre­cy­zyj­niej byłoby powie­dzieć, że "gdzieś nad Atlan­ty­kiem" to miękki brak kon­kretu. Roz­mię­kły brak kon­kretu!

Wie­cie co? Wła­śnie sobie uświa­do­mi­łem, że w tytule tej książki nie ma nic o oce­anach, ale za to jest sporo o agen­cie Stit­chu, prawda? W takim razie im szyb­ciej przej­dziemy do Stit­cha, Lilo, Jumby i Pli­kliego, tym lepiej. Wybacz­cie roz­wle­kły start.

-?Tęsk­nię za Pary­żem -?wes­tchnął Pli­kli z roz­rzew­nie­niem, wyglą­da­jąc przez okno kam­pera. -?Mam wra­że­nie, że byli­śmy tam zale­d­wie godzinę temu.

-?Bo byli­śmy tam jesz­cze godzinę temu -?burk­nął Jumba. -?I zali­czy­li­śmy naprawdę wielką przy­godę, pamię­tasz?

-?Pew­nie, że pamię­tam naszą przy­godę! Kupa frajdy! -?obru­szył się Pli­kli, krzy­żu­jąc ręce na piersi i wydy­ma­jąc usta. -?Utkną­łem w brzu­chu glu­to­wa­tego śli­mob­cego z moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem! Jak mógł­bym zapo­mnieć?

-?Aku­rat ten moment nie miał nic wspól­nego z frajdą -?mruk­nął Jumba.

-?Cóż, każdy ma prawo do swo­jego zda­nia -?odpa­ro­wał nieco ura­żony Pli­kli. Naj­wy­raź­niej dotknął go brak reak­cji Jumby, gdy Pli­kli nazwał go swoim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem.

-?Ej, może­cie łaska­wie być tro­chę ciszej?! -?zawo­łała Lilo. -?Stitch pró­buje ste­ro­wać, a wasze gada­nie go roz­pra­sza.

-?Stitch da radę -?ode­zwał się nie­bie­ski stwo­rek, szar­piąc kie­row­nicą kam­pera. Pojazd śmi­gał w prze­stwo­rzach nad wodami Atlan­tyku. -?Stitch umie nie słu­chać Jumby.

-?Ej, sły­sza­łem to! -?obu­rzył się nauko­wiec.

-?Chyba o to mu cho­dziło -?stwier­dziła Lilo, szcze­rząc zęby w uśmie­chu.

Dobra, krótka pauza. Wiem, co sobie myśli­cie: "O co biega z tymi śli­mob­cymi? Co takiego Stitch i jego paczka w ogóle robili w Paryżu? I dla­czego ta książka nie jest sprze­da­wana w zesta­wie z kubeł­kiem lodów?".

Z tymi lodami to nawet was rozu­miem. Gdyby to zale­żało ode mnie, do każ­dej książki byłyby dołą­czone lody. Ale moja opi­nia nie­stety nic w tej kwe­stii nie zmieni.

Cof­nijmy się odro­binę. Musi­cie coś wie­dzieć o Stit­chu: to kosmita, który przy­szedł na świat (wszech­świat?) w wyniku nauko­wego eks­pe­ry­mentu -?jako Obiekt 626. Szybko wszedł w kon­flikt z Fede­ra­cją Galak­tyczną i zna­lazł schro­nie­nie na naszej pla­ne­cie. Zamiesz­kał na Hawa­jach z pię­cio­let­nią Lilo i jej star­szą sio­strą Nani. Towa­rzy­szą mu dok­tor Jumba Jookiba, genialny nauko­wiec, który stwo­rzył Stit­cha, oraz Pli­kli... no, nazwijmy go eks­per­tem od koma­rów. Oko miał na nich pewien pra­cow­nik opieki spo­łecz­nej Kobra Bąbel, który, tak się zło­żyło, był też agen­tem Fede­ra­cji Galak­tycz­nej.

Wszystko toczyło się gładko i milu­sio. Aż tu nagle pew­nego dnia Nani zapro­po­no­wała, żeby Lilo i Stitch wraz z Jumbą i Pli­klim urzą­dzili sobie wycieczkę po wyspie Kaua'i. Prze­wod­ni­cząca Rady Galak­tycz­nej wybrała aku­rat ten dzień, by zwer­bo­wać Stit­cha do Galak­tycz­nej Agen­cji Detek­ty­wi­stycz­nej (to ten cały GAD) i zle­cić mu zba­da­nie sprawy tajem­ni­czych (i śli­skich) wyda­rzeń w Paryżu.

Stitch potrak­to­wał to zada­nie poważ­nie. Jak?

Ponadto zale­żało mu na tym, by udo­wod­nić Prze­wod­ni­czą­cej, że jest mate­ria­łem na świet­nego agenta i abso­lut­nie wybit­nego detek­tywa zdol­nego roz­wią­zać każdy, ale to każdy pro­blem.

Prze­wod­ni­cząca mia­no­wała go Agen­tem 626 i posłała wraz z przy­ja­ciółmi do Paryża, gdzie szybko tra­fili na lepki trop groź­nych i prze­bie­głych kosmi­tów zwa­nych śli­mob­cymi. Wraz z Lilo, Jumbą, Pli­klim, agen­tem Kobrą Bąblem i jedy­nym dobrym śli­mob­cym o imie­niu Flo­ot­bar2 Agent 626 sta­wił czoło Zoo­lo­xowi Nie­roz­sąd­nemu, czyli przy­wódcy śli­ma­ko­po­dob­nych obcych.

Zoo­lox miał obse­sję na punk­cie pod­boju Ziemi i jakie­goś lokalu o nazwie NJUM, w któ­rym, jak się zdaje, ser­wo­wano nale­śniki. Przy­ja­ciele zmie­rzyli się z nim na szczy­cie wieży Eif­fla i zdo­łali powstrzy­mać śli­skich najeźdź­ców przed zawład­nię­ciem naszą pla­netą przy pomocy kosmicz­nej tech­no­lo­gii zwa­nej IMPRiS (skrót od Inter-Mole­ku­larny Pro­mień Roz­kła­da­jący i Skła­da­jący).

W mię­dzy­cza­sie Stitch poznał kodeks detek­tywa obo­wią­zu­jący wszyst­kich agen­tów GAD-u. I wzbo­ga­cił go nawet o wła­sną zasadę! A jeśli mi nie wie­rzy­cie, to wróć­cie na począ­tek tej książki, gdzie znaj­dzie­cie jego kom­pletną treść.

Po zakoń­cze­niu misji Prze­wod­ni­cząca poin­for­mo­wała Stit­cha o kło­po­tach w Nowym Jorku i pole­ciła, by spo­tkał się tam z agen­tem Kobrą Bąblem z GAD-u, który roz­po­czął już na miej­scu wła­sne śledz­two.

No dobra, teraz wie­cie już wszystko. Gdzie to byli­śmy...? A, już wiem!

-?Stitch, daleko jesz­cze do Nowego Jorku? -?zapy­tała Lilo.

-?Bli­ziutko -?zapew­nił Stitch, wska­zu­jąc na hory­zont i syl­wetki strze­li­stych wie­żow­ców.

-?To teraz ostroż­nie -?upo­mniała go Lilo. -?Musisz zna­leźć jakieś miej­sce, gdzie możemy wylą­do­wać kam­pe­rem, nie robiąc nikomu krzywdy. Może gdzieś tam...

Lilo włą­czyła mapę na ekra­nie roz­dziel­czym.

Stitch prych­nął. Dał z sie­bie wszystko pod­czas misji w Paryżu, by udo­wod­nić, że nadaje się na agenta, i poszło mu śpie­wa­jąco! To NA PEWNO ozna­czało, że potrafi wylą­do­wać kam­pe­rem bez niczy­jej pomocy. W końcu był teraz peł­no­praw­nym agen­tem GAD-u... i ta misja nale­żała do niego!

-?Stitch umie lądo­wać -?oświad­czył, może nico zbyt zuchwale.

-?Ale, Stitch, nie byłeś jesz­cze w Nowym Jorku i... -?bąk­nęła Lilo.

-?Mała może mieć rację -?wtrą­cił Jumba.

-?Pełna zgoda! -?dodał Pli­kli.

Ale mimo wąt­pli­wo­ści przy­ja­ciół Stitch zamie­rzał im zade­mon­stro­wać, że dosko­nale wie, co robi. W końcu był przy­wódcą dru­żyny, prawda?

-?Uwaga, za chwilę lądo­wa­nie -?oświad­czył z nie­za­chwianą pew­no­ścią.

-?Trzy­mać mocno! -?dodał i uru­cho­mił sil­niki znaj­du­jące się pod pod­wo­ziem kam­pera. To dzięki nim pojazd mógł star­to­wać i lądo­wać pio­nowo jak heli­kop­ter. Kam­per prze­bił się przez cienką war­stewkę chmur, a oczom pasa­że­rów uka­zał się pro­sto­kąt Cen­tral Parku, który zbli­żał się z zastra­sza­jącą pręd­ko­ścią.

Stitch pla­no­wał wylą­do­wać tuż nad brze­giem Stawu Żół­wio­wego, który nosił taką nazwę, bo -?tak, bingo! -?miesz­kała w nim cał­kiem pokaźna grupa żółwi.

Kam­per dalej pędził ku ziemi! Stitch spró­bo­wał uru­cho­mić hamulce aero­dy­na­miczne, ale na to było już zde­cy­do­wa­nie za późno. Pojazd prze­mknął nad traw­ni­kiem i z plu­skiem wylą­do­wał w wodzie!

Rozdział 2. Misja

Roz­dział 2

Był śro­dek popo­łu­dnia, a wielu ludzi wybrało ten moment, by delek­to­wać się świe­żym powie­trzem i pro­mie­niami słońca w Cen­tral Parku. Nie­któ­rzy wyle­gi­wali się na kocach pik­ni­ko­wych i zaja­dali późny obiad. Inni spa­ce­ro­wali z psami albo grali w soft­ball. A ponie­waż był to Nowy Jork, nikt nie zwró­cił uwagi na kam­per, który ni stąd, ni zowąd spadł z nieba i dał nura do Stawu Żół­wio­wego -?nikt poza jed­nym męż­czy­zną w czar­nym gar­ni­tu­rze i rów­nie czar­nych oku­la­rach prze­ciw­sło­necz­nych. Męż­czy­zna ten minął pik­ni­ko­wi­czów, psia­rzy i soft­bo­li­stów, przy­sta­nął nad brze­giem stawu i cze­kał.

Stitch wyj­rzał przez okno. Miał wylą­do­wać kam­pe­rem na lądzie, a nie pośrodku stawu! Ta wpadka mocno zra­niła jego dumę. Wie­dział, że winić może tylko sie­bie. Ale był prze­cież przy­wódcą. Nie mógł przy­znać, że popeł­nił błąd, prawda?

-?Zro­bi­łem spe­cjal­nie -?skła­mał. -?Żeby ostu­dzić sil­niki.

-?Stitch, czemu mnie nie posłu­cha­łeś? -?zapy­tała Lilo.

Stwo­rek nie odpo­wie­dział. Chciał uda­wać, że wszystko odbyło się tak, jak powinno. Otwo­rzył okno kam­pera i wysko­czył na zewnątrz.

-?Stitch, nie! -?zawo­łała Lilo.

Ale było za późno. Kosmita wpadł do wody i natych­miast zaczął tonąć. Nie spo­dzie­wał się, że par­kowy staw może być tak głę­boki! Za to ciało Stit­cha, choć nie­wiel­kie, było nie­sa­mo­wi­cie gęste, a przez to tak cięż­kie, że od razu poszedł na dno!

To samo przy­da­rzyło mu się na Hawa­jach. Któ­re­goś dnia sur­fo­wał z Lilo, Nani i Davi­dem, przy­ja­cie­lem rodziny. W pew­nej chwili spadł z deski i w mgnie­niu oka zaczął tonąć. Na szczę­ście David zdo­łał go ura­to­wać.

A teraz powtórka z roz­rywki: prze­padł pod powierzch­nią Stawu Żół­wio­wego niczym kamień.

Nagle poczuł, jak chwyta go czy­jaś wielka dłoń i prze­mo­czo­nego do suchej nitki wydo­bywa na powierzch­nię.

Jego wyba­wi­cie­lem oka­zał się Kobra Bąbel.

-?Jesteś zaska­ku­jąco ciężki -?zauwa­żył. -?Ale bar­dzo punk­tu­alny.

-?Dobry detek­tyw zawsze na czas -?oświad­czył Agent 626, wyplu­wa­jąc wodę.

To zabrzmiało jak cał­kiem nie­zła zasada. Zano­to­wał w pamięci, by dopi­sać ją do ofi­cjal­nej listy kodeksu detek­tywa.

-?Stitch, co ty sobie myśla­łeś?! -?krzyk­nęła Lilo, wyska­ku­jąc z kam­pera. -?Musisz bar­dziej uwa­żać! Mogło ci się coś stać! Nam wszyst­kim mogło się coś stać! Albo komuś na Ziemi!

-?Stitch wie­dział, co robi. Od początku -?obru­szył się kosmita, pró­bu­jąc zba­ga­te­li­zo­wać swój błąd. -?Wszystko dobrze skoń­czyło. Prawda, dru­żyna?

Jego głos uto­nął w ryku sil­ni­ków. Sie­dzący za ste­rami kam­pera Jumba pode­rwał pojazd z powierzchni stawu i gładko wylą­do­wał na brzegu.

Zanim Stitch zdą­żył to sko­men­to­wać, ode­zwał się Kobra:

-?Dobrze, że jeste­ście. Minęło nie­wiele czasu, ale sporo się wyda­rzyło, od kiedy widzie­li­śmy się w Paryżu. Nie­stety, nic dobrego.

-?Co się dzieje? -?zapy­tała Lilo.

Kobra ski­nął głową i prze­krę­cił wska­zówkę na swoim zegarku.

-?Lepiej niech ona wam powie.

Nad tar­czą zegarka poja­wił się holo­gram Prze­wod­ni­czą­cej.

Dzie­liło ich wiele lat świetl­nych. Prze­wod­ni­cząca stała na pokła­dzie statku orbi­tu­ją­cego wokół pla­nety Turo, gdzie znaj­do­wała się główna sie­dziba Fede­ra­cji Galak­tycz­nej i Galak­tycz­nej Agen­cji Detek­ty­wi­stycz­nej. Za jej ple­cami przy kon­so­le­cie sie­dział nie­duży różowy kosmita, który wpro­wa­dzał dane do ogrom­nego kom­pu­tera.

-?Agen­cie Bąblu, Agen­cie 626, sytu­acja jest poważ­niej­sza, niż nam się zda­wało -?ode­zwała się Prze­wod­ni­cząca. -?Aby pomyśl­nie roz­wią­zać tę sprawę, będzie­cie musieli połą­czyć siły. Agen­cie 626, liczę, że dosto­su­jesz się do instruk­cji agenta Bąbla.

Stitch się naje­żył. Wyda­wało mu się, że to jego misja. Dla­czego musi słu­chać pole­ceń Kobry? Stwor­kowi wcale się to nie podo­bało, o nie, ani tro­chę -?szcze­gól­nie po tym, jak dosko­nale sobie pora­dził w Paryżu.

-?Prze­pra­szam -?ode­zwał się -?ale Stitch...

-?Na pyta­nia odpo­wiem póź­niej -?prze­rwała mu Prze­wod­ni­cząca.

Stwo­rek burk­nął coś pod nosem i przy­tak­nął. Nie dość, że stra­cił pozy­cję przy­wódcy dru­żyny, to jesz­cze nie wolno mu się odzy­wać?

-?Waszym kon­tak­tem we wszyst­kich spra­wach zwią­za­nych z tym zada­niem będzie agento Mańko -?oświad­czyła Prze­wod­ni­cząca. -?Odpo­wiada za wszelką komu­ni­ka­cję, żeby dać mi czas na zapo­zna­nie się z rapor­tem doty­czą­cym sprawy śli­mob­cych. Wszy­scy pamię­ta­cie agento Mańko, prawda? -?upew­niła się, poka­zu­jąc na różo­wego kosmitę.

Nie zasko­czy cię pew­nie, że nikt nie pamię­tał agento Mańki.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Prolog. Kosze na śmieci

Pro­log

O Nowym Jorku mówią "mia­sto, które ni­gdy nie śpi"1.

W tej tęt­nią­cej życiem metro­po­lii zawsze coś się dzieje, bez względu na porę dnia. Czy to wie­czór, popo­łu­dnie, czy śro­dek nocy, ludzie kręcą się jak w koło­wrotku, spie­sząc z punktu A do punktu B, z domu do pracy, na spo­tka­nie z przy­ja­ciółmi albo na spa­cer w słyn­nym Cen­tral Parku.

A naj­ła­twiej we wszyst­kie miej­sca można dotrzeć metrem -?pod­ziem­nym pocią­giem prze­my­ka­ją­cym tune­lami łączą­cymi wszyst­kie pięć dziel­nic, w tym wyspę Man­hat­tan. Oj tak, metro to fajna sprawa, zawie­zie cię, dokąd tylko chcesz.

Nie powinno więc nikogo dzi­wić, że nie­za­leż­nie od godziny na wszyst­kich czte­ry­stu sie­dem­dzie­się­ciu dwóch sta­cjach metra kłębi się tłum ludzi.

Zdzi­wić mogło jed­nak zacho­wa­nie pew­nej pani, która masze­ro­wała ze wzro­kiem wbi­tym w dal, nie zwra­ca­jąc uwagi na prze­chod­niów poko­nu­ją­cych schody pro­wa­dzące do metra na skrzy­żo­wa­niu Czter­na­stej Ulicy i Siód­mej Alei. Minęła prze­peł­niony po brzegi kosz na śmieci i wpa­dła na gbu­ro­wa­tego męż­czy­znę pro­wa­dzącego na smy­czy ener­gicz­nego bul­doga.

-?Ej, patrz, jak idziesz! -?wark­nął męż­czy­zna, a bul­dog z zacie­ka­wie­niem obwą­chał kosz.

Ale kobieta kom­plet­nie ich zigno­ro­wała. Zupeł­nie jakby myślami znaj­do­wała się na zupeł­nie innej pla­ne­cie! Stała nie­ru­chomo, patrząc przed sie­bie pustym wzro­kiem.

-?Metro mnie przy­zywa, tam roboty masa -?mam­ro­tała pod nosem. -?Przez dłu­gie tunele pod powierzch­nią mia­sta.

-?Że co? -?prych­nął męż­czy­zna. -?Poetka się zna­la­zła...

Jego uszczy­pli­wość nie zro­biła na kobie­cie naj­mniej­szego wra­że­nia.

-?Kap, kap, kapie woda, rym się sam nie skleci -?mówiła dalej, jakby go nie usły­szała. -?Ogród rośnie w oczach, popatrz, jak się świeci!

Gbur ze zło­ścią przy­gryzł wargę.

-?Dzi­waczka -?mruk­nął, a bul­dog uniósł głowę i wydał z sie­bie soli­darne wark­nię­cie.

Kobieta w końcu ruszyła przed sie­bie i wkrótce znik­nęła za zakrę­tem.

-?W tym mie­ście roi się od dzi­wa­ków -?stwier­dził gbur, po czym spoj­rzał na bul­doga, który wró­cił do obwą­chi­wa­nia kosza na śmieci. -?Co nie, Pysiu?

Pysio odpo­wie­dział chark­nię­ciem i sko­czył na swo­jego pana, żeby go ode­pchnąć go kosza.

-?Teraz ty dzi­wa­czysz? -?wes­tchnął gbu­ro­waty męż­czy­zna, patrząc, jak psiak w zębach pod­nosi coś z ziemi. -?Co to za świń­stwo? Zostaw to, ale już! Nie masz poję­cia, skąd to się tam wzięło! -?uty­ski­wał.

Schy­lił się do Pysia i wyjął mu z pyska długi, szpi­cza­sty przed­miot.

Nagle kosz prze­su­nął się w ich stronę. Z każdą chwilą sta­wał się coraz więk­szy, gdy jego zawar­tość zaczęła puch­nąć. Na szczy­cie sterty śmieci leżało meta­lowe pudełko w kolo­rze jado­wi­tej zie­leni.

-?Co do... -?wyją­kał męż­czy­zna, upusz­cza­jąc szpi­cza­sty przed­miot.

Wię­cej nie zdą­żył powie­dzieć, bo w tym momen­cie z pudełka wystrze­lił ośle­pia­jący snop świa­tła.

Gde­ra­nie męż­czy­zny uci­chło.

Oczy mu się zaszkliły. Puścił smycz Pysia i ruszył za koszem w dół po scho­dach, w kie­runku tego samego zakrętu na dole scho­dów, za któ­rym znik­nęła dziwna kobieta.

Psiak szcze­kał bez­rad­nie, gdy jego pan mam­ro­tał pod nosem:

-?Metro mnie przy­zywa, tam roboty masa. Przez dłu­gie tunele pod powierzch­nią mia­sta...