Rozdział 1. Twarde lądowanie
Rozdział 1
Tymczasem gdzieś nad Atlantykiem...
"Gdzieś nad Atlantykiem" trudno nazwać twardym konkretem, co? W zasadzie
to wcale nie można tego tak nazwać, bo ze względu na całą tę wodę
Atlantyk jest całkiem miękki. Precyzyjniej byłoby powiedzieć, że "gdzieś
nad Atlantykiem" to miękki brak konkretu. Rozmiękły brak konkretu!
Wiecie co? Właśnie sobie uświadomiłem, że w tytule tej książki nie ma
nic o oceanach, ale za to jest sporo o agencie Stitchu, prawda? W takim
razie im szybciej przejdziemy do Stitcha, Lilo, Jumby i Plikliego, tym
lepiej. Wybaczcie rozwlekły start.
-?Tęsknię za Paryżem -?westchnął Plikli z rozrzewnieniem, wyglądając
przez okno kampera. -?Mam wrażenie, że byliśmy tam zaledwie godzinę
temu.
-?Bo byliśmy tam jeszcze godzinę temu -?burknął Jumba. -?I zaliczyliśmy
naprawdę wielką przygodę, pamiętasz?
-?Pewnie, że pamiętam naszą przygodę! Kupa frajdy! -?obruszył się
Plikli, krzyżując ręce na piersi i wydymając usta. -?Utknąłem w brzuchu
glutowatego ślimobcego z moim najlepszym przyjacielem! Jak mógłbym
zapomnieć?
-?Akurat ten moment nie miał nic wspólnego z frajdą -?mruknął Jumba.
-?Cóż, każdy ma prawo do swojego zdania -?odparował nieco urażony
Plikli. Najwyraźniej dotknął go brak reakcji Jumby, gdy Plikli nazwał go
swoim najlepszym przyjacielem.
-?Ej, możecie łaskawie być trochę ciszej?! -?zawołała Lilo. -?Stitch
próbuje sterować, a wasze gadanie go rozprasza.
-?Stitch da radę -?odezwał się niebieski stworek, szarpiąc kierownicą
kampera. Pojazd śmigał w przestworzach nad wodami Atlantyku. -?Stitch
umie nie słuchać Jumby.
-?Ej, słyszałem to! -?oburzył się naukowiec.
-?Chyba o to mu chodziło -?stwierdziła Lilo, szczerząc zęby w uśmiechu.
Dobra, krótka pauza. Wiem, co sobie myślicie: "O co biega z tymi
ślimobcymi? Co takiego Stitch i jego paczka w ogóle robili w Paryżu? I dlaczego ta książka nie jest sprzedawana w zestawie z kubełkiem lodów?".
Z tymi lodami to nawet was rozumiem. Gdyby to zależało ode mnie, do
każdej książki byłyby dołączone lody. Ale moja opinia niestety nic w tej
kwestii nie zmieni.
Cofnijmy się odrobinę. Musicie coś wiedzieć o Stitchu: to kosmita, który
przyszedł na świat (wszechświat?) w wyniku naukowego eksperymentu -?jako
Obiekt 626. Szybko wszedł w konflikt z Federacją Galaktyczną i znalazł
schronienie na naszej planecie. Zamieszkał na Hawajach z pięcioletnią
Lilo i jej starszą siostrą Nani. Towarzyszą mu doktor Jumba Jookiba,
genialny naukowiec, który stworzył Stitcha, oraz Plikli... no, nazwijmy go
ekspertem od komarów. Oko miał na nich pewien pracownik opieki
społecznej Kobra Bąbel, który, tak się złożyło, był też agentem
Federacji Galaktycznej.
Wszystko toczyło się gładko i milusio. Aż tu nagle pewnego dnia Nani
zaproponowała, żeby Lilo i Stitch wraz z Jumbą i Pliklim urządzili sobie
wycieczkę po wyspie Kaua'i. Przewodnicząca Rady Galaktycznej wybrała
akurat ten dzień, by zwerbować Stitcha do Galaktycznej Agencji
Detektywistycznej (to ten cały GAD) i zlecić mu zbadanie sprawy
tajemniczych (i śliskich) wydarzeń w Paryżu.
Stitch potraktował to zadanie poważnie. Jak?
Ponadto zależało mu na tym, by udowodnić Przewodniczącej, że jest
materiałem na świetnego agenta i absolutnie wybitnego detektywa zdolnego
rozwiązać każdy, ale to każdy problem.
Przewodnicząca mianowała go Agentem 626 i posłała wraz z przyjaciółmi
do Paryża, gdzie szybko trafili na lepki trop groźnych i przebiegłych
kosmitów zwanych ślimobcymi. Wraz z Lilo, Jumbą, Pliklim, agentem Kobrą
Bąblem i jedynym dobrym ślimobcym o imieniu Flootbar2 Agent
626 stawił czoło Zooloxowi Nierozsądnemu, czyli przywódcy
ślimakopodobnych obcych.
Zoolox miał obsesję na punkcie podboju Ziemi i jakiegoś lokalu o nazwie
NJUM, w którym, jak się zdaje, serwowano naleśniki. Przyjaciele
zmierzyli się z nim na szczycie wieży Eiffla i zdołali powstrzymać
śliskich najeźdźców przed zawładnięciem naszą planetą przy pomocy
kosmicznej technologii zwanej IMPRiS (skrót od Inter-Molekularny Promień
Rozkładający i Składający).
W międzyczasie Stitch poznał kodeks detektywa obowiązujący wszystkich
agentów GAD-u. I wzbogacił go nawet o własną zasadę! A jeśli mi nie
wierzycie, to wróćcie na początek tej książki, gdzie znajdziecie jego
kompletną treść.
Po zakończeniu misji Przewodnicząca poinformowała Stitcha o kłopotach w Nowym Jorku i poleciła, by spotkał się tam z agentem Kobrą Bąblem z GAD-u, który rozpoczął już na miejscu własne śledztwo.
No dobra, teraz wiecie już wszystko. Gdzie to byliśmy...? A, już wiem!
-?Stitch, daleko jeszcze do Nowego Jorku? -?zapytała Lilo.
-?Bliziutko -?zapewnił Stitch, wskazując na horyzont i sylwetki
strzelistych wieżowców.
-?To teraz ostrożnie -?upomniała go Lilo. -?Musisz znaleźć jakieś
miejsce, gdzie możemy wylądować kamperem, nie robiąc nikomu krzywdy.
Może gdzieś tam...
Lilo włączyła mapę na ekranie rozdzielczym.
Stitch prychnął. Dał z siebie wszystko podczas misji w Paryżu, by
udowodnić, że nadaje się na agenta, i poszło mu śpiewająco! To NA PEWNO
oznaczało, że potrafi wylądować kamperem bez niczyjej pomocy. W końcu
był teraz pełnoprawnym agentem GAD-u... i ta misja należała do niego!
-?Stitch umie lądować -?oświadczył, może nico zbyt zuchwale.
-?Ale, Stitch, nie byłeś jeszcze w Nowym Jorku i... -?bąknęła Lilo.
-?Mała może mieć rację -?wtrącił Jumba.
-?Pełna zgoda! -?dodał Plikli.
Ale mimo wątpliwości przyjaciół Stitch zamierzał im zademonstrować, że
doskonale wie, co robi. W końcu był przywódcą drużyny, prawda?
-?Uwaga, za chwilę lądowanie -?oświadczył z niezachwianą pewnością.
-?Trzymać mocno! -?dodał i uruchomił silniki znajdujące się pod
podwoziem kampera. To dzięki nim pojazd mógł startować i lądować pionowo
jak helikopter. Kamper przebił się przez cienką warstewkę chmur, a oczom
pasażerów ukazał się prostokąt Central Parku, który zbliżał się z zastraszającą prędkością.
Stitch planował wylądować tuż nad brzegiem Stawu Żółwiowego, który nosił
taką nazwę, bo -?tak, bingo! -?mieszkała w nim całkiem pokaźna grupa
żółwi.
Kamper dalej pędził ku ziemi! Stitch spróbował uruchomić hamulce
aerodynamiczne, ale na to było już zdecydowanie za późno. Pojazd
przemknął nad trawnikiem i z pluskiem wylądował w wodzie!
Rozdział 2. Misja
Rozdział 2
Był środek popołudnia, a wielu ludzi wybrało ten moment, by delektować
się świeżym powietrzem i promieniami słońca w Central Parku. Niektórzy
wylegiwali się na kocach piknikowych i zajadali późny obiad. Inni
spacerowali z psami albo grali w softball. A ponieważ był to Nowy Jork,
nikt nie zwrócił uwagi na kamper, który ni stąd, ni zowąd spadł z nieba
i dał nura do Stawu Żółwiowego -?nikt poza jednym mężczyzną w czarnym
garniturze i równie czarnych okularach przeciwsłonecznych. Mężczyzna ten
minął piknikowiczów, psiarzy i softbolistów, przystanął nad brzegiem
stawu i czekał.
Stitch wyjrzał przez okno. Miał wylądować kamperem na lądzie, a nie
pośrodku stawu! Ta wpadka mocno zraniła jego dumę. Wiedział, że winić
może tylko siebie. Ale był przecież przywódcą. Nie mógł przyznać, że
popełnił błąd, prawda?
-?Zrobiłem specjalnie -?skłamał. -?Żeby ostudzić silniki.
-?Stitch, czemu mnie nie posłuchałeś? -?zapytała Lilo.
Stworek nie odpowiedział. Chciał udawać, że wszystko odbyło się tak, jak
powinno. Otworzył okno kampera i wyskoczył na zewnątrz.
-?Stitch, nie! -?zawołała Lilo.
Ale było za późno. Kosmita wpadł do wody i natychmiast zaczął tonąć. Nie
spodziewał się, że parkowy staw może być tak głęboki! Za to ciało
Stitcha, choć niewielkie, było niesamowicie gęste, a przez to tak
ciężkie, że od razu poszedł na dno!
To samo przydarzyło mu się na Hawajach. Któregoś dnia surfował z Lilo,
Nani i Davidem, przyjacielem rodziny. W pewnej chwili spadł z deski i w mgnieniu oka zaczął tonąć. Na szczęście David zdołał go uratować.
A teraz powtórka z rozrywki: przepadł pod powierzchnią Stawu Żółwiowego
niczym kamień.
Nagle poczuł, jak chwyta go czyjaś wielka dłoń i przemoczonego do suchej
nitki wydobywa na powierzchnię.
Jego wybawicielem okazał się Kobra Bąbel.
-?Jesteś zaskakująco ciężki -?zauważył. -?Ale bardzo punktualny.
-?Dobry detektyw zawsze na czas -?oświadczył Agent 626, wypluwając wodę.
To zabrzmiało jak całkiem niezła zasada. Zanotował w pamięci, by dopisać
ją do oficjalnej listy kodeksu detektywa.
-?Stitch, co ty sobie myślałeś?! -?krzyknęła Lilo, wyskakując z kampera.
-?Musisz bardziej uważać! Mogło ci się coś stać! Nam wszystkim mogło się
coś stać! Albo komuś na Ziemi!
-?Stitch wiedział, co robi. Od początku -?obruszył się kosmita, próbując
zbagatelizować swój błąd. -?Wszystko dobrze skończyło. Prawda, drużyna?
Jego głos utonął w ryku silników. Siedzący za sterami kampera Jumba
poderwał pojazd z powierzchni stawu i gładko wylądował na brzegu.
Zanim Stitch zdążył to skomentować, odezwał się Kobra:
-?Dobrze, że jesteście. Minęło niewiele czasu, ale sporo się wydarzyło,
od kiedy widzieliśmy się w Paryżu. Niestety, nic dobrego.
-?Co się dzieje? -?zapytała Lilo.
Kobra skinął głową i przekręcił wskazówkę na swoim zegarku.
-?Lepiej niech ona wam powie.
Nad tarczą zegarka pojawił się hologram Przewodniczącej.
Dzieliło ich wiele lat świetlnych. Przewodnicząca stała na pokładzie
statku orbitującego wokół planety Turo, gdzie znajdowała się główna
siedziba Federacji Galaktycznej i Galaktycznej Agencji
Detektywistycznej. Za jej plecami przy konsolecie siedział nieduży
różowy kosmita, który wprowadzał dane do ogromnego komputera.
-?Agencie Bąblu, Agencie 626, sytuacja jest poważniejsza, niż nam się
zdawało -?odezwała się Przewodnicząca. -?Aby pomyślnie rozwiązać tę
sprawę, będziecie musieli połączyć siły. Agencie 626, liczę, że
dostosujesz się do instrukcji agenta Bąbla.
Stitch się najeżył. Wydawało mu się, że to jego misja. Dlaczego musi
słuchać poleceń Kobry? Stworkowi wcale się to nie podobało, o nie, ani
trochę -?szczególnie po tym, jak doskonale sobie poradził w Paryżu.
-?Przepraszam -?odezwał się -?ale Stitch...
-?Na pytania odpowiem później -?przerwała mu Przewodnicząca.
Stworek burknął coś pod nosem i przytaknął. Nie dość, że stracił pozycję
przywódcy drużyny, to jeszcze nie wolno mu się odzywać?
-?Waszym kontaktem we wszystkich sprawach związanych z tym zadaniem
będzie agento Mańko -?oświadczyła Przewodnicząca. -?Odpowiada za wszelką
komunikację, żeby dać mi czas na zapoznanie się z raportem dotyczącym
sprawy ślimobcych. Wszyscy pamiętacie agento Mańko, prawda? -?upewniła
się, pokazując na różowego kosmitę.
Nie zaskoczy cię pewnie, że nikt nie pamiętał agento Mańki.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Prolog. Kosze na śmieci
Prolog
O Nowym Jorku mówią "miasto, które nigdy nie śpi"1.
W tej tętniącej życiem metropolii zawsze coś się dzieje, bez względu na
porę dnia. Czy to wieczór, popołudnie, czy środek nocy, ludzie kręcą się
jak w kołowrotku, spiesząc z punktu A do punktu B, z domu do pracy, na
spotkanie z przyjaciółmi albo na spacer w słynnym Central Parku.
A najłatwiej we wszystkie miejsca można dotrzeć metrem -?podziemnym
pociągiem przemykającym tunelami łączącymi wszystkie pięć dzielnic, w tym wyspę Manhattan. Oj tak, metro to fajna sprawa, zawiezie cię, dokąd
tylko chcesz.
Nie powinno więc nikogo dziwić, że niezależnie od godziny na wszystkich
czterystu siedemdziesięciu dwóch stacjach metra kłębi się tłum ludzi.
Zdziwić mogło jednak zachowanie pewnej pani, która maszerowała ze
wzrokiem wbitym w dal, nie zwracając uwagi na przechodniów pokonujących
schody prowadzące do metra na skrzyżowaniu Czternastej Ulicy i Siódmej
Alei. Minęła przepełniony po brzegi kosz na śmieci i wpadła na
gburowatego mężczyznę prowadzącego na smyczy energicznego buldoga.
-?Ej, patrz, jak idziesz! -?warknął mężczyzna, a buldog z zaciekawieniem
obwąchał kosz.
Ale kobieta kompletnie ich zignorowała. Zupełnie jakby myślami
znajdowała się na zupełnie innej planecie! Stała nieruchomo, patrząc
przed siebie pustym wzrokiem.
-?Metro mnie przyzywa, tam roboty masa -?mamrotała pod nosem. -?Przez
długie tunele pod powierzchnią miasta.
-?Że co? -?prychnął mężczyzna. -?Poetka się znalazła...
Jego uszczypliwość nie zrobiła na kobiecie najmniejszego wrażenia.
-?Kap, kap, kapie woda, rym się sam nie skleci -?mówiła dalej, jakby go
nie usłyszała. -?Ogród rośnie w oczach, popatrz, jak się świeci!
Gbur ze złością przygryzł wargę.
-?Dziwaczka -?mruknął, a buldog uniósł głowę i wydał z siebie solidarne
warknięcie.
Kobieta w końcu ruszyła przed siebie i wkrótce zniknęła za zakrętem.
-?W tym mieście roi się od dziwaków -?stwierdził gbur, po czym spojrzał
na buldoga, który wrócił do obwąchiwania kosza na śmieci. -?Co nie,
Pysiu?
Pysio odpowiedział charknięciem i skoczył na swojego pana, żeby go
odepchnąć go kosza.
-?Teraz ty dziwaczysz? -?westchnął gburowaty mężczyzna, patrząc, jak
psiak w zębach podnosi coś z ziemi. -?Co to za świństwo? Zostaw to, ale
już! Nie masz pojęcia, skąd to się tam wzięło! -?utyskiwał.
Schylił się do Pysia i wyjął mu z pyska długi, szpiczasty przedmiot.
Nagle kosz przesunął się w ich stronę. Z każdą chwilą stawał się coraz
większy, gdy jego zawartość zaczęła puchnąć. Na szczycie sterty śmieci
leżało metalowe pudełko w kolorze jadowitej zieleni.
-?Co do... -?wyjąkał mężczyzna, upuszczając szpiczasty przedmiot.
Więcej nie zdążył powiedzieć, bo w tym momencie z pudełka wystrzelił
oślepiający snop światła.
Gderanie mężczyzny ucichło.
Oczy mu się zaszkliły. Puścił smycz Pysia i ruszył za koszem w dół po
schodach, w kierunku tego samego zakrętu na dole schodów, za którym
zniknęła dziwna kobieta.
Psiak szczekał bezradnie, gdy jego pan mamrotał pod nosem:
-?Metro mnie przyzywa, tam roboty masa. Przez długie tunele pod
powierzchnią miasta...