Agent - Manuela Gretkowska

Reflow text when sidebars are open.
- Tam chyba coś jest. - Hanna trafiła łyżką na grudę w kremowym ciastku podanym przez kelnera.
- Niemożliwe - uśmiechnął się Szymon.
- Z czego ty się cieszysz? Bo wyszło na twoje, Hilton byłby lepszy? - Dziabnęła ciastko mocniej i odsunęła z obrzydzeniem talerzyk.
W opustoszałej restauracji bezczynna dyskotekowa kula zamiast lusterkowych lśnień rozsiewała kurz. Kelner w wyświechtanym garniturze stał przy panoramicznym oknie wychodzącym na miejską plażę Tel Awiwu. Jego odświętna mina i pobłażliwy spokój Szymona - Kochanie, sprawdź... - utwierdziły Hannę w przekonaniu, że byli w zmowie.
Odłożyła ślizgającą się po czymś łyżkę. Palcami wydłubała z ciastka oblepione kremem pudełeczko.
- No wiesz... - Otworzyła wzruszona.
Wysypała na dłoń kolczyki. Zachwyciły ją misternie oprawione brylanty i spryt męża. Kiedy on zdążył przekupić kelnera? Zrozumiała, dlaczego upierał się na kolację w Hiltonie. Miał już wszystko przygotowane, a ona tuż przed wyjściem zmieniła rezerwację. Czterdziestą rocznicę ślubu chciała sentymentalnie świętować nad morzem. Dokładnie przy tej samej plaży, gdzie się poznali.
- Nie marzyłam...
- Najbardziej błyszczący szlif Princessa, pasują ci do oczu.
- W moim wieku do oczu pasują łzy. - Otarła je serwetką.
- Nie mów tak. - Pocałował jej pięść zaciskającą kolczyki. - Przymierzysz? - Podziwiał swój zakup: ośmiokątna symetria, maksymalna liczba fasetek: sto czterdzieści sześć. Szymon, informatyk, nabierał pewności wśród cyfr i konkretów.
Hanna odpinała z uszu rubiny w odcieniu swojej szminki. Zdejmowała je powoli, patrząc na Szymona zalotnie, jakby robiła striptiz twarzy.
Pierwszy brylant, trzydziestoczterofasetkowy szlif Mazarina, wyjątkowy, niemal granatowy w platynowym pierścionku, dostała od męża na trzydzieste czwarte urodziny. Wprowadził wtedy na giełdę swoją firmę komputerową. Po wrześniowym krachu stracili dostatnią emeryturę. Zaczęli oszczędzać. Drogie kolczyki to dowód dźwigania się z klęski. I żywotności Szymona usiłującego nadrobić straty. O ile nie kupił prezentu na kredyt... W każdym razie chciał Hannę olśnić. Brylanty były szyfrem ich miłości i depozytem.
- Princessa. Moja princessa - zachwycił się, gdy wpięła kolczyki. - Najlepszym przyjacielem dziewczyny - zanucił - są brylanty.
- Nie, mój drogi. Najlepszym przyjacielem jest mąż ofiarujący brylanty.
- Marilyn Monroe miała kilku mężów.
- Mnie jeden wystarczy.
- Chamuda - szepnął, odsuwając Hannie kosmyk włosów za ucho - Chamuda.
To było najczulsze imię. Wymawiał je, gdy się kochali. Nazwał ją tak pierwszy raz przez pomyłkę, nie znając hebrajskiego. Przyjechał do Izraela w latach sześćdziesiątych poznać ciotkę, jedyną ocalałą z rodziny. Przedpołudnia spędzał na telawiwskiej plaży, niedaleko jej domu. Upał, morze oddychało wilgotnym błękitem. Rozkładał ręcznik w pobliżu studentek medycyny. Uczyły się do egzaminu. Wymieniały nazwy anatomiczne. Szymon znał łacinę z przemyskiego liceum. Zdawał ją na maturze tuż przed wyjazdem. Na plaży zapamiętywał hebrajskie tłumaczenia słów, zmieszane ze śmiechem dziewczęcej prowokacji. Studentki, zerkając na niego, kremowały sobie opalone ramiona i nogi. Podwijały jednoczęściowe kostiumy kąpielowe aż po zakola jasnych pośladków. Zawstydzony swoim podnieceniem, zapamiętał: pita, mamma - sterczący sutek w kształcie ust nadstawionych do pocałunku. Wypatrzył go pod mokrym stanikiem rudej. Obejmowała delikatnymi palcami duże piersi, szadaim, papillae, i podtrzymujący je mięsień.
- Znasz ją? - zapytał dzieciaka kręcącego się przy studentkach.
Mały handlował na plaży ciepłą oranżadą. Rozumiał angielski i wiedział, o którą z czterech dziewczyn chodzi, najładniejszą.
- Chamuda - rozmarzył się, wyciągając od Szymona kilka monet więcej.
- Chamuda - powtórzył Szymon, przekonany, że słyszał to imię na "Cha" w rozmowach studentek. - Dzień dobry, Chamuda - powiedział, przechodząc koło jej koca.
Hanna nie dowierzała.
Od kilku dni obserwujący ją nieśmiały chłopak powiedział "Ukochana"?
Koleżanki roześmiały się wzgardliwie i pobiegły kąpać. Zostali sami.
- Skąd jesteś? - zapytała.
- Polska.
- Hanna.
Nie chciała mówić po polsku, chociaż to był jej pierwszy, dobrze znany język. Przyłożyła do zapiaszczonego torsu jego spoconą rękę. Oparła wskazujący palec w zagłębieniu szyi, pod jabłkiem Adama.
- Loa, gutter - powtórzył wyuczone słówka, pragnąc jej zachłannymi oczami dziecka.
Nacisnęła nad obojczykiem pulsującą mu od emocji tętnicę doprowadzającą krew z serca prosto do głowy.
- Szymon - powiedział, jakby domyślił się własnego imienia.
Delikatny i mocny, oliwkowo śródziemnomorski, podobał się jej. Po latach jeszcze bardziej mężczyzna, który wyrósł z tamtego chłopca. Niedawno zaczął siwieć. Mroźne igiełki na skroniach zapowiadające chłód śmierci dodały mu straceńczego uroku. Przez wiele kobiet mylonego ze smutkiem. Dzięki niemu mogły wreszcie być pożyteczne. Męskość jest przecież rodzajem schorzenia, trzeba się o nią troszczyć. Mężczyźni szybciej umierają, zostawiając po sobie wdowy gotowe pouczać mężatki albo je zastąpić. Ale Szymon potrzebował tylko jej - była o tym przekonana. Czterdzieści lat udanego małżeństwa dawało pewność. Lokatę solidniejszą od brylantów.
- Państwo Golberg. - Kelner otworzył szampana. - Moje gratulacje. - Przypomniał sobie o zapaleniu świecy.
- Ile ty mu zapłaciłeś, że on cię zna? - zapytała porozumiewawczo.
- Drobiazg. - Podnosząc kieliszek, przeliczył w pamięci koszt prezentu i kolacji. - Drobiazg w porównaniu... - Zakreślił krąg obejmujący stolik, Hannę, ich nieprzeliczalne na nic uczucia.
Kelner chciał przyłączyć się do toastu Lechajem (Za życie).
- Za nas - uprzedził go Szymon.
Hanna podniosła swój kieliszek. Jej ciemnobrązowe oczy, zbyt szeroko rozstawione w szczupłej twarzy, przypominały melancholijno-bezczelne spojrzenie starzejącej się Susan Sarandon.
Świadoma tego nosiła jak ona półdługie fryzury, podkreślała grubą kredką opadające powieki.
- Do kogoś jesteś podobna - mówili nowo poznani. - Nie jesteś spokrewniona z tą rudą, no wiesz, amerykańską aktorką?
Lubiła Sarandon za jej zaangażowane człowieczeństwo. Hanna, wychowana przez komunizujących rodziców, założycieli Neot Mordechaj, jednego z pierwszych kibuców w okolicy wzgórz Golan, miała społecznikostwo we krwi. Z domu Lippman, postąpiła zgodnie z zasadami rodziny: zamiast prywatnej praktyki wybrała gorzej płatny etat w szpitalu. Po przejściu na emeryturę leczyła za darmo, dla przyjemności.
W torebce miała jeszcze przeterminowane bloczki recept i bony okazyjnych zniżek dodawane do gazet. Zbierała je od jedenastego września, gdy zaczęli tracić oszczędności. Pamiętała głodowe wspomnienia rodziców, ich wojenne kartki żywnościowe. Kolekcjonowanie bonów zniżkowych dawało jej poczucie własnej walki o przetrwanie. Wydobyła spośród nich dzwoniący telefon.
- Właśnie pijemy z tatą szampana. - Odstawiła pusty kieliszek.
Sądząc po ożywieniu Hanny, zanosiło się na dłuższą rozmowę. Zniecierpliwiony Szymon wstał. Poszedł popatrzeć przez okno wielkości kinowego ekranu. Coraz wyższe fale zbierały z chmur szarą pianę zwisającą nad horyzontem.
- Dzięki za pamięć, Miriam, i gratulacje. - Hanna wreszcie zamknęła słuchawkę w torebce.
- Dodzwoniła się ze średniowiecza?
- Nasza córka zaprasza na ślub - powiedziała uroczyście, ozdobną czcionką weselnych zaproszeń.
Szymonowi słowa "ślub" i "córka" zachrzęściły kieliszkami zdeptanymi pod chupą na szczęście. Od tego momentu, od telefonu Miriam, będzie musiał chodzić po tłuczonym szkle.
- Też sobie wybrała moment. - Zraniony udawał obojętność.
- Chyba najlepszy. W końcu może brać z nas przykład, tyle lat razem... - Potarła brylant na czerwieniejącym płatku ucha.
- Jesteś pewna? - ironizował. - Ortodoksi uznają nasze małżeństwo? Nie wiem, czy ślub rabina z rabinem byłby dla nich wystarczająco koszer.
- Cokolwiek myślimy, trzeba robić dobrą minę. - Hanna dawkowała lekceważący spokój.
Uważała rozmowę za skończoną. Popiła ciastko kawą. Jedzenie należało zjeść do czysta. Obowiązki spełnić bez niepotrzebnych ceregieli. Dyskretnie oblizała okruszki starte z talerza palcem. Nie było w tym łapczywości. Raczej instynkt kotki dopasowanej do własnej natury, a więc natury świata. Jak kotka odchowała z poświęceniem Miriam. Odkarmiła jej talenty. Wady wylizała tak, że błyszczały mocniej od cudzych zalet. Hardość nastolatki stała się uporem w trenowaniu sportu, młodzieńczy egoizm granicą dla nałogów wyniszczających znajomych. Miriam potrafiła o siebie zadbać. Zamknięcie w Mea Szearim, ortodoksyjnej dzielnicy Jerozolimy, nie było tym najgorszym, co mogłoby się jej przytrafić. Hanna pamiętała reportaż Miriam zafascynowanej wolontariuszami w indyjskim leprozorium. Lęk, gdy po powrocie znalazła na opalonej skórze córki białą plamę.
- Mamo, to nie trąd, to od mezuzy.
- Uderzyłaś się?
Mezuzę przybija się dość wysoko. Szymon i Hanna, ateiści, nie mieli jej przy swoich drzwiach.
- Nosiłam na sobie w Indiach, zrobiłam z niej naszyjnik. - Miriam bywała skrajna w ekstrawagancjach, ale to nie był prowokacyjny wygłup: kolczyki w nosie czy brwiach. - Nawróciłam się. Za dużo cierpienia.
Hanna nie pytała czyjego. Cierpienie Miriam nałożyło się na cierpienie, które pojechała zwiedzać do Indii. Oni też na swój sposób próbowali je w sobie ukoić po śmierci Saula.
Szymon założył słoneczne okulary. Przyglądał się zachodowi słońca dobrze widocznemu z restauracyjnego okna.
- Wolę popatrzeć na coś ładnego niż na, na tego...
Przypomniał sobie, co ostatni raz w chwili wściekłej szczerości wysyczał o futrzanym pejsaczu - przyszłym zięciu: "Pizda z profilu!". Hannę wtedy poniosło, więc postanowił milczeć.
Piegowata, zielonooka Miriam była dla Szymona wszystkim. I mogła być wszystkim, czego zapragnęła. Tylko nie wymarzoną córką. Dawną, śliczną i pyskatą, pachnącą cygarami, bekającą piwem dla zrobienia na nim wrażenia. Wygrała mistrzostwo Izraela w maratonie. Uwielbiała nurkować. Ledwo skończyła studia, chcieli ją w Microsofcie. Samotnie zwiedzała Indie, jej reportaże drukowały europejskie gazety. Po wojsku szalała na Goa i pustyni Negew, organizując z kochankami narkotyczne tańce do księżyca. Mogła, jak każda inteligentna żydowska dziewczyna, napisać książkę. Zostać analitykiem giełdowym albo rządową hakerką. Zakochać się w jakimś wspaniałym mężczyźnie. Cieszyć się życiem, a nie zakutana w chustę opowiadać, że Bóg jest ważniejszy od orgazmu.
- Nie ja się żenię. - Szymon od nagłego nawrócenia Miriam był przygotowany na to, co nieuchronne, ortodoksyjny ślub. - Mnie tam być nie musi, wystarczy, że zapłacę. - Zawczasu przemyślał odpowiedź...
- Nie zrobisz tego. Ona czeka. - Hanna położyła na czarnej torebce dłoń z pomalowanymi czerwono paznokciami.
- Później, dobrze?
- Dla ciebie nie ma później, znam cię. - W jej niskim głosie niecierpliwość ocierała się o warkot gniewu. - Nie pójdziesz na ślub jedynego dziecka?! - Sięgnęła po ostateczny argument.
Po czymś takim słowa oporu stawały się zbyt kruche. Szymon pluł nimi z pobladłej twarzy.
- Nie pójdę. - Wytarł usta, rzucił serwetką. - I wiem, kim jestem - przywołał ich ostatnią awanturę o Miriam. - Kutas ze mnie, tak?
- Kutas to zaszczyt. Ty jesteś antykutas! - Wycelowała w niego odpiętym kolczykiem.
Szymon wstał, potrącając krzesło z marynarką. Nie odwrócił się za powstrzymującą go bez przekonania Hanną. Machnęła ręką, jakby wyprawiała go w drogę, bardziej na pokaz przed zobojętniałym kelnerem. Goście przy odległych stolikach byli zajęci sobą.
Podniosła marynarkę. Miał prawo rozpaczać, nie litować się nad sobą. Był w tym okrutny rys egoizmu. Ona umiała się powstrzymać, stąd ich kłótnia. Wiedziała, ile kosztowało go nawrócenie się Miriam, jej ucieczka do Jerozolimy. Póki nie wyszła za mąż, nie urodziła dzieci, nie wszystko było stracone. Szymon planował przekazać córce firmę. Uszczęśliwić ją po swojemu. Miriam wzięła od niego tylko upór i powtarzaną przy każdym sukcesie receptę na szczęście: "Wiedzieć, czego się chce, czego nie i ile jest się gotowym za to zapłacić". Realizowała ją po swojemu.
- Zapłacić za kolację. - Hanna otrzeźwiała.
Z wewnętrznej kieszeni marynarki przerzuconej przez krzesło wystawał portfel Szymona. Najpierw pomyślała, że umyślnie zostawił go na widoku dla niej. Kłótnia zatykała mu emocje, zabierała słowa, ale nie panowanie nad sytuacją. Niczego nigdy nie gubił, nie zapominał. W największym wzburzeniu pamiętał o przełożeniu do spodni kluczy, telefonu. Było to jednym z jego dziwactw. Dlaczego teraz miało być inaczej?
Normalnie odliczyłby jej tylko pieniądze, nie porzucał portfela. Jeszcze przed chwilą szedł wzdłuż plaży. Nie zawrócił. Podeszła do panoramicznej szyby zaniepokojona jego zniknięciem. Od miesiąca brał nowe leki, nie pokłócili się bardziej niż zazwyczaj, spacer go uspokajał - błyskawicznymi kalkulacjami próbowała namierzyć położenie, stan Szymona wskazujący, gdzie i dlaczego teraz może być. Przeszukała portfel, wysypując drobne na stolik. Klimatyzowaną ciszę sali przerwał brzęk monet.
Nad tarasem łopotały białe płachty. Jedna z naprężonych, podtrzymujących je lin pękła. Szymon ogłuszony hukiem fal przystanął w drzwiach restauracji. Owinęła go zerwana szmata. Nie mógł się spod niej wydostać. Więziła ręce, oklejała twarz. Walczył pod całunem przyciskanym przez wiatr. Wyrwał się i pchany podmuchem trafił na brzeg. Łatwiej mu było iść po mokrym piasku. Prawie biegł. Nawet nie zauważył, kiedy potrącił chłopca, właściwie wpadli na siebie. Mały miał tak zrozpaczoną minę, że wyglądał jak dorosły. Karzełek z buzią dziecka. Uciekał przed rozzłoszczoną babką.
- Stój! - Dopadła go. - Mówiłam ci, stój!
Sznurek zaciskający jej czarny kaptur był obramowaniem złej bajki, z której wychylały się zrośnięte groźnie brwi i rozszerzone krzykiem usta czarownicy. To, co trzymała szponami, było zamierającym protestem. Spazmatyczne drgawki nóżek, sine piąstki wymachujące z dziecięcego skafanderka.
Cała moc kilkuletniego ciała skupiła się w spojrzeniu śledzącym pomarańczowy samolot porwany przez morze. Przygniatały go fale, rwał wiatr.
Szymon ocenił odległość i swoją szansę. Zdjął buty, skopał spodnie, wbiegł do zimnej wody. O tej porze roku mało kto miał odwagę pływać. On ratował nadzieję chłopca, nie zabawkę. Piana podrzuciła poszarpany ogon samolotu. Wystarczyło przebrnąć przez mieliznę, żeby przybliżyć go jednym zamachem muskularnych jeszcze ramion. Obejrzał się, czy nie odszedł za daleko od brzegu. Natychmiast zawrócił na plażę.
- Widzisz, mówiłam, nie da się! - wrzeszczała staruszka nad dzieckiem.
Szymon złapał rozrzucone w pośpiechu buty. Ustawił je równo na piasku. Poprawił czubki czarnych mokasynów, by stały równolegle, co do milimetra. Wskoczył z powrotem do morza. Teraz musiał płynąć za oddalającym się samolotem. Stracił cenne sekundy. Jednak nawyk poprawnego ułożenia butów, chociaż butów, był silniejszy od mocy morza pochłaniającej pomarańczowy plastikowy punkcik.
Nie próbował sobie nawet wyobrazić, co by było, gdyby nie poddał się swojemu natręctwu. Tak został wychowany: buty idealnie równiutko, ubranie w kostkę. Wychowany to za duże słowo. Wychowuje się dzieci. On zamiast dzieciństwa miał tresurę w zakonie, żeńskim. Pochylały się nad nim siostry w czarnych welonach podobnych do czarnego kaptura babki chłopca. Małego Szymona wtedy nikt nie bronił. Nie było przed czym, przecież żył, najważniejsze. Wziął głęboki oddech i zanurkował. Wyciągnął nadłamany samolot.
Chciał go podać czekającemu na brzegu chłopcu. Zabawkę zabrała babka, wytarła ją o kurtkę. Odeszła szybko, bez podziękowania. Mały wywinął się z jej mokrej dłoni. Biegł na oślep. Przytulił się do drżącej z zimna, ociekającej nogi Szymona.
- Wracaj! - Staruszka szarpnęła dzieckiem. - Niech pan go puści!
- Ale ja... - Szymon bezradnie podniósł ramiona nad chłopcem ściskającym jego udo.
- Wariat - powiedziała z przestrachem, zabierając wnuczka. - Wariat i zboczeniec.
- Wariactwo - zgodził się z nią Szymon, siedząc samotnie na plaży.
Robiło się ciemno. Miejsce, skąd wyłowił samolot, zamieniało się w topiel.
- Ona też musiała być nieźle meszuge. - Trząsł się z zimna. - Brać dziecko na spacer w taką pogodę!
Nadchodziła inna meszuge z rozwianym rudym włosem. Przerażona Hanna zdjęła niewygodne szpilki. Z pończoch poszarpanych przez kamienie i muszle wystawały pomalowane na czerwono paznokcie. Obmywane wodą błyszczały krwisto niby skrzela morskiego stwora splątanego sieciami.
- Szymon! - Uklękła przed nim w piachu. - Nic ci nie jest? Człowieku, co ty wyprawiasz?! - Pomagała zdjąć przemoczoną koszulę.
Z lekarską wprawą dokonała szybkich oględzin i zmierzyła puls, otuliła marynarką.
- Chciałem tylko... - próbował tłumaczyć swój bezsensowny wyczyn.
Nie wiedział, skąd się wziął impuls pchający go do wody. Z jego własnego, nigdy niezaspokojonego dzieciństwa? Łatwości, z jaką można uszczęśliwić dziecko? Nagłego poczucia winy?
- Nie powinnam, przepraszam. - Paznokciami przeczesała mu ociekające wodą włosy. - Coś wymyślimy. - Całowała go po przymkniętych powiekach. - Kochanie, proszę, przepraszam.
Szymon nie otwierał oczu. Wolał, żeby nie zobaczyła w nich niczego ponad to, w co sama wierzyła.
Hanna trzaskała szufladami. Za kwadrans podjedzie taksówka.
- Do cholery, gdzie to jest?! - Szukała biżuterii w komodzie.
Jej weselnej kreacji brakowało tylko złotego łańcuszka. Przerzucała jedwabne bluzki, zapomniany tu kiedyś stetoskop, pocztówki z Miami, otwarte paczki cukierków. Były jej słabością. Cukier rozpuszczony na podniebieniu przenikał do mózgu. Zalewał go słodyczą imitującą słodką lepkość seksu.
Leki antydepresyjne brane przez Szymona od paru lat osłabiły jego potencję. "Lepiej niech będzie przy mnie długo niż we mnie krótko". - Hanna pocieszała siebie w podobny sposób jak kiedyś żony pacjentów po zawale.
Nie rezygnowała jednak ze świętowania zdarzających się okazji. Nadal kupowała pikantną bieliznę. Nie tyle co dawniej, nie było jej stać. Polowała na przeceny w butikach Victoria's Secret, Chantal. Odwiedzane przez nią sklepy były burdelami zmysłowości. Zanurzała dłonie w jedwabnie oślizłych stanikach. Kobiety, młode i dojrzałe, sprawdzały rozmiary sznurowanych gorsetów, skąpych majteczek. Przymierzały je do siebie. Rozciągały wkładanymi od środka dłońmi, jakby zawczasu rozwierały własne ciała przed mężczyznami, którym się w nich pokażą.
Hanna wyjęła z worka swój francuski kostium odświeżony w pralni. Sprawdzając przy otwartym na ogród oknie, czy dokładnie usunięto plamy, pomyślała o nieskazitelnej bieli sukni panny młodej, jej wykwintnej bielizny. Czy Miriam, filigranowo zgrabna Miriam, włoży potem coś innego niż ortodoksyjne barchany? Czy Aron zobaczy ją kiedykolwiek nago? W dzień nie wolno im się kochać, nocą zapalać światła. Mają tylko trafiać w prokreacyjne otwory. Zdawała sobie sprawę, że natrętnie powracające myśli o seksie przysłaniają o wiele większy niepokój.
Oznaki nadchodzącej paniki. Już przelewały się refluksem do ust. Hanna usiadła, poluzowując ramiączko nowego stanika. Specjalnie za mały wpijał się, dając jej dawne poczucie seksownej obfitości. Biust znowu wyciskał się z dekoltu. Tuszowała tym niewinnym trikiem upływ czasu. Wkładane nocą globulki hormonalne odmładzały ją od środka, nawilżając pochwę. Za dnia, bez miękkiego światła lamp i świec, skóra marszczyła się, brzydła. Starość była czymś naturalnym, tak jak uczucia. Nie należało się ich wstydzić, a jednak...
Hanna wyłączyła radio grające krzykliwą muzykę. W kuchni obok rosyjska sprzątaczka, Karina, słuchała swojej stacji, zamaszyście zmywając podłogę.
Do pracowni nie dochodziły hałasy. Szum kilku komputerów wyciszał domowy rozgardiasz. Ekrany migotały, przerywając swój elektroniczny letarg. Półnagi Szymon w czarnych lakierkach i spodniach od smokingu odczytywał nazwy leków z plastikowych buteleczek. Przybliżał je przed zsuwające się mu okulary.
- Cardiac. - Popił pastylkę sokiem wyciśniętym wprost do ust z przekrojonej pomarańczy. - Witaminy, żeń-szeń, dwie dziennie. - Posmakował i połknął garść tabletek. - Prozac. - Potrząsnął butelką.
Uruchomił komputerowy kalendarz, żeby odliczyć osiem biało-zielonych kapsułek. Powinien je połknąć od poprzedniej niedzieli. Wsypał tabletki do koperty zaadresowanej na jego firmę. Pakunek wylądował w koszu pod biurkiem. Przysypał go starymi wydrukami. Komputer kobiecym głosem przypomniał: "Jutro, dwudziestego czwartego maja, trzynasta, wylot, Polska, trzynasta trzydzieści czasu lokalnego...".
- Gdzie?! - Hanna wbiegła do kuchni.
- Złoty łańcuszek? W szafie, na półce widziałam. - Karina podniosła się z podłogi. Rumieniec na okrągłej twarzy podchodził aż pod skośne, przekrwione z wysiłku oczy.
Jej nieudolny hebrajski potrzebował wsparcia rekwizytów. - Żelazko. - Podniosła je ze stołu. - Żelazko. - Podsunęła Hannie.
- Daj mi spokój z tym żelazkiem. I mówiłam ci, zmywaj w rękawicach!
- Sprzątanie to nie operacja.
- Gdzie jest łańcuszek? - Hanna wyłączyła radio trzeszczące rosyjskim rockiem.
Muzyka nadal grała. Spojrzały zdziwione na drzwi pracowni. Hanna otworzyła je gwałtownie. Światło wdarło się do zaciemnionego pokoju, odsłaniając nagie plecy Szymona przecięte pasem elektrycznej gitary.
Przeżywał uniesienie, grając solówkę razem z ekranowym Claptonem. W lakierkach i smokingowych spodniach odpowiednich do filharmonii był półnagą gwiazdą rocka słaniającą się przy morderczych riffach. Machał głową, omiatając biurko nieistniejącymi piórami. Odmłodniały przypominał chłopaka z koncertowego zdjęcia przypiętego na korkowej tablicy nad komputerem. Gdyby nie kolor, można by je pomylić z młodzieńczą fotografią Szymona. Te same zrastające się brwi nad drwiącymi oczami i zagłębienie w mocno zarysowanym podbródku. Chłopak, otoczony ramieniem wytatuowanego kumpla z kapeli, miał zgnieciony cylinder, spod niego wystawały brązowe loki.
- No, nie... - Hanna zebrała już w sobie siłę.
Była podwójnie odpowiedzialna, za męża i siebie.
- Ubieraj się, ale już! Chcesz koniecznie, żebyśmy się spóźnili... jak się zdecydowałeś, to przynajmniej nie sabotuj.
- Testuję program. - Posłusznie wypiął gitarę z komputera. - Przyszło zamówienie.
- Gdzie twoja koszula? Karina!
- Ja chciała najpierw wytłumaczyć. - Sprzątaczka zaplotła sobie sznur żelazka wokół chudej, żylastej ręki. - Ja musiała naprawić, szkoda wyrzucać. Zanim się zapali, trzeba przekręcić o tu, bo faza - patrząc prosząco na Szymona, przeszła na rosyjski. - Wymieniłam prostownik.
- Nie rozumiem, nieważne, wyprasowałaś białą koszulę? - Zamiast alarmu ewakuacji Hanna okręciła się na obcasach i by dotarło do wszystkich, uruchomiła najbardziej władczy ze swoich tonów: - Za pięć minut wychodzimy!
*
Karina wróciła do kuchni.
- Szymon, nie zapomnij o prezencie. - Hanna została w drzwiach pracowni.
Przetarł chusteczką spocone czoło.
- Prezent. - Pogardliwie podrzucił kopertę wypchaną banknotami. - Przyda się, kasa zawsze się przyda, ale Miriam pewno bardziej ucieszyłby wujek albo dziadek cadyk z Leżajska. To przez twoją rodzinę ma nawiedzone geny. U mnie sami normalni, właśnie tacy wywalczyli ten kraj dla nierobów...
- Bohater! - Miałeś tu jedną ciotkę i kuzynów, przyjechałeś na gotowe - dokończyła w myślach. Przynajmniej dzisiaj nie da się wkręcić w bezsensowną dyskusję, kto jest winien nawróceniu Miriam. - Po co ci ta panama? - Zdziwił ją kremowy kapelusz ułożony na smokingowej marynarce.
- Pamiątka. - Kupił ją podczas pierwszego wyjazdu do Miami.
Nie pozwalał Miriam jej nosić. Uparła się, że chce panamę ojca, żadnej innej. Czuła się w niej ważna i seksowna. Wypychała kapelusz od środka swoimi gęstymi włosami, żeby nie spadał na nos.
- Chyba tego nie włożysz? - Hanna prosiła w ten sam sposób co Szymon córkę wybierającą się w jego panamie na amerykańską randkę.
- Będziesz mnie lepiej widzieć, jedyny jasny punkt w czarnym morzu chałaciarzy. - Włożył kapelusz.
Nie warto kłócić się o drobiazgi. Odpuściła mu ekstrawagancki strój. Przecież dał się przekonać i pójdzie na ślub, reszta... bez znaczenia.
- Ile? - Zajrzała do koperty.
- Sama przelicz. Z tego będą żyli, z zasiłkowych "prezentów".
- Żebyś nie powiedział w złą godzinę, my też kiedyś możemy wylądować na zasiłku.
- Hanka, nie bądź śmieszna...
Jej emerytura, firma Szymona nie spychały Golbergów z grzędy klasy średniej. Kryzys nie zmienił im porządku dziobania dóbr, chociaż je nadwyrężył. Mieli mały dom w dobrej dzielnicy Tel Awiwu. Zawsze stać ich było na sprzątaczkę.
Karina przychodziła od roku. W Rosji była inżynierem.
Ben Gurion mówił, że Izrael zostanie zwykłym krajem, gdy będzie miał własne prostytutki i złodziei. To już dawno się spełniło - uważał Szymon. Prostytucja i złodziejstwo wszędzie, zwłaszcza w rządzie. Ale żeby Izrael się dorobił bezrobotnych inżynierów? O tym Ben Gurion nawet nie marzył.
- Gorąca. - Karina powachlowała wyprasowaną koszulą, zanim dała ją włożyć Szymonowi.
- Przerobiłaś żelazko na laser czy co? - żartował, zapinając jeszcze ciepłe guziki.
Poprawiła mu kołnierzyk.
- Mam swoje sposoby.
Chciała go dotknąć, poczuć sprężystość pleców. Brakowało jej mężczyzny. Mąż umarł w Irkucku, nie miał jeszcze pięćdziesiątki. Żyłby dłużej, gdyby nie pił? A gdyby mniej oddychał? Fakirzy przedłużają sobie życie, wstrzymując oddech. Widziała to w telewizji. Dają się zakopać i po tygodniu ożywają. Mąż Kariny się zahibernował. Po pijaku zamarzł. Nie doszedł z budowy do domu. Dobry człowiek, kochał dzieci. Jaki by nie był, ona nie pozwoliłaby obcej kobiecie prasować jego koszul. Na Syberii to wiedzą. Sąsiadka jej powiedziała, miejscowa. W koszuli zostaje zapach mężczyzny. Żaden proszek, szorowanie mydłem go nie zniszczy. I na kobietę może paść urok. Prasując, nie da się nie oddychać. - Nie wdychać feromonów? - zastanawiała się Karina nad parującą od żelazka koszulą. Czuła bardzo męski zapach Szymona. Jakby spocił się przy niej.
- Okna trzeba umyć. - Odsłoniła kotary w pracowni.
- Przyjedziemy jutro wieczorem, zdążysz - mówił po polsku.
Czasem dodawał wracające mu jak słowa prawie zapomnianej piosenki śpiewne rosyjskie wyrazy. Podobny akcent miała Urszula, jego ulubiona zakonnica, Ukrainka. Śpiewała kołysanki. Jedyna, która go przytulała. Ukradkiem. I rozpieszczała chlebem posypanym cukrem.
Pod nieobecność Hanny Szymon wdawał się z Kariną w pogaduszki. Lubił ją, najbardziej ze wszystkich, które przewinęły się przez dom.
- Na wesele jedziesz. - Karina zgarnęła z biurka śmieci. - I się nie weselisz?
- O co ci chodzi? - Sądził, że nie zrozumiał.
- Boże, jakbym ja się cieszyła, gdybym za mąż moją Olgę wydała.
- Zależy za kogo.
- Czego brakuje twojemu zięciowi?
- Ortodoks.
- Znaczy się żyd, nie pije, nie łajdaczy się i w Boga wierzy. Czego więcej chcieć, skoro ona go kocha?
- Karina, nie po to kształciłem dziecko, nie po to ją wychowałem, żeby siedziała zamknięta w domu i prała, gotowała fanatykowi. To ma być życie? Rodzić pieczarki? - Wyobraził sobie przychodzące co roku na świat blade, pejsate twarzyczki swoich wnuków. Zagonionych do chederu, gdzie będą ślęczeć nad księgami.
- Mają hodowlę pieczarek? - Karina z podziwem słuchała Szymona.
Nie chciało mu się tłumaczyć, dlaczego chmary wyblakłych dzieci chałaciarzy w kapeluszach kojarzą się mu z plantacją grzybów.
- W Boga trzeba wierzyć, nie tak mocno może - zawahała się, rachując swój bilans dziesięciu przykazań, pulsujący ostrzegawczym światłem przy "Nie pożądaj..." - ale bez Boga ani rusz.
- Bez rozumu, Karina, bez rozumu nie można. Ona ma taki talent... jest szybsza ode mnie. - Stukał o blat biurka palcami, naśladując zawrotną prędkość uderzania w klawisze komputera. - Co ją czeka? Cerowanie skarpetek, miotła i szmata. I to u kogo? On jest bez wykształcenia, żadnej porządnej szkoły, tylko mamrocze te swoje...
Zdał sobie sprawę, że obraża Karinę. Ona też miała studia.
Policzki sprzątaczki poczerwieniały, pochyliła się niżej nad wycieranym biurkiem. Szymon, nie wiedząc, co powiedzieć na swoje i jej usprawiedliwienie, zaczął porządkować już ułożone papiery.
- Miriam nie musi. Ty znajdziesz lepszą pracę, w twojej sytuacji to co innego - mówił cicho, nasłuchując odgłosów z głębi mieszkania zapowiadających nadejście Hanny.
- Dla dziecka wszystko zrobisz, Olga w Rosji nie miałaby przyszłości, żadnej... dzieci są najważniejsze. Sprzątanie nie najgorsza robota, wierz mi...
- Tak, dzieci są najważniejsze. - Szymon wyprostował się i powtórzył, by usłyszała go trzaskająca drzwiami żona: - Najważniejsze.
Ciąg dalszy w wersji pełnej