R o z d z i a ł V
Uwielbiam morze. Znam tylko nasze, czyli Bałtyk. Może inne morza są ładniejsze, na pewno cieplejsze, ale ja lubię nasze, bo spędzam nad nim część każdych wakacji i bardzo mi tam dobrze.
Tata mówi, że morze nic nie robi, tylko szumi, ale on oczywiście nie ma racji. Mówi tak tylko dlatego, że on wolałby, abyśmy wszyscy kochali góry, i razem z nim po nich chodzili. Kujonek już dał się tym chodzeniem i zdobywaniem gór zarazić. Ja jeszcze nie do końca, choć perspektywa otrzymania całego górskiego ekwipunku, spania w schroniskach oraz spotykania tam ludzi, którzy są wspaniali, nie musi być taka głupia, jakby się na pozór wydawało.
Póki co z morza nie rezygnuję i co roku muszę nad nim być. Mama o to bardzo dba, bo mówi, że tam jest dużo jodu i czyste powietrze. Tata mówi, że się urodził i zakonserwował na Śląsku, bo wszędzie są witaminy oraz mikroelementy niezbędne dla zdrowia, a na Śląsku to już tych elementów jest szczególnie dużo. A poza tym - czy ktoś kiedyś naprawdę widział witaminę? Moje koleżanki - Asia i Karolina - chętnie znad morza tutaj przyjeżdżają razem ze swoją mamą, która jest przyjaciółką mojej mamy. Potem następuje zamiana i my jedziemy do nich. Tata mówi, że tu chodzi o to, aby mama z ciocią Marylką mogły sobie wszystkie intymne części życiorysu opowiedzieć, ale na to im chyba wakacji do końca życia nie starczy.
Nam się to podoba, bo my też możemy być razem, a Kujonkowi to się już szczególnie podoba, bo nad morzem mieszka Karol, który jest już w szóstej klasie. Karol powiedział, że ją kocha i tyle, i tak już pozostało. On też przyjeżdża teraz na Śląsk po te mikroelementy, ale ja myślę, że nie tylko po to. W końcu oczy mam i coś na ten temat wiem. Mama mówi, że taka odległość cementuje ich przyjaźń i jest z tego zadowolona. Ja myślę, że teraz to bardziej z odległości, jaka dzieli Kujonka od Karola, niż z przyjaźni.
W tym roku Apa po raz pierwszy zobaczyła morze i mało nie oszalała z radości. Morze szumiało, a ona szczekała, a potem goniła mewy i przynosiła różne patyki. Mama była rozmarzona, bo kiedyś ja też tak radośnie zareagowałam na morską wodę, gdy ją pierwszy raz zobaczyłam. Miałam wtedy dziesięć miesięcy i potrafiłam tylko samodzielnie stać w jednym miejscu. A wtedy wydałam okrzyk radości, zrobiłam kilka pierwszych w swoim życiu kroków i klapnęłam na pupę. Potem się podniosłam i poszłam wprost do wody. Pierwsze kroki swojego dziecka każda mama pamięta, nic więc dziwnego, że moja ma takie maślane oczy, gdy patrzy na morze i na mnie. I żałuje, że tak szybko urosłam i teraz nie może mnie na rękach nosić. Kujonek, gdy był mały, wcale się tak nie cieszył. Ale też był śmieszny nad morzem. Stawał na plaży, patrzył w stronę morza i krzyczał:
- Morze, nie szum, słońce, nie świeć, wiatru, nie wiej!
Mama mówi, że Kujonek ma refleksyjną naturę i stąd to wszystko się bierze.
Teraz to wakacyjne życie jest trudniejsze z powodu brudu w morzu. Mama się boi, abyśmy nie dostały parchów, i zawozi nas do kąpieli nad kaszubskie jeziora, bo tam jest woda czysta i w niektórych miejscach jest tak zwana strefa ciszy, która nie wiem do czego jej jest potrzebna. Wujek Janusz też tam lubi jeździć i cały dzień łowi ryby. Ciocia mówi, że on bardzo wierzy w to, że coś złowi, bo gdyby nie wierzył, to dawno by go szlag trafił. Wujek ma jeszcze taką dziwną metodę, że jak coś wreszcie małego wyłowi, to i tak z powrotem wypuszcza. Ja to myślę, że on w ten sposób podtrzymuje w sobie wiarę w złotą rybkę, która czyni cuda.
W tym roku to mieliśmy w Gdańsku językową przygodę, o której już wspominałam. Spędziliśmy kilka godzin na spacerze, zbierając muszelki i inne świństwa, a potem chcieliśmy tramwajem wrócić do domu. Na pętli tramwajowej stało kilka tramwajów i żadnemu się nie śpieszyło. Do pierwszego z nich wchodził z papierami w ręku mężczyzna. Był wysoki, schludnie i nietramwajowo ubrany.
- Czy ten autobus zawiezie nas na Zaspę? - zapytała mama.
Mężczyzna się zatrzymał. Spojrzał na mamę i na nas, nie uśmiechnął się wcale, tylko głosem pełnym powagi odpowiedział:
- To jest tramwaj, proszę pani.
Po czym odwrócił się i wsiadł. Do tramwaju. Wsiedliśmy za nim.
- Ale na Zaspę nas zawiezie? - dopytywała mama siedzącego już w kabinie kierowcę.
- Tak, zawiozę panią - odpowiedział.
- To w takim razie proszę mi sprzedać siedem biletów - poprosiła mama. Potrzebowaliśmy ich aż tyle, bo była mama ze mną i Kujonkiem, ciocia Marylka ze swoimi dziewczynkami, a także Apa, która też nie powinna jechać na gapę.
- Nie mam biletów - odpowiedział kierowca, wcale nie odrywając się od swoich papierków i nie patrząc na mamę, a takiego traktowania to mama bardzo nie lubi.
- A z innego województwa mogę skasować? - nie dawała mama za wygraną.
- Nie może pani - powiedział kierowca.
W końcu nie wytrzymała ciocia Marylka, która do tej pory w spokoju ducha przysłuchiwała się temu, jak mama próbowała oswoić motorniczego. Podniosła się z krzesła i podeszła do kierowcy.
- Proszę pana - powiedziała stanowczo - na waszej budce na przystanku pisze, że bilety sprzedaje motorniczy.
Tym razem to motorniczy wstał, spojrzał wyniośle na ciocię Marylkę, zmierzył ją wzrokiem kogoś, kto ma tysiące biletów, ale jest ponad to, by je sprzedawać byle komu (tak opowiadała mama tacie) i powiedział:
- J e s t n a p i s a n e, proszę pani, j e s t n a p i s a n e.
- Dobrze - nie straciła odwagi ciocia Marylka - zgadzam się z panem - j e s t n a p i s a n e. Ale co ja mam w takim razie zrobić, skoro jechać chcemy, a biletów nie mamy?
Kierowca, który był w nastroju wyraźnie filozoficznym, jak oceniała mama - odpowiedział:
- WYBÓR należy do pani.
- Siadać! - wrzasnęła wtedy ciocia do wszystkich. - Dokonałam wyboru, jedziemy na gapę.
Pierwsza zareagowała Apa i natychmiast posłuchała cioci, bo przyczepiła swoją sexy pupę do zabłoconej podłogi. Potem usiadła potulnie mama i my wszyscy.
- To chyba wariat - narzekała ciocia. - Wybór należy do pani, jest napisane - przedrzeźniała motorniczego. - To chyba jakiś niedowartościowany filolog, którego w ramach dekomunizacji wyrzucili z uniwersytetu lub ze szkoły, nieszczęśliwy purysta językowy - przeklinała ciocia, już wyraźnie zadowolona, że znalazła właściwe dla motorniczego obelgi.
- To chyba jakiś zboczeniec - narzekała ciągle - takiego zboczenia jeszcze nie widziałam, chociaż światowa ze mnie kobieta, niby szlachetne zboczenie, takie językoznawcze, ale tak mnie zdenerwowało... A może ten motorniczy wyczuł we mnie ekonomistkę? - pytała ciocia samą siebie.
Dojechaliśmy wreszcie do domu.
- Wysiadamy - przypomniała mama.
A wtedy pan kierowca zablokował drzwi i powiedział do nas:
- Proszę bilety do kontroli.
Ciocia miała ochotę tego motorniczego zabić, tak na niego patrzyła. Mamie wyraźnie chciało się śmiać. Ludzie w tramwaju zaczęli krzyczeć na kierowcę, bo słyszeli poprzednią rozmowę, Apa zaczęła szczekać, a ja wyciągnęłam bilety z kieszeni i uśmiechając się rozkosznie i jajcarsko, powiedziałam:
- Proszę.
I podałam temu panu siedem biletów. Ciocia zrobiła minę jeszcze głupszą.
Kierowca wyraźnie przestał być najważniejszy.
- Skąd masz te bilety? - zapytała mama szeptem.
- Jak to skąd? - tym razem ja się zdziwiłam. - Wyciągnęłam kilka ze śmietniczek i sprawdziłam tylko, czy dziurki się zgadzają. Nie mogę przecież pozwolić, abyśmy wszyscy poszli z torbami, jak mówi babcia.
Mama powiedziała, że ja sobie w życiu na pewno poradzę, i z tej okazji ciocia z mamą zabrały nas na superlody do superknajpki, gdzie wszystko pachnie tym, co najlepsze, czyli czekoladą z orzechami, a lody płoną na niebiesko z powodu spirytusu, którym jest nasączona kostka cukru położona na wierzchu i podpalona.