Agata złowieszczy szept - Andrzej Zielinski

Kup ebooka

20.19 zł
16.76 zł (19,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 2 (ciąg dalszy)

Matka Agaty przyszła szybciej niż ktokolwiek się spodziewał.

Drzwi do szkoły otworzyły się gwałtownie, jakby ktoś pchnął je zbyt mocno, a potem natychmiast tego żałował. Kobieta stanęła w progu, lekko zdyszana, z torebką zsuniętą z ramienia. Miała na sobie zwykłą kurtkę, tę "na szybko", włosy spięte byle jak, jakby wyszła z domu bez patrzenia w lustro.

Gdzie ona jest? - zapytała od razu.

Głos miała spokojny. Za spokojny.

Dyrektor podszedł pierwszy.

Pani Krajewska, proszę usiąść - powiedział łagodnie. - Jeszcze nic nie wiemy.

Jak to nic? - Matka Agaty spojrzała na niego, jakby nie zrozumiała słów. - Przecież miała być na egzaminie.

Tak - wtrąciła Beata szybko. - Szła z nami rano.

Kobieta odwróciła się w jej stronę.

- Szła z wami?

- Tak. Normalnie. Rozmawiałyśmy.

- I gdzie ona jest teraz?

Zapadła cisza.

Kasia odezwała się cicho:

Poszła do sklepiku. Naprzeciwko szkoły. Miała zaraz wrócić.

Matka Agaty zmrużyła oczy, jakby próbowała coś sobie przypomnieć.

Ona czasem tak robi - powiedziała po chwili. - Jak się stresuje.

Stresuje? - Beata podniosła głowę.

Tak. Przed egzaminami. - Kobieta westchnęła i opadła ciężko na krzesło. - Wychodzi, chodzi. Czasem po parku. Czasem po osiedlu. Mówi, że musi "pooddychać".

Dyrektor skinął głową.

To możliwe. Dzieci reagują różnie.

To słowo - dzieci - zawisło w powietrzu niezręcznie.

Ona nie jest dzieckiem - powiedziała matka Agaty, ale bez agresji. Raczej jakby broniła czegoś, co jeszcze przed chwilą było normalne.

Oczywiście - odparł dyrektor. - Proponuję tak: sprawdzimy okolice szkoły. Park, sklepik, drogę do domu.

Ja pójdę - powiedziała Beata od razu, podnosząc się. - Znamy miejsca, gdzie ona chodzi.

Kasia skinęła głową.

My też - dodała. - Razem.

Matka Agaty spojrzała na nie uważnie. Przez chwilę wyglądała, jakby miała coś powiedzieć, ale tylko przytaknęła.

Dobrze - powiedziała. - Tylko... proszę. Dajcie znać, jeśli ją zobaczycie.

Wyszły razem na korytarz.

Tam właśnie pojawił się woźny.

Był niski, krępy, w roboczej koszuli, z twarzą, którą wszyscy znali, ale nikt nigdy nie zapamiętywał. Człowiek-tło. Człowiek-od-kluczy. Przy pasku spodni miał pęk kluczy - ciężki, metaliczny, dźwięczny. Każdy krok powodował cichy brzęk.

Kasia zauważyła go od razu.

Klucze.

Dużo kluczy.

A przy nich - mała ozdoba. Serduszko. Czerwone, plastikowe, trochę dziecinne. Coś, co kompletnie nie pasowało do reszty.

Dziwne - pomyślała.

I od razu o tym zapomniała.

- Coś się stało? - zapytał woźny, zerkając na ich twarze.

- Szukamy koleżanki - powiedziała Beata. - Nie przyszła na egzamin.

- Aaa... - mruknął. - Może się spóźniła.

- Może - odpowiedziała Kasia.

Woźny wzruszył ramionami i ruszył dalej, klucze zabrzęczały.

Serduszko poruszyło się lekko.

Kasia patrzyła za nim przez sekundę dłużej, niż powinna. Sama nie wiedziała dlaczego.

Potem wyszły.

Słońce wciąż świeciło. Ludzie przechodzili obok szkoły, jak zawsze. Ktoś niósł siatki z zakupami, ktoś inny rozmawiał przez telefon. Normalność była wręcz obraźliwa.

Zaczęły od sklepiku.

Sprzedawczyni pamiętała Agatę.

Tak, była - powiedziała. - Kupiła napój. Nic dziwnego.

Wyszła sama? - zapytała Beata.

Sama.

Nie wyglądała na zdenerwowaną?

Dziecko, wszyscy są zdenerwowani przed egzaminami.

Park był pusty.

Ławki nagrzane, trawa sucha. Przeszły ścieżkami, którymi chodziły setki razy. Miejsca, gdzie siedziały, gadały, śmiały się, planowały.

Tu zawsze siada - powiedziała Beata, wskazując ławkę pod drzewem. - Jak chce być sama.

Ławka była pusta.

Kasia poczuła, jak coś zaczyna ją uciskać pod żebrami.

Idziemy na osiedle - powiedziała. - Może poszła w stronę domu.

Szły szybko. Beata co chwilę wyciągała telefon, dzwoniła, sprawdzała. Bez skutku.

To bez sensu - powiedziała nagle. - Ona by już była w szkole. Albo zadzwoniła.

Może zgubiła telefon - próbowała Kasia.

Nie. - Beata zatrzymała się. - Ona nigdy go nie gubi.

Stały chwilę w ciszy.

Kasia... - Beata spojrzała na nią. - A jeśli coś się stało?

Kasia chciała powiedzieć nie, ale słowo nie chciało wyjść.

- Jeszcze nie - odpowiedziała w końcu. - Jeszcze nie panikujmy.

Wróciły do szkoły po godzinie.

Matka Agaty stała przy wejściu. Rozmawiała z dyrektorem. Kiedy zobaczyła dziewczyny, jej twarz drgnęła.

- I? - zapytała.

Beata pokręciła głową.

Nigdzie.

Kobieta zacisnęła palce na pasku torebki.

Może... - zaczęła. - Może poszła dalej. Może po prostu chodzi.

Ale mówiła to już bardziej do siebie niż do nich.

Dyrektor odchrząknął.

Pani Krajewska..., jeśli do końca dnia się nie odnajdzie...

Nie dokończył.

Nie musiał.

Kasia spojrzała na drzwi szkoły. Na korytarz. Na miejsce, gdzie przed chwilą przechodził woźny z kluczami.

I nagle, zupełnie bez powodu, pomyślała:

To nie jest zwykłe spóźnienie.

Rozdział kończył się ciszą.

Taką, która zapada, kiedy wszyscy jeszcze próbują wierzyć, że świat działa normalnie -

Choć już zaczyna się rozpadać.

Rozdział 3

Dom po południu był nienaturalnie cichy.

Matka Agaty weszła do środka i od razu wiedziała, że coś się nie zgadza. Nie było tupotu kroków na schodach, nie było muzyki dochodzącej z pokoju córki, nie było tego charakterystycznego rzucania plecaka w kąt, które zawsze ją irytowało, a dziś nagle wydało się czymś, za czym można by tęsknić.

- Agata? - zawołała odruchowo.

Odpowiedziała jej cisza. Gęsta, lepka, jakby dom wstrzymał oddech.

Zdjęła buty, powiesiła kurtkę. Wszystko robiła mechanicznie, jakby ciało wiedziało, co robić, a głowa została gdzieś daleko. Zajrzała do kuchni, potem do łazienki. W pokoju Agaty łóżko było nietknięte, biurko zasłane notatkami. Telefonu nie było.

Usiadła na brzegu łóżka.

Pewnie poszła się przejść - pomyślała.

Zawsze tak robiła, kiedy się stresowała.

Egzaminy. To słowo wróciło jak echo.

Wyciągnęła telefon i zaczęła dzwonić.

Najpierw do siostry.

Nie, nie widziałam jej - odpowiedziała po drugiej stronie. - Może jest u koleżanek?

Potem do sąsiadki.

Nie, nie wychodziła tędy.

Potem do matki Beaty.

Beata mówiła, że były razem rano... tak... rozumiem.

Każda rozmowa kończyła się tak samo. Uprzejme współczucie. Bezradność. Słowa, które nic nie znaczyły.

Spróbowała zadzwonić do Agaty.

Sygnał. Jeden. Drugi.

Abonent chwilowo niedostępny.

Po trzeciej próbie ręka jej zadrżała.

Odbierz... - szepnęła do telefonu, jakby to mogło coś zmienić.

Nie zmieniło.

Usiadła w kuchni, opierając łokcie o stół. Zegar na ścianie tykał głośno. Zbyt głośno. Każda sekunda była jak uderzenie.

Może wróci.

Może po prostu chodzi.

Drzwi zadzwoniły.

Podniosła się gwałtownie. Serce podskoczyło.

Ale to były Beata i Kasia.

Stały niepewnie w progu, z plecakami na ramionach, z twarzami, które nie wiedziały, jak się zachować.

Dzień dobry... - zaczęła Beata.

Wejdźcie - powiedziała matka Agaty.

Usiadły w salonie. Przez chwilę nikt się nie odzywał.

Szukałyśmy jej - powiedziała Kasia w końcu. - W parku. Na osiedlu. Przy sklepiku.

I? - zapytała matka, choć znała odpowiedź.

Beata pokręciła głową.

- Nigdzie.

Kobieta przymknęła oczy. Tylko na moment.

Ona czasem tak... - zaczęła, ale głos jej się załamał. - Czasem chodzi, jak się stresuje.

Wiem - powiedziała Beata szybko. - Ale ona by już wróciła. Albo zadzwoniła.

To zdanie zawisło w powietrzu.

Matka Agaty wstała.

Jedziemy na policję.

Beata otworzyła usta, ale nic nie powiedziała. Kasia skinęła głową.

Komenda była szara i chłodna. Pachniała papierem i kawą. Na ścianach wisiały tablice informacyjne, jakby ktoś próbował wytłumaczyć chaos świata w punktach.

Policjant dyżurny spojrzał na nich znad biurka.

W czym mogę pomóc?

Chcę zgłosić zaginięcie córki - powiedziała matka Agaty.

Te słowa zabrzmiały jak coś obcego, jakby nie pasowały do jej ust.

- Wiek?

- Szesnaście lat.

Policjant uniósł wzrok.

- Proszę usiąść.

Zaczęły się pytania.

Imię, nazwisko. Data urodzenia. Wzrost. Kolor włosów. Kolor oczu. Znaki szczególne. Ubranie, w którym wyszła z domu.

Ciemne spodnie... jasna bluza... plecak czarny, z małym breloczkiem...

Jaki breloczek? - zapytał policjant.

Taki... z napisem. Prezent.

Beata ścisnęła dłonie. Kasia patrzyła w podłogę.

O której była widziana ostatni raz?

Rano. W drodze do szkoły.

Z kim?

Z koleżankami.

Czy zdarzało jej się uciekać z domu?

Matka Agaty spojrzała na policjanta ostro.

Nie.

Czy mogła chcieć się ukryć?

Nie.

Czy miała konflikty?

Każdy ma konflikty. Ale nie takie.

Policjant notował. Spokojnie. Bez emocji.

Zgłosimy to jako zaginięcie osoby małoletniej - powiedział w końcu. - Procedura rusza od razu.

Słowo procedura brzmiało sucho. Beata miała ochotę krzyknąć, że to nie procedura, tylko Agata.

Minęły godziny.

Wieczór. Noc.

Telefon milczał.

Dopiero następnego dnia zadzwonił policjant.

Proszę przyjechać - powiedział krótko. - Coś znaleźliśmy.

Plecak leżał w krzakach, kilkaset metrów od sklepiku. Czarny, lekko zabrudzony. Jakby ktoś go po prostu odrzucił.

Matka Agaty wiedziała, zanim ktokolwiek coś powiedział.

To jej - wyszeptała. Policjant skinął głową.

Potwierdzimy to oficjalnie, ale... tak.

Beata poczuła, jak kolana się pod nią uginają.

Ona nigdy by... - zaczęła, ale nie dokończyła.

Plecak był pusty. Bez telefonu. Bez dokumentów.

Zabezpieczamy monitoring - powiedział jeden z funkcjonariuszy.

Nagranie było słabej jakości. Sklepik. Drzwi. Agata wychodząca z butelką w ręku. Słońce. Chwila. Potem samochód.