Afrykańska love story - Daphne Sheldrick

Reflow text when sidebars are open.
To, kim jesteśmy, jest darem od Boga;
to, kim zostaniemy, jest naszym darem dla Boga.
Anonim
Moi przodkowie osiedlili się w Kenii właściwie przez przypadek.
Na początku XX wieku cioteczny dziad Will wiódł całkiem dostatni żywot we wschodniej części Kraju Przylądkowego w południowej Afryce. Jego rodzina - moja prababka była siostrą Willa - przyjechała do Afryki ze szkockiej prowincji w połowie lat dwudziestych XIX wieku. Will był człowiekiem przedsiębiorczym; pracował ciężko w trudnych warunkach, uprawiając ziemię, dbając o rodzinę i pomagając przetrwać innym konsekwencje wojen burskich. Wygadany i obdarzony charyzmą, z nieodłącznym błyskiem w oku, zapalony miłośnik polowań na grubego zwierza, od czasu do czasu mógł sobie pozwolić na podróż do Kenii staroświeckim parowcem, żeby zaspokoić swoje pragnienie podziwiania tamtejszych zwierząt i krajobrazów. W Kenii, istnej skarbnicy życia - z całym jej bogactwem dzikiej przyrody i falujących sawann - serce aż rosło mu w piersi. Tam właśnie doznawał głębokiej przemiany wewnętrznej.
Podczas jednej z tych wypraw myśliwskich, wiosną 1907 roku, Will zaprzyjaźnił się z sir Charlesem Eliotem, byłym zarządcą nowo utworzonego protektoratu Brytyjskiej Afryki Wschodniej. Mężczyźni lgnęli do siebie. Will, prawdziwy pionier, umiał skutecznie działać; Eliot, prawdziwy polityk, potrafił nakłonić innych, żeby działali skutecznie. Pewnego ranka w buszu Eliot złożył intrygującą propozycję mojemu ciotecznemu dziadkowi: jeśli ściągnie do Kenii dwadzieścia rodzin, rząd przyzna im za darmo ziemię pod osiedlenie. Eliot dostał właśnie polecenie od władz w kraju, żeby przyśpieszyć rozwój kolonii, pociągnąć jedyną linię kolejową aż za Nairobi i sprowadzić białych osadników, co pomoże ożywić handel i zyskać środki na rozbudowę kolei. Rząd brytyjski wysupłał już na ten cel pięć milionów funtów i spodziewał się zysków - im szybciej, tym lepiej.
Kenia nie była głównym celem ekspansji Wielkiej Brytanii w Afryce Wschodniej - chodziło przede wszystkim o Ugandę i źródła Nilu. Rząd chciał zapobiec przejęciu przez Niemców i Francuzów kontroli nad Kanałem Sueskim - ważnym odcinkiem brytyjskiego szlaku handlowego do Indii, perły w koronie Imperium. Budowa kolei była potężnym przedsięwzięciem i do prac sprowadzono tysiące sikhijskich robotników z Indii Brytyjskich. Szlak wiódł przez tereny o bardzo zróżnicowanym krajobrazie - od portowego miasta Mombasy, poprzez gęsty, niedostępny busz, aż po rozległe sawanny, na których rozpościerały się najlepsze pastwiska Masajów. Plemię niegdysiejszych panów tych ziem zostało zdziesiątkowane w początkach XX wieku przez epidemię ospy.
Mój cioteczny dziad Will był tak zauroczony kenijskim buszem i tak zachwycony perspektywą zamieszkania w tym wspaniałym kraju, że skrócił swój pobyt, by zwerbować osadników zgodnie z propozycją Eliota. Nie musiał zbyt długo szukać: ta gałąź naszej rodziny obfitowała w wielodzietne stadła. Sam Will dochował się siedemnaściorga dzieci z trzema żonami, a jego potomstwo przysporzyło mu równie licznych wnuków. Pełen energii i widoków na przyszłość, z powodzeniem przekonał część swoich zstępnych do przeprowadzki. Potem przyszła kolej na jego siostrę, a moją prababkę Aggett. Ona i jej mąż - z niebagatelnym przychówkiem w liczbie ośmiorga dzieci - stanowili idealny cel zabiegów. Mój pradziad Aggett nie radził sobie najlepiej. Rozmiłowany w hazardzie i alkoholu, w dobrej komitywie już tylko z dyrektorem miejscowego banku, który litościwie przymykał oko na jego rosnący debet - tkwił w długach po uszy. Stary rodzinny dom i kwitnąca niegdyś farma w Kraju Przylądkowym poszły pod młotek, co dało pradziadkowi do myślenia i uzmysłowiło mu zgubne skutki nałogów. Choć dobiegał już sześćdziesiątki, chciał naprawić swoją zszarganą reputację i zacząć życie od nowa. Will podał mu ostatnią deskę ratunku, którą pradziad przyjął z wdzięcznością.
Ellen Margaret, najstarsza córka Aggettów, wcześnie straciła męża. Zostawszy sama z dwoma synami, Stanleyem i Bryanem, przeniosła się z powrotem do moich pradziadków. Ellen była twardą kobietą, znaną z przedsiębiorczości i hartu ducha; aż się paliła, by zasmakować nowej przygody. Jak się okazało, jej decyzja miała bezpośredni wpływ na moje życie. Jestem wnuczką Ellen, córką siedmioletniego wówczas Bryana.
Will był wspaniałym gawędziarzem; w swoich kwiecistych opowieściach potrafił zawrzeć całe piękno Kenii, tchnąć prawdziwe życie w opisy pejzażu, ludzi i dzikiej przyrody. Uważał Kenię za istny raj na ziemi, a perspektywę zamieszkania tam traktował jak zaproszenie do edenu. Miał taką siłę perswazji, że w kilka miesięcy zdołał przekonać dwadzieścia rodzin, by porzuciły Kraj Przylądkowy, przewędrowały dziewiczy interior Afryki Wschodniej i zaczęły wszystko od nowa. Ci ludzie byli potomkami niezmordowanych pionierów: stoicko nastawionych do świata, żądnych przygód, rozkochanych w Afryce. Umiejętność oderwania się od korzeni, przetrwania i urządzenia się gdzie indziej mieli niejako we krwi. Nasłuchali się od rodziców epickich opowieści o przemierzaniu nieznanych krain i przejawiali wrodzoną chęć doświadczenia podobnych trudów na własnej skórze. Żałuję, że nie mogę cofnąć się w przeszłość i wziąć udziału w legendarnych naradach Willa. W dzisiejszej epoce zaawansowanej turystyki, kiedy dostęp do wszystkiego, co nam niezbędne, mamy praktycznie wszędzie, trudno sobie wyobrazić, że podróż wymagała kiedyś tylu planów i przygotowań. Choć Mombasa była już w starożytności ważnym ośrodkiem portowym, a kolej poprowadzono w głąb lądu aż do Nairobi, wędrowcy musieli być pod każdym względem samowystarczalni. Po drodze nie mogli liczyć na żadną pomoc - nie było dróg, sklepów, lekarzy, dentystów ani aptekarzy. Brali pełną odpowiedzialność za zdrowie i bezpieczeństwo: własne, małych i większych dzieci oraz żywego inwentarza.
W grę wchodziły nie tylko zapasy żywności. Gdyby osadnikom udało się dotrzeć w wyznaczone miejsca, potrzebowali choćby zalążka przyszłego stada, także sprzętów gospodarskich, nasion, narzędzi, mebli, a co najważniejsze, strzelb i amunicji, żeby obronić swoją własność. Kobiety musiały spakować niezbędne w podróży naczynia, koce, pościel, materiały krawieckie, pasmanterię, lekarstwa, ubrania i przybory toaletowe. Bezcennym skarbem okazały się świadectwa przodków osadników: spisane drobnym maczkiem porady praktyczne dla ludzi zdanych na własne siły, ze szczegółowymi instrukcjami wyrobu mydła i świec, konserwowania i przechowywania żywności, kroju i szycia ubrań, nauczania dzieci w podróży, stosowania ziół, owoców i innych dzikich roślin - zapobiegawczo i w leczeniu chorób, przezwyciężania kryzysów psychicznych i nieuchronnych wahań nastroju. Ówczesne kobiety były wyśmienitymi kucharkami i zręcznymi szwaczkami, nawykłymi do znojów osadniczego życia. Trudy podróży i ryzyko rozpoczynania wszystkiego od nowa miały się jednak stać ciężkim wyzwaniem dla ich rodzin.
Wreszcie nadszedł dzień, kiedy przygotowania dobiegły końca. Nie było już odwrotu. W Port Elizabeth na wschodnim wybrzeżu Afryki Południowej stał wynajęty niemiecki statek "Adolf Woermann", czekając na przyjęcie kolonistów wraz z ich dobytkiem. Ileż tego było! Wielki statek po załadunku musiał wyglądać jak przysłowiowa arka Noego i rozbrzmiewać podobnym gwarem. Oczyma duszy widzę obraz mojej babki i jej maleńkich dzieci na pokładzie pełnym zwierząt najrozmaitszych rozmiarów: wołów roboczych, koni wierzchowych, bydła mlecznego i mięsnego, owiec, kóz, kur, kaczek, indyków, gęsi i mniejszych zwierząt domowych, stłoczonych wśród wielkich furgonów, wszelkiego rodzaju sprzętów gospodarskich, cennych starych mebli, skrzyń z książkami, butelek, słojów i maszyn do szycia. W tamtych czasach nie było zwyczaju podróżowania z bagażem podręcznym!
Moje dzieci i wnuki tak głęboko zapuściły tutaj korzenie, tak mocno zrosły się z Kenią, że próba uzmysłowienia sobie emocji przeżywanych przez pasażerów, gdy statek powoli wychodził z portu, a oni na pokładzie ze łzami w oczach machali na pożegnanie bliskim, którzy zostali na lądzie, napełnia mnie ogromnym wzruszeniem. Nikt jeszcze nie wiedział, co przyniesie przyszłość, za to wszyscy zdawali sobie sprawę z niebezpieczeństw, jakim trzeba będzie stawić czoło w najbliższych latach. Wiedzieli też, że dla starszych osób w rodzinie będzie to rozstanie ostateczne, bo nikt się nie spodziewał, że jeszcze kiedykolwiek postawią stopę na ojczystej ziemi. Taka przygoda wymagała wielkiej odwagi, zwłaszcza od kobiet, które ruszały w nieznane wraz z dziećmi.
"Adolf Woermann" płynął do celu dwa długie miesiące. Nie obyło się bez problemów - straszliwego tłoku, chorób i nieuchronnych strat wśród żywego inwentarza. Zawinięcie do malowniczego, skąpanego w cudownym świetle tropikalnego świtu portu w Mombasie musiało przywołać skojarzenia z przybyciem do ziemi obiecanej. Dorośli znosili ładunek ze statku na nabrzeże, zachwycone dzieci rozbiegły się wkoło - mimo nieznośnego upału i obezwładniającej wilgotności. Tętniąca życiem, zgiełkliwa Mombasa mieniła się jaskrawymi barwami towarów oferowanych przez indyjskich i arabskich kupców. W powietrzu niosła się woń korzeni, pachnideł i egzotycznych potraw. Wzdłuż ulic ciągnęły się rzędy biało kwitnących plumerii i palm kokosowych. O zachodzie słońca można było odetchnąć i posilić się w starej części miasta.
Przed rozpoczęciem wyprawy w głąb lądu trzeba było ubrać cały inwentarz w szczelne pokrowce z juty, z otworami tylko na oczy i nozdrza - zwierzęta miały podróżować przez afrykański interior, gdzie aż się roiło od uprzykrzonych much tse-tse. Potężna, niegościnna połać suchej równiny nosiła wówczas nazwę pustyni Taru. Szkocki odkrywca Joseph Thomson opisywał ją w latach siedemdziesiątych XIX wieku jako "straszliwą i upiorną [...], przerażającą i pełną smutku, jakby ostały się na niej tylko śmierć i spustoszenie". Wystarczyło jedno ukąszenie zakażonej świdrowcem muchy, żeby przenieść na całe stado śpiączkę afrykańską, na którą nie znano wówczas lekarstwa. Kilka lat wcześniej ofiarą śpiączki padła większość zwierząt używanych w transporcie materiałów do budowy kolei. Wyciągnięto lekcję z tego doświadczenia. Cięcie jutowych worków i owijanie nimi każdej sztuki inwentarza z osobna musiało trwać wiele dni. Trud nie do pozazdroszczenia.
Kiedy zabezpieczono już bydło i załadowano cały dobytek do wagonów, można było rozpocząć kolejny etap podróży. Przygotowania do odjazdu pociągu okazały się równie skomplikowane. Ówczesne parowozy, opalane drewnem, wymagały olbrzymich rezerw paliwa i wody. W Mombasie nie położono jeszcze wodociągów, zapasy trzeba więc było czerpać z dwóch dwudziestopięciometrowych studni albo pompować z rzeki odległej o sześć kilometrów. Wprawienie całej maszyny w ruch było wielkim wydarzeniem. W dzieciństwie, kiedy ojciec opowiadał, jak doszło do osiedlenia naszej rodziny w Kenii, najbardziej lubiłam fragment, który nazwaliśmy z bratem i siostrami historią o jeździe pociągiem. Do dziś potrafię przymknąć oczy i przenieść się wyobraźnią do któregoś z wagonów, czując ten sam dreszcz oczekiwania, jaki towarzyszył wyjazdowi pociągu z Mombasy. Część matek nie bez obaw ruszała w tę podróż: tory kładziono niedawno, więc choć osadnicy i tak musieli wysiąść w Nairobi, w połowie drogi do celu, z pewnością bali się przeprawy przez chwiejne mosty z drewnianych kozłów i przepastne wąwozy. Wszyscy dorośli słyszeli o makabrycznej śmierci pół setki robotników indyjskich i afrykańskich, którzy zginęli przy budowie mostu nad rzeką Tsavo. Sprawcy, dwa miejscowe lwy, do których przylgnęło określenie "ludojadów z Tsavo", z pewnością wzbudzali postrach wśród mniej odpornych członków naszej rodziny.
Choć moje własne doświadczenia z Kenii różnią się pod wieloma względami od doświadczeń moich przodków, myślę, że pierwszego ranka w pociągu osadnicy ujrzeli taki sam świt, jaki podziwiam do dziś: słońce wschodzące w przepięknym blasku na tle nieba mieniącego się wszelkimi odcieniami karminu, różu, rudego brązu i złota. Ich zmęczone oczy, zasnute czerwonym pyłem pustyni, patrzyły z równym zachwytem jak moje na rozległą, sfałdowaną połać równiny Athi. Z okien rozpościerał się widok na całe bogactwo Natury - nieprzebrane stada gnu, zebr, antylop, gazeli, żyraf, wielkie skupiska bawołów, a nawet nosorożców. Dzieci, zauroczone zmiennością krajobrazu, syciły wzrok obrazami, z jakimi nigdy przedtem nie miały do czynienia. Grupka najedzonych lwów, leniuchujących pod samotnym drzewem na równinie, skłoniła maszynistę do zatrzymania pociągu, żeby pasażerowie mogli dłużej się na nie napatrzyć. Prawdę powiedziawszy, cioteczny dziad Will i jego towarzysze podróżowali na specjalnej platformie z przodu lokomotywy, żeby tym baczniej obserwować mijane po drodze stada dzikiej zwierzyny. Will był zapalonym myśliwym, ilekroć wyśledził przy torach godną strzału zdobycz, wstrzymywał podróż, żeby się wybrać na prawdziwe łowy. Maszynista spokojnie czekał na powrót mężczyzn z polowania, a reszta pasażerów nie narzekała na opóźnienie, czerpiąc tyle samo radości z kibicowania ich wysiłkom.
Jakże beztrosko moi przodkowie strzelali do zwierząt! Dla nas, żyjących w innej epoce, świadomych hekatomby dzikiej przyrody, szczęśliwych, jeśli uda nam się zaobserwować któreś z tych wspaniałych stworzeń na wolności, zachowania moich protoplastów są szokujące i niezrozumiałe. W tamtych jednak czasach mapy Kenii świeciły białymi plamami; w każdą stronę, aż po horyzont, ciągnęły się bezkresne, dziewicze ziemie, rozświetlone słońcem połacie złocistej jak zboże trawy, porośnięte drzewami koryta wyschniętych rzek, zielone doliny i krystalicznie czyste jeziora. Zwierzyna była wszędzie i w takiej obfitości, że ci, którzy nie widzieli na własne oczy, nie potrafią sobie tego nawet wyobrazić. Nikomu nie przyszłoby do głowy, że polowania - choćby najbardziej intensywne - przetrzebią stada dzikiej zwierzyny i doprowadzą do zagłady niektórych gatunków.
Kiedy pociąg dotarł do Nairobi, pasażerowie musieli wysiąść, dopełnić kilku formalności administracyjnych i przygotować się ostatecznie do wielkiej wyprawy w głąb lądu. Nairobi, założone na dawnych terenach rolniczych Masajów, powstało w 1899 roku jako ośrodek zaopatrzeniowy Kolei Ugandyjskiej. Kilka lat później miasto podniesiono do rangi stolicy protektoratu Brytyjskiej Afryki Wschodniej. W 1907 roku Nairobi odbudowywało się po stratach spowodowanych niedawną epidemią dżumy. W chwili przybycia mojej rodziny wciąż przypominało skupisko szop, baraków i kramów indyjskich, przecięte na pół ulicą Rządową, czyli wysadzaną drzewami drogą dla wozów konnych. Większość zabudowań wzniesiono na palach, żeby nie zapadły się w bagno. Wszechobecny kurz pokrywał drzewa i domy. Miasto było jednak gwarne i tętniące życiem, pełne indyjskich pracowników kolejowych, ulicznych sprzedawców, riksz i wózków zaprzężonych w muły. Rodzina była oczarowana. Starszyzna grupy zatrzymała się w jedynym hotelu Norfolk z widokiem na mokradła, gdzie dzikie zwierzęta z równin ściągały gromadnie do wodopoju. Trudno o lepsze miejsce dla mojego ciotecznego dziadka Willa. Już pierwszej nocy nie przepuścił okazji - zbiegł z hotelowej werandy i ustrzelił piękną sztukę wypatrzoną na bagnach. Nazajutrz nie musiał nawet opuszczać towarzystwa - położył zwierza wprost z tarasu.
Wkrótce udało się załadować wozy i przyprząc woły. Rodzina była gotowa do dalszej podróży w głąb lądu. Mężczyźni ubrani w ciężkie drelichy, kobiety w pończochach i zasznurowanych gorsetach, wszyscy w hełmach korkowych, ruszali w drogę z duszą na ramieniu. Nikt wprawdzie nie wątpił w hojność rządu, który wyasygnował dla osiedleńców przeszło dwa tysiące hektarów dziewiczego buszu, szkopuł jednak w tym, że ziemie leżały w rejonie Naroku, w samym sercu krainy Masajów, co wzbudzało niepokój wielu uczestników wyprawy. W rzeczywistości nie mieli się czego obawiać. Choć Masajowie, od sześciuset lat żyjący w Afryce Wschodniej, zyskali dość złowrogą reputację, wódz i czarownik Mbatian odradzał swoim współplemieńcom stawianie oporu, kiedy na ich terenie pojawią się ludzie o bladej skórze albo "żelazny wąż", przepowiedziani we śnie przez jedną z masajskich dziewcząt. Tak naprawdę, najbardziej niebezpieczne dla rozpoczynających nowe życie osadników miały się okazać dzikie zwierzęta.
Podróż trwała kilka miesięcy. Nie było dróg, tylko ścieżki utorowane przez wozy jadące przez gęsty busz szlakiem zwierząt. Towarzyszące pasącym się stadom muchy były dosłownie wszędzie i ludzie nie mogli się od nich opędzić. Mimo grubej, chroniącej przed upałem odzieży gęsty pył wciskał się w oczy, wdzierał w gardło i płuca, przyprawiając zwłaszcza dzieci o długie ataki suchego kaszlu. Kiedy wędrowcy wkraczali na ziemie plemion, które nie miały wcześniej do czynienia z białymi, kobiety na widok zbliżającego się konwoju podnosiły wrzask, ściągając mężczyzn uzbrojonych w pałki, włócznie, łuki i strzały. Zdarzało się, że tubylcy miotali włócznie w wozy, zanim mój dzielny cioteczny dziadek Will zdążył ułagodzić ich pojednawczymi gestami. Wszechobecnym zagrożeniem były drapieżniki, których uwagę rozpraszały na szczęście nieprzeliczone stada roślinożerców. W Wielki Rów Wschodni podróżni wjechali trasą wytyczoną przez dawnych pionierów, wijącą się pośród gęstych pierwotnych lasów w górnych partiach rowu, w dół stromego uskoku i dalej przez rozległą sawannę na dnie doliny. Wygasłe wulkany Longonot i Suswa stały na straży ciągu jezior sodowych i słodkowodnych. Zachodnia ściana doliny, tak zwana skarpa Mau, uzmysławiała grozę sytuacji członkom mojej rodziny, którzy musieli dotrzeć do celu, torując sobie drogę wzwyż.
Zdarzały się jednak chwile rzadkiej piękności. Wyjazd z chłodnych zacienionych lasów wprost w bujną, opromienioną migotliwym światłem dolinę po raz kolejny przypomniał wędrowcom o zróżnicowaniu tutejszego krajobrazu. Botanicy amatorzy mogli podziwiać nowe rośliny i kwiaty dosłownie na każdym kroku - orchidee, mieczyki, ketmie i górskie lobelie o dwuwargowych kwiatach zebranych w olbrzymie kwiatostany, osiągające wysokość do sześciu metrów. Zapaleni ornitolodzy obserwowali najrozmaitsze ptaki: liczące co najmniej pięćdziesiąt sztuk stada strusi, lśniące, kruczoniebieskie czarnotki, mieniące się tęczowymi kolorami błyszczaki rudobrzuche i jaskrawo upierzone nektarniki. Z odległych wiosek niosła się cierpka woń domowego inwentarza i pieczonego na ruszcie mięsa; stroje i biżuteria tubylców cieszyły oczy przepychem barw; spomiędzy chat dobiegały odgłosy niezrozumiałych rozmów i porykiwania osłów. Masajowie nosili charakterystyczne okrycia z czerwonych pledów, splatali włosy w warkocze przedłużane pasmami wełny i farbowane ochrą, której używali też do malowania ciała. Ich nogi i ręce zdobiła wymyślna biżuteria z koralików, płatki uszu mieli rozciągnięte ciężkimi kolczykami. Dzieci nie mogły się napatrzyć na ich lśniące sztylety i włócznie.
Ojciec dobrze zapamiętał tę podróż. Nigdy się nie nudziłam, słuchając jego opowieści o stadach zwierząt, które przystawały w oczekiwaniu na przejazd karawany, otaczając ją szczelnie niczym żywa zasłona. Tętent kopyt i postękiwania pulsowały jak serce nieznanej krainy. Ojciec uwielbiał naśladować gruchanie gołębi i z dreszczem podniecenia łowił uchem głęboki, mrożący krew w żyłach ryk lwów. Mięsa zawsze mieli pod dostatkiem. Polowania urządzano niemal codziennie, także podczas całonocnych wart, pełnionych w obronie cennego inwentarza przed atakami lwów, hien i lampartów. Dzieci z zapałem obserwowały, jak Will pędzi wierzchem przez otwartą równinę, próbując prześcignąć żyrafę albo elanda.
Były to jednak beztroskie wspomnienia z lat chłopięcych. Z punktu widzenia dorosłych podróż obfitowała w trudy i dylematy codziennej egzystencji. Wędrówka w górę gęsto zalesionych zboczy skarpy Mau, którędy prowadził szlak do Naroku, ślimaczyła się w nieskończoność; przejazd dla wozów trzeba było wyrąbać w nieprzebytym gąszczu roślin, kierując się wąską ścieżką wydeptaną przez słonie. Każdego wieczoru, przed szybkim zapadnięciem zmroku, kobiety rozbijały obóz, a mężczyźni konstruowali z kolczastych krzewów bomę - rodzaj ogrodzenia, zabezpieczający zwierzęta przed nocnymi drapieżnikami. Kiedy podróżni dotarli w rejon Naroku, czekała ich jeszcze przeprawa przez Ewaso Ngiro - dziś zaledwie strumień, wówczas szeroką i rwącą rzekę. Żeby przeprawić się na drugi brzeg, musieli spławić wozy i zwierzęta w poprzek nurtu - istny koszmar logistyczny. Osadnicy byli jednak sprawni i gotowi na wszystko. Po czterech miesiącach stanęli wreszcie u kresu niebezpiecznej podróży. Grupa ciotecznego dziadka Willa zatrzymała się nad jeziorem Elmenteita, rodzinę Aggettów czekało znacznie trudniejsze zadanie: mieli dobrnąć do samego Naroku. Zalążek przyszłego miasta był wówczas niewielką osadą handlową i ośrodkiem administracyjnym dystryktu. Wyznaczone działki leżały po drugiej stronie rzeki, z dala od zabudowań osady.
Oczywiście nic nie zastali na miejscu. Aż trudno to pojąć - wędrować przez cztery miesiące w skrajnie niesprzyjających warunkach, ciągnąć ze sobą dorobek całego życia, po czym dotrzeć do celu i zobaczyć dzikie pustkowie. Często się zastanawiam, skąd osadnicy mieli pewność, że nie zabłądzili. Mężczyźni wznieśli prowizoryczne chaty z trawy i mocne bomy z kolczastych krzewów, żeby zabezpieczyć inwentarz. Zakasali rękawy i wzięli się do żmudnego oczyszczania terenu. Chwilę potrwało, nim mogli zbudować solidniejsze domy i zaprowadzić jaki taki porządek w obejściu. Co gorsza, rozkład działek doprowadził do rozproszenia rodziny Aggettów, utrudniając jej członkom wzajemną pomoc. Dla mojego pradziada nastały ciężkie czasy - skończył pięćdziesiąt dziewięć lat i nie miał już sił na taką harówkę. Jeśli osadnicy liczyli na wsparcie Masajów, srodze się zawiedli. Zgodnie z tradycją plemienia mężczyźni zajmowali się wyłącznie wypasem bydła, wszelkie prace fizyczne pozostawiając kobietom. Byli jednak przyjaźnie nastawieni i z ciekawością obserwowali zwyczaje przybyszów. Wytrwałość i odwaga mojego pradziadka wywarły na nich wielkie wrażenie - te same przymioty cenili u pobratymców.
Dziś czujemy się niepewnie, jeśli od sklepu dzieli nas więcej niż pół godziny jazdy samochodem. Ilekroć wybieram się na zakupy, aż się wzdragam na myśl, ile zachodu kosztowało to moją prababkę Aggett. Najbliższy sklep znajdował się w Kijabe - oddalony o sześć dni drogi wozem. Szły więc w ruch rodzinne poradniki. W wolnych chwilach między doglądaniem zwierząt a odpędzaniem hordy pierzastych i ofutrzonych drapieżników, czyhających dniem i nocą na wszystko, co się rusza, prababcia warzyła własne mydło z ubitego w domu masła, strusich jaj zebranych na równinie i przywiezionej z domu sody kaustycznej. Żeby zrobić świece, wytapiała łój z gnu i zalewała tłuszczem knoty umieszczone w wydrążonych cylindrach. Balsamy i maści przyrządzała z ziół wymieszanych z woskiem. Nasolone mięso suszyła w słońcu według przepisu na tradycyjny biltong, zebrane w buszu owoce konserwowała w słojach. Pracowała niestrudzenie - a przecież i ona dobiegała już sześćdziesiątki.
Przez pewien czas rodzina dokładała wszelkich sił duchowych i fizycznych, by z powodzeniem rozpocząć nowe życie. George - jeden z synów Aggettów - spędzał mnóstwo czasu z Masajami, nauczył się ich języka i poznał obyczaje. Moja prababka, której długie i gęste włosy były źródłem niezmiennej fascynacji masajskich kobiet, przekonała się wkrótce, że jej sława uzdrowicielki zatacza coraz szersze kręgi. Dopuszczano ją nawet do leczenia chorych i okaleczonych Masajów - ranionych włócznią, pokąsanych przez lwy, cierpiących na infekcje oczu i skóry. W skład jej tajnych receptur wchodziły mieszanki parafiny i pleśni zebranej z krowich placków, z dodatkiem wyciągów ziołowych sporządzanych zgodnie z instrukcją przekazywaną z pokolenia na pokolenie.
Kiedy rytm życia trochę się uspokoił, rodzina mogła odczuwać satysfakcję ze swej przedsiębiorczości i umiejętności przetrwania. Przepych otoczenia nieustannie podnosił osadników na duchu: rozległe, otwarte przestrzenie, magiczny przestwór nieba w najczystszym odcieniu błękitu, bogactwo dzikiej przyrody. Trudy życia codziennego w buszu okazały się jednak tyleż nieznośne, co wyczerpujące. Ziemię uprawiano metodą prób i błędów. Afryka była zagadką dla pierwszych osadników. Żyzne z pozoru gleby okazywały się zbyt ubogie w sole mineralne, by dawać obfite plony. Wysokie położenie terenu i stosunkowo krótki dzień w strefie podrównikowej też miały wpływ na wzrost roślin. Deszcze niosły głód lub klęskę urodzaju: zawsze były zbyt skąpe albo zbyt ulewne. Gwałtowne gradobicia niszczyły zasiewy aż po horyzont. Bydło padało ofiarą nieznanych chorób, na wszystkich czyhały dzikie zwierzęta, plaga szarańczy bądź żarłocznych gąsienic ćmy Spodoptera exempta potrafiła w okamgnieniu zniweczyć nadzieje na żniwa.
Na mojego starzejącego się pradziadka przyszły ciężkie terminy. W pewien szczególnie pechowy poranek wybrał się na codzienną przejażdżkę na swej ulubionej kobyle imieniem Księżniczka, prowadząc luzem drugą klacz, Stokrotkę, którą trzeba było trochę rozruszać. Spętał Księżniczkę i zostawił w cieniu wielkich drzew nad brzegiem rzeki Ewaso Ngiro, Stokrotkę zaś puścił wolno, ufając, że nie oddali się zanadto od towarzyszki. Sam poszedł sprawdzić bruzdę irygacyjną, która przebiegała w dość sporej odległości od rzeki. Kopał przez jakiś czas, próbując doprowadzić wodę do grządki warzywnej. Tamtego dnia wrócił dopiero o zmierzchu, zmęczony i wyczerpany, by stwierdzić z przerażeniem, że jego ukochana Księżniczka padła ofiarą olbrzymiego czarnogrzywego lwa, który przyczaił się groźnie nad zdobyczą, podczas gdy Stokrotka biegała nerwowo w pobliżu, zataczając coraz ciaśniejsze kręgi wokół napastnika. I właśnie wtedy pradziad złamał swoją żelazną zasadę i postanowił nie sięgać po broń, bo nie zostało mu nic innego, jak tylko złapać ocalałą klacz.
Tymczasem lew okazywał coraz większe rozdrażnienie, przysiadając na zadzie i przestępując z łapy na łapę, porykując, warcząc i wściekle bijąc ogonem o ziemię, śledząc roziskrzonymi ślepiami każdy ruch pradziadka. Kiedy pradziadkowi udało się uspokoić Stokrotkę, miał poczucie, że czas się zatrzymał. Uznał, że teraz albo nigdy: ostatnim tytanicznym wysiłkiem woli rzucił się ku klaczy, jakimś cudem - sam nie miał pojęcia, jak tego dokonał - wdrapał się jej na grzbiet i spiął piętami do galopu. W tej samej chwili lew zaatakował, dobywając z gardzieli ryk mrożący krew w żyłach. Stokrotka skoczyła naprzód potężnym susem, umknąwszy dosłownie w ostatniej chwili przed śmiercionośnym uściskiem szczęk drapieżnika.
Tamtej nocy pradziad przestąpił próg domu jako roztrzęsiony, zmęczony i złamany życiem starzec. Pomijając grozę sytuacji, kochał swoją Księżniczkę z całego serca, tak mocno, jak można kochać wierzchowca, któremu ufało się bezgranicznie. Wierna Księżniczka niosła go na swym grzbiecie setki kilometrów, przez całą Afrykę Południową i Kenię. Oboje łączyła niemal telepatyczna więź - pełna empatii i czułości, wymykająca się wszelkim definicjom. Pradziad po raz pierwszy poczuł, że przegrał i nie jest już w stanie zwalczyć przeciwieństw losu. Myślę, że pożałował swojej decyzji o wyjeździe z Afryki Południowej. Tamtej nocy oboje z prababką Aggett prawie nie zmrużyli oka, rozmyślając nad swoją niedolą. Nad ranem powzięli postanowienie. Na tym siedlisku nie mogło im się udać, musieli się stąd wynieść. Następnego dnia pradziad Aggett osiodłał Stokrotkę i ruszył do Nairobi, żeby poszukać rady u przedstawicieli władz kolonialnych.
Prawdę powiedziawszy, władzom zaczęło już świtać, że osamotnionych i narażonych na nieustanne niebezpieczeństwo osadników trzeba dokądś przenieść z kraju Masajów. Rozpoczęto nawet negocjacje z wodzami i starszyzną wiosek, żeby sprowadzić kenijskich Masajów do Naroku i osiedlić w jednym miejscu, z dala od ziem wrogiego plemienia Kikuju. Kiedy mój pradziad dotarł do Nairobi, zapadła decyzja o przesiedleniu go wraz z rodziną do dystryktu Laikipia. Region obfitował w żyzne grunty uprawne i dziką zwierzynę - równie liczną, jak nieprzebrane stada z równiny Athi i ziem Masajów w Naroku.
Tak więc rodzina po raz kolejny spakowała dobytek na wozy i ruszyła w drogę z zachowanym przy życiu inwentarzem, żmudnie cofając się po własnych śladach. W tym samym czasie tysiące wojowników Masajów z płaskowyżu Laikipia, w pełnym rynsztunku bojowym, zstępowało w głąb Wielkiego Rowu, ciągnąc za sobą sto tysięcy bydła, pół miliona owiec i setki obładowanych jukami osłów. Kobiety, dzieci i starcy człapali u boku zwierząt niosących ich skromny dobytek, chronieni przez tylną straż - pod czujnym okiem żołnierzy z King's African Rifles (Królewskich Strzelców Afrykańskich), którzy pilnowali, żeby nikt nie zboczył ze szlaku. Musiał to być niezapomniany widok: wielki exodus powracających do Naroku Masajów z Laikipii, który minął się w drodze z sunącą w przeciwną stronę kawalkadą rodziny Aggettów.
Młodsi byli wyraźnie podekscytowani i wprost nie mogli się doczekać osiedlenia na nowej ziemi. Moi pradziadkowie, wyczerpani fizycznie i psychicznie trudami ostatnich lat, zatrzymali się na niewielkiej działce, odległej o kilkanaście kilometrów od miasta Naivasha, leżącego nad jeziorem o tej samej nazwie. Tu założyli dom, który z czasem stał się przytulną i gościnną ostoją całego klanu, zapewniającą dzieciom nieskrępowaną swobodę penetrowania olbrzymich równin wokół jeziora w Wielkim Rowie Wschodnim.
Mój ojciec Bryan dorastał tymczasem w Nairobi. W jego życiu zaszły pewne zmiany, odkąd na świat przyszli dwaj bracia przyrodni, Fred i Harry. Ellen, matka chłopców - owdowiała we wczesnym dzieciństwie Bryana - powtórnie wyszła za mąż za Ernesta Nye'a Charta. Założyła w Grand Hotelu pierwszą w Nairobi restaurację serwującą dania z rusztu, a później przejęła wraz z Ernestem zarząd nad całym hotelem, zyskując pewną renomę wśród miejscowych przedsiębiorców. Wujowie i ciotki mojego ojca, mimo początkowych trudności, też urządzili się z powodzeniem w nowej ojczyźnie - organizowali fachową obsługę polowań, hodowali bydło na farmach, zakładali gospodarstwa rolne, hotele, przedsiębiorstwa handlowe i transportowe. Bryan wędrował swobodnie między domami ciotek, wujów i niezliczonych kuzynów, za każdym razem doświadczając ciepłego przyjęcia i uroków gościnności swoich krewnych, którzy darzyli go wielką sympatią.
Mój ojciec był jednym z dwóch pierwszych mężczyzn w rodzinie, którym udało się zdać egzamin uprawniający do podjęcia studiów na Uniwersytecie Cambridge. Uzdolnienia akademickie być może ocaliły mu życie podczas I wojny światowej, kiedy zamiast na front, dostał skierowanie do pracy w biurze. Wraz z tysiącami innych zapadł jednak na grypę hiszpankę i odesłano go do domu. Dopóki nie wrócił do zdrowia, opiekowała się nim moja prababka Aggett, a gdy odzyskał siły, jeden z wujów zaproponował mu pracę. Obrotny wuj Boyce imał się wielu przedsięwzięć - prowadził handel skórami i futrami, organizował safari, miał sklep pod miastem Narok i kilka gospodarstw. Mój ojciec nabrał praktyki we wszystkim po trochu i służył nieocenioną pomocą w urządzaniu wujowych safari. W tamtych czasach safari trwały nawet półtora miesiąca, a Bryan umiał zapewnić klientom pamiętne i urozmaicone wrażenia z pobytu w buszu.
Babcia Ellen wiązała duże ambicje z drugim synem i nie pochwalała jego "wygłupów ze lwami". Nalegała, żeby zajął się hodowlą zwierząt. Niezmiennie posłuszny Bryan wysupłał sto funtów zaoszczędzonych z żołdu, kupił osiem krów i trzy cielęta, ulokował je tymczasem w gospodarstwie moich pradziadków i zaczął się rozglądać za jakimś kawałkiem ziemi. Do Kenii ściągało coraz więcej kolonistów w ramach programu osadnictwa żołnierzy po wielkiej wojnie. Ojciec i jego brat Stan musieli się śpieszyć, żeby zdążyć przed konkurencją. Gospodarzyli rozsądnie, przygotowywali zasiewy o właściwej porze, wymyślali coraz to nowe sposoby zabezpieczenia się przed utratą plonów. Sprawy potoczyły się jednak niezgodnie z planem i mimo starań braci całe żniwa poszły z dymem. Bryan musiał się nająć do pracy u drugiego wuja - tym razem miał polować na bawoły dla skór. Ellen znów okazała swoją dezaprobatę i przeszła od razu do czynów: uznawszy, że Bryan nie ma dość ogłady, wyekspediowała go do Afryki Południowej.
Szczerze mówiąc, Bryan nie miał nic przeciwko temu, bo pierwszą ofiarą zapędów wychowawczych Ellen padł Stan, który teraz donosił w listach o całkiem ładnych dziewczynach do wzięcia. Wkrótce przyszła kolej na mojego ojca - poznał smukłą i zgrabną jak łania Marjorie Webb. Z miejsca się w niej zadurzył, zauroczony jej wrodzonym wdziękiem i niesfornymi blond lokami. Uczucie było wzajemne, Marjorie wyznała przyjaciółkom, że zakochała się od pierwszego wejrzenia. Ku przerażeniu jej rodziców pod koniec pobytu Bryana młodych łączyło już tak głębokie uczucie, że postanowili się pobrać. Zastrzeżenia do Aggettów miał zwłaszcza ojciec Marjorie, który uważał ich za nieokrzesanych i apodyktycznych gburów. Wcale mu się nie uśmiechało, że córka spędzi resztę życia w "najczarniejszej Afryce" i choć - jak wszyscy - lubił Bryana, nie widział w nim "godnego" kandydata na męża swej ukochanej dziewczynki. Okazał się jednak na tyle rozsądny, by nie sprzeciwiać się jej zachciankom: kupił Marjorie bilet do Kenii, żeby mogła towarzyszyć Bryanowi w podróży powrotnej i przez kilka miesięcy na własnej skórze doświadczyć trudów życia.
Marjorie - zamiast stracić zapał - zakochała się w Kenii. Była pod wrażeniem jej majestatycznego piękna i nieokiełznanej różnorodności. Wróciła do Afryki Południowej z jeszcze mocniejszym postanowieniem, że wyjdzie za Bryana. Ileż sensu zdołała wnieść w życie mojego ojca! Uskrzydlony miłością Bryan przez dwa kolejne lata pracował jak nigdy przedtem, kupiwszy wreszcie ponad trzysta hektarów ziemi w pobliżu miasta Gilgil. Zbudował dom z drewna cedrowego i budulca z miejscowych kamieniołomów. Postawił na farmie tartak i uruchomił niewielki zakład stolarski. Pełen wiary w przyszłość, nadał swojemu gospodarstwu wzruszającą nazwę L'Esperance - "Nadzieja". Kiedy Dick Webb dowiedział się o sukcesach Bryana, pogodził się ostatecznie z utratą córki.
Dwa lata po pierwszym spotkaniu Marjorie - wciąż nie bez obaw - ruszyła z portu East London, by połączyć się ostatecznie z Bryanem. Kiedy spostrzegła go na kei w Mombasie, z przejęciem wypatrującego narzeczonej wśród pasażerów na pokładzie, miała już pewność, że podjęła właściwą decyzję. Ich magiczna podróż w głąb lądu, u progu nowego, wspólnego życia, odnowiła jej wspomnienia o cudach Kenii. Marjorie zapamiętała na zawsze przyjazd na farmę i unoszący się w domu zapach drewna cedrowego z równiutko ułożonych podłóg i pięknie wypolerowanych mebli, które ojciec przyszykował specjalnie na jej powitanie.
Ślub młodej pary dał asumpt do radosnej uroczystości rodzinnej. Olbrzymi klan Aggettów zjechał z całej okolicy; wesele trwało kilka dni. Marjorie z miejsca przypadła wszystkim do serca i rozpoczął się jej szczęśliwy byt na farmie. Nawet Ellen jakoś ją zaakceptowała. Wybranka mojego ojca była świetną gospodynią i miała uzdolnienia artystyczne, więc w obejściu nigdy nie zabrakło kobiecej ręki. Uprawiała też ogród, który stał się jednym z piękniejszych w okręgu. Umiała przyjmować gości i wkrótce w domu Marjorie i Bryana zaroiło się od krewnych i znajomych, którzy tchnęli radość w ich nowe gospodarstwo. Rok po ślubie, w 1930, Marjorie została matką - najpierw urodził się Peter, osiemnaście miesięcy później zawitała na świat pierwsza córka, Sheila. Po upływie kolejnych trzech lat, w czerwcu 1934, przyszedł czas na mnie. Na młodszą siostrę Betty musieliśmy poczekać jeszcze cztery lata. Do tej pory Bryan zdążył zbudować dom pod Gilgilem dla swojej matki, Ellen - nazywanej przez dzieci babcią Chart - i drugi dla świeżo przybyłych teściów, babci i dziadka Webbów, niespełna dziesięć kilometrów od nas. Webbowie postanowili przyjechać z Afryki Południowej i zająć się wnukami. Rodzina była w komplecie.
Blisko trzydzieści lat po opuszczeniu Kraju Przylądkowego z grona uczestników pionierskiej wyprawy ubyło kilka ważnych postaci - między innymi stryjeczny dziad Will oraz pradziadek i prababka Aggettowie. Choć zmarli zbyt wcześnie, żebym mogła zachować o nich wspomnienia, jestem im dłużna wdzięczność za determinację i hart ducha, za poświęcenie, z jakim budowali przyszłość następnych pokoleń rodziny. Dzięki nim moi najbliżsi krewni mogli bezpiecznie zapuścić korzenie w tej ziemi i nabrać mocnego poczucia przynależności.
Dzień zaczął się dobrze. Razem z kolegą szukaliśmy Eleanor, klucząc wśród splątanych roślin i stad dzikich zwierząt w Parku Narodowym Tsavo. Bardzo mi zależało na odnalezieniu najukochańszej z wychowanych przeze mnie słoniowych sierot. Po tylu latach zajmowania się słoniami nie miałam żadnych wątpliwości: od Eleanor dowiedziałam się najwięcej o jej pobratymcach. Przeżyłyśmy wspólnie wiele wzlotów i upadków. Była moją starą przyjaciółką.
Mieliśmy kłopot z jej odszukaniem. Tsavo rozpościera się na obszarze przeszło dwudziestu tysięcy kilometrów kwadratowych. Rozglądaliśmy się za nią tam, gdzie ktoś ponoć ją widział zaledwie dzień wcześniej. Dawniej, kiedy spodziewałam się znaleźć Eleonor w stadzie dzikich słoni, wystarczyło zawołać ją po imieniu, żeby spokojnie odłączyła się od grupy i podeszła do mnie. W chwilach czułości obejmowała mnie delikatnie za szyję potężną szorstką trąbą, unosząc na powitanie wielką stopę, żebym mogła ją uścisnąć oburącz.
Znałam Eleanor, od kiedy została sierotą w drugim roku życia - teraz była już po czterdziestce, niemal w tym samym wieku, co moja starsza córka Jill - i łączyła nas zdumiewająca więź, oparta na przyjaźni i zaufaniu, która przetrwała nawet po jej powrocie na wolność.
Wreszcie - we wskazanym miejscu - wypatrzyliśmy dzikie stado. Nigdy nie było łatwo odróżnić Eleanor w skłębionej ciżbie dorosłych osobników; nigdy też mi na tym nie zależało, bo miałam pewność, że słonica sama mnie pozna. W przeciwieństwie do innych dzikich słoni z Tsavo, które nie musiały ani nas lubić, ani nam ufać, zawołana po imieniu Eleanor zawsze podchodziła, żeby się ze mną przywitać, choćby przez wzgląd na stare dobre czasy. Wiele się nauczyłam o słoniowej pamięci i uderzających podobieństwach w odczuwaniu emocji przez słonie i ludzi - bądź co bądź, spotkanie ze starą przyjaciółką świetnie wpływa na samopoczucie, sprawia, że czujesz się chciana i pamiętana.
Ogromna słonica piła wodę z zamulonej sadzawki; jej pobratymcy wycofywali się już w zarośla. Z tej odległości nieszczególnie przypominała Eleanor: była równie wielka, ale bardziej krępa. Podzieliłam się swoją obserwacją ze znajomym.
- Jaka szkoda - powiedział. - Tak chciałem ją poznać.
- Zawołam ją - odparłam. - Jeśli to Eleanor, powinna zareagować.
Zareagowała. Popatrzyła na mnie zaciekawiona i odrobinę odstawiła uszy. Odeszła od sadzawki i ruszyła prosto na nas.
- Cześć, Eleanor - rzekłam. - Przybrałaś na wadze.
Spojrzałam jej w oczy, które miały dziwny odcień bladego bursztynu. Zaświtało mi w głowie, że Eleanor ma ciemniejsze oczy, ale natychmiast odrzuciłam tę myśl. To musi być Eleanor. Dzikie słonie z Tsavo po prostu tak się nie zachowują, nie podchodzą do ludzi z taką ufnością. Tutejsze stada odnoszą się do nas z wrodzoną rezerwą, bezlitośnie prześladowane przez kłusowników, którzy od lat siedemdziesiątych aż do początku dziewięćdziesiątych dokonali istnej hekatomby tych zwierząt.
- Tak - powiedziałam znajomemu. - To Eleanor.
Sięgnęłam do policzków słonicy i poczułam chłód szkliwa jej ciosów, drapiąc ją na powitanie pod brodą. Miała dobre, łagodne oczy, okolone długimi ciemnymi rzęsami. Zachowywała się przyjaźnie.
- Jest piękna - wyszeptał mój znajomy. - Stań koło niej, zrobię wam zdjęcie.
Ustawiłam się przy potężnej przedniej nodze i wyciągnęłam dłoń, żeby pogłaskać słonicę za uchem. Uwielbiałam tak pieścić Eleanor. Spód ucha słonia jest miękki i gładki jak jedwab, poza tym rozkosznie chłodny w dotyku.
Byłam zupełnie nieprzygotowana na to, co zdarzyło się potem.
Słonica cofnęła się odrobinę, wstrząsnęła potężnym łbem, chwyciła mnie trąbą i wyrzuciła wysoko w powietrze jak piórko - z taką siłą, że uderzyłam w olbrzymią stertę kamieni jakieś dwadzieścia kroków dalej. Od razu się zorientowałam, że strzaskała mi prawą nogę. Kiedy próbowałam usiąść, usłyszałam i poczułam chrzęst łamanych kości. Zobaczyłam też, że krwawię obficie z otwartej rany na udzie. O dziwo, nic mnie nie bolało - przynajmniej na razie.
Znajomy podniósł krzyk. Słonica - teraz już wiedziałam, że to nie Eleanor - zaszarżowała wprost na mnie, wznosząc się jak góra nad moim pokiereszowanym ciałem. Spodziewałam się rychłego końca. Zamknęłam oczy i zaczęłam się modlić. Miałam za co dziękować w życiu, ale nie chciałam jeszcze schodzić z tego świata. Wezbrała we mnie panika, bezładne myśli przemknęły mi przez głowę. Wtem zapadła kompletna cisza - jakby Ziemia przestała się nagle obracać - a kiedy otwarłam oczy, poczułam, że słonica delikatnie wsuwa ciosy między kamienie a mój tułów. Uświadomiłam sobie, że nie zamierza mnie zabić; wręcz przeciwnie, próbuje mnie podnieść na nogi i pomóc mi wstać. Traktuje mnie jak swoje młode, pomyślałam.
Gdyby mnie jednak podniosła w tym stanie, mogłoby to się źle skończyć.
- Nie! - krzyknęłam i plasnęłam dłonią w wilgotny czubek ciosa, który dotknął mojej twarzy.
Spojrzała na mnie łagodnym, skupionym wzrokiem i rozpostarła uszy, przypominające kształtem zarys kontynentu afrykańskiego. Potem uniosła wielką nogę i zaczęła mnie delikatnie obmacywać, ledwie trącając podeszwą stopy. Olbrzymie uszy trzymała prostopadle do potężnego łba, przypatrując się, jak leżę bezradnie, kilka centymetrów od czubków dwóch długich, ostrych ciosów. Już wiedziałam, że nie chce zrobić mi krzywdy - słonie stąpają ostrożnie i depczą tylko po swoich ofiarach. Jeśli mają mordercze zamiary, klękają, żeby zaatakować czołem i nasadą siekaczy.
I w tej właśnie chwili - z zadziwiającą jasnością umysłu, którą pamiętam do dziś - zdałam sobie sprawę, że jeśli ocaleję, muszę wypełnić zobowiązanie, jakie złożyłam Naturze i wszystkim zwierzętom, które wzbogaciły moje życie. Choć czułam każdą złamaną kość w pogruchotanym ciele, choć ból palił mnie teraz jak ogień, choć przyczyną mojej niedoli było jedno z moich ukochanych stworzeń, pojęłam w mig, że mam bezwzględną powinność podzielenia się swoją najskrytszą wiedzą i doświadczeniem z pracy wśród afrykańskich dzikich zwierząt. Muszę się też wytłumaczyć z poczucia przynależności do Kenii.
Jeśli przeżyję, zacznę pisać, pomyślałam. Przekażę moje dziedzictwo. Opiszę wszystko, czego się nauczyłam, próbując się przyczynić do ochrony i zachowania dzikiej przyrody w tej magicznej krainie.
Słonica jakby usłyszała moje myśli. W pełnej napięcia ciszy zerknęła na mnie raz jeszcze i powoli odeszła. Miałam żyć dalej. Wstrząśnięty kolega zdołał jakoś dotrzeć do naszego kierowcy i sprowadzić pomoc.
Po wielu godzinach leżenia pod skałą, szarpana bólem, jakiego nigdy przedtem nie doświadczyłam, zostałam uratowana przez lekarzy z organizacji Flying Doctors. Nie był to koniec moich cierpień. Przeszłam mnóstwo operacji, groźnych infekcji, przeszczep kości i wielomiesięczną rehabilitację, podczas której musiałam od nowa nauczyć się chodzić. Ale przeżyłam i zostałam w Afryce. Ocalałam dzięki niezwykłej umiejętności, z jaką słonie potrafią wymieniać się bardzo złożonymi komunikatami, które niejednokrotnie bywają sprzeczne z ich naturalnym instynktem. Przekonaliśmy się bowiem, że Eleanor znała Catherine - jak później nazwaliśmy dziką słonicę, która mnie zaatakowała - i w jakiś sposób przekazała jej informację, że mam przyjazne zamiary.
Wracając do ówczesnego objawienia - że muszę spisać historię swojego życia i swojej pracy: oto i jego owoc, który dojrzewał przez kilka lat. To opowieść o moich przodkach osadnikach; o dorastaniu w gospodarstwie rodziców; o safari i nocach pod gwiazdami; o Davidzie, mojej bratniej duszy, moich córkach Jill i Angeli, początkach naszego sierocińca dla słoni i moim własnym życiu - przepleciona fascynującymi gawędami o niezliczonych zwierzętach, które wzbogaciły mnie o tyle nowych doświadczeń. Zwierzętach, które odchowałam, pokochałam i nauczyłam się rozumieć, wchodząc w rolę ich matki zastępczej.
Tak rozpoczyna się moja historia: na tle majestatycznego pejzażu Afryki, kolebki ludzkości.