KANDAHAR, AFGANISTAN, marzec 2024 roku
Nuqra to niewielka wieś na przedmieściach Kandaharu. Miejsce jak każde
inne w tej części świata - nie ma tu nic, co uprawniałoby przybysza z zewnątrz do wyjazdu stąd z miłymi wrażeniami. Zbudowane z gliny domy są
otoczone dwu-, czasem trzymetrowymi murami. Wąskie, wymoszczone
śmieciami uliczki niemiłosiernie cuchną. W płytkich, zalanych ściekami
rowach tarzają się wychudzone psy. Na cokołach okopconych ruin bawią się
bose dzieci. Te mikre, brudne istoty wymykają się z domów przez dziury w blaszanych bramach. Niewiele osób ma tu komfort korzystania z energii
elektrycznej, jeszcze mniej dysponuje źródłem bieżącej wody. Pomimo to
mieszkają tu ludzie - mieszkają, bo nie mają wyboru.
- Boję się, Isaad, nie jedź do nich... - szepnęła kobieta, trzymając za
rękaw stojącego przy bramie męża.
- Zahab, wiesz, że muszę. Potrzebują mnie, tylko dzięki temu może uda
nam się w tym kraju przeżyć.
- A jak przestaną cię potrzebować, co wtedy? - spytała, szarpiąc go za
mankiet.
- Nie przestaną, nie bój się - odparł, zdejmując kłódkę z bramy.
- Tak samo mówiłeś o Amerykanach, pochowaliśmy przez nich syna,
pamiętasz? Boję się, Isaad, nasze dzieci, wnuki... nie poradzimy sobie bez
ciebie, wiesz to, prawda?
Zahab szlochała, zakrywając twarz kolorową chustą.
- Nie przestaną mnie potrzebować - odrzekł stanowczo. - Obiecuję ci. Nie
jestem już tak głupi i ślepy jak dziesięć lat temu.
- Niech Bóg ma cię w opiece. Proszę, nie ufaj im - nie ustępowała jego
żona.
- Bóg ma nas wszystkich w opiece, teraz bardziej niż kiedykolwiek -
mruknął w odpowiedzi. - Nikogo oprócz Boga przy nas nie ma, Zahab. Wrócę
wieczorem, pilnuj Asada, niech nie biega sam po ulicy.
Odszedł i z trzaskiem domknął metalową bramę. Po chwili zza muru dobiegł
odgłos silnika toyoty. Jechał do Kandaharu spotkać się z osobą, od
której zależał los jego samego i wszystkich ludzi, których kochał.
Talibowie od kilku lat panoszyli się w Afganistanie. Ich początkowo dość
liberalna administracja z czasem zmieniła się w ordynarną wersję
kalifatu. Piekło, które Afgańczycy znali z lat dziewięćdziesiątych,
powróciło do tutejszych miast i wsi z impetem, jakiego nikt się nie
spodziewał. Ci, którzy nie padli ofiarami czystek prowadzonych przez
fundamentalistów, pokornie poddali się silnej ręce szariatu.
Isaad Kazimi przez długie lata służył jako oficer w armii rządowej,
wcześniej zaś studiował na akademii wojskowej w Związku Radzieckim.
Osoby takie jak on reżim talibów likwidował bez litości. Tak też stało
się z jego synem, który jako oficer elitarnej jednostki rządowej
niestety dostał się w ręce islamistów. Sam Isaad miał jednak szczęście,
talibowie natrafili na jego ślad kilka miesięcy po tym, jak się
opamiętali. Falę przemocy powstrzymała myśl o przyszłości -
fundamentaliści zdali sobie sprawę, że potrzebują wykształconych ludzi.
W wielu dziedzinach nie byli sobie w stanie poradzić, a oprócz bicia
kijami kobiet, obcinania rąk i modlenia się do Allaha trzeba było
jeszcze zarządzać państwem. Ludzie tacy jak pułkownik Kazimi stali się
ich zakładnikami. Nie mogli opuścić Afganistanu - nawet gdyby im samym
się udało, w rękach oturbanionych szaleńców pozostawali ich bliscy. Cena
ucieczki była zbyt wysoka. Tkwili więc pokornie w kraju, mając nadzieję
na to, że są potrzebni reżimowi na tyle, by nie warto było pakować im
kuli w głowę. W co wierzyli? Na co mieli nadzieję? Na nic. Dla nich nie
było już nadziei, jedyną ich misją było zadbanie o rodzinę i przetrwanie
kolejnego dnia. Żyli w gigantycznym obozie koncentracyjnym zwanym
Afganistan. Ucieczka z tego przeklętego miejsca nie była możliwa. Można
było jedynie bać się lub umierać.
Corolla, którą jechał Isaad, słabo znosiła wyboje, starał się więc nie
dociskać zbytnio gazu. Jego wóz nie miał klimatyzacji, ale do tego
zdążył się już przyzwyczaić. Kilka lat temu jako pułkownik armii
rządowej poruszał się eleganckim, służbowym land cruiserem, jednak od
czasu, kiedy stery w kraju przejęli talibowie, Isaada zaczęły nękać
kłopoty. Wyprowadził się z Kabulu i zamieszkał wraz ze swoją
trójpokoleniową rodziną u brata. Jego gliniany dom pod Kandaharem nie
był za duży, ale jakoś się mieścili. Więcej lokatorów oznaczało więcej
rąk do pracy, a praca dawała pieniądze, za które można było przeżyć. Na
wsi było też bezpieczniej. Bracia, korzystając ze względnego spokoju,
uprawiali ziemię i hodowali kozy. Żona Isaada Zahab była nauczycielką,
kobietom zabroniono jednak pracować - teraz więc bała się nawet przyznać
do swojej profesji. Talibowie bezlitośnie tępili wykształcone kobiety.
Przesiadywała zatem w domu, zajmując się gospodarstwem. Po śmierci
własnego syna, Tarika, Isaad i Zahab zaopiekowali się także wdową po nim
i jego dziećmi. Cała ich rodzina: trójka dorosłych i trójka dzieci,
zajęła się pracą na roli, obowiązków nie brakowało dla nikogo. Isaad
przynosił też od czasu do czasu dodatkowy grosz, gdyż sąsiedzi płacili
mu za drobne naprawy. Był mechanikiem amatorem - dzięki temu jego bliscy
mieli za co żyć, ale też czasem udawało im się nieco zaoszczędzić.
Na przedmieściach zatrzymali go talibowie. Wzdłuż ulicy stały
zaparkowane dwa opancerzone HMMWV - samochody, które fundamentaliści
przejęli po rozbiciu afgańskiej armii. Z ich opancerzonych wieżyczek
czujnie zerkali celowniczowie karabinów maszynowych. Jeden z brodaczy
podszedł do wozu Isaada. Kierując lufę kałasznikowa w jego stronę,
zażądał dokumentów. Wrócił po chwili i nakazał mu zjechać na pobocze.
Toyotę otoczyło trzech uzbrojonych mężczyzn. W powietrzu zawisło
napięcie.
- Dokąd jedziesz? Wysiadaj! - polecił jeden z żołnierzy.
- Otwórz wszystkie drzwi i bagażnik! - krzyknął drugi, gestykulując.
Isaad pokornie spełnił wszystkie żądania, po czym uklęknął obok auta z rękoma splecionymi na potylicy. Talibowie przetrząsali samochód. Takie
momenty zawsze były ogromnie niebezpieczne. Bojownicy w zasadzie mogli
zrobić wszystko, życie i śmierć w tym momencie zależały całkowicie od
humoru dowódcy patrolu. Zdarzało się, że talibowie byli pod wpływem
narkotyków - oficjalnie nie wolno im było korzystać z używek, jednak na
niskich szczeblach ich struktur bywało z tym różnie. A odurzeni używkami
siepacze byli nieobliczalni. Pułkownik Kazimi modlił się w duchu, by
udało mu się ujść z życiem.
- Dokąd jedziesz? - spytał jeszcze raz jeden z brodaczy.
- Wezwał mnie szef służby bezpieczeństwa, Mohtar. Mam się stawić w jego
kwaterze za godzinę, wczoraj dostałem telefon - odpowiedział Isaad ze
spuszczonym wzrokiem.
- A to?! Co to robi w twoim samochodzie, skąd to masz?! - wrzasnął jeden
z talibów, potrząsając wyciągniętym z samochodowego schowka pistoletem.
- Po co ci gnat?!
- Bronię swojej rodziny - odparł spokojnym głosem Kazimi. - Mam żonę,
dzieci i wnuki na utrzymaniu. Na wsi grasują bandyci, sami przecież
wiecie... Złodzieje zatrzymują samochody, zabierają wszystko, co mamy,
chronię rodzinę. - Na moment zamilkł, po czym trzymając wciąż ręce
splecione na głowie, dodał: - Jestem dobrym muzułmaninem, żyję spokojnie
zgodnie z nauką Proroka. Dajcie mi jechać, muszę być punktualnie u Mohtara, to podobno ważne.
Talibowie oddalili się do swoich pojazdów. Isaad kątem oka zauważył, że
rozmawiają przez telefon. Prawdopodobnie sprawdzali to, co mówił. Gdy
potwierdzili, co trzeba, jeden z nich ruszył w stronę Isaada i wrzucił
pistolet przez okno do stojącej na poboczu toyoty.
- Jedź, czekają na ciebie - burknął i klepnął pułkownika po ramieniu. -
Jeśli ktoś cię jeszcze po drodze zatrzyma, powiedz, że sprawdzał cię
Rakim. Jedź już.
- Dziękuję, niech Allah ma was w opiece - odrzekł Isaad i wstał.
Kandahar był zatłoczonym miastem. Ulice centrum po brzegi wypełniały
wiekowe pojazdy: poobijane samochody, odrapane motocykle i wózki z towarami pchane przez właścicieli kramów. Sznury aut tonęły w kurzu i kłębach duszącego smogu. Zgiełkowi towarzyszył niemilknący hałas
klaksonów. Jakimś cudem w tym komunikacyjnym cyrku rzadko dochodziło do
wypadków. Tymczasem zniecierpliwiony pułkownik przebijał się bocznymi
uliczkami do centrum. Od celu dzieliło go jeszcze kilka przecznic.
Zmierzał w okolice starego dworca autobusowego, przy którym znajdował
się wysoki na kilka pięter, otoczony murem budynek. Miała tu siedzibę
lokalna służba bezpieczeństwa. Miejsce otoczone było ponurą historią.
Talibowie przetrzymywali w nim aresztowanych Afgańczyków. Na parterze
znajdował się improwizowany areszt. Wielu osadzonych nie wróciło stąd do
domów. Czasem znikały tu całe rodziny. Był to sam środek piekła, którego
istnienie lokalni mieszkańcy wypierali z umysłów. Nikt nigdy o nim nie
mówił, choć wszyscy wiedzieli, że jest. Ci, którym udało się stąd wyjść,
zamykali się w sobie. Przerażenie perspektywą powrotu do tego koszmaru
było silniejsze od chęci podzielenia się bolesnymi doświadczeniami.
Przed bramą budynku ustawiono sklecony z drewnianych płyt punkt
kontrolny. Wjazd na teren posesji blokował wątły szlaban. Talibowie nie
obawiali się zbytnio o swoje bezpieczeństwo - nie mieli powodu. Po
dotarciu na miejsce Kazimi wysiadł z samochodu. Tym razem sam przekazał
wartownikom trzymany w schowku pistolet. Po krótkiej kontroli
podniesiono szlaban. Jeden z brodaczy wskazał Isaadowi miejsce na
dziurawym parkingu, a potem poprowadził gościa w stronę wejścia do
budynku. Wszystkie okna w bloku były wyklejone przyciemniającą folią. Na
parterze i pierwszym piętrze zamontowano wzmocnione siatką metalowe
kraty. Wejście wyposażono w stalowe drzwi, których głośny zgrzyt
przeszywał grozą. Podłogę obdrapanego korytarza stanowił mocno
sfatygowany gumolit. Isaad w milczeniu podążał za prowadzącym go
strażnikiem. Drzwi po obu stronach hallu były szczelnie pozamykane.
Wartownik zatrzymał się przed jednymi z nich i wsadził dłoń do kieszeni.
Wyciągnął z niej duży klucz i wepchnął go do zamka, po czym szarpnął
kilka razy za klamkę. Mężczyźni stanęli na progu sali, w której jedyne
meble stanowiły ustawiona pod ścianą ławka i ocynkowane wiadro.
- Będziesz tu czekał - powiedział strażnik, wskazując ręką wnętrze.
- Bracie, wzywał mnie Mohtar - wtrącił Isaad, stojąc wciąż w progu. -
Mam się z nim spotkać, nazywam się Kazimi.
- Czekaj tu, ktoś po ciebie przyjdzie - odparł stanowczo jego rozmówca i ponownie wskazał ławkę pod ścianą.
Za Isaadem zamknięto drzwi, a w zamku zatrzeszczał klucz. Po skórze
Afgańczyka przeszedł dreszcz.
"Czy oni na pewno zrozumieli, po co tu przyjechałem?" - myślał. "Nie mam
telefonu, dokumentów, nie mam teraz przy sobie nic, a powinienem już być
w biurze Mohtara...".
Usiadł pod ścianą i zaplótł dłonie na podkurczonych kolanach. Trawiły go
niepewność i strach. Talibowie odebrali mu przed wejściem pasek, zegarek
i dokumenty. Miał świadomość, że jest już spóźniony. Stracił poczucie
czasu, zaczął więc obserwować przesuwający się po ścianie cień stalowej
kraty.
"Może o mnie zapomnieli?" - myślał. "A jeśli nikt go nie powiadomił, że
tu jestem? Powiedzą mu, że nie dojechałem, a co zrobią ze mną...".
Niepokój Isaada sięgał zenitu. Na zewnątrz zapadał wieczór, cień kraty
przestał już być widoczny. Od kiedy zatrzaśnięto za nim drzwi, minęły
dwie, może dwie i pół godziny. Napięcie stopniowo zamieniało się w strach.
"Jestem im potrzebny, jestem im potrzebny..." - powtarzał sobie w duchu.
W pewnym momencie z korytarza dobiegł hałas. W stronę celi, w której go
zamknięto, najwyraźniej szło kilka osób. Isaad przyłożył ucho do drzwi.
Ze strumienia dźwięków wyłowił odgłos kilku par maszerujących stóp i coś
w tle, czego nie był w stanie zidentyfikować. Po kilku sekundach zdał
sobie sprawę z natury tajemniczego zgrzytu. Było to szuranie ciała
ciągniętego po zniszczonym gumolicie. Talibowie targali kogoś przez
korytarz. W zamku oddalonych o kilka metrów drzwi zachrzęścił klucz.
Potem rozległo się stękanie, jęki, wreszcie łomot spowodowany
prawdopodobnie ciśnięciem bezwładnego ciała na podłogę. Znów chrzęst
zamka i niknący powoli tupot wojskowych butów. Kazimi przyklęknął na
progu, przystawiając ucho do drzwi. Starał się wyłowić ze złowrogiej
ciszy jakiekolwiek kolejne dźwięki. Po kilku minutach z celi, do której
wepchnięto bezwładne ciało, dobiegł ledwo słyszalny pomruk. Ktoś
cierpiał, gardło spoczywającej na podłodze ofiary przy każdym wydechu
wydawało coraz głośniejszy jęk. Mieszanka świszczących wdechów i postękiwań przeszywała umysł pułkownika. Nie mógł oderwać ucha od drzwi,
przesuwał po nich dłonią, tak jakby było to ciało człowieka, któremu
starał się ulżyć. Nie miał pojęcia, kto i w jaki sposób trafił do
sąsiedniej celi, mimo to jego serce wypełniły współczucie i żal. Jęki
nie ustawały. Po kilkunastu minutach wsłuchiwania się w ich puls Kazimi
oddalił się od drzwi. Znów zasiadł pod ścianą. Zakrył uszy, by już nie
słyszeć skatowanego sąsiada, skowyt i charczenie wdzierały się jednak
uparcie pod czaszkę. Teraz współczucie Isaada zmieniło się w strach.
"Zapomnieli o mnie, zapomnieli, że w ogóle tu jestem" - myślał.
"Wściekną się, jak zacznę krzyczeć, nie przyjdą, jeśli będę siedział
cicho... Co robić? Co do diabła robić?... Co z Zahab? Na pewno okropnie się
martwi, może ona się o mnie upomni? Cholera, Zahab miała rację, nie
trzeba było tu przyjeżdżać. Uciekać, trzeba było uciekać,
gdziekolwiek...".
Za okratowanym oknem zapadł zmrok, nie było już sensu liczyć godzin,
teraz czas odmierzały jęki cierpiącego sąsiada. Celę wypełnił chłód.
Isaad zwinął się na podłodze, wciskając dłonie pomiędzy uda. Zdawał
sobie sprawę, jak jest bezsilny wobec rzeczywistości, na którą skazał go
los. "Jestem im potrzebny, jestem im potrzebny..." - powtarzał sobie
ponownie w duchu, odganiając coraz mocniej paraliżujący lęk. W pewnej
chwili charczenie zza ściany ustało. Isaad uniósł dłonie, odkrywając
uszy. Wsłuchiwał się w ponurą ciszę. Podszedł do drzwi i stał tam przez
kilka minut, próbując wyłowić oznaki życia. Zastukał delikatnie w nadziei nawiązania kontaktu z nieszczęsną, do niedawna jeszcze ciężko
dyszącą istotą. Zadudnił pięścią, zrobił to jeszcze kilka razy, za
każdym razem mocniej, aż wreszcie zawołał:
- Hej! Jest tam kto?! Żyjesz?! Halo, człowieku!
Korytarz niezmiennie wypełniała cisza, z sąsiedniej celi nikt nie
odpowiadał. Nie było już słychać ani jęków, ani świszczącego oddechu.
Isaad jeszcze kilkakrotnie załomotał pięściami w drzwi - sam nie
wiedział, po co to robi, jego umysł najwyraźniej protestował przeciw
bezsilności i dezorientacji. W końcu jednak zdyszany zasiadł pod ścianą,
objął dłońmi głowę.
"Jestem im potrzebny, zaraz ktoś po mnie przyjdzie" - powtarzał sobie
jak modlitwę. "Jestem im potrzebny, nie skatują mnie jak tego człowieka
z sali obok, ja jestem im potrzebny, czeka na mnie Mohtar, jestem
potrzebny".
Przez okno, pomiędzy strzępami okleiny, zajrzał do niego księżyc, chwilę
po tym na korytarzu rozległ się tupot odzianych w wojskowe buty stóp.
Szparą pod drzwiami wdarł się jaskrawy blask - ktoś włączył oświetlenie.
W zamku zachrzęścił klucz, a Isaad odruchowo cofnął się pod okno. Ktoś
pchnął mocno skrzypiące drzwi, do pomieszczenia wlało się światło
mrugającej na korytarzu jarzeniówki. Isaad przykrył oczy, by uchronić
się przed rażącym migotaniem. W progu stanęły dwie postacie - brodacze w turbanach z bronią przewieszoną przez plecy. Przerażenie wypełniło
Isaada po brzegi, oczyma wyobraźni widział, jak to jego ciało wloką po
wyłożonym gumą korytarzu.
- Wstawaj, idziemy - rzucił oschle jeden z mężczyzn.
- Gdzie mnie zabieracie? - spytał Kazimi, wciąż stojąc pod oknem.
- Mohtar czeka, rusz się.
Musiało być już około północy, bo na kamiennych stopniach klatki
schodowej chłód poważnie dawał się we znaki. Wspięli się dwa piętra, po
czym jeden z mężczyzn otworzył drzwi do jaskrawo oświetlonego korytarza.
To miejsce w niczym nie przypominało ponurego parteru. Mężczyźni stąpali
po czystej bordowej wykładzinie. Po obu stronach hallu jaśniały bielą
dwuskrzydłowe drzwi, a w powietrzu unosił się słodkawy zapach -
mieszanka aromatów herbaty i taniej wody kolońskiej. Zmierzali w stronę
otwartego pokoju, z którego wnętrza dobiegały odgłosy rozmów. W progu
jeden z talibów zatrzymał Isaada i położył mu na ramieniu dłoń.
Zatrzeszczały deski posadzki. W obitym drewnianymi panelami gabinecie
stało ogromne biurko, za nim biblioteka z niedbale poukładanymi
segregatorami. Z wiszących na ścianie kinkietów sączyło się żółtawe
światło. Prawy róg pomieszczenia zajmowały skórzane kanapy, na których
siedział Mohtar w towarzystwie dwóch mężczyzn. Byli zajęci rozmową i prawdopodobnie dlatego strażnicy postanowili zaczekać z wejściem.
- Halib! - krzyknął Mohtar, kierując wzrok w stronę stojącej w progu
trójki. - Zostaw go tu, zamknijcie drzwi i poczekajcie na korytarzu. Dam
znać, jak skończymy.
Dłoń dotąd oparta na ramieniu Isaada pchnęła go teraz do wnętrza
gabinetu. Z trzaskiem zamknięto za nim drzwi. Wzrok Mohara i jego gości
zawisł na przeszytym lękiem przybyszu.
- Siadaj - powiedział jeden z tych ludzi, wskazując miejsce na sofie.
Mohtar przechylił kryształową karafkę i nalał do szklanki wody, po czym
przesunął ją po stole w stronę wskazanego siedziska. Kazimi łapczywie
pochłonął jej zawartość. Nie pił nic od momentu, kiedy pojawił się w tym
piekielnym budynku.
- Dobrze cię widzieć, Isaad, mamy parę tematów - zaczął Mohtar. - To
Rahi i Nadir, nasi przyjaciele z Kabulu.
Obaj mężczyźni mieli na sobie tradycyjne pasztuńskie stroje. Nadir
wyglądał na starszego. Głaskał dłonią siwą brodę i rozpierał się w fotelu. Rahi zaś trzymał w ręku niebieski notatnik. Sprawiał wrażenie
sekretarza.
- Isaad, bracie - odezwał się Nadir. - Rok temu Allah polecił nam
darować życie tobie i twojej rodzinie. Chcemy dać ci szansę, byś
odwdzięczył się za ten wspaniały gest...
Rahi pochylił się, przesuwając w stronę Isaada po stole czarno-białą
fotografię. Portret barczystego mężczyzny w mundurze galowym, oficera
Armii Czerwonej.
- Rozpoznajesz tego człowieka? - zapytał Nadir.
Kazimi pochylił się nad zdjęciem. Zmarszczył czoło i skupił wzrok na
poplamionej fotografii.
- Tak - oznajmił, kiwając głową. - To Wołkow. Pułkownik Wołkow, oficer
rosyjskich sił zbrojnych.
TRASA KANDAHAR-KABUL, kwiecień 2024 roku
Siergiej Wołkow pochodził z sowieckiej klasy średniej. Jego ojciec
Dmitrij był Rosjaninem. Służył, podobnie jak dziadek, w Armii Czerwonej.
W rodzinie Wołkowów ojciec Siergieja był pierwszym, który zdobył
wykształcenie. Szkoła oficerska, potem Akademia Sztabu Generalnego -
dzięki koneksjom i lojalności dotarł do zaszczytu noszenia pagonów
pułkownika wojsk powietrznodesantowych. Zaraz po studiach poznał swoją
przyszłą żonę - Łotyszkę. Irina była nauczycielką chemii, pokochała
Dmitrija i zaakceptowała styl życia, jaki oferowała im Armia Czerwona.
Przenosili się pomiędzy garnizonami od NRD po Bajkał. Nigdy jednak
niczego im nie brakowało, a to w państwie sowieckim nie było powszechnym
stanem rzeczy. Spośród trzech synów to właśnie Siergiej sprawiał
najmniej kłopotu. Dobrze się uczył, nie wdawał się w awantury,
stosunkowo późno rozpoczął przygodę z młodzieńczymi rozrywkami. Już w szkole podstawowej wykazywał się zdolnościami w obszarze nauk ścisłych.
Technikum skończył z wyróżnieniem, dlatego dostał się bez egzaminu do
elitarnej radzieckiej Wojskowej Akademii Technicznej w Kijowie. Radził
sobie nieźle, studiując na wydziale awioniki i osprzętu lotniczego.
Uczelnię ukończył z jedną z czołowych lokat. Wybrał potem - podążając
ścieżką ojca - służbę w desancie. Siergiej specjalizował się w technice
śmigłowcowej. Szybko awansował i jako wysokiej klasy specjalista
zaliczył kilka poważnych wyzwań. Jednym z nich było pełnienie obowiązków
szefa wydziału techniki lotniczej w radzieckiej jednostce podczas misji
w Afganistanie. Dwadzieścia lat później, już jako pułkownik prężącej
muskuły armii rosyjskiej, znalazł się w Syrii. Podobnie jak w Hindukuszu, Wołkow zajmował się tam lotniczą logistyką. Od Siergieja
sporo zależało - jego wpływy sięgały wszędzie tam, gdzie przemysł i biznes zarabiały na zaopatrywaniu rosyjskiego kontyngentu. Potrzeb było
sporo, a chętnych, aby je zaspokoić, jeszcze więcej. Przedsiębiorczy
logistyk poznawał sporo ludzi i czasami mocno na tym korzystał. Lotnicy
mieli sprawny sprzęt, przedsiębiorcy - pełne kieszenie, generałowie -
medale, a Siergiej - nienotowane oszczędności na koncie bankowym w Zurychu. W pagonach pułkownika nie był już młodym idealistą - jego głowę
zaprzątały głównie tematy szemranych interesów, łapówek i koneksji.
Zamierzał skorzystać na wojnie, ile się da. Nie przejmował się też
zbytnio tym, na czyje głowy spadały bomby z usprawnianych przez niego
samolotów. W każdym konflikcie zbrojnym widział po prostu kawior i dolary, radził sobie w tym świecie doskonale. Problemy pojawiły się w momencie, gdy jeden z rosyjskich generałów, szukając pracy dla zięcia,
postanowił wygryźć Wołkowa z intratnej posady. Jak zwykle w takich
przypadkach po piętach zaczęły niewygodnemu pułkownikowi deptać
rosyjskie służby. Siergiej szybko zorientował się w sytuacji, a ponieważ
kariera wojskowa nie była już jego pasją, to równie szybko znalazł
alternatywne zajęcie.
Wojskowe zaangażowanie Rosji w międzynarodową politykę bezlitośnie
obnażyło słabości spadkobierców Armii Czerwonej. Kreml potrzebował
uzbrojonych zawodowców - w ten sposób powstała sponsorowana przez Moskwę
prywatna armia zwana grupą Wagnera. Formacja bardzo szybko rosła w siłę.
Jeszcze przed wybuchem wojny w Ukrainie w tej "firmie" zatrudniano kilka
tysięcy weteranów. W jej arsenale znalazł się ciężki sprzęt, w tym
śmigłowce - i tu pojawiła się szansa dla Siergieja. Pułkownik znał
decydentów z przemysłu lotniczego, co czyniło go niezwykle cennym
nabytkiem dla wagnerowców. Miał też mnóstwo doświadczenia w bojowej
logistyce, był sprytny i chciwy - a takich właśnie ludzi potrzebowała
prywatna armia Kremla. Odszedł więc z wojskowej posady bez żalu,
przyjmując niemal natychmiast stanowisko na wysokim szczeblu zarządczym
w grupie Wagnera. W ten sposób dołączył do watahy ekswojskowych
specjalistów, którzy grzali się w blasku płomienia podsycanego romansem
rosyjskich oligarchów z politykami.
Dlaczego właśnie jego fotografię pokazano Isaadowi w kwaterze talibów w Heracie? Cóż, ci dwaj oficerowie dobrze się znali, a ich koleżeńskie
układy zaczęły się na długo przed sowiecką interwencją w Afganistanie.
Było to, jeszcze zanim Siergiej zamienił sowiecki idealizm na kawior i dolary. Wiedział o tym Mohtar, wiedzieli jego zwierzchnicy i z tego też
powodu pułkownik Isaad Kazimi, wraz z rodziną i kilkoma ludźmi eskorty,
znalazł się na pokładzie śmigłowca lecącego do Kabulu. Talibowie z nieznanego dotąd powodu potrzebowali Wołkowa, a dotrzeć do niego mógł
tylko Isaad. Prawdopodobnie właśnie dzięki temu on i jego bliscy wciąż
jeszcze żyli - byli potrzebni reżimowi, choć nie bardzo wiedzieli
dlaczego.
Kilka dni temu, kiedy Rahi rzucił na stół zdjęcie Siergieja, pułkownik
Kazimi dobrze wiedział, że niczemu nie warto zaprzeczać. Talibowie
musieli znać ich wspólną historię, a próby zatajania faktów mogły
spowodować mnóstwo problemów. Zło w Afganistanie panowało niepodzielnie,
należało z nim współpracować lub oczekiwać kary. Isaad miał rodzinę, nie
mógł więc sobie pozwolić na śmierć. Zresztą, gdyby nawet próbował
czemukolwiek zaprzeczać... Na zakończenie dyskusji w obitym drewnem
gabinecie Mohtar zaprosił pułkownika na parter - tam, gdzie zamknięto go
przed rozpoczęciem audiencji. Otwarto przed nim celę, której charczący
lokator jeszcze kilka godzin wcześniej wzbudzał jego współczucie. W zmasakrowanym ciele Afgańczyk rozpoznał swojego dawnego przyjaciela -
Rafika. Mężczyzna lata temu był razem z Isaadem na urodzinach u Wołkowa.
Czy zatem zaprzeczanie czemukolwiek miało sens? Należało się pokornie
poddać złu i próbować przeżyć, stając się jego częścią.
Tymczasem śmigłowiec z rodziną Kazimich wylądował w Kabulu. Ponurzy
brodacze pomogli przenieść bagaże do czekającego przy pasie startowym
busa. Ruszyli przez opustoszałe lotnisko w stronę obłożonej betonowymi
blokami bramy. Pozostałości wojskowej bazy NATO zionęły przerażającą
pustką. Po minięciu szlabanu wtopili się w miejski ruch. Isaad pamiętał
Kabul jeszcze z czasów, kiedy kobiety nie musiały nosić tu burek. Zahab
szarpnęła męża za rękaw.
- Opowiedz mi coś o nim. Po co chcą, żebyś się z nim spotkał? Czemu im
tak zależy? - spytała szeptem.
- Długa historia - odrzekł jej pułkownik. - Poznaliśmy się w Kijowie,
podczas studiów na akademii. To był drugi, może trzeci rok, nie
pamiętam. Wieczorem poszliśmy na zabawę w mieście. Było ciepło, dużo
chłodnego piwa, dziewczyny, muzyka, nad ranem wdaliśmy się w bójkę z bandą śródmiejskich pijaczków. Nic specjalnego, zwykła sprzeczka, potem
bijatyka. Chłopaki gdzieś uciekli, zostałem tylko ja i jeden Rosjanin,
właśnie Siergiej. Porządnie oberwaliśmy. Mnie złamali ząb, a Sierioża
krwawił z nosa jak zarzynany baran. Pojechaliśmy pod akademik jego
dziewczyny. Tam opatrzyły nas przyszłe lekarki. I tak to się zaczęło.
Potem często razem wychodziliśmy, poznałem przyjaciółkę Wołkowa. Jej
koleżanki mnie uwielbiały. Piękne, młodzieńcze czasy... Kiepsko mi szło z elektromechaniki, Siergiej dużo mi pomagał, ja przerabiałem z nim
matematykę, trzymaliśmy się razem. Po studiach wróciłem do kraju, sporo
do siebie pisaliśmy, czasem telefonowaliśmy. Kilka lat po graduacji
Siergiej zaprosił mnie na urodziny. Miał w planie zaręczyny z Nadią,
swoją przyjaciółką ze studenckich czasów. Zaprosił wszystkich, którzy
pamiętali ich historię. Przyjechałem do Kijowa, było świetnie. Bawiliśmy
się do rana w miejscach, które odwiedzaliśmy podczas studiów. Właśnie
wtedy dołączył do nas Rafik. Był jeszcze młodym studentem akademii.
Siergiej zaprosił go, bo jako mój przyjaciel czuł się odpowiedzialny za
afgańskich kadetów. Rafik był zdolnym dzieciakiem z Mazar, a wiesz, jacy
oni są. Obaj go lubiliśmy... Potem wchłonęło nas życie. Było tak do
momentu, w którym Siergiej zjawił się u nas z sowieckim kontyngentem.
Spotkaliśmy się w Kabulu dwa, może trzy razy. Pamiętasz to może? Byliśmy
już wtedy małżeństwem, pewnie ci o nim wspominałem.
Zahab pokręciła głową.
- Mieliśmy sporadyczny kontakt - kontynuował Isaad. - Sowieci bali się
wtedy z nami rozmawiać. Nie wolno im było nas odwiedzać, więc wszystkie
moje spotkania z Siergiejem odbywały się pod jakimś służbowym pretekstem
albo w tajemnicy. Pamiętasz, jak wróciłem kiedyś pijany do domu? Wtedy,
gdy przywieźli mnie Abdul i Rafik?
- Pamiętam, Isaad, pamiętam - skomentowała Zahab. - Rzucili cię na łóżko
jak kłodę, zastanawiałam się, czy ci nic nie jest...
- Wracałem wtedy ze spotkania z Wołkowem - kontynuował Kazimi. - Potem
coś u niego się stało. Jego przyjaciel, pilot śmigłowca, dostał się do
niewoli. W okolicach Kandaharu dorwali go Pasztuni. Pomagałem go
odnaleźć, pojechałem nawet na południe porozmawiać w jego sprawie z wujkiem Khalibem, bo on miał znajomości w tamtych stronach. Po paru
tygodniach znaleźliśmy jeńca. Trzymali go w wiosce niedaleko Spin
Boldak. Siergiej przywiózł pieniądze od jego rodziny. Przekazaliśmy okup
przez wujka, on też odebrał faceta z rąk mudżahedinów. A pamiętasz może
ładę, którą mieliśmy w Kabulu? Nasz czerwony samochód? Mówiłem ci, że to
auto służbowe. Tak naprawdę dał mi je Wołkow, w dowód wdzięczności za
uwolnienie przyjaciela. Potem, kiedy je sprzedałem, podzieliliśmy się
pieniędzmi z wujkiem. Nie widziałem Siergieja, odkąd wyjechał z Kabulu.
Mnóstwo lat, bałem się do niego odzywać, sama wiesz, jak było. Kilka
razy udało nam się pogadać przez telefon. Kiedy pojawili się Amerykanie,
wysłałem do niego list, ale pewnie zmienił już adres ze sto razy. I to
cała historia. A czego talibowie od niego chcą? Nie mam zielonego
pojęcia.
- Sporo jeszcze o tobie nie wiem - westchnęła Zahab. - Mam nadzieję, że
te znajomości jakoś nam pomogą.
- Już nam pomogły, Zahab, my żyjemy! Pamiętaj o tym. Zabili Rafika,
zabili i wielu innych, my z jakiegoś powodu żyjemy i myślę, że to ma
sporo wspólnego z Siergiejem.
Tymczasem bus, którym jechali, zatrzymał się przy wciśniętej w wysoki na
kilka metrów mur bramie. Kierowca zatrąbił parę razy klaksonem. Ktoś z wewnątrz uchylił metalowe wrota. Wjechali na podwórko. Piętrowa willa
prezentowała się okazale, jej zielonkawe okna odbijały promienie
zachodzącego słońca, a elewacja, choć mocno zakurzona, wciąż lśniła
jasną farbą. Upstrzony śmieciami dziedziniec nie korespondował jednak z tym wrażeniem. Dom wyglądał tak, jakby ktoś go pośpiesznie opuszczał,
wyrzucając wszystko, co niepotrzebne, na ziemię. Byli w dzielnicy, którą
kiedyś zamieszkiwali prominentni urzędnicy. Willa musiała należeć do
bogatej rodziny, która uciekła stąd przed talibami. Uciekła lub ją stąd
zabrano...
- To jest teraz wasz dom - oświadczył jeden z ochroniarzy. - Zajmijcie
piętro, my zamieszkamy na parterze. Nie wolno wam stąd wychodzić bez
naszego towarzystwa. Raz w tygodniu zabierzemy was na zakupy, dzieci
mogą bawić się na podwórku. Żadnych telefonów, żadnych odwiedzin,
żadnych prób ucieczki. Jeśli będziecie chcieli się z kimś skontaktować,
to tylko z mojego smartfona. Jesteśmy tu przez całą dobę, będziemy wam
pomagać, ale nie próbujcie łamać zasad. Jasne?
- Dziękuję za ten gest dla mojej rodziny - odparł pokornie Isaad. - To
dla nas zaszczyt móc mieszkać w tak pięknym domu, dziękuję wam za pomoc.
Oczywiście uszanujemy zasady, jeśli tylko będziemy mogli wam jakoś
pomóc, dajcie, proszę, znać...
- Isaad, bądź gotowy do wyjazdu - burknął jeden z ochroniarzy. - Być
może jeszcze dziś będę musiał cię zabrać do centrali wywiadu, ktoś ważny
chce z tobą rozmawiać.
Podczas rozmowy dzieci wbiegły po schodach na piętro. Teraz
jedenastoletni Asad przewieszał się już przez barierkę wystającego ponad
wejściowe drzwi balkonu.
- Nazi! - krzyknęła Zahab. - Nazi, zabierz Asada do środka! Co on tam
robi?!
Wdowa po Tariku na moment pojawiła się na balkonie. Miała na sobie
burkę, spod której teraz wyciągnęła ręce, żeby złapać niesfornego syna.
Po chwili oboje zniknęli za zielonkawym lustrem szklanych drzwi. Isaad
dźwignął zakurzone walizki i sapiąc, wspiął się po marmurowych schodach
na piętro. Mieszkanie było nadzwyczaj obszerne, zaprojektowane i urządzone w europejskim stylu. Wszędzie panował jednak bałagan.
Wyciągnięte na podłogę szuflady musiały być jakiś czas temu świadkami
ciężkich przejść ich właścicieli. Kazimi postawił bagaże na środku
obłożonego lustrami hallu. Stąd wchodziło się bezpośrednio do salonu z jadalnią, w której nietypowo jak na afgańskie domy ustawiono stół i krzesła. Pod ścianami stały przesadnie zdobione skórzane meble, a z sufitu zwieszał się orientalny żyrandol. Poza otwartą przestrzenią
salonu w apartamencie były jeszcze trzy sypialnie - dobry układ dla
dużej rodziny. Jedną z izb zajęła Nazi wraz ze swoją córką Kameh. Asad
zaś zamieszkał ze swoim o dwa lata starszym bratem Malikiem. Największą
sypialnię na końcu korytarza zajęli Zahab i Isaad. Dom wymagał sporo
pracy. Porozrzucane po podłodze sprzęty pokrywał kurz, w kuchni cuchnęło
psującym się jedzeniem. Zrezygnowana Zahab siadła na poszarzałej sofie.
- Jak się z tym wszystkim uporamy?... Jak długo tu zostaniemy? -
westchnęła, zakrywając dłonią oczy.
W ich wspólnym życiu pojawiało się coraz więcej niewiadomych. Zahab
traciła poczucie bezpieczeństwa, Isaad zaś popadał w stany depresyjne
spowodowane brakiem sprawczości. W tradycyjnej pasztuńskiej rodzinie
ojciec był głową domu. Miał prawo do wszystkiego, ale w zamian brał
odpowiedzialność za losy żon i dzieci. W tej kulturze mężczyzna tracił
szacunek, jeśli jego rodzina popadała w tarapaty. Kazimi czuł się więc
bezsilny, nie miał żadnego wpływu na to, co miało stać się z jego
bliskimi. Udawał pewnego siebie, by dodać sił żonie, ale gdzieś w otchłani duszy kulił się jak skrzywdzony chłopiec. Wypełniały go dwa
najdotkliwsze dla mężczyzny doznania: czuł się bezbronny i bezradny.
Miał ochotę przytulić Zahab, pogłaskać jej policzki, instynkt jednak
kazał mu chwytać się resztek samczej dumy. Rozpaczliwie szukał pozorów
pasztuńskiej i męskiej pewności siebie - takiej, jaką znał z domu, w którym się wychowywał, takiej, z jaką ojciec odnosił się do jego matki.
Tego wieczora talibowie nie zakłócali spokoju krzątającej się rodzinie.
Zahab z synową sprzątały do północy, a potem wszyscy ułożyli się do snu.
To nie była spokojna noc. Oboje rozmyślali o tym, co jeszcze przyniesie
im los. Zza okna dochodziły odgłosy pogrążonego w mroku miasta: pomruk
agregatów, szum samochodów, sporadyczne odgłosy pojedynczych strzałów.
Największą jednak zmorą dla próbującej zasnąć pary była niepewność - nie
mieli pojęcia, co spotka ich jutro, za tydzień, za miesiąc, nie byli
nawet pewni tego, czy za minutę nie wpadną do ich mieszkania brodaci
ochroniarze. Do tego stanu Isaad i Zahab musieli przywyknąć - tylko w ten sposób mieli szansę ocalić się przed szaleństwem. Niepewność jest
najbrutalniejszym więzieniem dla ludzkiej godności - a oni byli na nią
skazani.
Nad ranem, tuż po modłach ktoś zastukał do ich drzwi.
- Isaad! - krzyknął któryś z talibów. - Za dziesięć minut ruszamy, zejdź
na podwórko!
- Tak, zaraz schodzę.
Zahab schwyciła męża za ramię.
- Może czegoś się dowiesz... uważaj na siebie - wyszeptała.
- Postaram się, postaram. Pilnuj dzieci, niech się nie kręcą koło
ochroniarzy, nie denerwujcie ich. Podobno mamy pojechać do kwatery
wywiadu, to niedaleko stąd. Mam nadzieję, że niedługo wrócę. Może coś
się wyjaśni.
- Niech Bóg ma cię w opiece, uważaj - powtórzyła kobieta.
Na podwórku stał już samochód. Tym razem w podróż do miasta udawali się
mocno sfatygowanym land cruiserem - dokładnie takim, jakim Isaad zwykł
jeździć, kiedy służył jeszcze w armii rządowej. Od niej też pewnie
pochodziło auto, do którego teraz wsiadał w towarzystwie trzech talibów.
Brama skrzypnęła i wyjechali na pogrążoną w porannym letargu ulicę. W miarę zbliżania się do centrum wzmagał się ruch. Po tym, jak upadł rząd,
pułkownik nie odważył się odwiedzać stolicy. Ukrywał się z rodziną na
prowincji, gdyż w mieście było bardzo niebezpiecznie. Na wsi zagrażali
mu tylko talibowie, w Kabulu zaś jego rodzina mogła paść ofiarą zwykłych
bandytów, złodziei czy szukających ujścia dla frustracji młodych
islamistów. Miasto było pełne zagrożeń, zwłaszcza dla dziewcząt. Coraz
częściej dochodziło do wymuszania małżeństw z nastolatkami. Młode
kobiety były sprzedawane, czasem porywane. Isaad nie zamierzał oddać
wdowy po synu czy jej córki Kameh w ręce talibów. Tymczasem obserwował
dynamikę ulicy. Sporo się zmieniło - zniknął wesoły zgiełk, zapach
kebabu, pojawiły się kobiety w burkach i sporo propagandowych murali.
Większość lokali usługowych świeciła pustkami, a ich witryny zionęły
potłuczonym szkłem i strzępami zastępujących szyby kartonowych płyt.
Mało który biznes był w stanie przetrwać inflację na poziomie
czterdziestu procent. W strumieniu warczących na siebie aut brnęło kilka
pick-upów obsadzonych uzbrojonymi brodaczami. Na skrzyżowaniach,
rondach, skwerach - wszędzie było widać talibów. Było ich tu znacznie
więcej niż w Kandaharze, wyraźnie zależało im na zdominowaniu stolicy.
Ten widok nie zachęcał do rewolty. Jadąc w stronę centrum, minęli plac
Baraki - kiedyś lśniły tu złotem budynki centrów handlowych, dziś te
konstrukcje w niczym nie przypominały czasów swojej świetności. Obrosły
w kurz, ze ścian zwisały strzępy niedbale pozrywanych reklamowych
billboardów. Isaad wiedział, gdzie znajduje się siedziba wywiadu, i spodziewał się, że kierowca wybierze znaną mu trasę. Talibowie mieli
jednak inny plan. Po przejechaniu kilku przecznic odbili w lewo, tak
jakby chcieli wyjechać poza Kabul. Zmierzali teraz w kierunku
podmiejskiej dzielnicy, w której kiedyś znajdowała się akademia
wojskowa.
"Może tam?" - pomyślał Kazimi. "Może zmienili lokalizację? Przenieśli
kwaterę wywiadu?".
Tymczasem auto pięło się w górę po coraz bardziej zniszczonych ulicach.
Minęli ogrodzone zabudowania uczelni i zmierzali dalej, w kierunku
otaczających Kabul wzgórz. Strumienie błota tryskały spod mielących
nawierzchnię opon. Pułkownik zaczął się niepokoić.
"Dokąd mnie wiozą?" - rozważał gorączkowo. "Może chcą mnie zwyczajnie
odstrzelić gdzieś w górach?".
- Hej, bracie, daleko jeszcze? Gdzie się wybieramy? - spytał w końcu
najstarszego z talibów.
- Zaraz będziemy - odparł spokojnym głosem ochroniarz. - Tam, za
zakrętem jest miejsce, do którego mieliśmy cię zawieźć, jeszcze moment.
Auto podskoczyło kilka razy na wybojach, po czym kierowca dodał nieco
gazu, pokonując tonący w brudnym bajorze łuk. Dojeżdżali do otoczonych
wysokim murem zabudowań. Ustawiony na wzgórzu kompleks przypominał nieco
szkołę. To było coś dużego, obiekt, który ktoś budował z intencją
wypełnienia go sporą liczbą ludzi. Isaad nigdy tu nie był, kompletnie
nie znał okolicy. Zaparkowali na wysypanym żwirem placu. Obok stało
jeszcze kilka samochodów, w tym dwa pick-upy z uzbrojoną eskortą. Musiał
tu przebywać ktoś ważny. Z nienaturalnie czystej, opancerzonej toyoty
wysiadło dwóch mężczyzn. Jeden z nich, wyraźnie starszy, miał na sobie
śnieżnobiałe pasztuńskie ubranie i szarą kamizelkę. Spod jego czarnego
turbanu spływały ciemne, oprószone siwizną włosy, które płynnie
zamieniały się w brodę. Towarzyszył mu ktoś młodszy, europejsko ubrany
facet o śniadej twarzy.
- Isaad Kazimi, to ty... - odezwał się starzec. - Sporo o tobie słyszałem,
chodź, zapraszam. - Wskazał ręką blaszaną bramę, po czym skierował się
powolnym krokiem w jej stronę.
Do wewnątrz prowadziły wycięte w metalowych wrotach drzwi. Mężczyźni
zatrzymali się przed nimi na moment. Zgrzytnęły metalowe rygle, po czym
ubrany w wojskową kurtkę gospodarz wpuścił ich do środka.
Na dziedziniec prowadził kilkunastometrowy korytarz, w którego wnętrzu
unosił się cuchnący fetor ludzkich fekaliów. Plac w centrum kompleksu
pokrywało błoto, z którego gdzieniegdzie prześwitywały kawałki
pokrywającej go kiedyś brukowej kostki. Otwartą przestrzeń otaczały
podoklejane do wewnętrznej strony muru budynki. Pokaźne, parterowe bloki
przypominały nieco zabudowę koszarową. Na ich dachach ułożono zwoje
kolczastego drutu na wypadek, gdyby ktoś chciał stąd uciec. Pod jednym z budynków klęczało kilku mężczyzn. Isaad wraz z dwoma towarzyszącymi mu
mężczyznami podszedł w ich kierunku.
Było ich pięciu, wszyscy mieli na sobie szare, sfatygowane i wyraźnie
brudne ubrania. Kucali, opierając się o obdrapaną ścianę. Ich ogolone
głowy wydawały się nienaturalnie duże w stosunku do wychudzonych ciał.
Choć temperatura nie była szczególnie niska, dwóch z nich trzęsło się
jakby z zimna. Nic nie mówili, tylko jeden z klęczących zebrał się na
odwagę uniesienia głowy w kierunku trójki przybyszów. Miał przekrwione,
zapadnięte oczy. Jego wystające kości policzkowe pokrywał przerzedzony
strupami zarost. Kazimi nie miał już wątpliwości co do tego, gdzie się
znalazł. Przywieziono go do ośrodka odosobnienia dla narkomanów - w miejscach takich jak to talibowie na swój sposób walczyli z plagą
uzależnień.
Dostępność używek i katastrofalne warunki życia spowodowały, że opium i haszysz zbierały wśród Afgańczyków krwawe żniwo. Każdy, kto mógł sobie
na to pozwolić, starał się uciec od tutejszej rzeczywistości. Dla wielu
środki odurzające były na to jedyną szansą. W 2022 roku rząd kalifatu
ogłosił więc całkowity zakaz produkcji i spożywania narkotyków. Ten
radykalny gest miał być krokiem w stronę zbudowania relacji ze
społecznością międzynarodową. Europejczycy zdawali sobie sprawę, że
osiemdziesiąt procent heroiny na ulicach ich miast pochodzi z Afganistanu, a efektywna eliminacja tego źródła mogłaby mocno ograniczyć
problem narkomanii na Zachodzie. W zamian władze emiratu oczekiwały
oficjalnego uznania ich rządu... Islamiści zadbali więc o to, by ich
"gest" został dostrzeżony. Tuż po wprowadzeniu zakazu w afgańskich
miastach zaczęto urządzać obławy na narkomanów. Talibowie wyłapywali ich
na rynkach, śmietnikach, pod mostami, wszędzie tam, gdzie bezdomny ćpun
szukał jedzenia lub dachu nad głową. Odwyk najczęściej zaczynano od
pobicia złapanego nieszczęśnika. Wielu z nich nie przeżywało tej próby i może nawet było to lepsze wyjście, bo prawdziwy koszmar zaczynał się
dopiero za bramą ośrodków. Heroinistów gromadzono w starych koszarach
lub szkołach. W trybie natychmiastowym odcinano ich od używek, nie
podawano im leków ani środków zastępczych. Wielu z osadzonych nie
wytrzymywało pierwszych dób tej próby. Ci, którym udało się przeżyć,
spędzali kolejne tygodnie na pryczach wieloosobowych sal, gdzie zmagali
się z jękami, fetorem, wszami, głodem narkotykowym i chorobami, które
pleniły się tu równie szybko jak insekty. Wyjść stąd mógł tylko ten, po
kogo przyjechała rodzina lub osoba, która zdecydowała się wziąć za niego
odpowiedzialność. Zatem jeśli nie zawitał tu ojciec, brat, wujek,
przyjaciel czy ktokolwiek, kto jeszcze w ciebie wierzył, byłeś skazany
na życie w wypełnionym obłędem bagnie. Kazimi słyszał o tych miejscach,
nazywano je nieoficjalnie obozami śmierci dla narkomanów. Talibowie
wykorzystywali też tego typu ośrodki do znęcania się nad ludźmi, których
chcieli do czegoś zmusić lub za coś ukarać. Nikt nie prowadził tu
żadnych badań, statystyk, rejestrów czy weryfikacji. Nad ośrodkami nie
sprawował władzy żaden organ medyczny. Nic nie stało więc na
przeszkodzie, aby przywieźć tu całkiem zdrowego faceta po to, by go
nieco zmiękczyć, dając mu możliwość spędzenia kilku tygodni na jednej z zawszonych prycz. Isaad miał świadomość tych praktyk, jego niepokój
sięgnął więc zenitu.
Tymczasem towarzyszący im młodszy mężczyzna uchylił drzwi do jednego z baraków. Wewnątrz, wzdłuż ścian, ustawiono kilkanaście koszarowych
łóżek. Na niektórych z nich pod szarymi kocami leżeli ludzie. Kilku
mężczyzn siedziało skulonych przy swoich pryczach. Z rogu pomieszczenia
dobiegał jęk, na podłodze klęczał oparty głową o ścianę młody mężczyzna.
Był skrępowany kaftanem bezpieczeństwa. Tuż obok niego na krześle
siedział barczysty brodacz. Uniósł się na widok trójki gości.
- To Szabir - przedstawił go starzec. - Dba o nich. Sam kiedyś
potrzebował takiego leczenia, pomogliśmy mu wtedy, a teraz pracuje z innymi.
Mężczyźni oddalili się, pozostawiając Isaada w progu cuchnącego baraku.
Usiedli na ławce. Przez chwilę o czymś dyskutowali, sporo gestykulując.
Po kilku minutach Szabir odszedł w stronę kranu, który sterczał z ziemi
przy ścianie jednego z budynków. Starzec kiwnął ręką w stronę Isaada,
wskazując miejsce na ławce.
- Popatrz, Isaad, heroina... - powiedział, kiedy siedzieli obok siebie. -
Ten piekielny wynalazek sprowadził na dno wielu dobrych muzułmanów,
spójrz na nich. Z pomocą boską staramy się ich z tego wyrwać. Allah nie
chce dla nas narkotyków. Allah nie chce, żebyśmy mieli z nimi cokolwiek
wspólnego. Wiem, że ty jesteś inny i rozumiesz, o czym mówię. Narkotyki
to zło, diabeł podrzucił je, by nas pogrążyć, oddalić od proroka.
Narkotyki to śmierć wiary, one cuchną niewiernymi, nie chcemy ich tu...
Mówiąc to, starzec chwycił Isaada za dłoń. Taki gest w kulturze
Pasztunów okazywali sobie mężczyźni, którzy nawzajem wyjątkowo się
szanowali.
- Jednak, drogi przyjacielu - kontynuował - Allah też chce, żebyśmy
mieli kontrolę nad kalifatem, a tego, jak sam dobrze wiesz, nie
osiągniemy bez śmigłowców. Bez nich nie dali rady Sowieci, gdyby nie
one, nie panoszyliby się tu Amerykanie. Potrzebujemy sprawnych maszyn,
Isaad. Magazyny są jeszcze pełne części, ale musimy kupić fachowców. Nie
mamy dolarów, za to mamy heroinę, dużo heroiny, której Allah dla nas nie
chce. Chcą jej inni, synu, chcą jej tak bardzo, że w zamian za nią
zrobią dla nas wszystko. Ameryka ma dolary, Putin gaz, Arabowie ropę, my
mamy heroinę. To przekleństwo i szansa zarazem. Diabeł podrzucił nam
biały proszek w wierze, że nas zniszczy, ale Allah dał nam mądrość i dzięki niej zdobędziemy to, czego nam potrzeba. Niech te piekielne
substancje wypalają niewiernych, a nam Allah niech błogosławi w świętej
wojnie o kalifat.
Isaad nie śmiał przerywać. Starzec wodził wzrokiem po otaczających
ośrodek wzniesieniach. Sprawiał wrażenie nieobecnego, lecz mówił bardzo
pewnie i świadomie. Zrobił długą pauzę, po czym wciąż trzymając Isaada
za dłoń, dodał:
- Widzisz, moja rodzina wie to najlepiej. Od zawsze sialiśmy mak, przez
całe dekady produkowaliśmy białe złoto, które potem zamienialiśmy na
dolary. Wspierałem dżihad, pomagałem bojownikom w ich walce z niewiernymi. Cała nasza rodzina pracowała na ich sukces, wszyscy
pragnęliśmy, żeby prawda głoszona przez Proroka zwyciężyła. Czy
bylibyśmy w stanie osiągnąć to inaczej? Pszenicą, którą dawali nam w zamian Sowieci czy Amerykanie? Widzisz, kiedy byłem jeszcze farmerem,
próbowałem to zrobić. Prawda jest taka, że nic tak nie rośnie na naszej
ziemi jak mak, a pszenica?... Jak już udało się ją wyhodować, trzeba było
ją sprzedać za marne piętnaście procent ceny opium. Tak niewierni
chcieli zrobić niewolników z nas i z naszej ziemi.
Na moment zapadła cisza. Starzec zrobił kilka głębokich wdechów,
opuszczając przy tym powieki. Odwrócił się w stronę pułkownika i patrząc
mu w oczy, dodał:
- Widzisz, Isaad, wszystkim, którzy najeżdżali nasz kraj, zależało
wyłącznie na tym, żebyśmy nie zdechli z głodu, bo potrzebowali naszych
rąk do pracy. Allah dał nam odwagę, wiarę i wielkie serca. Nie dał nam
dolarów, synu, ale dał nam ziemię, która produkuje białe złoto.
Spędziłem siedemnaście lat w amerykańskim więzieniu. Miałem dużo czasu
na modlitwę i przemyślenia. Nie ma dla nas innej drogi, opium jest
haram, ale w świętej wojnie z krzyżowcami nie ma dla nas innej szansy.
Dżihad wymaga poświęceń, a dla nas poświęceniem będzie świadome życie w grzechu. Nasza ziemia znów zakwitnie, Isaad, zdobędziemy dolary, nasze
rodziny znów będą miały co jeść, a rząd emiratu z pomocą Allaha
poprowadzi ten kraj ku lepszej przyszłości.
- Mam w sercu wiarę - przerwał nieśmiało Kazimi - i ufam nauce Proroka,
ale powiedz mi, bracie, dlaczego mnie tu przywiozłeś? Czego ode mnie
chcecie?
- Znajdziesz Siergieja, synu, a potem wszystko potoczy się po myśli
Proroka. To Wadi Shahrukh - powiedział, wskazując na siedzącego obok
towarzysza. - Nie miałeś go dotąd okazji poznać, ale on zna już ciebie.
Wadi wszystko ci wytłumaczy, będziecie razem służyć Allahowi. Jesteście
od dziś braćmi połączonymi w świętej wojnie, dla kalifatu.
Starzec uniósł się z ławki i dotknął dłońmi głów siedzących na niej
mężczyzn.
- Macie szansę zrobić wiele dobrego, będziemy z was dumni, jestem
pewien. Wadi, wrócisz z Isaadem do kwatery, zacznijcie pracować, od
dziś, od zaraz. Wiesz, co masz robić.
Zrobił jeszcze kilka kroków w stronę bramy, po czym obrócił się,
dodając:
- Rodzina, Isaad. Nie martw się o nich. Są bezpieczni, ale pamiętaj,
wychowuj wnuki tak, żeby nie musiały trafić do miejsca takiego jak to.
Jest tu wielu młodych, ich rodzice nie żyli zgodnie z nauką Proroka.
Jest tu też wielu ojców nieszczęśliwych rodzin. Bądź mądry, Isaad,
wybieraj mądrze, bo trafić tu bardzo łatwo, a wyjść - o wiele trudniej.
Mężczyzna zatrzymał się jeszcze na moment, żegnając się z Szabirem, po
czym skrzypnęły metalowe drzwi. Kazimi i Shahrukh siedzieli kilka minut
w milczeniu.
- Mam na imię Wadi - odezwał się w końcu nowy znajomy Isaada.
- To już wiem.
- A wiesz, z kim właśnie rozmawiałeś? Masz pojęcie, kto to był?
- Nie mam, może mnie oświecisz?
Shahrukh pokręcił głową i głośno się roześmiał.
- Naprawdę się nie orientujesz?
- Naprawdę - odparł Isaad, podnosząc się z ławki.
- Baszir Noorzai. Rozmawiałeś z samym Baszirem - oświadczył Shahrukh.
Czyli to on. Jedna z bardziej znanych postaci narkotykowego biznesu.
Baszir i jego rodzina od dekad kontrolowali produkcję opium i heroiny w południowo-zachodnim Afganistanie. Z uwagi na skalę swoich działań
Noorzai zyskał przydomek "afgańskiego Pabla Escobara", a jego nazwisko
widniało na liście osób najbardziej poszukiwanych przez amerykańską
agencję do walki z narkotykami. Przed 2001 rokiem był prominentną
postacią, jego wpływy sięgały daleko poza Kandahar. Przywódca talibów
Mułła Omar po ucieczce z miasta mianował go namiestnikiem prowincji.
Biznes rodziny Noorzaiów rozwijał się bardzo dynamicznie. Na pewnym
etapie jednak "afgański Pablo" rzekomo rozpoczął współpracę z Amerykanami. W 2005 roku agenci Drug Enforcement Agency zachęcili go do
złożenia wizyty w Stanach. Fortel zadziałał, Afgańczyk wyruszył w podróż
za ocean i tuż po lądowaniu w Nowym Jorku został aresztowany. Wskutek
trwającego kilka lat procesu Baszira skazano na dożywocie. Prokurator
udowodnił mu próbę przemycenia na teren Stanów Zjednoczonych narkotyków
o wartości ponad pięćdziesięciu milionów dolarów. Rodzina kontynuowała
jednak zaangażowanie w narkobiznes. Nie zapomnieli też o nim talibowie.
Kilkakrotnie upominano się o jego uwolnienie w ramach wymiany
zakładników. W rezultacie tych starań we wrześniu 2022 roku Baszir
powrócił do Kabulu. Dzięki budzącej kontrowersje wymianie do Stanów
odesłano przetrzymywanego przez talibów amerykańskiego inżyniera Marka
Frerichsa. Pomimo upływu lat rodzina Noorzaiów i sam narkotykowy baron
nie utracili swoich wpływów. W stolicy Afganistanu Baszira witały tłumy
dostojników. Krótko po powrocie stał się ponownie jedną z najbardziej
liczących się w Kabulu osób. Talibowie zaoferowali mu kilka urzędów,
jednak Baszir zdecydował się pozostać w cieniu, skupiając w swoich
rękach nieformalną władzę. Po podjęciu przez rząd emiratu decyzji o odejściu od polityki antynarkotykowej prestiż Baszira wzrósł. Rodzina
Noorzaiów znów stała się kluczowym ogniwem łańcucha, którym wyciągano
Afganistan z ekonomicznej zapaści.
Tymczasem Shahrukh i Kazimi wciąż siedzieli na odrapanej ławce.
- Teraz kojarzę - mruknął Isaad. - Oglądałem relacje z jego powrotu.
Nigdy bym nie pomyślał, że kiedyś poznam tego człowieka osobiście. Ale
dlaczego ja? Czego ode mnie chcecie? - spytał, spoglądając na Wadiego.
- Wszystko ci wyjaśnię - odparł Shahrukh i wstał z ławki. - Ale nie
tutaj. Chodź, pojedziemy do miejsca, w którym będziemy mogli swobodnie
rozmawiać.
SZCZECIN, POLSKA, maj 2024 roku
Na brunatne niebo wpełzał świt. Powietrze wciąż jeszcze pachniało
deszczem, który przestał padać godzinę temu. Chłód mieszał się z wilgocią i smrodem napływającym z zaśmieconego basenu portowego. Ta
część miasta desperacko potrzebowała remontów, los jednak zdawał się
zapominać o opuszczonych stoczniowych slumsach. W ukrytym pomiędzy
starymi blaszakami oplu siedziało dwóch mężczyzn. Oskar i Artur od kilku
godzin obserwowali ziejący pustką okien kilkupiętrowy budynek. Zbudowany
ponad sto lat temu spichlerz mógłby zapewne stanowić pole do popisu dla
architektów projektujących współczesne lofty. Tymczasem jedynymi gośćmi
ogrodzonego powyginaną blachą bloku byli wszyscy ci, którzy nie życzyli
sobie kontaktu ze stróżami prawa. W labiryntach pomazanych farbami
korytarzy koczowali narkomani, złodzieje, bezdomni alkoholicy, dilerzy
używek, małoletni uciekinierzy z domów i rozmaite inne postaci, dla
których miasto nie było gościnną przystanią. Spichlerz stanowił ośrodek
wyjątkowej komuny. Wbrew pozorom panował tu spokój - jak to było
możliwe? Tego nie wiedział nikt. Być może z tego również powodu nie
docierali tu zbyt często policjanci. Nie zawadzając nikomu, cały
przekrój wyrzutków koczował w swoim własnym świecie. Nie było powodu, by
ten korzystny ład burzyć.
- Dlaczego on z nami po prostu nie wejdzie? - zapytał Oskar.
- Słuchaj - mruknął Artur, nie odrywając oczu od lornetki. - Płacę
facetowi już ponad pół roku, robi swoje. Znam wszystkich znajomych mojej
córki, wiem, z kim się zadaje, kto jej sprzedaje towar, z kim i gdzie
ćpa. Niestety ten gość może mi się jeszcze przydać, więc nie chcę go
demaskować. To jest nasz intel, rozumiesz? Jak brałeś w Afganistanie
informatorów na operacje, to pokazywałeś ich komuś?
- Jasne, że nie... - skomentował Oskar i cmoknął z niezadowolenia. - Mam
tylko nadzieję, że facet nie pakuje nas w jakieś gówno. Spójrz jeszcze
raz na ten plan.
Mężczyzna rozprostował dłonią trzymany na kolanach arkusz papieru.
- Tu jest w cholerę pomieszczeń, wpadamy północnym wejściem, potem
schody w górę, długi korytarz, trzecie lub czwarte pomieszczenie po
prawej. Mam, kurwa, nadzieję, że ją szybko znajdziemy i nie narobimy
przy tym hałasu. To musi się odbyć cicho i skutecznie, inaczej... A zresztą, co ja pierdolę, w końcu sam wiesz najlepiej.
- Jest wpół do czwartej - przerwał Artur. - Raczej już odlecieli, to
ćpuny, oni śpią. Od godziny żadnego ruchu, powinno być dobrze. Chwytamy
młodą i spadamy. Mam nadzieję, że tu jest... Cicho i skutecznie - mruknął
i przykleił znów oczy do szkieł lornetki.
Mężczyźni z opla znali się od ponad dwudziestu lat. Los dał im szansę
zbudowania przyjaźni podczas niełatwej służby w Afganistanie. Nie
zmarnowali tego. Stanowili niezwykle zgrany duet, wiedzieli o sobie
wszystko. Łączyła ich męska przyjaźń, której we współczesnym świecie
było coraz mniej. Kilka lat temu obaj odeszli z armii. Trzeba było "dać
szansę młodzieży", jak zwykli mawiać, tłumacząc swoje decyzje. Artur od
kilku lat borykał się z problemami, których dostarczała mu sięgająca po
narkotyki córka. Dobrusia zaczęła przygodę z używkami jeszcze w podstawówce. Wpierw niewinnie popalała trawkę. Odreagowywała nieobecność
ojca, alkoholizm matki, potem ich rozwód. Odwyk, który odbyła za namową
rodziców, niestety niewiele pomógł. Nadeszła kolejna już wiosna, podczas
której uciekła z domu na kilkudniowe narkotykowo-alkoholowe tournée.
Artur w desperacji zatrudnił prywatnego detektywa, dzięki któremu
kontrolował, co działo się z córką. Od kilku dni balowała po całym
Szczecinie, a teraz, gdy w końcu osiadła z bandą ćpunów w spichlerzu,
pojawiła się szansa, by ją odzyskać.
- Słuchaj, bardzo cię proszę - powiedział Oskar, kładąc rękę na
sterczącym z kabury przyjaciela glocku. - Nie pakuj nas w kłopoty.
Pięść, gaz, strzelamy, tylko jeśli nie będzie wyjścia. Cokolwiek tam
zastaniemy, jeszcze raz: nie pakuj nas w kłopoty.
Cicho przymknęli samochodowe drzwi, po czym ruszyli chyłkiem w kierunku
spichlerza. Odruchowo zwiększyli dystans pomiędzy sobą. Odezwały się
stare nawyki żołnierzy piechoty - robili to setki razy podczas szkoleń i operacji. Rozproszonej grupy nie można było powalić jedną serią. Co
prawda nie zanosiło się na to, by ktoś tu miał do nich strzelać, ale
pewnych przyzwyczajeń trudno się pozbyć. Wślizgnęli się na teren posesji
przez dziurę w blaszanym płocie. Wokół panowała cisza i półmrok
rozpraszany światłem budzącego się świtu. Biegnąc wzdłuż zarośniętego
pokrzywami chodnika, dotarli do północnego wejścia. Na moment przyklękli
obok murku, który kiedyś był częścią balustrady okalającej ganek przed
wejściem do budynku. Spojrzeli na siebie porozumiewawczo, Oskar
wyciągnął przed siebie dłoń z kciukiem uniesionym w górę, a Artur
odwdzięczył się tym samym. Po minięciu wyrwanej z zawiasów kraty
zanurzyli się w ciemności korytarza. Powietrze cuchnęło moczem i wilgotnym tynkiem. Po chwili wzrok przywyknął do braku światła.
Przyspieszyli kroku, poruszając się w kierunku majaczących w oddali
schodów. Parter spichlerza wydawał się kompletnie pusty. Nie było tu
nikogo, a sądząc po wypełniającym to miejsce fetorze, korytarz mógł
służyć mieszkańcom za toaletę. Na pierwsze piętro prowadziły pozbawione
poręczy schody. Teraz należało wzmóc czujność. Artur ruszył w górę
pierwszy. Korytarz od klatki schodowej oddzielały odrapane drzwi.
- Tego, kurwa, nie było w planie - szepnął Oskar i wskazał na ciężkie
wrota.
- Ubezpieczaj mnie, zajrzę do środka - mruknął Artur, klękając przy
futrynie.
Ostrożnie uchylił wiszące na jednym zawiasie skrzydło. Wewnątrz
korytarza było już nieco szarawego światła. Posadzkę pokrywały śmieci.
Przy obmalowanej sprejami ścianie stał zabrudzony fotel samochodowy i skrzynka, która zapewne służyła za stolik. Dalej majaczyły dwie sterty
czegoś, co wyglądało na stare koce - to mogli być śpiący ludzie. Oskar
przytrzymał drzwi, przez które obaj wcisnęli się do środka. Ruszyli
chyłkiem przy jednej ze ścian. Przemieszczali się w stronę pokoi
wskazanych przez detektywa. W pewnej chwili pod butem Artura
zachrzęściło potłuczone szkło - zamarli w bezruchu. Coś poruszyło się w stercie leżących pod ścianą koców. Z szarości brudnych tkanin wyłonił
się jasny kształt - łaciaty pies wielkości beagle'a. Najpierw cicho
warknął, a potem podszedł w ich stronę, badawczo węsząc. Oskar powoli
wyciągnął do niego rękę. Było jasne, że nie ruszą dalej bez ułożenia
relacji z łaciatym stróżem. Pies zrobił kilka kroków w przód i czujnie
podszedł do pozostających w bezruchu mężczyzn. Stali tak, patrząc na
siebie przez kilkanaście sekund. Tuż potem rozległo się głośne
szczekanie. Wysoki ton wypełnił korytarz, odbijając się echem od pustych
ścian. Szansa na zrobienie roboty cicho właśnie wymknęła im się z rąk.
Wciąż jeszcze jednak można było zadbać o skuteczność.
- Kapsel! Kurwa, co się dzieje? - krzyknął zachrypniętym głosem
podnoszący się z materaca mężczyzna. Po chwili snop z latarki oświetlił
Oskara.
- Za czym węszycie?! Coście, kurwa, za jedni?! - wrzeszczał ktoś inny.
Promień światła zachwiał się, potem upadł na ziemię i zgasł, a równocześnie z głębi korytarza dobiegł gruchot łamanego drewna. To Artur
powalił chrypiącego posiadacza latarki.
- Wchodzę! - krzyknął do Oskara. - Zabezpiecz tył!
Obaj dopadli do futryny pomieszczenia, w którym mogła znajdować się
Dobrusia. Artur wbiegł do środka, a jego partner pozostał przy wejściu,
rozglądając się po wypełnionym wciąż szczekaniem psa korytarzu. Nie
wyglądało to dobrze. W spichlerzu prędko podniósł się raban.
- Psy! Węszą tu! - wrzeszczeli budzący się mieszkańcy meliny.
Na szczęście nie było jeszcze jasno i przynajmniej na razie dwaj
przyjaciele robili swoje, korzystając z zamieszania. Oskar trzymał w ręku granat dymny, który miał wyrzucić na korytarz, gdy tylko Artur
odnajdzie Dobrusię. Taki właśnie był plan B - działanie na wypadek
utraty zaskoczenia. Panika wywołana symulacją pożaru miała umożliwić
całej trójce ucieczkę z budynku. Najpierw jednak należało znaleźć
dziewczynę.
Artur przeszukiwał metodycznie całe pomieszczenie. Kompleks stanowiły
trzy izby, w pierwszej nikogo nie było, na podłodze szeleściły śmieci i potłuczone butelki. W drugim, większym pokoju na podartym materacu
leżały trzy osoby. Z całą trójką nie było kontaktu - musieli mocno
zaćpać ubiegłej nocy.
- Czego tu chcecie, skurwysyny?! - wrzasnęła, wpadając na niego, półnaga
kobieta.
Chwyciła go mocno za rękaw, unosząc w drugiej dłoni nóż kuchenny.
Żołnierz odruchowo złapał napastniczkę za nadgarstek, oboje upadli na
ziemię. Udało mu się przechwycić nóż, ona jednak wciąż wczepiała mu się
w plecy i wydawała z siebie przeraźliwe krzyki. Artur odrzucił nóż w stronę okna, a napastniczka w amoku drapała i gryzła jego kark. Po
chwili szamotaniny udało mu się sięgnąć do kieszeni, w której trzymał
pojemnik z gazem pieprzowym. Zakrywając twarz, rozpylił sprej w kierunku
agresorki. Odskoczyła z krzykiem w kąt, po czym schowała głowę między
ramionami. Gaz ma jednak to do siebie, że użyty w pomieszczeniu roznosi
się bardzo szybko - nawet jeśli okna nie mają szyb. Artur, kaszląc i trąc łzawiące oczy, ruszył ku czemuś, co przypominało starą kanapę. Z okolic korytarza dobiegł go niepokojący łomot i krzyki.
- Oskar, w porządku?! - krzyknął do przyjaciela.
- Tak, ale spiesz się!
Zerwał koc przykrywający ułożony na kanapie spory kształt. Spod sterty
brudnych poduszek ukazała się twarz mężczyzny, potem jego dłoń mocno
pochwyciła weterana za krtań. Bez namysłu uderzył napastnika w szczękę.
Cały czas w ręku miał pojemnik ze sprejem - trzasnął przeciwnika jeszcze
kilka razy metalowym denkiem. Uścisk na krtani zelżał, a napastnik
zasłonił twarz, chroniąc się przed kolejnymi ciosami.
- Nie ruszaj się, bo cię zatłukę - syknął Artur, przeszukując po omacku
łóżko.
Pod ścianą, zawinięta w podarty śpiwór leżała Dobrusia. Jej ciało było
wiotkie, a mięśnie nie reagowały na bodźce. Odruchowo sprawdził jej
tętno: serce cały czas pompowało krew, więc była szansa na to, że po
prostu dużo zażyła.
- Chodź, kochanie, zabieram cię stąd. To ja, tata, jedziemy do domu -
szepnął, dźwigając owiniętą w śpiwór dziewczynę. Przerzucił jej szczupłe
ciało przez ramię, tak by mieć jedną rękę wolną. Wyciągnął z kabury
pistolet, po czym oznajmił: - Koniec pierdolenia, skurwysyny. Ruszamy!
Oskar! Odpalaj, ruszamy!
Wśród wrzasków i łomotu usłyszał charakterystyczne kliknięcie, a potem
syk detonowanego granatu dymnego. Zanim dopadł do drzwi, na korytarzu
nie było już zupełnie nic widać. Poczuł klepnięcie dłoni na swoich
plecach.
- To ja! Czysto, ruszamy! - krzyknął Oskar.
Korytarz wypełniały krzyki i kaszel biegających w panice mieszkańców
spichlerza. Ruszyli przy ścianie do wyjścia. Biegli pochyleni, by złapać
nieco powietrza w przestrzeni wolnej od dymu. Przy drzwiach rzucił się
na nich z bełkotem krótko ostrzyżony facet. Oskar powalił go celnym
ciosem - ściskał w ręku metalowy kastet, to zawsze działało. Zbiegli po
wolnych od dymu schodach, na zewnątrz obaj łykali powietrze tak, jakby
właśnie wypłynęli na powierzchnię po głębokim nurkowaniu. Przechodząc
przez dziurę w płocie, ostrożnie podali sobie Dobrusię. Z okien
spichlerza unosił się dym i choć w jego kłębach nikomu nic nie mogło się
stać, wszystko wyglądało jak poważny pożar. Biorąc pod uwagę stan
budynku, tego typu zdarzenie było całkiem realnym scenariuszem. Kiedy
przebiegali przez ulicę, ze spichlerza zaczęli się wydostawać pierwsi
spanikowani lokatorzy. Nikt nie wiedział, co właściwie się dzieje, nikt
też nie zwracał szczególnej uwagi na dwóch mężczyzn z kolorowym
pakunkiem. Dopadli do samochodu. Oskar wskoczył za kierownicę. Artur
wrzucił bezwładną córkę na tylne siedzenie, po czym sam usiadł przy
niej.
- Dobra, stary, spierdalamy stąd! - rzucił Oskar, patrząc w lusterko. -
Co z nią? W porządku?
- Nie wiem, co ćpała, jest zaspana, ale mam nadzieję, że dojdzie do
siebie. Będzie dobrze, najważniejsze, że jest z nami. Może i lepiej, że
tego wszystkiego nie widziała.
- Może tak - odparł Oskar.
Jadąc w stronę centrum, mijali wozy strażackie i karetki mknące w stronę
spichlerza. Ktoś musiał powiadomić służby i raczej nie był to nikt z mieszkańców tego przybytku. Koła samochodu huczały na mokrym bruku. Choć
było już widno, miasto nie budziło się jeszcze do życia. Artur odsunął
delikatnie zamek śpiwora, Dobrusia miała na sobie zabrudzoną wymiocinami
koszulkę, a jej posklejane rude pukle wciąż wydawały mu się
najpiękniejszymi włosami świata. Przetarł córce czoło wilgotną
chusteczką, pod głowę włożył kurtkę. Oddychała miarowo, a jej blade
ciało pozostawało zwiotczałe i miejscami sine. Obejrzał jej dłonie i ręce - nie miała śladów nakłuć. Dobrusi zdarzało się wcześniej palić
heroinę, tak zapewne było i tym razem.
- Co z nią? - spytał Oskar. - Jesteś pewien, że nie powinniśmy jechać
prosto do szpitala?
- Póki co jest dobrze - odparł Artur. - Znam ten stan. Jeszcze kilka
godzin będzie spać. Musimy gnać na Warszawę. Powinna się znaleźć w swoim
ośrodku, u swojego lekarza. Zna tych ludzi, ufa im, nie mogę jej teraz
fundować stresu nowego miejsca. Może tym razem nie ucieknie...
Po godzinie jazdy zatrzymali się na leśnym parkingu. Teraz dopiero Artur
zauważył rozciętą skórę na ręku Oskara.
- Co się stało? Daj, zawiniemy to - powiedział, wyciągając z bagażnika
apteczkę.
Przysiedli na masce, paląc papierosy. Oskar przecierał ranę chusteczką,
gdy Artur przygotowywał opatrunek.
- Niezła zadyma, niezła - mówił Oskar z papierosem w zębach. - Dawno nie
zrobiliśmy takiego zamieszania. Ten facet na korytarzu rzucił się na
mnie z krzesłem, coś tam wystawało, chyba śruba. Zasłaniałem się ręką,
ale to nic, chyba obejdzie się bez szycia.
Obaj cuchnęli dymem i mieli na sobie porwane ubrania. Szamotanina w spichlerzu pozostawiła ślady. Z bagażnika wyciągnęli torbę, w której
wieźli rzeczy na zmianę. Podartą odzież zawinęli szczelnie w foliowe
worki, a pakunki wcisnęli pod koło zapasowe. Po chwili przerwy wrócili
do auta, Dobrusia wciąż spała. Artur sprawdził jej puls - był miarowy,
choć ledwie wyczuwalny.
Przed Warszawą zjechali z głównej trasy. Byli już niedaleko ośrodka.
Dobrusia mówiła coś przez sen, od czasu do czasu sprawiając wrażenie, że
się przebudza, nie było z nią jednak kontaktu. Na parkingu czekała jej
matka - Barbara. Rozwiedli się z Arturem kilka lat temu, kiedy oboje
stwierdzili, że wspólne życie bardziej ich wyniszcza, niż buduje.
Kobieta podbiegła do samochodu, otworzyła drzwi i przytuliła mocno
córkę.
- Co z tobą, kochanie, gdzie byłaś? - szeptała ze szlochem.
- Uważaj, nie doszła jeszcze do siebie - powiedział ojciec. - Poproszę o wózek, zawieziemy ją do recepcji.
Z budynku w ich stronę zmierzało już dwóch sanitariuszy, którzy pchali
przed sobą inwalidzkie krzesło.
- Państwo Juraszowie, dzień dobry! - zawołał jeden z nich. - Proszę nam
pozwolić zabrać córkę, musimy jak najszybciej przewieźć ją na oddział,
czekają już lekarze. Usiądźcie na sali odwiedzin, damy znać, jak tylko
będziemy coś wiedzieć na temat jej stanu.
Rodzice przez chwilę obserwowali mężczyzn w niebieskich ubraniach
oddalających się z wózkiem, na którym siedziała wciąż ubrana w śpiwór
Dobrusia.
- Dzięki, bracie - zwrócił się do Oskara Artur. - Nie będę cię tu
trzymał, Basia odwiezie mnie do Warszawy. Dziękuję ci. Nie wiem, jak bym
to zrobił bez ciebie.
Wymienili jeszcze parę zdań przy papierosie, a potem uścisnęli się na
pożegnanie.
- Dzwoń, jakby coś się działo - wtrącił Oskar.
- Dzięki. Mam nadzieję, że nie będę musiał już cię niepokoić,
przynajmniej dzisiaj. Odpocznij, zadbaj o rękę. Dam znać, jak będę w stolicy.
Opel odjechał, mieląc oponami parkingowy szuter. Tymczasem Basia i Artur
zasiedli na kanapie w sali odwiedzin. Eksżona przypominała mu córkę:
była szczupła i wysoka, miała raczej kościstą twarz, a jej wysokie czoło
przysłaniały rudawe loki. Pocierała podkrążone oczy, biorąc przy tym
głębokie oddechy. Barbara przestała pić rok przed rozwodem. Wcześniej
jednak przez kilka lat wypalał ją nałóg. Mąż nie zauważał symptomów
uzależnienia, często bywał poza domem. Artur był oficerem w jednostce
piechoty. Odbył w czasie swojej służby cztery misje poza granicami
kraju, co oznaczało, że nie było go przy rodzinie przez ponad dwa lata.
Czas spędzany w kraju też obfitował w wyjazdy. Alkoholizm żony zaczął
zauważać, kiedy, niestety, było już za późno. Początkowo odreagowywała
samotne wieczory kieliszkiem wina. Potem stresu zaczynało przybywać:
Artur wyjeżdżał na ryzykowne misje, z których nie wszyscy wracali. Coraz
większym problemem stawało się dla Barbary radzenie sobie z samotnym
wychowywaniem dorastającej córki. Nawarstwiały się zaległości w pracy... Z czasem Basia stała się tak zwaną wysoko funkcjonującą alkoholiczką.
Pozornie wszystko grało, jednak liczba butelek w wystawianym co tydzień
worku ze szkłem szybko rosła.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki