Chciałbyś usłyszeć, jak zacząłem obracać "towarem"? To tak, jakbym ci opowiedział całe swoje życie... Dobra, opowiem ci. Kiedy miałem osiem lat, Turcy zabrali tatę do wojska. To było podczas wielkiej wojny z Niemcami. Nie tej, o której się teraz mówi... tej pierwszej. Minęły dwa lata, albo i więcej. Pewnej nocy usłyszałem z podwórza końskie rżenie. Serce mi podskoczyło. Wybiegliśmy na zewnątrz, ja i moja siostra; zawsze kiedy tata wracał, schodził z konia i podrzucał mnie wysoko, wysoko, a potem stawiał na ziemi, schylał się i podrzucał moją siostrę. Darliśmy się wniebogłosy z radości i strachu.
Wybiegliśmy na zewnątrz. Id-dinja szita[1]. Koń był bez jeźdźca, sierść miał mokrą od deszczu, do siodła przytroczona była nabrzmiała od wody torba, a w niej karabin i dwadzieścia pięć złotych monet. To był koń mojego taty.
Żyliśmy wtedy jeszcze w Umm al-Fahm, ja, mama i siostra. Zaopiekował się nami stryj, był dla nas więcej niż stryjem, był prawie jak ojciec. Karabin i monety złożyłem do mojej skrzyni. Codziennie po powrocie ze szkoły od razu ją otwierałem, by sprawdzić karabin i policzyć monety. Czasami je wyjmowałem i bawiłem się nimi, ale zawsze kładłem z powrotem. Nauczyłem się zdejmować kolbę z karabinu, żeby był jak pistolet typu mauzer. Potem szedłem spotkać się z Antunem.
Lata mijały. Stryj zamierzał wysłać mnie na uniwersytet An-Nadżah w Nablusie i do Libanu, żebym się wykształcił na prawnika. Bo byłem dobrym uczniem, niezłym urwisem, ale uczyłem się pilnie. Do Nablusu prawie dotarłem, ale nie wysłano mnie do An-Nadżah, tylko na zupełnie inną uczelnię. Do Libanu natomiast dotarłem, ale nie po to, żeby się kształcić na prawnika.
Cała wieś już wiedziała, kto zamordował tatę. Takich rzeczy nie da się ukryć. Ciało owszem, ale nie smród. Pewnej nocy zabrałem karabin i wyszedłem ze wsi. Ukryłem się pomiędzy drzewami przy drodze. Dużo drzew rosło wtedy wokół Umm al-Fahm, aż słońce nie sięgało ziemi. Potem wycięto te drzewa na węgiel. Stąd nazwa wsi, Umm al-Fahm[2].
Po godzinie ktoś się pojawił. Pozwoliłem mu podejść. Noc była czarna jak węgiel, bez gwiazd. Poczekałem, aż przejdzie obok, wtedy wyszedłem zza drzew z karabinem w ręku i krzyknąłem:
- Sajjed!
- Kto tam? - Zatrzymał się i odwrócił. Był zupełnie pijany.
- To ja, Ahmed, syn Hadżadża! - powiedziałem.
- Czego... chcesz? - W jego głosie usłyszałem strach.
- Czego ja chcę? - zawołałem, podrzuciłem karabin do ramienia i strzeliłem.
Krzyknął, ale nie upadł, tylko chwycił się za ucho. Chciałem strzelić znowu, ale nabój utknął w lufie, a on tymczasem zaczął uciekać. Spróbowałem jeszcze raz, i jeszcze raz, a nabój, jichrab bejto[3]... nie wychodził! A on już uciekł.
Tamtej nocy spałem poza wsią.
Wróciłem rano. Co mogą mi zrobić? - pomyślałem sobie. Ja nie zrobiłem tego, co powinienem był uczynić.
W domu czekali już mój stryj i jeszcze kilkoro szanowanych mieszkańców wsi.
- Ahmed, coś ty narobił? - zapytał. - Całe ucho mu odstrzeliłeś.
- Tak, i szkoda, że mu nie odstrzeliłem drugiego - odrzekłem. - I tego, co ma między uszami.
- Zrobimy sulhę[4].
- Czemu sulha? - wybuchłem. - Dlatego, że zamordował mi ojca?
Stryj zamilkł, podobnie reszta szanowanych mieszkańców.
- Masz rację, Ahmed - powiedział w końcu. - Ale nic nie poradzimy. Inaczej będzie sąd, a w sądzie niczego nie udowodnimy.
- Będzie, co będzie - podsumowałem. - Allah nas rozsądzi.
I położyłem się spać.
Na rozprawę Sajjed przyszedł z jednym uchem i dużym opatrunkiem w miejscu drugiego. Powiedział, co powiedział, i ja powiedziałem, co powiedziałem. Wszyscy wiedzieli, jak było naprawdę, jednak sędzia stwierdził, że to ja jestem winny, i postanowił wysłać mnie na rok do Nablusu. Nie do An-Nadżah, lecz do więzienia. Orzekł, że najpierw ma zapanować spokój. Potem zobaczymy...
- Zgoda - powiedziałem. - Ale zanim tam pójdę, pozwólcie mi zabrać kilka rzeczy z domu i zamienić parę słów z matką.
Kiedyśmy doszli pod dom, poprosiłem policjanta, by pozwolił mi wejść samemu.
- Dobrze, ale wróć, tak?
- Oczywiście, że wrócę - odparłem. Wszedłem i od razu wyszedłem przez tylne okno. Mamie powiedziałem, że jadę do Libanu, a potem dam jej znać, co ma robić. Poprosiłem tylko, żeby przed moim powrotem nie ruszali skrzyni.
Mama odpowiedziała krótko:
- Ahmed, teraz jesteś mężczyzną.
I wyskoczyłem przez okno. Moja mama to też prawie mężczyzna.
Ruszyłem. Po raz pierwszy szedłem pieszo, sam, aż do Ras an-Nakura. Pod koniec drogi stanąłem i ledwie podniosłem rękę, a zatrzymał się przede mną czarny błyszczący amerykański ford.
- Dokąd, synku? - zapytał kierowca.
Przyjrzałem mu się i zrobiło mi się gorąco. Rafik al-Bajtun. Każdy go tutaj zna, to sędzia okręgowy Galilei i okolic. Już po tobie, Ahmed - pomyślałem. - Wywinąłeś się małemu sędziemu, by wpaść wprost w łapy dużego. Do Libanu już nie wejdziesz.
- Do Libanu, hadżdż[5] Bajtun.
- Znasz mnie? - zdziwił się.
- A któż to szanownego pana nie zna?
Hadżdż Bajtun spojrzał na ładną kobietę, która siedziała obok niego, i uśmiechnął się zadowolony. Wyjął z kieszeni pięć funtów.
- Masz na taksówkę - powiedział.
Wcisnął gaz i ruszył. Słowo daję, odetchnąłem po raz pierwszy, odkąd się przy mnie pojawił.
Ledwie włożyłem forsę do kieszeni, usłyszałem, że ford hamuje, zawraca i jedzie prędko w moją stronę. Odwróciłem się i usłyszałem:
- Wsiadaj! Czaplą jesteś, że stoisz na jednej nodze? - I roześmiali się oboje.
Wsiadłem.
- Podziękuj mojej żonie - powiedział. - Przekonała mnie, by po ciebie wrócić.
- Dziękuję - odparłem.
A on dodał:
- Wczoraj wzięliśmy ślub.
- Wszystkiego najlepszego - złożyłem im życzenia. I zerknąłem ostrożnie na kobietę.
Słowo daję, delikatna taka, a piękna jak kwiat! Ale nic nie gadaj, Ahmed - pomyślałem sobie. - O cokolwiek zapytają, mów tylko to, co zechcą usłyszeć.
W punkcie kontrolnym sędzia pokazał dokument, a żołnierz mu zasalutował. Spojrzał do wnętrza samochodu, i na mnie, z wielkim poważaniem. Siedziałem cały wyprostowany, jakbym był asystentem sędziego. Przejechaliśmy. Po raz pierwszy w życiu byłem w Libanie, i to od razu jako zbiegły więzień, podwożony przez sędziego okręgowego Galilei i jego piękną małżonkę. Czułem się naprawdę bardzo wyróżniony.
Ale nie wiedziałem jeszcze, jak bardzo się wyróżnię, póki nie dojechaliśmy do blokady z kamieni, gdzie stało dwóch zbirów z karabinami, taśmami pełnymi nabojów i morderczym wzrokiem. Najpierw opróżnili nasze kieszenie, zabrali też zarobione przeze mnie pięć funtów. Potem zaczęli ściągać biżuterię z żony sędziego i jakby tego było mało, jeden z nich, ten grubszy, złapał kobietę za rękę i pociągnął w stronę drzew!
- Jesteście przecież Arabami, nie macie honoru? - zawołał sędzia.
Wtedy ten drugi, szczupły i wysoki, z dużym nosem, wcisnął mu lufę karabinu w klatkę piersiową. A gruby dalej ciągnął kobietę, która się rozkrzyczała. Ale kto ją tam usłyszy? Chyba tylko ptaki na niebie.
Zobaczyłem, co się dzieje, i spytałem szczupłego:
- Mogę zapalić papierosa?
- Pal, chłopcze, pal, to będzie twój ostatni papieros... - Roześmiał się.
- Dziękuję - powiedziałem. - A mogę dostać ostatnią zapałkę?
- Czemu nie.
Wsadził rękę w kieszeń koszuli i zapuścił w nią wzrok. W tej samej chwili rzuciłem się na niego, wyrwałem mu karabin i pobiegłem za grubym między drzewa. Tamten był już bez spodni, jego blady tłusty tyłek wystawał do góry. Wpakowałem tam kulę. Zaryczał i odwrócił do mnie twarz. Zobaczyłem wąsy, rozdziawioną gębę i wielkie od strachu oczy. Strzeliłem jeszcze raz, w głowę. Upadł tak, że zadrżała ziemia. Runął wprost na kobietę, biedna. Ale ja nie miałem już czasu, pobiegłem z powrotem do samochodu. Ten szczupły, wysoki, padł na kolana:
- La, ja walad! La, ja szatir![6]
Wyciągnął ręce po ziemi i chciał już całować moje stopy i dłonie. Jak Boga kocham, jego też chciałem zabić, powstrzymałem się tylko przez wzgląd na sędziego. Skrępowałem zbira i wrzuciłem go do bagażnika. Dopiero wtedy dotarły do mnie krzyki kobiety. Poszedłem tam i zrzuciłem z niej trupa grubasa. Przewrócił się, a oczy miał jak ze szkła.
Kiedy usiedliśmy z powrotem w samochodzie, sędzia Al-Bajtun zwrócił się do mnie słowami:
- Skąd jesteś, synku?
Opowiedziałem mu wszystko. A on mi na to tak:
- Nic się nie martw i nie bój, bo od tej chwili jesteś w moich rękach. Zresztą nawet nie muszę mówić, żebyś się nie bał, bo widzę, żeś szatir i nie boisz się niczego.
- Szanowny panie sędzio, nie ma człowieka, który się nie boi - zaprzeczyłem. - Tylko martwi nie boją się niczego. Nie chcę trafić do więzienia, tym bardziej że to nie była moja wina.
Wtedy sędzia Al-Bajtun położył rękę na sercu:
- Zaufaj mi. Jesteś dla mnie jak syn. Własnego syna miałbym wysłać do więzienia?
Spojrzał na żonę, której od tego wszystkiego mowę odjęło, i powiedział:
- Od dziś nie jesteś moją żoną, jesteś moją królową! Będę cię słuchać, boś mi kazała zawrócić i go zabrać.
Żona popatrzyła na mnie ze łzami w oczach, a jej wzrok, uwierz mi, był wart więcej niż milion funtów angielskich. Co tam milion, o wiele więcej...
Wróciliśmy do Nazaretu. Sędzia posadził mnie obok siebie w swoim gabinecie, zadzwonił do Jerozolimy i zażądał rozmowy z Saundersem[7].
Zostałem policjantem, i to od razu kapralem. Czyli prawie sierżantem. Dali mi pięknego brązowego konia, całego lśniącego, z białą gwiazdą na czole. Miałem dostawać trzy funty miesięcznie i koń też trzy. Razem sześć. Oficer Schiff zapytał mnie, gdzie chciałbym pracować. Powiedziałem, że w Libanie, to znaczy na libańskiej granicy. Zauważyłem, że moja odpowiedź mu się spodobała.
- Mamy sporo problemów z przemytem haszyszu i tytoniu - powiedział. - Pomożesz nam.
- Świetnie, to mi pasuje.
Wbił we mnie wzrok. Sprytny był ten Schiff. Żyd.
Tak zacząłem pracę. Życie, powiem ci, jak w Madrycie. Saunders moim dowódcą, sędzia całej Galilei i okolic moim przyjacielem, jego piękna żona niczym moja siostra, a przyszłość jak jej wzrok - powabna i pełna tajemnic.
Dali mi czterech policjantów, jeden większy przygłup od drugiego. Zacząłem rozpoznawać teren. Poznałem każdy centymetr ziemi na granicy i, co najważniejsze, każdą dziurę w ogrodzeniu. Policjantom dawałem odpocząć w cieniu drzew, a sam czaiłem się przy ogrodzeniu, gdzie przechodzili różni dobrzy ludzie, od których dostawałem trochę pieniędzy. Wysłałem mamie list, w którym opisałem pokrótce moją pracę i mojego pięknego konia i bardzo prosiłem, żeby nic nikomu nie mówiła, nawet stryjowi. Jemu miała powiedzieć, że kształcę się w Libanie na prawnika. Wysłałem jej też pieniądze, żeby miała na życie, albo i na więcej. Po kilku miesiącach otrzymałem odpowiedź:
Ahmed list ten pisze twoja siostra Su'ad zgodnie z tym co ja, twoja mama, jej mówi. Jak się masz synku mój bohaterze szatir oczy ty moje jak się czujesz? Obyś złapał wszystkich złodziejów i szybko został oficerem. Tylko uważaj na siebie i módl się codziennie. A twoja siostra się zaręczyła i za miesiąc z pomocą Allaha weźmie ślub a mąż to bardzo dobry człowiek znasz go ma na imię Dżibrin z rodziny Mahamid i bardzo chcemy żebyś przybył ty i twój koń kocham cię mama. Całuję i kocham też twoja siostra Su'ad.
Ucieszyłem się bardzo, bo znałem Dżibrina. Ja, on i Antun byliśmy nierozłączni. Prawdę mówiąc, stęskniłem się, miałem dość policji i moich głupawych policjantów, czułem też, że mój sierżant, Anglik o imieniu Christopher, gapi się na mnie krzywo, jakby coś podejrzewał. Ale nie chciałem jeszcze wracać. W odpowiedzi napisałem tylko:
Alf mabruk![8] Za miesiąc, z pomocą Allaha, będę na weselu. Pozdrowienia dla pana młodego i całusy dla panny młodej. Ahmed.
Przez następne noce pilnowałem granicy bardzo uważnie. Przyczaiłem się tuż obok nowej dziury w ogrodzeniu, którą odkryłem, a konia przywiązałem z tyłu. Znał już moją metodę i chętnie współpracował. Jak na konia policyjnego był bardzo mądry, aż zacząłem podejrzewać, że należał kiedyś do złodzieja. Przeczekałem pół nocy. Księżyc był w pełni. Przyszedł lis i przeskoczył do Libanu. Potem osioł. Potem jeździec na koniu, pozwoliłem im przejść. Wtedy zobaczyłem schodzącego ze wzniesienia wielbłąda z jeźdźcem, z boków zwierzęcia zwisały dwa duże wory. Im też pozwoliłem przejść przez granicę, a wtedy wyszedłem z ukrycia i skierowałem na jeźdźca swój karabin:
- Irfa idak![9]
Ten zlazł z wielbłąda i podszedł do mnie:
- Panie, efendi...
- Jaki znowu efendi? - odpowiedziałem. - W teatrze jesteśmy? Irfa idak!
Podniósł ręce i spojrzeliśmy na siebie. Nie znałem go. Popatrzył na mnie bardzo uważnie i włożył rękę do kieszeni. Wyciągnął sto funtów i chciał mi podać.
- Żarty sobie robisz? - powiedziałem. - Co to jest, bilet do cyrku?
Włożył rękę raz jeszcze i wyciągnął sześćset funtów.
To już było coś. Zabrałem pieniądze, pięćset schowałem do kieszeni, a sto mu zwróciłem. Pokierowałem go też bardzo dokładnie, żeby nie wpadł czasem na posterunek. Bo widziałem, że był nowicjuszem. Skąd ma wiedzieć.
Następnego ranka, popijając kawę i grając w tryktraka z moimi policjantami, zauważyłem, że Christopher spogląda na mnie z dziwną satysfakcją w oczach, jakby właśnie odkrył Amerykę. Przeszedł obok mnie i się nie przywitał. Jeden z moich kolegów powiedział:
- Łot heppend, Christopher? Czemu się tak zachowujesz wobec Ahmeda? To twój najlepszy policjant...
- Jes, szur, szur... - odrzekł tamten i spojrzał na mnie krzywo, jakby coś wiedział.
W piątek zjawiłem się u oficera Schiffa w Hajfie i położyłem mu na biurko wypowiedzenie.
- Ahmed, zabierz to z powrotem i chodź ze mną w tej chwili! - powiedział.
- Dokąd? - zapytałem.
- Chodź szybko. Godzinę temu przemytnicy zastrzelili brytyjskiego policjanta pod Tarszihą. Wskakuj do dżipa, szybko...
Co miałem zrobić? Wskoczyłem i pojechaliśmy do Tarszihy. Kiedyśmy dotarli na miejsce, okazało się, że przemytnicy uciekli i pozostawili muła z dwoma worami.
- Ahmed, niech muł prowadzi - powiedział Shiff. - A ty podążaj za nim.
Ale muł to muł. Stał jak wryty. Miał na poboczu dużo zielonej trawy i kwiatów. Spuścił głowę w rośliny i sobie żuł i żuł. Spojrzałem na niego uważnie, schyliłem się i szepnąłem mu parę słów do ucha.
Muł podniósł głowę i ruszył przed siebie. Zaczęliśmy iść, muł z przodu, ja za nim. Dotarliśmy do Afuli, a on wciąż szedł, potem do Megiddo, a on dalej, doszliśmy do Wadi Ara, a on szedł i szedł, dopiero na skrzyżowaniu Umm al-Fahm skręcił w stronę wsi. Weszliśmy i cała wieś wysypała się z domów. Nie było mnie tam okrągły rok, a teraz wracałem umundurowany i uzbrojony, dosiadałem pięknego brązowego konia z białą gwiazdą na czole, a na rękawie miałem dwa paski. Dzieci biegły za mną, krzycząc, kobiety biegały jedna do drugiej, a starcy, uśmiechając się, wskazywali mnie palcami. A muł wciąż szedł, aż doszedł prosto do podwórza Sajjeda, stanął tam, gdzie zwykł jeść, opuścił głowę i zabrał się za żucie.
Ojciec Sajjeda wyszedł i popatrzył, jakby chciał mnie spopielić wzrokiem, ale przygryzł wąs i nie wypowiedział ani słowa. Moi policjanci weszli do środka i wyciągnęli skrępowanego i krzyczącego Sajjeda. Już sajjeda nie przypominał[10]. Przyszła moja mama i spojrzała na mnie oczami pełnymi dumy. Ale na odległość. Ona prawie jest mężczyzną, moja mama. Przyszedł też stryj i uścisnął mi w milczeniu rękę.
Podczas przewodu sądowego Sajjed został rozpoznany od razu dzięki brakującemu uchu. Sędzia hadżdż Rafik al-Bajtun wysłał go do więzienia w Akce, skąd nawet ptak nie ucieknie. Zwłaszcza że tamtejszym komendantem był niejaki Abu Dżordż, postrach wszystkich galilejskich złodziei. Duży błękitnooki rudzielec, mówiło się o nim, że zadaje się z diabłami, ale tego potwierdzić nie mogę...
Abu Dżordż własnoręcznie wykonał wyrok na Sajjedzie.
Będąc z powrotem w biurze Schiffa, wręczyłem mu jeszcze raz swoje wypowiedzenie. Powiedział mi wtedy:
- Szkoda, Ahmed, ale przyjmuję twoją dymisję. Powiedz mi tylko jedną rzecz. Co szepnąłeś temu mułowi na ucho?
Roześmiałem się:
- Pogroziłem mu, że jeżeli chce zachować oboje uszu, a nie zostać z jednym, jak jego pan, to lepiej będzie, jeśli przestanie jeść i ruszy...
Siedziałem zadowolony na weselu siostry. Piękne to było wesele, dałem dużo pieniędzy młodej parze. Mamie też. Ona prawie jest mężczyzną, moja mama. Wiedziałem, że nazajutrz, po weselu, wyruszam do Jafy po nowe życie. Sobie nie zostawiłem prawie nic. Miałem tylko mauzera bez kolby pod ramieniem, a w dłoni, którą zapuściłem w kieszeń, obracałem dwadzieścia pięć złotych monet.