Świt. 10 czerwca - 23 dni
Theo Lovoisser patrzył na siedzącą na wprost młodą kobietę. Miała twarz lekko pociągłą, wysokie czoło, regularne kreski ciemnych brwi nad dużymi zielonymi oczami, kształtny nos, proporcjonalne namiętnie krwistoczerwone usta i czarny pieprzyk nad prawym kącikiem. Twarz otaczały gęste pukle rudych włosów.
Wydawało się, że jej oczy wyrażają całkowitą apatię. Czasami jednak zastygłą w rezygnacji maskę wykrzywiał gwałtowny skurcz. Wówczas mięśnie na szyi się napinały, skóra na czole marszczyła, a kąciki ust rozciągały wargi w wąską buntowniczą kreskę.
Lovoisser był już niemal pewien, że kobieta zapomniała o jego pytaniu.
- A ty, kim jesteś? - Nieoczekiwanie podniosła na niego spojrzenie.
- Lekarzem.
- Więc możesz mi pomóc? Muszę się dowiedzieć, dlaczego tu jestem.
Rozejrzała się wokół niepewnie, jakby w obawie, że z mroku wyskoczą jej najczarniejsze lęki.
- Chyba dlatego rozmawiamy - powiedział bez przekonania. Ich spotkanie uznał za całkowicie przypadkowe i mówiąc szczerze, nie bardzo miał ochotę jej słuchać. - Jeśli mam ci pomóc, chciałbym, żebyś odpowiedziała na kilka pytań... Zgoda?
Zmarszczyła brwi, jakby się zastanawiała, jakiej odpowiedzi powinna udzielić. Objawy, na podstawie których wnioskował o jej zachowaniu, świadczyły o zaburzeniach pamięci i koncentracji. Mogły być wynikiem zarówno cukrzycy, nałogu alkoholowego, narkotykowego lub przewlekłego zażywania leków uspokajających. Jednak nawet pobieżna obserwacja zachowania kobiety wykluczała te przypadłości. Jedyną odpowiedzią wyjaśnia-jącą przyczynę takiego stanu rzeczy mógł być wstrząs psychiczny i doświadczany w jego efekcie głęboki stres, który wyraźnie odbijał się nawet na najprostszych reakcjach psycho-fizycznych.
Dziewczyna wyglądała na beznadziejny przypadek, a jemu w całej karierze medycznej udawało się unikać takich pacjentów. Mniej kłopotów, więcej pieniędzy. Dlaczego zatem rozmawiali? Po co angażował się w kłopoty osoby, która słabo rokuje na wyleczenie? Jedynie wstrząs o sile zbliżonej do pierwotnego mógłby postawić jej świat na nogi i przywrócić prawidłową ocenę rzeczywistości. Ale na to się nie zanosiło.
- Jak masz na imię?
Znieruchomiała. Na jej twarzy skupienie walczyło z bezradnością i chęcią kapitulacji. Wreszcie, zrezygnowana, pokręciła tylko głową.
Zapadła cisza. Minęła jedna, dwie, trzy minuty. Wreszcie przerwał dzielące ich milczenie.
- Ile masz lat?
Zerknęła na swoje ręce, jakby na nich zapisano odpowiedź. Przyjrzała się palcom. Były wysmukłe, skóra na nich biała, mocno napięta, a paznokcie pomalowane jaskrawym czerwonym kolorem.
- Nie jestem stara.
- Jak masz na imię?
- Już o to pytałeś.
- Jednak coś pamiętasz.
- To dobrze?
- Być może wydaje ci się, że pamięć przechowuje tylko niedawne wydarzenia. Rzecz ma się jednak nieco inaczej. Możemy mówić o krótkiej i długotrwałej pamięci. Krótkotrwała obejmuje okres od trzydziestu sekund do trzech minut. Wszystko, co wykracza poza ten czas, jest pamięcią długotrwałą. Nie zapomniałaś o moim pytaniu, jak masz na imię. Wynika z tego, że struktura wspomnień nie została naruszona. Zawsze to światełko w tunelu.
- Pytaj dalej.
Żeby tak mógł zerknąć do jej karty choroby, dowiedzieć się czegoś o najbliższych osobach, gdzie pracują, jakie mają upodobania, nawyki... Cholera, nie miał nic prócz jej strachu, który coraz mocniej wyzierał z wpatrzonych weń zielonych oczu. To zbyt mało, żeby pomóc.
- Jak się tu znalazłaś?
Kobieta powoli rozejrzała się wokół. Wydawało się, że próbuje się skoncentrować na otaczającej ją przestrzeni, ale najwyraźniej niewiele docierało do jej świadomości.
- Usiadłam. Tak, doskonale pamiętam ten moment. Usiadłam i otworzyłam oczy. Potem pojawiłeś się ty. Chwilę mi się przyglądałeś, a następnie spytałeś, kim jestem.
Nic z tego nie będzie. Lovoisser potarł nerwowo czoło. Niepotrzebnie się angażował. Wstrząs, którego doświadczyła dziewczyna, był tak głęboki, że zablokował wspomnienia. To tak, jakby oddzielono ostrym nożem jej "dziś" od "niedawno" lub "wczoraj".
- Co było wcześniej, zanim otworzyłaś oczy?
Znowu skupienie, walka i bezradne kręcenie głową. Powinien to wszystko rzucić w diabły. Co ona go obchodzi? Pierwszy raz widzi ją na oczy. Niech komuś innemu zawraca głowę swoimi problemami.
A jednak nie ruszył się z miejsca.
- Może chociaż zapamiętałaś jakieś głosy? Albo tylko zapachy... Cokolwiek. Spróbuj się skupić.
- Jak?
- Zamknij oczy. Doskonale... Rozluźnij się. Oczyść umysł z niepokoju. Ugaś czerwienie brązami. Te zasłoń zielenią, coraz bardziej soczystą, spełnioną i nasyconą niedawno spadłym wiosennym deszczem. Oddychaj powoli. Głęboko. Wciągaj powietrze nosem, a wydychaj ustami... Właśnie tak... Doskonale... Jesteś już spokojna. Nie musisz się o nic martwić. Nie spiesz się. Nic nas nie goni. Wejdź w siebie. Zrób to... Powoli. Jakbyś wchodziła do wanny z gorącą wodą. Zanurz się w siebie ostrożnie, bez pośpiechu. Kiedy już to zrobisz, a woda wokół znieruchomieje, otwórz oczy. To będzie znak, że możemy wrócić do rozmowy.
CHOĆ DZIEŃ zapowiadał się pogodnie, o piątej rano było jeszcze chłodno i wilgotno. Cóż chcieć, w końcu to dopiero połowa maja.
Kobieta, która pojawiła się u wylotu wąskiej uliczki Starego Miasta, szła przed siebie wolnym krokiem, kolebiąc się ciężko na boki. Powodem były zarówno pokaźna tusza, jak i pakunki upchane w plastikowych torbach, które niosła w obu dłoniach. Porywisty wiatr zawijał szeroką flanelową sukienkę między jej nogami, co dodatkowo utrudniało stawianie kroków. Grubaska miała na imię Martucha i była zła na cały świat. A przecież mogło być tak pięknie.
Mamrotała pod nosem przekleństwa i obiecywała sobie w duchu, że już więcej nie kupi wina truskawkowego. Co innego ogryzkowy jabol albo śliwkowy pershing. Wiadomo, owoce z drzew rosną bliżej słońca, są zdrowsze, a nie takie tam... Wysmarkała nos na chodnik, zatykając jedną dziurkę. Zaraz potem odbiło się jej czymś kwaśnym.
Z wczorajszej balangi przezornie zostawiła sobie trzy grzdyle truskawy. Dziś rano łapczywie wypiła wino zaraz po wyjściu z klatki schodowej, gdzie przekimała w piwnicy nockę.
Teraz coś ją gniotło w żołądku i zaczynało mdlić. Nie miała jednak zamiaru bez walki oddawać napitku. Przystanęła. Odetchnęła głęboko i przełknęła ślinę, która wypełniała usta.
"Śnić liszajowatą żabę, będziesz miała piękną cerę", przypomniała sobie przepowiednię z sennika, który przedwczoraj znalazła w śmietniku. Dlaczego do głowy przyszedł jej właśnie ten fragment?
Że też Bóg ją pokarał pomysłem inwestowania w truskawkową delirkę. A przecież stać ją było, żeby dołożyć prawie dwa złote i kupić spirytus na kościach. Jagodzianka to zawsze jagodzianka. Wypijasz dwa kieliszki i już masz komplet witamin. Ale nie. Zachciało jej się smakowania nowości.
Pierdnęła głośno. Skrzywiła się, czując własny smród. Nie miała jednak czasu rozmyślać nad marnością ludzkiego ciała, gdyż z uliczki obok wytoczył się młody mężczyzna. Zrobiło jej się głupio, czy też przypadkiem tamten nie usłyszał jej głośnego bąka, ale nieznajomy sam z trudem trzymał się na nogach. Halsowało nim na boki, jakby stąpał po pokładzie statku, który płynie przez największy sztorm.
Prawą część twarzy miał zakrwawioną. Góra swetra i ramię po tej stronie stanowiły jeden zaschnięty strup. Najwidoczniej tej nocy zabalował na ostro i teraz nie bardzo wiedział, jak trafić do domu.
Nieznajomy przytrzymał się jedną ręką muru. On również zobaczył Martuchę. Otworzył usta, jakby chciał o coś spytać. Martucha zobaczyła błyszczące klamry na zębach i w myślach nadała mu ksywę: Stalowy Ząbek.
Jeśli chodzi o nadawanie przezwisk, nie miała sobie równych. Ostatnio nawet Heniuś przyszedł do niej z flaszką, żeby podziękować. Miesiąc temu, gdy świętowali z jakiejś okazji, w rozmowie nazwała go Marcowym Zającem. Chłop się początkowo obruszył.
- Że niby jak? Uciekam przed frajerami?
Jej chodziło o to, że Heniuś, niczym zając, ma doskonały słuch. Nigdy nie musiał patrzeć, tylko po odgłosie przełknięć zawsze wiedział, kto ile wypił z flaszki. Poza tym Marcowy Zając był bohaterem wspaniałej książki: Alicja w krainie czarów, którą tatuś czytał jej w dzieciństwie.
Kiedy wytłumaczyła co i jak, to Heniusiowi nawet się spodobało, że ktoś napisał o nim książkę. Martucha nie dopowiedziała, że ona była zakochaną w nim Alicją, z którą potem Marcowy się ożenił i oboje żyli długo i szczęśliwie. Po co chłopu zawracać głowę miłością, kiedy ten co noc mocował się z delirką i nie miał czasu na takie przyziemne duperele.
Wiatr szarpnął trzymanymi przez Martuchę torbami. Otrząsnęła się z zamyślenia. Szaruga poranka już znikła z ulic. Gdzie się podział Stalowy Ząbek? Najwidoczniej polazł w stronę sąsiedniej ulicy. Wskazywały na to plamy krwi na chodniku.
DZIEWCZYNA ODCHYLIŁA powieki. Zielone oczy spojrzały na Lovoissera z taką samą bezradnością co poprzednio.
Tymczasem pierwsze promienie słońca przenikały przez kolorowe szyby kościelnych witraży i rozjaśniały nawę boczną, gdzie siedzieli w jednej z ławek. Mrok skrył się w zakamarkach świątyni. Kobieta bez pamięci i Lovoisser tkwili jeszcze w półmroku, lecz światło już zaczęło się skradać w ich stronę. Wreszcie kolejne kolorowe szybki zapaliły się jasnymi smugami i na kobietę padł żółty promień. Rozjaśniona skóra wydała się jeszcze bledsza niż poprzednio. Dopiero teraz można było w pełni dostrzec niemal idealną krągłość jej ramion, które wsparła na oparciu drewnianej ławki. W coraz jaśniejszym blasku poranka dało się zauważyć, że rudowłosa jest chuda. Jej drobne nagie piersi być może nie zwróciłyby na siebie uwagi, gdyby nie pomalowane na karminowo sutki. Ich kolor był niemal identyczny z tym, który miała na paznokciach i ustach.
Z mroku wysunęły się twarze świętych, którzy w skupieniu zaczęli przysłuchiwać się rozmowie.
- Jeśli w porę nie przypomnisz sobie, dlaczego znalazłaś się w tym miejscu, zostaniesz tu na zawsze - powiedział Theo.
- Tu, czyli gdzie?
- Po tej stronie życia.
- Dlaczego mi to mówisz?
- Może to przeznaczenie. Może musiałem na ciebie poczekać, żebyś się dowiedziała.
Theo poczuł niepokój. Może rzeczywiście była to prawda.
- Dlaczego właśnie ty? - Patrzyła na niego bezradnie.
- Nie wiem.
- Jak masz na imię?
- Theo... Theodor Lovoisser. A ty?
Dziewczyna zacisnęła z determinacją usta, lecz moment później pojawiła się rezygnacja.
- Nie pamiętam. Muszę iść.
Lovoisser przytrzymał ją za rękę.
- Jeszcze chwila. Coś musisz pamiętać.
- ...Trzy białe papierowe ptaki.
A może ona jest chora psychicznie? Ucieczka w niepamięć mogła być obroną przed tragicznymi wydarzeniami, które ją spotkały. Od dawna nie zajmował się pacjentami. Wyszedł z wprawy. Miał ochotę się poddać i zrezygnować z dalszego diagnozowania. Ale coś w nim krzyczało, że nie wolno mu tego zrobić.
Znowu zaczął przypatrywać się dziewczynie z intensywną uwagą. A jeśli na jakiś czas przed śmiercią dotknęła ją martwica tkanki mózgowej? To mógł być efekt niedokrwienia w następstwie całkowitego lub częściowego zamknięcia światła tętnicy przez zakrzep lub zator. Jeśli miał do czynienia z takim przypadkiem, to przegrał.
- Jak te ptaki wyglądały?
- Białe... Były białe, jak łabędzie. Miały duże skrzydła. - Uniosła oczy, jakby właśnie zobaczyła je nad sobą. - Kołowały pod sufitem. Czekały.
- Papierowe ptaki, pod sufitem. Na kogo czekały?
- Na gest. W każdej chwili były gotowe służyć. Nie tylko mnie. Wszystkim. Jeden nazywa się Harpo, drugi Chico, trzeci Zeppo i Eliza.
- Czwarty ptak?
Chwila ciszy. Potem niepewne:
- Nie, to byłam ja.
- Więc masz na imię Eliza. Jednak coś pamiętasz.
- Dlaczego tylko tyle?
- Przeżyłaś szok. Skup się. Musisz coś pamiętać - powiedział podniesionym głosem. Nie wiedzieć dlaczego nagle się zirytował, jakby mu na tym zależało.
Jednocześnie Theo odniósł wrażenie, że gdzieś ruszył zegar, a przynajmniej dopiero teraz usłyszał tykanie. Wskazówka rytmicznie zaczęła przemierzać drogę. Z sekundy na sekundę pozostawało coraz mniej czasu. Powinien się spieszyć. Niemal fizycznie poczuł, że upływ czasu dotyczy nie tylko Elizy.
- On coś mi zabrał - powiedziała cicho.
- Co?
- Nie pamiętam. - Skrzywiła się, jakby za chwilę miała się rozpłakać.
MARTUCHA ZNOWU poczuła skurcze żołądka. Próbowała przetrzymać mdłości. Czasami pomagało wyobrażenie sobie czegoś przyjemnego. Ale jak tu myśleć o czymś przyjemnym, kiedy wiatr podwiewa cię przez dziurawe majtki?
Żeby tak była u siebie, westchnęła boleśnie, zaraz przyrządziłaby sobie jakieś lekarstwo. Znała setki przepisów, ale tylko jeden niezawodny na takie dolegliwości: szklanka jabola, pięćdziesiątka politury, seteczka denaturki i miarka spirytusu salicylowego. Wino dawało bazę i bukiet zapachowy, politura atłasowy poślizg na języku, fioletowa dykta pomieszana z alpagą elegancko kolorowała napitek, no i mocniej uderzała w dekiel. Natomiast salicyl utrwalał uczucie błogostanu, w którym można było przeleżeć nawet do wieczora. Po takim lekarstwie mijały wszystkie niedomagania. Umysł spokojnie odpoczywał przed trudami kolejnego dnia lub wystawania w skupie z workiem puszek po piwie.
Ale co teraz mogła na swoją dolegliwość poradzić? Nic. Pozostawało tylko nabrać głęboko powietrze i zatrzymać oddech. Kiedy jednak trzymasz, człowieku, na górze, to możesz popuścić na dole. Przeklęte życie. Spanikowana rozejrzała się wokół. Po lewej zobaczyła kamienny portal kościoła. Pomyślała, że nie będzie pawiować na środku chodnika, niczym pierwsza lepsza prostytutka. Wypuściła z dłoni torby, wbiegła na schody, potknęła się i poleciała głową na mur.
Wstrząsana skurczami obiecywała sobie solennie, że już nigdy w życiu nie weźmie do ust tego świństwa. Niech ją diabeł porwie do piekła, ale nie da się już namówić na jednego łyczka truskawy, choćby szklankę napełnili do połowy lub nawet do pełna. A wszyscy w okolicy wiedzieli, że co jak co, ale Martucha ma silną wolę.
Kiedy żołądek wrócił na swoje miejsce między obwisłymi cyckami, splunęła na chodnik i wyciągnęła z kieszeni w miarę długiego kiepa... Parząc się w palce, złapała dwa gryzące machy tytoniowego dymu. W skołowanej głowie myśli znowu zaczęły wracać na dawne tory.
A może powinna zajrzeć do domu? Kiedy ostatnio tam była? Dziesięć, dwanaście tygodni temu? Co z matką? A jej synek? Heniuś może już zdał do drugiej klasy. Może nawet i piątej? Tak, powinna zajrzeć. Przy okazji sprawdzi, czy listonosz nie zostawił czegoś w skrzynce. Podrapała się w głowę. Tylko niby co? Wszyscy, których znała, byli niepiśmienni - to znaczy nie mieli czym i na czym pisać.
Zegar na kościelnej wieży wybił sześć uderzeń pełnej godziny.
Martucha odepchnęła się od muru, jakby zamierzała wrócić po leżące na środku chodnika pakunki. Westchnęła kilka razy głęboko. Chwilę potem zapomniała o skrzynce na listy, matce i Heniusiu, co to już kończy gimnazjum i znać jej nie chce. Kiedy wreszcie poczuła, że jako tako doszła do siebie, przetarła usta rękawem kurtki. Potem czknęła i... zatoczyła się na drzwi kościoła.
Okazały się uchylone. Jak to możliwe, że o tej porze kościół był otwarty? Zerknęła na klamkę. Wejść? W kropielnicy z pewnością jest woda, więc opłucze usta. W końcu o higienę trzeba dbać.
Kiedy tak biła się z myślami, ze świątyni wyszła młoda dziewczyna. Ile mogła mieć lat? Gładka cera, krągłe chude ramiona. Drobną twarz otaczały kręcące się pukle rudych włosów. Nieznajoma była ładna, bladość twarzy zaś tylko przydała jej urody. Z pewnością nie skończyła trzydziestki. Była naga. Uwagę Martuchy przyciągnął czarny pieprzyk nad prawym kącikiem krwistoczerwonych ust.
Martucha pomyślała, że z chęcią by gdzieś przysiadła i odsapnęła. Wsparła się o drzwi, przez które niedawno przeszła dziewczyna. Pod jej ciężarem odchyliły się do mrocznej kruchty z głośnym skrzypieniem. Pociągnęło chłodem, a z głębi echo powtórzyło głośny stukot metalowej klamki, która uderzyła o mur.
Zakręciło się jej w głowie. Na szczęście w ostatniej chwili złapała się wspornika, żeby nie upaść na plecy, na posadzkę. Odwróciła się twarzą do wnętrza kościoła.
Środek rozświetlało światło padające z witraży. Jednak im dalej w głąb, tym mrok gęstniał i przechodził w czerń, która zacierała kształty murów i pozbawiała wnętrze granic. W powietrzu czuć było wilgoć spotęgowaną chłodem ciągnącym od kamiennej posadzki. Przy ołtarzu nad tabernakulum płonęła wieczna lampka, nad którą wisiał obraz patronki Warszawy okolony złotymi promieniami.
Martucha już chciała się po cichu wycofać, w nadziei, że nie obudziła Najświętszej Panienki. Sekundę później zamarła z otwartymi z zaskoczenia ustami. Kilka grubych świec stało w płonącym okręgu pośrodku nawy głównej, w połowie drogi między wejściem a ołtarzem.
- Ożesz kurwa...
Wszystkie płonęły, rozświetlając szary półmrok.
- ...jego mać!
Między nimi było coś jeszcze. Przeżegnała się pospiesznie. Przypomniała sobie matkę, która po wejściu do kościoła zawsze szturchała ją w bok, żeby nie zapominała przywitać się z Panem Jezusem, Królem Wszechmogącym na Niebiesiech. A potem jego Matką i wszystkimi świętymi, co to Im służą przez wieki wieków. Amen. No i naszemu papieżowi też.
Martucha zmrużyła oczy krótkowidza, ale na wiele jej się to nie zdało. Puściła wspornik. Ponownie czknęła, ale nawet nie zwróciła na to uwagi. Wsunęła dłoń do kieszeni, żeby schować przed Bożym wzrokiem brudne dłonie. Trafiła na krótkiego kiepa.
Wzięła ją straszna ochota, żeby zajarać i machnąć w płuca mocnego dyma, ale przecież była w Domu Bożym. Co prawda nie z własnej woli, ale... szacunek musi być i nie ma to tamto. Szurając opuchniętymi w kostkach nogami, ostrożnie podeszła do skwierczących świec.
To były gromnice. Pamiętała, jak cztery lata temu trzymała taką w dłoniach, kiedy chrzciła Heniusia, którego ojciec od lat siedzi we więźniu... Bóg jeden wie, w którym.
Kiedy jej oczy powoli przywykły do migotliwego blasku, cofnęła się wystraszona. Serce zatrzepotało boleśnie w piersiach, aż chwyciła się za prawy cycek.
- O jebana mać... - chlipnęła płaczliwie. - Matko Przenajświętsza.
W środku kręgu utworzonego z płonących świec leżała naga kobieta. Głową była zwrócona w stronę ołtarza. Ramiona i dłonie miała rozłożone szeroko na boki, jakby chciała się nimi wpisać w pocięty liniami okrąg wymalowany krwią wokół niej.
Martucha odniosła wrażenie, że biegnący czas spowolnił, jakby zanurzono go w beczce z oliwą. Coś zaczęło w niej szeptać, że już gdzieś widziała tę ładną twarzyczkę. Tylko po co ktoś pomalował jej sutki na karminowo? Pociągłą twarz dziewczyny otaczały gęste, kręcące się, rude włosy. Zwróciła uwagę na czarny pieprzyk nad prawym kącikiem krwi-stoczerwonych ust.
Dziewczyna patrzyła na grubaskę szeroko otwartymi, mętnymi oczami, pozbawionymi ciemnych źrenic. Na jej twarzy malowało się zdumienie, jakby pytała: dlaczego?
Wreszcie zegary otrząsnęły się z letargu, a myśli ostatecznie zadokowały we wgłębieniach fałd mózgu. Do Martuchy dotarło, co widzi. Gładka cera, krągłe ramiona... Drobne piersi... Dziewczyna była ładna, bladość zaś tylko przydała jej urody...
- Ożesz...
Ależ tak.
To była ta lalunia, która chwilę temu wyszła z kościoła.
Martucha wrzasnęła jak opętana. Rzuciła się biegiem do wyjścia. W pewnej chwili nogi zaplątały się jej w sukienkę i omal nie wyrżnęła o posadzkę. Na szczęście złapała się oparcia ławy.
Kiedy znalazła się na ulicy, rozdarła się na całego. Zaczęła wołać, że ona już więcej nie weźmie do ust choćby łyka..., że przysięga: żadnej truskawy, że każdy ją zna, że jak powie słowo to mur, beton i mogiła... że drzwi były tyci, tyci uchylone... że nikt ich szerzej nie otworzył, więc jak tamta rudowłosa bladolica mogła wyjść, że...
Nie wyjawiła co. Oparła się plecy o metalowy słup ulicznej latarni. Zaczęła się głośno modlić i coraz to czynić na piersiach znak krzyża.
Kilkanaście minut później przyjechał radiowóz, który wezwali obudzeni mieszkańcy pobliskiej kamienicy. Martucha nie zwróciła uwagi na wysiadających gliniarzy. Teraz już cicho pochlipywała i po raz kolejny obiecywała, że ona już nigdy więcej jabolowej truskawy..., że przysięga i znakiem krzyża potwierdza...
W TŁUM GAPIÓW wsunęła się młoda kobieta. Weszła między rozplotkowanych ludzi, jakby chciała sprawdzić, co widać z przodu. Była niewysoka, lekko pulchna, o drobnej, piegowatej twarzy otoczonej burzą kasztanowych włosów. Jedyne, co przyciągało uwagę, to duże szare, świetliste oczy. Ale nikt z gapiów nie przyglądał się im zbytnio. Wszystkie spojrzenia były skierowane na przeciwległą stronę ulicy. Tam, przed wejściem do kościoła, stały trzy policyjne radiowozy i karetka pogotowia. Po schodach kręciło się kilku mundurowych.
Kiedy do tłumu dołączyła piegowata kobieta i dwóch nastolatków idących do szkoły, zegar na kościelnej wieży zaczął wybijać siódmą piętnaście. Nowi gapie nie bardzo wiedzieli, skąd to całe zamieszanie i dlaczego zjechało tyle policji. W tej kwestii wyjaśnień udzielały dwie starsze kobiety. Jedna trzymała na ręku pekińczyka. Psi pokurcz patrzył na wszystkich nienawistnym wzrokiem, jakby czekał na okazję, żeby ugryźć tego, kto nierozważnie nachyli się w stronę jego pani.
- Pan Jezus już się na dobre od nas odwrócił - narzekała z rozkoszą ta z pieskiem. - Kto to słyszał. Zamordowali w kościele. Rozumiem, na ulicy. W domu. Ale w kościele? Niewyobrażalne... Jak to kogo? Taką jedną, młodą. Podsłuchałam policjantów, co stali niedaleko. Chociaż kto ich tam wie, czy to prawdziwe policjanty. Niedożywione, chude i ubrane po cywilnemu. Nie to co mój świętej pamięci. Jak włożył mundur strażaka i wziął do ręki toporek, to wszyscy sąsiedzi się go bali.
Druga kobieta ubrana w męski płaszcz narzucony na szlafrok, miała na nogach kapcie i najwyraźniej wyszła z pobliskiego domu.
- Ja też słyszałam. Młoda tam leży. Może i wcześniej ją zgwałcili. Na razie badają. Dlatego tyle ich zjechało.
- Kto by to przypuszczał, że pod naszymi oknami... - dopowiedziała ta z pekińczykiem.
- Świecami ją obłożyli i nocą rytuał tajemny odprawili. - Kobieta w płaszczu się przeżegnała. - Co to się teraz wyrabia. Zgwałcili... trudno. Ale żeby tak między świecami na nagusa w świętym miejscu zostawić?
- I nikt nic nie słyszał? - zainteresowała się piegowata.
- Porządni ludzie o tej porze śpią.
Pani z pekińczykiem miała już coś dorzucić od siebie, kiedy z kościoła wyszedł korpulentny czterdziestoparolatek średniego wzrostu, z siwiejącymi na skroniach włosami. Stanął na chodniku i zaczął przeszukiwać kieszenie szarego prochowca, jakby coś zgubił. Wyglądał jak ospały miś, któremu nigdzie się nie spieszy.
Z karetki wyciągnięto nosze, lecz chwilę potem wsunięto je z powrotem do samochodu.
- Znaczy się, w kościele jest trup. - Jeden ze starszych mężczyzn pokiwał głową.
- Trup? To pewne na sto procent? - Pani w płaszczu zaskoczona otworzyła usta. - Myślałam, że skoro karetka, to może jeszcze...
- Sztywniak, jak nic. Inaczej dawno powieźliby trupa do szpitala - wyjaśnił mężczyzna.
- Jak to trupa? - Ta z pekińczykiem zrobiła niepewną minę.
- Gdyby żył, wtedy nie byłby trupem i powieźliby do szpitala na leczenie. A że nie żyje, to powiedziałem: "trupa". Trup jest rodzaju męskiego.
- No właśnie, męskiego. - Pani w płaszczu wsparła koleżankę z psim pokurczem. - A tam przecież kobieta.
- Więc nikt nic nie widział? - ponownie zapytała piegowata.
Pekińczyk warknął głośno, jakby zdenerwowany wścibstwem ciekawskiej.
- Poczekamy, może coś nowego człowiekowi wpadnie do ucha.
- Czekaj tatka latka - rzucił ktoś z tłumu. - Gliniarze są do niczego. Tylko spójrz pani na tego tam z aparatem...
- Co mu się sznurowadło rozwiązało? - Kobieta, której spod płaszcza wystawał szlafrok, stanęła na palcach, żeby lepiej widzieć.
- Oni nawet nie umieją sobie buta dobrze zawiązać, a co dopiero śledztwo poprowadzić. Ciekawe, kiedy wreszcie się wykopyrtnie?
Młoda piegowata kobieta wysunęła się z tłumu i prześlizgnęła pod taśmą oddzielającą gapiów od jezdni.
- Nie wolno. - zawołał policjant.
Tamar Sarnecka w odpowiedzi pokazała legitymację policyjną wydziału kryminalnego. Właśnie ściągnięto ją w trybie pilnym z domu, choć miała wolny dzień.
Tłumek gapiów zamilkł.
- Witam, pani komisarz. - Policjant zszedł jej z drogi.
Ludzie zaczęli spoglądać na siebie nieufnie, jakby sprawdzali, czy nie ma między nimi jeszcze jakiegoś szpiega.
Tymczasem Tamar podeszła do mężczyzny w prochowcu, który na jej widok skrzywił wargi w wymuszonym uśmiechu.
- Nareszcie jesteś.
- Zgubiłeś coś, że tak obszukujesz kieszenie?
Na twarzy Piotra pojawiła się ulga. Wyjął pastylki antynikotynowe.
- Jeszcze ich używasz? - spytała.
- Dzięki nim rzuciłem papierosy. - Inspektor Cichosz potrząsnął tabletkami. - Ale uzależniłem się od tego cholerstwa... - Widząc wzrok Tamar, dodał z głośnym westchnieniem: - Nie patrz tak na mnie. Wczoraj nic nie piłem.
- Gdy boli żołądek, to trzeba wziąć no-spę, a nie wszystko zwalać na głód nikotynowy.
- Skąd wiesz, że mnie boli?
- Pracowaliśmy wczoraj do dwudziestej. Twoja Magda nie lubi gotować. Wróciłeś więc do domu, zamówiłeś ulubioną pizzę i popiłeś colą. Rano zjadłeś wczorajsze resztki, poprawiłeś zimnym napojem i teraz boli cię żołądek.
Piotr skrzywił usta w lekceważącym uśmiechu.
- Pudło.
- Nie sądzę - odparła. - Blada cera i grymas w kąciku ust świadczą, że masz nawracające bolesne skurcze. W tej koszuli byłeś wczoraj. Dziś uznałeś, że jeszcze jest świeża, ale na kratce nie zauważyłeś plam po keczupie i brązowych kropek po coli. Wczoraj wieczorem, kiedy się rozstawaliśmy, ich nie było - wskazała na mało widoczne zabrudzenia obok kołnierzyka. - Proponuję, żebyś wysłał kogoś do apteki po no-spę i zmienił sposób odżywiania. No i rzuć w cholerę te pastylki. Nikotyna rozwala żołądek.
Tamar ruszyła w stronę kościelnych drzwi. Po chwili Piotr poszedł za nią, obrzucając tył jej głowy złym spojrzeniem. Nie lubił sralek mądralek.
- W esemesie napisałeś, że denatkę znalazła jakaś kobieta. Ale dlaczego "w nieokreślonym wieku"?
- Gdyby zdjąć z niej sześć warstw ubrań i solidnie umyć, byłoby wiadomo, ile ma lat. Pamiętała tylko, że wołają na nią Martucha. Najwyraźniej ma kaca i jest psychicznie niestabilna.
Stanęli w krużganku, gdzie technicy kryminalistyki rozłożyli się ze sprzętem. Tamar odpowiedziała skinieniem głowy na powitanie, które doleciało z półmroku. Potem zmoczyła palce w kropielnicy i się przeżegnała. Piotr ruszył w stronę ołtarza, nie wyjmując dłoni z kieszeni.
- Martucha zobaczyła trupa i uciekła przed kościół. Tak wrzeszczała, że zrobiło się zbiegowisko - dokończył normalnym głosem.
Tamar na chwilę się zatrzymała i przyjrzała wnętrzu. Zbudowano je w barokowo-manierystycznym stylu. Na szczęście w jednonawowej budowli nie upchano przesadnej ilości obrazów, zamkniętych w bogatych złoconych ramach, amorków i świętych, którzy, choć zastygli w bezruchu, wydawali się wiercić na swoich miejscach.
Wzdłuż nawy głównej, po obu stronach świątyni, ciągnęły się dwa rzędy ław dla wiernych. Pośrodku było szerokie przejście, na które padało teraz światło z witraży. Gdzieś w połowie drogi, na posadzce, na linii dużego okręgu, stały rozstawione gromnice. Każdą umieszczono na szpicy pentagramu, wpisanego w okrąg.
- U nas na Pradze to by nie przeszło.