JAK STWORZYĆ DIABŁA? SPRAWA LESZKA PĘKALSKIEGO
Był ranek. Szóstki w kalendarzu właśnie stanęły obok siebie, tworząc "symbol szatana". To wtedy Jason Moss przystawił sobie pistolet do skroni i pociągnął za spust. Miał trzydzieści jeden lat. Był adwokatem. Ostatnim dniem jego życia był 6 czerwca 2006 roku. Według Apokalipsy Świętego Jana liczba 666 to symbol Antychrysta. Zanim Moss odebrał sobie życie, zgłębiał tematy satanistyczne. Walczył z demonami. Głównie własnymi, czyli depresją. W tę wpędziły go między innymi kontakty z "potworami" i próby zrozumienia ich umysłów: Johna Wayne'a Gacy'ego znanego pod pseudonimem "Killer Clown", Richarda Ramireza - "Nocnego Prześladowcy", kanibala Jeffreya Dahmera, Charlesa Mansona dowodzącego zabójczą sektą, a także Henry'ego Lee Lucasa oraz Elmera Wayne'a Henleya Jr., czyli pomocnika innego seryjnego mordercy "Candy Mana".
Moss ludzi skazanych za niewyobrażalne zbrodnie chciał tylko zrozumieć, głównie z nimi korespondując. Ja nieustannie im pomagam, odwiedzając ich w więzieniach niemal każdego dnia. Nie spodziewałem się jednak, że i mnie zaprowadzi to tak blisko granicy obłędu. I to wcale nie dlatego, że wszyscy wymienieni wyżej mordercy razem wzięci podobno nie zabili tylu osób co tylko jeden z moich klientów.
Leszek Pękalski został przez media ochrzczony "synem diabła". Jeśli wierzyć jemu samemu, mediom oraz prokuratorom badającym sprawę, pozbawił życia prawie setkę osób w różnych częściach kraju. Kobiet i mężczyzn. Starców i dzieci. Zasztyletowywał, rozbijał głowy, dusił, gwałcił i bezcześcił ciała zamordowanych. Morderstwa miały być sensem jego życia. Śledził ofiary na ulicach, w parkach, a jeśli miał ochotę, wchodził do ich domów. Zabijał we dnie i w nocy. Opisanie wszystkich zbrodni, jakie miał popełnić, choćby pobieżnie, zajęłoby kilkadziesiąt stron, celowo je zatem pominę. Żeby zobrazować, o jak demonicznych czynach mowa, przytoczę los jedynie kilku ofiar. A potem opowiem... dlaczego uwierzyłem w niewinność owego "diabła" i rozpocząłem walkę, by przywrócić mu wolność.
Leszek Pękalski w czapce, którą zasłaniał twarz przed mediami podczas procesu w Sądzie Okręgowym w Gdańsku w 2017 rokuŹródło: Jacek Waszkiewicz / REPORTER
Kazimierz N., lat siedemdziesiąt dziewięć. 21 października 1986 roku, Łobez (województwo szczecińskie). Uderzony siekierą w głowę. Sześć razy. Uszkodzenia czaszki i mózgu. Ciało całkowicie obnażono, a następnie skrępowano sznurkiem w taki sposób, że łydki przylegały do ud, zaś nadgarstki rąk umieszczone były z tyłu na wysokości pośladków. Zwłoki wywieziono z domostwa, gdzie doszło do napadu, w pobliże lasu. Motyw - nieustalony.
Małgorzata K., lat trzynaście. 11 listopada 1988 roku, Papowo (województwo pilskie). Wciągnięta do lasu w drodze do szkoły. Uduszona, gdy wkładano jej palce do pochwy. Wcześniej bita pięściami po głowie ze szczególnym okrucieństwem. Ciało dziecka obnażono. Sprawca zaspokajał się widokiem zwłok, doprowadzając do wytrysku nasienia na ciało.
Mariola S., lat dwadzieścia siedem. 17 marca 1989 roku, Wrocław. Kilkukrotnie uderzona pięścią po tym, jak w stanie silnego upojenia alkoholowego znalazła się ze sprawcą w pomieszczeniu piwnicznym. Tam została skopana. Połamano jej żuchwę i żebra. Następnie uduszono gołymi rękami. Ciało zostało całkowicie obnażone. Sprawca oświetlał je zapałkami, wkładając je również do pochwy oraz podpalając kobiecie włosy łonowe. Cel zbrodni - zaspokojenie popędu seksualnego.
Anika C., lat szesnaście. Noc z 29 na 30 sierpnia 1989 roku, Łódź. W trakcie spaceru w parku uduszona, a następnie zgwałcona. Sprawca po zabiciu dziecka rozebrał je, po czym odbył stosunek zakończony wytryskiem.
Sześciomiesięczna Marta M. 16 lutego 1990 roku, Białystok. Uprowadzona w wózeczku, podczas gdy jej matka robiła w sklepie zakupy. Sprawca zabrał ją do drewnianej szopy, gdzie po obnażeniu dolnych partii ciała zaspokajał się w nieznany sposób. Dziecko porzucił, nie interesując się jego dalszym losem. Zmarło z wyziębienia.
Danuta N., lat trzydzieści dziewięć. 10 lutego 1991 roku, Lębork. Napadnięta, gdy wracała od znajomych. Bita rękoma i kopana ze szczególnym okrucieństwem. Złamany nos, obrzęk mózgu, pęknięta wątroba. Uderzona w głowę twardym narzędziem, najprawdopodobniej drewnianym drągiem. Wcześniej próbowała uciekać, ale sprawcy udało się ją dogonić i obezwładnić. Rozebrana do naga i wykorzystana ze szczególnym okrucieństwem. Sprawca nie tylko dokonał gwałtu, ale i wkładał kobiecie do pochwy bliżej nieokreślone twarde przedmioty. Zabrano jej zegarek, kolczyki i łańcuszek. Zmarła z wyziębienia.
Sylwia R., lat siedemnaście. 26 czerwca 1991 roku, Darskowo - obecnie Darżkowo (województwo słupskie). Uderzona osiem razy w głowę uchwytem narzędzia do sadzenia drzew w czasie, gdy wracała ze sklepu do domu. Zaciągnięta do kompleksu leśnego. Tam zmuszona do czynu nierządnego - napastnik obnażył ją, dotykał jej piersi i narządów płciowych. Uduszona stylonową apaszką. Sprawca onanizował się na widok zwłok, wracając do ciała kilkukrotnie. Zabrano jej dwa pierścionki, zegarek i pieniądze. Sprawca zabrał również jej bieliznę.
Wacława G., lat trzydzieści dwa. 14 grudnia 1991 roku, Chwiram (województwo pilskie). Uprowadzona w ustronne miejsce, kiedy zmierzała na przystanek PKS. Bita po głowie pięściami, zgwałcona. W trakcie stosunku sprawca cały czas dusił kobietę rękoma. Dla pewności dobita kamieniem. Uderzenia zadawane w tył głowy zmiażdżyły jej czaszkę. Zabrano jej zegarek i pieniądze, ciało wrzucono do pobliskich wykopów na budowie.
Władysław S., lat czterdzieści siedem. 10 września 1992 roku, Machliny (województwo koszalińskie). Zadano mu dwadzieścia ciosów nożem po tym, jak opuścił samochód na parkingu. Atakujący ranił go w klatkę piersiową, głowę i szyję, również wtedy, gdy nie żył. Zabrano mu sygnet, obrączkę i dyplomatkę. Zwłoki zaciągnięto do lasu.
Zdaniem Prokuratury Wojewódzkiej w Słupsku osobą, która w ciągu ośmiu lat dopuściła się tych i nie tylko tych przestępstw, był Leszek Pękalski, nazywany później przez media "Wampirem z Bytowa" i "Hurtownikiem Zbrodni". Nie zagłębiając się w szczegóły, lecz ograniczając jedynie do suchych faktów, należałoby stwierdzić, że Pękalski miał działać na terenie całego kraju i przejawiać najróżniejsze zaburzenia seksualne określane przez śledczych jako "niepohamowane". Od gerontofilii (pociągu seksualnego do ludzi w podeszłym wieku) po pedofilię, przez sadyzm aż do nekrofilii. Najmłodsza z ofiar miała sześć miesięcy. Najstarsza siedemdziesiąt dziewięć lat.
W trakcie przesłuchań przyznał się do wszystkiego, a wymienione wyżej zbrodnie, jak twierdził, były tylko niewielkim ułamkiem tego, co miał na sumieniu. Pękalski zadeklarował popełnienie blisko dziewięćdziesięciu zabójstw, później liczbę zredukował do około sześćdziesięciu-siedemdziesięciu. Jego twierdzeń, w których przyznawał się do winy, nie udało się potwierdzić żadnymi dowodami. Akt oskarżenia ograniczono do "zaledwie" dwudziestu czynów, stąd tak duże różnice w liczbach podsumowujących jego rzekomą działalność.
W historii polskiej kryminalistyki Pękalski to prawdziwy ewenement. Nikt nigdy nie przyznał się bowiem do tak wielu zabójstw. Nikomu tak bardzo nie wierzono w to, że mówi prawdę. "Goniec Pomorski" w artykule Bestia z Bytowa z 1994 roku relacjonował: "Tak potwornych zbrodni w historii światowej kryminalistyki jeszcze nie odnotowano. Ten smutny rekord padł w Polsce, a konkretnie w Słupsku. Leszek P., mieszkaniec podbytowskiej wsi, przyznał się w trakcie aktualnie prowadzonego śledztwa do siedemdziesięciu zabójstw. Spece z wydziału dochodzeniowego twierdzą, że liczba ofiar może przekroczyć setkę"1.
Gdyby Pękalski rzeczywiście był sprawcą zarzucanych mu zbrodni, pod względem liczby ofiar byłby najskuteczniejszym seryjnym mordercą w historii Polski, wyprzedzając o kilka długości Zdzisława Marchwickiego, nazywanego "Wampirem z Zagłębia", któremu przypisano łącznie czternaście zabójstw popełnionych w latach 1964-1970 i finalnie stracono. Pozostawiłby w tyle też Pawła Tuchlina, nazywanego "Skorpionem", powieszonego za zabójstwo dziewięciu kobiet i usiłowanie zabójstwa kolejnych jedenastu w latach 1975-1983, Joachima Knychałę, "Frankensteina", działającego w latach 1974-1982, powieszonego za zamordowanie pięciu kobiet, oraz Tadeusza Grzesika, pseudonim "Truskawka", członka "gangu zabójców kantorowców", skazanego na dożywocie za pięć zabójstw.
W przestrzeni publicznej Leszek Pękalski jest dość powszechnie postrzegany jako człowiek ekstremalnie niebezpieczny. Do momentu spotkania z nim moja wiedza na temat stawianych mu zarzutów i jego osoby ograniczała się tylko do lektury artykułów prasowych, a tych na jego temat powstały tysiące. Dość jednoznacznie malują one portret Pękalskiego jako wcielenia szatana, który potrafił wabić ofiary niewinnym wyglądem. Oto kilka przykładów na to, jak w prasie opisywano Pękalskiego i sposób jego działania:
"Potworne "ja" Leszka P. odbiega od osobowości największych zabójców seksualnych w Polsce, Europie, a nawet na świecie. Można powiedzieć, że on jakby został ulepiony po trosze z najgorszych cech charakteru wielu sprawców zabójstw na tle seksualnym. (...) Żył w lasach, zaroślach, na polach jak samotny dzik odyniec. Żywił się byle czym, często nic nie jadł nawet przez kilka dni. Potrafił pokonywać pieszo nieprawdopodobnie duże odległości"2.
"Lesiu lubił wszystkie kobiety. Młode i stare. Ładne i brzydkie. A najbardziej bezbronne. Dlatego kolekcjonował zdjęcia pornograficzne. Wpatrywał się w nie intensywnie, a potem sam sobie robił dobrze. Kiedy zamordował Sylwię, poczuł dużą przyjemność. Nie musiał oglądać kobiet na zdjęciach. Mógł je mieć w rzeczywistości"3.
"Przy zwłokach czuł się bezpiecznie. Ofiara nie mogła mu uciec, krzyczeć, ani tym bardziej odtrącić. Jedno jest pewne. To nie jest wiejski głupek. On działał w sposób zbyt wyrafinowany. Perfidny. Potrafił godzinami wyczekiwać na upatrzoną ofiarę. Jednak wszystkich nabierał na tę swoją "zewnętrzną" skórę. Bazował na litości, współczuciu. Pięknie potem odpłacał"4.
"Żaden z grasujących po Polsce seryjnych morderców nie zgładził tylu osób, co Leszek Pękalski. Żaden nie działał tak długo - przez dziesięć lat. Jego ofiary różniło wszystko: wiek, wygląd, płeć. Umierały w dzień i w nocy, w miastach i na wsiach - w różnych rejonach kraju, bo Leszek namiętnie podróżował. Ofiar nie łączyło ze sobą nic. Tylko człowiek, który pozbawił je życia"5.
Gazeta "Poznaniak" w artykule o najbardziej przykuwającym uwagę tytule Syn diabła pisała: "nóż służył Pękalskiemu do wszystkiego. Kroił nim chleb, kiełbasę. W razie potrzeby - ludzi"6. Dziennikarze wskazali nawet, że Pękalski pierwszy raz zamordował w wieku ledwie szesnastu lat na wycieczce szkolnej, choć nigdy nie został o to oskarżony. "Wszedł do bramy. Zauważył dziewczynę. Podszedł i powiedział: "Daj dupy". Wybuchnęła śmiechem. Coś w nim pękło. Chwycił kamień i uderzył. Obnażył ciało. Nawet nie wiedział, jak ma to zrobić"7 - czytam w artykule. Podobnymi szokującymi opisami mógłbym wypełnić całą książkę. W bulwersujących detalach dziennikarze odmalowywali każdą z przypisywanych mu zbrodni.
Z książki Magdy Omilanowicz Wampir. Jak rodzi się zło zapamiętałem główną tezę: Pękalski to człowiek, który nigdy nie powinien zaznać wolności, gdyż niewątpliwie znów zacznie gwałcić i zabijać8. Bliżej mu bowiem do zwierzęcia niż do człowieka. Nie potrafi hamować swoich dewiacyjnych popędów i odrażających żądz. Równie sensacyjna była książka Jaques'a Buvala pod tytułem Nur für Schokolade (Tylko za czekoladę). Możemy w niej przeczytać: "Z niechcianego dziecka wyrósł morderca. Przestępca seksualny, który w swoim bestialstwie prawie nie znał granic. Wstrząsnął całą Polską. Wywołał w kraju niesamowite przerażenie i rozpacz. Ten zapewne największy żyjący seryjny morderca na świecie przez dziesięć lat mścił się na swojej społeczności, która wcześniej się od niego odwróciła"9.
Obie książki, które w ręku miałem wiele lat temu, wydały mi się swego czasu ciekawe - nie wiedziałem bowiem, że są... całkowicie nieprawdziwe, podobnie jak wszystkie artykuły prasowe na temat Pękalskiego. A przynajmniej niepełne. Czego w nich zabrakło? Na przykład całej listy wątpliwości co do jego winy. A mówimy tu o wątpliwościach rozmiarów Piramidy Cheopsa. Nie ma słowa o jego prawdziwej osobowości. W publicznej dyskusji nad "Wampirem z Bytowa" konsekwentnie się ją pomija. Moim zaś zdaniem Leszek Pękalski jest całkowicie niewinnym człowiekiem. I właśnie to: wykreowanie diabła z niewinnego człowieka, a potem utrzymywanie tej legendy przy życiu de facto do teraz, nazywam obłędem. Obłędem, w który popadł wymiar sprawiedliwości.
Pierwsze informacje o tym, że "Wampir z Bytowa" to popkulturowy mit, który nie ma nic wspólnego z rzeczywistością, trafiły do mnie przypadkiem. Nie szukałem ich. Do Fundacji Dowód Niewinności, którą współtworzę, a której celem jest zwalczanie patologii toczących wymiar sprawiedliwości, w tym zwłaszcza pomoc osobom niesłusznie skazanym, zgłosił się bowiem pewien policjant. Pragnął pozostać anonimowy. Zasugerował, abyśmy przyjrzeli się sprawie Pękalskiego. Zszokował mnie tym.
- Temu Pękalskiemu, którym na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych wystraszono cały kraj. On miałby być niewinny?! - zapytałem bez zbędnych uprzejmości.
- Z dwudziestu zarzutów, jakie usłyszał, uniewinniono go od dziewiętnastu. Skazano go tylko za Sylwię R. - odparł policjant.
- Dwadzieścia pięć lat. To wiem. Ta informacja jest powszechnie dostępna. I co? Nie zabił tej dziewczyny? - dopytywałem.
- Tego nie wiem, ale... - Tu policjant zawiesił głos i wziął głęboki wdech. - Wiemy na sto procent, kto popełnił trzy zbrodnie, o które oskarżano Pękalskiego - powiedział wreszcie niemal jednym tchem. - Szukaliśmy sprawców przestępstw, o które go oskarżono, ale uniewinniono. Pękalski przyznawał się do wszystkiego. Ale był niewinny - to wiem na pewno. Prawdziwych sprawców wytypowaliśmy po badaniach DNA. Niestety... już nie żyli. Uniknęli kary.
Wybałuszyłem oczy jak gryzoń przytulony serdecznie przez anakondę.
- Widział pan całe akta? - zapytałem.
Pokiwał twierdząco głową.
- Media rozpisywały się o niekompetencji organów ścigania, które nie potrafiły dowieść mu wszystkich popełnionych zbrodni - odezwałem się po chwili milczenia, mając nadzieję, że mężczyzna jednak nie mówi prawdy.
- Wiem. Ale chyba... nie było żadnego "wampira" - odrzekł.
- Dlaczego się przyznawał?
- On jest upośledzony. Przyznałby się nawet do zabicia Bin Ladena, gdyby mu kazano. Dali mu mapę, kazali palcem pokazać, gdzie kiedykolwiek był, i przypisali wszystkie niewyjaśnione zbrodnie, jakie tam znaleźli. Stąd teza o jego aktywności w całym kraju. O mapie zbrodni... Poza tym mam wątpliwość, czy przyznanie się... zdobyto legalnie. Oni go wybili z rozumu... - relacjonował.
Zdębiałem. Dłuższą chwilę, której nawet nie umiałbym odtworzyć na skali czasu, zbierałem myśli, rozrzucone niczym drzewa w tajdze tunguskiej po uderzeniu meteorytu.
- Wizje lokalne z jego udziałem to były farsy. Wygląda, jakby to... no chuj... wyreżyserowano! - Odwrócił wzrok.
- Może pan powtórzyć?
- Co?
- Zdobyto jak?
- Jego przyznanie się do winy mogło nie być... hmm... w pełni dobrowolne... - odparł.
Wyciągnąłem telefon i szybko sprawdziłem, kiedy aresztowano Pękalskiego.
- Jezus Maria... Trzydzieści trzy lata temu. Wierzy pan, że jest niewinny? - poprosiłem o szczerą odpowiedź.
- Tak to wygląda.
Siedzieliśmy w milczeniu. W momencie gdy Pękalski popełniał ostatnią z zarzuconych mu zbrodni, miałem jakieś trzy lata. Oczywiście nigdy go nie spotkałem. Nigdy nie miałem dostępu do akt jego sprawy. Mój proces myślowy nie trwał jednak długo. Spacerowałem nerwowo po biurze, bawiąc się zieloną piłką do tenisa, której pochodzenia nie potrafię sobie przypomnieć. W końcu rzuciłem... piłką o ścianę, a do swoich współpracowników:
- Pakować się. Jedziemy!
- Dokąd? - zapytali zaskoczeni.
- No jak to dokąd... do piekła. Przecież tam mieszka diabeł, nie chodziliście na religię?
- Naprawdę chcesz się zająć Pękalskim? Wiesz, ile to będzie roboty?! Zeżrą nas! Nawet jeśli jest niewinny, nikt w to nie uwierzy. Nawet jego własna matka!
- Od kiedy tak boicie się opinii publicznej?! - zażartowałem. - Nie możecie mieć własnej? Zdecydujemy, kiedy poznamy szczegóły. Na razie zbierzmy dane.
Namierzenie Pękalskiego nie było trudne. Cały kraj wie, gdzie zamyka się takich jak on.
Wybrałem w telefonie numer do "ośrodka dla bestii" w Gostyninie.
- Dzień dobry, Paweł Matyja. Czy mogę rozmawiać z Leszkiem Pękalskim? - powiedziałem uprzejmie.
- A w jakiej sprawie? - odparła zdumiona pielęgniarka.
- A to już chyba nie jest pani sprawa. Proszę go zapytać, czy zgodzi się podejść do telefonu.
Po dłuższej chwili usłyszałem męski głos. I choć podobno był głosem "Hurtownika Śmierci", ani trochę nie budził przerażenia. Sprawiał wrażenie, jakby należał do człowieka mocno zlęknionego, a na pewno zaskoczonego.
- Halo, tu Leszek Pękalski.
- Dzień dobry, panie Leszku. Nazywam się Paweł Matyja. Chciałbym z panem porozmawiać...
W tle słyszałem szmer głosów, przekonujących go, aby nie prowadził ze mną rozmowy. Nie wiem, kim byli ci ludzie. Telefon się rozłączył.
No to chyba się nie przekonamy - powiedziałem sobie, trochę zdezorientowany. Po kilku minutach rozległ się jednak dzwonek w mojej komórce. Numer nieznany.
- Czy rozmawiam z panem Pawłem Matyją?
- Tak. Kto mówi?
Nie poznałem odpowiedzi. Ktoś się rozłączył. Nie był to jednak Pękalski.
Po kilkunastu minutach... kolejny numer. Też zastrzeżony.
- To ja, Leszek Pękalski. To naprawdę pan, panie mecenasie?!
Przytaknąłem.
- To mój prywatny numer, proszę zapisać. Musiałem sprawdzić, czy mnie pan nie okłamuje. Że się pan nie podszywa, że nie jest dziennikarzem szukającym sensacji. Pan jest tym znanym adwokatem od trudnych spraw. Od Komendy i Boguckiego... Mój kolega znalazł w internecie pana numer. Sprawdzaliśmy, czy to na pewno pan.
- Panie Leszku, powiem wprost, słyszałem, że jest pan niewinny. Jeśli się pan zgodzi, chciałbym do pana przyjechać i porozmawiać.
- Jestem niewinny, ale skąd pan to wie? No i... nie mam pieniędzy, żeby panu płacić.
Uspokoiłem go, że nie oczekuję wynagrodzenia.
- Ja myślałem, że mnie już nikt nie pomoże... Tyle lat... - powiedział łamiącym się głosem. - Ciągle mi tu powtarzają, że nigdy stąd nie wyjdę.
- Wyjścia panu nie obiecam, ale jeśli mówi pan prawdę, zrobię wszystko, żeby tak się stało.
Leszek Pękalski w 1992 rokuŹródło: akta sprawy Leszka Pękalskiego
Zaufał mi. Wcześniej przestudiował jednak na mój temat wszystko, co tylko wyprodukował internet. Z nikim innym nie rozmawia. Dziennikarze i autorzy książek od dwóch dekad bezskutecznie zabiegają o wywiad, mogę więc czuć się jak "wybraniec". "Wybraniec diabła" - żartują moi współpracownicy.
Spotkaliśmy się w Krajowym Ośrodku Zapobiegania Zachowaniom Dyssocjalnym w Gostyninie. Towarzyszył mi Grzesiek Głuszak, ten sam, który zrealizował serię reportaży o Tomaszu Komendzie i który działa wraz ze mną w Fundacji Dowód Niewinności. Co dwie głowy, to nie jedna. A Grzesiek intuicję ma dobrą. Chcieliśmy się przekonać, czy obaj zobaczymy w Leszku Pękalskim to samo: chorego człowieka czy może bestię w ludzkiej skórze.
Ośrodek w Gostyninie zwykło się nazywać "ośrodkiem dla bestii". Nazwa pochodzi od ustawy o dość skomplikowanej nazwie: O postępowaniu wobec osób z zaburzeniami psychicznymi stwarzających zagrożenie życia, zdrowia lub wolności seksualnej innych osób - w potocznym skrócie "ustawy o bestiach". Zakłada ona, że w stosunku do osób takich jak Leszek Pękalski już po odbyciu przez nich całej kary pozbawienia wolności można ich bezterminowo izolować od reszty społeczeństwa na podstawie opinii biegłych, głównie psychiatrów, jeśli ci uznają, że skazany po opuszczeniu więzienia nadal może być zagrożeniem dla społeczeństwa i popełniać kolejne zbrodnie.
Ustawa razi swoją niekonstytucyjnością. Pozbawia bowiem wolności ludzi, którzy odbyli już karę i w świetle prawa powinni być wolni. Odpokutowali za swoje czyny. Zamyka się ich na podstawie hipotetycznych obaw, że znów mogą dopuścić się zbrodni. Od początku powstania "ustawa o bestiach" budziła kontrowersje. Nie sposób nie odnieść bowiem wrażenia, że nie narodziła się w wyniku systemowej refleksji, w odpowiedzi na większy problem, ale z powodu przerażenia, jakie ogarnęło polityków, gdy zorientowali się, że kilku osobom mającym medialny status "wampirów" kończą się orzeczone wobec nich kary więzienia. Nie załapali się bowiem na karę śmierci (ostatnią w Polsce wykonano 21 kwietnia 1988 roku). Głównie dotyczyło to właśnie Leszka Pękalskiego, Mariusza Trynkiewicza, zwanego "Wampirem z Piotrkowa", skazanego na dwadzieścia pięć lat więzienia za zabójstwo czterech chłopców, oraz Henryka Morusia, "Zabójcy z Sulejowa", który odsiadywał wyrok dożywocia za siedem zabójstw. Z całej trójki żyje już tylko Pękalski. Pamiętam nawet sejmową konferencję prasową z udziałem Zbigniewa Ziobry z 2012 roku. Za plecami stojącego na mównicy polityka widniały wówczas wizerunki trzech wyżej wymienionych - z dopiskiem: "Będą wolni!". Rok później przyjęto "ustawę o bestiach". Niestety politycznej narracji o konieczności szybkiego działania wtórowały media, w tym te opiniotwórcze. Wystarczy wspomnieć chociażby reportaż TVN24 Hurtownik śmierci może wyjść na wolność. Trwa wyścig z czasem10 oraz inne w podobnym tonie, które nie ukrywały, że ustawę procedowano pod presją czasu. Ośrodek szybko zapełnił się "pensjonariuszami". Stał się na tyle atrakcyjny, że na początku 2021 roku media zaczęły donosić o jego "przeludnieniu"11. Już wtedy miało mieszkać w nim ponad dziewięćdziesięciu pacjentów, podczas gdy początkowo zaplanowano go jedynie dla szesnastu. Rozwiązaniem okazał się ośrodek zamiejscowy - powstał w Czersku.
Placówka w Gostyninie znajduje się niemal w środku lasu. Oficjalnie to szpital, podlega zatem Ministerstwu Zdrowia. Jeśli chodzi o wygląd i organizację pracy ośrodka, z całą jednak pewnością bliżej mu do zakładu karnego. Znajduje się na terenie obejmującym kompleks budynków, jest odgrodzony szlabanem i pilnowany przez ochronę. Jego główne wejście to wielka metalowa brama do złudzenia przypominająca te, które widuje się właśnie w więzieniach. Nie do sforsowania. Do tego wysoki mur uniemożliwiający ucieczkę i szpaler kamer. Przy wejściu kilku ochroniarzy, odnotowujących, kto i do kogo przyszedł. Spontaniczne spotkanie nie jest możliwe, wcześniej musi o nim wiedzieć dyrekcja ośrodka.
Pękalskiego nie mogłem jednak odwiedzić na oddziale ani w jego pokoju. Wejście na teren placówki jest surowo zabronione. Do spotkań służy tylko jeden wyznaczony do tego pokój - znajdujący się w osobnym budynku. W nim przybyłych gości wita... stół, wieszak i zegar. Siedząc nad własnymi zapiskami i spoglądając przez okno, ujrzałem, jak pracownik ośrodka prowadził na spotkanie z nami owianego złą sławą Pękalskiego.
Starałem się zapamiętać pierwsze wrażenie. Szedł szybko. W pewnym sensie specyficznie. Stawiał małe kroki, cały czas patrząc pod nogi, nie przed siebie, jakby bardzo bał się potknięcia. Nie był zakuty w kajdanki. Po ośrodku może chodzić swobodnie. Do pokonania miał krótką odległość pomiędzy dwoma budynkami. Pięćdziesiąt dziewięć lat, wydatny brzuch. Oddychał ciężko, bardzo szybko się męczył. Na głowie miał krótkie siwe włosy. Był starannie ogolony. Na ręce miał tatuaż przedstawiający kobietę. Na sobie zielony T-shirt, krótkie spodenki i plażowe klapki. W oczy rzucała się jego niezwykła uprzejmość, grzeczność.
Podaliśmy sobie ręce i usiedliśmy we trójkę przy stole. Spotkania z Pękalskim nie mogłem nagrywać, nie mogłem też robić zdjęć. Dość rygorystyczne ograniczenia jak na szpital. Maksymalny czas odwiedzin to dwie godziny, co określa surowy regulamin, od którego nie ma odwołania. Nasze spotkanie monitorowała kamera. Strażnicy patrzyli, jak rozmawialiśmy. Podobno nas nie słyszeli. Tuż za drzwiami pokoju było ich czterech, gotowych do wejścia w każdej chwili, gdyby tylko "wampir" jakkolwiek nam zagroził.
Podczas naszych spotkań czy rozmów telefonicznych Pękalski nie przeklinał. Spotkawszy go na ulicy, byłbym pewien, że mam do czynienia ze zwykłym starszym panem, być może potrzebującym pomocy w zasznurowaniu butów, na pewno nie z człowiekiem, którego należy się bać, ba! - przed którym należy chronić całe społeczeństwo. Nie dostrzegałem w nim żadnego zagrożenia i widząc go, nawet nie umiałem sobie za bardzo wyobrazić, na czym miałoby ono polegać.
W Gostyninie Pękalski może mieć własny telefon i dostęp do internetu. Dzwonił do mnie później często, żaląc się na przykład na to, że mieszka w kilkuosobowym pokoju, w którym nie ma żadnej prywatności, a kamery widzą go nawet w toalecie. W pokoju, w którym przebywa, mają być aż cztery zamontowane w każdym rogu sufitu. Nie mogę tego sprawdzić osobiście.
Krajowy Ośrodek Zapobiegania Zachowaniom Dyssocjalnym w GostyninieŹródło: Tatiana Jachyra / Fundacja Dowód Niewinności
Bardzo szybko doznałem swego rodzaju szoku. Rozmowa z Pękalskim w żaden sposób mnie nie zaniepokoiła. Wbrew moim obawom to człowiek, z którym merytoryczna dyskusja na temat jego historii jest absolutnie możliwa. Nie ma żadnych problemów z logicznym rozumowaniem. Jak na kogoś, który skończył tylko szkołę specjalną, upośledzonego, niemającego wykształcenia, wypowiada się nad wyraz poprawnie. Pamięć ma wręcz doskonałą. Gdy rozmawialiśmy o Katowicach, w których mam biuro, wspominał swoje wizyty na Śląsku. Pamiętał Katowice i Bytom, a nawet opowiedział mi, która ulica sąsiadowała z którą. Byłem autentycznie zaskoczony. Nie zauważyłem w jego wypowiedziach żadnych treści urojeniowych, fantazji, wątków od rzeczy. Przekazał mi dokumenty, które zbierał latami. Rozumiał, co się w nich znajduje i co z nich wynika. Nie był ani trochę nadpobudliwy czy nerwowy. Na pewno nie jest zwierzęciem, o którym onegdaj czytałem w książce. Potem okaże się, że pierwsze wrażenie wcale nie było złudne. Kolejne spotkania nie zmieniły mojej opinii. Zyskałem dzięki nim pewność, że Pękalski nie udawał. Budził wręcz moją sympatię - zwłaszcza gdy mówił, że "mi wybacza", kiedy czasami nie odbieram jego telefonów. Te same pozytywne wrażenia odniósł Grzegorz Głuszak. Uzyskaliśmy zgodę ośrodka, by na własne potrzeby kolejne rozmowy nagrywać na dyktafon. To wiele ułatwia. Oto zapis jednej z nich.
- Ile pan miał wówczas lat? - zapytałem, nawiązując do początków jego makabrycznej historii.
- Dwadzieścia dwa. Przyjechali do mnie policjanci ze Słupska. Powiem z ręką na sercu: zostałem wyrolowany. Zrobili rewizję. Mówili, że w sprawie włamania do sklepu spożywczego gdzieś niedaleko mojej wioski. Że jestem podejrzany o włamanie.
Tak naprawdę czynności dotyczyły sprawy Sylwii R. Według aktu oskarżenia to ofiara numer piętnaście. Chronologicznie śledztwo w sprawie Pękalskiego zaczęło się od niej. W "Głosie Pomorza" z 1994 roku odnajduję artykuł, w którym znajduje się potwierdzenie słów Pękalskiego. Jeden z funkcjonariuszy opowiada w nim dziennikarzowi, że Pękalskiego "zwabiono" do komendy pod pretekstem włamania12.
- A pan w tej wiosce bywał?
- Nigdy nie byłem.
- A słyszał pan wtedy, że doszło do jakiegoś morderstwa w okolicy? - zapytałem.
- Nie. W niewiedzy byłem całkowicie. W moim otoczeniu nic nie mówiono o tym. Policjanci kazali mi opisywać sklep. Sugerowali, że tam byłem. Pytali, co robiłem w tym sklepie. Dokąd z tego sklepu poszedłem.
- Ale bywał pan w nim?
- Nie. Zostało mi zasugerowane, żebym mówił tak, jak oni chcą.
- W tym sklepie praktyki miała Sylwia R.?
- Tak, później się okazało, że to był ten sklep.
- Z pana miejsca zamieszkania do tego sklepu było jak daleko?
- Dwadzieścia kilka kilometrów.
- Pan jeździł autem, miał samochód?
- Nie, oczywiście, że nie.
Pękalski stwierdził, że nie miał też roweru, którym mógłby tam dojechać. Korzystał czasem z komunikacji publicznej i przez miejscowość, w której dokonano zbrodni, przejeżdżał.
- Czy kiedykolwiek, jadąc do Słupska przez tę miejscowość, wysiadł pan w niej? Poszedł do tego sklepu?
- Nigdy. Sklep widywałem jedynie z autobusu. Przelotnie. W zależności, jaką trasą jechał.
- Jak wyglądało to sugerowanie, o którym pan mówi? - dopytałem zaciekawiony.
Pękalski zrelacjonował słowa policjantów, które zapamiętał:
- Leszek, ty żeś dopuścił się już gwałtu, to coś jest nie tak. Coś jeszcze masz na sumieniu. Ale jeszcze na razie mi nie mówili co... - opowiadał.
Policjanci nawiązywali do sprawy Bernadetty B. Pękalski w nocy z 5 na 6 lipca 1990 roku w miejscowości Osieki w gminie Borzytuchom miał zmusić kobietę do odbycia z nim stosunku płciowego, uprzednio ją obezwładniając i zaciągając w żyto. Miał jej też grozić zabójstwem. 24 listopada 1992 roku Sąd Rejonowy w Bytowie skazał go na dwa lata więzienia w zawieszeniu na pięć lat. 29 stycznia 1993 roku Sąd Wojewódzki w Słupsku zmienił wyrok, karę odwieszając. Pękalski twierdzi, że nie zrobił kobiecie krzywdy, a ta pomawiała go z powodu konfliktu z jego matką. Faktem jest jednak, że został za to skazany13.
- Jak tylko coś powiedziałem nie tak, oni mi sugerowali zmianę. A może w takim a takim miejscu był ten sklep? Może po takiej a takiej stronie drogi był? Oni prostowali to, co ja mówiłem... - kontynuował. - Mówili: ty taki biedny byłeś. Chyba musiałeś po coś do jedzenia iść do tego sklepu. Na pewno byłeś głodny. Bo oni widzieli, że jestem z biednej rodziny. Mówili: nam się wydaje, Leszku, że ty chyba byłeś w Kołczygłowach w takim jakimś sklepie. Ale nie mówili, że ma to związek z zabójstwem. Nie chciałem się przyznać. Trzymali mnie do późnej nocy na komendzie. Wróciłem do domu. Potem wezwali mnie znów...
- W końcu pan się przyznał, że był w tym sklepie?
- Tak. Za drugim razem. Oni mówili mi "współpracuj", klepali po ramieniu. Mówili: Leszek, ty jesteś chory, upośledzony. Nie pójdziesz siedzieć. A ja się bałem, że pójdę do więzienia. I się przyznałem.
- I co?
- Wtedy policjant wyciągnął z szuflady narzędzie zbrodni, którym ofiara została ciachnięta w głowę. Wyciągnęli też kajdanki i pałkę. Zacząłem płakać, panikować. Leszek, jest taka sprawa, mówią, w tym sklepie nie było żadnego włamania, ten sklep ma związek z tą ofiarą. Ta ofiara tam pracowała. Wtedy dowiedziałem się, że zginęła Sylwia R. O co mnie posądzacie? - zapytałem ich. Ty wiesz, że niedawno byłeś posądzony o gwałt na Bernadetcie B. Teraz mamy cię w garści, powiedzieli.
- Jak pan zareagował, gdy dowiedział się, że chodzi o zabójstwo?
- Wyrwałem się i uderzyłem głową o ścianę. Nie panowałem nad sobą. Bałem się kary śmierci. Przeraziłem się, bo przypisywali mi coś, czego nie zrobiłem.
Słowa Pękalskiego potwierdził Roman Z., który przebywał z nim w jednej celi i przemycił na wolność pamiętnik Pękalskiego. "Straszliwie bał się kary. Bał się długich lat więzienia, ale najbardziej tego, że go powieszą"14 - relacjonował później mediom.
- Ja jestem wierzący i praktykujący, wiedziałem, co jest dobre, a co złe. Tego czynu nie popełniłem - dodał. - Oni sugerowali, że jak tamto zrobiłem, to i to musiałem zrobić.
- To dlaczego się pan przyznał, skoro tego nie zrobił?
- Trzymali mnie policjanci za chabety, za fraki. Mówili: już żeś się przyznał, że byłeś w miejscowości, że byłeś w sklepie, teraz się przyznaj, żeś zamordował tę ofiarę. Bałem się, że jak się przyznam, dostanę karę śmierci, ale oni mówili: Leszek, ty się przyznaj, pomożemy ci. Jesteś chory. My ci załatwimy szpital psychiatryczny, mamy takie możliwości prawne. Tylko bądź szczery, współpracuj z nami, tak jak ci każemy.
- Pan się ich bał? - zapytałem.
- Tak, bałem.
Potwierdzenie słów Pękalskiego znalazłem w gazecie "Poznaniak". W jednym z artykułów znajdują się słowa śledczego: "wszedł krótko przystrzyżony, w za dużym płaszczu. Jak on się wtedy bał. Jak bardzo się kulił przy każdym głośniej wypowiedzianym słowie"15. Śledczy w rozmowie z dziennikarzem nazwał też Pękalskiego "skurwielem". Informacje z gazet dostarczyły cennych danych, których nie ma w aktach.
- Na drugi dzień zawieźli mnie do prokuratora i tam się też z płaczem przyznałem. Trzy dni później dwóch policjantów, Alicja G. i Józef B., przyjechało do mnie do aresztu, przed Wigilią, wzięli mnie do biura dyrektora czy szefa ochrony, przynieśli paczkę ze słodyczami w ramach podziękowania, że się przyznałem. Ja się nie spodziewałem, to było dla mnie zaskoczenie. Oni mówili: Leszek, ty jesteś szczery, przyznałeś się. Poklepali mnie po ramieniu. Dobrze postąpiłeś, jesteś zuchem.
- Co było w tej paczce?
- Pomarańcze, czekolada, słodycze. Taka mała paczuszka kilogramowa.
- Trafia pan do aresztu. Co było dalej?
- Był tam człowiek, który siedział ze mną sam na sam w celi. Podawał się za adwokata. Zaczął być dociekliwy, wypytywał o moją sprawę. Mówił, że chce mi pomóc. To był starszy pan skazany za kradzieże aut.
- Jemu także się pan przyznał? - zapytałem z niedowierzaniem.
- Tak, bo mówił, że jest adwokatem i chce mnie wyciągnąć. Obiecał, że będzie mnie bronił, jak już będzie na wolności. Mnie już w międzyczasie przypisywali inne zabójstwa. Byłem wtedy takim parobkiem, żadnej pomocy ze strony rodziny nie miałem. Później dowiedziałem się od prokuratora, że on by podstawiony.
- Był potem w sądzie?
- Tak, zeznawał, że przyznałem się w areszcie w Słupsku.
- Czy był pan kiedykolwiek w lesie, w którym znaleziono ciało Sylwii R.?
- Nie. Tylko w lesie koło mojego domu.
- Co pan robił tego dnia, gdy doszło do zabójstwa?
- Byłem z siostrą.
- Potwierdziła pana wersję?
- Nie została przesłuchana.
- Nigdy? A ona żyje jeszcze?
- Chyba tak, nie mamy kontaktu. Joanna S. Nazwisko po mężu. Słuchany był tylko szwagier. Ale nie na okoliczność, że ja u nich byłem tego dnia, tylko ogólnie - jaki ja byłem.
- A był pan w sądzie, kiedy zeznawał szwagier? Był pana adwokat?
- Tak.
- Nie zapytaliście, czy pamięta, że był pan wtedy u nich? To było alibi, panie Leszku.
- Nie.
- Czemu?
- No bo ja już na początku policji powiedziałem, że tego dnia byłem u siostry. Ale nie dano mi wiary.
Zapytałem Pękalskiego, czy cały dzień był u siostry. Okazuje się, że potem poszedł do wujka, u którego wtedy mieszkał. On również był obecny na sali sądowej, więc rzecz jasna spytałem, czy i jego przesłuchiwano i czy powiedział, że Pękalski spędzał czas w jego domu.
- Tak, przesłuchiwano, ale o to go nie pytano...
- Jak wyglądały wizje lokalne? Odbyły się znacznie później, już po pana przesłuchaniach, miał pan czas przemyśleć swoje przyznanie do winy. Odwołać je.
- Kazali mi mówić jak w śledztwie. Krzyczeli na mnie. Tupnęli tak nogą. - Tu Pękalski zademonstrował zamaszyste tupnięcie. - Kazali mi nie dyskutować. Wizja była w lesie. Sugerowali na przykład: Leszek, zobacz, a mogło to być tak? Nagrywali to na kamerę, zdjęcia robili. Ponieważ wizja przebiegła po ich myśli, to kupili mi piwo. Kupili mi też do celi radiomagnetofon, na moją prośbę. Żałuję, że się przyznawałem. Wiem teraz, jak ogromną cenę za to płacę.
- Wreszcie poczułem się za bardzo obciążony. Napisałem skargę na policję do prezesa sądu w Słupsku. Wszystko odwołałem. Poza zabójstwem Sylwii R. - stwierdził.
- Może pan to wyjaśnić? Czemu tego jednego zabójstwa pan nie odwołał?
- To było kluczowe zabójstwo, flagowe. Nie miałem odwagi napisać, że to odwołuję, bo za to mnie aresztowali. Przyznawałem się do wszystkiego, co kazali, bo mówili mi, że tylko dzięki temu trafię do szpitala psychiatrycznego. Wszystkie te zabójstwa były na tle seksualnym. Kazali mi kłaść duży nacisk na popęd. I ja wyolbrzymiałem ten popęd.
- A pan odczuwał pociąg seksualny do starszych kobiet albo dzieci? - zapytałem.
- No nie.
- Pan miał kiedyś w ogóle stosunki seksualne z kobietami? Przepraszam, że pytam, ale trafił pan za kraty dość młodo.
- Nigdy. Kobiety mnie odtrącały.
- Był pan agresywny w stosunku do kobiet?
- Nigdy.
- A Bernadetta B.?
- Nie skrzywdziłem jej. Skazano mnie na podstawie pomówień - odrzekł, a ja westchnąłem, zdając sobie sprawę, jak zagmatwana jest procesowa rzeczywistość, która zaprowadziła go tam, gdzie jest.
- Miał pan okresy w swoim życiu, że nie kontrolował się albo nie pamiętał, co robił?
- Nigdy.
- Panie Leszku, na wizji dotyczącej zabójstwa Sylwii R. był pan bardzo szczegółowy. Opisywał pan, jak wracał, żeby się onanizować nad zwłokami. Skąd pan to wiedział, jeśli tego nie zrobił? To bardzo precyzyjne opisy.
- Oni pytali: Leszek, może ty jeszcze raz do tej ofiary wracałeś?
- Ale po co, przecież mieli już, co chcieli. Przyznał się pan. Po co mieli to sugerować?
- Żeby mieć podkładkę, że jestem nienormalny. Żeby mnie oddać do szpitala psychiatrycznego. Jeśli próbowałem mówić coś na swoją korzyść, to mieli do mnie pretensje. Mówili: Leszek, ty tu mataczysz. Ty nie chcesz współpracować.
- Nie przeciwstawił się pan?
- Nie miałem odwagi.
- Mówi pan, że był bojaźliwy, dlaczego?
- W domu źle się układało. Były konflikty. Byłem źle traktowany.
- Był pan bity?
- Tak. Przez babcię i mamę. W wielu przypadkach niesłusznie. Coś zginęło w domu albo się zepsuło, to ja byłem obwiniany. Bito mnie pasem. Wyganiano z domu. Były awantury też między babcią i dziadkiem. Musiałem uciekać z domu, do ojca. On mieszkał obok. Po kryjomu mnie przygarniał.
- A czemu pan nie mieszkał z ojcem, tylko z dziadkami?
- Były nieporozumienia w rodzinie, bo byłem nieślubny.
Dowiedziałem się, że Pękalski urodził się w wyniku gwałtu. Ojciec mieszkał osobno z inną kobietą.
- Matka była panną do śmierci. Nie chciała mnie. Jak miałem osiem lat, trafiłem do domu zakonnego. Nie zdałem pierwszej klasy, dzieci mi dokuczały. Przez to wagarowałem, do domu też się bałem wracać. U tych sióstr było mi w życiu najlepiej. To było w Przytocku.
- Czy policjanci kiedykolwiek pana uderzyli?
- Nie, ale trzymali pałki. I krzyczeli na mnie. Bałem się policji, nie miałem żadnego wsparcia, nie miał mi kto doradzić. Dziś jestem starszy, bardziej doświadczony, bardziej zaradny.
- Widział pan kiedyś zwłoki?
- Tylko na zdjęciach, jak mi pokazywali. Przerażało mnie to.
- Znał pan Sylwię R.?
- Nie. Nawet nie umiałem jej wskazać na zdjęciu. To mówili: przyjrzyj się jeszcze raz. Pokazali kilka zdjęć różnych kobiet. Odpowiedziałem, że nie wiem, o którą chodzi. Podpowiadali więc: a może to była ta? A może ta? Aż w końcu trafiłem tę Sylwię.
- Była jeszcze kobieta, która miała pana widzieć z tą Sylwią. Janina C.
- Mówiła, że mnie widziała, a później, że jednak nie. Zeznawała niejednoznacznie. Ale przez nią zostałem skazany. Sąd dał jej wiarę. Płakała, zeznając przeciwko mnie. Ktoś jej musiał kazać zeznawać przeciwko mnie. Może policja, może prokuratura, może rodzina - mówił Pękalski.
Paweł Matyja (w środku) i Grzegorz Głuszak (po lewej) na spotkaniu z Leszkiem Pękalskim w "ośrodku dla bestii" w Gostyninie, 2 października 2025 rokuŹródło: Tatiana Jachyra / Fundacja Dowód Niewinności
- Ale dziennikarzom też się pan przyznał. Ich też się pan bał?
- Chciałem mówić, co należy, ale im to nie było na rękę. Mówili mi, że zostałem już skazany, nie ma kary śmierci. Chcieli, żebym mówił tylko po ich myśli.
- Teraz z nikim pan już nie rozmawia.
- Od ponad dwudziestu lat. Przejrzałem na oczy.
Wyszliśmy zmęczeni, ale i porażeni.
- Taki z niego zabójca jak ze mnie baletnica... - powiedziałem do Grześka, który szukał w kieszeni kurtki zapałek, żeby przypalić papierosa.
Podrapał się po głowie z zakłopotaniem, po czym powiedział tylko:
- To się w głowie nie mieści.
Przekonał nas... Jego historia jest zbyt logiczna, zbyt spójna, żeby mogła ją wymyślić osoba upośledzona. Pękalski sprzed wielu lat był człowiekiem tak głęboko nieporadnym, że można było wmanewrować go w każdą zbrodnię. I wyglądało na to, że tak właśnie zrobiono, bez najmniejszych skrupułów. Byle podreperować statystyki w najważniejszej skądinąd rubryce i pokazać niebywałą wręcz skuteczność organów ścigania w wykrywaniu zabójstw.
Zastanówmy się choć chwilę: jak człowiek niemalże bezdomny, sypiający rzekomo w lasach, jak twierdzili śledczy, miałby podróżować z taką częstotliwością po kraju jak ta opisana w zarzutach - co generowałoby niemałe skądinąd koszty - by mordować i gwałcić niczym wytrawny łowca, zapuszczający się w coraz odleglejsze rewiry? Biegli stwierdzili jasno, że był niepełnosprawny umysłowo, jakim więc cudem wymyślił schemat zbrodni godny zbrodniczego geniusza? Plan mordowania w różnych częściach kraju w różny sposób bardzo wielu ludzi w różnym wieku i różnej płci. Przypomnijmy, że także motywacje zbrodni były różne. Poza tym czy to możliwe, by jeden człowiek jak w soczewce mógł skupiać niemal wszystkie zaburzenia seksualne znane medycynie? Wreszcie zbrodnie wynikające z ograniczeń umysłowych - a takie u Pękalskiego stwierdzono - nie bywają planowane, a już tym bardziej w tak metodyczny sposób. Wywołuje je impuls. I z pewnością nie są realizowane w tak perfekcyjny sposób, by sprawca przed ujęciem mógł dokonać ich tak wielu. Pękalski na żadnym z miejsc zbrodni miał nie zostawiać śladów. Ktoś, kto nie kontroluje popędów i emocji, jest ograniczony umysłowo, nie może być aż takim perfekcjonistą.
Postanowiłem ściągnąć akta sprawy Pękalskiego z Sądu Okręgowego w Słupsku. To mocno zniszczone już archiwa. Jest tego siedemdziesiąt siedem tomów. Prawie 31 tysięcy stron do przeczytania. Do tego godziny nagrań do odsłuchania z wizji lokalnych. Spędziłem nad nimi tygodnie, potem miesiące. Starałem się zrozumieć, na jakiej podstawie skazano Pękalskiego i czy słusznie pozbawiono go trzydziestu trzech lat życia. Pomimo że osobiście mu wierzę, mam świadomość, że skazani często kłamią, wszak chcą wyjść na wolność, a tonący brzytwy się chwyta. Dlatego staram się sprawdzać wszystko, strona po stronie, zdanie po zdaniu... Nie wolno mi nikomu wierzyć na słowo.
Zacząłem od samego wyroku. Wraz z uzasadnieniem liczy ponad trzysta sześćdziesiąt stron. Trzeba przyznać, że jak na liczbę zarzutów tempo jego wydania było ekspresowe. Prawdziwe sądowe TGV. Proces rozpoczął się 2 kwietnia 1996 roku i trwał do 9 grudnia. Jak łatwo policzyć, dziewięć miesięcy. Dla porównania niejednokrotnie procesy o jeden zarzut zabójstwa toczą się latami. Sąd w Słupsku, co trzeba oddać, szczegółowo przeanalizował jednak każdy z dwudziestu stawianych Pękalskiemu zarzutów. W istocie na kilkuset stronach koncepcja seryjnego mordercy zostaje zmiażdżona. Jestem porażony. Wszak wystarczyłoby ten wyrok opublikować, by mit o "wampirze" nigdy nie powstał. Sam sąd de facto doszedł do wniosku, że "diabła" z Pękalskiego zwyczajnie zrobiono. Czyżby dziennikarze nigdy go nie czytali? A jeśli czytali, czy mogli ignorować to, co w nim napisano? Nie jestem w stanie tego pojąć. Warto przytoczyć kilka fragmentów z uzasadnienia16 obrazujących tok rozumowania sądu, w tym zwłaszcza to, co sąd miał do powiedzenia na temat wyjaśnień, w których Pękalski obciążał sam siebie, przypisując sobie setkę morderstw.
"Wielokrotnie powtarzana argumentacja o przyznaniu się oskarżonego do winy, w połączeniu z efektami jego udziału w przeprowadzonych eksperymentach śledczych (wizjach), nie mogła ostać się krytyce. Chcąc bazować na takich dowodach, nie można było abstrahować od całości wyjaśnień Leszka Pękalskiego, bo te stanowiły swoistą huśtawkę. Zaczynało się przecież od potwierdzenia przezeń, iż dokonał tu czy tam pojedynczej zbrodni, ale z upływem czasu ich lista wydłużała się do kilkudziesięciu, stąd określenia przydawane oskarżonemu, jak np. "hurtownik zbrodni" czy "wampir z Bytowa". Pojawiły się też osoby, które miały współdziałać z Leszkiem Pękalskim i wspólnie z nim dokonywać nie mniej brutalnych przestępstw. Jednak w kolejnych "odsłonach" ten sam oskarżony odwoływał swoje przyznanie, najpierw co do części zabójstw i gwałtów, a w końcu zaprzeczył wszystkiemu"17.
W istocie Pękalski już w trakcie procesu przekonywał, że jest niewinny i że to, co mówił w trakcie śledztwa, było fikcją.
"Łatwo dostrzec, iż zarzuty stawiane Leszkowi Pękalskiemu obejmują takie zdarzenia, gdzie ofiary były atakowane przezeń i w dzień, i w nocy, na ulicach miast i w parkach, w lesie i w mieszkaniu czy na publicznych traktach, przy tym raz atakował on swoje ofiary gołymi pięściami, innym razem używał niebezpiecznych narzędzi jak nóż czy siekiera, a czasami wystarczył drąg lub deska, albo po prostu dusił ofiarę rękoma lub paskiem. I jakby nie dość tego całego wachlarza różnorodności, to jednym ofiarom zabierał mienie, innym znów nie i to bez wyraźnych powodów. Nadto zdarzenia te umiejscowione były na terenie niemal całego kraju, od Jarosławia po Łobez, od Wrocławia po Lublin, gdy poza werbalnymi zapewnieniami oskarżonego, że lubił podróżować, ale "na gapę" nie jeździł, korzystając z publicznych środków komunikacyjnych (PKP, PKS), nie istniały żadne obiektywne przesłanki, dające podstawę do uznania, że oskarżony miał możliwość sfinansowania kosztów tych licznych podróży. Wreszcie teza o przypadkowości zdarzeń najdobitniej rysuje się na tle "różności" ofiar, wśród których były kobiety w krańcowo różnym wieku, od niemowlęcia płci żeńskiej, poprzez młode dziewczyny, kończąc na leciwych staruszkach, ale także mężczyźni. A poza tym nie był pozbawiony odmienności sposób, w jaki oskarżony zaspakajał swoje żądze, skoro raz zadawalał go sam widok obnażonej ofiary, innym razem dotykanie ciała i narządów płciowych, incydentalnie połączonych ze znaczną brutalnością (np. Augustyna M.) czy wynaturzeniem (np. Mariola S.), a w nielicznych przypadkach były albo próby spółkowania, albo dochodziło do stosunku płciowego. W całości obszernych wyjaśnień Leszka Pękalskiego nie można znaleźć niczego, co uwiarygadniałoby jego zwierzenia o popełnionych zbrodniach w tym znaczeniu, że tylko ich sprawca mógł wiedzieć o czymś, o czym brak było informacji z innych źródeł. Oskarżony nigdy niczego nie wskazał i nie ujawnił ponad to, co już organom śledczym było wiadomym. Sytuacja była wręcz odwrotna - to oskarżony mylił fakty, nie potrafił odnaleźć miejsca zbrodni, wobec czego albo musiał je sobie "przypominać" i "poprawiać" nieścisłości w swoich wyjaśnieniach, albo pomagano mu w trafieniu na miejsce zdarzenia lub po prostu rozpoczynano eksperyment śledczy (wizję) na miejscu konkretnej zbrodni. Przykładem tego były wizje w Łobzie, Łodzi, Chwiramie, Słoku czy Słupsku"18.
Orzeczenie sądu dobitnie potwierdzają nagrania z wizji lokalnych. Niejednokrotnie widać na nich, jak Pękalski powtarza za policjantami to, czego oczekują. Dla przykładu można wskazać nagranie, na którym Pękalski demonstruje na manekinie, w jaki sposób miał dokonać jednej ze zbrodni. Tuż przy nim stoi ubrany po cywilnemu funkcjonariusz. W ewidentny sposób sugeruje Pękalskiemu, co ten ma potwierdzić.
- Czy były takie momenty, że plecy były oparte o podłoże? - pyta policjant, ewidentnie sugerując ułożenie ciała ofiary.
- Tak, były oparte - potwierdza Pękalski.
- Ocierały się tak? - kolejna sugestia.
- Tak.
- Podejrzany położył tę spódnicę z boku przy tym krzewie, tak?
- Tak.
- Następnie podejrzany majtki zdejmował?
- Majtki też - potwierdza potulnie Pękalski.
Kolejne z nagrań potwierdzają, że nieprawidłowości w trakcie wizji lokalnych nie były incydentalne. Na jednym z filmów policjant pyta Pękalskiego, czy ten zabrał ofierze portfel, ten potwierdza, następnie pada pytanie o torebkę, a kiedy oskarżony mężczyzna mówi, że owszem, torebkę również ukradł, pada z ust policjanta sprostowanie, że torebka jednak została przy ciele, Pękalski zmienia więc stanowisko i poprawia się, że torebki nie zabrał.
Nawet powierzchowna analiza nagrań jasno wskazuje, że czynności nie wykonywano prawidłowo. Aby miały one jakąkolwiek wartość, Pękalski musiałby na nich opowiadać samodzielnie, której zbrodni jak dokonał. Tak aby nie było najmniejszych wątpliwości, że informacje pochodzą wyłącznie od niego. Sytuacja, w której to policjant jako pierwszy dokonuje pewnego opisu zdarzenia, jest niedopuszczalna, bo ewidentnie sugeruje Pękalskiemu przebieg zbrodni. W większości przypadków Pękalski odpowiada na pytania zdawkowo, ledwo słyszalnym głosem: słyszymy tylko nieśmiałe "tak". Takie wyjaśnienia nie mogą mieć żadnej wartości. Tym bardziej jeśli prawdą jest, że - jak twierdzi Pękalski - miejsca zbrodni były mu pokazywane przed wizją, tak aby przed kamerą się nie pomylił i żeby nie wyglądało, że ich nie zna. W istocie, oglądając zapisy z wizji lokalnych, nie dało się nie mieć wątpliwości co do tego, czy Pękalski w ogóle dysponuje jakąkolwiek wiedzą na temat zbrodni, do których jakimś cudem się przyznaje.
Dalej uzasadnienie jest równie ciekawe. Sąd stawia pytanie: kim jest Pękalski? Jakim cudem miałby siać postrach w całym kraju, ledwie mając środki na podstawowe wyżywienie.
"Już wyłącznie dla porządku należy przypomnieć takie z zeznań wielu świadków, z których wynikało, że Leszek Pękalski był osobą izolowaną w swoim środowisku, niezaradną życiowo i biedną, a nawet wtedy, gdy posiadał środki finansowe, to szybko tracił pieniądze, m.in. na słodycze. W tym kontekście zastanawiać by musiała rozrzutność oskarżonego w wydawaniu pieniędzy na tak liczne i dalekie wielokrotne podróże po kraju wraz z koniecznością utrzymania się podczas takich wycieczek, a koszty z tym związane po prostu przekraczały możliwości finansowe Leszka Pękalskiego, którego źródłem dochodów było minimalne świadczenie rentowe"19.
Sąd nie wykluczył wreszcie, że Pękalskiego w istocie inspirowano. "Wiarygodność zeznań Leszka Pękalskiego musiała budzić zastrzeżenia, a to w tym znaczeniu czy istotnie opis zdarzeń był wynikiem jego własnych przemyśleń i przypomnień, czy też rezultatem podpowiedzi i ich potwierdzeniu. Nie można wykluczyć, że z tak uzyskanym opisem zdarzeń w formie złożonych wyjaśnień tenże Leszek Pękalski nie miał nic wspólnego"20.
Leszek Pękalski w 2025 rokuŹródło: Tatiana Jachyra / Fundacja Dowód Niewinności
Warto się zastanowić nad wymową tego fragmentu. I zapytać: czy to możliwe, że tuziny śledczych wykonujących czynności z Pękalskim w istocie nie widziały, z kim mają do czynienia? W dodatku dysponując opiniami biegłych na jego temat? Te wprost mówiły o niepełnosprawności intelektualnej. Czyżby w organach ścigania zapanowało więc zbiorowe zaślepienie? Byłoby fatalnie, gdyby wytrawni śledczy i prokuratorzy uwierzyli mitomańskim opowieściom chorego człowieka. A może wiedzieli, z kim mają do czynienia, ale z premedytacją wykorzystywali ten fakt? Niestety uzasadnienie wyroku sądu wskazuje, że to drugie.
"W pierwszej kolejności należy wręcz zacytować fragment sporządzonej analizy akt śledztwa w sprawie zabójstwa Marii K. zam. w Wojnowie koło Poznania, a która to kobieta zginęła w dniu 5 sierpnia 1992 roku, zaś jej ciało odnaleziono w rok później - stosowny zapis jednego z wyprowadzonych wniosków brzmiał: "Charakter stwierdzonych obrażeń ofiary, podarte majtki i rajstopy obok zwłok, nie odnaleziono pierścionka i kolczyków oraz niedbałe zakopanie zwłok, to cechy, które pozwalają na postawienie wniosku, iż sprawcą zabójstwa mógł być podejrzany L.J. Pękalski. Z uwagi jednak na brak jakichkolwiek dowodów w sprawie, śledztwo mogłoby być podjęte tylko w przypadku złożenia szczegółowych wyjaśnień przez podejrzanego, które pokrywałyby się z ustaleniami śledztwa". Inna natomiast analiza, poza doszukaniem się zbieżności między okolicznościami śmierci Danuty H. w Górzynie, woj. gorzowskie, w dniu 13 czerwca 1984 roku, a sposobem działania Leszka Pękalskiego, wskazywała, że: "Rozważyć należy celowość przesłuchania Leszka Pękalskiego na okoliczność tego zabójstwa, a w szczególności okazania mu dokumentacji technicznej załączonej do akt śledztwa" (...) Niemniej jednoznaczne wskazówki co do czynności mających być przeprowadzonymi z udziałem oskarżonego zawierały również dalsze analizy akt śledztw, uprzednio umorzonych z uwagi na niemożność wykrycia sprawców przestępstw. Na przykład zwracano uwagę, że Leszek Pękalski może mylić zabójstwo w Chwiramie z zabójstwem w Poznaniu, a rozstrzygnięcie tego dylematu miało nastąpić w drodze złożenia przezeń szczegółowych wyjaśnień"21.
Powyższe orzeczenie sądu jednoznacznie pokazuje, że to wyjaśnienia Pękalskiego były dopasowywane do poszczególnych zbrodni, a nie odwrotnie. Nie uzyskiwano od niego żadnych informacji, tak jak winno się to robić w śledztwie, ale go nimi karmiono. Aby uzyskać efekt mówienia przez Pękalskiego "na temat", okazywano mu dokumentację sprawy tudzież przesłuchiwano tak, by to, co powie, pokrywało się z dotychczasowymi ustaleniami śledztwa.
"O tym zaś, jak dalece Leszek Pękalski był podatny na różnego rodzaju sugestie i naciski, połączone z nagradzaniem czy obietnicami wynagradzania, a nawet zwykłymi pochwałami, świadczyło najlepiej to, że przypisywał sobie popełnienie wielu czynów, których zaistnienia nie stwierdzono, których nie mógł on popełnić, w których sprawstwo oskarżonego zostało ewidentnie wykluczone, pomijając te czyny, o których popełnienie nie został oskarżony tylko z tego powodu, iż nie istniały żadne dowody, które uprawdopodabniałyby jego sprawstwo. Wreszcie dobitnym przykładem "uległości" Leszka Pękalskiego i prezentowania zachowań czy przyjmowania postaw jakich od niego oczekiwano były jego kontakty z przedstawicielami prasy i telewizji, a w szczególności przebieg wywiadu udzielonego przezeń ekipie telewizji PRO 7, której towarzyszyła dziennikarka "Super Expressu". Wystarczyło tylko zauważyć, że chociaż wywiad ten miał miejsce pod koniec procesu, a więc w czasie gdy oskarżony nie przyznawał się do żadnego z zarzucanych mu przestępstw, to w obecności dziennikarzy, czy to zachęcony otrzymanymi prezentami czy w następstwie okazanego mu niezadowolenia, iż wszystkiemu zaprzeczał, Leszek Pękalski oświadczył przed tymi dziennikarzami, że jednak dokonał 14 zabójstw. To swoje zachowanie podczas wywiadu oskarżony szeroko, ale dość naiwnie przedstawił i tłumaczył, iż obiecywano mu, że to, co powie do kamery, nie będzie publikowane, a chociaż wiedział, że stało się inaczej, to stwierdzał: "Ja nie wiem, czy czasem dziennikarki nie zrobiły mnie w balona". Dodawał także: "Nie spodziewałem się tego, że dziennikarze będą mi sugerować tak jak policja, dopiero się przekonałem od tego momentu""22.
A tak wygląda konkluzja sądu:
"Z całą mocą trzeba też stwierdzić, iż w żadnej z dotychczas omówionych spraw nie pojawił się choćby jeden taki dowód, który miałby stricte obiektywny charakter i z którego w sposób niepodważalny wynikałoby sprawstwo Leszka Pękalskiego. Było to tym bardziej zastanawiające, że na miejscu tych licznych zbrodni zabezpieczono wiele śladów, jednak ich badania nigdy nie dały jednoznacznej odpowiedzi, co do ich pochodzenia. Wszystkie więc te zbrodnie były "zbrodniami idealnymi", a ich sprawca nie popełnił takiego błędu, dokonując przestępstwa, który doprowadziłby do jego wykrycia. (...) Wyjaśnienia Leszka Pękalskiego nie mogą być dowodem uprawniającym do wnioskowania na ich podstawie, że oskarżony jest sprawcą tego lub innego przestępstwa. Otóż jego wyjaśnienia, co trzeba zauważyć już na wstępie, chociaż są nader obszerne i wielowątkowe, nigdy nie tworzyły - i nie tworzą - jednolitej bądź spójnej całości"23.
Uzasadnienie wyroku, w którym sąd odrzuca aż dziewiętnaście z dwudziestu zarzutów stawianych Pękalskiemu, dyskredytuje koncepcję śledczych o seryjnym mordercy. To porażająca lektura. Pokazuje bowiem bezradnego i naiwnego człowieka bez grosza przy duszy, któremu przypisywano kolejne zbrodnie. Nie mam wątpliwości, że wyrok jest w tym zakresie trafny, a publikacje i książki, których autorzy tak drżeli o społeczeństwo zagrożone przez Pękalskiego, zostały napisane bez znajomości akt, ba! - nawet bez znajomości samego tylko wyroku. Ich szkodliwość jest nie do przecenienia. Niewątpliwie media walnie przyczyniły się do tego, co dziś powszechnie mówi się i myśli o Pękalskim.
Rzecz jasna, niewątpliwie on sam się do tego przyczynił - w pewnym momencie licząc już chyba na zarobek na własnej historii. Tylko czy można mieć pretensje do upośledzonego człowieka, któremu inni więźniowie zasugerowali, że powinien "kasować" dziennikarzy? Wszak nawet najbardziej makiaweliczni przestępcy, w pełni władz umysłowych, robili to samo, zbijając na prawach do własnej historii fortuny. Przykładem może być Charles Manson, przywódca komuny, która w 1969 roku zamordowała między innymi Sharon Tate - żonę Romana Polańskiego. Manson sprzedawał z więzienia swoje autografy po dwieście pięćdziesiąt dolarów każdy. Ted Bundy, który zamordował na pewno ponad trzydzieści kobiet, stał się bohaterem książek sprzedawanych w milionach egzemplarzy, doczekując się dzięki temu rzeszy szalejących za nim wielbicielek, zaś Amy Fischer skazana za zastrzelenie żony kochanka otrzymała za swoje autorskie wspomnienia 10 milionów dolarów. Swoją opowieść sprzedali też skazani na dożywocie bracia Erik i Lyle Menendezowie, którzy w 1989 roku w Beverly Hills zamordowali własnych rodziców, a których historia posłużyła za kanwę serialu platformy Netflix.
Zostawmy jednak dziewiętnaście przestępstw, od których Pękalskiego uniewinniono. Wierzę, że skoro został przez sąd oficjalnie oczyszczony z tych zarzutów, nie muszę dowodzić, że jest niewinny, niezależnie od tego, że wiele osób nadal niezachwianie w taką narrację wierzy. Skupię się na Sylwii R. W jej przypadku sąd uznał Pękalskiego za winnego.
Przeszukałem więc akta, chcąc odtworzyć, co stało się z tą dziewczyną. Pod względem historycznym jej sprawa jest bardzo trudna. Akta w żaden sposób nie pozwalają bowiem ustalić, kto pozbawił ją życia. Nie było żadnych świadków zdarzenia. Wiadomo, że Sylwia R. była praktykantką w sklepie w Darskowie. Uczyła się na sprzedawczynię. Praktyki rozpoczęła dwa dni przed śmiercią. Feralnego dnia zamiast z ojcem do pracy zabrała się z sąsiadem - Franciszkiem L. Wrócić miała do rodzinnej miejscowości autobusem, a z przystanku do domu już pieszo. Musiała iść około trzech kilometrów drogą przez las. Jej ciało znaleziono nazajutrz. Właśnie w lesie, kilkadziesiąt metrów od drogi. Zwłoki odnalazł ojciec. Dziewczyna została uduszona apaszką, którą miała na sobie. Wcześniej ośmiokrotnie uderzono ją w głowę. Ciało częściowo obnażono. Narzędziem zbrodni miał być przyrząd do sadzenia drzew, tak zwany kosztur.
Po roku intensywnych działań, 30 czerwca 1992, śledztwo w sprawie śmierci Sylwii R. zostało umorzone. Działania śledczych nie doprowadziły do wykrycia sprawcy. To dość jednoznacznie obrazuje, jakimi dowodami dysponowała policja i prokuratura. Nie była w stanie nikogo z tą zbrodnią powiązać. Na postanowienie o umorzeniu śledztwa zażalenie złożyli rozgoryczeni rodzice Sylwii R., ale Prokuratura Wojewódzka w Słupsku utrzymała je w mocy, de facto przyznając, że możliwości dowodowe się wyczerpały, a sensownych tropów brak.
Kosztur, jakim uderzono Sylwię R.Źródło: akta sprawy Leszka Pękalskiego
O dziwo jednak we wrześniu tego samego roku prokurator zlecił podjęcie działań operacyjnych w stosunku do Leszka Pękalskiego. Dostrzegł analogie do sprawy zgwałcenia Bernadetty B. Zasugerowała to sekretarka sądu w Bytowie. Nie mam zielonego pojęcia, jakich analogii dopatrzył się prokurator, zlecając wspomniane działania operacyjne. Bernadetta B. nie została pozbawiona życia, Sylwii R. zaś nie zgwałcono. Jedna była starszą kobietą, druga nastolatką. To sprawy o szeroko rozumianym podłożu seksualnym, ale kompletnie różne. Tak czy inaczej policja miała prawo ten trop zweryfikować. Badała wątki innych przestępców seksualnych, którzy mogliby mieć związek ze śmiercią Sylwii R., więc skoro karany uprzednio Pękalski był jednym z nich, policja mogła, a wręcz powinna ten wątek sprawdzać. O to nie mam pretensji.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
1 M. Kościeński, Bestia z Bytowa, "Goniec Pomorski. Dziennik Pomorza Środkowego" 1994, nr 31 (989), s. 1, 10.
2 I. Wojtkiewicz, Człowiek nieludzkiego pokroju, "Głos Pomorza", 28-29.05.1994, s. 8.
3 M. Omilanowicz, Wampir, "Warszawa 1993, s. 30-32.
4 J. Szczepaniak, Syn diabła, "Poznaniak" 1994, nr 7, s. 16-17.
5 A. Bujnicka, D. Dutkiewicz, Anatomia zbrodni, "Super Express" 1994, nr 202, s. 1-5.
6 J. Szczepaniak, dz. cyt., s. 16-17.
7 Tamże, s. 29-30.
8 M. Omilanowicz, Wampir. Jak rodzi się zło, Warszawa 2021.
9 J. Buval, Nur für Schokolade. Die Geständnisse von Leszek Pekalski, des wahrscheinlich größten Massenmörders unserer Zeit, Berlin 1998, s. 9-11 (tłumaczenie autora).
10 A. Arendr, "Hurtownik śmierci" może wyjść na wolność, https://archiwum.tvn24.pl/magazyn-tvn24/104/tvn24.pl/magazyn-tvn24/hurtownik-smierci-moze-wyjsc-na-wolnosc-trwa-wyscig-z-czasem%2C104%2C1948.html, dostęp 17.09.2025.
11 J. Schwertner, Ośrodek w Gostyninie przeludniony. Nie przyjmie nowych pacjentów, https://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/osrodekw-gostyninie-przepelniony-najgrozniejsi-przestepcy-wyjda-na-wolnosc/14fyw0b, dostęp 17.09.2025.
12 I. Wojtkiewicz, dz. cyt.
13 Wyroki Sądu Rejonowego w Bytowie z 24.11.1992, sygn. II K 134/92, i Sądu Wojewódzkiego w Słupsku z 29.01.1993, sygn. II Ka 6/93.
14 A. Bujnicka, Spryciarz w masce, "Super Express"1995, nr 15, s. 5.
15 J. Szczepaniak, dz. cyt., s. 19-20.
16 W cytatach pochodzących z akt sądowych zachowano pisownię oryginalną, także w zakresie interpunkcji.
17 Wyrok Sądu Wojewódzkiego w Słupsku z 9.12.1996 wydanego w sprawie Leszka Pękalskiego, sygn. II K 161/95.
18 Tamże.
19 Tamże.
20 Wyrok Sądu Wojewódzkiego w Słupsku z 9.12.1996, Archiwum Sądu Wojewódzkiego w Słupsku, sygn. II K 161/95.
21 Tamże.
22 Tamże.
23 Tamże.