DRESZCZE
Już od czasów liceum chodziłem na rozprawy. To, że odbywają się jawnie i każdy, kogo tylko najdzie ochota, może się im przyglądać jako
publiczność, było dla mnie epokowym odkryciem. Peszyła mnie nieco
perspektywa bycia podglądaczem. Okazało się jednak, że nikt tak naprawdę
nie zaprzątał sobie głowy moją obecnością w trakcie procesów. Mnie
natomiast do głowy wówczas nie przyszło, że kiedyś będę brał w nich
udział, mało tego - że będę miał wpływ na ich przebieg.
To nie były jakieś spektakularne procesy o dużą stawkę. Ot, przestępstwa
drobnych rzezimieszków, zazwyczaj na tle rabunkowym, czasem pijanych
kierowców, którzy spowodowali wypadek, wreszcie, zapadające szczególnie
w pamięć, sprawy o znęcanie się przez dorosłych członków rodziny nad
bliskimi.
Nigdy nie zapomnę pewnych obrazków namalowanych przez emocje
towarzyszące kluczowym momentom w życiu ludzi, których los zaprowadził
przed sąd: matek płaczących w korytarzu nad czynami synów, zadry ofiar
rozbojów niemających litości dla wyrostków, którzy bezczelnie ograbili
je z nędznych oszczędności, wyrywając torebki na cmentarzach, czy też
nerwowo wyczekujących na werdykt sędziego oskarżonych. W gmachu sądu
wszystko miało swoją dramaturgię: na przykład pojawiająca się zza drzwi
sali rozpraw głowa protokolanta wywołującego sprawę, policyjne konwoje
doprowadzające na proces zakutych w kajdanki oskarżonych, dobiegające
czasem z sal podniesione głosy zwaśnionych stron albo sędziego
zniecierpliwionego pyskówkami uczestników postępowania.
Sala sądowa, do której wkraczałem tuż za prokuratorem, adwokatem i oskarżonym, wydawała mi się świątynią. Naprawdę nie przesadzam z tym
porównaniem. To miejsce do dziś ma dla mnie swoją magię, zrytualizowaną
formę i odświętność: zawieszony na łańcuchu sędziego przysadzisty orzeł,
toporny stół na podwyższeniu, zza którego sprawowany jest proces, ława
oskarżonych, w której za plecami adwokata zasiada wyczekujący na wyrok w asyście konwojentów podsądny. Wszystko to za każdym razem tworzy
niepowtarzalną scenę życiowych dramatów.
Jako nastolatek o pracy sędziów, adwokatów i prokuratorów wiedziałem
niewiele. Jednak procesy przedstawiane w amerykańskich filmach, a zwłaszcza książkach wydawały mi się na tyle fascynujące, że mając
szesnaście, a może siedemnaście lat, zapragnąłem sprawdzić się w sądowych bataliach i wybrałem studia prawnicze.
Zapiekłość adwersarzy walczących z jednej strony o skazanie, z drugiej o niewinność, marsowe miny sędziów i schowane w dłoniach twarze
podsądnych, których wzbierające do płaczu oczy błyszczały przez
szczeliny między palcami, ukazywały krańcowe emocje, a ja chłonąłem je
jak gąbka.
Sam nie wiem, czy bardziej fascynowała mnie chwila, w której triumfowała
sprawiedliwość, czy strategie procesowe uczestników sądowych wojen. Nie
bez żenady wyznam, że w świecie amerykańskich thrillerów sądowych
pociągała mnie również diabelska przebiegłość adwokatów, z taką
łatwością przechytrzających system i potężne korporacje.
Zauroczył mnie oczywiście John Grisham, za którego sprawą nie tylko
poczułem zapach sądowego pola walki i zrozumiałem procedurę sądową, ale
też spotkałem się z emocjami adwokatów będących narratorami tych
opowieści. Pośród palety bohaterów z jego znakomitych książek
najbardziej zapadł mi w pamięci Rudy Baylor z Zaklinacza deszczu. Ta
piękna kariera, w imperialnym amerykańskim stylu od biedującego studenta
po wielkiego adwokata, rozpaliła moje marzenia. Młody chłopak, który
właśnie skończył prawo, jeszcze podczas studiów, w trakcie seminarium u pewnego ekscentrycznego profesora, poznał historię chłopca chorego na
białaczkę. Może to dobrze, że spotkali się właśnie wtedy, kiedy w Baylorze nie zdążyły okrzepnąć wrażliwość i idealizm. Okazało się, że
bogate towarzystwo ubezpieczeniowe odmówiło nieszczęsnemu chłopcu
wypłaty środków na leczenie. Chłopiec mimo realnej szansy na odzyskanie
zdrowia został skazany na pewną śmierć. W Polsce tymczasem to nie do
pomyślenia, ale w Ameryce tak właśnie jest. System ubezpieczeń
społecznych i zdrowotnych w tym imperium to temat na osobną książkę. Ta
historia gryzła młodego prawnika. Baylor postanowił wziąć sprawę chłopca
w swoje ręce, próżno szukając uprzednio adwokata, który by stanął
przeciwko potężnej korporacji ubezpieczeniowej. Niezbyt pomyślny
początek drogi zawodowej - bolesna konfrontacja nie tylko z bezdusznością cwanych adwokatów i sądu, ale również z odejściem
ukochanej i własnym bankructwem - nie zraził Rudy'ego. Wytrwał.
Po uzyskaniu dyplomu sam niczym Dawid stanął naprzeciwko Goliata -
najbogatszej kancelarii prawnej - i odniósł wielki sukces. Czytając tę
porywającą książkę, w pełni identyfikowałem się z Baylorem i kibicowałem
mu z całych sił, by w tej nierównej walce zatriumfowała sprawiedliwość.
Ach, ten Grisham, jak on to robi, że bohaterowie jego powieści uwodzą
czytelników już od pierwszych stron!
Pamiętam jednak, że w historiach, które poznałem jako nastolatek,
sprawiedliwość rozumiana przeze mnie jako wymierzenie sprawiedliwej kary
sprawcy, nie zawsze triumfowała. Do dziś na myśl o jednej z nich mam na
karku dreszcze. Sprawa, w której sąd dał prymat praworządności, mimo
ewidentnych dowodów winy sprawcy, rozgrywała się w stanie Kalifornia. To
był bardzo głośny proces.
Opinię publiczną elektryzowała wieść o mężczyźnie, który w krótkich
odstępach czasu, działając z zimną krwią, ograbił, a następnie zabił
pięć starszych pań. Policjanci rozpaczliwie go poszukiwali. Staruszki
bały się pewnie wychodzić na ulicę. Sprawa absorbowała media. Na
południu Los Angeles, gdzie doszło do tragedii, wiało grozą. Ludzie
oczekiwali od organów ścigania ujęcia sprawcy i wymierzenia mu
sprawiedliwej odpłaty przez sąd. Tyle że bezwzględny zbrodniarz był
nieuchwytny. Jakby się zapadał pod ziemię z przerwami, by powracać,
rabować i mordować.
Do czasu. Któregoś dnia policjanci zainteresowali się pewnym mężczyzną.
Gdy ten zorientował się, że jest na oku patrolu, zaczął uciekać. Jego
zachowanie wydawało się na tyle dziwne, że policjanci podjęli pościg, w trakcie którego zauważyli, że mężczyzna w biegu wrzucił jakiś przedmiot
do kosza na śmieci.
Tym przedmiotem okazał się pistolet. Badania balistyczne potwierdziły,
że była to broń, z której zginęły starsze panie. Na niej znaleziono
odciski palców mężczyzny. Mało tego, w trakcie przeszukania jego lokum
ujawniono precjoza, zegarki, a nawet torebki, które należały do
zamordowanych nieszczęśniczek.
Sprawa była oczywista i w zasadzie jedyną walką, którą - jak się zdawało
- miał stoczyć adwokat mordercy, była walka o dożywocie. Stawkę
stanowiło unicestwienie zbrodniarza. W Kalifornii karę śmierci wykonuje
się przez wstrzyknięcie trucizny. Swoją drogą, pomyślałem sobie wówczas,
że trzeba mieć dużo cywilnej odwagi, by stanąć u boku bestii, która z niskich pobudek pozbawiła życia tyle ofiar, i podjąć się jej gorliwej
obrony. Byłem młody, nie rozumiałem tego.
Obrońca oskarżonego w trakcie przesłuchania stróżów prawa przed sądem
odmienił jednak los niedoszłego skazańca, dla którego w normalnych
okolicznościach sąd nie powinien mieć krztyny litości. Zadawał pytania o przebieg pościgu i przeszukania w dniu zatrzymania jego klienta.
Kluczowe znaczenie miały zeznania policjanta, który dociśnięty przez
mecenasa wyjaśnił, że śmieci, do których wrzucono broń, zostały
przeszukane po umieszczeniu ich w podajniku śmieciarki, wcześniej
pustym. Mecenas był bardzo zadowolony z tej odpowiedzi. Mam przed oczami
scenę, gdy nieśpiesznie zbliża się do stołu sędziowskiego i pewnym
siebie głosem wnosi o wyłączenie dowodów, na których oparto oskarżenie.
Z początku nie bardzo wiedziałem, o co właściwie chodzi i jakim cudem
oskarżenie wobec tak miażdżących dowodów miałoby być - jak twierdził
mecenas - wniesione bezprawnie. Ale dla tego adwokata było to jasne jak
słońce:
"Mój klient ma prawo do prywatności. Policja nie mogła uzyskać nakazu,
więc czekała na opróżnienie kosza. Jednak funkcjonariusze przeszukali
podajnik śmieciarki, nie czekając, aż odpadki wymieszają się z innymi i staną odpadem komunalnym. Póki śmieci znajdowały się na podajniku i nie
wymieszały się z innymi w zbiorniku, do przeszukania potrzebny był
nakaz. Istnieje precedens, sprawa Kalifornia przeciwko Krivdzie.
Uzyskanie nakazu i przyznanie się do winy było efektem znalezienia
broni, a to nastąpiło z naruszeniem prywatności mojego klienta. Muszę
więc prosić o uznanie dowodów za niedopuszczalne".
Każdy, kto oglądał oparty na tej sprawie film Trybunał Petera Hyamsa z początku lat osiemdziesiątych, nigdy nie zapomni wyrazu twarzy sędziego
Stevena Hardina, którego mistrzowsko zagrał Michael Douglas. Mimo że
szarpały nim emocje, sędzia nie miał wyjścia. Prawo, na które powołał
się adwokat, było bezwzględne. Dało wolność mordercy.
To chyba właśnie wtedy zrozumiałem, że obraz spraw kryminalnych kreowany
przez media to zaledwie iluzja, w którą trzeba się wgryźć. W misternych
konstrukcjach dowodowych przedstawianych przez prokuraturę można znaleźć
słabe punkty. Jeden z adwokatów, z którymi rozmawiałem na potrzeby tej
książki, mówił mi, że w każdej sprawie jest jakiś knyf. Coś, czego się
można uchwycić i drążyć. Pewne nieścisłości sprawiające, że złowieszcze
rusztowanie, które powinno niechybnie doprowadzić podsądnego do celi
więziennej, w jednej chwili się zawala.
Dopiero po latach zrozumiałem, że proces ma pewne reguły - chodzi o reguły rzetelnego procesu - które chronią przede wszystkim oskarżonych,
i że ich naruszenie ma swoje konsekwencje.
Przywołany przykład to oczywiście pewna hiperbola. W Polsce zresztą nie
do pomyślenia.
Jestem jednak pewien, że rola adwokata w wydawałoby się beznadziejnych
sprawach zawsze ma jakiś sens. Jego obecność w trakcie przesłuchania
świadków, umiejętne zadawanie pytań, rozmasowywanie ustaleń prokuratury,
które zdają się nie do obalenia, wreszcie przedstawianie alternatywnych
wobec tez oskarżenia stanów faktycznych to ciężka, acz przynosząca efekt
praca. Czasem sprawie trzeba dać czas, dać jej się wyciszyć, uspokoić
narosłe wokół niej emocje, dać jej odpocząć, zrobić drugie podejście,
żeby zobaczyć coś, czego nie było widać wcześniej. Kiedy wydaje się, że
nic się nie dzieje, działa czas. Jestem pewien, że oceny sprawcy w kontekście czynu, którego się dopuścił, zostają często przepracowane i zniuansowane. Warto więc, korzystając z dostępnych środków, spowalniać
pancerny pociąg, jakim jest rozpędzający się proces.
Widziałem nie raz, jak podążający niczym pies tropiący za
niespójnościami w zeznaniach świadków adwokaci rozszczelniali
oskarżenie, zasiewając w sprawach wątpliwości, pokazując zarazem wiele
scenariuszy alternatywnych wobec tez przyjętych przez oskarżenie.
Zadręczając świadków koronnych dziesiątkami pytań, uwalniali swoich
klientów od odpowiedzialności, kompromitując wygodne dla prokuratury
wersje zbudowane na opowieściach spod celi, które koronni sprzedawali
naiwnym prokuratorom. To była gra o dużą stawkę, nagrodą zaś - poczucie
sprawczości, sensu tej pracy.
Nagle sytuacje opisane w akcie oskarżenia, z pozoru nie do podważenia, w przedziwny sposób obracały się w zgoła inną rzeczywistość.
Obserwując te procesy, zrozumiałem, że dla adwokata pytanie o to, czy
jego klient jest winny czy niewinny, nie ma najmniejszego znaczenia.
Liczy się co innego - to, na ile oskarżenie w sposób bezsporny może
dowieść przed sądem sprawstwo i winę oskarżonego.
Adwokat walczy o swojego klienta, zanim jeszcze sprawa trafi przed sąd.
Pamiętam taką historię: grupa podrostków, grożąc pistoletem zabranym
przez jednego z nich z szuflady ojca, sterroryzowała pewnego
nauczyciela. Zakuli go w kajdanki i zabrali portfel. Kiedy zostali
zatrzymani, adwokat jako pierwsze kazał ojcu chłopaka, który wymachiwał
bronią, kupić zabawkowy pistolet. Zabawka została złożona przez mecenasa
do akt. Wyjęcie z opisu czynu, którego dopuścili się młodzi ludzie,
broni palnej miało kluczowe znaczenie dla przyszłego procesu. Dzięki
fortelowi adwokata sprawcy zamiast zbrodni podlegającej karze
pozbawienia wolności od lat trzech stanęli pod zarzutem przestępstwa, za
które teoretycznie można było orzec karę w zawieszeniu.
Wiele lat po tym, gdy jako młokos wycierałem spodnie na sądowych
twardych ławach dla publiczności, dopiąłem swego. Trzymając w ręku
dyplom ukończenia studiów prawniczych, czułem się spełniony. Świat stał
przede mną otworem. To był maj, świeciło słońce. Byłem z siebie naprawdę
dumny. Świętowałem ten dzień jak większość kolegów w akademiku przy
chipsach, paluszkach i piwie. Dopłynąłem przecież do brzegu, który miał
być początkiem nowego życia.
Starym wyżeraczom z sal sądów mój opis pracy prawników wyda się pewnie
dość naiwny. Fakt, praca w tym zawodzie bywa rozczarowująca i rzadko ma
coś wspólnego z pełnymi zwrotów akcji historiami z książek Grishama.
Ideały sprawiedliwości wyniesione z amerykańskich kryminałów i podręczników prawa konstytucyjnego w konfrontacji z siermiężną
rzeczywistością sądów i prokuratur to mrzonki.
Jeden z moich rozmówców tak wspomina swoje pierwsze doświadczenia:
- Zaraz po rozpoczęciu pracy w sądzie, kiedy z przejęciem studiowałem
jedną ze spraw, które miałem osądzić, podzieliłem się swoimi
wątpliwościami ze starszym o kilka lat kolegą: "Przecież tu nie ma
żadnych dowodów, że ten facet to zrobił. Zobacz sam". Kolega miał swoje
stosy akt i nie zamierzał brać moich do ręki. Uśmiechnął się tylko i powiedział: "Jeśli masz wątpliwości, to daj mu zawiasy".
Mentalność dużej części sędziów, traktujących swoją pracę jak rzemiosło
i uważających, że jej zwieńczeniem ma być za wszelką cenę skazanie, to
dramat może większy niż kryzys ich niezależności. Tak ich wychowano,
szkolono i do tego są przyzwyczajeni, by sprawy, które prowadzą,
wieńczył wyrok skazujący. Wiele można by też napisać o prokuratorach,
którzy mimo solidnego materiału dowodowego umarzają postępowania, by na
koniec grudnia naklepać do statystyki jak największe liczby zakończonych
spraw.
Nie ma jednak sensu pomstowanie na system. Wręcz przeciwnie: adwokaci
powinni być wdzięczni. Wszelkie jego ułomności dają im pole do popisu i tymczasem godziwy zarobek.
Jednak cena, którą często płacą za sukces, to temat tabu. W dużej mierze
opowiada o tym ta książka. Byłem zaskoczony powtarzalnością historii,
które usłyszałem od jej bohaterów: od adwokatów, a czasem ich bliskich.
Starałem się unikać ocen.
Obraz, który ułożył mi się w całość z ponad setki przeprowadzonych
rozmów, ma wiele odcieni i wymiarów. Można nam oczywiście zazdrościć
łatwości zarabiania pieniędzy, sprawczości, elokwencji czy też ogłady.
Ale to pozór. Tyle i tylko tyle widać z zewnątrz.
Przeczytałem niedawno ciekawą książkę o intrygującym tytule: Mnich,
który sprzedał swoje ferrari. Ta lektura jak ulał pasuje do mojej
książki. Robinowi Sharmie udało się w tej historii pokazać to, czego
czasem nie widzimy w mieniącej się blaskiem i splendorem pracy adwokata.
Jej bohaterem jest Julian Mantle, nietuzinkowy mecenas, megagwiazda
amerykańskiej palestry. Człowiek, który potrafił zasiać w ławie
przysięgłych wątpliwości w sprawach jasnych jak słońce.
To historia osnuta na opowieści młodego adwokata, który pracował z Mantle'em. Był świadkiem świetności, upadku - dosłownego upadku - oraz
zmartwychwstania swojego mistrza. Pracę z Mantle'em opisywał niemal w samych superlatywach: "To była lekcja sztuki wygrywania i rzadka
sposobność podpatrzenia mistrza w akcji. Chłonąłem te nauki jak
gąbka"1. Ale Juliana Mantle'a pochłaniało co innego: to głód, a w zasadzie nałóg sukcesu. Jego sława rosła, przybywało mu spraw. Ciągle
chciał więcej, mimo że był sądowym celebrytą, miał miliony dolarów na
koncie, ekskluzywną posiadłość, prywatny samolot, a nawet dom na
tropikalnej wyspie, no i tytułowe ferrari. Miał wszystko, ale nie
potrafił się tym cieszyć.
Narratorowi, który spędzał całe dnie z Mantle'em, udało się pokazać
cienie jego życia. Niemal dwadzieścia cztery godziny na dobę był w pracy. Jego myśli pochłaniały meandry spraw, oddychał nimi, śnił o misternych strategiach procesowych. Towarzyszył mu jednak lęk, że nie
dał z siebie wszystkiego, by lepiej przygotować się do sprawy, że
stracił coś z pola widzenia, ciągle obawiał się, że coś mu umknęło. W rzadkich momentach, kiedy mógł sobie pozwolić na wypoczynek, nie
potrafił spać dłużej niż ledwie kilka godzin. Budził się z poczuciem
winy, że traci czas, że powinien pracować jeszcze więcej i więcej.
Poszedł za daleko, stracił kontakt z rzeczywistością.
Mimo morderczego wysiłku Julian miał coraz mniejszą wiarę w siebie, jego
zaangażowanie w pracę weszło w fazę obsesji. Wokół pracy koncentrowało
się całe jego życie. To był rzeczywiście nałóg. Nagle zaprzestał
kontaktów z ojcem, pewnie nie zauważył nawet, jak dzień po dniu traci
żonę, która w końcu odeszła. W zasadzie nie miał z bliskimi jakiegoś
spektakularnego konfliktu, po prostu brakowało mu dla nich czasu. Nie
miał też czasu, żeby zadbać o siebie. W wieku pięćdziesięciu trzech lat
przypominał zaniedbanego starca. Trudno się dziwić. Późne kolacje w drogich francuskich restauracjach, kubańskie cygara i morze koniaku
sprawiły, że się roztył. Coś w nim zgasło. Ten towarzyski człowiek,
dusza biesiad i zebrań, nagle zaczął narzekać, że jest chory,
permanentnie zmęczony. Przyszedł taki dzień, że przestał się śmiać.
Wciąż jednak się katował. Niedająca się zaspokoić potrzeba sukcesu i paniczny strach przed stratą tego, co osiągnął, trzymały go w kieracie
pracy. Wizerunek wziętego adwokata dawał mu poczucie bezpieczeństwa.
Tyle że żaden człowiek ani zewnętrzny blichtr nie da ci takiego poczucia
bezpieczeństwa, jakie możesz dać sobie ty sam. O tym jest ta książka.
To musiało się tak skończyć. Pewnego dnia Julian Mantle upadł w sali
sądowej. Tego kolosa zwalił z nóg zawał serca. Przeżył, a w zasadzie
narodził się na nowo. Ale przedtem zniknął, by przepracować problemy,
których wcześniej nie dostrzegał. Wrócił młodszy o wiele lat,
promieniejący szczęściem. Znalazł je w sobie.
Odnoszę wrażenie, że historia Mantle'a, która ma swój ciąg dalszy, to
pewien wyolbrzymiony, powtarzalny kanon. Słyszałem ją wiele razy, pisząc
tę książkę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Robin S. Sharma, Mnich, który sprzedał swoje ferrari, przeł. Eleonora Karpuk, wyd. II, Galaktyka, Łódź 2021, s. 11. [wróć]