Każdy ma prawo do obrony
Mec. Jacek Kondracki
Warszawa, 9 października 2020 roku
Pana pierwsza sprawa, pamięta ją pan?
To były czasy bardzo dobre dla aplikantów adwokackich, bo bardzo wielu z nas, w tym i ja, prowadziło samodzielnie sprawy. W dzień zdawania egzaminu adwokackiego miałem swoich własnych 35 spraw. Niejeden adwokat w tej chwili tylu nie ma. Było dużo drobnych spraw, ale taka naprawdę ważna i poruszająca mnie historia to była sprawa Cyganki Tatiany. Nazwiska nie będę wymieniał, mimo że pamiętam je do dziś. Owa Cyganka miała męża konającego na raka, któremu wynosiła materac przed blok, w którym mieszkali, i pół litra. I on przez cały dzień te pół litra powoli sobie sączył. Miała też córkę, 12- lub 13-letnią. Postawiono jej zarzut sutenerstwa i kuplerstwa w stosunku do tej córki. Przychodzili panowie i korzystali z usług dziewczyny. Muszę przy tym powiedzieć, że kiedy ta dziewczyna weszła na salę, to była prawdziwa kobieta, w sensie kształtów i rozwoju fizycznego. Strasznie tę sprawę przeżywałem. Wyrok zapadł w rozmiarze sześciu lat. Został zresztą znacząco złagodzony w drugiej instancji do lat trzech.
Tę jej córkę rzeczywiście różni panowie wykorzystywali i zostawiali pana klientce pieniądze?
Tak, a najlepsze, że doniósł na to - jego jakoś łaskawie potraktowano - policjant, który korzystał z tych usług. Wpadłem pewnego dnia na Rakowiecką, bo mi powiedzieli, że moja klientka przebywa w szpitalu. I ją przyprowadzono. Była w szlafroku. Najpierw zademonstrowała mi, rozrywając ten szlafrok i tę koszulę, wielką ranę na brzuchu. Potem się dowiedziałem, że wykonała połyk. Mieli takie pomysły w tamtych czasach, że łykali różne dziwne rzeczy, jakieś kotwiczki, jakieś inne świństwa. I właśnie jej to wyciągnęli z brzucha. To była sprawa strasznie przeżywana przez mnie i bardzo ważna, bo pamiętam ją jako pierwszą tak znaczącą.
Dlaczego właściwie?
Wie pani, co to za widok, jak ona ten szlafrok rozpościera: obwisłe piersi i dziura w brzuchu? Mało nie zemdlałem! To nawet teraz ja, stary adwokat, przeżyłbym to, a wtedy gówniarz przecież byłem. Groza po prostu! Coś strasznego!
A jak się pan w ogóle znalazł w tym zawodzie?
Znalazłem się w tym zawodzie przypadkowo, po prostu jako kompletny tuman z przedmiotów ścisłych udałem się na prawo. Nie ja jeden zresztą. No i cóż, kończąc prawo, miałem ambitny zamiar, bo to było w modzie, pozostać w katedrze, w której pisałem pracę magisterską. Ale pracę magisterską napisałem beznadziejną. Mój kolega, nieżyjący już Józek Gajek, napisał bardzo dobrą pracę, na swoje nieszczęście zresztą, ale pozostał w katedrze. A ja zostałem na lodzie. Szukając w rozpaczy czegoś, udałem się na aplikację sądową i właściwie ta aplikacja sądowa zdecydowała o moich dalszych losach zawodowych. Bo zobaczyłem środowisko adwokackie: szalenie ciekawe, barwne, śliczne. Środowisko ludzi świetnie się prezentujących, o dużej wiedzy prawniczej, ale nie tylko. Dowcipnych, eleganckich, doskonale występujących przed sądami...
I się pan w tych ludziach zakochał?
Zakochałem się i sam chciałem takim być.
Ale miał pan być przecież aktorem!
Aktorem miałem być nie dlatego, że chciałem, ale dlatego, że świętej pamięci aktorzy Igor Śmiałowski i Danuta Wodyńska, którzy opiekowali się naszą szkołą im. Kołłątaja na Ochocie, słysząc poprawną dykcję i jeszcze coś w moim głosie, namawiali mnie do tego. Miałem świadomość, że aktorem to ja będę żadnym. Poza tym miałem taką filozofię, że jak być aktorem, to tylko wybitnym. Inżynierem, adwokatem można być miernym i jakoś żyć. Ale wyobrażałem sobie, że jak będę kiepskim aktorem, to będzie to moim życiowym dramatem.
Zdolności aktorskie i głos na sali sądowej pewnie się przydają, prawda?
Myślę, że tak, ale to moje zdolności naturalne. Przez cały okres szkoły podstawowej i potem średniej brałem udział w konkursach recytatorskich, czytałem na lekcjach fragmenty jakichś książek na życzenie prowadzących zajęcia. Zapewne tak, pomagają takie zdolności. Wygodniej jest mówić, jak się ma głęboki baryton, niż jeśli ma się, będąc mężczyzną, sopran. (śmiech)
Wspomniał pan o środowisku adwokackim, miał pan w tamtym okresie swoich idoli na salach sądowych?
No oczywiście! Tadeusz de Virion, mecenas Maślanko, mecenas Nowogródzki - było całe mnóstwo adwokatów, na których można się było zapatrywać. Mnóstwo znakomitych cywilistów - cudni ludzie. Gdybym w dniu dzisiejszym znalazł się w tej samej sytuacji i oglądał adwokatów, to nie zostałbym adwokatem - tak mi się wydaje. Ale wtedy to mi się tak szalenie podobało, że postanowiłem być jednym z nich.
Podczas pracy zawodowej miał pan chwile wątpliwości, że może źle pan wybrał, że można się było realizować gdzie indziej?
Nie, nigdy. Miałem okres rocznego sądzenia, do którego zostałem niejako przymuszony, ale to już zupełnie inna historia. Nie sądziłem spraw karnych, bo w wieku 25 lat nie wyobrażałem sobie, abym mógł ludzi skazywać i wymierzać kary. Udałem się do wydziału cywilnego i bardzo dobrze mi to zrobiło. Nauczyłem się procedury cywilnej, prawa cywilnego materialnego - to był czas niezmarnowany. Po tym roku sądzenia dostałem się na aplikację adwokacką, byłem aplikantem adwokackim po to, aby w końcu zdać egzamin adwokacki i zostać adwokatem.
Które ze spraw były najważniejsze w pana zawodowej karierze?
Szczerze mówiąc, ja takich spraw nie potrafię przytoczyć. Każda sprawa jest dla mnie bardzo ważna, kiedy się rozgrywa, kiedy się toczy. Brałem udział w obronie tego tak zwanego wielkiego gangu pruszkowskiego.
Kogo pan bronił?
Broniłem Zygmunta R. Człowiek, o dziwo, wysokiej kultury, znający Trylogię, grający w brydża, nieposługujący się knajackim językiem - krótko mówiąc, obcowanie z nim, nie chcę powiedzieć, że było przyjemnością, ale nie dostarczało stresów.
O co był oskarżony?
Na pewno o udział w grupie przestępczej i jakieś jeszcze kwestie indywidualne, w tej chwili dokładnie nie pamiętam.
Proces gangu pruszkowskiego to była wielka sprawa, prawda?
To była wielka sprawa w sensie ilościowym, a w sensie jakościowym - no niestety, odnosiło się wrażenie i ono się ziściło, że oni, ci oskarżeni, byli z góry skazani, że taka była wola, że tak powiem, polityczna. Pamiętam straszne wystąpienie ówczesnego ministra sprawa wewnętrznych i administracji, pana Biernackiego, w towarzystwie sędziego Celeja i ówczesnego wtedy chyba szefa policji, pana Rapackiego. Pan Biernacki powiedział, że jeśli w tej sprawie zapadną wyroki - uwaga - łagodne lub uniewinniające, to będzie znaczyło, że w Polsce działa mafia. No to było coś najbardziej skandalicznego! Nie trzeba tego zresztą opatrywać żadnym komentarzem. Sędziowie usłyszeli, prawda?
Pan mi kiedyś powiedział, że miał wrażenie, iż w tamtych czasach, a przypomnijmy to był przełom XX i XXI wieku, panowała niejako moda na walkę z mafią.
I myślę, że gdyby nie moda na walkę z mafią, z gangsterami, to ci ludzie nie byliby skazani. Bo to była moda, taka jak moda skazywania za zabór mienia społecznego w okresie PRL. Kradło, podejrzewam, 90 proc. społeczeństwa, i żeby dawać przykład, jak to nie należy kraść, robiono sprawy o zabór mienia społecznego. Zapadały drakońskie wyroki, które oczywiście nie miały żadnego wpływu na kolejnych złodziei. Wymiar sprawiedliwości był wtedy orężem w walce. I myślę, że kiedy toczył się proces gangu pruszkowskiego, wymiar sprawiedliwości był podobnie jak w PRL orężem w walce. Wie pani, tam była też inna rzecz straszna, przerażająca, to chyba był pierwszy proces odbywany w dumie warszawskiego wymiaru sprawiedliwości, w sali na Kocjana, i to tak wyglądało, że my, obrońcy, siedzieliśmy sobie rządkiem w ławkach, była wielka szyba szklana, a za tą szybą siedzieli nasi klienci. Było to znakomite pogwałcenie, nie waham się użyć określenia "pogwałcenie", prawa do obrony.
Dlaczego?
Kiedy jest przesłuchiwany świadek, wypowiada jakieś kwestie, to jest najbardziej naturalne i potrzebne, żeby adwokat mógł z nim na bieżąco konfrontować to, co świadek zeznaje, żeby klient mógł powiedzieć "Panie mecenasie, on kłamie, bo...". A w sytuacji, kiedy dzieli nas szyba, nie ma praktycznie takiej możliwości.
Panie mecenasie, ale ta praktyka, że skazani siedzą za szklanymi szybami, jednak się przyjęła, bo takie procesy w Polsce cały czas trwają.
Nie wiem, jak to dzisiaj w praktyce wygląda, czy adwokat ma kontakt z klientem, w każdym razie, jeśli w toku przewodu sądowego takiego kontaktu nie ma - to jest coś skandalicznego.
A pamięta pan, jaka była atmosfera na sali sądowej podczas procesu gangu pruszkowskiego, bo zainteresowanie nim było przecież ogromne?
Tę sprawę prowadził sędzia, nie wspomnę w tej chwili nazwiska, który sądził szalenie kulturalnie, spokojnie, panował nad salą. Oskarżeni nie robili awantur, żadnych histerii. Tak że odbywało się to w atmosferze, jakby to powiedzieć, wzajemnego zrozumienia. Adwokaci też się w miarę spokojnie zachowywali, mimo że było wśród nas kilku awanturników, więc jakoś wspominam ten proces dosyć dobrze.
Procesów gangu pruszkowskiego było zresztą kilka, prawda?
Tak, one się potem ciągnęły, bo tak jak mówiłem w przemówieniu - potem mi to wyciągano - nieszczęsny świadek koronny Jarosław S., pseudonim Masa, jeździł jako ten niedźwiedź obwoźny w klatce po różnych miejscowościach i wydawał z siebie ryki, opowiadając najrozmaitsze bzdury. Wie pani, że on w tej chwili siedzi tak na wszelki wypadek.
Jarosław S. jest za kratkami?
Tak, podobno narozrabiał, w każdym razie złamał prawo.
Co pan sobie pomyślał o Masie? Pan go przecież musiał poznać, widzieć i słuchać.
Niewątpliwie inteligentny człowiek, to nie budzi wątpliwości, nie żaden prymityw. No cóż, kiedy powstała instytucja świadka koronnego, to z niej korzystał. On swoiście walczył o życie. Podobno tak zwany stary Pruszków wydał na niego wyrok, miał być zgładzony. Podobno. Więc Jarosław S. był między młotem a kowadłem. Bo jaki miał wybór? Albo go dopadnie wymiar sprawiedliwości, dostanie ciężki wyrok i pójdzie za kratki, albo tak zwani pruszkowscy go dopadną - tak źle i tak niedobrze. Wybrał opcję świadka koronnego. A powiedziałem "nieszczęsny", bo jego zeznania były tak konstruowane, żeby na siłę tych ludzi skazać.
Jest pan pewny, że Jarosław S. kłamał?
W wielu wypadkach tak.
Ale skąd pan to wie?
Proszę pani, bo opowiadał rzeczy momentami zupełnie nielogiczne. Na przykład wspominał o ściąganiu haraczy z burdeli, ale potrafił wymienić bodajże dwa jedynie. Były także inne sytuacje, które musiały dawać do myślenia, w każdym razie nie miałem wątpliwości, że Jarosław S. często gęsto konfabuluje.
Jak się zachowywali oskarżeni, kiedy słuchali tego, co opowiada Masa?
To byli ludzie bardzo doświadczeni, bardzo zdeterminowani, prawdziwe bandziory: kamienna twarz, żadnych emocji, żadnych gestów. To było towarzystwo faktycznie spod ciemnej gwiazdy.
Nie bał się pan siedzieć obok tego towarzystwa? Bronić jednego z głównych oskarżonych?
A czego miałem się bać? Ja nigdy nie bałem się klientów, bo zawsze zachowywałem się wobec nich uczciwie i oni wiedzieli, że się uczciwie zachowuję. Nie obiecywałem nikomu gruszek na wierzbie, nie powoływałem się na wpływy. Kiedyś nieopatrznie powiedziałem, to była sprawa narkotykowa, że znam sędziego, i faktycznego znałem, bo to był mój kolega. Po czym inny adwokat zaczął do naszego wspólnego klienta pokrzykiwać: "Jacek, a co tam słychać u Janusza? A wiesz, Janusz to, a Janusz tamto". Mimo że on się z tym moim kolegą sędzią zupełnie nie znał, ale przybierał pozę wobec klienta, udawał, że obaj jesteśmy z tym sędzią zaprzyjaźnieni. Ja nigdy niczego takiego nie robiłem. No, mogłem powiedzieć, i to było niepotrzebne, że znam tego czy innego sędziego, że to jest uczciwy sędzia, że nie będzie robił żadnych numerów, ale to było nieopatrzne.
Bo klient mógł liczyć na łagodniejsze potraktowanie przez tego sędziego?
Klient od razu sobie interpretuje to tak: "No, jak obrońca zna sędziego, to się coś załatwi".
Wracając jeszcze do słów, jakie padły od polityków przed rozpoczęciem procesu gangu pruszkowskiego: Skąd to się bierze? Dlaczego padły takie słowa? Wszyscy niby wiemy, że sąd jest niezawisły, że nie powinno się naciskać ani na sędziów, ani na prokuratorów, a politycy notorycznie to robią.
Każdy lubi mieć swoje zabawki! Takie zabawki jak służby specjalne, takie zabawki jak wymiar sprawiedliwości. Powiem coś, co jest zapewne w wydaniu wielu przeciwników PRL bardzo niepopularne, a mianowicie to, że w PRL sądy były bardziej niezawisłe niż obecnie w sprawach, które nie dotyczyły kwestii politycznych.
Śmiała teza!
Dlatego, że w sądach byli specjalni sędziowie, którzy prowadzili specjalne sprawy. I o żadnej niezawisłości mowy być nie mogło. Był delegowany towarzysz sędzia do prowadzenia określonej sprawy i było wiadomo, jaki wyrok zapadnie. Jak sprawę opracowywało biuro śledcze ministerstwa spraw wewnętrznych, każdy wiedział, co z tego wyniknie - nic dobrego dla oskarżonego. Ale w pewnej codzienności, szarej rzeczywistości, przynajmniej w Warszawie, odległości między aparatem władzy administracyjnej, wykonawczej a sądem były duże. No i nie było nieszczęsnej prasy, mediów, które tak naciskają na sędziów. To jest straszne! Tabloidy czy nawet poważne gazety piszą, co myśli opinia publiczna. Jaka opinia publiczna? Siada dziennikarz, pisze tekst i bawi się w opinię publiczną! Co, sondaż przeprowadził? Zbadał tę opinię publiczną? Dorabia się wyrok do wyobraźni dziennikarza, on ma być oczywiście jak najbardziej surowy, a jak zapadnie inny wyrok, to opinia publiczna jest oburzona. Nie chcę powiedzieć, że gremialnie sędziowie ulegają tym presjom, ale to jest bardzo niebezpieczne. Żaden sędzia nie powie nawet szeptem własnemu psu na ucho, że tej presji uległ, ale przecież czytają gazety.
Ale może jest też trochę tak, że to zainteresowanie mediów pomaga? Proszę zwrócić uwagę, jak szybko potoczył się proces Katarzyny W. z Sosnowca, mamy Madzi. Mam wrażenie, że gdyby nie zainteresowanie mediów, nie odbyłby się tak błyskawicznie.
Z tym się całkowicie zgadzam. Z tym że starałbym się prasę rozdzielić. Na rynku istnieją poważni sprawozdawcy i komentatorzy sądowi, których publicystkę z przyjemnością się czyta, no i istnieje tabloidyzacja. Zbyt wielu dziennikarzy gra na najniższych instynktach.
Ludzie bardzo szybko wydają wyroki, prawda? Nie przyjmują do wiadomości, że każdy ma prawo do obrony.
Społeczeństwo w swojej masie jest okrutne. Gdyby pani przeprowadziła sondaż, społeczeństwo opowiedziałoby się za wprowadzeniem kary śmierci. Tylko każdy z członków tego społeczeństwa, jeśli nieszczęście dotknie jego albo kogoś z jego najbliższych, okazuje się bardzo liberalnym człowiekiem. Ale jeśli chodzi o przesądzanie o winie, to bardzo często grzech ten popełniają już organy ścigania. Policjanci, którzy jako pierwsi przesłuchują, wydają wyrok. Bo tak przesłuchają świadków, że już później nie ma odwrotu. Dostarczają taki materiał prokuratorowi, który jest wobec niego bezradny. A sędziów, którzy podchodzą krytycznie do ustaleń policji, jak pani Barbara Piwnik, jest bardzo niewielu. Ludzie sobie wyobrażają, że jak się kogoś surowo ukarze, wzrośnie ich bezpieczeństwo, co oczywiście nie jest prawdą. Policja na ulicy wzmaga poczucie bezpieczeństwa. Jak idzie pani w nocy i mija ileś tam patroli, radiowozów policji, to czuje się pani bezpieczna. To decyduje, bo wiadomo, że nikt pani krzywdy nie zrobi.
Były sprawy, których pan nie wziął?
Jednej sprawy w życiu nie przyjąłem. I istniał ważny powód, bym jej nie przyjął.
Jaki, jeśli można wiedzieć?
To była sprawa pedofila. Może to zabrzmi nieprofesjonalnie, ale miałem w sobie tak głęboką odrazę, tak głęboki wstręt, że nie potrafiłbym z tym człowiekiem nawiązać kontaktu. Nie potrafiłbym! Nawiązywałem kontakt z mordercami, ze złodziejami, ze wszelkim złem, jakie istnieje, ale dla mnie to mieści się w jakichś ramach normalności, jeśli to właściwe określenie. Pedofilia przekracza moje percepcje. Zresztą uważam, że ci ludzie są nienormalni i nie powinni być skazywani na pozbawienie wolności. Profesor Lew-Starowicz mówił, że to są ludzie upośledzeni umysłowo, że ich nie można z choroby wyleczyć. A jak nie można wyleczyć, to trzeba wsadzać do więzienia? Jeśli tak, to takie więzienie ma charakter wyłącznie izolacyjny. Ale przecież ten człowiek kiedyś wyjdzie i z powrotem będzie tym samym - pedofilem.
Jak może pan bronić ludzi, do których czuje się wstręt albo odrazę?
W każdym można znaleźć jakieś człowieczeństwo. W każdym. Wie pani, może być sprawa, która jest sprawą bardzo dobrą dla klienta, i można go nie lubić. Jestem fizjonomistą: ktoś mi się podoba albo nie podoba. I mogę go zwyczajnie nie lubić. Przemagam się, traktuję go normalnie. A może być człowiek, który dopuszcza się czynów okrutnych, a jest miły, sympatyczny. Rozmawiam z nim jak z człowiekiem, zapominam, co zrobił. Zastanawiamy się, jaką przybrać strategię przed teatrum, jaki ma się odbyć w sądach.
Piszą o panu w internecie: "Porządny, profesjonalista. Wyznaje zasadę, że każdy ma prawo do obrony".
Oczywiście, że każdy ma prawo do obrony i każdego należy bronić. Gwarantuje to konstytucja i wiele ustaw - prawo do obrony to jedna z podstawowych gwarancji ustroju demokratycznego.
Są sprawy, które dzisiaj, po latach, poprowadziłby pan inaczej?
To jest tak: poprowadził inaczej może niekoniecznie. Może inaczej budowałbym obronę w przemówieniu. Myślę, że tylko ktoś niesłychanie zadufany w sobie, o ograniczonej wyobraźni, a może i umyśle, kiedy skończy przemawiać, jest zachwycony tym, co powiedział. Osoba obdarzona pewną wyobraźnią, wrażliwością kończy i zaraz myśli: "Choroba, trzeba było to inaczej! A tego nie powiedziałem jeszcze, psiakość!".
Nie wybronił pan kiedyś człowieka, którego niewinności jest pan pewien?
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.