Adriatyk. Miejsca, ludzie, historie - Uwe Rada

Reflow text when sidebars are open.
Spis treści
Mój Adriatyk
Obiekt tęsknoty Niemców i Polaków 9
Dobrzy Grecy, źli Rzymianie
Skąd wywodzi się nazwa "Adriatyk" 31
Powtórka z Rimini
"Smażalnia Teutonów" to już przeszłość 44
Rawenna zastępuje Rzym
Adriatyk na styku starożytności i średniowiecza 57
Chłopiec ze Szwabii
Z Göppingen do Apulii 71
Walki o cieśninę
W drodze z Otranto do Wlory 89
Wybrzeże śródziemnomorskie czy bałkańskie wąwozy?
Albania w poszukiwaniu Adriatyku 109
Bojowe nastroje nad Adriatykiem
Kotor i granice Europy 126
Wybrzeże a interior
Od Raguzy do Dubrownika 145
Noc w Neum
Tam, gdzie Bośnia i Hercegowina sięgają Adriatyku 167
Split jako architektoniczny konglomerat
Nowe życie w starych murach 181
Adriatyccy piraci
Senj, ruda Zora i uskocy 201
Fiume zamiast Rijeka
Morze Adriatyckie kolebką faszyzmu 215
Powrót do Abacji
O tym, jak niegdyś Wiedeń i Galicja miały dostęp do morza 232
Triesteński splin
Przygraniczne miasto w poszukiwaniu nowego wizerunku 256
Zemsta Adriatyku
Wenecja szuka schronienia przed morzem 276
Moja Istria
Adriatyk w Europie 295
Podziękowania 318
Kalendarium opisywanych wydarzeń 319
Literatura 331
Mój Adriatyk
Obiekt tęsknoty Niemców i Polaków
Pierwszy raz nad morzem. Niespełna dwulatek jeszcze niedowierza. Stojąc na ogonie opla rekorda P II w kolorze skorupki jaja, z pewnym trudem utrzymuje równowagę. Matka trzyma go mocno za lewe ramię. A w tle już Adriatyk, beżowy piasek styka się z wodą, a ta z błękitnym niebem poprzecinanym pasemkami chmur. Matka z dzieckiem patrzą w kierunku kempingu, skąd fotografuje ich ojciec. Do samego morza jeszcze kawałek, ale morski klimat daje się już wyczuć. Dziecko ma na sobie marynarską koszulkę w białe i niebieskie paski, a na głowie papierową czapkę szypra. Dziś jest ona hitem na zabawach karnawałowych, podobnie jak beret amerykańskiego marynarza. Matka pozuje w czapce kapitana. A więc to już: jesteśmy nad morzem.
Lato 1965 roku moi rodzice chcieli właściwie spędzić nad jeziorem Millstatt w Karyntii, ale że niebo nad nią otworzyło swoje śluzy, szybko zapadła decyzja: jedziemy nad Adriatyk. Pięć lat wcześniej, kiedy nie mieli jeszcze dzieci, matka z ojcem zjechali już jugosłowiańskie wybrzeże Adriatyku, docierając swoim volkswagenem "garbusem" przez Villach i Lublanę na południe do Splitu i Dubrownika, i dalej "aż do granicy z Albanią", co później z dumą podkreślała rodzicielka. Teraz ważne było, że po raz pierwszy podróżują z dzieckiem. Rodziców ciągnęło do Caorle, miejsca, do którego się powraca.
Nie wszystkim podobało się w Caorle. Już w 1959 roku Pier Paolo Pasolini wyrażał obawę, że miejscowość stała się "plażą dla mieszkańców Wiednia, Monachium i Ulm". Na zlecenie prasy reżyser zwiedził włoskie wybrzeże, objeżdżając półwysep od San Remo aż po Triest. Dotarł wówczas do wioski rybackiej, niegdyś sennej, a teraz pełnej Niemców. "Na trzy do czterech tysięcy mieszkańców i jeden do dwóch tysięcy letników z Wenecji Euganejskiej przypada osiem tysięcy Niemców" - odnotował Pasolini w swoim reportażu Długa piaszczysta droga, wzdychając za czasami, kiedy o Caorle nie było jeszcze głośno. "To było naprawdę jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie. Nikt go nie znał. Nie było mostów. Przeprawa przez kanały i laguny odbywała się na tratwach, które płynęły bardzo powoli".
Na Caorle patrzyłem bez sentymentu. Miejscowość mieniła się dla mnie wieloma barwami. Nie lamentowałem, że nie jest tak, jak kiedyś. To był mój czas odkryć. Bawił mnie widok trzykołowych ciężarówek z ryczącym bez przerwy megafonem. Gelato1 na plaży smakowały zupełnie inaczej niż lody włoskie w szwabskim Eislingen. Swojskie mieszkanie przez trzy tygodnie zastępował namiot. Mając dwa lata, nie mógłbym zapamiętać z tego niczego poza smakiem tych trzech sylab: Ca-or-le. Mój pierwszy pobyt nad morzem zawsze będę kojarzyć z rybacką osadą, która zdaniem Pasoliniego zniknęła niczym piasek przesypywany przez palce.
Adriatyk Polaków
W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych Niemcy mieli styczność z Adriatykiem przede wszystkim za sprawą wyjazdów do Włoch. W Caorle i Rimini odpoczywali od trudów związanych z urzeczywistnianiem "cudu gospodarczego". W tym samym czasie Polakom Adriatyk kojarzył się z Jugosławią. Złagodzenie ograniczeń swobody podróżowania spowodowało, że liczba krajów, za którymi tęsknili Polacy, wydłużyła się o państwo rządzone przez prezydenta Titę. Nie wszyscy mogli sobie jednak pozwolić na to, by je odwiedzić. Pobyt w Jugosławii kosztował bowiem drożej niż w Bułgarii czy NRD.
Ruch turystyczny z Warszawy i Krakowa w kierunku Splitu i Dubrownika nie miał zatem charakteru masowego. Potwierdzają to statystyki. W 1970 roku, u progu dekady Gierka, do Bułgarii wyjechały osiemdziesiąt dwa tysiące polskich obywateli. Tych, którzy podróżowali do Jugosławii, było zaledwie czterdzieści pięć tysięcy. Do lat osiemdziesiątych wartość ta uległa wprawdzie podwojeniu, ale liczba Polaków, którzy odwiedzili Bułgarię, wzrosła trzykrotnie. Ciągle jeszcze łatwiej osiągalny był urlop na wybrzeżu Morza Czarnego niż wyjazd nad Adriatyk.
Był to też czas, kiedy wprowadzono regulacje ułatwiające podróżowanie. W 1956 roku zwiększono swobodę wyjazdów do bratnich krajów socjalistycznych, które w Polsce nazywano "demoludami". Na początku rządów Gomułki weszła też w życie polsko-czechosłowacka konwencja turystyczna, która liberalizowała przepisy obowiązujące w słowackiej części Tatr i w Pieninach. W latach sześćdziesiątych na mocy dwustronnych umów pomiędzy określonymi państwami zniesiono obowiązek posiadania wizy. Podróż do kraju socjalistycznego umożliwiała wkładka paszportowa dołączana do dowodu osobistego. Otrzymywało się ją na wniosek, a jej wydaniu towarzyszyła żmudna procedura. Wreszcie w następnej dekadzie, udając się do Czechosłowacji i na Węgry, wystarczyło mieć z sobą dowód osobisty. Dla transgranicznego ruchu turystycznego przełomowe znaczenie miało porozumienie z NRD, które zaczęło obowiązywać w 1972 roku. Trzy lata później liczba Polaków odwiedzających swojego zachodniego sąsiada sięgała prawie sześciu milionów.
W okresie rządów Tity dostać się do Jugosławii nie było tak łatwo. Polska Rzeczpospolita Ludowa nie wprowadziła bezwizowego ruchu turystycznego do Belgradu, Zagrzebia czy Dubrownika. Sugeruje to, że niezwiązaną z żadnym z istniejących bloków politycznych Jugosławię traktowała inaczej niż "państwa demokracji ludowej" należące do bloku wschodniego. To nierówne traktowanie obowiązywało również w latach siedemdziesiątych, kiedy pod rządami Gierka Polska otworzyła się na świat. W połowie tej dekady zaczęła funkcjonować wkładka paszportowa wielokrotna. Tym samym uciążliwa procedura wnioskowania o wydanie tego dokumentu uległa uproszczeniu. Na jego podstawie można było wyjeżdżać do NRD, Czechosłowacji, na Węgry, do Bułgarii, Rumunii i Związku Radzieckiego - ale nie do Jugosławii. Kto wybierał się w podróż nad Morze Adriatyckie, w dalszym ciągu otrzymywał wcześniejszy dokument uprawniający wyłącznie do jednokrotnego wyjazdu i powrotu do kraju. Im bardziej zatem "kraje demokracji ludowej" zbliżały się do siebie, tym odleglejsza pozostawała Jugosławia i wybrzeże Adriatyku. To jeden z mechanizmów powodujących, że pewne miejsca stają się obiektem tęsknoty.
Brzmienie Adriatyku
Czterdzieści pięć lat później siedzę z żoną w samochodzie. W bagażniku mamy mały namiot, karimaty i śpiwory. W moim renault clio, rocznik 1997, krzesła turystyczne i składany stół już by się nie zmieściły. Tak czy inaczej, wolę siedzieć w kawiarni z widokiem na morze niż na składanym krześle, pilnując auta i namiotu.
Kiedyś nad Adriatykiem mieliśmy z sobą wszystko. Namiot, który był naszym domem, numerowane sztućce turystyczne, palnik spirytusowy i emaliowaną miskę do mycia naczyń, które zastępowały kuchnię. Przy tym dla mojej matki nie było wątpliwości, że na urlopie to mężczyźni mają zmywać. Wakacyjna podróż szkołą emancypacji - przynajmniej to się udało. Poza tym nasza rodzina była typowa dla epoki cudu gospodarczego. Ojciec jako handlowiec otrzymywał dodatek urlopowy, matka natomiast zajmowała się domem. I tak przez czterdzieści dziewięć tygodni w roku. Pozostałe trzy spędzaliśmy nad morzem.
Im dalej na południe - jedziemy autostradą A9 z Berlina do Monachium, a potem A8 na Salzburg - tym więcej szczegółów powraca w pamięci. Mapy turystyczne przysyłane przez ADAC2 z Monachium jako nawigacja samochodowa w latach sześćdziesiątych, drukowana na kartonie. Przeboje z ryczącego w samochodzie radia - do dziś znam na pamięć piosenkę Conny Froboess3 Dwóch małych Włochów (Zwei kleine Italiener). Ciekawi mnie, czy na plaży w Caorle nadal serwują cocco bello. W Niemczech nigdy się nie natknąłem na te plastry orzecha kokosowego, chociaż w tym czasie na Prenzlauer Berg4 dotarła już nawet orangina5. Za Salzburgiem pojawia się drogowskaz, a wraz z nim przedsmak Południa: w prawo jedzie się do autostrady brennerskiej, droga na wprost prowadzi ku przełęczy Tauernpass. Wybieramy trasę przez Villach, tak jak moi rodzice czterdzieści pięć lat wcześniej.
Niezwykły jest ten Adriatyk, skoro ciągle jeszcze się we mnie odzywa. Bałtyk zachowuje swoją zwyczajność nawet przy bliższym poznaniu. Ma do zaoferowania jedynie szum fal i wiejący wiatr. Morze Śródziemne też pozostaje mi obojętne. Dla mnie nie ma ono smaku. To raczej suma pomniejszych mórz, które się na nie składają, aniżeli obszar, dla którego byłaby reprezentatywna mała miejscowość w rodzaju Caorle. W swojej pracy poświęconej Morzu Śródziemnemu wielki historyk Fernand Braudel napisał kiedyś, że spośród wszystkich mórz południowych najbardziej jednolity charakter cechuje Adriatyk. Oczywiście Braudel miał na myśli Adriatyk za najlepszych czasów Republiki Weneckiej, kiedy to okręty handlowe i wojenne wyparły flotę grecką, rzymską i bizantyńską. W XVI stuleciu, o którym traktuje rzeczona książka Braudela, panująca na Adriatyku Wenecja była wręcz "państwem morza" (stato da mar). Francuski historyk nie dożył już rozpadu Jugosławii i rzezi narodów w latach dziewięćdziesiątych.
Turystyka i handel
"To brzeg pulsujący / To rąk ocean gorący / To mrok, cierpki mrok / I noc, noc". Tymi słowami zaczyna się piosenka Adriatyk, ocean gorący pochodząca z płyty Wolne od cła, nagranej przez Małgorzatę Ostrowską z zespołem Lombard. Singiel z tym utworem sprzedał się w nakładzie stu pięćdziesięciu tysięcy egzemplarzy, zyskując wyróżnienie w postaci "złotej płyty". Również Ostrowska śniła o Adriatyku i odczuwała za nim tęsknotę. "I szept słonej ciszy / I nagle blask, ostrość kliszy / I biel, gęsta biel / To sen, sen".
Dla większości Polaków ten sen nie stał się jednak rzeczywistością. Tekst piosenki traktuje bowiem także o tym, że wymarzone morze jest odległe, nieosiągalne. "Adriatyk zamknął się". Wprawdzie nie do końca tak było, ale też wybrzeże Jugosławii się nie przybliżyło. W ogóle Polakom udającym się w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych nad Adriatyk bardziej zależało na handlu niż na wypoczynku. Samochody z Polski, a wśród nich także Fiat 126p zwany "maluchem", nierzadko były wypełnione towarami przeznaczonymi do sprzedaży w innych krajach socjalistycznych. Handlowano między innymi pościelą, wyrobami z bursztynu, przedmiotami z kryształu i polską wódką. W drodze powrotnej auta pełne były tureckich kożuchów albo wyrobów skórzanych. Nielegalna wymiana towarowa kwitła także ze Związkiem Radzieckim. Polacy wywozili dżinsy, nawet rodzimej produkcji, a sprowadzali głównie aparaty fotograficzne.
Nawet ci, którzy socjalistyczne kraje odwiedzali w ramach zorganizowanych wycieczek autobusowych oferowanych przez biuro podróży "Orbis", często zabierali z sobą towary. Pieniądze z ich sprzedaży zasilały budżet przeznaczony na wakacyjny pobyt. Opisuje to Tomasz Leszkowicz, historyk z Warszawy i redaktor naczelny internetowego portalu histmag.org, cytując popularne wówczas powiedzenie: "Polaków po prostu nie stać na urlop we własnym kraju".
Niemiecki cud gospodarczy
Tunel, wiadukt i tak w kółko. Nie wiem, jak mój ojciec sobie z tym radził. Boję się jazdy przez sześciokilometrowy tunel znajdujący się na autostradzie Taurów (A10), ale z każdym tunelem i wiaduktem zbliżamy się do celu. Niebawem będziemy w Villach, owym mieście w Karyntii, które po słoweńsku określa się jako Beljak i którego najważniejsza ulica nazywa się Włoska (Italienerstrasse). Villach to już nie Austria, to Południe. Stąd już pojedzie się w dół, jak na zjeżdżalni, aż wreszcie po dwóch godzinach pojawi się laguna. Wtedy będziemy tam, nad Adriatykiem.
Villach leży właściwie nad Morzem Czarnym. Drawa, górska rzeka o charakterystycznej mlecznozielonej barwie, która bierze swój początek w dolinie Val Pusteria w Tyrolu Południowym, przepływając przez Villach, łączy to drugie co do wielkości miasto Karyntii z Dunajem. Urodzona nad Odrą polska pisarka Olga Tokarczuk zaproponowała kiedyś podział Europy ze względu na dorzecza. Był to, oczywiście, pomysł oderwany od rzeczywistości, ale za to jaki oryginalny. Zgodzi się z autorką ten, kto powiesi jedną z map stosunków wodnych w Europie, przykładowo Hydrographia Germaniae z 1712 roku, obok mapy politycznej z tego samego okresu. Na pierwszej z nich wyraźnie widać Europę pozbawioną podziału na wiele małych państewek. W koncepcji Tokarczuk Europa Środkowa składa się tylko z krajów położonych w dorzeczach Renu, Łaby i Odry czy na ogromnym obszarze nad Dunajem. Jej zdaniem, jeśli w ogóle pomiędzy ich mieszkańcami dojdzie do wojen, ci znad Renu będą walczyć z tymi znad Dunaju, a ci znad Łaby - z tymi znad Odry. Czy jednak wtedy będą jeszcze wojny - zastanawia się pisarka. Jej dziecinne rozważania o rzekach czasem dotykają spraw ostatecznych.
Czy mieszkańcy Villach rzeczywiście należą do Naddunajczyków? Na moście nad Drawą łopoczą na majowym wietrze plakaty przymocowane w pięknym szeregu do słupów latarni. "Nad morze!" - oznajmia biało-niebieski napis. Nie chodzi o rejs Drawą nad Morze Czarne. W Villach mianem morza od zawsze określa się Adriatyk. A "Nad morze!" to tytuł wystawy poświęconej historii wypoczynku Austriaków nad Adriatykiem. Autor wystawy, Werner Koroschitz, który przeprowadził wywiady z mieszkańcami Villach na temat ich wakacyjnych przeżyć z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, zgromadził imponujący materiał. Na podstawie setek bezpośrednich relacji i fotografii doszedł do wniosku, że nad Adriatykiem zarówno austriacki, jak i niemiecki cud gospodarczy po raz pierwszy zetknął się z włoskim słodkim życiem (dolce vita). Jakże ubogo w porównaniu z tym wyglądał wówczas urlop w Polsce.
Konsekwencje tego zetknięcia utrzymują się do dziś. Podróże autobusem albo uciążliwe wyprawy na motorowerze czy też goggomobilem6 zastąpiła jazda oplem rekordem P II. Pokój w pensjonacie został szybko wyparty przez namiot, a ten przez przyczepę kempingową. Rimini przekształciło się w "smażalnię Teutonów" (Teutonengrill7), a Caorle w "plażę dozorców" (Hausmeisterstrand8). Na długo przed tym, zanim samoloty zaczęły latać na Majorkę, wybrzeża Adriatyku - w przeciwieństwie do miejscowości nad Morzem Śródziemnym, w rodzaju Cannes, Monte Carlo i Santa Margherita, odwiedzanych przez zamożną warstwę społeczeństwa - stały się synonimem turystyki masowej. A w tym wszystkim moi rodzice i ja.
Po męża do Jugosławii
O tym, że w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych Polacy podróżowali nad Adriatyk nie tylko w celach handlowych, wie Paweł Sokołowski, były naczelnik Wydziału Konsularnego Ambasady RP w Zagrzebiu. Za adriatyckim wybrzeżem tęskniły mianowicie także polskie kobiety.
Była to fala pochodząca z lat siedemdziesiątych XX wieku i zdecydowanie mniej liczebna od poprzedniej. Stanowiły ją głównie Polki, zwykle z wyższym wykształceniem, ponieważ często powodem ich zainteresowania Chorwacją były wymiany studenckie. Do Chorwacji, na wybrzeże Adriatyku, przyjeżdżały latem Polki i znajdowały tu sobie mężów, a do Polski na studia przyjeżdżali Chorwaci i tam poznawali swoje przyszłe żony, z którymi wracali do Jugosławii.
W rzeczonym okresie Polska traktowała zatem Adriatyk również jako coś w rodzaju rynku matrymonialnego.
Za Adriatykiem tęskniła też Zofia Korzeniowska. Kiedy w końcu lat sześćdziesiątych studiowała na krakowskim Uniwersytecie Jagiel-lońskim, podczas letniej wymiany poznała jugosłowiańskiego studenta Nijaza Ajdinovića z Sarajewa. Razem pomagali przy budowie autostrady w Bułgarii. "Pobrali się w Krakowie" - opowiada ich córka Izabela Ajdinović. Ale w podróż poślubną młoda para wybrała się nad Adriatyk.
W Dubrowniku, na wyspie Świętego Stefana, wśród palm i na skalistych plażach, w falach ciepłego morza spędzali swój miodowy miesiąc i byli bardzo szczęśliwi. Życie zdawało się spełniać najpiękniejsze marzenia i obiecywać lata długie i słoneczne.
Córka Zofii Korzeniowskiej mówi, że życie na jugosłowiańskim wybrzeżu było dla jej matki do pewnego stopnia przeciwieństwem bytowania w położonym na północ, zimnym Krakowie.
Fale Adriatyku niosły ciepło, kolczaste kulki podwodnych jeży i haczyki koników morskich, pachniały ryby z rusztu, ściekał po palcach sok dojrzałych pomidorów, powietrze pachniało papryką, kawą i cevapciciami. Po ulicach chodziły kolorowo ubrane kobiety w sukienkach z Włoch, z francuską szminką na ustach, po białych kamieniach Dubrownika stukały modne szpilki. Ludzie śmiali się głośno, tańczyli bałkańskie kolo, biegali boso po deszczu, byli wolni i beztroscy.
W latach osiemdziesiątych, w czasie stanu wojennego, z oczywistych względów jugosłowiańskie morze stało się bardzo odległe. "Adriatyk zamknął się" - Izabela powtarza słowa piosenki Małgorzaty Ostrowskiej. Żył jednak nadal w jej wyobraźni.
Nierealny Adriatyk spełniał funkcję nieosiągalnego raju. Wyznaczał perspektywę szarym dniom, świecił jak daleka latarnia morska. Mama już nigdy nie dotarła nad Adriatyk. Pozostał na fotografiach, w westchnieniach i opowieściach, pozostał tęsknotą przekazaną drugiemu pokoleniu.
Zdaniem Sokołowskiego "romans", jaki łączył Polaków z Adriatykiem, do dziś pozostaje niemal niezbadany.
Trudno jest dziś dokładnie określić wielkość tej fali emigracyjnej. Czasami zdarzało się również, że małżeństwa mieszane zamieszkiwały najpierw w Polsce, a następnie wracały do Chorwacji czy innych republik Jugosławii, bo żyło się tam zdecydowanie lepiej. Jugosławia była wówczas krajem o gospodarce wolnorynkowej, w przeciwieństwie do innych państw obozu socjalistycznego.
Dla pokolenia moich rodziców i ich polskich rówieśników wspólne było to, że nad Adriatykiem znajdowali miłość - pierwsi we Włoszech, drudzy w Jugosławii. A zatem morze to rzeczywiście było "gorącym oceanem", jak śpiewała o nim Małgorzata Ostrowska.
Nie wszystkie sny się jednak spełniły - mówi Paweł Sokołowski. - Polki nie znały miejscowego języka i nie miały jugosłowiańskiego obywatelstwa, bez którego zdobycie pracy było praktycznie niemożliwe. Ponadto otrzymanie obywatelstwa jugosłowiańskiego wiązało się z rezygnacją z obywatelstwa polskiego, na co wiele Polek nie chciało się zgodzić.
Również rodzice Izabeli Ajdinović niedługo po podróży poślubnej odwrócili się od Adriatyku.
Dla mojej mamy był to zdecydowanie lepszy świat, bogatszy we wszystko, co dobrego przynosi życie - opowiada ich córka. - Ale mój ojciec uległ potędze polskiej kultury. Dostojny Wawel, Biblioteka Jagiellońska i stare mury krakowskiego rynku wydawały się trwałe i bezpieczne, znaczyły ciągłość, której brakowało Jugosławii.
Morze mojego dzieciństwa
Tłumy wczasowiczów towarzyszyły nam nie tylko w Caorle, ale także w jugosłowiańskim mieście Poreč. Po raz pierwszy wybraliśmy się tam w 1974 roku. Wówczas o plażach nad Adriatykiem było już głośno. Zwłaszcza wybrzeże na wyspie Krk i na półwyspie Istria miało największe szanse konkurować ze "smażalnią Teutonów" w Caorle i Rimini.
W latach pięćdziesiątych władze w Belgradzie stawiały jeszcze wyłącznie na turystykę krajową, która miała charakter świadczenia socjalnego. Ustawodawstwo dotyczące spraw socjalnych zreformowano niezwłocznie po powstaniu Socjalistycznej Federacyjnej Republiki Jugosławii. Przepisy gwarantowały odtąd prawo do płatnego urlopu. Tito uważał turystykę za motor napędowy w procesie modernizowania państwa, które w końcu lat czterdziestych ciągle jeszcze nosiło ślady wojny. Oczywiście rozwój turystyki w zamieszkiwanej przez wiele narodowości Jugosławii miał doprowadzić do zacieśnienia kontaktów pomiędzy Serbami a Chorwatami, Słoweńcami i Bośniakami, Macedończykami, Czarnogórcami i Albańczykami z Kosowa. Na plażach Adriatyku miał się narodzić naród jugosłowiański.
W tym celu należało rozbudować, a na niektórych obszarach, przede wszystkim na południu, stworzyć odpowiednią infrastrukturę. Powstał zatem rządowy program, który miał na celu rozwijać tak zwaną turystykę socjalną, aby "osoby pracujące stały się turystami". Z kasy państwowej budowano zaplecze hotelowe i dotowano wyjazdy w ramach urlopów pracowniczych. Z pewnością szczytem zaangażowania państwa w rozwój turystyki było ukończenie Magistrali Adriatyckiej. Droga ta biegła wzdłuż wybrzeża od miasta Piran w Słowenii, przez Pulę, Rijekę, Senj, Split i Dubrownik w Chorwacji, aż do czarnogórskich miast Budva, Kotor i Ulcinj. Była to swego rodzaju adriatycka autostrada. Gdy w 1965 roku Tito otworzył dla ruchu ostatnie odcinki drogi, trasy turystyczne sięgnęły w końcu również na zacofane południe.
W tym czasie w polityce turystycznej prowadzonej przez Belgrad dokonał się już poważny zwrot. Od lat sześćdziesiątych Komunistyczna Partia Jugosławii przestała dbać wyłącznie o rodzimych urlopowiczów i otworzyła kraj dla przybyszów z zagranicy.
Turyści z Zachodu byli tu jednak zapraszani już wcześniej. W 1952 roku obowiązek posiadania wizy został zniesiony w stosunku do przyjezdnych z Republiki Federalnej Niemiec i Austrii. Rezultat przekonał Titę o słuszności tego posunięcia. Już w 1970 roku jego kraj prześcignął Hiszpanię i Włochy w rankingu ulubionych miejsc urlopowych.
Również dla nas wyjazd do Jugosławii w 1974 roku nie miał w sobie nic egzotycznego. Na temat wrogiego "bloku wschodniego" w domu się nie rozmawiało. Do 1951 roku (akurat wtedy w Jugosławii Tito wprowadził wymienialność dinara) mój ojciec mieszkał w Czechosłowacji, wiedział zatem, jak wygląda życie w krajach za "żelazną kurtyną". Z punktu widzenia dziecka w Poreču były jednak rzeczy nieobecne ani w Caorle, ani w Eislingen nad rzeką Fils. Na przykład klik-klak9, który wtedy nazywaliśmy kastanietami. Z Jugosławii przywędrował do Niemiec, gdzie w latach siedemdziesiątych królował na szkolnych podwórkach, zanim zabawy nim zakazano ze względów bezpieczeństwa. Biedne Niemcy.
Były też jeżowce, dziwaczne kuliste monstra na dnie morza. Ostrzegano nas, że mają wstrętne kolce, dlatego dobrowolnie zakładaliśmy buty do kąpieli. Za to woda u tego komunisty Tity nie była tak płytka jak u kapitalistów we Włoszech. Albo tajemnicze dźwięki fortepianu w górach. Kto na nim grał? Cyganie? Do dziś pamięć usiłuje mi wmówić, że wraz z moim bratem, który w tym czasie przyszedł na świat, przemierzaliśmy las i naprawdę znaleźliśmy gdzieś fortepian. Nikogo przy nim nie było. Prawdopodobnie znowu zaczął grać, kiedy znaleźliśmy się z powrotem w namiocie, za daleko, by go słyszeć. Obcy kraj, który zarazem fascynował i wzbudzał strach.
To podejrzenie już mnie nie opuści. Być może dlatego Adriatyk tak się we mnie odzywa, ponieważ był morzem mojego dzieciństwa. Morzem, którym nigdy już nie będzie.
Polski mit
Również dla Polaków Adriatyk, niezależnie od okazji handlowych i matrymonialnych, miał szczególne znaczenie. Tak przynajmniej sądzi były urzędnik polskiej ambasady w Zagrzebiu, Paweł Sokołowski. "Pierwsi polscy uchodźcy docierali w okolice Dubrownika już w okresie powstań narodowych. Nie osiedli tam jednak zbyt długo, ale pozostawili po sobie polskie ślady. Na przykład w Dubrowniku przebywali polscy konfederaci barscy".
Ale to nie wszystko. W polskim hymnie narodowym jest mowa o morzu. Sokołowski uważa, że chodzi tu o Adriatyk.
Z Dubrownikiem były też związane strategiczne plany generała Jana Henryka Dąbrowskiego oraz hipoteza, że morze z Mazurka Dąbrowskiego, przez które mieli wracać polscy legioniści, to nic innego jak Adriatyk. Więcej informacji na ten temat można odnaleźć w licznych pamiętnikach z tamtej epoki.
Dąbrowski urodził się w 1755 roku w Małopolsce. Po tym, jak w 1794 roku pruscy i rosyjscy zaborcy Polski stłumili skierowane przeciwko nim powstanie, udał się najpierw do Paryża, gdzie 4 grudnia 1796 roku doszło do jego spotkania z Napoleonem. Następnie wyruszył do Włoch, gdzie 9 stycznia 1797 roku zostały utworzone Legiony Polskie. Ich zadaniem była walka po stronie Napoleona przeciwko Prusom, Austrii i Rosji. Na sztandarach formacji widniał włoski napis "Gli uomini liberi sono fratelli", co po polsku znaczyło "Wszyscy ludzie wolni są braćmi". Pięć lat później szeregi Legionów liczyły już siedem tysięcy żołnierzy, głównie Polaków, którzy przebywali na emigracji lub zdezerterowali z armii austriackiej.
Pierwsze walki, które stoczyli polscy legioniści, odbyły się nad Adriatykiem, w okolicach Rimini. Piątego maja 1797 roku oddziały Dąbrowskiego brały udział w oblężeniu Wenecji. Osiem dni później ostatni doża Lodovico Manin bez walki oddał miasto Francuzom. Oznaczało to koniec dumnej, istniejącej przeszło tysiąc lat republiki. Przyczyniły się do tego także Legiony Polskie.
Polski hymn
W czasie, gdy polscy legioniści brali udział w licznych bojach we Włoszech i u boku Napoleona, powstała pieśń, do której słowa napisał Józef Wybicki. Pierwotnie jej początek brzmiał następująco: "Jeszcze Polska nie umarła, kiedy my żyjemy / Co nam obca moc wydarła, szablą odbierzemy / Marsz, marsz Dąbrowski, z ziemi włoskiej do Polski / Za twoim przewodem złączym się z narodem".
Po zwycięstwie wojsk napoleońskich Dąbrowski wyprawił się do Rzymu. W papieskim mieście zachowywał się zupełnie inaczej niż Francuzi, i to właśnie jemu przekazano trofea zdobyte na Turkach przez Jana III Sobieskiego w wyniku bitwy pod Wiedniem w 1683 roku. Szabla Kara Mustafy i chorągiew wzięta w bitwie pod Parkanami są dziś przechowywane na Wawelu. To jeszcze jeden przykład wpływu Polaków na dzieje Adriatyku. Gdyby nie zwycięstwo Sobieskiego, armie Świętego Przymierza nie zdołałyby wygrać trwającej ponad sto pięćdziesiąt lat wojny z imperium osmańskim, a wschodnie wybrzeże Adriatyku pozostałoby w rękach Turków. Określenia "przedmurze chrześcijaństwa" używano zarówno w odniesieniu do Polski, jak i do Adriatyku.
Być może też, jak przypuszcza były naczelnik wydziału konsularnego polskiej ambasady w Zagrzebiu, Morze Adriatyckie rzeczywiście trafiło do polskiego hymnu, którego trzecią strofę wypełniają obecnie słowa: "Jak Czarniecki do Poznania po szwedzkim zaborze / Dla ojczyzny ratowania wrócim się przez morze". W oficjalnej interpretacji powrót drogą morską to jeden z elementów mających na celu porównanie Legionów Polskich ze Stefanem Czarnieckim, który w XVII wieku walczył ze Szwedami w drugiej wojnie północnej. Według współczesnych teorii we fragmencie "przez morze" może równie dobrze chodzić o Adriatyk w czasach Dąbrowskiego. Do pozostającej pod zaborami Polski legioniści nie mogli powrócić przez terytorium zachodniej Europy, ponieważ toczyły się tam wojny napoleońskie. Mieliby jednak na to szansę, gdyby przeprawili się przez Adriatyk do Austrii.
Paweł Sokołowski nie ma wątpliwości, że w zbiorowej pamięci Polaków Morze Adriatyckie zajmowałoby wówczas równie ważne miejsce jak Wiedeń od czasu zwycięstwa Sobieskiego nad Turkami.
1 Gelato (wł.) - lody (przyp. tłum.).
2 Allgemeiner Deutscher Automobil-Club (ADAC) - niemiecki automobilklub (przyp. tłum.).
3 Cornelia (Conny) Froboess (ur. 1943) - niemiecka aktorka. W latach sześćdziesiątych jako piosenkarka była idolką młodzieży (przyp. tłum.).
4 Prenzlauer Berg - dzielnica Berlina (przyp. tłum.).
5 Orangina - francuski napój gazowany z owoców cytrusowych, sprzedawany w wielu krajach, także w Polsce (przyp. tłum.).
6 Goggomobil - mikrosamochód produkowany w Bawarii w latach 1955-1969 (przyp. tłum.).
7 Teutonengrill - żargonowe określenie nadmorskiej plaży, na której większość opalających się to osoby niemieckojęzyczne (przyp. tłum.).
8 Hausmeisterstrand - żargonowe określenie urlopu dostępnego dla osób o niskich dochodach; na włoskim wybrzeżu Adriatyku wypoczywają niemal wyłącznie mniej zamożni turyści z Austrii i Niemiec (przyp. tłum.).
9 Klik-klak - zabawka składająca się z dwóch kulek połączonych sznurkiem (przyp. tłum.).
Seria: MUNDUS
Projekt okładki Agnieszka Winciorek
Zdjęcie na okładce: istock.com/extravagantni
Tytuł oryginału: Die Adria. Die Wiederentdeckung eines Sehnsuchtsortes
Copyright ? 2014 by Pantheon Verlag, München, a division of Verlagsgruppe Random House GmbH, München, Germany
All rights reserved
Copyright ? for Polish Translation by Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Wydanie I, Kraków 2016
All rights reserved
Niniejszy utwór ani żaden jego fragment nie może być reprodukowany, przetwarzany i rozpowszechniany w jakikolwiek sposób za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych oraz nie może być przechowywany w żadnym systemie informatycznym bez uprzedniej pisemnej zgody Wydawcy.
ISBN 978-83-233-4068-3
ISBN 978-83-8179-531-9 (e-book)
www.wuj.pl
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Redakcja: ul. Michałowskiego 9/2, 31-126 Kraków
tel. 12 663-23-80, fax 12 663-23-83
Dystrybucja: tel. 12 631-01-97, tel./fax 12 631-01-98
tel. kom. 506-006-674, e-mail: sprzedaz@wuj.pl
Konto: PEKAO SA, 80 1240 4722 1111 0000 4856 3325