2 "Dobra, jak chcesz"
Ooo, patrzcie, kto przyszedł. Nie, nie, Thiago. To ja jestem starszym bratem. Nie przeszkadzaj mi, przyjacielu. Weź sobie krzesło. Niech ktoś przyniesienie toddynho* dla chłopaka!
Mój brat, późne dziecko doni Rosildy i Mirinho. Jestem od niego prawie dwa razy starszy, co oznacza, że chłopak zna życie w Vili Cruzeiro tylko z naszych opowieści. Wychował się już na mleku Ninho, no nie, Thiago? Kocham tego dzieciaka. Chodź no tu, młody. Dam ci buziaka.
Kiedy się urodził, życie rodziny zaczęło się zmieniać dzięki piłce. Chłopak uczył się nawet w Stanach Zjednoczonych! Kto by pomyślał? Pomimo wszystkich trudności edukacja zawsze była w naszym domu poważną sprawą. W dzieciństwie sam chodziłem do prywatnej szkoły. Rodzice rozumieli, że dzięki książkom człowiek może coś w swoim życiu zmienić. Wszyscy kochają nasze osiedle, ale nikt nie jest głupi. Jeśli możesz jeść pierś z indyka i mieszkać blisko plaży, to znacznie lepiej.
Moim pierwszym świadomym wspomnieniem z dzieciństwa jest mały dom przy Dziewiątej Ulicy w Vili Cruzeiro, w którym mieszkaliśmy. Mama, tata i ja. To znaczy w górnej części, bo w faweli nikt nie może sobie pozwolić na luksus mieszkania samemu. Wszystko jest do czegoś przyklejone. Na dole mieszkała babcia ze strony ojca, wujek, ciocia i ich dzieci. Inna ciocia ze swoimi dziećmi też się tam wprowadziła. Mnóstwo osób, stary. Normalna sprawa, jak to w faweli. W pewnym sensie moja rodzina była uprzywilejowana, że tak to ujmę.
W naszym domu były salonik, kuchnia, pokój rodziców i mój pokój. Wszystko malutkie i prosto urządzone. Ale panował duży porządek, nie mieliśmy bałaganu. Starzy bardzo o to dbali. Dom był ich osiągnięciem. Mój pokój nie miał zbyt wielu luksusów. Wersalka, na której spałem, niewielki wentylator - niezbędny przedmiot, by przetrwać upał - i mały, stary radiomagnetofon, mój wierny towarzysz.
Odkąd zacząłem grać w piłkę, w hali i na boisku, byłem w ciągłym biegu. Brakowało czasu na naukę. Grafik miałem zapełniony bardziej niż niejeden dorosły. O siódmej rano gnałem już uliczkami Vili Cruzeiro i przed ósmą docierałem do szkoły Meira Lima. Głodny, wychodziłem stamtąd w południe i wracałem do domu. Jadłem obiad z babcią, a potem oboje znowu wychodziliśmy, bo o drugiej po południu musiałem być na treningu na Urce.
Pamiętaj, przyjacielu, że wtedy nie istniała jeszcze Linha Amarela**. No więc jak wyglądała moja trasa? Z Penhi na Urcę, potem z Urki do Grajaú, gdzie miałem trening o dziewiętnastej... Później z powrotem do Penhi. Przez cały dzień z miejsca na miejsce, biegając za piłką, jeszcze zanim zdążyłem włożyć buty. Do domu wracałem o jedenastej albo wpół do dwunastej w nocy. No to pytam: kiedy miałem czas na naukę? Dlatego trzy razy powtarzałem piątą klasę. Nigdy nie lubiłem szkoły. Ale jeśli miałem takie problemy, to tylko dlatego, że na zaglądanie do podręczników nie było czasu.
W swoim pokoju chciałem robić wyłącznie jedno: rozwalić się na wersalce i włączyć radio. Lubiłem taki program, który się nazywał Good Times. To było piękne, stary. Tylko amerykańska muzyka romantyczna. Whitney Houston, Barry White, Lionel Ritchie... Znam wszyściutko. Do dzisiaj słucham tych perełek. I śpiewam razem z nimi! Bo Didico liznął też trochę angielskiego. Puszczę wam jedną z tych piosenek, żebyście posłuchali. Te klawisze są naprawdę piękne, słyszałeś już, Thiago? To znaczy w tym tygodniu? Śpiewaj ze mną... "Don't make me cloooooooose one more door. I don't wanna huuuuuurt anymooooooore".
Kiedy puszczali tę piosenkę, to były czyste emocje. Nie miałem w pokoju telewizora, ale co wieczór mogłem liczyć na występ na żywo. Nadawano Good Times i sąsiadka z naprzeciwka już wiedziała, że jestem w domu. Przeklęta, uwielbiała mnie prowokować. W moim pokoju było okienko, które można nazwać magicznym. Stamtąd miałem bezpośredni widok na pomieszczenie w domu naprzeciwko, gdzie pewna hojnie obdarzona przez naturę kobieta lubiła się obnażać. Leciała ścieżka dźwiękowa, a ona rzucała ubrania wyraźnie w moim kierunku. Rozbierała się do naga, przyjacielu. Aj, aj, uj, uj. Uwielbiałem to - i ona też.
Dzisiaj mogę o tym opowiadać, bo już nikt tam nie mieszka. Każdej nocy urządzała to przedstawienie dla nastolatka. Nie mogłem się chyba skarżyć, co? W dzisiejszych czasach smarkacze oglądają pornosy, a ja miałem to na żywo, brachu! Ale nigdy nie wydarzyło się nic więcej. Dopiero poznawałem życie i nie byłem na tyle odważny, żeby pójść i z nią pogadać. Poza tym w faweli nie ma tajemnic. Każdy wie wszystko o każdym. A ja nie chciałem pakować się w tarapaty. Chociaż oczywiście i tak się wpakowałem.
W Vili Cruzeiro cała smarkateria flirtowała. I szczerze mówiąc, nie była to czysta gra, nie istniało coś takiego jak wyłączność. Wyrywało się jakąkolwiek. Jak nie ta, to tamta - mogła być mężatką, mieć chłopaka czy konkubenta, chrzanić to, człowiek nie zastanawiał się dwa razy. Nie zastanawiał się. W każdy weekend była impreza funkowa dla dzieciaków i świetnie się tam bawiliśmy. Mniej więcej w tamtym okresie miałem swoją pierwszą dziewczynę. Na imię jej było Lidiane. Nie ma sensu wdawać się w szczegóły, bo nasza relacja nie trwała długo. Smutna prawda jest taka, że był to związek interesowny.
Ja byłem już wielki, ona malutka, wyglądała przy mnie jak liliputka. Trzymałem u siebie 20-litrowe wiadro, takie po farbie, które stawiałem za drzwiami domu mojej babci. Kiedy Lidiane do mnie przychodziła, wynosiłem to wiadro. Ona musiała na nie wejść, żeby znaleźć się na mojej wysokości i żebyśmy się mogli pocałować. Dziewczyna była może lilipucia, ale pulchna, bo ja nie zadaję się z chudzielcami. Nigdy się nie zadawałem. Kości to lubią psy, no nie, Thiago? Zamów mi kolejną whisky, stary. Hej, Naná! Tutaj znowu wyschło, przyjacielu! Przynieś nam jeszcze, proszę.
No więc wracając do historii mojej pierwszej dziewczyny, prawda jest taka, że tworzyliśmy śmieszną parę. Miałem już wtedy ze 180 centymetrów wzrostu, a ona sięgała mi do pasa. Kiedy zjawialiśmy się razem, chłopacy mieli niezły ubaw. Rzecz w tym, że za naszym związkiem krył się pewien sekret. Wstyd mi o tym opowiadać, ale dobra. Tylko wcześniej pociągnę sobie łyka. Gdzie moja zapalniczka, do cholery? No więc tak... Rodzina tej dziewczyny też mieszkała w faweli, ale nawet tam istnieją warstwy społeczne. Każda comunidade ma swój obszar notabli, swój najbiedniejszy region, rodziny, które mają trochę więcej środków, rodziny, które nie mają absolutnie nic, i tak dalej. No więc mój ówczesny "teść" należał do elity Vili Cruzeiro. W konsekwencji moja szafa wzbogaciła się o nową kolekcję koszulek, szortów i klapek marki Redley. Lidiane wzmacniała moje morale.
Za każdym razem, gdy się pokłóciliśmy, wstępowała do lokalnego sklepu i przynosiła mi nowy prezent. Powiedzmy, że kłótnie stawały się coraz częstsze... Aż w końcu zrozumiała, co się dzieje. I źródełko wyschło. Co mogę zrobić? Każdy radzi sobie, jak może, żeby dobrze wyglądać. Przestań się śmiać, Thiago. Mówię serio. Nie! Historii o Van Dammie nie będę opowiadał. Cholera, ja tu piję, a ci wyskakują z jakimiś głupotami... Opowiadałem to już tysiąc razy i zawsze mi wstyd jak diabli. No ale dobra. Macie szczęście, że wydoiłem już połowę butelki. Czuję się na tyle pobudzony, żeby przypomnieć tę historię. Patrzcie na Oriona, drań jeden. Już się chichra z moich wybryków. Jesteś strasznie wkurzający. W porządku, stary. Opowiem.
W tamtym czasie chodziłem do szkoły Monsenhor Rocha w Penhi. Tak myślę, że to było tam, bo mnie też wszystko się miesza. W każdym razie w mojej klasie była ta dziewczyna, nazwijmy ją Meliną, żeby oszczędzić wstydu innym. Była czarna, miała krótkie włosy, mięsiste usta i pomalowane oczy, które zwracały uwagę. Ale powiedzmy, że brakowało jej niezbędnych atrybutów, żeby została uznana za piękność faweli. Cóż, każdy ma swój urok. A Melina, która była ode mnie trochę starsza, była też zaręczona, przyjacielu. Co oznacza, że miała już doświadczenie w sferze, w której ja byłem jeszcze zielony. Wymienialiśmy spojrzenia w trakcie lekcji. Nie miałem cierpliwości słuchać nauczycielki portugalskiego. Interesowały mnie tylko spojrzenia Meliny. Aż pewnego dnia podeszła do mnie na przerwie i rzuciła: "No hej, jak leci?".
Bądźmy szczerzy, wszyscy wiedzą, co to znaczy, nie? Tyle że ja nie miałem pieniędzy, żeby zabrać dziewczynę do motelu. Nawet nie wiedziałem, jak to w ogóle działa. Więc gdzie miałem to zrobić? Tak, w pokoju mamy... Cała ta sprawa wymagała pewnych zabiegów. Moi rodzice wychodzili do pracy i klucze do domu zostawiali u babci. Musiałem bezczelnie poprosić babcię, żeby otworzyła mi drzwi, bo muszę wziąć zeszyt dla koleżanki ze szkoły. Czy babcia to kupiła? Nie wiem. Chyba nie. Ale najważniejsze, że otworzyła drzwi i zapewniła mi niezbędną prywatność. Kocham cię, babciu!
Weszliśmy do mojego domu. Miłosne gniazdko nie może być kompletne bez odpowiedniej muzyki, no nie? Włożyłem do radiomagnetofonu taśmę z piosenkami nagranymi z Good Times i muzyka wypełniła cały pokój. "And aiiiiiiiii. Iaiiiiii. Will always..." Tak, moi drodzy. Mam dobry gust, już o tym mówiłem. Whitney Houston śpiewała, a czarnulka, z tymi mięsistymi ustami, położyła się na łóżku doni Rosildy i zrobiła to, co później nazwałem "rozłożeniem nóg Van Damme'a". Cholera, nie pamiętasz? Ten film z belgijskim aktorem. Krwawy sport***. Koleś latał z tak szeroko rozłożonymi nogami, że przypominał cyrkiel. Często puszczano ten film w cyklu Sess?o da Tarde.
Myślę, że Melina nie opuściła ani jednego seansu. Bo, stary, elastyczność tej dziewczyny była jak z filmu. Rzuciła tylko: "Chodź!". Nie mówiła zbyt wiele. Pomyślałem: Chooooleraaaa! Co ty, kurwa, narobiłeś, chłopaku? Ta wielka pitaja przed moim nosem, a ja nie wiem tak naprawdę, co mam robić. Powiedziałem jej, że to mój pierwszy raz. I Melina chciała mi pomóc, to było jasne. Postępowałem zgodnie z jej wskazówkami w postaci gestów, jakby była stewardesą przed odlotem. Musiałem wyglądać śmiesznie. No ale co miałem zrobić? Musiało być, jak należy.
Pogłośniłem radiomagnetofon, Whitney kolejny raz była moją towarzyszką i zagłuszała wszelki hałas, który mógłby wzbudzić podejrzliwość mojej cioci, która mieszkała na dole. I tyle. Nie pamiętam, ile to trwało ani co robiliśmy później. Nie powiem, że spisałem się na medal. Od zera do stu dałbym sobie pięć i pół. Przyznaję: denerwowałem się. Moja fujarka nie ważyła jeszcze nawet pięciuset gramów. Miała jakieś sto, sto pięćdziesiąt... Byłem małolatem, no nie? Tak naprawdę chciałem tylko stracić ten krępujący dla chłopaka w moim wieku stygmat. A ona też miała ochotę na inne popołudnie, żadna wielka sprawa.
Tyle że w faweli zawsze znajdzie się jakiś plotkarz. Wiesz, jak to jest, no nie? Ściana przyklejona do ściany. Nie ma jak się ukryć. A Whitney nie uratowała mnie przed ciekawością innych.
Kilka dni później siedziałem sobie na ulicy przed moim domem - i kogo nagle zobaczyłem, jak wspina się ulicą z wysoko uniesionym podbródkiem i wysuniętą klatą, bojowo nastawiony? Tak, narzeczonego Meliny. Podszedł do mnie, ja się podniosłem. Rzucił: "Siema, młody", odparłem: "Co jest?". "Kurczę, podobno przeleciałeś moją kobietę", powiedział. Na co ja: "Jaaa przeleciałem twoją kobietę, stary? Kim jest twoja kobieta?". On: "To Melina, młody!". Ja: "Melina chodzi ze mną do klasy, koleś. Kto ci nagadał takich głupot?". On: "No... widziano, jak wchodziłeś z nią do domu". Odpowiedziałem: "Słuchaj, jak miałbym przelecieć twoją kobietę... - kłamię, no nie? - Jak miałbym zaliczyć twoją kobietę w moim domu? W domu mojej matki i mojego ojca. Znasz mojego ojca. Czy on by zaakceptował coś takiego? Moja ciotka zaakceptowałaby coś takiego? Wszyscy tu na dole? Zastanów się". Popatrzył na mnie zdezorientowany. "To co teraz?", zapytałem. Odparł: "Będziemy walczyć". Ja: "Dobra, jak chcesz".
Podstawowa zasada przetrwania w faweli jest taka, że nie można odpuścić. Nigdy. Owszem, koleś był ode mnie starszy i większy. Mimo to musiałem się mu postawić. Bo kiedy okażesz gotowość do konfrontacji, twój przeciwnik zastanowi się dwa razy. "Szlag, czy ja dam radę temu wariatowi?" On tego nie powiedział, ale dało się to wyczytać z jego oczu. Ta sekunda niezdecydowania, która pogrąża stopera na boisku.
Nikt nie chce wracać do domu z przyprawionymi rogami i na dodatek z rozkwaszonym nosem. Narzeczony szybko przyjął najlepszą dla siebie i dla mnie postawę. Udał, że mi wierzy, wymamrotał jakieś skargi i puste groźby, żeby tylko zachować honor, i szybko się zmył. Autorytet Mirinho uratował mi skórę i zapobiegł niepotrzebnemu zamieszaniu. To zawsze działało, taka jest prawda. Już nigdy więcej nie widziałem tego gościa. Ani jej.
Mój dom był czymś w rodzaju ambasady faweli. Wszyscy wiedzieli, gdzie się znajduje. Nikt nie miał odwagi wszcząć w pobliżu bójki. Bo mój ojciec był człowiekiem jednoczącym. Z tych, co to lubią przyciągać do siebie ludzi, rozumiesz? Można powiedzieć, że był ojcem wszystkich chłopców i dziewczynek w Cruzeiro. Zawsze lubił się otaczać młodymi ludźmi i w ten sposób powstała nasza amatorska drużyna Hang. Spotkania po meczach zawsze odbywały się przed naszym domem. Więc ojciec stworzył tam nawet pewien rytuał.
To on organizował każdego sylwestra. Smarkateria malowała sobie twarze węglem, nie wiem dlaczego, już nie pamiętam. Ale na samą myśl o tym chce mi się śmiać. Ojciec zbierał wszystkie dzieciaki. Sam szedł na przedzie, prowadząc całą grupę. I krzyczeliśmy na uliczkach Cruzeiro: "Chcemy wina! Chcemy wina!". Ludzie stawiali w oknach butelki wina musującego, z tych najtańszych, a my je zbieraliśmy. Procesja zaczynała się na Dziewiątej Ulicy i kończyła na boisku Ordem e Progresso. Każdy przynosił kawałek mięsa, worek węgla i tak wyglądał nasz sylwester. Futbol, grill i mnóstwo dobrej zabawy. Pamiętasz to, co nie, Geo?
Już na samo wspomnienie ogarnia mnie tęsknota za Cruzeiro. Będę to powtarzał do znudzenia: Didico to sentymentalny gość. Gdzie jest reszta kumpli, Orion? Zadzwoń do nich, chcę mieć tu dzisiaj wszystkich. Przy naszym stoliku siedzi niewiele osób. Właśnie tak wygląda początek tygodnia, w barze jest raczej pusto. Co nawet wolę, jeśli mam być szczery. Ale nasza paczka musi być tu w komplecie. I nie przyjmuję wymówki, że jest zimno. Kumple Thiago też są już w drodze. Po drugiej stronie baru usiadło kilka dziewczyn. Rozpoznaję je z daleka. Nawet koń nie wytrzyma.
* Toddynho - napój czekoladowy (przyp. tłum.).
** Linha Amarela (żółta linia) - droga ekspresowa łącząca północną i zachodnią część miasta, otwarta w 1997 roku (przyp. tłum.).
*** Krwawy sport, reż. Newt Arnold, USA: Golan-Globus, 1988, 92 min.