Adios muchachos - Daniel Chavarria

-
Proszę czekać

Rozdział drugi

W przestronnej sali konferencyjnej w gmachu Ministerstwa Turystyki dziesięć osób gawędziło przy stole tak wielkim, że z łatwością mogłoby siedzieć przy nim znacznie więcej dyskutantów. Personel rozłożył serwetki, porozstawiał popielniczki i butelki wody mineralnej, a dwie eleganckie asystentki rozdawały pliki dokumentów, podczas gdy kelner krążył po pomieszczeniu i nalewał kawę.

Nad wyraz dobrze ubrany i przystojny mężczyzna ("Mr. Victor King", jak głosiła ustawiona przed nim akrylowa wizytówka) wstał z miejsca, podszedł do stojaka z wielkoformatową mapą Kuby i - sięgnąwszy po teleskopowy wskaźnik - zwrócił uwagę zebranych na kilka punktów na północnym brzegu wyspy. Następnie wyciągnął drugą rękę i wskazał na krzyżyki widniejące w dolnej części mapy. Wyspę niczym aureola opasywały różne odcienie jasnej zieleni, żółtości i bieli, oznaczające zmieniającą się głębokość szelfu.

King przemówił do zebranych idealną hiszpańszczyzną, nieco tylko naznaczoną akcentem meksykańskim.

- Jak już tłumaczyłem, wszystkie niebieskie punkty naokoło wyspy to miejsca zatonięcia galeonów na przestrzeni półtora stulecia, między rokiem tysiąc pięćset dziewięćdziesiątym szóstym a tysiąc siedemset sześćdziesiątym. Mnóstwo informacji o nich znaleźć można w Hiszpanii w Głównym Archiwum Indii. Jesteśmy przekonani, że Kuba jest na niezwykle uprzywilejowanej pozycji, sprzyjającej rozwojowi aktywnej turystyki morskiej, powiązanej z poszukiwaniami skarbów zagubionych na dnie oceanu.

Za przepierzeniem z matowego szkła dwie sekretarki odbywały własną naradę.

- Ten gość to niezłe ciacho!

- Zupełnie jak Mel Gibson.

- No jasne! Wiedziałam, że mi kogoś przypomina.

Zakończywszy prezentację, Victor usiadł z powrotem na swoim miejscu i zwrócił się do jednego z mężczyzn po drugiej stronie stołu:

- Jak więc pan widzi, panie ministrze, możliwości są nieskończone.

Spojrzenie ministra prześlizgnęło się po Victorze i zatrzymało na człowieku obok niego, jasnowłosym, czterdziestoparoletnim Europejczyku, jakieś metr siedemdziesiąt pięć, rumianym, o przyjemnej aparycji. "Mr. Hendryck Groote" łysiał, a włosy, które pozostały mu jeszcze wokół skroni i z tyłu głowy, były na tyle długie, że dało się z nich upleść samurajski warkocz. Guayabera, którą miał na sobie, była co najmniej o numer za duża.

- Tak - odezwał się minister - czytałem raport i szczerze mówiąc, sprawa wygląda bardzo atrakcyjnie. Ale rozmawiałem z paroma naszymi specjalistami, którzy uważają, że jeżeli chcemy wyruszyć na poszukiwania zatopionych statków, nie powodując przy tym zagrożenia dla przyszłych podmorskich badań archeologicznych na naszych wodach terytorialnych, musimy nabyć bardzo kosztowny sprzęt, za jakieś dwadzieścia milionów dolarów. Czy byliby panowie w stanie podjąć się takiej inwestycji?

Minister wbił wzrok w pozostałych przekonany, że udało mu się wywrzeć na nich wrażenie.

Mężczyzna z ogromnym nosem skończył podpalać dla Grootego cygaro marki Cohiba i zwrócił się do ministra, przechodząc na angielski:

- Panie ministrze, dwadzieścia milionów dolarów to chyba zbyt mało jak na projekt, o którym myślimy...

- Jasna cholera, ale nochal! Kto to, u diabła, jest?

- Nazywa się Jan van Dongen. Mówią, że to pitbul Grootego.

- ...jako że prowadzilibyśmy działania w kilku różnych miejscach naraz.

- I jeżeli wejdziemy w ten projekt - przerwał mu Groote - nasza inwestycja w sprzęt wyniesie ponad sto dwadzieścia milionów dolarów...

Hendryck Groote mówił po angielsku z silnym akcentem - jak oceniły sekretarki, niemieckim bądź holenderskim - i pomimo delikatnych rysów twarzy spojrzenie miał przenikliwe, sposób zachowania zaś ewidentnie zdradzał w nim człowieka przywykłego do wydawania poleceń. Cygaro palił pospiesznie, nie zaciągając się i z wyrazem niezadowolenia na twarzy. Ani na moment nie oderwał wzroku od ministra.

- ...co wraz z dwustu trzydziestoma milionami dolarów na rozwój trzech hoteli oznaczałoby z naszej strony inwestycję rzędu trzystu pięćdziesięciu milionów dolarów.

Rozdział trzeci

Chcąc w pełni wykorzystać swoje piersi, pokaźne pośladki i mocne uda, hawańskie dziwki ubierają się zazwyczaj w sposób, który można z wdziękiem określić "minimalistycznym". Tak jawne epatowanie swymi atrybutami miewa niekiedy pewien naiwny urok. Czasami z kolei działa przygnębiająco. Kiedy indziej nachodzi cię ochota, by się roześmiać. Czasami wreszcie - choć rzadko - nachodzi cię ochota, by skosztować.

Alicia również eksponowała swoje wdzięki.

Czy prowokująco?

Oczywiście! Wszelka promocja w handlu sprowadza się do bezczelności, szczególnie zaś w przypadku, gdy towarem jest akurat to, co zwykło się określać "strefami intymnymi".

Lecz Alicia prowokowała jedynie wówczas, gdy jechała na rowerze. Pieszo była wspaniała, piękna, ale w żadnym wypadku wyzywająca. Zawdzięczała to wielce oryginalnej technice, którą wypracowała z pomocą matki.

Gdy wyruszała na łowy na cudzoziemców, wkładała dosyć luźne białe szorty, sięgające niemal do połowy uda. Taki strój zwykły nosić kobiety grające w tenisa - zupełnie przyzwoity, lecz w przypadku Alicii umożliwiał prezentowanie zgrabnych kostek i dołków pod kolanami bez wzbudzania podejrzeń co do jej profesji.

Ludzie, rzecz jasna, oglądali się za nią - i to jak! Dla większości mężczyzn powstrzymanie się przed spojrzeniem graniczyło w istocie z niemożliwością. Kiedy przechodziła, owe dwie bliźniacze alabastrowe półkule, wieńczące jej doskonałe uda, nieuchronnie ożywiały stojących na rogu facetów, którzy rzucali za nią typowe obleśne teksty w rodzaju: "Kotku, czego to bym z tobą nie robił...!".

Niektórzy uznawali ją za turystkę. Gdy Jej Najjaśniejsza Ponętność pojawiała się na ulicach Hawany, skłaniało to niektórych mężczyzn do dziwnych słów lub zachowań, lecz większość pogrążała się w sennej melancholii, gdyż zdawali sobie sprawę, że skazani są, by przejść przez życie, nigdy nie kosztując podobnej kobiety. Owszem, wszystkich ich podniecała, w żadnym razie jednak nie wyglądała obscenicznie. W istocie rzeczy przypominała sportsmenkę... elegancką sportsmenkę. Alicia nie wychodziła na ulicę, by zarobić szybki szmal, taki do wydania w mgnieniu oka, lecz by zdobyć majętnego cudzoziemca, który uczyni ją swoją żoną bądź stałą kochanką - gościa gwarantującego poważne pieniądze w twardej walucie, które mogłaby odwiedzać w banku, najlepiej w Szwajcarii.

Alicii chodziło o zapewnienie sobie przyszłości, a wulgarność niczemu w tym projekcie nie służyła.

Zarazem jednak jej krótkie spodenki zaprojektowane były tak, by za każdym razem, gdy pedałowała po ulicach Hawany, jak najbardziej wykorzystać wspaniałości swoich pośladków. We wszystkich parach szortów miała sześć strategicznie rozmieszczonych guzików, trzy po każdej stronie. Alicia sama je naszyła, z wielką troską sporządzając też dziurki, a kiedy jechała na rowerze, rozpinała wszystkie sześć. Oczywistym pretekstem po temu było zapewnienie większej swobody ruchu przy pedałowaniu. Następnie wywijała wszywany pasek, ściągała go i podwijała dolną krawędź spodenek, aby odsłonić kolejne centymetry zaokrąglonych ud. Gdy wsiadała na rower, wprawiała oswobodzony zadek w ruch - siup, siup, pośladek w górę, pośladek w dół, bum, bam - naciskając na połyskujące siodełko, które ustawiła tak wysoko, że już samym pedałowaniem wprawiała je w powodujące halucynacje kołysanie.

Dla pewności, że nikt nie weźmie jej za dziwkę, przerzucała przez plecy worek jutowy, z którego wystawała długa przykładnica oraz dwa zwinięte arkusze papieru do szkicowania. Czyżby inżynierka? A może architektka?

Alicia nie była studentką - to jest była nią przed dwoma laty. Swego czasu zapisała się do Szkoły Literatury i Sztuki, za wiodący przedmiot obierając literaturę francuską. Teraz posiadała państwowe zezwolenie na prowadzenie niezależnej praktyki translatorskiej. Zdaniem sąsiadów od czasu do czasu pracowała jako tłumaczka. "Chętnie zerknęłabym na te jej przekłady" - rzucała niekiedy jakaś stara babina. Zawsze trafiał się ktoś, kto spod nawet najlepszych perfum zdawał się wyczuwać coś podejrzanego, lecz Alicia nigdy nie dopuściła się czegokolwiek, czym mogłaby ściągnąć na siebie uwagę państwowych strażników rewolucji.

Prócz bezbłędnej francuszczyzny władała też angielskim, którego nauczyła się w dzieciństwie, a ostatnio, dzięki parze Włochów, którzy odbyli z nią intensywny, dziewiętnastodniowy kurs (dwanaście dni z Enzem i siedem z Guidem), udało jej się nawet liznąć języka Dantego. Miała talent do języków - doskonałe ucho do wychwytywania wymowy - i dzięki wytężonej nauce umiała go wykorzystać. Zawsze prosiła, powtarzała i nalegała, by ją poprawiać, jeżeli wymawia coś niewłaściwie. Guido nie posiadał się ze zdumienia, że w tak krótkim czasie podłapała tyle słownictwa i zdołała wbić je sobie do głowy.

- Ecco! Ribadito sul cervello.

Rubasznie rechocząc, co podrzucało jego obwisły podwójny podbródek, głaskał ją po pupie niczym po szklanej kuli. Był przekonany, że uczyła się właśnie z jego powodu. Czy mu to schlebiało? A jakże!

Nim wsiadł do samolotu, który miał go zabrać z powrotem do Włoch, Guido kazał jej przysiąc, że nie przerwie nauki. Kiedy za osiem miesięcy powróci, zrobi jej test - jeśli Alicia go zda, otrzyma od niego nagrodę.

- D'accordo?

- Va bene.

A jeśli Alicia rzeczywiście będzie się starać i nauczy kilku włoskich piosenek, nagrodą będzie zaproszenie na wycieczkę do Italii.

Alicia lubiła śpiewać, zwykle też akompaniowała sobie na gitarze. W repertuarze miała parę starych, sentymentalnych utworów kubańskich, trochę Serrata, Piaf, Léo Ferrégo, Jacques'a Brela; lecz Guido życzył sobie, by swym sennym, zmysłowym, chropowatym głosem śpiewała mu przeboje Domenica Modugno, Rity Pavone i innych jego favoriti z lat sześćdziesiątych.

Tydzień później Alicia otrzymała za pośrednictwem firmy kurierskiej DHL paczkę zawierającą słownik, podręcznik, sześć kaset oraz książkę z włoskimi piosenkami o miłości, opatrzoną romantycznymi dopiskami poczynionymi starannym pismem Guida.

Niech to szlag, jaka szkoda, że Guido jest tak gruby. Co więcej, nie był wcale bogaty. Owszem, zarabiał 150 tysięcy dolarów rocznie, lecz poza tym nie miał ani lira oszczędności w banku, żadnego portfela inwestycyjnego, posiadłości czy w ogóle czegokolwiek. Nie byłoby czego po nim dziedziczyć. Sam siebie określał "anarchistą na drodze ku socjalizmowi". Dacie wiarę?! No i zawsze wygłaszał romantyczne tyrady o tym, jak to pieniądze są ważne tylko wtedy, gdy mu są do czegoś potrzebne, że nigdy nie dałby się im zniewolić i całe inne temu podobne bzdury. Zarazem jednak był miły, dowcipny i szczodry... a przy tym wcale nie najgorszy w łóżku. Ale co za palant! Jaka szkoda!

- koniec darmowego fragmentu - zapraszamy do zakupu pełnej wersji