Prolog
Dawno, dawno temu...
To był zwyczajny dzień dla Złego. Pomijając, że jego ciało płonęło.
Pierwszy tydzień Evie Sage w nowej pracy okazał się koszmarny - przynajmniej dla Trystana Maverine'a.
Wosk skapnął z krawędzi świecznika na pergamin, który Zły właśnie przeglądał. Wyszczerzył się do niego z pogardą. Ta nieposłuszna kropla przypominała mu kobietę, którą zatrudnił, gdy się wykrwawiał i tracił poczucie rzeczywistości w Orzesznikowym Lesie.
Zaiste doskonały moment na podejmowanie decyzji kadrowych.
Na swoje usprawiedliwienie miał to, że był pewien, iż ona nie przepracuje nawet jednego dnia. Ale była niezłomna. Próbował wszystkiego, by ją zniechęcić, nie wyłączając morderstwa - i to dosłownie. Nawet nie mrugnęła, gdy zobaczyła trupa na swoim biurku, a przeklęty uśmiech nie opuścił jej twarzy. Nieważne, jak niebezpieczne czy obrzydliwe zadanie jej powierzał, ona się uśmiechała. I co gorsza, ani myślała rezygnować z pracy. Jej uporczywa obecność budziła w nim uczucie, którego za nic nie potrafił zidentyfikować.
Wyraźnie wyczuwał, że stoi obok, niemal promieniując ciepłem, jakby była zbiorem drgających świetlistych iskierek. Musiał walczyć, by odwracać się od tego światła, jakby fizycznie przyciągało jego wzrok i myśli. Ale nie pozwoli mu się rozproszyć. Wpatrywał się uporczywie w onyksowy blat swojego biurka, na który właśnie spadła kolejna kropla wosku. Znajdował się na granicy wybuchu - jakby był beczką z prochem, a wokół rozlewała się łatwopalna substancja.
Przeglądał korespondencję, a ta nie poprawiała mu nastroju. Przeklęci arystokraci. Kolejne zaproszenie od lorda Fowlera, jedynego w całym kraju szlachcica, który wciąż był skłonny robić interesy ze Złym. Można by to uznać za zaletę, gdyby nie fakt, że lord nieustannie zapraszał go na wystawne kolacje. Mógłby równie dobrze przysłać skrzynkę dynamitu.
Na szczęście listowne grzeczności mógł łatwo zignorować. Znacznie trudniej było to uczynić, gdy źródło uprzejmości znajdowało się zaledwie półtora metra od niego, uśmiechało się i... bogowie, czy ona właśnie nuciła?
Nikt nie powinien być tak pogodny. To nienaturalne.
Zaczął się zastanawiać, czy asystentka, którą zatrudnił, na pewno jest człowiekiem, czy może jakimś maniakalnym słonecznym duszkiem, który nigdy nie zaznał cienia. Niestety ta nienaturalna pogoda ducha nie kończyła się na niej. Zaraźliwa energia rozprzestrzeniała się po biurze szybciej niż mistyczna choroba, która od dekady zbierała śmiertelne żniwo w całym Rennedawn.
Wyglądało na to, że tylko on był odporny na tę siłę. Pracownicy wydawali się szczęśliwsi, witraże przedstawiające sceny mordu jaśniały nowym blaskiem, nawet strażnicy stali się bardziej uprzejmi, mniej krwiożerczy.
Dziś rano widział stażystę, który przemierzał korytarz w podskokach. To była ostatnia kropla, która przelała czarę goryczy.
Sage ponownie zanuciła. Miał ochotę nią potrząsnąć i zapytać, skąd się u niej bierze ta bezdenna studnia pogody ducha. Znów zanuciła, a jego powieka zadrgała. Mylił się. To była ostatnia kropla.
Odwrócił się od korespondencji, z ustami otwartymi do reprymendy, lecz odpuścił, gdy ujrzał jej rozmarzoną twarz. Opierała się o szeroko otwarte okno gabinetu, a blask księżyca i gwiazd rozświetlał jej profil. Nocne powietrze muskało ciemne włosy, tworząc iluzję, że dziewczyna unosi się w powietrzu. Wpatrywał się w łagodny łuk jej nosa niemal... oczarowany?
Coś trzeba było z tym zrobić.
Oderwał od niej wzrok, po czym warknął:
- Ta papierologia sama się nie ogarnie, Sage.
Zmarszczył brwi, a jego zgrubiałe od pracy dłonie ślizgały się po gładkim pergaminie, kiedy udawał, że sortuje dokumenty. Zwłoki na biurku może i nie zrobiły na niej oczekiwanego wrażenia, ale nocna zmiana spędzona na porządkowaniu dokumentów z pewnością ją złamie.
Jej twarz pojawiła się w polu widzenia, gdy dziewczyna zbliżyła się do biurka. Zmarszczyła nos i przekrzywiła głowę w jego stronę. Czarna burza loków opadła jej na ramię.
- Ależ to byłoby wygodne! - rzuciła radośnie.
Zaraz się porzyga.
Odchrząknął, zdegustowany ciepłem, które rozlało się po jego wnętrzu, i znów spojrzał na swoje biurko - a dokładnie na Kingsleya, jednego ze swoich najstarszych przyjaciół i niemal nieodłącznego towarzysza przez ostatnią dekadę. To właśnie książę, który niegdyś był człowiekiem, wpakował go w to całe bagno.
Kingsley i jego samowolne przechadzki zaprowadziły go prosto w szpony magicznej straży króla. A to z kolei dosłownie rzuciło Evie Sage w ramiona Trystana. Wciąż czuł ciepło jej ciała przyciśniętego do swojego. Jej włosy pachniały różami.
Korona psotnego płaza niebezpiecznie się przekrzywiła, kiedy ten uniósł jedną ze swoich tabliczek. Widniało na niej słowo: ŚLICZNA.
- Myślisz, że o tym nie wiem? - burknął Trystan, zabierając tabliczkę z małej, błoniastej łapki zuchwałej żaby i przyciskając ją rewersem do blatu, zanim Sage zdążyła cokolwiek zauważyć.
- O czym niby, szefie? - spytała.
Cholera.
- O tym, że twoje bujanie w obłokach opóźnia załatwienie spraw na czas - odburknął, posyłając Kingsleyowi mordercze spojrzenie, kiedy ten pokręcił z dezaprobatą maleńką głową.
Nie będzie mi rozkazywała jakaś przeklęta żaba.
Sage niemal przefrunęła przez gabinet z powrotem do jego biurka, a jej jasne oczy błyszczały figlarnie i szczerze jednocześnie.
- Nie bujałam w obłokach. Wypowiadałam życzenie.
Zielona spódnica w kwiatki zawirowała wokół jej nóg, gdy dziewczyna zaatakowała go całą mocą swojej radości.
Trystan niemal się uchylił.
Zamiast tego skupił się na jej słowach.
- Życzenie?
Usiadła naprzeciwko niego, na nowym krześle, odgarnęła loki z twarzy i sięgnęła po stos papierów.
- Nikt ci nigdy nie powiedział, że gwiazdy słuchają życzeń? - spytała, wyraźnie zdziwiona, jakby to ona usłyszała właśnie coś absurdalnego.
- Musiałem przegapić tę lekcję w szkole - odparł sucho i skupił uwagę na raporcie dowódczyni Złowrogiej Gwardii, Keely.
Dziewczyna zmarszczyła brwi.
- Och, nie! O gwiazdach nie uczą w szkole. Tę wiedzę przekazała mi mama i jej rodzina. A wuj Vale był prawdziwym ekspertem. Z kuzynką Heleną całe lato spędzałyśmy na leżeniu w trawie i rozmawianiu z niebem. To było cudowne.
Jej oczy, dotąd roziskrzone radością, nagle wydały mu się nieobecne, a uśmiech wyraźnie zadrżał. Dziwne.
Mówiła dalej, jakby siłą rozpędu.
- Lekcje może nie były tak ciekawe, ale i tak za nimi tęskniłam po tym, jak przestałam chodzić do szkoły.
Trystan wbił wzrok w kroplę wosku na blacie.
- Nie wspomniałaś w życiorysie nic o wykształceniu.
- Musiałam rzucić naukę, kiedy zniknęła mama - odpowiedziała z udawaną lekkością. - Tata miał swoją firmę, a ktoś musiał zostać w domu z moją młodszą siostrą.
Nie drąż, nakazał sobie. To nieistotne.
- Ile miałaś lat? - zapytał. Cholera.
Usłyszał szelest papierów, które niemal zgniatała w rękach.
- Trzynaście.
Serce zacisnęło mu się w piersi.
Kingsley trzymał już w górze kolejną tabliczkę, wyraźnie skierowaną do niego. Machnął nią tuż przed twarzą Trystana. GBUR.
- Sage, ja... - Urwał. Słowa przeprosin zamarły mu na ustach. Jakich znowu przeprosin? Zły nie przepraszał. Sama chęć ich wypowiedzenia zbiła go z tropu do tego stopnia, że zamilkł.
Jej nazwisko zawisło niezręcznie w powietrzu między nimi. Zmiął list i rzucił nim do kosza, żeby nie musieć na nią patrzeć. Ale i tak spojrzał.
Na jej twarzy widniał wyraz przerażenia, który momentalnie przerodził się w zakłopotanie, gdy dostrzegła jego wzrok.
- Och... Przepraszam. Zwykle nie mówię aż tyle.
Cóż, to stanowczo nie była prawda. W ciągu ostatnich siedmiu dni usłyszał od tej małej zmory więcej słów niż od jakiegokolwiek innego człowieka, jakiego znał... i co gorsza, pamiętał niemal każde.
- Kłamiesz - rzucił szorstko, bez cienia życzliwości.
- Owszem - przyznała z kamienną twarzą, po czym zaśmiała się cicho. - O tym gadaniu, oczywiście. Ale przepraszam.
To ta jej słoneczna lekkość zachowania. Przepraszała tak naturalnie, z łatwością.
- W porządku - burknął.
Rozjaśniła się tak, że aż zamrugał. Czy to on ją tak rozpromienił?
- Chyba zaczynam czuć się przy tobie swobodnie - zauważyła.
Bogowie, była jak słońce. Potrzebował przyciemnianych okularów, żeby móc na nią patrzeć.
Skrzywił się i zmrużył oczy.
- Swoboda jest nie do przyjęcia w tym biurze. Teraz naprawdę jesteś mi winna przeprosiny.
Przygryzła wargę, ale kąciki jej ust i tak się uniosły w uśmiechu. Znów odwróciła głowę w stronę okna, ku najjaśniejszej gwieździe migoczącej na niebie. Z tęsknotą.
Tego już było za wiele. Musiał ją stąd wyprosić. Natychmiast.
Ale zanim zdążył ją odstraszyć, spojrzała na niego ponownie, a jej policzki delikatnie się zaróżowiły. Palce rozluźniły uścisk na trzymanych papierach i powiedziała z najczystszą szczerością:
- Przepraszam. Ale to prawda. To najlepsza praca, jaką kiedykolwiek miałam.
Zaklął pod nosem. Te słowa uderzyły go tak mocno, że aż się zachwiał. Poluzował kołnierz, żeby się nie udusić.
Nieznane dotąd uczucie, nawiedzające go za każdym razem, gdy przetrwała kolejną próbę i wciąż się uśmiechała, wreszcie pozwoliło się nazwać.
Ulga. To była ulga.
Serce waliło mu w piersi, ostrzegając przed niebezpieczeństwem związanym z tą emocją, ale i tak nabrał powietrza i odpowiedział:
- Cieszę się, że to słyszę.
Wstał i zabrał papiery z jej rąk. Puściła je bez oporu.
- Jesteś wolna, Sage. Myślę, że poddałem cię wystarczającym torturom.
Jej spojrzenie powędrowało ku drzwiom gabinetu, a gdy wstała, położyła rękę na biodrze i uniosła brew.
- Myślę, że mężczyźni w lochach na dole by się z tym nie zgodzili, szefie.
Zakrztusił się i uderzył pięścią w pierś, tłumiąc śmiech. Zaskoczyła go własna reakcja, więc zacisnął usta w wąską linię.
- Radzę się pośpieszyć, jeśli nie chcesz do nich dołączyć.
Znów zmarszczyła nos i ruszyła w stronę drzwi, lecz zatrzymała się, by ponownie spojrzeć przez okno - coś przyciągało ją do perłowego blasku, odbijającego się w jej oczach.
Nie potrafił się powstrzymać przed zadaniem pytania, nie wiedział nawet, dlaczego jest ciekaw. Ale musiał wiedzieć.
- Czego sobie życzyłaś? - zapytał, a jego głos zabrzmiał jak chrapliwy szept.
Odwróciła się do niego, ale powoli podeszła tyłem aż do samych drzwi. Sięgnęła ręką za siebie, by ująć klamkę. Na jej twarzy malował się łagodny wyraz, od którego jego kości miękły.
- Powiem ci, kiedy się spełni.
Następnie drzwi cicho się zamknęły za Sage, a Maverine znów dostrzegł kątem oka rozbłysk gwiazdy. Prychnął w jej stronę i ruszył szybko do biurka. Sięgnął do górnej szuflady po rubinowy kamień przywoławczy. Życzenia. Niedorzeczność.
Kamień przywoławczy, jak wiele innych klejnotów w jego posiadaniu, służył do komunikacji z członkami straży. Każdy dział miał przypisany inny magiczny kamień, zależnie od rangi, ale w tym wypadku potrzebował sektora rubinowego. Najgroźniejszego. Jego ulubionego.
Szybko wydał rozkaz, by ktoś kompetentny podążył w ciemności za Sage i dopilnował jej bezpiecznego powrotu do domu. W Orzesznikowym Lesie roiło się od niebezpieczeństw, gotowych wbić pazury w kogoś takiego jak ona, a Trystan zainwestował w nią już cały tydzień.
Nie zamierzał tego spisać na straty.
Nie pozwolę, żeby się zmarnowała.
W końcu jaki pożytek z asystentki... która nie żyje?