Adela. Krok w przyszłość. Tom 2 - Aneta Krasińska

-
Proszę czekać

Rozdział I

Obecnie: 20 stycznia 2019 roku

Adela wyłączyła światło w łazience i na palcach przeszła do kuchni. Zapach świeżo zaparzonej kawy wzywał ją już od dłuższej chwili. Chciała zrobić makijaż i stała dłuższy czas przed lustrem, ale nie znalazła w sobie tyle determinacji, by choćby pomalować rzęsy. W końcu wybrała aromatyczny napój.

Usiadła przy stole i beznamiętnie przyglądała się krzątaninie Alberta.

- Kawa? - zagadnął.

Skinęła głową.

- Kanapki z serem czy szynką?

- Dziękuję, nie jestem głodna.

- Nie wiadomo, ile to potrwa, więc lepiej coś zjedz - nalegał.

- Nie mam ochoty.

Albert wiedział, że namowami niczego nie osiągnie. Zdążył już poznać żonę, byli małżeństwem od czterech lat. Przypomniał sobie ich pierwsze spotkanie na sali szpitalnej. Wtedy też Adela nie dała się przekonać do spokojnego leżenia i odpoczynku w łóżku. O mały włos nie skończyłoby się to tragicznie.

- Kochanie, a w czym to pomoże, że nie będziesz jadła? - utyskiwał.

- Pewnie w niczym. - Spojrzała na niego zaczepnie. - Czy ty nie rozumiesz, że mam ściśnięty żołądek i czuję, jakby mnie ktoś przepuścił przez wyżymaczkę? Nie masz pojęcia, jak mi źle. Nie wiem, co ja tam powiem... Nie mam pojęcia...

- Kochanie, w ogóle nie powinnaś o tym myśleć. - Usiadł na wprost niej i objął jej lodowatą dłoń. - To w ich przypadku normalna procedura i pewnie tysiące matek miało podobne wątpliwości.

- A co mnie obchodzą inni? - Drgnęła, po czym zmroziła męża wzrokiem. - Jeśli do swoich pacjentów podchodzisz z podobną ignorancją, to mogę im tylko współczuć - żachnęła się i zabrała dłoń.

Albert przez dłuższą chwilę milczał. To nie była kobieta, którą znał i kochał.

Kiedyś wspólne życie wydawało się łatwiejsze. Potrafili w ciągu godziny spakować ubrania i wyjechać na Mazury. Wieczorami wychodzili do kina i żadne z nich nie spoglądało na zegarek. Adela wracała zmęczona z pracy, ale wciąż wyrażała ochotę na rozmowy o wszystkim i o niczym. Ostatnio coraz rzadziej zdarzały się takie dni. Jakby żałowała na nie energii.

Prawda jednak była taka, że mieli dla kogo ją kumulować.

- Przepraszam - szepnęła, odwracając wzrok. - Chciałabym, żeby nasze problemy wreszcie się skończyły.

Tym razem to Albert przytaknął głową w milczeniu.

- Tyle bym dała, żeby po spotkaniu z tymi fachowcami nasze życie stało się łatwiejsze. Żeby ktoś mi powiedział, że rozwój Pawełka mieści się w normie i nie ma się czym przejmować.

- Ada, nie myśl o tym teraz.

Delikatnie przygryzła dolną wargę i spojrzała na męża. On też jej się przyglądał. Jego ciemne oczy wciąż błyszczały miłością, a w głosie nie wyczuła napięcia.

- Musisz być silna dla nas - ciągnął. - Jesteśmy na ostatniej prostej. Wiedza jest o wiele lepsza od niewiedzy. Jeśli poznamy diagnozę, zaczniemy działać. Teraz to jest najważniejsze.

Adela ostatnio kompletnie nie panowała nad emocjami. Coraz częściej zdarzało się jej pokrzykiwać na pracowników, czego wcześniej nigdy nie odważyłaby się robić. Nawet Uli się oberwało za brak aktualnego zamówienia na farby i szampony. Wprawdzie później przeprosiła przyjaciółkę za swoje zdenerwowanie, ale ta do końca dnia chodziła jak struta.

- Dlaczego to nam musiało się przytrafić? - szepnęła, a łza kapnęła na jej szlafrok. - Czy jestem aż tak złą matką? Starałam się. Byłam na każde zawołanie. Pawełek jest dla mnie najważniejszy. Kocham tę kruszynkę - mówiła, a kolejne łzy więzły jej w gardle.

- Ada, proszę. - Albert wierzchem dłoni wytarł jej twarz. - Nie możesz w ten sposób mówić. Pawełek jest cudownym dzieckiem i żadna diagnoza tego nie zmieni. Kochamy go i zrobimy co w naszej mocy, żeby mu pomóc. To nie wyrok śmierci.

- A ja czasem tak właśnie się czuję - stwierdziła z wyrzutem.

Jej dłonie drżały, a głos się łamał. Ktoś, kto właśnie teraz zobaczyłby ją po raz pierwszy, mógłby pomyśleć, że Adela Wiśniewska to krucha i nieporadna kobieta, która użala się nad swoim losem. Jednak Albert wiedział, że to zupełnie inny typ kobiety, a pozory łudzą. Zbyt wiele w życiu przeszła i nie zasługiwała na kolejną przeszkodę, ale też nie tracił nadziei, że jego żona jest w stanie podnieść się i biec dalej. Odkąd ponad dwa i pół roku temu urodziła Pawełka, do ich życia wkradł się niepokój. Nic dziwnego, że często bywała zmęczona i nawet najprostsze domowe czynności traktowała jak wyzwanie.

- Twoja mama miała rację - oświadczyła.

Albert zmarszczył brwi, szukając w pamięci chwili, gdy jego matka wykazała się jakąś zdumiewającą mądrością, i jakoś nic szczególnego nie przychodziło mu do głowy. Wręcz przeciwnie, coraz częściej matka go irytowała i zaskakiwała swoimi poglądami na wychowanie dzieci, więc tym bardziej nie mógł zrozumieć, jakim cudem nagle stała się dla Ady autorytetem. Przecież żona ciągle powtarzała, że nie chce, żeby Danuta panoszyła się w ich domu i organizowała im życie. Wystarczy, że robiła tak u rodzeństwa Alberta. Może jego brat i siostra godzili się na to, ale on nie musiał.

- Pewnie powinnam być bardziej stanowcza dla Pawełka.

- I co to by dało? - Albert szeroko otworzył oczy. - Pawełek lepiej by się rozwijał?

- Albert, ja nie wiem. - Pokręciła głową, po czym schowała twarz w dłoniach. - Ja po prostu szukam wyjaśnienia.

- Wiem, kochanie, wiem - szepnął i ukląkł tuż przy niej.

Oparła głowę na jego ramieniu i tak trwali jakiś czas. Pamiętała, jak bardzo się cieszyli, gdy okazało się, że zaszła w ciążę. Nie byli jeszcze małżeństwem, ale to tylko przyspieszyło decyzję o ślubie. Nie była już nastolatką i wiedziała, że związek to odpowiedzialność i zaangażowanie, dlatego musiała mieć pewność, że postępuje właściwie. Ostatecznie to Pawełek podjął za nią decyzję o sformalizowaniu związku, a jego narodziny uznała za cud. Wcześniej rzadko myślała o macierzyństwie. Być może nie spotkała osoby, z którą chciałaby założyć rodzinę. Albert był inny i właśnie za to go pokochała.

Ula mocno ściskała kciuki, gdy dowiedziała się o ślubie przyjaciółki. Pomagała jej w przygotowaniach weselnych. Razem wybierały suknię ślubną. Nie obyło się bez przekomarzania. Przyjaciółka z bidula stawiała na tradycję, a Adela myślała o nowoczesnym kroju, zaczęła więc od przymierzenia białego garnituru. Ula niemal nie padła na zawał, dlatego przyjaciółka postanowiła zafundować jej nieco mniej ekstrawagancji i włożyła bladoróżową, krótką sukienkę z atłasu. Ula w napięciu zatrzepotała rzęsami i zagryzła wargi, by nie narazić się koleżance, a wtedy podeszła do nich sprzedawczyni z długim tiulowym trenem i zaproponowała jego przypięcie do sukienki. Ula odetchnęła z ulgą. To było dokładnie to, czego potrzebowały.

- Kawa i rogaliki - obwieścił Albert, wracając do kuchni.

Chwilę później postawił dwie filiżanki na białym blacie stołu i talerzyk z niewielkimi rogalikami. Adela niechętnie po nie sięgnęła. Nie czuła żadnego smaku. Kawa też jej nie smakowała, ale wzrok męża skutecznie motywował do jedzenia.

- Jedz, a ja pójdę ubrać Pawełka - rzucił, po czym wyszedł z jadalni.

Nawet w tym musiał ją wyręczyć. Ostatnio straciła energię. Wciąż czuła się zmęczona i myślała tylko o tym, by się zdrzemnąć. Nawet w nocy, gdy synek płakał, nie była w stanie zwlec się z łóżka. Czy tak postępuje matka? Świadomie unikała swojego dziecka. Dlaczego? Wstyd? Złość? Nieporadność? Na każde z tych pytań znała odpowiedź. Może gdyby wychowali ją rodzice, byłaby zdolna do miłości bezwarunkowej? Dom dziecka systematycznie zabijał w niej wrażliwość. Odzierał z uczuć. Hartował, nie szczędząc przykrości.

Przełknęła ostatni kęs i powlekła się do sypialni. Tak, to było jej królestwo. Ciemna tapeta na ścianie za łóżkiem podkreślała jej mroczną stronę. W bidulu noce były nieznośnie samotne i beznadziejnie długie. Pamiętała każdą szarą ścianę bez wyrazu. O zmroku ożywały. Plątane przez wiatr gałęzie malowały zdumiewające obrazy na ścianie, tuż za jej łóżkiem. To wtedy wyobrażała sobie, że gdy dorośnie, będzie podróżowała, by nadrobić stracony czas. Może by się udało, ale proza życia zakpiła z niej, pozostawiając wybór: albo praca i zarobki, albo podróżowanie i bieda. Na razie nie umiała tego połączyć, a odtąd mogło być już tylko gorzej.

Adela włożyła dżinsy i kolorowy top. Odruchowo spojrzała za okno. Śnieg wciąż sypał. Wyjęła więc gruby kardigan, którym się otuliła, i podreptała do pokoju synka. Powoli wsunęła się do środka. W ciszy obserwowała zmagania męża z opornym sweterkiem. Pawełek wyginał się na wszystkie strony. Ręce niezgrabnie wyrzucał na boki, a nogami nieustannie przebierał. Adela podeszła i wzięła dziecko od męża. Spróbowała przytulić syna, ale to jedynie pogorszyło sprawę.

- Może weźmy go w piżamie? - zapytał Albert.

- Pomyślą, że jesteśmy stuknięci.

- To by świadczyło o tym, że nie znają się na swojej robocie.

Adela zamyśliła się. Jak zwykle ostatnio. Coraz częściej stawała na rozdrożu i nie miała pojęcia, którą z dróg wybrać.

- Na piżamę włożymy dresy - zawyrokowała i sięgnęła po ubrania.

Wspólnymi siłami ubrali dziecko. Z kurtką poszło im dość łatwo, ale z czapką zawsze był nie lada kłopot. Próbowała z różnymi modelami, kolorami i fakturą. Jej synek nie akceptował żadnej. Teraz też zbladł, gdy spostrzegł, że Adela zamierza coś umieścić na jego głowie.

- Skarbie, zaraz wsiądziemy do autka - zaczęła, chcąc odwrócić uwagę dziecka. - Pamiętasz, jak warczy samochód?

Chłopiec nawet na nią nie spojrzał, wyrywając się z uścisku ojca.

- Jeszcze tylko momencik - nalegała, starając się, by w jej głosie nie zabrzmiała nuta zniechęcenia.

Dziecko nie zamierzało w niczym jej pomagać. Wciąż próbowało się wyswobodzić i mocno napinało mięśnie.

- Mam dość - stwierdziła, ścierając pot z czoła. - Założę mu kaptur.

Adela odłożyła czapkę i naciągnęła synkowi kaptur na głowę. Ostrożnie zawiązała sznureczki pod szyją. Sama też włożyła kurtkę, czapkę i buty, po czym wzięła na ręce dziecko, by Albert mógł się ubrać. Do samochodu zeszli w zupełnej ciszy.

Teraz znowu jej synek wydawał się takim spokojnym dzieckiem. W rączce ściskał czerwoną przyczepę samochodu. Nie potrzebował reszty. Wystarczała mu do szczęścia, a w zasadzie jedno z jej plastikowych kółek, które poruszane przez maleńkie paluszki, wciąż się obracało. Adela nie pamiętała, od jak dawna ta zabawka pochłaniała całą uwagę jej dziecka, ale jedno było dla niej ważne: fakt, że synek naprawdę lubił ten drobiazg i najchętniej wcale by się z nim nie rozstawał. Dlaczego Joanna twierdziła, że to problem? Długo nie potrafiła zrozumieć tej dziewczyny. A może po prostu nie chciała...?

Wreszcie wsiedli do samochodu. Albert już dawno zmienił auto i teraz jeździł rodzinnym fordem. Wolałby sportowy model hondy, ale był przecież statecznym lekarzem i głową rodziny. I właśnie na tej głowie skupiało się wiele spraw. Nic dziwnego, że na jego skroniach pojawiało się coraz więcej siwych włosów. W tym roku kończył czterdzieści siedem lat, ale coraz częściej czuł się przytłoczony problemami.

- Jak sądzisz, ile to może trwać? - przerwała milczenie Adela, gdy wyjechali z podziemnego parkingu.

Na ulicy zamiast śniegu rozlały się brudne kałuże, dlatego Albert jechał powoli, by nie ochlapać przechodniów spieszących do pracy. Skąpana w szarości ulica przypomniała mu o rozmowach odbytych ze swoimi pacjentami. Neurologia fascynowała go od początku studiów, więc nie wahał się z wyborem specjalizacji. Trafił na oddział prowadzony przez wybitnego specjalistę, który na swoim koncie miał współpracę z Amerykanami i zakończoną sukcesem operację wszczepienia elektrod do mózgu pacjentce cierpiącej na epilepsję. To zdecydowanie był dobry wybór kierunku dalszego kształcenia i Albert sam się o tym przekonał. Profesor Leśniewski dość szybko obdarzył go zaufaniem i chętnie dzielił się swoją wiedzą. Jednocześnie pośpiesznie przerzucił na Alberta niewdzięczne zadanie, jakim było informowanie pacjentów i ich rodzin o stanie zdrowia chorych. Gdy diagnoza była pomyślna, stażysta biegł z informacjami jak na skrzydłach. Gorzej, gdy musiał obwieścić pacjentowi, że powinien jak najszybciej spisać testament. Każda z takich rozmów przyprawiała go o palpitację serca. Nigdy przed nikim się nie przyznał, ale właśnie dlatego kilka lat temu zrezygnował z pracy na oddziale neurologicznym. Nie mógł znieść widoku zaszklonych oczu dorosłych osób nagle zdających sobie sprawę, że to koniec ich wędrówki przez życie.

- Mówili, że musimy uzbroić się w cierpliwość.

- Mam dość bycia cierpliwą - obruszyła się i spojrzała w stronę okna.

Kolejno mijane witryny sklepów przywoływały już wiosnę. Kolorowe ubrania przypominały łąkę, na której Adela mogłaby leżeć godzinami. Leżeć i marzyć. Marzyć o spokoju, o podróżach z najbliższymi.

- Boję się - westchnęła, nie odwracając głowy. - Nie wiem, co jest gorsze. Wiedza czy jej brak?

- Jeśli nie będziemy wiedzieli, nie zdołamy pomóc naszemu dziecku - tłumaczył Albert, choć nie była to ich pierwsza rozmowa na ten temat.

- Ale dlaczego to właśnie nas spotkało?

- Nie znam odpowiedzi i myślę, że nigdy jej nie poznamy. Tak po prostu jest i nie mamy na to wpływu.

- Może gdybym poświęciła mu więcej czasu, to...

- To co? - spytał ostro.

Adela spojrzała na męża zaskoczona. Rzadko wpadał w złość, jeszcze rzadziej podnosił głos.

- Co mogłaś zrobić?

- Coś na pewno - szepnęła, po czym spuściła wzrok.

Reszta drogi upłynęła w ciszy. Tylko Pawełek od czasu do czasu mlaskał, wciąż kręcąc kółkiem przy przyczepie.

Dochodziła dziewiąta, gdy dotarli na miejsce. Niewielki parking przed dwupiętrowym budynkiem był szczelnie wypełniony. Albert przejechał dookoła ciasno ustawionych aut i wyjechał na ulicę, wzdłuż której stała kolumna samochodów. Musiał pokonać kilkadziesiąt metrów, żeby znaleźć jedyne wolne miejsce. Kiedy wreszcie wysiedli, nieprzyjemny chłód wstrząsnął ich ciałami. Adela mocniej naciągnęła czapkę na uszy. Czuła, że dłonie zgrabiały jej z zimna. Poprawiła kaptur na głowie dziecka. Albert energicznie przemierzał chodnik, starając się ominąć kałuże. Nie lubił się spóźniać, dlatego przyspieszył kroku.

Nagle głośny lament, a raczej skowyt kazał mu się zatrzymać. Pawełek zanosił się od płaczu, mocno manifestując swoje niezadowolenie.

- Co się dzieje, synku? - odezwała się Ada, głaszcząc dziecko po policzku. - Jest ci zimno? Zaraz będziemy w środku. Jeszcze kawałeczek.

Tymczasem chłopiec nie przestawał jęczeć niczym zranione zwierzę. Kilku przechodniów odwróciło się i z zainteresowaniem przyglądało się dziecku. Adela poczuła suchość w ustach. Znała ten wzrok ludzi, którzy pod pozorem zainteresowania szybko przechodzą do oceny sytuacji i wyciągają błędne wnioski.

- Kochanie, o co chodzi? - dopytywała, choć doskonale wiedziała, że nie uzyska odpowiedzi.

Sama musiała domyślić się, dlaczego Pawełek płacze, wierci się czy niepokoi. Podobnie było tym razem, tyle że w domu łatwiej pudłować, bo kibiców brak. Teraz kilka par oczu śledziło jej mało efektywne wysiłki.

- Syneczku, już prawie jesteśmy na miejscu. Nie podoba ci się śnieg? Zobacz, jest zimny i biały - usiłowała odwrócić uwagę dziecka, ale wciąż była daleka od osiągnięcia upragnionego celu: ciszy. - A może chcesz stanąć i pójść samodzielnie? - spytała, z naciskiem patrząc na męża.

Ten natychmiast zrozumiał i zatrzymał się. Postawił dziecko na chodniku i wziął je za rękę. Adela zrobiła to samo, ale synek wciąż głośno zawodził. Dopiero wówczas uświadomiła sobie, w czym rzecz.

- Poczekaj, zaraz wracam - rzuciła do męża i zawróciła w stronę samochodu.

Albert pomyślał, że zapomniała czegoś wziąć, lecz to przecież on miał w kieszeni kluczyki od auta.

- Ada, poczekaj, samochód jest zamknięty! - krzyknął, ale żona nawet się nie odwróciła, przemierzając drogę, którą dopiero przebyli.

Rozglądała się na boki. W jej uszach wciąż rozbrzmiewał przejmujący płacz dziecka. Tak bardzo nienawidziła chwil, gdy nie mogła pomóc synkowi. W takich chwilach czuła, że jej serce pęka na tysiące drobnych kawałków i z głośnym hukiem spada na zimną, marmurową posadzkę.

Z większą energią przystąpiła do poszukiwań. Kątem oka dostrzegła zmagania Alberta z dzieckiem. Jej żołądek usytuował się na poziomie, gdzie w normalnych warunkach jest gardło. Przełknęła ślinę. Wreszcie ją dostrzegła. Czerwona przyczepa plastikowego samochodu leżała tuż przy ich fordzie. Widocznie wypadła synkowi z rąk, ale zanim to dostrzegł, zdążyli już kawałek odejść. Adela podniosła zgubę i z triumfującym uśmiechem odwróciła się w stronę męża, podnosząc wysoko ulubioną zabawkę Pawełka.

- Mam go! - zawołała i podbiegła do dziecka.

Kiedy mu ją podała, niemal natychmiast przestał płakać, a jego twarz znowu przybrała ten charakterystyczny wyraz, z którego absolutnie niczego nie można wyczytać.

- Teraz to już na pewno się spóźnimy - zakomunikował Albert i wziął chłopca na ręce.

Gdy weszli do ośrodka, młoda recepcjonistka zaprowadziła ich do niewielkiej sali wypełnionej zabawkami. Na podłodze leżał kolorowy dywan. W rogu stały niewielki stolik i niskie krzesełka. Po przeciwnej stronie ustawiono wysoki stół i odpowiedniej wysokości krzesła. Recepcjonistka poinstruowała, aby chłopca pozostawić w części przeznaczonej dla dzieci. Adela zdjęła kurtkę synkowi i posadziła go na krzesełku. Na stole rozłożyła kilka kartek i kolorowe kredki. Przycupnęła przy nim.

- Namalujemy obrazek? - spytała, ale jej pytanie pozostało bez odpowiedzi.

Wzięła więc kartkę i zaczęła kreślić na niej linie. Po chwili spojrzała na rysunek przedstawiający dom z ogródkiem i psem.

- Zobacz, co dla ciebie namalowałam - zachęciła, patrząc na syna. - To domek. Chciałbyś w takim mieszkać?

Dziecko wciąż kręciło kółeczkiem od przyczepy wyratowanej ze śniegu.

- Kochanie, widzisz pieska? - nie poddawała się. - Chciałbyś mieć takiego?

Pawełek najwyraźniej wymyślił lepsze zajęcie, bo zamiast spojrzeć na matkę, niezgrabnie zsunął się z krzesełka i zanurkował pod stół. Teraz już Adela była pewna, że przez najbliższych kilkadziesiąt minut to będzie jego świat.

Niespodziewanie drzwi otworzyły się i pojawiła się w nich niska, drobna kobieta z ufarbowanymi na rudo włosami. Były bardzo krótkie i sterczały na wszystkie strony. Gdyby to od Adeli zależało, natychmiast zaleciłaby farbowanie i zapuszczenie włosów. Mimo to kobieta wyglądała przyjaźnie. Uśmiechała się do nich i co rusz z zaciekawieniem spoglądała w kierunku dziecka.

- Witam państwa - szepnęła, podchodząc do nich. - Anna Grzybek, psycholog. To ze mną byliście umówieni.

Adela wyciągnęła dłoń i przywitała kobietę. Albert podążył jej śladem.

- Proszę wybaczyć, że od razu nie przyszłam, ale pozwoliłam sobie obserwować waszą rodzinę zza szyby. To bardzo ważne, żeby zobaczyć relacje panujące między rodzicami a dzieckiem.

- Rozumiemy - odezwał się Albert. - Proszę powiedzieć, od czego zaczynamy?

- Przygotowałam arkusz stanowiący szczegółowy wywiad na temat państwa rodziny oraz krewnych.

Adela z niepokojem spojrzała w stronę męża. Tego obawiała się najbardziej. A jeśli czegoś nie pamięta z dzieciństwa? Nie zamierzała niczego ukrywać, ale miała prawo nie znać szczegółów z życia rodziców czy dziadków.

- Postaramy się zrobić to jak najlepiej - obiecał Albert, biorąc z rąk kobiety dwa pokaźne pliki dokumentów.

- Proszę się nie spieszyć. Mamy czas. Każde państwa spostrzeżenie jest ważne dla postawienia diagnozy. Teraz rozpocznę obserwację Pawełka - wyjaśniła psycholożka i przysiadła na jedynym wolnym krześle w pomieszczeniu.

Wyjęła opasły kajet i zaczęła w nim coś pilnie notować. Co chwilę spoglądała w stronę pochłoniętego zabawą chłopca, a następnie z zapałem kreśliła kolejne zdania w brulionie.

Adela wzięła do ręki długopis i wyraźnie napisała swoje imię i nazwisko. Odruchowo spojrzała na arkusz leżący przed jej mężem. Wbrew powszechnie panującemu przekonaniu, że lekarze bazgrzą jak kura pazurem, Albert mógł być dumny ze swojego charakteru pisma. Nieco pochylone w prawą stronę litery zachowały równą linię. Kobieta z czułością uśmiechnęła się pod nosem i nachyliła się nad arkuszem. Pierwszych kilka pytań nie sprawiło jej żadnej trudności. Pytano o wiek, miejsce urodzenia czy wykształcenie. Problemy zaczęły się, gdy dotarła do pytań dotyczących jej dzieciństwa i przebytych chorób. Wciąż miała w domu swoją książeczkę zdrowia. Pożółkłe strony ledwie się trzymały, ale dzięki nim wiedziała, że przebyła świnkę i ospę i przyjęła wszystkie zalecane szczepienia. Książeczkę otrzymała od dyrektorki bidula w dniu, kiedy rozpoczynała samodzielne życie na Pradze. Wtedy nie przypuszczała, że to bezcenny dokument.

Kolejne pytanie wprawiło ją w osłupienie.

- Choroby dziedziczne w rodzinie? - przeczytała po cichu i z rezygnacją spojrzała na Alberta. - Co mam zaznaczyć?

- A jesteś w stanie szczerze odpowiedzieć na to pytanie? - Podniósł wzrok znad swojej kartki.

- Rodzice na nic nie chorowali - zapewniła. - To znaczy... nie pamiętam, żeby wspominali o chorobach czy przyjmowali lekarstwa.

- Byli tak młodzi, że nie musieli - wyjaśnił.

- Gdy zginęli, byli młodsi niż ja teraz.

Albert doskonale znał historię o wypadku samochodowym w sylwestrową noc.

- A twoi dziadkowie? Wspominałaś, że też młodo zmarli.

- Byłam wtedy mała. Nawet nie pamiętam pogrzebów. Wiem tylko, że śmierć dziadka nas zaskoczyła, a jeszcze bardziej zgon babci. Rodzice taty naprawdę dużo nam pomagali. Chodzili ze mną na lodowisko i do kina. Nigdy nie słyszałam, żeby narzekali na zdrowie, a tu nagle taki dramat. Tata długo nie mógł się pozbierać, a Patrycja... - Zamilkła, przypomniawszy sobie szok niespełna dwudziestodwuletniej studentki prawa, która nagle została bez rodziców. Wtedy jeszcze miała ich. Tak, matka Ady stanęła na wysokości zadania. Przez kilka dni opiekowała się Patrycją. Gotowała dla niej. Posprzątała dom swoich teściów, a do domu opieki oddała ich ubrania i buty. Nie pozwoliła Patrycji wejść do środka, zanim nie uporządkowała mieszkania. Chroniła ją. Była dla niej jak starsza siostra, której nie miała.

Adela niespodziewanie poczuła napływające do oczu łzy. Nie, nie rozpłacze się. Te wydarzenia już za nią. Była dumna ze swojej matki. To Patrycja nie okazała wdzięczności jej rodzicom, oddając ją do sierocińca. Pozostawiła samą na pastwę losu.

- Zostawię puste miejsce - stwierdziła, przewracając kartkę.

- Jakiś problem? - spytała czujnie psycholożka, gdy na moment odwróciła się w ich stronę.

- Nie bardzo wiem, co powinnam odpowiedzieć na pytanie o choroby dziedziczone w mojej rodzinie - szepnęła Ada.

- Wbrew pozorom to jedno z najważniejszych pytań, które zamieściliśmy w wywiadzie - odparła rudowłosa, a jej ostrzyżone na zapałkę włosy podskoczyły. - Sami wciąż szukamy czynników wspólnych dla wszystkich przypadków, dlatego tak szczegółowo pytamy o przeszłość.

- Rozumiem, ale moi rodzice i dziadkowie nie żyją. Zmarli, gdy byłam małym dzieckiem, więc nie jestem w stanie udzielić odpowiedzi na te pytania.

- Tylko wtedy możemy postawić pełną diagnozę - upierała się ruda.

Ada nie potrafiła oderwać wzroku od kobiety. Wzbudzała w niej szacunek, a jednocześnie zazdrość. Może dlatego, że Adzie brakowało odwagi, by zamanifestować swój indywidualizm? Raz już to zrobiła i skończyła w szpitalu ze wstrząśnieniem mózgu.

- A czy ważne jest, że kiedyś miałam wstrząśnienie mózgu? - spytała.

- Każda informacja jest cenna, bo po złożeniu ich w całość otrzymujemy obraz dziecka - wyjaśniła. - Dlatego nalegam, żeby podała pani jak najwięcej informacji o swoich bliskich i dalszych krewnych, bo nie wiemy, co tak naprawdę kryje się pod ich płaszczykiem i jakie to może mieć znaczenie dla diagnozy państwa synka.

Adela zamyśliła się. Nie chciała rozdrapywać starych ran, ale musiała walczyć o dobro swojego dziecka. To dla niego tutaj przyszła. To on był jedną z dwóch najbliższych jej osób, był cząstką niej.