Addicted: Podwójna pokusa. Tom 2 - Becca Ritchie, Krista Ritchie

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (18,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Lily Calloway

Utknęłam w korku w dniu, który ze wszystkich w ostatnim miesięcu jest najważniejszy. Nie wiercę dziury w brzuchu Noli, naszemu rodzinnemu kierowcy, bo to nie jej wina. Jesteśmy w drodze do domu, który dzielę z Rose. Ustawiam skórzane siedzenie do pozycji pionowej i szybko wysyłam jej SMS-a.

Przyjechał już?

Odpisz, że nie, proszę. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym przegapić jego powrót do domu. Powinnam na niego czekać na białej werandzie, otaczającej nasz odizolowany dom w Princeton w stanie New Jersey. Z czarnymi okiennicami, hektarami bogatej roślinności wokół i z krystalicznie niebieskim basenem. Brakuje jedynie drewnianego płotu. Powinnam go oprowadzić po domu. Pokazać przytulny salon, kuchnię wykończoną granitem i pokoje na piętrze, gdzie sypiam. Nie zamieszka w jednym z dwóch gościnnych pokoi. O, nie. Po raz pierwszy będzie mieszkał ze mną.

Być może na początku codzienne dzielenie się łóżkiem i łazienką, a nie tylko kuchnią wyda nam się niezręczne. Nasz związek będzie jednak w stu procentach prawdziwy. Skończą się nocne nasiadówki przy burbonie i whiskey. Będę miała prawo powiedzieć: "Nie rób tego". On z kolei będzie mógł chwycić mnie za nadgarstek, żeby przerwać prowadzącą do omdlenia orgię masturbacji.

Mamy sobie wzajemnie pomagać.

Planowaliśmy to przez ostatnie trzy miesiące. Jeżeli nie dotrę na czas, aby go powitać, to znaczy, że już nawaliłam. Liczyłam, że po trzech miesiącach fizycznego oddalenia uda mi się godnie uczcić jego powrót z odwyku. Pragnę go dotykać, pragnę, aby mnie objął, ale ogarnia mnie również poczucie winy. Mogę teraz myśleć tylko o tym, żeby się spóźnił tak jak ja.

Słyszę przychodzącego SMS-a i otwieram go ze ściśniętym żołądkiem.

Rozpakowuje się. Rose

Czuję napływający smutek i żal. Wyobrażam sobie wyraz jego twarzy, kiedy po przyjeździe nie wyszłam mu na spotkanie, nie rzuciłam się na szyję i nie rozpłakałam na ramieniu.

Był przygnębiony?

- wysyłam wiadomość do Rose. Z determinacją obgryzam paznokcie, mały palec zaczyna krwawić. Po dziewięćdziesięciu dniach podtrzymywania tego zwyczaju moje dłonie wyglądają obrzydliwie.

Wydaje się okej. Kiedy dojedziesz? Rose

Na pewno nienawidzi być z nim sam na sam. Od kiedy zaczęłam więcej czasu spędzać z Lo niż z siostrą, ich relacje się pogorszyły. Mimo to zgodziła się, aby z nami zamieszkał.

Za jakieś dziesięć minut.

Po wysłaniu SMS-a przeglądam listę kontaktów i wybieram Lo. Waham się przed napisaniem kolejnej wiadomości, w końcu jednak wysyłam:

Przepraszam. Wkrótce dojadę.

Po upływie pięciu minut bez odpowiedzi zaczynam się wiercić tak intensywnie, że Nola pyta, czy powinna się zatrzymać przy jakiejś toalecie. Odmawiam. Jestem tak zdenerwowana, że mój pęcherz chyba nie funkcjonuje normalnie.

Nieoczekiwanie telefon wibruje. Prawie dostaję zawału.

Jak wizyta u lekarza? Lo

Rose musiała mu wyjaśnić powody mojej nieobecności. Umówiłam się na wizytę u ginekologa cztery miesiące temu, ze względu na nawał pacjentów. Gdybym mogła szybko zarezerwować nowy termin, to oczywiście bym ją dzisiaj anulowała. Niestety, nie było to możliwe. Kolejną przeszkodą jest odległość. Gabinet mieści się koło Uniwersytetu Pensylwanii w Filadelfii, daleko od Princeton, gdzie obecnie mieszkam. Powrotna podróż pochłania mnóstwo czasu.

Musiałam czekać ponad godzinę. Wizyty się przesunęły

- wysyłam do niego kolejną wiadomość.

Po dłuższej chwili komórka znowu mruga.

Wszystko w porządku? Lo

Och, o to mu chodziło. Tak byłam zaabsorbowana myślą o spóźnieniu, że nie przyszło mi do głowy, iż może się o mnie martwić.

Odpisuję:

Tak, wygląda dobrze.

Krzywię się po wysłaniu tej odpowiedzi. Można z niej zrozumieć, że moja wagina wygląda dobrze, a to byłoby co najmniej dziwne.

Do szybkiego. Lo

Przeklinam go za to, że zawsze pisał i nadal pisze wyjątkowo lapidarne SMS-y. Nie opuszczają mnie ani paranoja, ani ucisk w klatce piersiowej. Chwytam za klamkę u drzwi gotowa wystawić głowę z pędzącego samochodu i zwymiotować. Brzmi to dramatycznie, wiem, lecz w sytuacji gdy jedno jest alkoholikiem na odwyku, a drugie seksoholikiem na odwyku, życie nie jest nudne.

Przez dziewięćdziesiąt dni byłam wierna Lo. Chodziłam do terapeuty. Seks nadal poprawia mi samopoczucie, tłumi złe emocje i wypełnia głęboką pustkę. Próbuję seks kompulsywny typu "codziennie muszę się pieprzyć" zastąpić jego zdrowym, normalnym wydaniem. Dalej czuję się zażenowana, omawiając ten temat, chociaż poczyniłam pewne postępy, podobnie jak Lo w ośrodku odwykowym.

Roztrząsam te sprawy aż do chwili, kiedy Nola wjeżdża na nasz podjazd. Wszystkie myśli ulatniają się do innego wymiaru, z lekkim oszołomieniem dziękuję jej za podwiezienie i wysiadam. Dwupiętrowy budynek otaczają ciemnoróżowe hortensje, na werandzie rozstawione są fotele bujane, a na metalowym maszcie koło wierzby płaczącej łopocze amerykańska flaga.

Próbuję nacieszyć się sielską aurą tego miejsca, pozbyć się niepokoju, ale dopada mnie atak alergii na wiosenne pyłki i zaczynam gwałtownie kaszleć. Dlaczego najpiękniejsza pora roku jest jednocześnie najbardziej zanieczyszczona?

Nie powinnam się ociągać przed domem. Powinnam gnać do środka, żeby w końcu dotknąć mężczyzny, który jest obiektem moich fantazji. Zastanawiam się, na ile się zmienił. Boję się niezręczności wywołanej długą rozłąką. Czy będziemy do siebie pasować tak jak dawniej? Czy nadal będę się czuła tak samo w jego ramionach? Czy może wszystko bezpowrotnie się zmieniło?

Znajduję w sobie krztynę odwagi, żeby ruszyć do przodu. Prawie dochodzę do szczytu schodów prowadzących na werandę, kiedy z impetem otwierają się drzwi. Zastygam na najwyższym stopniu, widząc, jak moskitiera uderza o ścianę. Lo ma na sobie ciemne dżinsy, czarny T-shirt i naszyjnik ze strzałą, który podarowałam mu z okazji dwudziestych pierwszych urodzin.

Nie jestem w stanie wydobyć z siebie głosu, zachłannie oglądam każdy centymetr jego ciała. Podziwiam jasnobrązowe włosy - bujne na górze, krótkie po bokach. Ostre rysy twardziela i łamacza serc. To, jak pociera palcami usta, jakby z nadzieją, że dotkną moich. Wzbudza we mnie te same niecierpliwe pragnienia co zawsze. Kiedy przechyla głowę, wreszcie krzyżujemy spojrzenia.

- Cześć - odzywa się pierwszy i obdarza mnie zapierającym dech uśmiechem.

Oboje oddychamy ciężko i nierówno.

- Cześć - szepczę.

Dzieli nas duża odległość, która przypomina mi dzień jego wyjazdu na odwyk. Uniesienie stopy, aby tę odległość pokonać, jest równie trudne jak wspinaczka po pionowej ścianie. Lo musi mi pomóc w dojściu na szczyt.

Robi krok w moim kierunku, rozładowując w ten sposób napięcie. Przepływają przeze mnie dziesiątki doznań. Bardzo go kocham. Bardzo za nim tęskniłam. Cierpiałam z dala od swojego najlepszego przyjaciela przez trzy miesiące, jednocześnie zwalczając pokusy uprawiania kompulsywnego seksu. Potrzebowałam Lo, żeby zapewnił mnie, że wszystko będzie dobrze. Potrzebowałam jego bliskości. Ale dla zaspokojenia tych potrzeb nigdy bym nie wyciągnęła go z odwyku, bo wiem, że od pobytu tam zależało jego dobro. Ponad wszystko pragnę, by odzyskał zdrowie. Chciałabym, żeby był szczęśliwy.

- Wróciłem - oznajmia cicho.

Mimo woli zaczynam płakać. To ja powinnam wyjść na jego powitanie, a on czekać na mnie na schodach. Dlaczego zawsze robimy wszystko na odwrót?

- Przepraszam. - Powoli ocieram łzy. - Miałam tu być już godzinę temu...

Kręci głową, marszczy brwi, daje mi zrozumienia: "Nie martw się tym".

Jeszcze raz, z większą pewnością siebie, obejmuję wzrokiem całą jego postać.

- Dobrze wyglądasz.

Nie potrafię zgadnąć, czy już się wyleczył. Jego oczy nie straciły starego blasku - nadal wciągają mnie w pułapkę. Nie wygląda na pokonanego, zmęczonego czy wychudzonego. Wręcz odwrotnie - może się poszczycić pięknie ukształtowanymi bicepsami. Wiem, dzięki rozmowie na Skypie jakiś czas temu, że reszta jego ciała dorównuje ramionom.

Czekam, aż powie: "Ty też". Gdy znowu obrzuca mnie wzrokiem, ściąga twarz i się krzywi.

Jestem zaskoczona.

- O co chodzi? - Spoglądam w dół na siebie.

Mam dżinsy i luźny sweter w serek, nic nadzwyczajnego. Zastanawiam się, czy wylałam na siebie kawę lub coś innego, ale nie widzę tego, co on dostrzega.

Nie wyjaśnia, co go martwi, zbliża się do mnie z głębokim bólem w oczach. Czy zrobiłam coś złego? Cofam się. Takiej reakcji nie przewidziałam. O mały włos nie spadłabym ze schodów na trawnik, gdyby ręką nie złapał mnie w talii i nie przyciągnął do siebie. Usidlona w jego cieple, trzymam go za ramiona i nie zamierzam puścić. Patrzy na mnie badawczo, potem przenosi wzrok na moje ramiona i... na ręce. Jedną z nich odrywa od siebie, przy okazji muskając moje palce - jego dotyk pozbawia mnie tchu. Przytrzymuje moją rękę między nami, unosi ją za łokieć i eksponuje obnażone ramię.

Znam już przyczynę jego zmieszania i bólu.

- Co jest, do cholery, Lil?

Wczoraj na terapii rozdrapałam ciało do krwi, obrzydliwy czerwony ślad do jutra powinien pokryć się strupem. Mimo odrażająco obgryzionych paznokci jakoś dałam radę podrażnić skórę.

Widok tych okropnych paznokci dodatkowo targa jego emocjami.

- Nic mi nie jest. Byłam wczoraj... niespokojna. Terapia była trudna. Ty miałeś wrócić...

Nie chcę teraz o tym rozmawiać. Pragnę, by trzymał mnie w ramionach. Nasze spotkanie powinno być niezapomniane, warte sceny z Pamiętnika. Tymczasem mój irytujący niepokój i złe przyzwyczajenia zniszczyły idealny moment wykreowany w mojej wyobraźni. Zabieram rękę, dotykam jego podbródka, starając się odwrócić uwagę od moich problemów.

- Wszystko ze mną w porządku.

W tych słowach dźwięczy fałszywa nuta. Nie jest ze mną w stu procentach w porządku. Ostatnie trzy miesiące były testem, który z łatwością mogłam oblać. W trudnych chwilach korciło mnie, żeby porzucić walkę i poddać się. Przetrwałam je. Dotarłam tutaj.

Lo też tu jest.

Nic innego się nie liczy.

Nagle mocno mnie obejmuje i przytula. Muska ustami czubek mojego ucha, wywołując tym niekontrolowane dreszcze na szyi.

- Proszę, nie okłamuj mnie - szepcze.

Jestem zaskoczona.

- Ja nie... - Palące łzy płynące po policzkach nie pozwalają mi skończyć. Mocniej chwytam go za ramiona, przyciągam do siebie z obawy, że zamierza mnie zostawić załamaną na werandzie. - Przepraszam... - Dławię się. - Nie odchodź...

Odsuwa się nieco, więc zdesperowana i przerażona, chwytam go jeszcze mocniej. Jest moim kołem ratunkowym, którego wartości nie potrafię ani określić, ani wyartykułować. Jestem od niego bardziej zależna, niż dziewczyna powinna być od chłopaka, ale przecież przez całe życie był i jest moją opoką. Bez niego przegram.

- Hej. - Ujmuje w dłonie moją twarz.

Widząc łzy w jego oczach, wracam do rzeczywistości. Wiem, że odczuwa mój ból tak samo, jak ja odczuwam jego. I na tym polega kłopot. Tak bardzo sobie współczujemy, że nie potrafimy sobie odmawiać. Trudno pozbyć się wad, które przynoszą wytchnienie po ciężkim dniu.

- Jestem przy tobie - przekonuje mnie, płacząc bezgłośnie. - Razem poradzimy sobie ze wszystkim.

Tak.

- Czy możesz mnie pocałować? - proszę go niepewna, czy to dozwolone.

Dostałam od terapeutki białą kopertę z listą seksualnych ograniczeń: co mogę, a czego nie mogę robić. Poradziła, żebym jej nie czytała, tylko przekazała ją Lo. Ponieważ moim celem nie jest celibat, lecz osiągnięcie zdrowej intymności, powinnam oddać kontrolę w jego ręce. On wyznaczy granice, powie mi, kiedy się zatrzymać.

Wczoraj, na wypadek gdybym miała stchórzyć, wręczyłam tę kopertę Rose z prośbą, by mu ją dała. Jestem pewna, że była to pierwsza rzecz, którą zrobiła po przekroczeniu przez Lo progu, bo wiem, jak bardzo leży jej na sercu mój powrót do zdrowia.

Nie mam pojęcia, ile razy mogę go pocałować. Ile mogę przeżyć orgazmów i czy mogę uprawiać seks poza sypialnią. Ograniczenia są niezbędne ze względu na moje kompulsywne podejście do stosunku i gry wstępnej. Zdaję sobie sprawę, że przestrzeganie ich będzie dla mnie najtrudniejszym etapem podróży.

Kciukiem ociera mi łzy, ja ocieram jego. Wpatrując się w jego usta, które chcę całować aż do bólu, czekam na dpowiedź. Przyciska czoło do mojego, wyraźnie czuję palce wbijające się w moje biodra i jego twarde ciało. Pragnę, aby wreszcie zlikwidował dystans między nami i wypełnił mnie całym sobą.

Zbliżam delikatnie usta do jego ust, czekam, aż obejmę go nogami w pasie, on wciśnie mi język głęboko do gardła i rzuci plecami na ścianę.

Lo nie poddaje się moim pragnieniom.

Natychmiast przerywa pocałunek i odsuwa się ode mnie. Ogarnia mnie ogromne rozczarowanie. Rzadko odmawia mi seksu. Na ogół zaspokaja moje apetyty tak długo, aż jestem mokra i wyczerpana. Wygląda na to, że wszystko się teraz zmieni.

- Na moich warunkach - mówi ochryple.

Jego bliskość sprawia, że całe moje ciało pulsuje.

- Proszę - błagam go. - Od tak dawna cię nie dotykałam.

Chciałabym dotykać każdą jego cząstkę. Chciałabym, aby wbijał się we mnie dopóty, dopóki nie będę krzyczeć. Ciągłe przywoływanie erotycznych wizji wystawia mnie na okrutne tortury. Muszę być silna, nie rzucać się na niego w szalonym pożądaniu. Nie powinien odnosić wrażenia, że tęskniłam tylko za jego ciałem. Przecież znaczy dla mnie o wiele więcej. Czyżbym go zraniła, nalegając na pocałunek? Może postrzega to jako zły sygnał?

- Przykro mi - znowu go przepraszam. - Nie chcę cię dla seksu... to znaczy chcę uprawiać seks, ale chcę ciebie, bo się stęskniłam... kocham cię i potrzebuję... - Głos mi się załamuje. Wszystko, co powiedziałam, zabrzmiało głupio, desperacko.

- Lil - mówi powoli - wyluzuj, dobrze? - Zakłada mi za ucho kosmyk włosów. - Wiem, że jest ci ciężko. Spodziewałem się, że dojdziemy do tego momentu. - Patrzy na moje usta. - Spodziewałem się twojego pocałunku, pragnienia, abym wziął cię szybko i ostro. Dzisiaj tak nie będzie.

Nienawidzę jego słów, lecz potakuję raz za razem, żeby je przyjąć i zaakceptować. Boję się, że nie dam rady opanować wewnętrznego przymusu seksualnego; znów mimowolnie zaczynam płakać. Zakładałam, że najtrudniejsze będzie rozstanie z Lo, teraz okazuje się, że nauczenie się zdrowego związku intymnego to zadanie prawie niemożliwe do wykonania. Jest mężczyzną, którego chcę wykorzystywać w każdej minucie dnia. Jeśli go nie wykorzystuję, to fantazjuję o nim. Błędne koło.

Zaczyna płytko oddychać, jakby moje łzy sprawiały mu fizyczny ból. Jestem zupełnie rozdarta przez poczucie winy, wstyd i desperację.

Lo przypomina o swojej obecności, mocniej wbijając mi palce w biodra.

- Teraz przeniosę cię przez próg. Będę przedłużał każdą chwilę z tobą, aż padniesz wyczerpana. Będę poruszał się tak wolno, że minione trzy miesiące wydadzą ci się chwilką. Jutro będzie tak jak dzisiaj. I nikt na tym cholernym świecie nie będzie miał prawa wymówić twojego imienia bez mojego.

Potem całuje mnie z taką tęsknotą i pasją, że tracę oddech. Rozkoszuję się każdym ruchem jego języka w ustach. Mój system nerwowy włącza nadbieg, kiedy Lo ugniata mi tył głowy i chwyta mnie za włosy.

Jego ręce lądują na mojej pupie, po czym bez wysiłku unosi mnie do góry. Ciasno oplatam go nogami w pasie. Wchodzi ze mną do domu. Wsuwam ręce pod jego ramiona, przyciskam policzek do twardej piersi i słucham nierównego bicia serca. Jesteśmy bardzo blisko siebie, ale chciałabym być jeszcze bliżej. Na myśl o tym wstrzymuję oddech.

Całuje mnie w czubek głowy i wnosi do mojej sypialni na pierwszym piętrze. No cóż - do naszej sypialni. Siatkowa zasłona otaczająca łóżko jest odsunięta, widać czerwone prześcieradło i czarno-białą kołdrę. Lo kładzie mnie na plecach na materacu, chwytam go za koszulę i próbuję ściągnąć na siebie. Odsuwa się i kręci głową.

Powoli - przypominam sobie. Jasne.

Z nogami zwisającymi z łóżka unoszę się na łokciach. Lo stoi przede mną nieruchomo.

- Jestem twój, Lily. Zawsze będę twój. Teraz nadeszła pora, żebyś zadeklarowała to samo.

Siadam i szybko obrzucam spojrzeniem jego postać. Odkąd się znamy, nigdy nie powiedział "jesteś moja". Nigdy nie traktował mnie tak jak ja jego. Oddał mi się cały. Zdaję sobie sprawę, że muszę to wreszcie naprawić i również oddać mu się cała.

- Jestem twoja - szepczę.

Prawie udaje mu się uśmiechnąć.

- Uwierzę, jak zobaczę.

Mrużę oczy ze złości.

- To dlaczego kazałeś mi to powiedzieć?

Pochyla się w moją stronę i zbliża usta. Opiera dłonie po bokach mojego ciała, zmuszając mnie, bym opadła niżej. Waham się, czy go pocałować. Sądzę, że mnie sprawdza.

- Bo uwielbiam te słowa.

Rozchylam usta w niemej prośbie o pocałunek.

- Jestem twoja - szepczę.

Przedłuża tę chwilę, oglądając mnie od stóp do głów. Miejsce pomiędzy nogami usycha z tęsknoty za nim. Pragnę być kołysana ciężarem jego ciała, chcę, aby mnie wypełnił i bez końca powtarzał moje imię.

Pocałuj mnie.

- Jestem twoja - powtarzam zdumiona, bo nagle odczuwam pewność, że tak właśnie jest.

Wreszcie zaczyna ssać moją dolną wargę, lekko ją przygryza, a jego biodra zbliżają się do moich. Pozwala mi się unieść, spotkać go w pół drogi.

Chwyta poły koszuli, ściąga ją przez głowę i odrzuca na bok. Chciałabym przebiec palcami po jego twardej piersi, wspaniale wymodelowanych mięśniach brzucha, lecz splata swoje palce z moimi. Jednocześnie klęka na materacu i przesuwa mnie wyżej, na poduszkę.

Przybliża się do mnie, ale nadal więzi moje dłonie. Rozciąga mi ręce nad głową, przy okazji uderzając kostkami w zagłówek.

Jego ciało odrywa się i góruje nade mną. Nienawidzę tej pustej przestrzeni między nami, wiercę się, wyrywam do niego z szaleńczo bijącym sercem.

- Lo...

Nie mogę tego znieść. Wyginam się w łuk, żeby być bliżej niego. Patrzy na mnie z przyganą.

Ulegam i kładę się bez ruchu. Próbuję oddać mu kontrolę, bo powinnam nauczyć się cierpliwości. Jego usta zawisają nad moimi, ale ich nie dotykają. Uwalnia mi jedną rękę, gdy rozpina mi dżinsy. Drugą prowadzi moją dłoń do zamka swoich spodni.

O tak.

W kilka sekund rozpinam rozporek i wyćwiczonymi ruchami ściągam mu spodnie. Wysuwam się ze swoich, podczas gdy on zdejmuje mi przez głowę bluzkę. Pod spodem mam czarną koronkową bieliznę. W końcu wiedziałam, że dzisiaj wraca.

Z upojeniem pochłania wzrokiem krzywizny mojego ciała i zaczyna pozbywać się ostatniej sztuki garderoby.

- Patrz na mnie - mówi ochryple.

Zawieszam oczy na wybrzuszeniu w jego krótkich bokserkach.

- Patrzę - mamroczę.

Technicznie rzecz biorąc, ta część jego ciała to również jest on.

- Na moją twarz, ukochana, nie na ptaka - odpowiada z rozbawieniem.

Podnoszę wzrok, kiedy zdejmuje bokserki. Prawie wpadam w emocjonalny korkociąg pod wpływem jego spojrzenia. Przełykam ślinę i przy okazji zerkam w dół. O Boże, muszę go mieć natychmiast. Jest twardy, chętny jak ja, z tym że potrafi się opanować.

A ja nie.

Z łatwością, co zrobiłaby większość facetów, mógłby wykorzystać moje podniecenie. Jeśli ma mi pomóc, musi kontrolować moją niecierpliwość i przymus, żeby wielokrotnie powtarzać stosunek. Moje uzależnienie nie jest, jak jego, zupełnie jednokierunkową ulicą. Potrzebuję jego ciała do zaspokojenia swoich chorych żądz.

W którymś momencie musi powiedzieć "nie". Po prostu nie chcę, aby zrobił to zbyt wcześnie.

Ponownie pochyla się nade mną. Ustami wyznacza szlak od szyi do pępka, droczy się ze mną ssaniem, skubaniem, lekkim przygryzaniem. Z głębokim jękiem chwytam go za plecy.

Całuje mi kość biodrową i delikatnie zsuwa majtki, wystawiając na chłodne powietrze moje najwrażliwsze miejsca. Liczę, że teraz ogrzeje je ustami, ale on rozpina mi biustonosz i powoli, bardzo powoli opuszcza ramiączka. Ten lekki dotyk podrażnia mi nerwy i doprowadza do obłędu. Liże miejsce między piersiami, a potem ponownie zagłębia się w moich ustach. Jednocześnie obejmuje mnie ramionami i unosi w mocnym uścisku. Wtapiam piersi w jego mięśnie, obejmuję go nogami w pasie i marzę, żeby opuścić się na jego penis. Mocny uścisk zmusza mnie do uniesienia się ponad jego biodra.

- Usiądź na nogach - nakazuje.

- Ale...

Obdarza mnie lekkim pocałunkiem, po raz kolejny, tym razem z większą determinacją, próbuję na niego opaść, ale umyka mi.

- Siadaj, Lil, albo sam cię posadzę.

Tak byłoby lepiej. Widzi błysk zainteresowania w moich oczach. Podnosi mi prawą nogę, ugina ją w kolanie tak, że piętę mam pod pośladkiem. Kiedy sięga po lewą, dotyka mojego uda i pośladka. Święty...

Okej, siedzę na piętach i staram się powstrzymać orgazm, zanim on we mnie wejdzie. Niewykluczone, że terapeutka zaleciła tylko jeden dziennie. Zakrawa to na tortury, ale przecież chcę dzisiaj uprawiać seks z Lo - nie zmarnuję tej okazji, dając się ponieść grze wstępnej.

Nadal siedzę wyprostowana, przyciśnięta do jego ciała. Na piersi czuję bicie jego serca. Ujmuje w dłonie moją twarz.

- Oddychaj - prosi mnie. - Pamiętaj o oddychaniu.

Potem niespiesznie, stopniowo opuszcza mnie na pościel i powoli wślizguje się we mnie. Ta pozycja pozwala na tak głęboką penetrację, że z zaskoczenia krzyczę i chwytam się jego ramion dla równowagi.

Opiera czoło obok mojego, unosi mi podbródek i gwałtownie, tak jak lubię, mnie całuje. W tym samym czasie zaczyna lekko kołysać biodrami. Każdy ruch jest skoordynowany z naszymi ciężkimi oddechami. Muskam otwartymi ustami jego usta, gdy wwierca się głębiej. Jęczę, kurczę palce u stóp, odlatuję z rozkoszy.

Masuje moje piersi, nie spuszcza ze mnie wzroku. Intensywność wrażeń prowadzi mnie na szczyt tak wysoki, że za każdym razem gdy biorę wdech, on robi wydech, jakby chciał mnie utrzymać przy życiu dla tej jednej chwili. Poddaję się jego powolnym ruchom, penisowi, który we własnym tempie we mnie wnika, i rytmowi, który rozpala w moim ciele ogień.

- Nie przerywaj... - wołam. - Lo...

Drżę, ponownie obejmuje mnie ramionami i mocniej przyciska do siebie.

Lekko przyspiesza, a ja wspinam się coraz bliżej szczytu. Wspinamy się tam razem.

Wreszcie pcha mocno i zostaje we mnie. Jęczę, płaczę i wbijam palce w jego plecy. Z pulsującym ciałem i walącym sercem oddaję mu się na zawsze.

Opadam bez sił na łóżko, niezdolna ruszyć ręką ani nogą. Troskliwie prostuje mi nogi w kolanach, a potem kładzie ręce na moich udach i pochyla się, żeby jeszcze raz mnie pocałować. Czuję smak soli z naszego potu, unoszę rękę do jego włosów. Ochota na więcej wypiera zmęczenie wywołane tym emocjonalnym aktem. Powstrzymuje mnie, splatając swoje palce z moimi.

Marszczę brwi.

- Nie?

Tylko raz?

Potrząsa głową, po czym całuje mnie w skroń.

- Kocham cię - szepcze i oddechem łaskocze mnie w ucho.

- Ja też cię kocham - odpowiadam.

Pragnę objąć go nogami w pasie, przywrócić mu twardość, żeby ponownie mnie wziął.

Przygląda mi się badawczo i dostrzega niecierpliwe oczekiwanie na drugą rundę.

Mruży oczy.

- Nie teraz.

Przygryzam wargę.

- Powiesz mi, co jest w kopercie?

Jakie restrykcje zaleciła terapeutka? Brak odpowiedzi dręczy mnie nieznośnie.

- Nie. Pragnęłabyś tego nawet bardziej, bo to zakazany owoc.

Zerkam na niego.

- Nie bądź taki mądry.

Szczerzy zęby.

- Ze względu na ciebie muszę być.

Całuje mnie. Uwielbiam i zarazem nienawidzę, kiedy tak robi.

- Chcę, żebyś wiedziała - szepcze - że niczego tak bardzo nie pragnę, jak znowu się w tobie zanurzyć. Gdybym mógł, robiłbym to milion razy dziennie.

- Wiem - mruczę.

Zgarnia z mojej twarzy spocone włosy.

Biorę głęboki wdech.

- Jestem szczęśliwa, że wróciłeś do domu.

Znowu go mam. Tylko to, a nie runda druga czy trzecia, powinno się teraz liczyć. Jego obecność, wyzdrowienie, miłość do mnie. Niczego więcej nie powinnam potrzebować.

Nie mogę się doczekać, kiedy osiągnę taki stan. Mam nadzieję, że to wykonalne.

Odpoczywa obok, z moją głową na piersi, i głaszcze mnie po włosach. Słyszę bicie jego serca. Jest bardzo przyjemnie.

Jestem gotowa na drzemkę, z której wyrywa mnie buczenie komórki.

- Czyja to?

Sięga do stolika nocnego.

- Moja.

Otwiera klapkę, pochylam się nad jego ramieniem, żeby zobaczyć wiadomość.

Znam sekret twojej dziewczyny. Anonim

Błyskawicznie się prostuję, ogarnięta zimnym strachem. Czyżbym źle odczytała tekst? Wyrywam mu komórkę, ale mi ją odbiera.

- Lil, uspokój się - prosi mnie i przesłania ekran, kiedy pisze odpowiedź.

- Kto to jest?

Byłam taka ostrożna. Poza Lo przez długi czas nikt nie wiedział o mojej seksmanii. Teraz wiedzą o tym również Rose, Connor i Ryke. Czy to możliwe, że z kimś się podzielili moim sekretem?

Lo jedną ręką pisze wiadomość, drugą trzyma moją dłoń, żebym nie obgryzała paznokci. Rzuca mi spojrzenie pełne dezaprobaty.

Słyszę ponowne buczenie komórki i praktycznie wspinam się na Lo, nim schowa przede mną SMS-a. Szybko czytam:

Kim, do cholery, jesteś? Lo

Kimś, kogo nienawidzisz. Anonim

Cóż, możliwości są ogromne. Lo ma rzeszę wrogów ze szkoły średniej i z uniwerku. Zyskał ich, kiedy próbowali go sobie podporządkować, często siłą.

Lo stara się mnie odepchnąć, obejmuję ramieniem jego szyję, gotowa nawet go udusić, więc odpuszcza. Ciągle jesteśmy nadzy, lecz zdenerwowanie skutecznie odciąga moją uwagę od seksu.

Odpieprz się. Lo

- To jest twoja odpowiedź? - pytam zdumiona. - Tylko go podpuszczasz.

- Jeżeli ci się nie podoba, to nie czytaj mojej prywatnej korespondencji i nie oplataj mnie jak koala.

Co prawda, to prawda.

Mam stracić kasę, którą zapłacą mi tabloidy, kiedy im opowiem, że Lily Calloway jest seksoholiczką? Nigdy. Anonim

Nie wierzę własnym oczom. To się nie dzieje naprawdę.

- Lil - Lo zamyka komórkę - wszystko w porządku. Nie dojdzie do tego. Spójrz na mnie. - Ujmuje moją twarz i zmusza, abym popatrzyła mu w oczy. - Nie dojdzie do tego. Wynajmę kogoś, żeby znalazł tego drania. Zapłacę mu więcej niż tabloidy.

Zapomina o jednym.

- Jesteś spłukany.

Ojciec odciął mu dostęp do funduszu powierniczego za karę, że Lo zawalił uniwerek. Nie rozmawiał z nim od czasu wyjazdu na odwyk. Jest sam, biedny, a wszystkie moje pieniądze są związane z rodziną, która nic nie wie o moim uzależnieniu. Wolałabym im o tym nie wspominać. Nigdy.

Widzę po jego przygnębieniu, że sobie o tym fakcie przypomniał.

- Wymyślę coś innego.

Nie jestem w stanie nawet wyobrazić sobie wstydu, bólu i rozczarowania, które poczuje cała moja rodzina, kiedy się dowie. Kobieta seksomaniaczka? Dziwka. Mężczyzna seksomaniak? Bohater. W jakim stopniu ucierpi firma ojca, gdy to się rozniesie? Fakt, poza kręgiem najbliższych przyjaciół i znajomych nie jestem w ogóle znana, ale i tak istnieje duże ryzyko, że tabloidy to kupią. Dlaczego nie? "Lily Calloway: córka założyciela Fizzle - seksomaniaczka i dziwka".

Temat jest wystarczająco pikantny, żeby wzbudzić zainteresowanie wszystkich rubryk plotkarskich.

- Lo - czuję wzbierające łzy - boję się.

Przytula mnie.

- Wszystko będzie dobrze. Jestem przy tobie.

Kurczowo trzymam się jego zapewnień, powtarzam je w kółko i liczę, że to wystarczy.

2

Loren Hale

W palcach trzymam szyjkę flaszki taniej wódki. Nie jestem w stanie logicznie myśleć. Ogarnęła mnie czarna rozpacz. Nawet mój szybki chód przepełniony jest żałosną nienawiścią. Nie biegnę. Wspinam się po stromym podjeździe z wódką do wartej wiele milionów rezydencji.

Drzwi. Są. Czarne drzwi z kołatką.

Walę w nie pięścią. Nikt nie odpowiada. Nie słyszę wewnątrz żadnych kroków.

- Otwieraj! - wołam. Walę i walę bez końca. Pieprzyć to.

Rzucam butelką. Trzask, pęka. Płyn wylewa się, spływa po kołatce z brązu w dół, pod moje podeszwy.

- Kurwa - przeklina za mną Ryke. - Czy to było konieczne?

Drzwi otwierają się gwałtownie.

- Tak - odpowiadam.

Prosiłem Ryke'a, żeby poczekał w samochodzie. Wspomniałem mu, że jedyny sposób na wyciągnięcie tego szczura Aarona Wellsa z domu rodziców to naruszenie własności. Od drzwi poczynając. Kolejne na liście było jego BMW - przygotowałem kawałek szkła do narysowania dekoracji na masce. Nie muszę się już do tego posuwać.

Nie jestem zaskoczony, że Ryke zaparkował przy krawężniku i poszedł za mną na wzgórze. Lubi tak robić - łazić za mną, żeby zapobiec mojej ewentualnej samodestrukcji. Zazwyczaj to zadanie Lily. Wybrałbym ją zamiast niego w każdym innym momencie, ale nie tym razem.

Nie wtedy, kiedy mam przed sobą dwumetrowego dupka, którego znam jeszcze z ogólniaka.

Ma ciemnoblond, niemal brązowe, włosy, niebieskie oczy i arogancki uśmiech absolwenta Dalton Academy, który bardzo dobrze pamiętam. Jest pierwszym facetem, który przyszedł mi na myśl, gdy dostaliśmy anonimowe SMS-y. Zrobiłem mu w szkole świństwo, ale nasz zatarg nie powinien uderzać w Lily. Nie wolno mu jej za to teraz dręczyć.

Aaron przygląda się rozbitej butelce.

- Nie jestem zaskoczony. Ten okropny smród przypomina mi ciebie.

Ryke szykuje się, by go dopaść, ale chwytam go za ramię i powstrzymuję. Mimo że bardzo bym chciał, nie spuścimy mu łomotu. Nie o taką walkę tutaj chodzi.

- Już kiedyś cię spotkałem - mówi Aaron, obrzucając Ryke'a spojrzeniem od ciemnych włosów po szczupłe mięśnie, które tak bardzo przypominają mnie. - Gdzie to było? - udaje niepamięć.

W Ryke'u wzbiera gniew.

- Powinienem był ci wtedy rozwalić gębę.

Po tym, co się zdarzyło podczas mojej nieobecności, jestem gotów zgodzić się z Rykiem.

W czasie przyjęcia firmowego mama Lily posadziła ją koło Aarona. Przez cały czas jej groził, że będzie się z nią pieprzył na złość mnie. (Dlaczego? Dlatego że mnie nienawidzi. Nie ma innego powodu). Wieści o tym dotarły do mnie na odwyk, gdzie nic nie mogłem zrobić w tej sprawie. Teraz, jak widać, wszedł na wyższy poziom niegodziwości: w jakiś sposób dowiedział się o jej uzależnieniu i chce forsy - tyle że już wróciłem, gotowy, żeby mu dopieprzyć tak, jak on dopieprzył Lily.

- Już pamiętam - kontynuuje swoją farsę Aaron - towarzyszyłem Lily w czasie imprezy Fizzle, a ty pojawiłeś się jak rycerz na białym koniu, w czasie gdy on był na odwyku. - Kiwa głową w moją stronę.

Zżymam się w duchu na wspomnienie, że przez te miesiące to Ryke był przy Lily, a nie ja.

To, co się teraz dzieje, stanowi dla mnie dowód, że to Aaron wysłał wiadomości. Pokazał już, że w ramach starej rywalizacji chce się na mnie odegrać, używając do tego Lily.

W porządku, też mogę zagrać w tę grę.

- Dziękuję, że jej towarzyszyłeś tamtego wieczoru - zwracam się do niego. - Powiedziała, że z trudem przetrwała tę noc, patrząc na twoją paskudną gębę. Jednak wszyscy wiemy, że nie chodziło ci o to, aby sprawić jej przyjemność. - Te słowa to obosieczny miecz, który rani również mnie. Nienawidzę myśli, że inny facet mógłby sprawić przyjemność Lily. Tak było, zanim staliśmy się prawdziwą parą. I zdecydowanie tak jest teraz.

Serce wali mi jak szalone. Kiedy robię krok w jego stronę, pod stopami chrzęści mi szkło.

Usztywnia się, czekam, czy pokaże, że ma jaja, i mnie popchnie.

Nie rusza się. Ryzykuję i przeciskam się do środka pomiędzy jego nieruchomym ciałem a framugą drzwi. Gapi się na mnie. Oko w oko.

- Nic się tu nie zmieniło - mówię, wchodząc dalej. Przyglądam się sklepionym sufitom i marmurowym posadzkom. Ryke podąża za mną, Aaron z zaciśniętymi ustami zamyka drzwi. Wskazuję na drzwi koło kuchni, prowadzące do piwnicy. - Może otworzymy butelkę wina?

W jego oczach pojawiają się mordercze błyski.

- Chyba jednak nie.

Ryke trzyma się z tyłu, lecz gdyby Aaron spróbował użyć pięści, to natychmiast stawi się u mojego boku. Lepiej się czuję, mając takie wsparcie. Nigdy wcześniej tego nie doświadczyłem. Jako nastolatek albo dostawałem w kość, albo udawało mi się uciec. Zawsze walczyłem sam przeciwko wszystkim. Nikt nie stawał po mojej stronie. Nie pozwalałem Lily się wtrącać. Jeżeli bywała wciągana w takie bijatyki, to tylko za sprawą takich przebiegłych chłopaków jak Aaron, którzy wiedzieli, że jest moim najlepszym przyjacielem.

Drażnili ją, żeby się na mnie odegrać.

Koniec z tym.

- Kto jest w domu? - pytam go.

- Nikogo nie ma - odpowiada z niewzruszoną miną.

Nie wierzę mu.

- Twoi rodzice wyjechali na Barbados w ten weekend. - Dziękuję ci, Connorze Cobalt, za wspaniałe umiejętności techniczne.

Aaron się śmieje, ale to śmiech wymuszony.

- Twój tata zdobył dla ciebie te informacje?

Racja, to nie Ryke odstraszył Aarona w czasie imprezy Fizzle. Lily, która próbowała się go pozbyć przez cały wieczór, powiedziała mi, że to mój ojciec uratował ją od jego towarzystwa. Jeżeli chodzi o zdolność do zastraszania, mój ojciec nie ma sobie równych. Lily twierdziła, że po tym incydencie Aaron zwiewał, aż się kurzyło.

- Nie dzięki ojcu wiem, kto jest u ciebie w domu - mówię - ale powinienem do niego zadzwonić i podziękować mu za to, że cię upokorzył.

- Jesteś popieprzony, wiesz o tym?

Dopiero zaczynam, brachu.

- Julie! - wołam. - Julie, zejdź na dół, chodź tutaj!

Czuję za sobą niezdecydowanie Ryke'a. Już mnie widział w takim stanie. Parę razy go zaatakowałem. Nadal mi się to zdarza. Często. Jednak ta sytuacja jest inna. Napędza mnie tak mocna nienawiść, że z trudem oddycham.

Aaron z wahaniem rzuca okiem na balkon unoszący się nad dwubiegową klatką schodową. To dzięki niej organizowano tu bale debiutantek.

- JULIE! - wołam.

Aaron z wysuniętą płasko dłonią, jakby na znak pokoju, rusza w moją stronę.

- Hej, powiedziałem twojemu ojcu, że zostawię Lily w spokoju, dobra? Ubiliśmy interes. Dotrzymałem słowa. Od czasu tej imprezy nic jej nie zrobiłem.

- JULIE!

Na górze słychać trzask drzwi.

Aaron mówi teraz szybciej:

- Byłem wkurzony tamtej nocy. Złożyłem podanie o pracę, ale je odrzucili. Przez ciebie nawet mnie nie zaprosili na rozmowę.

- Mnie o to obwiniasz? - rzucam gniewnie.

Ma jednak trochę racji. Z pomocą ojca zadzwoniłem do wymarzonego college'u Aarona i poprosiłem dziekana, aby ponownie przyjrzał się kandydaturze Wellsa. Po chwili Aaron musiał skorzystać z oferty gorszej uczelni, bo mimo przekonania, że ma to jak w banku, Liga Bluszczowa go olała. Przeprogramowaliśmy jego przyszłość.

- Nie mogę przecież rywalizować z absolwentami szkół z Ligi Bluszczowej. Teraz muszę pracować dla ojca.

Na pierwszym piętrze słychać kroki.

- Nie rób tego - Aaron pozuje na twardziela, ale w gruncie rzeczy błaga. - Tylko trochę nastraszyłem Lily. Nie miałem zamiaru do niczego jej zmuszać. Przysięgam.

Nigdy się z nią nie pieprzył, dzięki Bogu. Gdybym wpadł na jednego z jej byłych gachów, to nie wiem, co bym zrobił.

- Zawsze tak robisz, prawda? - mówię zjadliwie. - Straszysz ją. Cóż, oto twoja karta do tego samego klubu. Za chwilę naprawdę się przerazisz.

Jak na zawołanie dziewczyna o włosach tego samego koloru co czupryna Aarona przechyla się nad balustradą.

- Loren Hale.

- Julie, wracaj do swojego pokoju - nakazuje jej przestraszonym głosem Aaron.

- Czy ja mam cztery lata? - odcina się Julie.

Ma na ustach ciemną pomadkę i tony kredki na powiekach. Z Aaronem są bliźniakami dwujajowymi. Pieprzyłem ją raz czy dwa, kiedy miałem szesnaście lat. Różnica między Lily a mną polega na tym, że ja randkowałem z Julie (całe dwa tygodnie). Wtedy nie byliśmy jeszcze z Lily parą na niby.

Lily natomiast zawsze pieprzyła się tylko raz, a potem szukała nowej zdobyczy.

Po długiej walce stałem się wyjątkiem.

- Cześć, Julie - witam siostrę Aarona. - Mogłabyś do nas na chwilę zejść?

- O co chodzi? - Spogląda najpierw na mnie, potem zerka na spiętego brata. - Aaron, minęły wieki od czasu, kiedy chodziłam z Lo. Poważnie, zapomnij o tym.

Nie ma racji. Nasza wojna nie zaczęła się wtedy, kiedy zacząłem z nią randkować. Była kulą w mojej broni. Jedną z rzeczy, których użyłem, żeby go zranić. Najłatwiejszą z nich okazało się pieprzenie jego siostry. Coś takiego zrobiłby mój ojciec. Nienawidzę siebie za to, że posunąłem się do tego. Na samą myśl o tym czuję mdłości.

Dziękuję jedynie Bogu, że Julie jest tak samo godna pożałowania jak Aaron i ja. Chciała odegrać się na swoim byłym (nie zmartwił się tym tak, jak by sobie życzyła), więc wykorzystaliśmy się wzajemnie.

- Julie - warczę - chodź tutaj. Już.

Dość już tego pieprzenia. Choć może nie do końca - wyraz twarzy Aarona jest bezcenny. Za chwilę narobi w gacie. Nie ma pojęcia, co zamierzam. Do licha, przecież ja też nie mam żadnego planu. Wiem tylko, że jego słabym punktem jest rodzina, tak jak moim - Lily.

Dziewczyna na bosaka schodzi ze schodów. Z ciekawością przygląda się Ryke'owi.

- Niezłe z ciebie ciacho - stwierdza.

- Julie. - Jej brat się krzywi.

- Mogę zobaczyć twój telefon? - pytam Aarona. Obecność Julie sprawi, że będzie bardziej chętny do współpracy. Dziewczyna ma odwrócić jego uwagę i posłużyć jako ostrzeżenie.

Marszczy brwi.

- Po co?

- Po prostu mi go pokaż.

Julie ciężko wzdycha, jakby się nudziła.

- Daj mu ten telefon, Aaron.

Aaron wyjmuje komórkę z kieszeni i wyciąga ją w moją stronę. Przeglądam jego stare SMS-y, szukam swojego numeru, ale pamięć jest pusta.

- Dlaczego wyczyściłeś wszystkie wiadomości?

- Zawsze tak robię. Mama lubi sprawdzać mój telefon.

- Masz dwadzieścia dwa lata. - Nie jest już nastolatkiem, który musiałby pytać o zgodę na spędzenie nocy u przyjaciela. Jest dorosłym facetem.

- Taaa? To nie zmniejszyło jej wścibstwa.

Nadal mu nie ufam. Nie mogę sobie na to pozwolić.

- Jak masz na imię? - pyta Julie Ryke'a, przygryzając wargę, jakby liczyła, że zaraz padnie przed nią na kolana.

- Ryke.

- Ryke, skąd znasz Lorena?

- Jest moim bratem.

Ze zdziwienia unosi brwi.

- Och, nie wiedziałam, że ma brata.

- Ja też - wtrącam i oddaję Aaronowi komórkę. - Używałeś innego numeru albo telefonu na kartę?

- O czym ty, do cholery, gadasz? - Aaron wytrzeszcza oczy. - Nic nie zrobiłem ani Lily, ani tobie. Powiedziałem, że twój ojciec...

- Nie wierzę ci - przerywam mu, choć sam nie wiem, w co wierzyć. Być może kłamie. Ze wszystkich ludzi, których znam, jest najbardziej prawdopodobnym kandydatem na prześladowcę Lily. Jeżeli mogę zakończyć tę sprawę tu i teraz, zrobię to.

- Zupełnie ci odpieprzyło! - wrzeszczy Aaron.

Ryke wysuwa się do przodu w mojej obronie.

- Mówi to facet, który przez dwie godziny uganiał się za dziewczyną po sali balowej, napędzając jej wielkiego, pieprzonego stracha.

- O rany - wtrąca Julie - jesteś seksowny, kiedy się wściekasz.

- Julie! - krzyczy Aaron. - Wynoś się, już. Wyjdź stąd, do cholery.

Julie przewraca oczami i opada z palców na pięty, jakby Aaron przerwał jej ulubioną rozrywkę. Kiwa głową w moją stronę.

- Miło cię widzieć, Loren. Przykro mi, że mój brat nie może się pogodzić z naszym związkiem.

- Tak, nie lubi odpuszczać.

Na jego miejscu też byłbym rozżalony. Nie obwiniam go o to. Nienawidzę, że doprowadziłem go do punktu, w którym mógł zaatakować Lily pod moją nieobecność. Byłem takim głupim, popieprzonym dzieciakiem. Czasami nadal nim jestem.

Niewykluczone, że źle się do tego wszystkiego zabrałem. Ale to jedyna metoda, jaką znam. Sprawdza się. Używam słów. Straszę faceta, który straszy mnie.

Julie wchodzi do otwartej kuchni. Głównie po to, żeby Ryke zobaczył jej tyłek, kiedy schyla się po patelnię do szafki. Odwraca się, żeby się upewnić, czy dostrzegł jej wysiłki. Nie dostrzegł. Nie spuścił wzroku z Aarona ani na chwilę. Co ciekawe, Aaronowi nie podoba się, że to ja się jej przyglądam. Zaraz pęknie, padnie na kolana i da mi to, o co proszę. Nie mogę jednak przypisać sobie całej zasługi. Częściowo, jak mi się zdaje, poskutkowały groźby mojego ojca, które musiały na Aaronie zrobić duże wrażenie.

- Gdzie jest twoja komórka na kartę? - ponawiam pytanie.

Ryke kładzie mi rękę na ramieniu i szepcze:

- Nie wydaje mi się, żeby to był on.

Nie chcę w to uwierzyć. Dlatego że stracę jedyny punkt zaczepienia.

Nie mam pojęcia, kto jeszcze mógłby coś takiego zrobić.

Aaron unosi ręce do góry w geście poddania się.

- Nie wiem, co się stało, ale nie ja jeden cię nienawidzę, Loren. Może powinieneś pomyśleć o innych, których wkurzyłeś przez te lata. Nie wydaje mi się, żeby uniwerek wiązał ci się z miłymi wspomnieniami.

To prawda, być może mam przesrane.

Kiwam głową. Jeżeli jednak to on jest tym facetem od SMS-ów, to nie wyjdę stąd bez zapewnienia, że to się już nigdy nie powtórzy. Muszę mieć ostatnie słowo. Nachylam się do niego.

- Jeżeli jeszcze raz przestraszysz moją dziewczynę, to praca dla ojca będzie twoim najmniejszym zmartwieniem. - Rzucam okiem na Julie. - I powinieneś zjeść trochę make-upu siostry, żeby jakoś poprawić swoje obrzydliwe wnętrze.

Z łatwością mógł odpowiedzieć: "Jest takie samo jak twoje". Ale on milczy, zastygły w mieszaninie nienawiści i strachu, które krążą w tej chwili po całym jego domu.

Nie czekam, aż się z tego ocknie.

Wychodzę.

W drodze do samochodu Ryke się odzywa:

- Nie powiedziałeś mi, że wciągniesz w to jego siostrę.

- Czy to ma znaczenie?

Patrzy przed siebie pociemniałymi oczami.

- Potraktowała cię przedmiotowo, Ryke. Jeszcze dwie sekundy, a ściągnęłaby ci spodnie i wsiadła na twojego ptaka.

- Tak jak Lily? - odcina się.

- Pieprz się.

Otwieram drzwi do samochodu. To nie to samo. Lily jest moim najlepszym przyjacielem. Nie jestem jej zdobyczą. Gdybym nią był, już by mnie zostawiła. Nie potrafiłbym jej tak długo zadowalać.

- Przepraszam - rzuca zdawkowo Ryke, jak zwykle twardym głosem. - Nie chcę, żeby jeszcze jedna dziewczyna znalazła się w krzyżowym ogniu twoich potyczek.

- Nie skrzywdzę jej. Chodzi o to, żeby on myślał, że mogę.

Ryke przygląda mi się przez dłuższą chwilę.

- Czy to nasz ojciec cię tego nauczył?

- Tak. Pokazał mi także, jak wsiadać do samochodu i spierdalać.

Ryke kiwa głową.

- Dobrze wiedzieć, że nadal jesteś dupkiem, nawet bez gorzały.

- To chyba genetyczne.

Ryke się uśmiecha, po czym wsiadamy do jego infinity. Po tym wszystkim wcale nie czuję się lepiej, bo nie pamiętam większości ludzi, których wkurzyłem.

Zatopiłem ich w odmętach burbona i whiskey.

Na zawsze wymazałem ich z pamięci.

3

Lily Calloway

- To przesłuchanie czy spotkanie? - pyta Ryke szorstko.

W przepoconej bluzie z logo Penn i z grymasem niezadowolenia rozłożył się na naszym granatowym fotelu w stylu królowej Anny.

Tylko trzy osoby mogły wyjawić mój sekret. Facet, który jest moim głównym podejrzanym, jeszcze się nie poddał. Niewiele rzeczy wyprowadza Ryke'a Meadowsa z równowagi.

Siedzi teraz lekko podminowany, z zaciętym wyrazem twarzy i jak zwykle zmrużonymi oczami, zarozumiały i pewny siebie. Stał się częścią życia Lo. Przeniknął do naszej grupy i nie wygląda na to, żeby zamierzał zostawić nas w spokoju. Albo rzeczywiście tak bardzo troszczy się o brata, że gotów jest znosić niemal wszystko, albo planuje coś większego - co mogłoby wywrócić moje życie do góry nogami.

Zgadza się, bombarduję go pytaniami, mało tego, jestem gotowa przystawić mu oślepiający reflektor do twarzy i na serio zacząć przesłuchanie. Mam prawo do paniki. Za chwilę może się rozpaść mój świat.

Lo podaje Ryke'owi butelkę wody.

Rzucam mu zdumione spojrzenie. Nie powinien nic mu dawać, dopóki nie uzyskamy odpowiedzi. To mogła być nasza jedyna karta przetargowa.

- Kto ci pozwolił dać mu pić? - wyrywa mi się.

Patrzą na mnie, jakby brakowało mi trochę szarych komórek. No dobra, to było głupie. Zresztą to w końcu nic nowego.

Ryke unosi dłoń do góry.

- Przepraszam, czy jeszcze tu ktoś niepokoi się o moje bezpieczeństwo?

Lo ignoruje brata, chwyta mnie za rękę i ciągnie na kanapę. Nasze uda się stykają, ale to mnie nie uspokaja. Od kiedy przeczytałam te SMS-y, straciłam resztki opanowania i rozsądku.

Wolałabym się tak nie zachowywać, lecz inny sposób radzenia sobie z bardzo stresującymi sytuacjami wiąże się z orgazmem i wszystkim, czego nie wolno mi robić.

Na korytarzu rozlega się stukot obcasów Rose.

- Connor wkrótce tu będzie - oznajmia moja siostra.

Siada na jasnożółtym fotelu obok kanapy, krzyżując nogi w kostkach. W czarnej plisowanej spódnicy i jedwabnej bluzce z wysokim kołnierzem ma dużo więcej klasy niż każda inna osoba w pokoju.

- Świetnie, będziesz mogła zająć się przesłuchiwaniem kogoś innego - zauważa Ryke z pewną złośliwością. Choć w jego wypadku nie wykluczałabym w tym również odrobiny miłości.

Wydaje mi się, że po trzech miesiącach, kiedy Lo był na odwyku, nasza relacja się zmieniła. Pewnie, że dochodziło do spięć, lecz zawsze godził nas temat Lo.

Jeżeli uczestniczy w jakimś większym spisku przeciwko Lo - a w konsekwencji również przeciwko mnie - nigdy mu tego nie daruję.

Lo gładzi mnie po nodze, próbując zmniejszyć moje zdenerwowanie.

- Zajmę się tym, Lil - zapewnia łagodnie.

Ryke rzuca mu ukradkowe spojrzenie. Już takie widziałam: dzielisz się nim z osobą, z którą łączy cię sekret.

Wzdycham.

- Zrobiłeś już coś beze mnie?

Lo kręci głową.

- Nie.

Nie patrzy mi w oczy.

Uderzam go w pierś.

- Kłamiesz, a mieliśmy mówić sobie całą prawdę.

- Cóż - mówi powoli - jeśli ten facet nadal będzie przesyłał SMS-y, to możemy lub nie możemy skreślić z listy podejrzanych Aarona Wellsa.

- Możemy lub nie możemy? - dziwi się Rose. - To żaden postęp.

- Zrobiłem, co zrobiłem. Nie mogę tego cofnąć. - Jego głos jest ostry.

Jedyne, co usłyszałam z jego wypowiedzi, to "Aaron Wells" i poczułam chłód.

- To znaczy co zrobiłeś? - pytam.

Już nigdy więcej nie chciałabym spotkać Aarona.

Rose mruczy pod nosem coś, co brzmi jak "zniszczył".

- Pogadałem z nim - przyznaje Lo.

Spoglądam na Ryke'a, szukając u niego potwierdzenia. Jego udział w spisku potęguje moje zdenerwowanie.

- Tak, tylko z nim pogadaliśmy - odzywa się Ryke. - Wszystkie jego SMS-y zostały usunięte, co wydawało się podejrzane.

Lo zgodnie potakuje, przysuwa się i całuje mnie w policzek.

- Okej? - pyta po cichu.

Nie sądzę, żeby to było odpowiednie słowo. Bezmyślnie wpatruję się w dywan.

- A co z Rykiem? - pyta Rose.

W zaciśniętych palcach trzyma małą filiżankę z herbatą. Mnie również zaproponowała herbatę, lecz odmówiłam. Nie jestem pewna, czy moje ciało cokolwiek by dzisiaj przyjęło. Cała jestem przepełniona strachem.

Ryke jęczy.

- Tylko znowu nie to.

- Wiesz o uzależnieniu Lily. Mogłeś się przed kimś wygadać.

Patrzy na nią gniewnie.

- Ty też.

- Nie żartuj. Jest moją siostrą. Nie wbiłabym jej noża w plecy.

- I jest dziewczyną mojego brata - odcina się. - Dlaczego nie skupisz się na facecie, który z łatwością wyśpiewałby wszystko za odpowiednią cenę?

- Nie waż się. - Rose ostrzegawczo macha mu palcem przed nosem.

- Dlaczego? Connor pojawił się na scenie mniej więcej w tym samym czasie co ja. Dowiedział się o uzależnieniu Lily od seksu dokładnie wtedy, kiedy my. Może więcej zyskać i mniej stracić niż my.

- Straciłby mnie - ripostuje Rose.

Nigdy nie uwierzyłabym, że Connor mógłby tak bardzo zmienić front w stosunku do mnie. Nie pomyślałabym tak nawet przez sekundę. Jest na to zbyt miły (na swój własny sposób). Ale Ryke...

Lo przez dłuższy czas obserwuje brata.

- Rose może mieć rację.

- Co? - Ryke pochyla się do przodu. - Nie mówisz poważnie.

- Owszem, jesteś moim bratem, ale jesteś również kłamcą. Mamy co do tego jasność od chwili spotkania.

- Daj spokój.

- Cofnijmy się o kilka miesięcy. Zjawiłeś się w moim życiu pod fałszywym pretekstem, jako student piszący nieistniejący artykuł na temat dzieci miliarderów...

- To akurat wymyśliła Lily - wtrąca Ryke.

Nie wierzę. Chce się wymigać moim kosztem! Opowiedziałam Lo o tej historii jakiś czas temu, więc teraz czuję tylko cień wstydu.

Lo przewraca oczami.

- Nieważne. Cały czas wiedziałeś, że jestem twoim bratem, i nigdy nikomu z nas nie powiedziałeś o tym ani słowa.

- Robisz sobie ze mnie jaja - mówi Ryke.

Wyobrażam sobie, że kłócili się o to wiele razy w ośrodku odwykowym. Mnie nie pozwolono odwiedzać Lo, ale według niezrozumiałych dla mnie zasad Ryke taką zgodę uzyskał. Nie jestem pewna, jak rozwinęła się ich relacja od czasu wyjazdu Lo, ale jak widać, gorycz wciąż pozostała.

Lo wybucha niekontrolowanym śmiechem.

- To ja jestem bękartem. Moje narodziny były przyczyną rozstania twoich rodziców. Powinieneś mnie znienawidzić. Ja bym siebie znienawidził. - Łapie powietrze. - A potem wymyśliłbym misterny plan doprowadzenia mnie do upadku. Kawałek po kawałku. Od Lily poczynając. Więc wybacz, jeśli trudno mi zaufać ci na sto dziesięć procent.

Nie potrafię zgadnąć, czy deklaracja Lo wkurzyła, czy zmartwiła Ryke'a, wiem jednak, że daleko wykracza poza moje dziecinne oskarżenia. W słowach Lo pobrzmiewa głęboki ból.

- Naprawdę? Nawet po tym wszystkim, co dla ciebie zrobiłem, kiedy byłeś na odwyku? - pyta Ryke.

- Chodzi ci o to, że trzymałeś swojego ptaka z dala od mojej dziewczyny? Dziękuję.

Wytrzeszczam oczy. Najchętniej odsunęłabym się teraz od niego, gdyby nie jego ręka mocno oparta na moim udzie. Dzieje się coś złego. Czuję to. Umiemy radzić sobie ze stresem na różne sposoby. Ja się pieprzę, on pije. Teraz, kiedy nie możemy robić ani jednego, ani drugiego, próbujemy sobie z nim radzić bardziej konwencjonalnie. "Próbujemy" jest tu słowem kluczowym.

- Wiesz, że nie o to chodzi - odpowiada Ryke.

- Jasne.

To jedno słowo bardziej wkurza Ryke'a niż dwadzieścia poprzednich, obawiam się, że to koniec. Ryke uniesie ręce do góry w geście poddania się i wyjdzie. Wyczuwam rosnące napięcie Lo, który chyba tego właśnie oczekuje. Zrażamy do siebie ludzi. Jesteśmy w tym naprawdę dobrzy.

- Gdybym chciał cię skrzywdzić w ramach jakiegoś rozbudowanego planu, to już bym się pieprzył z Lily. I na pewno, do diabła, nie traciłbym czasu, spędzając go z tobą.

Chciałabym zaufać Ryke'owi, bo to jedyna rodzina, na której wsparcie może liczyć Lo. Z drugiej strony Ryke jest niezłym kłamcą - jak słusznie zauważył Lo. Oszukał nawet mnie.

Lo ma na ustach swój zwykły gorzki uśmiech, który dawniej zapiłby szklanką burbona. Nie mogę zrozumieć, dokąd biegną jego myśli.

Chcę go szeptem o to zapytać, ale otwierają się frontowe drzwi i w pokoju zapada ciężka cisza. Głośny stukot skórzanych butów Connora na parkiecie tylko zwiększa napięcie.

Wchodzi z przedpokoju, falujące brązowe włosy ma perfekcyjnie ułożone, jakby za chwilę miał wygłosić przemówienie w Kongresie. Biała koszula jest wpuszczona w czarne spodnie, do których wsuwa komórkę. Od razu dostrzega sztywną postać Ryke'a na krześle w stylu królowej Anny i palce Lo mocno zaciśnięte na oparciu kanapy.

- Coś przegapiłem - stwierdza. - Coś dobrego? - Spogląda na Rose.

- Tylko pod warunkiem, że bawi cię niezrozumiały bełkot neandertalczyków - odpowiada moja siostra lodowato.

- Nieźle, Rose - bez emocji mówi Lo.

Connor pociera usta, aby powstrzymać coraz szerszy uśmiech. Gdy uśmiecha się do Rose, natychmiast prostuję się i pochylam do przodu, jakby w oczekiwaniu na dotyk i pocałunek dwóch orbitujących gwiazd. Chcę to zobaczyć.

Connor siada obok Rose i kładzie rękę na oparciu za jej głową.

Lo szczypie mnie w udo.

- Jesteś moją dziewczyną - szepcze mi ochryple do ucha, dając do zrozumienia, że powinnam być po jego stronie.

W pojedynku rozumów zawsze stawiam na najmądrzejszą osobę, więc stanęłabym po stronie Rose. Lub Connora. Lo przegrałby tę bitwę.

- Jesteś moim chłopakiem - odpowiadam oczywistością.

Przysuwa się bliżej, serce mi wali, bo jego usta są tuż-tuż. Pocałuj mnie. Pocałuj mnie. Pocałuj mnie.

Odsuwa się ode mnie.

Cholera. Chciałabym mieć moc Profesora Xaviera, choć z drugiej strony wolałabym nie wymuszać na nim pocałunku. Chciałabym, aby go pragnął tak mocno jak ja.

Connor wskazuje ręką Lo, a potem Ryke'a.

- Wyczuwam napięcie.

- Lo właśnie mi podziękował za niepieprzenie się z Lily - odzywa się Ryke.

- Właśnie - potwierdza ironicznie Lo.

Connor nawet nie mrugnął.

- Widocznie tak jest między braćmi. - Obojętnie odwraca się do Rose, szepcze jej coś do ucha, a potem lekko całuje ją w policzek.

Nie mogę uwierzyć, że jestem zazdrosna o pocałunek. Nie, jasne, że nie od Connora! Od Lo. Chcę pocałunku od Lo. Czerwienieją mi policzki, bo przypadkowo pomyślałam o niewłaściwej rzeczy. Jezu.

- Nic ci nie jest? - pyta cicho Lo.

Potakuję, trochę się wiercę, po czym chowam policzek w zagłębieniu jego ramienia i w końcu czuję się bezpieczna. W zetknięciu z jego muskularnym ciałem moja nadmiernie wychudzona sylwetka wydaje się jeszcze chudsza. Ostatnio staram się poprawić stan zdrowia, bo kiepsko wygląda sama skóra i kości.

Rose kładzie dłonie na piersi Connora, nie pozwalając mu przysunąć się bliżej.

- Między braćmi? To, co się tutaj wyprawia, wcale nie jest normalne między braćmi. Czy widziałeś, żeby Greg Brady1 dziękował Peterowi za to, że nie spał z Marshą?

- Nie, ponieważ to by było kazirodztwo - odpowiada Connor.

Patrzy na niego z wyższością.

- Nie byłoby, bo Marsha jest tylko przyrodnią siostrą.

- To prawda. - Jego oczy skupiają się na jej ustach, ale zaraz znów chwytają ostre spojrzenie. - Jestem zaskoczony, że użyłaś słowa "normalne". Sądziłem, że zgodziliśmy się w zeszłym tygodniu, iż jest ono zbyt arbitralne i subiektywne, żeby mieć rzeczywistą wartość.

Rose patrzy na mnie, jakby chciała zapytać: "Wiesz może, dlaczego się z nim spotykam?".

Uśmiecham się. Bardzo bym chciała odpowiedzieć: "Dlatego że jesteście dwiema orbitującymi gwiazdami skazanymi na pocałunek". Tylko że dla nikogo poza mną nie miałoby to sensu.

Przez ostatnie trzy miesiące relacje między Rose a Connorem były co najmniej dziwne. Ciągle ze sobą zrywali w wyniku intelektualnych sprzeczek, po to, żeby tydzień później się pogodzić. Nie potrafię ani określić, ani zrozumieć ich związku. Domyślam się, że do tego jest potrzebne wysokie IQ czy coś takiego. Ale uwielbiam oglądać ich razem, tak jak Lo i ja uwielbiamy japońskie kreskówki. Nie rozumiemy ani słowa, lecz włączanie ich co tydzień sprawia nam wielką radość.

Rose wymanikiurowaną dłonią wskazuje jego klatkę piersiową.

- Nie możesz odrzucić całego słowa tylko dlatego, że nie ma rzeczywistej wartości, Richardzie. - Oj, użyła jego prawdziwego imienia. - W ten sposób sugerujesz, że socjologiczne opracowania Foucaulta są bezwartościowe.

Zaczyna mnie boleć głowa od słuchania ich, nie mogę jednak przestać.

- Hej - wcina się Lo, klaszcząc w dłonie, by przyciągnąć ich uwagę. Patrzą na nas, jakbyśmy dopiero weszli do pokoju. - O normalnych ludziach i Faulknerze porozmawiacie później.

- Foucaulcie - poprawia go Rose.

- Co?

- Chodzi o Foucaulta, a nie Faulknera.

- Nieważne, obaj zaczynają się na F - odcina się Lo. - Wiesz, co jeszcze zaczyna się na F?

- Fiut - uprzedza go Connor, wymawiając to słowo tak naturalnie, jakby odpowiadał na pytanie w Academic Bowl.

Nie mogę powstrzymać uśmiechu.

Lo przyłapuje mnie na tym i posyła mi znaczące spojrzenie. Zaciskam usta, żeby stłumić uśmiech, ale nie jest to takie proste, więc pewnie wyglądam jak głupek. Jeden kącik ust Lo zaczyna drgać. Serce mi rośnie na ten widok, bo to jego pierwsza taka reakcja od trzech miesięcy.

Pochyla się i z własnej inicjatywy lekko całuje mnie w nos. Nawet nie musiałam powtarzać mantry: "Pocałuj mnie". Zagryzam dolną wargę, bo niespodziewany przypływ niebezpiecznych myśli zastępuje beztroskę. Wyobrażam sobie, jak zaciągam go do łóżka, dosiadam i przeciągam palcami po każdej wypukłości jego umięśnionego brzucha. Półuśmiech Lo rozszerza się, rozjaśnia całą twarz, a w odpowiedzi moje ciało zaczyna płonąć.

Mogłabym wyjść ze spotkania do sypialni pod byle jakim pretekstem, ale nagle coś mnie ściska w gardle i mam poczucie winy. Planowanie kolejnych kroków sprawia, że czuję się jak nieudacznik. Czemu?

- A propos, dobrze wyglądasz - mówi Connor do Lo.

- Dziękuję.

Zapomniałam, że nie widzieli się od czasu wyjazdu Lo. Obserwując Connora zmrużonymi oczami, postanawiam dodać go do listy podejrzanych. Być może Ryke ma rację: w zamian za informacje o moim seksoholizmie Connor mógł wkupić się do Wharton, prestiżowej uczelni podyplomowej należącej do Penn, gdzie zamierza studiować MBA.

Connor wyczuwa moje spojrzenie, unosi w zdziwieniu brwi, jakby wiedział, że bezpodstawnie go oskarżam.

Zna mnie na wylot.

Czerwienię się i natychmiast karcę sama siebie. Nie ma mowy, żeby Connor mnie sprzedał. Uważa oszukiwanie za zbyt łatwe i ma standardy moralne wyższe niż dziewięćdziesiąt dziewięć procent ludzi obracających się w kręgach towarzyskich mojej rodziny. Pozostaje Ryke. I Rose. Rose raczej spaliłaby swoją linię modową Calloway Couture, niż rzuciła mnie na pastwę kanibalistycznych mediów. A przecież kocha tę kolekcję jak własne dziecko.

Lo tak szybko nie skreśla Connora z listy podejrzanych.

- Powiedziałeś o tym komuś? - pyta.

- Nikomu - odpowiada spokojnie Connor.

Lo drapie się po karku.

- Przez lata udało nam się utrzymać sekret Lily w tajemnicy. Potem ujawniamy go wam i parę miesięcy później przychodzą groźby. Co prawda rzuciłem uniwerek, lecz potrafię dodać dwa do dwóch.

Connor patrzy na niego uważnie.

- Wywalili cię z uniwerku, ale dobrze, że poczuwasz się do odpowiedzialności.

W pewnym sensie ta obraźliwa uwaga wydaje się usprawiedliwiona. Wszystko to prawda.

Lo został wyrzucony z Penn z powodu nieuczęszczania na zajęcia, mógł starać się o przyjęcie na inną uczelnię, ale zdecydował się na odwyk, chcąc wyleczyć się z alkoholizmu.

Lo, sfrustrowany, ciężko wzdycha. Chce tylko znaleźć odpowiedź. Tak jak my wszyscy.

- Zapomniałeś o jednym elemencie tej układanki - sugeruje Connor.

Lo się spina, czuję przypływ nadziei. Jeżeli ktoś ma szansę na wyjaśnienie tej zagadki, to na pewno Connor Cobalt. I prawdopodobnie Rose.

- Lily spotyka się od niedawna z terapeutą, który specjalizuje się w uzależnieniach od seksu.

- Uważasz, że ktoś widział, jak wchodzi do gabinetu? - pyta Lo.

- Niewykluczone. Może spróbujesz wyśledzić ten numer telefonu?

- Niezidentyfikowany.

- I co z tego?

- Niestety, włamywanie się do cudzych telefonów to nie moja specjalność. A twoja, Lily? - Patrzy na mnie, więc kręcę głową. - Tak też myślałem.

- Ależ nie - szybko wyjaśnia Connor. - Wiem, że nie poradziłbyś sobie z czymś tak trudnym. Sądziłem, że może znasz kogoś, kto potrafi.

Ryke wtrąca się do rozmowy:

- Czy ty się właśnie przyznałeś, Cobalt, że jest coś, czego nie potrafisz? - Wygląda tak, jakby miał zaraz zeskoczyć z krzesła i zadzwonić do prasy. Chwila, przecież on jest z prasy. Być może w jutrzejszym wydaniu "The Philadelphia Chronicle" zobaczymy jego artykuł zatytułowany "Connor Cobalt nic nie wie".

- Nie bądź śmieszny - odcina się Connor z pokerową twarzą. - Oczywiście, że wiem, jak to zrobić, ale tego nie zrobię. To nielegalne.

Ryke przewraca oczami i mocniej ściska butelkę z wodą. Nie sądzę, żeby napisał ten artykuł.

Rose bierze łyczek herbaty, po czym zauważa:

- Płacenie komuś za to też jest nielegalne.

- Jeżeli wiesz, co robisz, to cię nie złapią.

Muszę zweryfikować swoje wyobrażenia na temat kompasu moralnego Connora. Potrafi się tak dobrze maskować, że nie dostrzegłam jego przebiegłości. Mimo to jestem pewna, że nie ryzykowałby utraty Rose w zamian za miejsce w Wharton. Przynajmniej na to liczę.

- Omawialiśmy już z Lo kwestię namierzenia tego numeru - odzywam się. - Wszystkie moje kontakty znają naszą rodzinę.

Rodzice zaczęliby zadawać pytania, gdybym wynajęła prywatnego detektywa. Celem całej tej akcji jest utrzymanie ich w błogiej nieświadomości tak długo, jak tylko się da. Najlepiej na zawsze.

Lo potakuje.

- Wolelibyśmy również nie wtajemniczać osób trzecich. Nie chciałbym się narażać na kolejny szantaż.

- Na przykład jakiegoś hakera, mieszkającego w piwnicy u rodziców - dodaję.

- Właśnie - potwierdza Lo. - Podejrzewam, że nie skończyłoby się to dobrze.

- Mogę wynająć wiarygodnego prywatnego detektywa - wtrąca Connor. - Żaden kłopot.

Rose uśmiecha się pod nosem do ostatniego łyczka herbaty.

- Zwrócę ci pieniądze - zapewniam Connora.

- Wolę usługi.

Zabrzmiało erotycznie. To słowo zawsze kojarzy mi się z robieniem loda.

Natychmiast się czerwienię, więc odwracam się, próbując to ukryć, ale oczy wszystkich są zwrócone na mnie. Nie mam szans.

- Lily! - słyszę trzy głosy o różnym natężeniu, udzielające mi reprymendy.

Lo mnie obejmuje, a ja bardzo się powstrzymuję od schowania się za jego mięśniem dwugłowym ramienia. Nie stchórzę.

Oskarżycielsko wskazuję palcem Connora.

- On to powiedział, nie ja!

- Nie mówiłem o usługach seksualnych - spokojnie oponuje Connor.

Teraz wskazuję na własną pierś.

- Między wami jest seksmaniak. Mój mózg działa jak automat. Raczej nie pomyślałabym o usługach technicznych.

Użycie słowa "seksmaniak" to był zły pomysł - już zaczynam żałować, gdy Ryke wtrąca:

- Jeśli już mowa o seksmaniactwie - mogłabym go za to walnąć - to jak ci idzie terapia, odkąd wrócił Lo? Możecie uprawiać seks?

- To skomplikowane - mamroczę. - Nie sądzę, że powinnam z tobą o tym rozmawiać.

- Trochę seksu jej nie zaszkodzi - Lo wyjaśnia w prostych słowach to, co ja uznałam za skomplikowane.

W takich chwilach chciałabym częściowo zniknąć.

- Co znaczy "trochę"? - docieka Ryke.

Nie, nie częściowo, cała chciałabym zniknąć.

- Nie mogę o tym rozmawiać - dyplomatycznie odpowiada Lo.

W rzeczywistości oznacza to: "Nie mogę o tym rozmawiać przy Lily". Ponieważ ja też nie mam pojęcia, co znaczy "trochę". Doprowadza mnie to do szału.

Nie podoba mi się, że Lo tak chętnie dzieli się intymnymi szczegółami naszego życia, ale domyślam się, że w ten sposób chce się otworzyć na innych. Łatwiej jest mu rozmawiać o moim uzależnieniu niż o własnym.

- Co się stanie, jeśli będziesz jej to ułatwiał? - pyta Rose, stawiając filiżankę na stole.

- Nie będę - odpowiada lekko zagniewany.

Wolałabym zwalczać swoje uzależnienie sama, lecz moja terapeutka już mi wyjaśniła, że abstynencja nie jest rozwiązaniem, bo seks jest naturalną częścią życia, w odróżnieniu do alkoholu. Ktoś może przez całe życie unikać alkoholu, lecz prawie każdy uprawia seks, kiedy osiągnie odpowiedni wiek. A do seksu trzeba dwojga.

Mam się nauczyć, jak prowadzić zdrowe życie seksualne z Lo, pozbyć się dotychczasowych nawyków, w których Lo ulegał mojemu wewnętrznemu przymusowi i jednocześnie go napędzał. Przy okazji nauczę się, jak radzić sobie z problemami bez uciekania się do masturbacji.

Wzdycham. To takie skomplikowane. I bardzo trudne.

- Nie można tego przyrównać do sytuacji, w której Lily podaje ci szklaneczkę whiskey, Loren - ciągnie Rose. - Wszyscy będziemy wiedzieli, że wypiłeś, ale nie będziemy mieli pojęcia, jeśli będziesz jej ułatwiał seks.

A tak by się stało, gdyby pozwolił mi się z sobą pieprzyć bez ograniczeń. Chodziłabym jak naćpana i tak wypełniona Lorenem Hale'em, że nie chciałoby mi się wychodzić z sypialni, żeby zmierzyć się z prawdziwym światem.

Niegłupia myśl, choć nie ma prawa mi się podobać.

- Przez lata nie miałaś pojęcia, że byłem alkoholikiem - odparowuje Lo. - Uwierz mi, nie zauważyłabyś, gdybym raz się potknął. To dokładnie to samo.

- Ja bym wiedział - wtrąca Ryke.

- Ja też - dodaje Connor. - Nie miałem pojęcia, że Lily jest uzależniona od seksu, ale wystarczył jeden dzień na zorientowanie się, że masz problem alkoholowy.

Ryke pociera swoją twardą, jakby wyrzeźbioną z kamienia szczękę.

- Wiedziałeś, że jest uzależniony, i piłeś z nim piwo? Pamiętam, że kupiłeś mu fat tire w barze.

- Jest prawdziwym przyjacielem - komentuje Lo z gorzkim uśmiechem.

Przysięgam, że gada te głupoty po to, żeby wkurzać ludzi.

Ryke wygląda tak, jakby chciał wstać i walnąć go w tył głowy.

Rose znacząco spogląda na Connora, on odważnie wytrzymuje jej lodowate spojrzenie.

- Wiedziałeś i piłeś z nim piwo? - pyta.

- Dopiero co go spotkałem, nie zamierzałem wprowadzać rewolucji w jego życiu.

- Zauważyłeś, co sprawia mu przyjemność, i kusiłeś go tym, żeby się z nim zaprzyjaźnić?

- Zachowujesz się tak, jakby wstrzyknął mi heroinę.

- Równie dobrze mógł to zrobić - odcina się Ryke.

Zaraz, kiedy to spotkanie zamieniło się w sąd nad Connorem?

- Odpuść sobie - rzuca poirytowany Lo.

Connor milczy, Rose nie wykazuje ochoty do udzielenia mu szybkiego przebaczenia. Jestem pewna, że później odbędą na ten temat długą filozoficzną dyskusję.

Niestety, moja siostra pamięta, kto wywołał ich kłótnię.

- Twoje uzależnienie, Lo, nie jest takie jak Lily - mówi. - W czasie twojej nieobecności wspieranie Lily było proste. Po twoim powrocie wygląda na to, że jesteś jedyną osobą, która ma prawo brać udział w jej leczeniu. Czy to jest dobre? Sam dopiero co wróciłeś z odwyku.

Czy w ogóle powinnam uczestniczyć w tej rozmowie? Mam wrażenie, że odbywa się poza mną, choć przecież rozmawiają o mnie.

Lo odpowiada znacznie łagodniej, jego głos stracił charakterystyczną uszczypliwość.

- Nie wiem, czego ode mnie oczekujesz. Jestem jej chłopakiem. Ona jest uzależniona od seksu. Oczywiście, że jestem osobą najbardziej zaangażowaną w proces jej zdrowienia. Wiem, o co ci chodzi. O co wam wszystkim chodzi. - Spogląda na Ryke'a i Connora. - Nie wystarczy, kiedy poproszę, abyście mi zaufali, bo przez dwadzieścia jeden lat byłem gównianą osobą. Ta sytuacja jest dziwna, nietypowa, zupełnie popieprzona. Będziemy musieli znaleźć sposób na jej rozwiązanie.

Ze wstydu przypatruję się swoim dłoniom, jestem jednak wdzięczna, że nie rozmawiają za moimi plecami.

- Chcę jednego - odpowiada mu Rose - żebyś nie odcinał się od nas. Jeżeli uznasz, że robisz coś źle albo nie możesz sobie z czymś poradzić, zwróć się do nas. Musisz o tym komuś powiedzieć, niekoniecznie mnie. Być może łatwiej ci rozmawiać z Rykiem lub Connorem albo nawet z terapeutą, z kimkolwiek. Nie chciałabym, żeby Lily cierpiała przez to, że nie chciałeś się nam zwierzyć.

Rozumiem jej obawy. Tak długo izolowaliśmy się od wszystkich, że powrót do starych zwyczajów wydaje się naturalny. Nigdy o tym tak nie myślałam.

- Obiecuję.

Rose wygląda na nieco zdumioną, że z taką łatwością ustąpił.

- Oboje pragniemy tego samego - przypomina jej Lo.

Po raz pierwszy zdają się zgadzać z sobą, co tylko dramatycznie zwiększa presję na mnie. Mogą sobie wyobrazić, że Lo będzie mi utrudniał dostęp do seksu. Obawiam się jednak, że sama wszystko spieprzę.

4

Lily Calloway

Ryke i Connor wychodzą po uzgodnieniu planu wytropienia anonima. Connor skontaktuje się ze swoim detektywem, a reszta z nas sporządzi listę wrogów Lo. Mam nadzieję, że jeszcze jutro nie zobaczę swojej twarzy na okładce "People".

Lo leży już w łóżku, gdy wychodzę z łazienki. Lampa rzuca na jego twarz ciepłe światło, Lo pisze coś w dzienniku i wygląda na zadowolonego. Stolik nocny wydaje się pusty bez szklanki whiskey. Oboje przechodzimy gigantyczne zmiany, a odkąd wrócił, nie mieliśmy jeszcze okazji porozmawiać ani o przyszłości, ani o czymkolwiek poważnym. Te SMS-y w trybie natychmiastowym wkręciły nas w spiralę chaosu.

Spogląda na mnie sponad dziennika, kiedy stoję na środku pokoju, niepewna, co dalej.

Wytrzymałam bez seksu trzy miesiące, no, ale nie było go przy mnie w łóżku. To tak, jakby Lo układał się do snu z butelką jacka daniel'sa. Tulenie się do mojej największej słabości może okazać się niebezpieczne, ale trudno, żebym zawsze była abstynentką. Muszę zastanowić się, jak sobie z tym sensownie poradzić.

- Coś się stało? - pyta, zamykając dziennik z wetkniętym pomiędzy kartki długopisem.

- Nie będziemy dzisiaj uprawiać seksu? - pytam po raz trzeci tego dnia.

- Nie, ukochana, dzisiaj nie.

Czuję ból w klatce piersiowej - niełatwo mi przyjąć takie okrutne słowa. Kojarzą mi się z odrzuceniem, choć naturalnie nie powinny.

- Może prześpię się na kanapie - sugeruję delikatnie. - Dopóki się do ciebie nie przyzwyczaję.

Dopóki nie przestanę myśleć o tobie we mnie.

- Poradzę sobie z tobą, Lily. Nie pozwolę, żebyś złamała przysięgę.

Moja przysięga. Składa się z czterech osobistych zasad, które sama sobie narzuciłam w odróżnieniu od czarnej listy terapeutki:

"Koniec z pornografią".

"Koniec z masturbacją".

"Mniej obsesyjne uprawianie seksu".

"Nigdy, przenigdy nie zdradzić Lorena Hale'a".

Jak to możliwe, że cztery proste zadania wymykają mi się spod kontroli? Szczególnie to trzecie. Rozumiem, co powiedział, naprawdę. Lecz gdzieś pomiędzy jego ustami a moimi uszami wiadomość się zniekształciła i zwyciężyła niepewność.

- Potrafię być bardzo przekonująca - mruczę.

- Sądzę, że wytrwam.

- Jesteś facetem - przypominam mu tak, jakby to wszystko zmieniało.

Uśmiecha się od ucha do ucha.

- Mam tego pełną świadomość.

Nawet jego seksowny uśmiech nie zmniejsza mojego niepokoju.

- Gdybym spała na kanapie, uniknęłabym pokus. A... a kiedy będę z tobą w łóżku, będę próbowała uprawiać seks, choć wiem, że nie powinnam.

- Lily...

- Nie chciałabym wyjść na słabą i żebrać, a to raczej nieuniknione, prawda? Jesteś moim narkotykiem.

- Lil...

- Oto ja: żałosna napalona dziewczyna, która napastuje swojego chłopaka, mimo że on mówi "nie". - Wzdycham. - O mój Boże. Jestem gwałcicielką. Co noc będę chciała cię zgwałcić.

Kiedy dotyka moich policzków, zaskoczona wzdrygam się.

- Hej! Skąd się tu wziąłeś? - Serce wali mi jak młotem.

Lo nie odsuwa się, z troską w oczach delikatnie ujmuje moją twarz.

- Czy na odwyku nabrałeś jakiejś supermocy? - pytam cicho, choć znam odpowiedź.

Odleciałam na niespotykanym dotąd poziomie, nie zauważyłam, kiedy wstał z łóżka.

- Tak - szepcze blisko mnie. - Tylko nie takiej, o jakiej myślisz. - Ociera łzę, która wymknęła się z jego oczu. - Jesteś chora.

Z trudem wciągam powietrze. Jego słowa rozdzierają mi duszę, bo powiedział prawdę. Próbuję się wyrwać, ale kładzie jedną rękę na moim karku, a drugą na ramieniu i przytrzymuje mnie.

- Ja też jestem chory. Będą takie chwile, kiedy okażemy słabość. Kiedy będziemy żebrać o rzeczy, których nie możemy mieć. Nie powinnaś się ich bać, Lil. Nie możesz spędzić życia na kanapie z tego powodu. Musisz uwierzyć, że w końcu będziesz silna. Nawet jeśli środek jest popieprzony.

Tym razem słowa nie ulegają zniekształceniu. Rozumiem go dokładnie. Zbliżam się do niego i kładę mu głowę na piersi.

Obejmuje mnie i całuje w czubek głowy.

- Nie jesteś gwałcicielką. - Wyczuwam, że się uśmiecha. - Jesteś moją dziewczyną, która nie umie kontrolować swojego nałogu.

- To brzmi lepiej - mamroczę.

Zaczyna masować mi plecy, dopóki mój puls nie spada do bardziej umiarkowanego tempa. Dlaczego tak nieistotna rzecz jak spanie w łóżku stanowi takie wyzwanie?

Odrywam się od jego ciepłego ciała i wsuwam pod miękką pościel. Obserwuje, jak ustawiam barykadę z poduszek pomiędzy nami. Jestem pewna, że później ją zniszczę. Po zakończeniu budowy unoszę głowę.

- Przestań się uśmiechać.

- Nie będziemy się przytulać?

- Dzisiaj nie.

- To mój tekst.

W pozycji półsiedzącej przyglądam się, jak chowa dziennik do szuflady stolika nocnego.

- Dużo się nauczyłeś w ośrodku odwykowym, prawda?

Mam wrażenie, że nie odkryłam jeszcze ważnego sekretu w prowadzeniu walki z nałogiem. Wydaje mi się, że Lo więcej wie na ten temat, a przynajmniej ma więcej wiary i pewności siebie. W moim wypadku wyjazd na odwyk odpada. Nie mogłabym tego ukryć przed rodziną, ponadto nie sądzę, żeby terapia grupowa była dla mnie odpowiednia.

Po powrocie do domu Lo zdecydował, że nie będzie uczęszczał na spotkania AA. Nawet Ryke mu to odradzał. Nie rozumiem dlaczego. Lo nie dzieli się zbyt wieloma informacjami o swojej kuracji, choć wiem, że zamierza nadal regularnie jeździć do swojego terapeuty w Nowym Jorku. Czasem muszę się uszczypnąć, żeby wierzyć, że jego ośrodek odwykowy jest oddalony zaledwie o godzinę jazdy samochodem od Princeton. Cieszę się, że o tym wcześniej nie wiedziałam. Znalazłabym jakiś sposób, żeby go odwiedzić, chociaż nie byłoby to wskazane.

- Nauczyłem się wystarczająco dużo - odpowiada, wsuwając nogi pod kołdrę. - Zamierzam podzielić się z tobą całą swoją wiedzą.

Uśmiecham się. To miłe z jego strony. Kładę się na plecach, Lo pochyla się nade mną i sięga do wyłącznika lampki. Pokój pogrąża się w ciemności.

Środek nocy potrafi być inspirujący. Tuż przed zaśnięciem umysł się ożywia. Wszystkie myśli atakują mnie jednocześnie. Jestem przytłoczona kłopotami, poczynając od SMS-ów szantażysty, a kończąc na kiepskich ocenach w Princeton. Do tego należy dodać Lo z jego problemami, które automatycznie stały się również moimi. Jest spłukany, bez pracy, zawalił studia. Jego relacje z ojcem zawsze były złożone, teraz nie jestem pewna, czy od czasu jego powrotu w ogóle istnieją.

Kłopotów jest więcej, niż można ogarnąć w jedną noc. Zamykam oczy z nadzieją, że zasnę. Ale to na nic. Świetnie - przemogłam się, żeby wejść do łóżka, a sen nie nadchodzi.

Obracam się na bok, ściągam najwyżej ułożoną poduszkę z barykady. Wystarczy, żeby widzieć twarz Lo. Odwraca się lekko w moją stronę, a po tym jak moje oczy przywykły do ciemności, widzę go całkiem wyraźnie.

- Poznałeś jakąś sztuczkę, żeby zasnąć?

- O niczym nie myśl.

- To niemożliwe.

- Spróbuj sobie wyobrazić śnieg w telewizorze.

- Nie pamiętasz Ringu? Jeśli tak zrobię, z tej wyimaginowanej telewizji wylezie dziewczyna, która zamorduje moją podświadomość.

Oczekuję, że się roześmieje, ale jego głos jest poważny:

- Jak zasypiałaś, kiedy mnie nie było?

Milknę. Każda noc była inna. W niektóre usypiałam się wyczerpującym płaczem, w inne - wyczerpującą masturbacją. Kiedy zarzuciłam onanizm, zaśnięcie zajmowało mi długie godziny, w końcu zaczęłam fantazjować, żeby zapaść choć w lekką drzemkę.

- Normalnie - mówię, choć słowo to przypomina mi wcześniejszy spór pomiędzy Connorem a Rose. - Zajmuje mi to trochę czasu. Spróbuję tej sztuczki ze śniegiem w telewizorze. Może nie będzie tak strasznie.

Odwracamy się do siebie plecami, zamykam oczy. Nie jestem w stanie wyobrażać sobie ekranu wystarczająco długo, żeby zatrzymać myśli. Pamiętam, jak łatwo zasypiałam po sesjach autoerotyzmu. To najlepszy środek usypiający na świecie.

Kładę rękę na brzuchu, zjeżdżam palcami do gumki w spodenkach od piżamy. Popęd daje mi się coraz bardziej we znaki, skręca mi dolne partie brzucha. Słyszę słaby głos przekonujący, że przecież nic by się nie stało. Zrobiłabym to raz, Lo nawet by nie zauważył. Ukradkiem wsunęłabym palce w majtki i tak długo pocierała łechtaczkę, aż poczułabym się lepiej. Osiągnęłabym orgazm i zasnęła.

Plan wydaje się dziecinnie prosty. Wsuwam palce pod bawełniane szorty, kładę je na majtkach. Przebieram palcami w górę i w dół, żeby znaleźć w sobie odwagę do zrobienia kolejnego kroku... lub się zatrzymać. Z jakiegoś nieokreślonego powodu tkwię w miejscu, jak w czyśćcu, niezdecydowana, którą stronę wybrać.

To jest złe. Wiem o tym.

- Lo - mówię cichutko, licząc, że śpi. Może los zdecyduje za mnie.

- Lil, coś mówiłaś? - odpowiada szeptem.

Nie ruszam ręką. Cholera, nawet nie mrugam okiem. Słowa wirują mi w głowie jak w maszynie do bingo, nie potrafię ich połączyć w logiczne zdanie.

Widocznie waham się zbyt długo, bo włącza światło, które mnie oślepia, więc szybko zamykam oczy. Zastygam w bezruchu, licząc, że nie zauważy, co się dzieje pod kołdrą. Zresztą i tak nie może zobaczyć mojej ręki w szortach. Kiedy tylko ponownie ułoży się do snu, zaniecham dalszych działań.

Postąpię zgodnie z zasadami.

Nie chciałabym, żeby myślał, że przez te miesiące bez niego niczego nie osiągnęłam. Byłam przecież silna, do licha. Odstawiłam pornosy. Zarzuciłam onanizm i ani razu go nie zdradziłam. Tyle tylko że jedyne, co teraz zobaczy na własne oczy, to ten obrazek pod kołdrą. I nie od razu uda mi się mu to wytłumaczyć. Najpierw uzna, że nie jestem lepsza niż przed jego wyjazdem.

Mój umysł zaczyna się wyciszać, już prawie wierzę, że wygrałam. Nagle zjeżdża ze mnie kołdra i uderza fala zimnego powietrza. Gówno.

Błyskawicznie otwieram oczy. Lo naruszył moje terytorium, zburzył poduszkową barykadę i ściągnął ze mnie przykrycie. Jego oczy są skierowane na moje podbrzusze, na rękę, która zniknęła w szortach. To nie wróży nic dobrego.