Addicted: Namiętność na zawsze. Tom 3 - Krista Ritchie, Becca Ritchie

Kup ebooka

44.90 zł
37.26 zł (35,87 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

1

Loren Hale

Bie­gnę przez czarną jak smoła noc, gnany wście­kło­ścią. W bose stopy wbija mi się żwir, któ­rym wysy­pana jest pod­miej­ska droga. Zimne lutowe powie­trze szczy­pie moją skórę. Nie mia­łem czasu zało­żyć butów, koszuli ani płasz­cza.

- Skur­wy­syny! - war­czy przez zaci­śnięte zęby Ryke. Daje z sie­bie całą moc, wytrzy­ma­łość, wszystko, dzięki czemu był uni­wer­sy­tecką gwiazdą bieżni. Naszym celem są odziane na ciemno postaci bie­gnące ulicą. Ni­gdy nie sądzi­łem, że będę w sta­nie dorów­nać bratu pręd­ko­ścią. Odkąd prze­sta­łem się nad sobą uża­lać i wyzby­łem się nie­na­wi­ści, dosta­łem skrzy­deł, które niosą mnie dalej, niż kie­dy­kol­wiek marzy­łem.

A zatem bie­gnę.

Poru­szamy się w peł­nej syn­chro­ni­za­cji, nogi równo ude­rzają o pod­łoże. W naszych żyłach kipi gorąca od furii krew. Byli­śmy prze­ko­nani, że te cho­lerne gnoje zastrze­lili przez okno jedną z dziew­cząt.

Jesz­cze przed minutą byli­śmy z Rykiem na pię­trze, gdy nagle usły­sze­li­śmy kilka gło­śnych strza­łów, a tuż po nich histe­ryczne wrza­ski Lily i Daisy. Zbie­gli­śmy na par­ter. Daisy była śmier­tel­nie blada. Lily trzy­mała za rękę swoją młod­szą sio­strę. Spoj­rza­łem na wyraź­nie wypu­kły brzuch Lily, będą­cej w osiem­na­stym tygo­dniu ciąży.

Pobie­głem instynk­tow­nie. Tyle że tym razem to nie ja ucie­ka­łem.

Ryke bez waha­nia i zbęd­nych pytań wybiegł ze mną. Wystar­czyło jedno spoj­rze­nie na prze­ra­żoną twa­rzy Daisy i już go ponio­sło. Nasze sławne nazwi­ska i nie­sławne cha­rak­tery nie powinny odbi­jać się na bez­pie­czeń­stwie dziew­czyn, do cho­lery.

Cała nasza szóstka - Ryke, Daisy, Con­nor, Rose, Lily i ja - mieszka teraz na boga­tym, strze­żo­nym osie­dlu w Fila­del­fii. Tyle że oto­czone pło­tem jest całe osie­dle, a nie nasz dom z ośmioma sypial­niami. Łobuzy z sąsiedz­twa w ciągu ostat­nich dwóch tygo­dni obrzu­cili nam jajami drzwi, roz­wi­nęli rolki papieru toa­le­to­wego na podwórku i zryli widłami trawę.

Dzi­siaj po raz pierw­szy usły­sze­li­śmy ich ucie­ka­ją­cych ulicą i puści­li­śmy się za nimi w pogoń.

Doga­niamy ich, dobie­gają do nas przy­tłu­mione prze­kleń­stwa, widzimy panikę i pośpieszne kroki. Połowa z nich zmie­rza do cegla­nej rezy­den­cji o masyw­nych, jasno oświe­tlo­nych drzwiach. Trzej inni na­dal bie­gną przed nami.

Nagle obra­cają się i mie­rzą do nas z mar­ke­rów do gry w paint­balla. Seria strza­łów prze­cina powie­trze. Po chwili dwa mnie tra­fiają - w łopatkę i w żebra - jak dwu­se­kun­dowe ciosy.

"Jezu". Chciał­bym wrzesz­czeć na nich, aż ochrypnę, i potrzą­sać nimi tak długo, aż się opa­mię­tają. Muszą zro­zu­mieć, że to nie jest gra plan­szowa, w którą grają, gdy się nudzą w swo­ich poko­jach.

Jeste­śmy ludźmi. Rze­czy­wi­stymi. Żywymi, oddy­cha­ją­cymi isto­tami, które mają gra­nice wytrzy­ma­ło­ści. Chciał­bym to wszystko wykrzy­czeć, ale nie mogę z sie­bie wydu­sić ani jed­nego cho­ler­nego słowa. Zabra­kło mi tchu.

Prze­stają strze­lać, gdy widzą, że jeste­śmy bli­sko. - Szybko, szybko, szybko! - wołają jeden do dru­giego. Chło­pak w kap­tu­rze obraca się przez ramię i potyka o swoją stopę. Chwy­tam go za czarną bluzę od tyłu, zanim wal­nie twa­rzą w asfalt. Mój puls sza­leje po skoku adre­na­liny.

Ryke zwal­nia i zatrzy­muje się obok mnie.

- Puść mnie, do cho­lery! - krzy­czy chło­pak, szar­piąc się. Serce mi wali jak mło­tem, marsz­czę brwi na widok jego mizer­nej syl­wetki. "Jest bar­dzo młody".

Nie mijają dwie sekundy i jego przy­ja­ciele zni­kają w ciem­no­ściach, zosta­wia­jąc go na pastwę losu. Dostrzega ucieczkę kum­pli i na nich kie­ruje teraz swoją złość. - HEJ! MIĘ­CZAKI! ZOSTA­WIA­CIE MNIE TUTAJ?!

Wyry­wam mu z rąk mar­ker do paint­balla i rzu­cam do Ryke'a. Chło­pak wyko­rzy­stuje moment i robi zamach, kie­ru­jąc pięść pro­sto w moją twarz. Z łatwo­ścią robię unik, ale kręci się tak gwał­tow­nie, że mam trud­no­ści z przy­trzy­ma­niem go.

- Weź się w garść! - war­czy na niego Ryke.

Chło­pak pró­buje łok­ciem wal­nąć mnie w żebra. Łapię go za ramię i dodaję pogar­dli­wie: - To ty robisz nam te numery.

- A ty jesteś tą cipą, która wezwała gliny jak mała suka - odpy­sko­wuje chło­pak. Wtedy opada mu kap­tur. Dostrze­gam jego jado­wite spoj­rze­nie, potar­gane brą­zowe włosy i młodą twarz. Ma co naj­wy­żej sie­dem­na­ście lat.

Emo­cje mi opa­dają. Zwra­cam się do Ryke'a. - Widzisz tu jakieś gliny? - pytam go z iro­nią.

- Nie - rzuca Ryke szorstko.

Odwra­cam się do chło­paka. - Kapu­jesz, jeste­śmy tylko my i ty...

- Świet­nie. - Prze­rywa mi z chi­cho­tem. - Zróbmy sobie przy­ję­cie przy her­batce z oka­zji Nowego Roku. Potem, gdy sobie pójdę, może­cie obaj pie­przyć tę samą dziew­czynę i znowu ją zapłod­nić.

Prze­cho­dzą mnie dresz­cze. Moje serce wali o żebra, jakby chciało wysko­czyć. W gło­wie gro­ma­dzi się milion róż­nych obelg, a naj­gor­sze z nich mam na końcu języka.

Wtem z zaci­śnię­tymi pię­ściami do przodu wysuwa się Ryke. - Ty skur­wy­synu...

- Prze­stań - naka­zuję mu i prze­zor­nie wci­skam się pomię­dzy niego a nasto­latka. Nie ma mowy, żeby go ude­rzył. Nawet gdyby chło­pak wypluł z sie­bie tysiące plo­tek powta­rza­nych w tablo­idach. Wie o nas wię­cej, niż my kie­dy­kol­wiek będziemy wie­dzieć o nim. Jest znu­dzo­nym nasto­lat­kiem, który zmaga się z wła­snymi, nie­zna­nymi nam pro­ble­mami.

Rozu­miem go.

Sam zacho­wy­wa­łem się podob­nie. Czę­ściej lądo­wa­łem w aresz­cie za akty wan­da­li­zmu niż za jazdę po pija­nemu.

- No co? - Chło­pak udaje zmie­sza­nie, żeby spro­wo­ko­wać Ryke'a. - Boli cię tyłek, bo mia­łeś za mało czasu z tą dziwką...

- Widzę, że naprawdę chcesz pro­wa­dzić ze mną gierki - wtrą­cam gło­sem tak ostrym, że odczu­wam fizyczny ból. - Mogę spra­wić, że będziesz pła­kał, aż krew ci popły­nie z kąci­ków oczu, dla­tego ustalmy parę rze­czy. Zacze­pi­łeś nas pierw­szy, a my chcemy jedy­nie, żebyś prze­stał. Nie jeste­śmy two­imi kum­plami ze szkoły. - Sta­ram się uni­kać pro­tek­cjo­nal­nego tonu. Mogłem z łatwo­ścią powie­dzieć: "Nie jeste­śmy two­imi małymi kum­plami ze szkoły, dzie­ciaku". Ale gdyby ktoś do mnie w wieku szes­na­stu, sie­dem­na­stu lub osiem­na­stu lat tak powie­dział, to splu­nął­bym mu w twarz i kazał spa­dać.

Chło­pak oddy­cha ciężko. Z jego twa­rzy bije nie­na­wiść. Widać, że ma wielką ochotę znik­nąć stąd jak naj­prę­dzej. Wpa­truję się w niego upo­rczy­wie, żeby nie myślał, że pój­dzie mu łatwo. Wresz­cie się odzywa: - Tylko się wygłu­pia­li­śmy.

Ryke robi parę kro­ków do przodu i macha mu przed nosem mar­ke­rem do paint­balla. - To nie służy do wygłu­pów!

Chło­pak odwraca się do mnie nabur­mu­szony: - Twój brat to debil? To prze­cież tylko mar­ker.

Ryke rzuca mar­ker na drugą stronę drogi. Sły­chać trzask pęka­ją­cej obu­dowy.

- Ej! - krzy­czy chło­pak.

- Moja dziew­czyna cierpi na zespół stresu poura­zo­wego, ty pie­przony idioto! - war­czy Ryke. - Jeśli przy­sta­wiasz do okna coś, co przy­po­mina broń, to stra­szysz nie­któ­rych ludzi.

Czuję ucisk w oko­li­cach żeber. Daisy prze­szła wię­cej niż Lily i ja razem wzięci. Te dra­ma­tyczne wyda­rze­nia prze­są­dziły o tym, że łatwiej mi zaak­cep­to­wać ich szczę­ście. Ni­gdy nie sądzi­łem, że będę się modlił do wszyst­kich bogów o trwa­łość ich związku. Moja potrzeba nawet nie wynika z ego­izmu. Widzę, że chło­pak nie czuje już żalu. Zastą­pił go gniew. - A która dziew­czyna? - wyśmiewa się z Ryke'a. - Ta, którą zgwał­ci­łeś, gdy miała pięt­na­ście lat, czy narze­czona two­jego brata?

- Nie wie­rzę! - krzy­czy Ryke z wście­kło­ścią. Do bani z tym. Ludzie będą znali fakty z naszego życia, zanim poznamy ich imiona. Nie mogę go za to obwi­niać. Tak po pro­stu jest.

Widzę, że nasto­la­tek gniew­nie myśli: "Puść­cie mnie, puść­cie mnie, do cho­lery".

Jesz­cze nie teraz.

Ujmuję go za pod­bró­dek i zmu­szam do kon­taktu wzro­ko­wego. - Dobra, możesz sobie wie­rzyć w te par­szywe kłam­stwa, a nawet je powta­rzać, cokol­wiek. Ale jeśli zoba­czę cię w pobliżu naszego domu, jak stra­szysz dziew­czyny, to zro­bię coś znacz­nie gor­szego niż wezwa­nie glin. - Po tej groź­bie pusz­czam go, pozwa­lam, żeby resztę pod­po­wie­działa mu wyobraź­nia. - Spo­ty­ka­łem już więk­szych gno­jów od cie­bie. Nie myśl sobie, że jesteś jakiś wyjąt­kowy.

Oddy­cha ciężko i pio­ru­nuje mnie wzro­kiem, ale pod tym wzglę­dem ni­gdy mi nie dorówna. Potem odwraca się do nas ple­cami i pusz­cza sprin­tem. Po dro­dze się potyka, ale po chwili nabiera pręd­ko­ści.

Krzy­czy jesz­cze: - Pie­prz­cie się, cipy! - i poka­zuje nam środ­kowy palec.

Ryke wzdy­cha ze zde­ner­wo­wa­nia. - Cho­lera, nie­na­wi­dzę tych chło­pa­ków!

- Są po pro­stu znu­dzeni. Od kiedy w sąsiedz­twie roze­szła się wieść, że wpro­wa­dzili się "sławni ludzie", te nasto­latki nie dają nam spo­koju. Nie możemy wezwać glin. Mam nadzieję, że to rozu­miesz. - Przede wszyst­kim ten chło­pak w blu­zie z kap­tu­rem przy­po­mina mi mnie samego w tym wieku. Za każ­dym razem, gdy lądo­wa­łem w aresz­cie, wycho­dzi­łem z niego nawet bar­dziej wku­rzony. Poza tym dali­by­śmy im powód do szu­ka­nia odwetu. Wró­ci­liby z więk­szą por­cją jaj, paint­balla i być może z czymś dużo bar­dziej nie­bez­piecz­nym.

Jestem teraz wystar­cza­jąco mądry, żeby dostrzec, jak bez­sen­sowne są takie spory i szu­ka­nie zemsty.

Nauczył mnie tego Con­nor Cobalt.

Zbiera mi się na śmiech.

Ryke znowu maru­dzi i prze­rywa bieg moich myśli. - Chciał­bym, żeby ist­niał jakiś pro­sty spo­sób na roz­wią­za­nie tego pro­blemu.

- Tak - pota­kuję. - Ja też. - Wra­camy do domu ciemną ulicą. Poru­szam ramio­nami, żeby pozbyć się sku­mu­lo­wa­nego w nich napię­cia. - Może dziew­czyny nie powinny jutro jechać na spo­tka­nie. - Po przy­po­mnie­niu sobie wie­czor­nego tele­fonu od ojca znowu robię się spięty. Masuję szyję z tyłu, bo drę­czy mnie dobrze mi znane wzbu­rze­nie. Po wyda­rze­niach tej nocy wolał­bym odwo­łać spo­tka­nie. - Nie chciał­bym kolej­nej por­cji gówna teraz, kiedy musimy sobie radzić z tymi kło­po­tami.

- I tak nie chcę, żeby Daisy tam jechała. - Ryke roz­ciąga ramiona na boki. Widzę plamy nie­bie­skiej farby na jego łopat­kach i klatce pier­sio­wej, wokół któ­rych two­rzą się czer­wone obrzęki. - Dla­czego w ogóle chce wcią­gać dziew­czyny w swoje sprawy? Może wystar­czy­łoby, gdy­by­śmy poje­chali tam we dwóch? - Wska­zuje na swoje szczu­płe ciało i na mnie.

- Nie wiemy, o co cho­dzi - mówię. - Powie­dział tylko, że chciałby poroz­ma­wiać z naszą czwórką. - Obli­zuję wargi, a z moich ust unosi się biała para. Pró­buję powstrzy­mać dresz­cze, które opa­no­wują mnie z powodu chłodu i na myśl o tym, że ojciec nie zapro­sił Con­nora i Rose. Widocz­nie jego plany doty­czą tylko Ryke'a, Daisy, Lily i mnie. Liczę na to, że spo­tka­nie nie będzie doty­czyć plo­tek z "Cele­brity Crush". Napi­sali, że ojcem dziecka Lily może być Ryke. Na samą myśl o tym ogar­nia mnie złość.

Pró­buję wziąć głę­boki wdech, ale tylko wykrzy­wiam twarz z iry­ta­cją.

- Tam, gdzie w grę wcho­dzi Jona­than, wszystko jest moż­liwe - ripo­stuje Ryke.

- Tak. Uwierz mi na słowo, znam te jego "impro­wi­zo­wane spo­tka­nia". Trzeba się przy­go­to­wać na wszystko. - Pamię­tam, gdy wymu­sił na mnie oświad­cze­nie się Lily w swoim biu­rze.

Nie dopusz­czam nawet myśli, że to, które nas czeka, może być gor­sze. Przy­pusz­czam, że z tego powodu nie jestem taki zde­ner­wo­wany jak Ryke. Mój brat odno­wił zna­jo­mość z ojcem i teraz zbiera żniwo. Za każ­dym razem, gdy widzę się z ojcem, czuję się tak, jak­bym wkra­czał do klatki lwa. Zawsze się modlę, żeby wyjść z niej bez szwanku. Modlę się, żebym oka­zał się wystar­cza­jąco silny i zniósł kolejne ciosy. Po raz pierw­szy odno­szę wra­że­nie, że ktoś tam u góry, jakiś duch lub sza­le­niec, wysłu­chał próśb takiego nie­udacz­nika jak ja.

Zwal­niam kroku, gdy widzę naprze­ciwko świa­tła nad­jeż­dża­ją­cego samo­chodu. Ośle­piony, zasła­niam oczy ręką. Ryke chwyta mnie za ramię i cią­gnie w kie­runku kra­węż­nika, żeby uchro­nić mnie przed potrą­ce­niem. Nie jestem zasko­czony, widząc hamu­ją­cego koło nas esca­lade'a. Przy­ciem­niona szyba opada i ujaw­nia twarz kie­rowcy.

Dwu­dzie­sto­sze­ścio­letni Con­nor Cobalt, z jedną ręką na kie­row­nicy, ma na sobie ele­gancką białą koszulę. Jego fali­ste brą­zowe włosy są per­fek­cyj­nie wymo­de­lo­wane, jakby wła­śnie wró­cił ze spo­tka­nia biz­ne­so­wego.

Tyle że nie był na żad­nym spo­tka­niu. Sie­dział z Rose w gabi­ne­cie na dru­gim pię­trze, prze­glą­da­jąc jakiś słow­nik lub wyko­nu­jąc inną czyn­ność, którą zaj­mują się w wol­nych chwi­lach.

Nie potrafi ukryć roz­ba­wie­nia na nasz widok - nie­ubra­nych zimową porą. Jego ciem­no­nie­bie­skie oczy napo­ty­kają spoj­rze­nie moich bursz­ty­no­wych.

- Znowu naga­bu­jesz męż­czyzn? - prze­ko­ma­rza się z unie­sioną brwią. - Ile bie­rzesz za zro­bie­nie loda, kocha­nie?

- Tyle, ile jesteś wart - odpo­wia­dam i otwie­ram drzwi od strony pasa­żera.

- A ty, Ryke? - pyta Con­nor mojego brata, który wsuwa się na tylne sie­dze­nie.

- Nie jestem na sprze­daż, do cho­lery - odpo­wiada ostro Ryke i zatrza­skuje drzwi.

Spo­glą­dam na Con­nora zna­cząco. - To była długa noc. Co robi­łeś? Czy­ta­łeś?

- Tak się składa, że szczy­to­wa­łem - odpo­wiada Con­nor, wrzuca bieg i zawraca do domu.

- Super, cho­lera - narzeka Ryke. - Myśmy mro­zili sobie tyłki w pogoni za tymi idio­tami, a ty w tym cza­sie się speł­nia­łeś.

Con­nor nawet nie pró­buje ukry­wać uśmie­chu. - Zwy­cię­ży­łem na wszyst­kich fron­tach. Nie powin­ni­ście być tak zasko­czeni, zna­cie mnie. - Ow­szem, znamy jego aro­gan­cję. Popra­wia mi się humor. Kie­ruję na sie­bie dysze z cie­płym powie­trzem.

Con­nor zerka na poma­rań­czowe i nie­bie­skie plamy farby na moim ciele. Podob­nie jak u Ryke'a, wokół nich poja­wiły się czer­wone obrzęki. Uśmiech znika z jego twa­rzy. - Nie rozu­miem, dla­czego ich goni­li­ście, skoro mieli mar­kery.

- To się nazywa zastra­sza­nie - odpo­wia­dam.

- Chyba głu­pota.

- Tak? Mie­li­śmy inne wyj­ście? Wezwa­nie poli­cji? Tego nie zro­bimy, Con­no­rze - przy­po­mi­nam mu.

- Tego nie powie­dzia­łem. Media pod­chwy­ci­łyby temat i znowu byli­by­śmy w cen­trum zain­te­re­so­wa­nia. - Prze­rywa, a po chwili kon­ty­nu­uje: - Zda­je­cie sobie sprawę z tego, że przy­pad­kiem mogli tra­fić któ­re­goś z was w oko?

- Cią­gle byłoby warto, cho­lera - odpo­wiada Ryke i krzy­żuje ręce na piersi.

- Gdy­byś widział reak­cję dziew­czyn, to sam byś nas do tego zachę­cał pomimo mar­ke­rów - dodaję.

Con­nor sku­pia wzrok na dro­dze. - Widzia­łem dziew­czyny.

Marsz­czę brwi. Niczego nie mogę wyczy­tać z jego twa­rzy, co mnie mar­twi. - Wszystko w porządku z Lily? - Zaci­skam zęby ze stra­chu, że usły­szę odpo­wiedź nega­tywną. Usztyw­niam się i napi­nam mię­śnie. - Con­no­rze...

- Nic jej nie jest. - Nagle blo­kuje drzwi, rzuca okiem na lusterko wsteczne i na mojego brata, który coraz bar­dziej się dener­wuje. Jeśli z Lily wszystko w porządku, to zna­czy... - Pro­szę, nie wyska­kuj z samo­chodu - mówi do niego Con­nor. - Ni­gdy nikogo nie skrzyw­dzi­łem w cza­sie jazdy i chciał­bym zacho­wać czy­ste konto.

Ryke'a ogar­nia gniew. - Co się stało Daisy?!

- Dostała małego ataku paniki.

Jezu. Wyczu­wam zde­ner­wo­wa­nie Ryke'a i krzy­wię się z bólu, jakby ktoś dźgał mnie nożem. Odwra­cam się do niego. Szczy­pie się w nos, ma zamknięte oczy. Wiem, że pró­buje powstrzy­mać się od krzyku i wale­nia pię­ścią w sie­dze­nie.

- Przy­naj­mniej nie jest w ciąży - rzu­cam na pokrze­pie­nie.

Ryke opusz­cza dłoń, marsz­czy brwi i spo­gląda na mnie. - Nie­na­wi­dzę, gdy ludzie ją drę­czą.

"Wiem o tym". - Jeśli się prze­pro­wa­dzimy, czeka nas dokład­nie to samo, tylko w innej sce­ne­rii. - Ścią­gamy na sie­bie uwagę bez względu na to, gdzie jeste­śmy, odkąd upu­blicz­niono infor­ma­cję o uza­leż­nie­niu sek­su­al­nym Lily. I to się nie zmieni.

Jakie są fakty? Lily jest w ciąży. Rose jest w ciąży. Daisy jest bli­ska sza­leń­stwa. Media są, jak zawsze, uszczy­pliwe - roz­sie­wają plotki, pró­bują robić zdję­cia Lily i Rose, napa­stują Daisy odno­śnie jej związku z Rykiem i jego związku z moją dziew­czyną.

W naszej gru­pie nie jestem naj­mą­drzej­szy ani naj­sil­niej­szy. Ale wiem, do cho­lery, że każdy ma gra­nice wytrzy­ma­ło­ści. Cza­sami się zasta­na­wiam, czy nie doszli­śmy wła­śnie do punktu, w któ­rym te gra­nice zostaną pod­dane pró­bie. W końcu Ryke i Daisy są w związku, ja zostanę ojcem, a Con­nor będzie miał dziecko z Rose. Wszy­scy jeste­śmy napięci jak struny, które mogą pęk­nąć w każ­dej chwili.

Naj­mniej­szy błąd może mieć fatalne skutki. Nie cho­dzi tutaj o moje cier­pie­nie. Ale o Lil, o nasze dziecko. Nie ma miej­sca na żaden błąd.

Chciał­bym być aro­ganc­kim opty­mi­stą, ale naprawdę jestem prze­ra­żony naszą sytu­acją.

Rozdział 2

2

Lily Cal­lo­way

Klę­czę na zim­nych płyt­kach w zaba­ła­ga­nio­nej łazience Ryke'a i Daisy i masuję jej plecy, gdy ona wymio­tuje do ubi­ka­cji. - Powin­ni­śmy ude­ko­ro­wać papie­rem toa­le­to­wym ich traw­nik od frontu - mówię i pota­kuję sama sobie. Zasłu­gują na to po wszyst­kich głu­pich akcjach, które nam zafun­do­wali w ostat­nim tygo­dniu, a szcze­gól­nie teraz, gdy wysko­czyli z krza­ków z mar­ke­rami do paint­balla i nas porząd­nie wystra­szyli.

- Lub wyrwać im jaja, powoli - mówi spo­koj­nym i jed­no­cze­śnie strasz­nym gło­sem Rose. Cho­dzi po łazience z papie­ro­wym japoń­skim wachla­rzem w dłoni i nakie­ro­wuje zimne powie­trze raz na sie­bie, raz na Daisy. Co jakiś czas się zatrzy­muje, zbiera z pod­łogi poroz­rzu­cane ręcz­niki i je składa lub pro­stuje zie­loną matę. Upo­rząd­ko­wała już butelki z szam­po­nami i odło­żyła na miej­sce tam­pony Daisy oraz szczotkę do wło­sów.

Zabrzmi to dziw­nie, wiem, ale w tej chwili jestem chyba naj­bar­dziej opa­no­wana z całej naszej trójki. Nie myślę jesz­cze o sek­sie. Uśmie­cham się do sie­bie i odno­to­wuję to oraz kilka innych osią­gnięć w gło­wie.

- Nie dotknę ich... sprzętu - oznaj­miam Rose i natych­miast się rumie­nię.

- Jaj - nazywa rzecz po imie­niu Rose i obrzuca mnie wyjąt­kowo gniew­nym spoj­rze­niem. To inten­sywne spoj­rze­nie jej żół­to­zie­lo­nych oczu przy­pi­suję zwięk­szo­nej aktyw­no­ści hor­mo­nów. - Lub jąder, jeśli wolisz.

Kręcę głową raz za razem, a moja twarz oblewa się żarem. Całą noc męczyły mnie mdło­ści - przy­pa­dłość kobiet w ciąży. Czer­wona wysypka wywo­łuje jesz­cze sil­niej­sze zawroty głowy. - Nie wolę. Nie mam z nimi pro­blemu. Lubię jaja. - Krzy­wię się, bo to, co powie­dzia­łam, zabrzmiało wyjąt­kowo źle. - Cho­dzi mi o to, że je lubię. - Natych­miast widzę oczami wyobraźni twar­dego, nabrzmia­łego penisa Lo i gorąco ogar­nia całe moje ciało. "Nie, nie, nie". Moc­niej ścią­gam uda.

W badaw­czym spoj­rze­niu Rose dostrze­gam prze­bły­ski sio­strza­nej tro­ski.

Jestem jak żółw - poru­szam się powoli, ale do przodu. Nie osią­gnę­łam jesz­cze stanu, w któ­rym o sek­sie mogę roz­ma­wiać zupeł­nie obo­jęt­nie. Nie jestem pewna, czy to w ogóle jest moż­liwe. Być może na wzmiankę o nim zawsze będę się czuła tak, jakby ktoś machał mi przed nosem wibra­to­rem.

Do takiego zda­rze­nia doszło dwa tygo­dnie temu przed restau­ra­cją Lucky's Diner. Nic zabaw­nego. Łudzi­łam się, że ciąża zapewni mi chwilę wytchnie­nia od takich ata­ków. "Nie rzu­caj­cie we mnie i w moje nie­na­ro­dzone dziecko zabaw­kami ero­tycz­nymi". Nic z tych rze­czy.

- Czy ci się to podoba, czy nie, stracą swoje jaja - mówi Rose. Jest bar­dzo wku­rzona na chło­pa­ków, któ­rzy prze­śla­dują nas swo­imi pso­tami. Ja rów­nież, ale w mojej gło­wie nie powstają mapy kam­pa­nii wojen­nych i bitew, które z nimi sto­czymy.

Daisy wresz­cie prze­staje wymio­to­wać i odsuwa się od klo­zetu. Spusz­czam wodę i przy­kła­dam do jej czoła zimną, wil­gotną szmatkę. Sio­stra głę­boko oddy­cha.

Na moment zapada cisza. Sły­chać tylko szum wachla­rza, któ­rym Rose nakie­ro­wuje powie­trze w stronę Daisy. Przy­po­mi­nam sobie bole­sne chwile dzi­siej­szego wie­czora i bar­dziej mar­twi mnie jej reak­cja na mar­kery niż los chło­pa­ków, któ­rzy ich użyli.

Malo­wała mi paznok­cie u stóp lakie­rem Lucky Lucky w kolo­rze lawen­do­wym, a ja czy­ta­łam na głos opo­wie­ści o cią­żach z maga­zynu dla przy­szłych mam. Byłam zwró­cona ple­cami do okna, gdy nagle ona pod­nio­sła wzrok i w jej wiel­kich jak spodki oczach dostrze­głam śmier­telne prze­ra­że­nie.

Wtedy roz­le­gły się strzały. Na para­pe­cie poja­wiły się nie­bie­skie i poma­rań­czowe plamy, jakby ptaki obsrały go na jaskrawe kolory. Obie sko­czy­ły­śmy na równe nogi, a lakier roz­lał się na dywa­nie.

Kiedy przy­bie­gli Ryke i Lo, Daisy coś wymam­ro­tała i zata­cza­jąc się, poszła po scho­dach na górę. Przy­po­mi­nała ducha, który roz­pacz­li­wie chce nabrać powie­trza. Pomo­głam jej wejść do łazienki na pierw­szym pię­trze i się uspo­koić. Odzy­skała nor­malny oddech.

To wszystko trwało około dwu­dzie­stu minut. Dopiero teraz, po zwy­mio­to­wa­niu, sio­stra wydaje się docho­dzić do sie­bie. Jej biała koszulka z napi­sem "Kapow baby"1 jest zupeł­nie prze­po­cona. Daisy nie nosi sta­nika, co dosko­nale rozu­miem. Ja rów­nież nie noszę. Naj­wy­god­niej jest bez niego. Zresztą obie mamy mikro­sko­pijne biu­sty.

- Jesteś w sta­nie coś powie­dzieć? - pytam ją i odgar­niam pasmo jasnych wło­sów z jej twa­rzy. Po powro­cie z Rykiem z Kosta­ryki prze­far­bo­wała wie­lo­ko­lo­rowe pasemka na blond, a potem koń­cówki na mię­towo. Jak na mój gust jest zbyt wystrza­łowa, a prze­cież jest moją młod­szą sio­strą. Chyba nie zdaje sobie sprawy z wra­że­nia, jakie robi na nie­któ­rych ludziach. Gdy się uśmie­cha, odpo­wia­dają jej uśmie­chem.

Dla­tego jej smu­tek jest taki przy­gnę­bia­jący. Jakby się oglą­dało pła­czą­cego "tro­skli­wego misia".

- Prze­sa­dzi­łam - mówi gro­bo­wym gło­sem, ze łzami w oczach.

Czuję ucisk w żołądku. - Byłam przy tym, Daisy. To było straszne. - Przy­cią­gam ją do sie­bie i ota­czam ramie­niem w talii, żeby wresz­cie puściła sedes. Opiera mi na ramie­niu głowę w cza­peczce base­bal­lo­wej Ryke'a, w nie­bie­sko-czer­wo­nych bar­wach Penn, z dasz­kiem do tyłu.

- Przy­kro mi - mam­ro­cze i ociera szybko oczy. - Jestem roz­cza­ro­wana... sobą. - Jej głos drży z nad­miaru emo­cji.

Rzu­cam Rose zna­czące spoj­rze­nie, żeby się nie wtrą­cała. Pocie­sza­nie innych nie jest jej mocną stroną. Jest tego świa­doma. Mówi do mnie nie­mal bez­gło­śnie: "Dobrze" i trzyma się z daleka.

- Ja pra­wie się zsi­ka­łam - mówię do Daisy.

Śmieję się cicho. Spo­gląda na mnie.

- Serio. Na pewno tro­chę popu­ści­łam.

- To dla­tego, że jesteś w ciąży - odpo­wiada ze sła­bym uśmie­chem. - Twój pęcherz kiep­sko trzyma.

- Nie, to ze stra­chu. Nie jestem jesz­cze aż tak cię­żarna. - Po osiem­na­stu tygo­dniach ledwo widać wypu­kłość na moim brzu­chu. Przy­ty­łam co naj­wy­żej dwa kilo­gramy. Mój lekarz życzy sobie, żebym wię­cej jadła, bo mam nie­do­wagę. Uwa­żam, że słowo "szczu­pła" brzmi lepiej.

Dwu­dzie­sto­ty­go­dniowa ciąża Rose wygląda na znacz­nie bar­dziej zaawan­so­waną. Pod czarną suk­nią z kolek­cji Cal­lo­way Couture sio­stra ukrywa okrą­gły brzu­szek. Ostat­nio, głów­nie z myślą o sobie, pro­jek­tuje wię­cej odzieży dla przy­szłych matek. W zeszłym tygo­dniu Lo nazwał ją próżną, a ona trzep­nęła go szki­cow­ni­kiem.

Podoba mi się to, że dba o swoją wygodę. To szcze­gól­nie ważne teraz, gdy prze­cho­dzimy tyle zmian.

Daisy ociera ręka­wem ostat­nie łzy. Jej dru­gie przed­ra­mię jest unie­ru­cho­mione w jasno­żół­tym gip­sie. Nikt nie był zasko­czony, że wró­ciła z Kosta­ryki z otwar­tym zła­ma­niem i prze­miesz­czo­nym oboj­czy­kiem. Gdy czuje powiew wol­no­ści, nikt nie jest w sta­nie powstrzy­mać jej przed sza­leń­stwem.

Odry­wam szmatkę od jej czoła.

- Dzię­kuję, Lily - szep­cze.

Rośnie mi serce. Wiem, że powo­dem jej cier­pie­nia jest moje uza­leż­nie­nie (i wstrętne zain­te­re­so­wa­nie ze strony mediów, które się z nim wiąże). Ale to nie z poczu­cia winy chcę koić jej rany. Jedy­nym powo­dem jest sio­strzana miłość.

- Lily, twoja stopa - odzywa się Rose zde­gu­sto­wa­nym gło­sem.

Spo­glą­dam w dół. Lawen­dowy Lucky Lucky roz­lał się na moich paznok­ciach. Na lewej sto­pie mam lakier tylko na poło­wie z nich.

Daisy uspo­kaja: - Poma­luję ci je jesz­cze raz.

Rose na­dal się wachluje. - Nie będziesz miała czasu. Gdy tylko wpad­nie tu Ryke, przy­cią­gnie cię do sie­bie. - Prze­wraca oczami, ale dodaje: - To jest nawet dość uro­cze.

Wyobra­żam sobie, jak ich przy­tu­la­nie pro­wa­dzi do innych zmy­sło­wych aktów. Choć pró­buję nie sku­piać się na tych obra­zach zbyt mocno, lekko się wiercę i zaci­skam uda. - Przy­naj­mniej będziesz upra­wiać dzi­siaj seks - mówię do Daisy i sztur­cham ją w bio­dro. Z mojego punktu widze­nia to dodat­kowa korzyść. Ale nie z Rykiem Meadow­sem. Z Lo. Oddziel­nie. Przy­ta­kuję sobie po cichu i uni­kam zaczer­wie­nie­nia na twa­rzy.

- Mam okres - odpo­wiada Daisy, cią­gle bar­dzo blada. - Czyli to nie wcho­dzi w grę.

Na chwilę zapada cisza. W końcu nie wytrzy­muję: - To upra­wiaj seks pod prysz­ni­cem. - Sama jestem zasko­czona wła­sną otwar­to­ścią w poru­sza­niu tych tema­tów. Być może to pod­świa­domy sku­tek moich licz­nych dys­ku­sji o sek­sie z Rykiem. Mogę dzie­lić się swo­imi uwa­gami bez koniecz­no­ści cho­wa­nia się pod biur­kiem.

- Ni­gdy tego tak nie robi­li­śmy. To byłoby dziwne - mówi.

Marsz­czę brwi ze zdu­mie­nia. - Ni­gdy nie robi­li­ście tego pod prysz­ni­cem? - "Chwila". Uno­szę ręce. - Ryke twier­dzi, że robił to w lesie. Ale ni­gdy tam? - Wska­zuję na szklane drzwi olbrzy­miej kabiny prysz­ni­co­wej, wypo­sa­żo­nej w trzy różne dysze i krany, z ele­ganc­kimi bru­ko­wymi płyt­kami na ścia­nie.

Rose pro­stuje plecy. Ma czujny wzrok. Wydaje się zafa­scy­no­wana naszą roz­mową.

- Robi­li­śmy to tam, ale nie w cza­sie okresu. - Daisy nie wsty­dzi się ujaw­niać szcze­gó­łów ze swo­jego życia ero­tycz­nego z Rykiem. Bar­dzo mi się podoba jej podej­ście. Uła­twia mi dzie­le­nie się z nią infor­ma­cjami na temat Lo. - Czy to nie okropne? - pyta.

- Warte spró­bo­wa­nia - odpo­wia­dam. - Choć być może nie jestem tu auto­ry­te­tem. Znają mnie z tego, że przed­kła­dam seks nad jedze­nie.

Daisy śmieje się łagod­nie. Jestem zado­wo­lona, że potra­fię mówić o swoim uza­leż­nie­niu z przy­mru­że­niem oka. Cza­sami nawet się z niego śmieję.

- A może prze­no­cu­jemy dzi­siaj w gościn­nym pokoju? - pyta Rose. - Jesz­cze raz poma­lu­jemy paznok­cie Lily i prze­śpimy się w tym gigan­tycz­nym łóżku.

- Kopnę cię - mówi nagle Daisy - jeśli będziemy spały w jed­nym łóżku. Bar­dzo się wiercę. Mogła­bym was kop­nąć w brzu­chy czy coś. I obie poro­ni­cie z mojego powodu. - Gwał­tow­nie nabiera powie­trza.

- Wyświad­czysz mi więc przy­sługę.

- Rose! - krzy­czę na nią.

Dra­ma­tycz­nie prze­wraca oczami, w któ­rych widać cień żalu. Ostat­nio nie patycz­kuje się i wali pro­sto z mostu. - Gorąco tu. - Wachluje się. Na czole ma kro­pelki potu.

- Powin­naś usiąść - pro­po­nuje Daisy.

- Usiądę, gdy uknu­jemy odwet i zro­bimy plany na dzi­siaj. To ważne. - Lubi uda­wać, że ciąża na nią nie wpływa, choć to ją dopa­dły poranne mdło­ści, które mnie na szczę­ście omi­nęły.

- Gło­suję za noco­wa­niem w pokoju gościn­nym i papie­rem toa­le­to­wym. - Uno­szę dłoń aku­rat wtedy, gdy sły­chać pośpieszny tupot nóg i otwie­rają się drzwi.

Rozdział 3

3

Lily Cal­lo­way

Pierw­szy do swo­jej sypialni wpada Ryke, a po nim od razu Lo i Con­nor. Górują nad nami wzro­stem. W powie­trzu wyraź­nie czuć napię­cie. Chyba wszy­scy dostrze­gamy lekko zmie­nia­jącą się dyna­mikę naszych rela­cji. Na zewnątrz naszego kółka zawsze krą­żyli Ryke i Daisy.

W nowym ukła­dzie są chło­paki kon­tra dziew­czyny.

Teraz nawza­jem się sobie przy­glą­damy i sza­cu­jemy straty. Na ramie­niu i żebrach Lo, pokry­tych nie­bie­ską i poma­rań­czową farbą, dostrze­gam czer­wone obrzęki. Ryke nosi podobne ślady po paint­ballu. Można spo­koj­nie przy­jąć, że do nich strze­lano. Prze­wraca mi się w żołądku. "Strze­lano do nich". To zda­nie... nie. Nie chcę sobie nawet wyobra­żać, co się mogło stać.

- Mam nadzieję, że tamte chło­paki wyglą­dają milion razy gorzej od was. - Rose swoją uwagą roz­ła­do­wuje napię­cie w pokoju.

- To nasto­latki - odpo­wiada obo­jęt­nie Lo. To ozna­cza, że pozwo­lili im odejść.

- Świet­nie, zadzwo­nimy do ich rodzi­ców.

Nasi faceci mil­czą. Ryke cały czas przy­gląda się Daisy. Widzę, że jest zawsty­dzona swoją reak­cją i dodat­kową uwagą, którą się jej teraz poświęca. Wyraź­nie jej to ciąży. Unosi kolana, zasła­nia piersi (i prze­zro­czy­stą koszulkę) przed wzro­kiem chło­pa­ków. Sku­bie wewnętrzną stronę swo­jego gipsu, a potem znowu opiera poli­czek na moim ramie­niu.

- Halo, halo? - Rose strzela pal­cami, żeby przy­cią­gnąć ich uwagę, ale w końcu sku­pia się na Con­no­rze, który trzyma ręce w kie­sze­niach czar­nych spodni. - Ty.

- Nie będziemy na nich dono­sić, Rose.

Rzuca mu gniewne spoj­rze­nie. - Daj spo­kój. To nie donos. To wymie­rze­nie spra­wie­dli­wo­ści.

- Obie te rze­czy. Choć bar­dziej donos niż spra­wie­dli­wość.

Ryke i Lo pod­cho­dzą do nas, a Con­nor idzie w stronę zlewu, gdzie stoi Rose.

- Dais... - szep­cze Ryke i kuca, żeby jego wzrok zna­lazł się na pozio­mie jej wzroku. Jego zatro­ska­nie wywo­łuje u mnie ścisk serca. Zawsze pra­gnę­łam, żeby Daisy zna­lazła kogoś, kto będzie tak szcze­rze się o nią trosz­czył. Nie podej­rze­wa­łam jed­nak, że ta osoba będzie krew­nym Lorena Hale'a. Przez to zawsze będę czuła z Rykiem więź. Nie­ważne, ile czasu potrwa ich zwią­zek.

Choć liczę na to, że będzie trwał wiecz­nie.

Daisy unosi głowę i w końcu na niego spo­gląda. Z oczu płyną jej łzy i spa­dają kaskadą na długą bli­znę na policzku. - Ja... - Drży jej pod­bró­dek. Podej­rze­wam, że chciała powie­dzieć, iż prze­sa­dziła ze swoją reak­cją, ale w ostat­niej chwili się powstrzy­mała.

Ryke siada na wprost niej, ota­cza ją nogami i przy­ciąga do sie­bie. Daisy ide­al­nie wpa­so­wuje się w jego obję­cia. Uścisk jest czuły i deli­katny; nie spo­dzie­wa­ła­bym się takiego po agre­syw­nym face­cie, jakim jest Ryke. Ale moja mała sio­strzyczka to jego sła­bość.

Daisy prze­kręca czapkę dasz­kiem do przodu i opusz­cza ją na oczy. Odcina się od niego i od pozo­sta­łych. Całe jej ciało trzę­sie się od pła­czu. Nie mam poję­cia, jak ją pocie­szyć. Czuje, że zawio­dła samą sie­bie, ule­ga­jąc ata­kowi paniki na widok mar­ke­rów do paint­balla, i zro­biła scenę.

Ryke mocno ją przy­tula, a ona obej­muje jego obna­żone ramiona. Zawsze był nie­podat­nym na sza­le­jące burze kamie­niem.

- Lily. - Moją uwagę przy­ciąga ostry głos. Lo stoi nade mną, a jego bursz­ty­nowe spoj­rze­nie jest sku­pione wyłącz­nie na mnie. Jego rysy są nie­po­ko­jąco piękne - mocno wycy­ze­lo­wane kości policz­kowe i gładka irlandzka skóra. Nacho­dzi mnie myśl: "Jego dziecko jest we mnie". Jakie to wszystko dziwne.

Czuję, że prze­pływa przeze mnie prąd, roz­nie­ca­jąc iskry w każ­dym zakoń­cze­niu ner­wo­wym i przy­spie­sza­jąc bicie serca.

- Cześć - mówię nie­śmiało pod nosem, jak­bym widziała go po raz pierw­szy w życiu. Moja szyja bez wąt­pie­nia zmie­niła kolor na kar­ma­zy­nowy.

Unosi usta w cudow­nym uśmie­chu. - Lily - powta­rza moje imię ochry­płym, głę­bo­kim i nie­wąt­pli­wie nała­do­wa­nym sek­sem gło­sem.

Czuję ciarki na ciele. - Nie mów tak - ostrze­gam go cicho i jesz­cze bar­dziej się czer­wie­nię.

- Lily - powta­rza i deli­kat­nie obli­zuje dolną wargę. O mój Boże! Ska­czę na równe nogi, żeby go uszczyp­nąć lub wal­nąć, bo prze­cież nie powi­nien mnie draż­nić, wyma­wia­jąc w ten spo­sób moje imię. Kto tak robi? A jesz­cze mnie nawet nie dotknął. Gdy tylko staję na nogach, świat wokół mnie zaczyna wiro­wać. Zata­czam się do tyłu, a przed oczami migają mi czarno-białe plamy, które zakłó­cają wizję.

- Lily. - W jego gło­sie pobrzmiewa teraz tro­ska. Lo chwyta mnie za bio­dra i ratuje od upadku. Scze­suje mi krót­kie brą­zowe włosy z twa­rzy. Mru­gam parę razy i znowu wyraź­niej widzę jego rysy, prze­ni­ka­jące przez mgłę.

- To było naj­gor­sze... "Lily" - szep­czę.

Oddy­cha gło­śno z ulgą. - Nie pod­noś się tak szybko następ­nym razem. Twoje ciśnie­nie krwi...

- ... jest niskie - koń­czę za niego. - Wiem. - Poczy­ni­łam wiele kro­ków, żeby zapew­nić sobie zdro­wie w okre­sie ciąży: biorę wita­miny, jadam mniej śmie­cio­wego żar­cia i czy­tam książki. Ale im bar­dziej pró­buję, tym gorzej mi idzie. Gdy wycho­dzimy z gabi­netu leka­rza, Rose dostaje raport na piątkę z plu­sem i klep­nię­cie po ple­cach. Ja wycho­dzę z listą rze­czy do poprawki. Lo podej­rzewa, że oni praw­do­po­dob­nie prze­ku­pili leka­rza, żeby mówił im same dobre rze­czy. W ten spo­sób chcą zyskać nad nami prze­wagę. Wąt­pię w to. Choć nie­wy­klu­czone, że lekarz boi się zemsty Rose. Taki sce­na­riusz wydaje się bar­dziej praw­do­po­dobny - zanim tra­fiła na dr Fre­idę Dhar, zali­czyła czte­rech innych gine­ko­lo­gów.

Prze­su­wam pal­cami po nie­bie­skiej far­bie na jego żebrach. Pod nią wid­nieje inten­syw­nie czer­wony obrzęk. Zasta­na­wiam się, czy zmieni się w siniak. Obej­muję Lo mocno w pasie. Myśl, że to mogła być praw­dziwa kula, blo­kuje mi dostęp tlenu do płuc. Utrata Lorena Hale'a byłaby dla mnie rów­no­znaczna z utratą życia. W chwi­lach dra­ma­tycz­nych zmian i bru­tal­nych zrzą­dzeń losu naj­wy­raź­niej widzę głę­bię swo­jej miło­ści do niego.

Unosi mój pod­bró­dek i traf­nie odczy­tuje powód wykrzy­wie­nia bólem rysów mojej twa­rzy. - Nic się nie stało - szep­cze.

Pota­kuję. "Nic się nie stało". A potem z taką siłą całuje mnie w usta, że zamiera mi mózg. "Tak". Zamy­kam oczy i dry­fuję, nie­siona wybu­chami wra­żeń. Jego dłoń wsuwa się pod gumkę moich leg­gin­sów. "Tak".

Jestem bar­dzo wil­gotna i gotowa na to, żeby jego ptak z mojej fan­ta­zji stał się rze­czy­wi­sto­ścią. Tylko czy teraz jest na to dobra pora?

Nie jestem pewna.

Wtem odrywa się ode mnie, zosta­wia mnie z war­gami jesz­cze cie­płymi od jego dotyku. Mówi pra­wie bez­gło­śnie: "Póź­niej".

Póź­niej. Może być póź­niej. - Kiedy póź­niej? - pró­buję uści­ślić.

W odpo­wie­dzi posyła mi uśmiech.

To dro­cze­nie się mnie zabija. W dobrym i złym zna­cze­niu tego słowa. Krzy­żuję nogi w kost­kach, odwra­cam się twa­rzą do sióstr i opie­ram o jego pierś. Jego ręce osia­dają na moich bio­drach, a palce znowu wśli­zgują się jak wąż pod gumkę leg­gin­sów. Jest pod­stępny.

Przy­ła­puję się na tym, że ocie­ram się pupą o jego kro­cze, ale prze­staję, gdy jego palce wbi­jają się w moją skórę, jakby sta­rał się za bar­dzo nie pod­nie­cać.

Póź­niej.

Sły­szę szepty Ryke'a do Daisy, ale nie roz­róż­niam poszcze­gól­nych słów.

Naprze­ciwko widzę Rose, która zgar­nia swoje gład­kie włosy w koń­ski ogon i roz­ma­wia po fran­cu­sku z Con­no­rem. Jej wzrok bie­gnie ku mnie i sio­stra milk­nie.

- Roz­ma­wia­cie o nas? - pyta ją Lo. Wyczu­wam za sobą jego pół­gorzki uśmiech.

Rose mruży oczy. - Za dużo czasu spę­dzasz z moim mężem - mówi. Con­nor nawet nie pro­te­stuje, bo dokład­nie wie, do czego ona zmie­rza. Ale my z Lo uno­simy w zdu­mie­niu brwi.

- O co cho­dzi? - pyta Lo.

- Sta­łeś się tak samo nar­cy­styczny. Nie, nie roz­ma­wia­li­śmy na wasz temat. - Ści­ska włosy gumką. - Pogódź się z tym.

Lo się zło­ści. - Ej, Rose - mówi. "O nie". - Wiesz, na czym polega kar­miczna spra­wie­dli­wość? Twoje dziecko powoli roz­ry­wa­jące ci waginę w dro­dze do wyj­ścia. - Rzuca jej kolejny sar­ka­styczny uśmiech. Walę go w ramię. Ledwo to zauważa. Komen­tarz: "Pogódź się z tym" musiał go naprawdę dotkli­wie zabo­leć.

Rose pro­stuje się nagle, żeby zwró­cić na sie­bie uwagę, i poka­zuje mu dwa środ­kowe palce. - Pieprz. Się. Dwa. Razy.

- Dzię­kuję, ale umiem liczyć - odcina się Lo.

Con­nor opiera się o zabu­dowę zlewu i ramie­niem obej­muje Rose w talii. W miarę roz­woju wymiany zdań mię­dzy nią a Lo jego uśmiech staje się coraz szer­szy. To dobrze, że go to cie­szy, ale ja zaczy­nam się pocić z ner­wów, bo ich walka na słowa znowu zmie­rza w złym kie­runku. Już kie­dyś tak się stało; histo­ria z łatwo­ścią może się powtó­rzyć.

- Uczą alge­bry tych, któ­rzy za karę zostają po lek­cjach? - pyta Rose, prze­krzy­wia­jąc głowę.

- To było słabe - odpo­wiada jej Lo.

Rose zaci­ska usta.

Zer­kam w dół na Daisy i Ryke'a, któ­rzy na­dal sie­dzą na pod­ło­dze. On prze­suwa daszek jej nie­bie­skiej cza­peczki do tyłu. Widzę, że Daisy już prze­stała pła­kać. W odróż­nie­niu ode mnie rzadko robi sobie maki­jaż, dla­tego nie ma na policz­kach zacie­ków po masca­rze. Ryke pochyla się nad nią, żeby ją poca­ło­wać, ale ona się uchyla.

Mój żołą­dek bun­tuje się na widok takiego odrzu­ce­nia.

Ryke sie­dzi sztywny, nie­ru­chomy. Nagle Daisy mówi: - Wcze­śniej wymio­to­wa­łam... - "O... Daisy". Wyobra­żam sobie, ile jest takich chwil w jej życiu, które chcia­łaby zmie­nić lub prze­wi­nąć. Wstaje i zmie­rza do zlewu. Con­nor prze­suwa się i robi jej miej­sce, żeby mogła umyć zęby.

Ryke wstaje i pocie­ra­jąc wargi, pod­cho­dzi do nas. Pyta mnie szep­tem: - Wymio­to­wała?

Pota­kuję. - Miała mdło­ści. Teraz chyba czuje się lepiej.

- Przy­naj­mniej cię ostrze­gła - wtrąca się Lo. - Lily by mnie po pro­stu poca­ło­wała.

Gapię się na niego, ale potem myślę o jego sło­wach. "Taaa... pew­nie tak". Praw­do­po­dob­nie zapo­mnia­ła­bym, że rzy­ga­łam. Krzy­wię się. - Jestem aż taka wstrętna?

- Nie, uko­chana - odpo­wiada Lo i całuje brzeg moich ust, co uwa­żam za szczyt dro­cze­nia się ze mną. Dopiero po chwili zdaję sobie sprawę z tego, że Ryke opu­ścił nas i poszedł z powro­tem do Daisy.

Rose pochrzą­kuje, żeby przy­cią­gnąć naszą uwagę.

- Bez­oar wło­sowy? - dopy­tuje ją Lo.

Rose go igno­ruje. - Zanim przy­szli­ście, gło­so­wa­ły­śmy nad rodza­jem kary dla tych drani...

- Nie - natych­miast pro­te­stuje Lo. Jestem tak zasko­czona, że opada mi szczęka.

Rose krzy­żuje ręce na pier­siach, czym przy­ciąga do nich uwagę. Trzeba dodać, że od kiedy zaszła w ciążę, jej piersi zna­cząco uro­sły. - Gar­dzę nie­do­in­for­mo­wa­nymi.

- Rozu­miem. - Lo zmu­sza ją do wysłu­cha­nia swo­jej opi­nii. Robi krok do przodu i roz­dziela się ze mną. - Chcia­ła­byś ich wystra­szyć tak samo, jak oni wystra­szyli twoją młod­szą sio­strę. Ale zemsta pociąga za sobą kolejne pro­wo­ka­cje.

Oddy­cham głę­boko. Oto nowy Loren Hale. Nauczył się cze­goś na sta­rych błę­dach. Rozu­mie dobro, zło i każdy przy­bru­dzony odcień sza­ro­ści.

Ta wer­sja Lorena jest lep­sza, taka, o jaką zawsze wal­czył. Jestem tak przy­tło­czona jego oświad­cze­niem, że wycie­ram łzy, zanim się poja­wiły.

- Nie mamy tu auto­kra­cji. - Rose kie­ruje w niego papie­rowy wachlarz. - Nie możesz podej­mo­wać decy­zji za nas wszyst­kich.

- Jeżeli tu panuje demo­kra­cja - wcina się Con­nor - to dla­czego chcia­łaś gło­so­wa­nia bez nas, Rose? - Celny strzał.

- Nie było cię tutaj, Richar­dzie. - Odwraca się do niego. - Teraz, gdy już jesteś, możesz gło­so­wać.

- Głos daro­wany z lito­ści - gładko kontr­uje Con­nor. - Pozwa­lasz mi na coś, czego sama nie­na­wi­dzisz.

Po tej ripo­ście Rose łagod­nieje. Na chwilę opusz­cza ramiona.

Daisy zakręca kran. Widzę, że już wypłu­kała pastę z ust. Ryke trzyma ją za rękę, co sta­nowi ładny wido­czek. Pró­buję powstrzy­mać kieł­ku­jący uśmiech. W jed­nej chwili jestem bli­ska łez, w dru­giej ema­nuję rado­ścią. Moje hor­mony powinny zro­bić sobie prze­rwę na wodę i pozwo­lić mi utrzy­mać - choć na jakiś czas - stan zado­wo­le­nia.

- Nie sądzę, że powin­ni­śmy się o to kłó­cić - odzywa się łagod­nie Daisy.

- Nie kłó­cimy się - odpo­wia­damy pra­wie wszy­scy jed­nym gło­sem, poza Rykiem, który teatral­nie prze­wraca oczami.

- Cho­dzi o papier toa­le­towy - zaczy­nam nagle nada­wać. - Odzy­skamy naszą...

- ... moc - oznaj­mia z unie­sio­nym wysoko pod­bród­kiem Rose.

Ryke kręci głową. - Są lep­sze spo­soby na uzy­ska­nie poczu­cia bez­pie­czeń­stwa niż odwet. - Jego wzrok bie­gnie ode mnie do Rose, do Daisy i z powro­tem do mnie.

Waham się, po czy­jej stro­nie sta­nąć: Lo, który, jak ufam, ma rację, że nie powin­ni­śmy pro­wo­ko­wać sąsia­dów, czy sióstr, które potrze­bują mojego wspar­cia. - Decy­zję powinna pod­jąć Daisy - mówię. - Chcę zro­bić to, co Daisy uzna za sto­sowne. To ona naj­bar­dziej ucier­piała.

Daisy wydaje się skrę­po­wana tym, że wszyst­kie oczy zwró­ciły się na nią. Ryke stoi za nią z rękami na jej pier­siach, żeby nikt nie zoba­czył jej sut­ków.

Ta pozy­cja podoba mi się nawet bar­dziej od trzy­ma­nia się za ręce. Dostrze­gam swoje odbi­cie w lustrze. O mój Boże, ale mam głu­pawy uśmiech na twa­rzy!

- Nie chcę... nikogo zde­ner­wo­wać - mówi w końcu.

- Nie zde­ner­wu­jesz - mówi do niej Con­nor. - Każdy ma wła­sne zda­nie. Usza­nu­jemy twoje. Choć oczy­wi­ście ist­nieją odpo­wie­dzi dobra i zła.

- Mogę to prze­my­śleć? - pyta Daisy.

- Tak - odpo­wia­dam pośpiesz­nie, zanim Rose stor­pe­duje tę pro­po­zy­cję. - Będzie nawet lepiej, jeśli to sobie prze­my­ślisz.

Ku memu zdzi­wie­niu Rose pota­kuje, choć zało­ży­ła­bym się, że w gło­wie knuje różne sce­na­riu­sze zemsty. Chcia­ła­bym mieć laleczkę wudu lub zdol­no­ści cza­ro­dzieja, żeby zarzą­dzić bez­pieczną karę z oddali. Tak jak Sabrina - nasto­let­nia cza­row­nica. Choć muszę przy­znać, że jej zaklę­cia na ogół odno­siły odwrotny sku­tek.

Zaha­czam palec o pasek dre­sów Lo i nawią­zuję kon­takt wzro­kowy z Daisy. - Pokój gościnny?

- O czym mówi­cie? - pyta Ryke.

Rose splata palce z pal­cami Con­nora. - Roz­wa­ża­ły­śmy spę­dze­nie nocy w jed­nym z pokoi gościn­nych. Tylko dziew­czyny.

Na twa­rzy Ryke'a zbie­rają się chmury burzowe. Wolałby spać z Daisy. Może też się oba­wia, że będzie nas w nocy kopała. Zasta­na­wiam się, jak ją usy­pia, żeby czuła się bez­pieczna, i czy Daisy w ogóle będzie w sta­nie zasnąć z nami.

- Mów - zachęca go Rose.

- Jeśli Daisy chce spać z wami w pokoju gościn­nym, to pro­szę bar­dzo, do cho­lery - dekla­ruje Ryke. - Nie zamie­rzam jej dyk­to­wać, co ma robić. Pra­gnę tego samego co ona.

Rose zdo­bywa się na uśmiech. - Jesteś o niebo lep­szy od Juliana.

Lo śmieje się iro­nicz­nie. - Ponad połowa męskiej popu­la­cji jest lep­sza od byłego chło­paka Daisy.

- Nie przy­po­mi­naj mi o nim - odzywa się Ryke.

Daisy chrząka. - Wiem, gdzie spę­dzę dzi­siej­szą noc. - Wszy­scy kie­rują na nią wzrok. Bie­rze głę­boki wdech i mówi: - Powin­nam spać we wła­snym łóżku. Nie chcia­ła­bym prze­tur­lać się na któ­rąś z was. Oba­wiam się, że jestem taka zde­ner­wo­wana przez to wyda­rze­nie... i inne rze­czy, że w ogóle nie zasnę.

Obie z Rose pota­ku­jemy ze zro­zu­mie­niem.

- Dzię­kuję, że podzie­li­łaś się z nami swo­imi odczu­ciami - mówię do Daisy z uśmie­chem.

Odpo­wiada mi tym samym.

Każdy jej wybór by mi się spodo­bał, ale ten daje mi bar­dzo dobrą opcję. Noc z Lore­nem Hale'em.

Moją naj­bar­dziej ulu­bioną rzecz na świe­cie.

Rozdział 4

4

Lily Cal­lo­way

Sko­tło­wana koł­dra w kolo­rze szam­pana leży w nogach naszego gigan­tycz­nego łóżka. Nie chce nam się tra­cić ener­gii na przy­kry­wa­nie się nią. Jestem pokryta cie­niutką war­stwą potu i, mimo lek­kiego wyczer­pa­nia, gotowa na powtórkę.

Sza­le­jące hor­mony nie poma­gają mi w utrzy­ma­niu dys­cy­pliny sek­su­al­nej. W żad­nym wypadku.

Lo leży obok mnie z głową na ciem­no­czer­wo­nej poduszce i ciężko oddy­cha. Ten pokój naj­le­piej ze wszyst­kich, w któ­rych dotąd miesz­ka­li­śmy, speł­nia nasze ocze­ki­wa­nia i jest naj­więk­szy. Nad łóż­kiem wisi czarny żyran­dol ze świe­cami (zamiast błysz­czą­cych dia­men­tów). Dwie czarne szafy stoją obok wygod­nej zamszo­wej kanapy i bor­do­wych krze­seł. Deko­ra­cji dopeł­niają czer­wone podu­chy i dywan w kolo­rze szam­pana. Czu­jemy się tu jak w domu.

Wiercę się i zaci­skam mocno uda, gdy patrzę na uno­szącą się i opa­da­jącą mia­rowo klatkę pier­siową Lo. Bar­dzo pra­gnę dotknąć jego mię­śni.

Obli­zuje wargi. - Mało ci z tego, co widzę.

- Co? - pisz­czę ze zdu­mie­niem. Było bar­dzo dobrze. Dosko­nale. To było warte stat­ków kosmicz­nych i podróży na Księ­życ.

Pró­buje powstrzy­mać śmiech i robią mu się uro­cze dołeczki. - Zdra­dził cię wyraz twa­rzy.

- Jaki wyraz? - Odwra­cam się, żeby na niego spoj­rzeć. Moje bio­dro spo­czywa na mięk­kim mate­racu.

- Ten, który mówi wyraź­nie, że chcesz, bym jesz­cze raz cię pie­przył - mówi naj­nor­mal­niej w świe­cie. Mimo to roz­nieca we mnie nowo odna­le­zioną ener­gię i pożą­da­nie.

- O... ten wyraz. - Sta­ram się go zmie­nić, ale bez skutku. Zbyt natar­czy­wie przy­glą­dam się jego mięk­kim różo­wym ustom, które aż się pro­szą o poca­łunki. - Dobrze wiesz, że nawet jeśli mam ochotę na powtórkę, to wcale nie ozna­cza, że tamto było złe.

- Wiem - mówi pod nosem. - Dro­czę się z tobą, Lil. - Przy­suwa mnie bli­żej do sie­bie. Bar­dzo liczę na to, że jego ręka zsu­nie się do wil­got­nego punktu mię­dzy moimi nogami. Zamiast tego Lo wodzi pal­cami mię­dzy moim oboj­czy­kiem a brzu­chem.

Nie jestem jesz­cze wielka i okrą­gła, co mnie nawet cie­szy. Nie­które pozy­cje sek­su­alne będą wtedy nie­moż­liwe. Oczy­wi­ście to bar­dzo ego­istyczne podej­ście, ale bar­dzo sta­ram się je prze­zwy­cię­żyć. Za pięć mie­sięcy nie będę mogła pozwo­lić sobie na samo­lub­stwo - a przy­naj­mniej będę musiała pro­wa­dzić kon­tro­lo­wane życie sek­su­alne.

- Czu­jesz już coś? - pyta łagod­nie, jeż­dżąc w kółko pal­cami po moim brzu­chu.

Nie wiem, czy tym pyta­niem chce ode­rwać moje myśli od seksu, czy też naprawdę go to inte­re­suje. Gdy nasuwa na nas pognie­cioną koł­drę i skrywa pod nią swo­jego ptaka, zakła­dam, że cho­dzi o to pierw­sze. Mimo to odpo­wia­dam.

- Nie. - I nie cze­kam na to z utę­sk­nie­niem. To będzie bar­dzo dziwne uczu­cie. Chcę być pewna, że moje dziecko żyje i jest aktywne, ale świa­do­mość, że coś we mnie będzie żyło i się ruszało, jest nieco zatrwa­ża­jąca. Pocie­sze­niem jest fakt, że to rów­nież dziecko Lo.

- Powiesz mi, kiedy tak się sta­nie, prawda? - pyta i patrzy mi w oczy. - Chciał­bym wie­dzieć, kiedy się poru­szy pierw­szy raz.

Teraz to ja sta­ram się ukryć uśmiech. Lo bar­dzo mnie wspiera od czasu, kiedy zaszłam w ciążę. Nie­istotne stały się jego wcze­śniej­sze zapew­nie­nia, że nie chce dzieci. Zamiast roz­cza­ro­wa­nia oka­zał radość. Wąt­pli­wo­ści pogrze­bał głę­boko i na zawsze.

- O wszyst­kim ci mówię - przy­po­mi­nam mu. - Także o tym, że wrzu­ci­łam kra­kersy w kształ­cie zło­tych rybek do miski z cze­ko­la­dowo-mię­to­wymi lodami. Sma­ko­wało pysz­nie, ale wyglą­dało okrop­nie. - Ostat­nio to moja ulu­biona prze­ką­ska.

- To było wstrętne - potwier­dza Lo. Pod­piera się na łok­ciu i deli­kat­nie muska moje bio­dro.

Zamy­kam oczy, bo roz­ta­piam się z roz­ko­szy, dla­tego szybko prze­suwa rękę na mój oboj­czyk. "Oj, nie­ład­nie". Gdy otwie­ram oczy, moją uwagę przy­kuwa biała koperta na sto­liku noc­nym. - Może nie powin­ni­śmy cze­kać.

Lo podąża wzro­kiem za moim spoj­rze­niem i kręci głową. - Rose cię zabije.

Ma rację. Kilka tygo­dni temu zaja­da­ły­śmy się jak maniaczki ulu­bio­nymi prze­ką­skami - ona poma­rań­czami, a ja oce­anem lodów ze zło­tymi ryb­kami. Gdy zdej­mo­wała skórkę z kolej­nej poma­rań­czy, powie­działa, że chcia­łaby być obecna przy otwie­ra­niu koperty z potwier­dze­niem płci mojego dziecka.

Chciała mnie onie­śmie­lić swoim tonem, ale powie­dzia­ła­bym "tak" nawet wtedy, gdyby try­skała rado­ścią. Po USG popro­si­li­śmy leka­rza, żeby wło­żył wynik do koperty i ją zakleił. Cią­gle w niej jest. Chyba docze­kam jutrzej­szego poranka.

- Co byś wolał? - zadaję mu pyta­nie, któ­rego oboje od jakie­goś czasu uni­kamy. - Chłopca czy dziew­czynkę? - W głębi duszy znam swoją odpo­wiedź, choć wola­ła­bym, żeby było mi obo­jętne, czy to chło­piec, czy dziew­czynka.

- To nie powinno mieć zna­cze­nia - odpo­wiada wymi­ja­jąco. Jego bursz­ty­nowe oczy szu­kają moich, bo chce w nich odczy­tać odpo­wiedź na to samo pyta­nie. Nie ma sprawy. Mogę przy­znać się pierw­sza.

Otwie­ram usta, ale słowa stają mi w gar­dle, przy­blo­ko­wane wewnętrz­nym stra­chem.

- Lily? - mru­czy, pochyla się nade mną i zgar­nia mi włosy z twa­rzy. W poło­wie na mnie leży, czyli w poło­wie jestem spo­wita w Lorena Hale'a.

Spla­tam swoje nogi z jego nogami. Tak jest lepiej.

- Nie musisz odpo­wia­dać - prze­ko­nuje.

Wydaje mi się jed­nak, że muszę. Wolę się wywnę­trzyć. - Jeśli będziemy mieli dziew­czynkę... - Biorę lekki wdech. - Ist­nieje spore ryzyko, że będzie wyśmie­wana. - Córka sek­so­ho­liczki. Tak jak z Daisy, któ­rej przy­pi­sano uza­leż­nie­nie tylko dla­tego, że jest moją sio­strą. Podej­rze­wam, że moja córka będzie miała przed sobą nawet bar­dziej wybo­istą drogę. A prze­cież Daisy prze­żywa okropne chwile.

Lo bie­rze mnie za rękę i splata nasze palce. Ocie­ram się nogą o jego udo, bli­sko kro­cza, i czuję, jak ska­cze mi puls. Lo kła­dzie mi rękę na bio­drze w geście uspo­ko­je­nia. W tej pozy­cji się roz­luź­niam i ogrze­wam cie­płem jego ciała. Jest swo­bod­nie. Nor­mal­nie.

- Może w przy­szło­ści ludzie nie będą oce­niali dziew­cząt ina­czej niż chło­pa­ków - odzywa się.

- Co masz na myśli? - Wpa­truję się znowu w jego usta, ale sku­piam się na sło­wach.

Zakłada mi za ucho kosmyk wło­sów. - Może dziew­czyny, które śpią z face­tami na prawo i lewo, nie będą już nazy­wane dziw­kami. Może będą trak­to­wane jak faceci. Wtedy nikt nie będzie zaj­mo­wał się twoim uza­leż­nie­niem. Nie na tyle, żeby doku­czać Lunie.

"Luna". Koła­cze mi serce, gdy sły­szę imię, które wybra­li­śmy dla naszej córki.

Świat, który opi­sał Lo, ist­nieje tylko w marze­niach. Jest fik­cją, a nie przy­szło­ścią.

- Wąt­pię - szep­czę.

Spo­gląda na mnie i mówi: - Zapew­nię jej bez­pie­czeń­stwo.

Do oczu napły­wają mi łzy, ale odważ­nie uno­szę kąciki ust. - Od świata, Lore­nie Hale'u?

- Tak - pota­kuje. - Od świata, Lily Cal­lo­way. Wiem, na czym polega taka walka.

Uno­szę głowę z poduszki i wycho­dzę naprze­ciw tym różo­wym ustom. Całuję go.

Pogłę­bia poca­łu­nek, zmy­słowo jeż­dżąc swoim języ­kiem po moim. Wresz­cie odrywa się ode mnie. - Czyli wola­ła­byś chłopca? - pyta, choć już zna odpo­wiedź. Przy­pusz­czam, że wycho­wa­ła­bym chłopca lepiej niż dziew­czynkę. Chyba spodo­ba­ła­bym mu się jako mama. Przy­naj­mniej taką mam nadzieję.

- Tak - szep­czę i zaglą­dam mu w oczy w poszu­ki­wa­niu jego odpo­wie­dzi. - A ty chcesz chłopca?

- Jeśli ty chcesz, to ja też - mówi.

Lekko sztur­cham go w ramię. - To nie jest odpo­wiedź. Nie sta­raj się mnie udo­bru­chać.

Mruga oczami kilka razy dla efektu, jak­bym nie była Lily, ale obcą dziew­czyną. - Od kiedy uży­wasz słowa "udo­bru­chać"?

- Od Gwiazdki, gdy dosta­łam od Con­nora słow­nik. - Rose stwier­dziła, że Con­nor zacho­wał się nie­grzecz­nie, ale trzeba przy­znać, iż zadał sobie wiele trudu, bo na mar­gi­ne­sach poro­bił notatki. Na przy­kład przy sło­wie "bastard" dopi­sał: "naj­przy­stoj­niej­szy śpi w two­ich ramio­nach". Prawda. Prze­bie­gam pal­cami po mię­śniach ramion Lo. "Pod­kre­ślił dla mnie wszyst­kie fajne słowa".

Lo chi­cho­cze. - Con­nor ma inną defi­ni­cję słowa "fajny" niż ty i ja.

- O. - To chyba prawda.

Szcze­rzy zęby, a potem ujmuje moją twarz w dło­nie i całuje mnie, zanim się orien­tuję, co się dzieje. Poca­łun­kowa nie­spo­dzianka. Taka, która prze­nika do kości i oży­wia duszę. Lo deli­kat­nie ssie moją dolną wargę, a jego ręka burzy mi włosy. Przy kolej­nym poca­łunku zaczy­nam jęczeć, bo pociera mi wraż­liwe miej­sce na szyi.

Uśmie­cha się i wsuwa język do moich ust.

Przy­ci­skam się do niego mied­nicą i roz­kła­dam nogi po obu stro­nach jego bio­der. "Tak".

Bez tchu wydu­sza z sie­bie: - Tak wła­śnie można cię udo­bru­chać.

Och.

Czer­wie­nię się. - Czy mógł­byś to powtó­rzyć?

- Powie­dzia­łaś, że mam prze­stać - dro­czy się. - Twoje życze­nie jest dla mnie roz­ka­zem.

Znowu ude­rzam go pię­ścią w ramię. Jego uśmiech staje się jesz­cze szer­szy, a na twa­rzy widać pełno doł­ków. Nagle mówi: - Chcę dziew­czynkę. - Jego uśmiech znika, a tak bar­dzo pra­gnę, by powró­cił.

- Dla­czego? - pytam szep­tem, choć wydaje się mi, że znam odpo­wiedź.

- Nie chciał­bym, żeby nasze dziecko przy­po­mi­nało mnie - wyja­śnia z bólem. - Zło­śliwe, pełne gory­czy, kom­pletny dupek. - Kręci głową i opusz­cza wzrok. - Chcę, żeby było takie jak ty.

- Żeby było sek­so­ho­li­kiem? - Marsz­czę nos.

- Nie, Lil. Żeby było ser­deczne, kocha­jące... intro­spek­tywne.

- Nie jestem intro­spek­tywna.

Całuje moje wargi. - Ow­szem, jesteś, uko­chana. - Dzieli nas tylko jego oddech. - Nie mogę popeł­nić takich samych błę­dów, jakie popeł­nił mój ojciec, wycho­wu­jąc mnie.

- Nie jesteś nim - przy­po­mi­nam mu łagod­nie. Jona­than odstrę­czył od sie­bie jed­nego syna, a dru­giego wpro­wa­dził na mroczną ścieżkę. Lo ni­gdy by cze­goś takiego nie zro­bił.

Całuje mnie w skroń i wysuwa się spod koł­dry. - Idę pod prysz­nic. - Wstaje. Jest nagi, jak go Pan Bóg stwo­rzył. Rzuca mi spoj­rze­nie, które mówi: "Dołącz do mnie".

Roz­ja­śnia mi się twarz. Jestem gotowa rzu­cić mu się w ramiona, gdy nagle dzwoni mój tele­fon. Tele­fon Lo wibruje. Spraw­dzamy wia­do­mo­ści.

"19.30, w moim domu, w środę. Spo­tka­nie obo­wiąz­kowe. Jeśli myślisz o odwo­ła­niu go, to pomyśl jesz­cze raz. Jona­than".

Wysłał wia­do­mość gru­pową do mnie, Daisy, Ryke'a i Lo. Przy­po­mina nam o spo­tka­niu, które orga­ni­zuje. - Wygląda to na kola­cję - mówię, choć mój żołą­dek fika koziołka.

- Tak. - W gło­sie Lo nie pobrzmiewa opty­mizm.

Pró­buję przy­go­to­wać się na naj­gor­sze, ale w naszej sytu­acji nie wia­domo, co to zna­czy.

Rozdział 5

5

Loren Hale

Goło­ledź i wiel­kie opady śniegu zatrzy­mują nas rano w domu. Mimo to wstę­puję do pokoju Ryke'a, żeby spraw­dzić, czy nie ma ochoty poćwi­czyć ze mną i z Con­no­rem. Mam napięte mię­śnie i czuję ucisk w klatce pier­sio­wej. Muszę się tego pozbyć, zanim otwo­rzymy kopertę, a szcze­gól­nie przed spo­tka­niem z ojcem.

Kiedy prze­krę­cam gałkę, oka­zuje się, że drzwi są zamknięte na klucz. Wysła­łem mu już SMS-a, ale nie odpo­wie­dział. Niech to szlag, muszę go obu­dzić. Walę pię­ścią w białe drew­niane drzwi i cze­kam na reak­cję.

Po kilku sekun­dach przy­tłu­mio­nych hała­sów i odgło­sach kro­ków drzwi się otwie­rają. Ryke opiera sztywne ramię o futrynę. Za nim prze­myka do łazienki Daisy.

- Co? - pyta oschle, ubrany jedy­nie w spodnie ze sznur­ko­wym wią­za­niem. Nie cho­dzi mi o to, że jest nie­ubrany lub że Daisy z nim sypia. Z tym już dawno się pogo­dzi­łem, choć chwi­lami wydaje mi się to dziwne. Mar­twi mnie jego widoczne wyczer­pa­nie. Nawet pod twar­dym, ciem­nym spoj­rze­niem nie jest w sta­nie ukryć zmę­cze­nia. - Spa­łeś ostat­niej nocy?

Przez ścianę dobiega szum wody z prysz­nica. Ryke kręci głową i cicho wyja­śnia: - Była prze­ra­żona. Nie mogłem jej pomóc... - Prze­gar­nia pal­cami grube włosy.

Mój star­szy brat lubi się wtrą­cać w cudze sprawy i ofe­ro­wać pomoc, ta sytu­acja musi więc być dla niego nie do wytrzy­ma­nia. - Musi pójść na śro­dowe spo­tka­nie - przy­po­mi­nam mu. - Wiem, że to do bani, ale musimy grać według jego zasad. - Nie chcę nawet myśleć, co by się działo, gdyby jedno z nas się wypięło na ojca. Boję się, że mógłby wró­cić do picia. Już tyle czasu jest trzeźwy! Poza tym zmie­nił się na plus. Cią­gle jest dra­niem, ale bar­dziej kon­tro­luje swoje wypo­wie­dzi.

Łatwiej się z nim prze­bywa.

Ryke prze­ciera zmę­czone oczy. - Zadzwo­nię do tera­peuty Daisy. Liczę na to, że przyj­mie ją przed spo­tka­niem.

Wsłu­chuję się w dźwięk prysz­nica i dopada mnie myśl, która wywo­łuje lekki nie­smak. Ale wypo­wia­dam ją na głos. - Pró­bo­wa­łeś seksu? - pytam.

Ryke rzuca mi gniewne spoj­rze­nie i zaci­ska palce na futry­nie, jakby chciał mi zatrza­snąć drzwi przed nosem.

Wcho­dzę w szcze­góły, tro­chę zezłosz­czony. - Nie mówię, że to roz­wiąże pro­blem, ale jeśli wystar­cza­jąco długo pocią­gniesz, to ze zmę­cze­nia zaśnie.

- Tak wła­śnie postę­pu­jesz z Lily? - pyta zde­ner­wo­wany.

Zgrzy­tam zębami. Nie ma prawa obra­cać tego prze­ciwko mnie. - Tylko jeden raz, dra­niu. Daisy nie uza­leżni się od tego. Idź i pieprz się z nią, żeby mogła wyłą­czyć myśle­nie i zasnąć.

Ryke opusz­cza ramiona. - Ma teraz okres. Nie jest zain­te­re­so­wana pie­prze­niem.

Jezu Chry­ste! Pocie­ram usta. Nie chcę zasta­na­wiać się nad tym, kto jest przed­mio­tem naszej roz­mowy. - Jest pod cho­ler­nym prysz­ni­cem. Prze­stań ze mną gadać, idź do niej i upra­wiaj­cie seks. Gdy skoń­czysz, znaj­dziesz mnie i Con­nora na siłowni. - Wyco­fuję się i koń­czę: - Przy­jedź z nią do ojca. Zoba­czymy się póź­niej.

Poka­zuje mi środ­kowy palec, ale widzę, że pota­kuje, gdy zatrza­skuje drzwi.

Scho­dzę do kuchni, dwu­krot­nie więk­szej od tej w domu w Prin­ce­ton. Dzięki pro­jek­tan­towi zatrud­nio­nemu przez Rose mamy kosz­towne AGD, gra­ni­towe blaty, szare ściany i skó­rzane tabo­rety barowe. Za każ­dym razem, gdy zwra­cam uwagę na deko­ra­cje - mie­szankę nowo­cze­sno­ści z kla­syką bar­dziej doj­rzałą niż ja - zdaję sobie sprawę z tego, że pora się pozbie­rać.

Stu­denc­kie życie już się dla mnie skoń­czyło.

Mam dwa­dzie­ścia cztery lata. "Pora wydo­ro­śleć".

Pró­buję.

Boże, naprawdę pró­buję.

Koło mar­mu­ro­wego zlewu stoi Con­nor i sięga do szkla­nej szafki po nie­bie­ski kubek. - Dzień dobry - mówi. Ma na sobie spodnie od dresu Nike i gra­na­towy T-shirt, nie muszę więc pytać, czy idzie na siłow­nię.

Kiwam mu głową i opie­ram przed­ra­miona na zim­nym bla­cie. - Chło­piec czy dziew­czynka? - pytam i natych­miast czuję usztyw­nie­nie mię­śni, jak w ima­dle. Decy­duję się na serię brzusz­ków, żeby uroz­ma­icić sobie cze­ka­nie na Con­nora. Kładę się na pod­ło­dze koło wyspy kuchen­nej.

- Czy cho­dzi ci o to, czego chcę, czy o to, co prze­wi­duję dla Rose? - dopy­tuje mnie.

- Czego chcesz.

Nalewa sobie kawę. Kładę ręce za głowę i uno­szę się do zgię­tych w kola­nach nóg.

Con­nor pod­cho­dzi do mnie i staje na czub­kach moich butów, żebym się nie ruszał. Ujmuje kubek w obie dło­nie. - Chcę mieć dużo dzieci, dla­tego nie ma dla mnie zna­cze­nia, co będzie pierw­sze. Pod warun­kiem, że będzie rów­nież dru­gie.

Jestem tak zasko­czony jego wyzna­niem, że zatrzy­muję się w poło­wie drogi do kolan. - Dla­czego? - Jest aro­gancki, zaro­zu­miały, naprawdę pochło­nięty sobą, choć nie do końca w złym tego słowa zna­cze­niu. Takie są fakty. Na ich pod­sta­wie trudno wysnuć wnio­sek, że chciałby dużej, hała­śli­wej rodziny.

Szcze­rzy zęby do kubka i patrzy na mnie z wyso­ko­ści stu dzie­więć­dzie­się­ciu cen­ty­me­trów. - Wyzwa­nie jest warte nagrody. Jestem gotowy na coś nowego.

Przy­naj­mniej jeden z nas wie­rzy w sie­bie. Z jękiem ponow­nie opa­dam na pod­łogę.

- Pora­dzisz sobie, Lo - zapew­nia mnie Con­nor.

Chciał­bym mu uwie­rzyć. W końcu nikt nie potrafi tak uspo­ka­jać ludzi jak Con­nor. Ale nie mogę wie­rzyć w każde jego słowo, skoro wiem, że ich celem jest uspo­ko­je­nie mnie. Moja prze­szłość dowo­dzi raczej, że klę­ska jest bar­dziej praw­do­po­dobna niż zwy­cię­stwo. Odpo­wia­dam mu: - Zoba­czymy.

Sły­szę odgłos stóp na par­kie­cie, odwra­cam głowę i pierw­sze, co widzę, to bran­so­letka z konopi wokół kostki. Dłu­gie nogi są ukryte pod spodniami od dresu Ryke'a. I jesz­cze krótka żółta koszulka z napi­sem: "Moc kwia­tów".

Co, do dia­bła... - Gdzie jest twój chło­pak? - pytam Daisy, która otwiera lodówkę. Nie ma mowy o tym, żeby upra­wiali seks. Wytrzy­małby z nią prze­cież wię­cej niż minutę. Nagle czuję zaże­no­wa­nie. "Nawet o tym nie myśl".

- Co? - Zgrywa głu­pią i wyciąga napój ener­ge­ty­zu­jący "Light­ning Bolt".

Opie­ram przed­ra­miona na kola­nach. Con­nor z kawą w ręce przy­pa­truje się jej badaw­czo. Daisy pod prze­krwio­nymi oczami ma czarne pół­księ­życe.

- Wyglą­dasz okrop­nie - mówię wprost. - Gdzie jest twój chło­pak?

Opusz­cza niżej daszek cza­peczki base­bal­lo­wej. Wku­rza mnie to.

- Dla two­jego ojca mój wygląd nie będzie miał zna­cze­nia, prawda?

"Nie wiem". - Jeśli się tym przej­mu­jesz, to możesz zro­bić sobie maki­jaż - odpo­wia­dam tak ostrym tonem, że roz­rywa mi bębenki. - Cho­ciaż Lily się nie maluje, a więc ty też nie musisz. - Robię wydech. Con­nor scho­dzi z moich butów, żeby nalać sobie wię­cej kawy. Coś mi mówi, że nie pój­dziemy dzi­siaj na siłow­nię.

- Ryke jest tutaj. - Daisy poka­zuje na prze­strzeń za mną i pociąga kilka łyków z puszki.

Wtedy do kuchni wcho­dzi Ryke. Zmie­rza naj­krót­szą drogą do Daisy i zdziera jej z głowy czapkę. Mokre włosy blond moczą jej koszulkę.

- Hej, bra­chu - mówię, ale ze względu na obec­ność Daisy niczego wię­cej nie dodaję. Oczy­wi­ście w trójkę roz­ma­wiamy o dziew­czy­nach i sek­sie, ale nie wtedy, gdy są obok nas. Podej­rze­wam, że one robią dokład­nie tak samo.

Ryke odwraca do mnie głowę. Posy­łam mu spoj­rze­nie, które mówi: "Co, do cho­lery, się stało?". Sądzi­łem, że ma gotowy plan.

- Ona nie jest Lily - odpo­wiada mi.

Mrużę oczy, zalewa mnie krew. - Co to niby ma zna­czyć?

- Wła­śnie? - pyta Ryke'a Daisy gniew­nym tonem.

Ryke wydaje z sie­bie jęk fru­stra­cji. - Odpuść sobie.

- Nie - odpa­ro­wuję, naprawdę wku­rzony. - Zaczą­łeś, to skończ.

- Dobra rada - z uśmie­chem zauważa Con­nor. Nie prze­szka­dza mu, że nie zna powodu tej kłótni. Z dru­giej strony być może już wszystko zro­zu­miał, obser­wu­jąc nasze zacho­wa­nie.

- Mia­łem na myśli to - mówi Ryke, wycią­ga­jąc ramiona - że Lily zro­bi­łaby w łóżku pra­wie wszystko. - Dener­wują mnie jego czę­ste poga­wędki z Lily na temat seksu. - Daisy taka nie jest. Nie zamie­rzam jej zmu­szać do seksu, jeśli nie ma na niego ochoty.

Daisy naj­pierw wydaje się zdu­miona, a potem czer­wieni się ze wstydu. Szybko zerka na Con­nora i jej rumie­niec jesz­cze się powięk­sza. - To się nie dzieje naprawdę - mam­ro­cze.

- Dzieje się - odpo­wia­dam ze zło­śli­wym uśmie­chem.

- Nie bądź cho­ler­nym kuta­sem - odcina się Ryke i pró­buje zamknąć temat.

Mógł­bym pocze­kać i zapy­tać Lily, czy Daisy upra­wia seks, żeby łatwiej zasnąć. W ten spo­sób unik­nął­bym inwek­tywy "cho­lerny kutas". Mógł­bym też zapy­tać Ryke'a, gdy będziemy sami. Ale to by wyma­gało dużo cięż­kiej pracy. Poza tym Ryke czę­sto roz­ma­wia z moją dziew­czyną o sek­sie, to niech wie, jakie to uczu­cie. - Daisy! - wołam ją. Na­dal sie­dzę na pod­ło­dze i robię ćwi­cze­nia roz­cią­ga­jące mię­śnie nóg.

Ryke rzuca mi zna­czące spoj­rze­nie. - Lo, odpieprz się.

Igno­ruję go, ale przy­cią­gam uwagę Daisy. Pytam ją wprost: - Pró­bo­wa­łaś upra­wiać seks przed zaśnię­ciem? - Łatwiej mi wypo­wie­dzieć te słowa, niż zacho­wać powagę na twa­rzy.

- Nie musisz mu odpo­wia­dać - ostrzega ją Ryke. A do mnie mówi cicho: "Zamknij się, do cho­lery". Ale na to jest już za późno.

Daisy cią­gle mocno się rumieni. - Celowo nie... - Chcia­łaby jesz­cze coś dodać, ale waha się i milk­nie.

- Nie oba­wiaj się, że mnie ura­zisz. - Pró­buję prze­ła­mać jej waha­nie. - Dam sobie radę. - To powód, dla któ­rego ona i inni cho­dzą wokół Lily i mnie na pal­cach. Boją się, że pęk­niemy jak szklane figurki. Mam to za sobą. Szkoda już się stała. Nie może pęk­nąć coś, co już jest pęk­nięte.

- ... nie chcia­łam wyko­rzy­sty­wać seksu do takiego celu - dodaje szybko. - Nie mówię, że to, co robi­cie z Lily, jest złe. Po pro­stu... - Wypusz­cza powie­trze z płuc. - Może powin­nam spró­bo­wać...

- Nie, nie powin­naś - wtrąca Ryke.

- Ale Lo powie­dział...

- Lo, zatłukę cię, do cho­lery - mówi gniew­nie Ryke i rzuca mi wście­kłe spoj­rze­nie. - Nie wiesz wszyst­kiego, do dia­bła.

Pod­no­szę ręce. - Uspo­kój się, Chew­bacco. To była wyłącz­nie suge­stia. - Kiwam głową do Daisy. - On ma rację. Wyraź­nie nie masz na to ochoty, a więc nie zmu­szaj się do tego.

- Do czego? - Lily nagle siada na mnie okra­kiem. Kła­dzie mi ręce na pier­siach, przy­suwa bli­sko twarz i szep­cze: - Dla­czego jesteś na pod­ło­dze? - Jej policzki jaśnieją nie­mal eufo­rycz­nym szczę­ściem, co natych­miast wywo­łuje u mnie uśmiech.

Ma na sobie kale­sony i białą, kudłatą cza­peczkę Wampy. Prze­no­szę się w cza­sie: miała sie­dem­na­ście lat, stała przed domem mojego dzie­ciń­stwa dokład­nie w tym samym stroju, sto­sow­nym na obozy har­cer­skie. Tak samo uro­cza jak dzi­siaj.

Lekko pocie­ram jej nos swoim i sły­szę jej przy­śpie­szony oddech. Przy­su­wam usta do jej ucha i mam­ro­czę: - Cze­ka­łem, aż mnie dosią­dziesz.

Swa­wol­nie, ze śmie­chem odpy­cha się od mojej piersi. Chwy­tam ją za bio­dra, żeby wie­działa, jak bar­dzo pra­gnę ją mieć tutaj, w tym miej­scu, ani mili­metr dalej. Pod­świa­do­mie wwierca się mied­nicą w moje kro­cze. Prze­ły­kam jęk, gdy czuję zwięk­sza­jące się ciśnie­nie w swoim ptaku. Przy­wy­kłem do tego.

Przy­zwy­cza­iłem się rów­nież do rumieńca oble­wa­ją­cego ją od szyi po czoło. Łapie się na tym, że ociera się o mnie, i zamiera. Cią­gnę ją za uszy cza­peczki, gdy dociera do mnie, że wszy­scy się na nas gapią.

- Cześć - mówi. - Coś prze­rwa­łam?

- Nic - odpo­wiada szybko Daisy.

- W tym nie ma nic podej­rza­nego - oznaj­mia Con­nor, jakby ocze­ki­wał wię­cej od mistrzyni wodze­nia za nos. Jasne, ukry­wała przed nami wiele rze­czy, ale aż taka dobra w tym nie jest.

Lily prze­nosi spoj­rze­nie z Ryke'a na Con­nora i na mnie. - Chyba jej nie napa­sto­wa­li­ście zbio­rowo? - Prze­rywa i bie­rze głę­boki wdech. - Nie w tym zna­cze­niu!

Prze­cie­ram oczy ze zdu­mie­nia, bo zdaję sobie sprawę z tego, że sko­ja­rzyła "zbio­rowe napa­sto­wa­nie" z sek­sem.

- Lily - jęczy sfru­stro­wany Ryke i zakłada ręce za głowę. Wygląda tak, jak ja się czuję. Con­nor jest na­dal opa­no­wany. Chciał­bym taki być, ale mój umysł wymaga grun­tow­nego oczysz­cze­nia.

- Prze­pra­szam! - krzy­czy Lily i zakrywa oczy. - Sądzi­łam, że wszy­scy tak pomy­śleli. - Zerka na mnie. - Ty tak pomy­śla­łeś, prawda?

- Pew­nie - kła­mię.

Od razu wyczuwa moją nie­szcze­rość. Chowa twarz w dło­niach.

- Lily, wszystko w porządku - odzywa się Daisy. - To nic strasz­nego.

Lily oddy­cha głę­boko. Masuję jej plecy. Sły­szę stu­kot obca­sów na drew­nia­nej pod­ło­dze. Oj, będzie się działo.

- Wszy­scy gotowi? - pyta Rose z kopertą w ręce.

- Myśla­łem, że pocze­kamy do popo­łu­dnia - mówię.

- Teraz jeste­śmy wszy­scy razem. - Udało jej się powstrzy­mać zło­śliwą ripo­stę. Widać, że jest bar­dzo zde­ner­wo­wana. W jej żół­to­zie­lo­nych oczach migo­cze strach. Naj­wy­raź­niej Con­nor rów­nież to wyczuwa, bo natych­miast przy­ciąga ją do sie­bie i sta­now­czo obej­muje w talii. Jej czarna sukienka uka­zuje wybrzu­sze­nie o wiele więk­sze niż u Lily.

Jestem tym zmar­twiony.

Rozu­miem, że dziew­czyny róż­nią się fizycz­nie. Cza­sem jed­nak, gdy patrzę na roz­miary Rose, boję się, że Lily może stra­cić nasze dziecko. Naj­bar­dziej boję się stra­chu, że stracę coś, czego ni­gdy nie chcia­łem.

Czuję się sko­ło­wany. Prze­ży­wam to wszystko bez wspo­ma­ga­nia. Bez whi­skey Maker's Mark. Macal­lan. Jame­son.

Ogól­nie nie­źle sobie radzę, nawet gdy czuję wewnętrzny ból.

Lily, cią­gle na moich kola­nach, roz­pro­sto­wuje pognie­cioną kopertę. Lekko sztywny, opie­ram się o dolną szafkę.

- Zaczniesz? - pyta sio­strę Lily, wykrę­ca­jąc szyję w jej stronę.

Rose kręci głową i wstrzy­muje oddech, aż wyraź­niej wystają jej kości oboj­czyka. - Nie, ty zacznij. - Con­nor coś do niej mówi po fran­cu­sku, a ona mu odpo­wiada, nie bacząc na to, że Ryke może ich pod­słu­chi­wać.

- Przy­nieść apa­rat? - pyta Daisy z olśnie­wa­ją­cym uśmie­chem. Pra­wie udaje mi się zapo­mnieć o jej pod­krą­żo­nych oczach.

- Zrób tele­fo­nem - pod­po­wiada Lily. Jej ręce drżą ze zde­ner­wo­wa­nia. - Tylko nie wrzu­caj niczego na Insta­gram.

Daisy udaje wes­tchnie­nie. - Już wrzu­ci­łam.

- Ha, ha, ha - mówię sucho.

Ryke wygląda tak, jakby chciał ją pie­przyć opartą o kre­dens. Nie podoba mi się to, jak na nią patrzy. Daisy z tru­dem pró­buje wsko­czyć na blat. Pod­piera się tylko jedną ręką, bo drugą ma w gip­sie.

Bez waha­nia i trudu Ryke ją pod­sa­dza. Daisy mości się wygod­niej, luźno opusz­cza nogi i wysuwa w naszą stronę swój tele­fon. Zamiast robić zdję­cia, nagrywa nas. Uję­cia opa­truje komen­ta­rzem: - Sobota, siódmy lutego. Za chwilę Lily Cal­lo­way pozna płeć swo­jego dziecka. Czy to będzie chło­piec, czy dziew­czynka? Prze­wi­dy­wa­nia? - Pod­suwa tele­fon pod nos Ryke'a.

- Dziew­czynka - odpo­wiada z kamienną twa­rzą.

- Uśmiech, pro­szę - zachęca go Daisy.

Ryke ledwo unosi kąciki ust.

- Żało­sne - mówię do niego. - Nie jesteś nawet w sta­nie uśmiech­nąć się na wieść o moim przy­szłym dziecku?

- Wła­śnie, wujku Ryke'u - dodaje Daisy.

Ryke obrzuca ją twar­dym spoj­rze­niem. - Ni­gdy wię­cej nie wyma­wiaj tego słowa. - I nagle się uśmie­cha. Nie jest to uśmiech sze­roki, ale - jak na niego - cał­kiem nie­zły. Nagra­nie mnie relak­suje; czuję, jak znika napię­cie w moich mię­śniach.

Lily wyka­zuje nawet więk­szą eks­cy­ta­cję. Jej obawy odpły­nęły w siną dal. "Dzię­kuję, Daisy".

- Jakie są wasze prze­wi­dy­wa­nia, Con­no­rze i Rose? - Daisy kie­ruje tele­fon w stronę pary koło eks­presu do kawy.

Rose się usztyw­nia. - Dziew­czynka.

- Chło­piec - odpo­wiada Con­nor i odsta­wia kubek na blat.

Rose odwraca się do niego. - Musisz mieć inne zda­nie niż ja?

- Nie muszę. - Prze­rywa z uśmie­chem. - Ale chcę.

Rose nagle milk­nie. Con­nor wsuwa dłoń w jej włosy i całuje ją w czoło.

Wtedy Daisy kie­ruje komórkę w naszą stronę. - Lily i Lo, a wy co prze­po­wia­da­cie?

Lily spo­gląda na mnie zie­lo­nymi oczami, w któ­rych wirują wszyst­kie jej obawy i waha­nia. Chciał­bym, żeby­śmy zostali teraz sami. Mógł­bym ją objąć i odciąć od reszty świata.

Tylko my.

Żad­nych hała­sów.

- Dziew­czynka - odpo­wiada cicho Lily. Choć nie tego chce. To ja chcę dziew­czynki. Każda płeć wiąże się z bole­snym ryzy­kiem.

- Chło­piec - szep­czę.

Lily kuli się w sobie i kręci głową w moją stronę, że to nie będzie chło­piec. Ale może być. W poło­wie był­bym szczę­śliwy ze względu na Lily, a w poło­wie prze­ra­żony. Naj­bar­dziej kocham w sobie to, co należy do niej.

- Pośpiesz­cie się - mówi Rose nie­na­tu­ral­nie wyso­kim gło­sem. Krzy­wię się. Jest pra­wie ska­mie­niała ze stra­chu, bo nad­cho­dzi jej kolej. Choć na co dzień Rose dopro­wa­dza mnie do szału, to nie spra­wia mi przy­jem­no­ści oglą­da­nie jej w takim sta­nie. Con­nor szybko szep­cze jej coś do ucha, ale Rose ner­wowo pociera ręce. Con­nor chwyta jedną z nich, żeby nie otarła ich do krwi.

- Ty ją otwórz - mówi do mnie Lily po cichu, odcią­ga­jąc moją uwagę od Rose. Wsuwa mi kopertę w ręce.

Czuję ucisk w żołądku, ale jakoś znaj­duję w sobie dość siły, żeby ją roze­rwać i wycią­gnąć z niej kawa­łek bia­łego papieru. Puls mi sza­leje, jak­bym miał sko­czyć z budynku i wygło­sić prze­mó­wie­nie na wypeł­nio­nym po brzegi sta­dio­nie. Z początku ledwo odczy­tuję poszcze­gólne litery, które zle­wają się ze sobą. Zaj­muje mi kilka sekund, żeby zacząć je roz­róż­niać.

Lily przy­gląda mi się przez dłuż­szą chwilę i mówi: - To chło­piec.

Czuję, jak ogar­nia mnie chłód. Prze­ka­zuję jej kartkę, żeby mogła potwier­dzić to, co już odga­dła.

Zachłan­nie wczy­tuje się w pismo, a potem deli­kat­nie składa kartkę.

- Możesz się uśmiech­nąć, Lily. - "Pro­szę, uśmiech­nij się".

Po policzku spływa jej łza.

Nie. Pochy­lam się i ujmuję w dło­nie jej twarz. - Lily, jestem szczę­śliwy. - Po czę­ści. W tych wszyst­kich dobrych czę­ściach mnie, które należą do niej. Tam na pewno jestem szczę­śliwy.

Obli­zuje spę­kane wargi i zerka ponow­nie na papier, jakby chciała się upew­nić, że naprawdę będziemy mieli chłopca.

Ocie­ram jej łzy. - Powiedz coś - mówię pod nosem. "Uśmiech­nij się, Lil".

- Jestem... naprawdę, naprawdę szczę­śliwa. - Głos jej drży. Ale w końcu uśmie­cha się takim pół­bo­le­snym uśmie­chem. Dla mnie. Na gra­nicy dwóch skraj­nie odmien­nych emo­cji.

- Tak jest lepiej, że to chło­piec - szep­czę, gdy wędruje wzro­kiem mię­dzy mną a kartką. - Musisz uwie­rzyć, że ja w to wie­rzę. - Jedyne, czego pra­gnę, to poczuć jej radość i zmyć tę smołę, którą ska­la­łem jej duszę. Nisz­czę pra­wie wszystko, czego się dotknę. Ona jest naj­lep­szym, co mi zostało.

Pota­kuje raz za razem. Pra­gnie uznać moje słowa za prawdę. Całuję ją żar­li­wie, tra­wiony roz­pa­czą w każ­dej czę­ści swego ciała i spę­ka­nej duszy. W jej gar­dle rodzi się jęk. Przy­lega do mnie tak, jak ja do niej - nasze ciała obie­cują sobie nawza­jem rze­czy, któ­rych nie mogą obie­cać słowa.

Oddy­cham ciężko i pogłę­biam uścisk. Nasze języki się splą­tują, a piersi zle­wają. Się­gam ręką pod jej czapkę i zanu­rzam ją w jej krót­kich wło­sach.

Gdy jestem z Lily, czę­sto odno­szę wra­że­nie, że jeste­śmy jedną osobą. Dzie­limy się każ­dym odczu­ciem naszych ciał.

W kuchni nie ma nikogo poza nami.

Ale w rze­czy­wi­sto­ści ktoś tu jest. Zdaję sobie z tego sprawę, gdy sły­szę, jak Rose gło­śno krzy­czy po fran­cu­sku.

Natych­miast roz­dzie­lamy się z Lily.

Rose krzy­czy i wska­zuje na nas. Con­nor bez opo­rów odpo­wiada jej krzy­kiem. Powagę sytu­acji pod­kre­śla moment, gdy Con­nor chwyta ją za nad­garstki, żeby prze­stała się mio­tać.

Zry­wamy się z Lily na nogi. - Co się dzieje? - Lily zadaje to pyta­nie jedy­nej oso­bie, która coś wie poza wal­czącą parą.

Ryke trzyma rękę na udzie Daisy i obser­wuje Rose ze zmarsz­czo­nym czo­łem. - Mówi, że nie może tego zro­bić - wyja­śnia. Daisy wyłą­cza tele­fon i odkłada go na bok.

- Czego? - dener­wuję się. Prze­cież nie może aż tak się bać, że to będzie chło­piec.

- Spraw­dzić, jakiej płci jest dziecko - dodaje Ryke. - Con­nor ją prze­ko­nuje, żeby prze­stała zacho­wy­wać się tak, jakby to się nie działo naprawdę.

Lily jest zasko­czona. Wędruje wzro­kiem pomię­dzy sio­strą a Rykiem. - I? - naci­ska. Dobrze jest mieć tłu­ma­cza, co pro­wa­dzi do pyta­nia...

- Dla­czego ni­gdy wcze­śniej nie tłu­ma­czy­łeś? - bur­czę.

Jego ręka wędruje wyżej po udzie Daisy, która macha nogami zwi­sa­ją­cymi z blatu. - Bo do tej pory nie działo się nic waż­nego, do cho­lery. Nie chciał­byś sły­szeć, o czym na co dzień roz­ma­wiają, wierz mi.

Ow­szem, chciał­bym.

Lily koły­sze się do przodu na sto­pach. - Co powie­działa Rose?

Ryke przy­słu­chuje się przez chwilę ich roz­mo­wie. - Że nie ma zna­cze­nia, kiedy poznają płeć dziecka: teraz czy po uro­dze­niu.

Con­nor ciężko oddy­cha. Na jego twa­rzy maluje się teraz wiele emo­cji: złość, tro­ska, deter­mi­na­cja - to uczu­cia, które zwy­kle stara się ukryć. Znowu zaczyna mówić. Po fran­cu­sku. Ist­nieją we wła­snym świe­cie. Podob­nym do tego, w któ­rym przed chwilą byli­śmy ja i Lily. Odci­nają się od świata zewnętrz­nego na jedną ważną chwilę.

Ryke na­dal tłu­ma­czy. - On pyta: "Nie wola­ła­byś być lepiej przy­go­to­wana, na każdy moż­liwy spo­sób?".

Rose kręci się w jego uści­sku i pyskuje.

- Ona mówi: "Nie mogę być przy­go­to­wana na dziecko, bez względu na to, ile prze­czy­tam i się nauczę. Ni­gdy nie będę gotowa".

Po tych sło­wach w pokoju zapada ciężka cisza. Myślę, że wszy­scy podzie­lamy jej strach. Rose ni­gdy nie lubiła dzieci, dla­tego dla niej to chyba dodat­kowe obcią­że­nie. Kręcę głową. Nie cho­dzi jej o płeć dziecka. Cho­dzi o posia­da­nie dzieci w ogóle.

Ryke wzdy­cha, jakby tłu­ma­cze­nie dopro­wa­dzało go do roz­pa­czy. - Nie sły­szę Con­nora. - Jasne, prze­cież szep­cze do ucha Rose.

Rose znowu pró­buje wyrwać się z uści­sku męża. - Puść mnie, Richar­dzie - odzywa się, w końcu po angiel­sku.

- Rose. - Con­nor kła­dzie mocny nacisk na jej imię. Mówi tak lodo­wa­tym tonem, że dostaję gęsiej skórki.

- Con­no­rze - odpo­wiada mu rów­nie lodo­wato. - Prze­stań. - Jej żół­to­zie­lone spoj­rze­nie go ata­kuje.

Con­nor ją pusz­cza. Widzę w jej zaci­śnię­tej dłoni białą kopertę.

- Będziemy mieli dziew­czynkę - oznaj­mia Rose, jakby to był fakt. Choć zde­cy­do­wa­nie nie jest. Potem zaczyna otwie­rać i zamy­kać szu­flady w kre­den­sie, jakby cze­goś szu­kała.

- Rose - powta­rza Con­nor już spo­koj­niej. - Wszystko w porządku. Prze­stań i pood­dy­chaj przez chwilę. - Ale ona go nie sły­szy. - Rose.

Kręcę głową, gdy widzę, jak zatrza­skuje czwartą z kolei szu­fladę. - Jest zdez­o­rien­to­wana.

- Zamknij się, Loren! - krzy­czy Rose.

Wzdry­gam się. Szcze­rze mówiąc, nie sądzi­łem, że mnie usły­szy. Nagle w pią­tej szu­fla­dzie znaj­duje pudełko zapa­łek.

- Rose! - krzy­czą jed­no­cze­śnie Daisy i Lily, ale Con­nor staje u jej boku, zanim nad­cią­gną sio­stry. Już zapa­liła zapałkę i przy­ło­żyła ją do papieru.

Pło­mień szybko trawi papier. Con­nor wyrywa go z jej dłoni i wrzuca do zlewu. Przy­tula ją do sie­bie od tyłu, ujmuje mocno w talii i mru­czy jej coś do ucha. Wtedy jej spięte ciało się roz­luź­nia, jakby sło­wami wypę­dzał z niego wszyst­kie ulotne, tok­syczne emo­cje.

Na jej twa­rzy rysuje się wieczna boleść. Od czasu ciąży takie zała­ma­nia zda­rzają się jej czę­ściej.

Con­nor obraca ją twa­rzą do sie­bie i układa jej głowę na swoim ramie­niu. Odszu­kuje mnie wzro­kiem. Rozu­miem, o co mu cho­dzi. Potrze­bują pry­wat­no­ści.

Daisy zeska­kuje z blatu i wraz z Rykiem idzie do salonu. Lily i ja, trzy­ma­jąc się za ręce, idziemy ich śla­dem. Teraz już nie poznamy płci dziecka Rose. Musimy pocze­kać na naro­dziny.

Po opusz­cze­niu kuchni Daisy idzie kawa­łek tyłem i mówi: - Maxi­moff Hale. Będzie miał naj­faj­niej­szych rodzi­ców pod słoń­cem. - Wysuwa pięść w stronę Lily, która wresz­cie się uśmie­cha. Tylko na chwilę się waha, gdy spo­gląda na mnie, czy to w porządku.

Nie­na­wi­dzę, gdy się mar­twi, że mnie zde­ner­wuje. Uśmie­chem. Pota­kuję i sta­ram się roz­luź­nić.

Lily stuka pię­ścią w pięść sio­stry.

Wtedy Daisy ze sło­necz­nym uśmie­chem na twa­rzy kie­ruje pięść w moją stronę. Życie od razu wydaje się lep­sze niż w rze­czy­wi­sto­ści. Spo­glą­dam na brata, który odwza­jem­nia moje spoj­rze­nie. Rozu­miem, dla­czego ją kocha.

Jest świa­tłem w ciem­nym miej­scu. Nawet wtedy, gdy sama prze­żywa trudne chwile. Daisy i Ryke są przy­kła­dami ludzi bez­in­te­re­sow­nych. Ja zaś czuję się potwo­rem, dup­kiem i zło­czyńcą. Ale w oczach Lily Cal­lo­way jestem boha­te­rem.

A to już coś.

Rozdział 6

6

Loren Hale

Moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka, dziew­czyna, przy­szła żona jest nie­na­sy­cona.

Jestem zlany potem na sku­tek inten­syw­nego seksu z Lily. Przy­trzy­muję jej ręce nad głową, całuję ją głę­boko i jesz­cze moc­niej naci­skam mied­nicą. Odrywa się z okrzy­kiem od moich ust. Zamknęła oczy, drżą jej koń­czyny. Jest żądna speł­nie­nia. Na ten widok moje ciało ogar­nia ogień. Mój ptak jest gotowy do lądo­wa­nia.

W tej chwili.

Igno­ruję jego żąda­nie. Oddy­cham płytko, w gar­dle dła­wię palący jęk, ale na­dal ryt­micz­nie wbi­jam się w Lily. Sta­ram się ją zado­wo­lić naj­le­piej, jak potra­fię. Pusz­czam jeden z jej nad­garst­ków i wsu­wam rękę mię­dzy nasze ciała. Pocie­ram pal­cami jej nabrzmiałą łech­taczkę.

Zatraca się, napina jak łuk i wkręca we mnie mied­nicą. - Lo! - krzy­czy.

"Nie spusz­czaj się jesz­cze". Tak naka­zuję sobie w myślach. Mimo że czuję, jak Lily pul­suje w orga­zmie wokół mojego kutasa. Nie chcę szczy­to­wać. Jesz­cze nie.

Cią­gle jestem twardy w jej wnę­trzu i ruszam się dalej. Wolną ręką masuje sobie wraż­liwe piersi, które w cza­sie ciąży znacz­nie się powięk­szyły. Deli­kat­nie odsu­wam jej rękę i szczy­pię ją w sutek. Chowa poli­czek w poduszkę. "Tak!" - sły­szę jej mru­cze­nie.

"Jezu". Zaraz dojdę. Przy­ci­skam usta do jej skroni. Tra­fiam w jakieś miej­sce, które ośle­pia mnie z nagłej roz­ko­szy. Jęczę ochry­ple: - Lil!

Ona łka i moc­niej ści­ska mnie nogami w pasie.

Jestem do niej przy­lu­to­wany. Nie dzieli nas ani jedna szcze­lina. Upra­wia­li­śmy seks jako czter­na­sto­latki, ale nie skoń­czyło się to dobrze, mimo że o to bła­ga­łem.

Dzie­sięć lat póź­niej pasuję do niej tak, jak­by­śmy ni­gdy się nie roz­dzie­lali. Być może nasze "dobrze" różni się od tego, co łączy inne pary, ale nie jest to zła miłość. Po pro­stu jest nasza.

Doci­skam jesz­cze raz i szczy­tuję. Moje nerwy iskrzą, a skórę ogar­niają pło­mie­nie. Cią­gle jestem w jej wnę­trzu, tyle że despe­racko pra­gnę powie­trza. Obej­muje moje ramiona i jesz­cze moc­niej zaci­ska mi nogi w pasie. Znowu zaczy­nam tward­nieć. Wydo­by­wam z sie­bie jęk i przy­glą­dam się jej badaw­czo. Jedyne ślady wyczer­pa­nia to jej opa­da­jące powieki. Ale nie­znacz­nie.

- Jesz­cze - szep­cze i pró­buje nadziać się na mnie z całą ener­gią, która w niej pozo­stała.

Cię­żarna Lily jest naj­bar­dziej napa­loną Lily, jaką znam. Już wcze­śniej trudno ją było zaspo­koić. Ale zawsze mi się uda­wało. Teraz jest to dosłow­nie nie­moż­liwe.

Prze­wra­cam się na bok z Lily przy­kle­joną do mojego ciała. Nie wysu­wam się z niej. Odgar­niam jej z twa­rzy mokre kosmyki. Przy­gląda się moim ustom, jakby ją przy­wo­ły­wały. Potem całuje mnie łap­czy­wie i koły­sze bio­drami. Leżymy na boku, przy­ci­śnięci do sie­bie. Zmię­to­lone prze­ście­ra­dło zepchnę­li­śmy w dół, a koł­dra w poło­wie zwisa z łóżka. Przy­ciem­nione świa­tło ide­al­nie ilu­mi­nuje jej skórę, na każ­dym cen­ty­me­trze pokrytą pożą­da­niem, któ­rego nie jestem w sta­nie zaspo­koić.

- Lil - mówię cicho i prze­ry­wam poca­łu­nek, żeby szep­nąć jej do ucha: - Ciii.

- Jesz­cze tylko raz... - prosi. Jedna z jej rąk wędruje w dół, jakby zamie­rzała się doty­kać, jeśli jej nie pomogę.

Chwy­tam ją za nad­gar­stek, przy­cią­gam jej rękę do swo­jego ramie­nia i unie­ru­cha­miam. - Spójrz na mnie, uko­chana.

Prze­chyla głowę, ale nie może ode­rwać wzroku od moich ust.

- Wyżej - nale­gam. Rozu­miem, że moje ciało dla Lily jest tym, czym dla mnie butelka bur­bona w łóżku.

Jej zie­lone tęczówki wresz­cie napo­ty­kają spoj­rze­nie moich bursz­ty­no­wych, ale jej usta są roz­chy­lone z pra­gnie­nia. Pod­świa­do­mie się koły­sze, gdy muska pal­cem moją szczękę.

Sta­now­czo kładę rękę na jej bio­drze i zamy­kam oczy, żeby nie stward­nieć do końca. Gdy je otwie­ram, patrzy na mnie. "Dobra robota, Lily". Przy­su­wam się do niej bli­żej i kładę ramię za jej głową, żeby uło­żyła ją na mojej piersi.

- Jesz­cze raz - powta­rza z sze­roko otwar­tymi oczami. - Przy­rze­kam, że już ostatni. Daję słowo.

Nie­na­wi­dzę jej odma­wiać, szcze­gól­nie teraz, gdy w jej ciele sza­leją hor­mony. - Mój ptak należy do cie­bie, ale nie możemy się pie­przyć całą noc, Lil. - Rów­nie dobrze mógł­bym być jej oso­bi­stą zabawką sek­su­alną. Nawet nie miał­bym nic prze­ciwko temu, gdyby nie była uza­leż­niona od seksu.

Rumieni się, a jej oddech spo­wal­nia. Widzę, jak jej wzrok wędruje w kie­runku mojego pod­brzu­sza, bo reszta jest w niej na­dal zanu­rzona.

Zaczyna: - Mogła­bym ci zro­bić loda...

- Nie. Posłu­chaj, Lil - mówię sta­now­czo. - Póź­niej. Idziemy spać. - Patrzę na zega­rek. - Jest trze­cia nad ranem. Rano znowu będziemy upra­wiać seks. Ale musisz pocze­kać. - Nawet nie pró­buję sobie wyobra­żać, że wytrwa bez orga­zmu dwa­dzie­ścia cztery godziny.

- Dobrze - mru­czy pod nosem. Zaczy­nam się z niej wyco­fy­wać. Ale mocno wbija palce w moje ramię. - Cze­kaj­cze­kaj­cze­kaj.

Waham się, ale znowu się w nią wsu­wam.

Patrzy na mnie swo­imi wiel­kimi zie­lo­nymi oczami i mówi: - Po pro­stu... chcę, żebyś był wewnątrz mnie.

Po jej sło­wach robi mi się gorąco. Bar­dzo bym chciał w niej zostać, ale... - Nie możesz się ruszać.

- Nie będę! - obie­cuje z zapa­łem. - Będę naprawdę spo­kojna, przy­rze­kam.

Wszyst­kie obiet­nice, które bez­tro­sko składa w cza­sie seksu, są może uro­cze, ale kom­plet­nie nie­wia­ry­godne. Prze­bie­gam wzro­kiem po jej ciele. Skóra pokryta kro­pel­kami potu, kości­ste bio­dra, szczu­płe koń­czyny. Jest bar­dzo kobieca, a przy tym zdrowa i deli­katna.

- Pozwól mi spró­bo­wać - błaga.

To prze­są­dza sprawę. Nie odbiorę jej prawa do osią­gnię­cia suk­cesu, choć podej­rze­wam, że skoń­czy się klę­ską. - Spró­buj, uko­chana. - W ramach testu całuję ją. Powstrzy­muje się od pogłę­bie­nia poca­łunku, ale czuję jej pul­so­wa­nie wokół mojego kutasa. To nie­mal dopro­wa­dza mnie do peł­nej erek­cji.

Wypusz­czam powie­trze i naka­zuję swo­jemu ciału, żeby współ­pra­co­wało z mózgiem. Dla jej dobra. Nie mogę cał­kiem stward­nieć, bo wtedy ona zacznie pchać, co dopro­wa­dzi mnie na skraj wytrzy­ma­ło­ści.

- Zamknij oczy - przy­po­mi­nam jej. - Śpij.

Z policz­kiem wtu­lo­nym w poduszkę zamyka wresz­cie oczy. - Cią­gle cię widzę we śnie - odzywa się z uśmie­chem.

Odwza­jem­niam uśmiech. - Wyobraź sobie jakąś brzyd­szą wer­sję mnie.

- Nie - odpo­wiada, uro­czo wydy­ma­jąc wargi.

Szybko skła­dam poca­łu­nek na jej ustach. Przy­ci­skam rękę tuż nad jej pupą. Znam każdy cen­ty­metr jej ciała. Ta wie­dza czę­sto wywo­łuje u mnie erek­cję szyb­ciej niż naj­lep­sze ssa­nie fiuta przez Lily. Szep­czę jej do ucha: - Wyobraź sobie wojnę mutan­tów, z pokła­dami super­mocy i ogromna liczbą tru­pów. - To naj­mniej sek­sowna rzecz, jaką udało mi się wymy­ślić na szybko.

Roz­luź­nia ramiona i mocno wydy­cha powie­trze.

Czuję, że wyczer­pa­nie bie­rze górę nad moim cia­łem. Z tro­ski o Lily zwal­czam te objawy. Chcę się upew­nić, że ona zaśnie przede mną.

Upływa zale­d­wie kilka minut i czuję, jak się na mnie zaci­ska. "Cho­lera jasna". Pod wpły­wem naci­sku zaczy­nam znowu tward­nieć. Z jej ust wyrywa się zmy­słowy okrzyk. W ostat­niej chwili powstrzy­muję się od szczy­to­wa­nia.

- Lil - mówię z naganą w gło­sie, gdy otwiera oczy. - Co się stało?

Chwyta mnie kur­czowo za ramię. - Wyobra­zi­łam sobie... - Jej policzki oble­wają się czer­wie­nią. - ... Hel­liona pie­przą­cego się z X-23. Tonie­mo­ja­wina! - Jej słowa się zle­wają. - Brali udział w tej woj­nie mutan­tów, którą kaza­łeś mi sobie wyobra­zić.

- Koniec z mutan­tami, uko­chana.

- Nie­nie­nie - odpo­wiada prędko. - Pora­dzę sobie z nimi. A twój... - Jej spoj­rze­nie bie­gnie do naszych złą­czo­nych ciał. Drżą jej nogi i ręce, gdy pró­buje powstrzy­mać ruch. Niczego bar­dziej nie pra­gnę, niż wwier­cać się w nią tak długo, aż wypeł­nię ją spermą.

Tyle że prze­kro­czymy wtedy gra­nicę.

- Zaczniesz się poru­szać, prawda? - szep­cze. - Pro­szę, Lo. Jesteś twardy, czuję to... - Pcha do przodu mied­nicę i moc­niej się na mnie nadziewa.

"Jezu Chry­ste". Moje nerwy budzą się do życia. - Powoli... powoli - szep­czę. Opie­ram czoło o jej czoło i głę­boko oddy­cham. - Co sobie wyobra­zi­łaś? - Prze­su­wam rękę od jej brzu­cha do piersi i pocie­ram kciu­kiem sutek.

- Hm?

- Jak sobie wyobra­zi­łaś Hel­liona i Laurę? - pytam, poru­sza­jąc temat mojej ulu­bio­nej pary z X-Mena.

- Jego twar­dość... pomię­dzy moimi nogami... mam na myśli... jej nogami - mówi cicho. - Pro­szę...

Opusz­czam głowę i draż­nię jej sutek języ­kiem. Jest bli­ska speł­nie­nia. Prze­wraca oczami i otwiera usta. Chwy­tam ją za tyłek i przy­cią­gam moc­niej do sie­bie. Czuję jej skur­cze na swoim ptaku. "Boże".

"Cho­lera".

Mimo że jestem gotowy eks­plo­do­wać, z jakie­goś powodu nie szczy­tuję razem z nią. Siła przy­zwy­cza­je­nia. Powstrzy­muję się.

- Jesz­cze raz - mam­ro­cze.

Nie­na­sy­cona.

Bez względu na to, ile razy się pie­przymy, zawsze powta­rza: "Jesz­cze raz".

- Póź­niej - odpo­wia­dam.

- Jesteś twardy - zauważa. Patrzy na moje usta po raz tysięczny.

- Zigno­ruj mojego ptaka, Lily Cal­lo­way.

Gapi się na mnie. - Ni­gdy.

Nie powi­nie­nem się śmiać, ale i tak to robię. - Wiesz co, Lil?

- Co? - Jej oczy błysz­czą.

- Będę cię pie­przył bar­dzo powoli, a potem w tobie zostanę. Ale jeśli póź­niej jesz­cze raz będziesz miała orgazm, to się wyco­fam. - Nie jestem w sta­nie się oprzeć, gdy ciało Lily kur­czy się, pul­suje i zaci­ska wokół mojego ptaka. Inten­syw­ność wra­żeń i napię­cie stają się nie do znie­sie­nia.

Ściąga brwi. - To nie­ład­nie.

Pochy­lam się nad nią nisko. Nasze usta dzieli zale­d­wie oddech. - Widocz­nie jesteś ostat­nią osobą, która jesz­cze tego nie wie... Jestem bar­dzo... bar­dzo... nie­do­bry. - Całuję ją z taką mocą, że unosi głowę z poduszki. Gdy odry­wam się od niej, wdy­cham zapach jej ciała.

Potem znowu wbi­jam się w nią. Jest tak cia­sna, że z tru­dem mogę się wysu­nąć i ponow­nie wejść. Leżę na niej, sma­kuję ją języ­kiem, a moje usta zaczy­nają piec i nabrzmie­wać. Łóżko koły­sze się pod wpły­wem naszych ruchów; drew­niany słup mia­rowo ude­rza w ścianę.

Jest drobna jak dziew­czynka. Mam świa­do­mość, że nosi nasze dziecko. I to jesz­cze bar­dziej mnie pod­nieca.

Po dwóch kolej­nych pchnię­ciach Lily znowu jęczy w poduszkę.

Opie­ram się na łok­ciu. Moje gar­dło drażni nie­wy­do­byty głos. Leżę nie­ru­chomo w jej cie­ple, a mój mózg zalewa wyczer­pa­nie. Oboje jeste­śmy zlani potem i mamy potar­gane włosy. Jak po prze­bie­gnię­ciu mara­tonu.

Znowu leżymy na boku. Przy­glą­dam się jej twa­rzy.

Nawet jeśli nie mówi tego gło­śno, to mówią to jej oczy. "Jesz­cze raz".

Nie.

Na tym koniec. Całuję ją lekko w usta. - Koniec.

Pota­kuje. Rozu­mie, ale jej koń­czyny drżą w ocze­ki­wa­niu na kolejną rundę. - Teraz już zasnę. Obie­cuję.

Muskam ustami jej skroń i gła­dzę wil­gotne włosy.

To będzie długa noc.