Rozdział 1
1
Loren Hale
Biegnę przez czarną jak smoła noc, gnany wściekłością. W bose stopy
wbija mi się żwir, którym wysypana jest podmiejska droga. Zimne lutowe
powietrze szczypie moją skórę. Nie miałem czasu założyć butów, koszuli
ani płaszcza.
- Skurwysyny! - warczy przez zaciśnięte zęby Ryke. Daje z siebie całą
moc, wytrzymałość, wszystko, dzięki czemu był uniwersytecką gwiazdą
bieżni. Naszym celem są odziane na ciemno postaci biegnące ulicą. Nigdy
nie sądziłem, że będę w stanie dorównać bratu prędkością. Odkąd
przestałem się nad sobą użalać i wyzbyłem się nienawiści, dostałem
skrzydeł, które niosą mnie dalej, niż kiedykolwiek marzyłem.
A zatem biegnę.
Poruszamy się w pełnej synchronizacji, nogi równo uderzają o podłoże. W naszych żyłach kipi gorąca od furii krew. Byliśmy przekonani, że te
cholerne gnoje zastrzelili przez okno jedną z dziewcząt.
Jeszcze przed minutą byliśmy z Rykiem na piętrze, gdy nagle usłyszeliśmy
kilka głośnych strzałów, a tuż po nich histeryczne wrzaski Lily i Daisy.
Zbiegliśmy na parter. Daisy była śmiertelnie blada. Lily trzymała za
rękę swoją młodszą siostrę. Spojrzałem na wyraźnie wypukły brzuch Lily,
będącej w osiemnastym tygodniu ciąży.
Pobiegłem instynktownie. Tyle że tym razem to nie ja uciekałem.
Ryke bez wahania i zbędnych pytań wybiegł ze mną. Wystarczyło jedno
spojrzenie na przerażoną twarzy Daisy i już go poniosło. Nasze sławne
nazwiska i niesławne charaktery nie powinny odbijać się na
bezpieczeństwie dziewczyn, do cholery.
Cała nasza szóstka - Ryke, Daisy, Connor, Rose, Lily i ja - mieszka
teraz na bogatym, strzeżonym osiedlu w Filadelfii. Tyle że otoczone
płotem jest całe osiedle, a nie nasz dom z ośmioma sypialniami. Łobuzy z sąsiedztwa w ciągu ostatnich dwóch tygodni obrzucili nam jajami drzwi,
rozwinęli rolki papieru toaletowego na podwórku i zryli widłami trawę.
Dzisiaj po raz pierwszy usłyszeliśmy ich uciekających ulicą i puściliśmy
się za nimi w pogoń.
Doganiamy ich, dobiegają do nas przytłumione przekleństwa, widzimy
panikę i pośpieszne kroki. Połowa z nich zmierza do ceglanej rezydencji
o masywnych, jasno oświetlonych drzwiach. Trzej inni nadal biegną przed
nami.
Nagle obracają się i mierzą do nas z markerów do gry w paintballa. Seria
strzałów przecina powietrze. Po chwili dwa mnie trafiają - w łopatkę i w żebra - jak dwusekundowe ciosy.
"Jezu". Chciałbym wrzeszczeć na nich, aż ochrypnę, i potrząsać nimi tak
długo, aż się opamiętają. Muszą zrozumieć, że to nie jest gra planszowa,
w którą grają, gdy się nudzą w swoich pokojach.
Jesteśmy ludźmi. Rzeczywistymi. Żywymi, oddychającymi istotami, które
mają granice wytrzymałości. Chciałbym to wszystko wykrzyczeć, ale nie
mogę z siebie wydusić ani jednego cholernego słowa. Zabrakło mi tchu.
Przestają strzelać, gdy widzą, że jesteśmy blisko. - Szybko, szybko,
szybko! - wołają jeden do drugiego. Chłopak w kapturze obraca się przez
ramię i potyka o swoją stopę. Chwytam go za czarną bluzę od tyłu, zanim
walnie twarzą w asfalt. Mój puls szaleje po skoku adrenaliny.
Ryke zwalnia i zatrzymuje się obok mnie.
- Puść mnie, do cholery! - krzyczy chłopak, szarpiąc się. Serce mi wali
jak młotem, marszczę brwi na widok jego mizernej sylwetki. "Jest bardzo
młody".
Nie mijają dwie sekundy i jego przyjaciele znikają w ciemnościach,
zostawiając go na pastwę losu. Dostrzega ucieczkę kumpli i na nich
kieruje teraz swoją złość. - HEJ! MIĘCZAKI! ZOSTAWIACIE MNIE TUTAJ?!
Wyrywam mu z rąk marker do paintballa i rzucam do Ryke'a. Chłopak
wykorzystuje moment i robi zamach, kierując pięść prosto w moją twarz. Z łatwością robię unik, ale kręci się tak gwałtownie, że mam trudności z przytrzymaniem go.
- Weź się w garść! - warczy na niego Ryke.
Chłopak próbuje łokciem walnąć mnie w żebra. Łapię go za ramię i dodaję
pogardliwie: - To ty robisz nam te numery.
- A ty jesteś tą cipą, która wezwała gliny jak mała suka - odpyskowuje
chłopak. Wtedy opada mu kaptur. Dostrzegam jego jadowite spojrzenie,
potargane brązowe włosy i młodą twarz. Ma co najwyżej siedemnaście lat.
Emocje mi opadają. Zwracam się do Ryke'a. - Widzisz tu jakieś gliny? -
pytam go z ironią.
- Nie - rzuca Ryke szorstko.
Odwracam się do chłopaka. - Kapujesz, jesteśmy tylko my i ty...
- Świetnie. - Przerywa mi z chichotem. - Zróbmy sobie przyjęcie przy
herbatce z okazji Nowego Roku. Potem, gdy sobie pójdę, możecie obaj
pieprzyć tę samą dziewczynę i znowu ją zapłodnić.
Przechodzą mnie dreszcze. Moje serce wali o żebra, jakby chciało
wyskoczyć. W głowie gromadzi się milion różnych obelg, a najgorsze z nich mam na końcu języka.
Wtem z zaciśniętymi pięściami do przodu wysuwa się Ryke. - Ty
skurwysynu...
- Przestań - nakazuję mu i przezornie wciskam się pomiędzy niego a nastolatka. Nie ma mowy, żeby go uderzył. Nawet gdyby chłopak wypluł z siebie tysiące plotek powtarzanych w tabloidach. Wie o nas więcej, niż
my kiedykolwiek będziemy wiedzieć o nim. Jest znudzonym nastolatkiem,
który zmaga się z własnymi, nieznanymi nam problemami.
Rozumiem go.
Sam zachowywałem się podobnie. Częściej lądowałem w areszcie za akty
wandalizmu niż za jazdę po pijanemu.
- No co? - Chłopak udaje zmieszanie, żeby sprowokować Ryke'a. - Boli cię
tyłek, bo miałeś za mało czasu z tą dziwką...
- Widzę, że naprawdę chcesz prowadzić ze mną gierki - wtrącam głosem tak
ostrym, że odczuwam fizyczny ból. - Mogę sprawić, że będziesz płakał, aż
krew ci popłynie z kącików oczu, dlatego ustalmy parę rzeczy. Zaczepiłeś
nas pierwszy, a my chcemy jedynie, żebyś przestał. Nie jesteśmy twoimi
kumplami ze szkoły. - Staram się unikać protekcjonalnego tonu. Mogłem z łatwością powiedzieć: "Nie jesteśmy twoimi małymi kumplami ze szkoły,
dzieciaku". Ale gdyby ktoś do mnie w wieku szesnastu, siedemnastu lub
osiemnastu lat tak powiedział, to splunąłbym mu w twarz i kazał spadać.
Chłopak oddycha ciężko. Z jego twarzy bije nienawiść. Widać, że ma
wielką ochotę zniknąć stąd jak najprędzej. Wpatruję się w niego
uporczywie, żeby nie myślał, że pójdzie mu łatwo. Wreszcie się odzywa: -
Tylko się wygłupialiśmy.
Ryke robi parę kroków do przodu i macha mu przed nosem markerem do
paintballa. - To nie służy do wygłupów!
Chłopak odwraca się do mnie naburmuszony: - Twój brat to debil? To
przecież tylko marker.
Ryke rzuca marker na drugą stronę drogi. Słychać trzask pękającej
obudowy.
- Ej! - krzyczy chłopak.
- Moja dziewczyna cierpi na zespół stresu pourazowego, ty pieprzony
idioto! - warczy Ryke. - Jeśli przystawiasz do okna coś, co przypomina
broń, to straszysz niektórych ludzi.
Czuję ucisk w okolicach żeber. Daisy przeszła więcej niż Lily i ja razem
wzięci. Te dramatyczne wydarzenia przesądziły o tym, że łatwiej mi
zaakceptować ich szczęście. Nigdy nie sądziłem, że będę się modlił do
wszystkich bogów o trwałość ich związku. Moja potrzeba nawet nie wynika
z egoizmu. Widzę, że chłopak nie czuje już żalu. Zastąpił go gniew. - A która dziewczyna? - wyśmiewa się z Ryke'a. - Ta, którą zgwałciłeś, gdy
miała piętnaście lat, czy narzeczona twojego brata?
- Nie wierzę! - krzyczy Ryke z wściekłością. Do bani z tym. Ludzie będą
znali fakty z naszego życia, zanim poznamy ich imiona. Nie mogę go za to
obwiniać. Tak po prostu jest.
Widzę, że nastolatek gniewnie myśli: "Puśćcie mnie, puśćcie mnie, do
cholery".
Jeszcze nie teraz.
Ujmuję go za podbródek i zmuszam do kontaktu wzrokowego. - Dobra, możesz
sobie wierzyć w te parszywe kłamstwa, a nawet je powtarzać, cokolwiek.
Ale jeśli zobaczę cię w pobliżu naszego domu, jak straszysz dziewczyny,
to zrobię coś znacznie gorszego niż wezwanie glin. - Po tej groźbie
puszczam go, pozwalam, żeby resztę podpowiedziała mu wyobraźnia. -
Spotykałem już większych gnojów od ciebie. Nie myśl sobie, że jesteś
jakiś wyjątkowy.
Oddycha ciężko i piorunuje mnie wzrokiem, ale pod tym względem nigdy mi
nie dorówna. Potem odwraca się do nas plecami i puszcza sprintem. Po
drodze się potyka, ale po chwili nabiera prędkości.
Krzyczy jeszcze: - Pieprzcie się, cipy! - i pokazuje nam środkowy palec.
Ryke wzdycha ze zdenerwowania. - Cholera, nienawidzę tych chłopaków!
- Są po prostu znudzeni. Od kiedy w sąsiedztwie rozeszła się wieść, że
wprowadzili się "sławni ludzie", te nastolatki nie dają nam spokoju. Nie
możemy wezwać glin. Mam nadzieję, że to rozumiesz. - Przede wszystkim
ten chłopak w bluzie z kapturem przypomina mi mnie samego w tym wieku.
Za każdym razem, gdy lądowałem w areszcie, wychodziłem z niego nawet
bardziej wkurzony. Poza tym dalibyśmy im powód do szukania odwetu.
Wróciliby z większą porcją jaj, paintballa i być może z czymś dużo
bardziej niebezpiecznym.
Jestem teraz wystarczająco mądry, żeby dostrzec, jak bezsensowne są
takie spory i szukanie zemsty.
Nauczył mnie tego Connor Cobalt.
Zbiera mi się na śmiech.
Ryke znowu marudzi i przerywa bieg moich myśli. - Chciałbym, żeby
istniał jakiś prosty sposób na rozwiązanie tego problemu.
- Tak - potakuję. - Ja też. - Wracamy do domu ciemną ulicą. Poruszam
ramionami, żeby pozbyć się skumulowanego w nich napięcia. - Może
dziewczyny nie powinny jutro jechać na spotkanie. - Po przypomnieniu
sobie wieczornego telefonu od ojca znowu robię się spięty. Masuję szyję
z tyłu, bo dręczy mnie dobrze mi znane wzburzenie. Po wydarzeniach tej
nocy wolałbym odwołać spotkanie. - Nie chciałbym kolejnej porcji gówna
teraz, kiedy musimy sobie radzić z tymi kłopotami.
- I tak nie chcę, żeby Daisy tam jechała. - Ryke rozciąga ramiona na
boki. Widzę plamy niebieskiej farby na jego łopatkach i klatce
piersiowej, wokół których tworzą się czerwone obrzęki. - Dlaczego w ogóle chce wciągać dziewczyny w swoje sprawy? Może wystarczyłoby,
gdybyśmy pojechali tam we dwóch? - Wskazuje na swoje szczupłe ciało i na
mnie.
- Nie wiemy, o co chodzi - mówię. - Powiedział tylko, że chciałby
porozmawiać z naszą czwórką. - Oblizuję wargi, a z moich ust unosi się
biała para. Próbuję powstrzymać dreszcze, które opanowują mnie z powodu
chłodu i na myśl o tym, że ojciec nie zaprosił Connora i Rose. Widocznie
jego plany dotyczą tylko Ryke'a, Daisy, Lily i mnie. Liczę na to, że
spotkanie nie będzie dotyczyć plotek z "Celebrity Crush". Napisali, że
ojcem dziecka Lily może być Ryke. Na samą myśl o tym ogarnia mnie złość.
Próbuję wziąć głęboki wdech, ale tylko wykrzywiam twarz z irytacją.
- Tam, gdzie w grę wchodzi Jonathan, wszystko jest możliwe - ripostuje
Ryke.
- Tak. Uwierz mi na słowo, znam te jego "improwizowane spotkania".
Trzeba się przygotować na wszystko. - Pamiętam, gdy wymusił na mnie
oświadczenie się Lily w swoim biurze.
Nie dopuszczam nawet myśli, że to, które nas czeka, może być gorsze.
Przypuszczam, że z tego powodu nie jestem taki zdenerwowany jak Ryke.
Mój brat odnowił znajomość z ojcem i teraz zbiera żniwo. Za każdym
razem, gdy widzę się z ojcem, czuję się tak, jakbym wkraczał do klatki
lwa. Zawsze się modlę, żeby wyjść z niej bez szwanku. Modlę się, żebym
okazał się wystarczająco silny i zniósł kolejne ciosy. Po raz pierwszy
odnoszę wrażenie, że ktoś tam u góry, jakiś duch lub szaleniec,
wysłuchał próśb takiego nieudacznika jak ja.
Zwalniam kroku, gdy widzę naprzeciwko światła nadjeżdżającego samochodu.
Oślepiony, zasłaniam oczy ręką. Ryke chwyta mnie za ramię i ciągnie w kierunku krawężnika, żeby uchronić mnie przed potrąceniem. Nie jestem
zaskoczony, widząc hamującego koło nas escalade'a. Przyciemniona szyba
opada i ujawnia twarz kierowcy.
Dwudziestosześcioletni Connor Cobalt, z jedną ręką na kierownicy, ma na
sobie elegancką białą koszulę. Jego faliste brązowe włosy są
perfekcyjnie wymodelowane, jakby właśnie wrócił ze spotkania
biznesowego.
Tyle że nie był na żadnym spotkaniu. Siedział z Rose w gabinecie na
drugim piętrze, przeglądając jakiś słownik lub wykonując inną czynność,
którą zajmują się w wolnych chwilach.
Nie potrafi ukryć rozbawienia na nasz widok - nieubranych zimową porą.
Jego ciemnoniebieskie oczy napotykają spojrzenie moich bursztynowych.
- Znowu nagabujesz mężczyzn? - przekomarza się z uniesioną brwią. - Ile
bierzesz za zrobienie loda, kochanie?
- Tyle, ile jesteś wart - odpowiadam i otwieram drzwi od strony
pasażera.
- A ty, Ryke? - pyta Connor mojego brata, który wsuwa się na tylne
siedzenie.
- Nie jestem na sprzedaż, do cholery - odpowiada ostro Ryke i zatrzaskuje drzwi.
Spoglądam na Connora znacząco. - To była długa noc. Co robiłeś?
Czytałeś?
- Tak się składa, że szczytowałem - odpowiada Connor, wrzuca bieg i zawraca do domu.
- Super, cholera - narzeka Ryke. - Myśmy mrozili sobie tyłki w pogoni za
tymi idiotami, a ty w tym czasie się spełniałeś.
Connor nawet nie próbuje ukrywać uśmiechu. - Zwyciężyłem na wszystkich
frontach. Nie powinniście być tak zaskoczeni, znacie mnie. - Owszem,
znamy jego arogancję. Poprawia mi się humor. Kieruję na siebie dysze z ciepłym powietrzem.
Connor zerka na pomarańczowe i niebieskie plamy farby na moim ciele.
Podobnie jak u Ryke'a, wokół nich pojawiły się czerwone obrzęki. Uśmiech
znika z jego twarzy. - Nie rozumiem, dlaczego ich goniliście, skoro
mieli markery.
- To się nazywa zastraszanie - odpowiadam.
- Chyba głupota.
- Tak? Mieliśmy inne wyjście? Wezwanie policji? Tego nie zrobimy,
Connorze - przypominam mu.
- Tego nie powiedziałem. Media podchwyciłyby temat i znowu bylibyśmy w centrum zainteresowania. - Przerywa, a po chwili kontynuuje: - Zdajecie
sobie sprawę z tego, że przypadkiem mogli trafić któregoś z was w oko?
- Ciągle byłoby warto, cholera - odpowiada Ryke i krzyżuje ręce na
piersi.
- Gdybyś widział reakcję dziewczyn, to sam byś nas do tego zachęcał
pomimo markerów - dodaję.
Connor skupia wzrok na drodze. - Widziałem dziewczyny.
Marszczę brwi. Niczego nie mogę wyczytać z jego twarzy, co mnie martwi.
- Wszystko w porządku z Lily? - Zaciskam zęby ze strachu, że usłyszę
odpowiedź negatywną. Usztywniam się i napinam mięśnie. - Connorze...
- Nic jej nie jest. - Nagle blokuje drzwi, rzuca okiem na lusterko
wsteczne i na mojego brata, który coraz bardziej się denerwuje. Jeśli z Lily wszystko w porządku, to znaczy... - Proszę, nie wyskakuj z samochodu
- mówi do niego Connor. - Nigdy nikogo nie skrzywdziłem w czasie jazdy i chciałbym zachować czyste konto.
Ryke'a ogarnia gniew. - Co się stało Daisy?!
- Dostała małego ataku paniki.
Jezu. Wyczuwam zdenerwowanie Ryke'a i krzywię się z bólu, jakby ktoś
dźgał mnie nożem. Odwracam się do niego. Szczypie się w nos, ma
zamknięte oczy. Wiem, że próbuje powstrzymać się od krzyku i walenia
pięścią w siedzenie.
- Przynajmniej nie jest w ciąży - rzucam na pokrzepienie.
Ryke opuszcza dłoń, marszczy brwi i spogląda na mnie. - Nienawidzę, gdy
ludzie ją dręczą.
"Wiem o tym". - Jeśli się przeprowadzimy, czeka nas dokładnie to samo,
tylko w innej scenerii. - Ściągamy na siebie uwagę bez względu na to,
gdzie jesteśmy, odkąd upubliczniono informację o uzależnieniu seksualnym
Lily. I to się nie zmieni.
Jakie są fakty? Lily jest w ciąży. Rose jest w ciąży. Daisy jest bliska
szaleństwa. Media są, jak zawsze, uszczypliwe - rozsiewają plotki,
próbują robić zdjęcia Lily i Rose, napastują Daisy odnośnie jej związku
z Rykiem i jego związku z moją dziewczyną.
W naszej grupie nie jestem najmądrzejszy ani najsilniejszy. Ale wiem, do
cholery, że każdy ma granice wytrzymałości. Czasami się zastanawiam, czy
nie doszliśmy właśnie do punktu, w którym te granice zostaną poddane
próbie. W końcu Ryke i Daisy są w związku, ja zostanę ojcem, a Connor
będzie miał dziecko z Rose. Wszyscy jesteśmy napięci jak struny, które
mogą pęknąć w każdej chwili.
Najmniejszy błąd może mieć fatalne skutki. Nie chodzi tutaj o moje
cierpienie. Ale o Lil, o nasze dziecko. Nie ma miejsca na żaden błąd.
Chciałbym być aroganckim optymistą, ale naprawdę jestem przerażony naszą
sytuacją.
Rozdział 2
2
Lily Calloway
Klęczę na zimnych płytkach w zabałaganionej łazience Ryke'a i Daisy i masuję jej plecy, gdy ona wymiotuje do ubikacji. - Powinniśmy udekorować
papierem toaletowym ich trawnik od frontu - mówię i potakuję sama sobie.
Zasługują na to po wszystkich głupich akcjach, które nam zafundowali w ostatnim tygodniu, a szczególnie teraz, gdy wyskoczyli z krzaków z markerami do paintballa i nas porządnie wystraszyli.
- Lub wyrwać im jaja, powoli - mówi spokojnym i jednocześnie strasznym
głosem Rose. Chodzi po łazience z papierowym japońskim wachlarzem w dłoni i nakierowuje zimne powietrze raz na siebie, raz na Daisy. Co
jakiś czas się zatrzymuje, zbiera z podłogi porozrzucane ręczniki i je
składa lub prostuje zieloną matę. Uporządkowała już butelki z szamponami
i odłożyła na miejsce tampony Daisy oraz szczotkę do włosów.
Zabrzmi to dziwnie, wiem, ale w tej chwili jestem chyba najbardziej
opanowana z całej naszej trójki. Nie myślę jeszcze o seksie. Uśmiecham
się do siebie i odnotowuję to oraz kilka innych osiągnięć w głowie.
- Nie dotknę ich... sprzętu - oznajmiam Rose i natychmiast się rumienię.
- Jaj - nazywa rzecz po imieniu Rose i obrzuca mnie wyjątkowo gniewnym
spojrzeniem. To intensywne spojrzenie jej żółtozielonych oczu przypisuję
zwiększonej aktywności hormonów. - Lub jąder, jeśli wolisz.
Kręcę głową raz za razem, a moja twarz oblewa się żarem. Całą noc
męczyły mnie mdłości - przypadłość kobiet w ciąży. Czerwona wysypka
wywołuje jeszcze silniejsze zawroty głowy. - Nie wolę. Nie mam z nimi
problemu. Lubię jaja. - Krzywię się, bo to, co powiedziałam, zabrzmiało
wyjątkowo źle. - Chodzi mi o to, że je lubię. - Natychmiast widzę oczami
wyobraźni twardego, nabrzmiałego penisa Lo i gorąco ogarnia całe moje
ciało. "Nie, nie, nie". Mocniej ściągam uda.
W badawczym spojrzeniu Rose dostrzegam przebłyski siostrzanej troski.
Jestem jak żółw - poruszam się powoli, ale do przodu. Nie osiągnęłam
jeszcze stanu, w którym o seksie mogę rozmawiać zupełnie obojętnie. Nie
jestem pewna, czy to w ogóle jest możliwe. Być może na wzmiankę o nim
zawsze będę się czuła tak, jakby ktoś machał mi przed nosem wibratorem.
Do takiego zdarzenia doszło dwa tygodnie temu przed restauracją Lucky's
Diner. Nic zabawnego. Łudziłam się, że ciąża zapewni mi chwilę
wytchnienia od takich ataków. "Nie rzucajcie we mnie i w moje
nienarodzone dziecko zabawkami erotycznymi". Nic z tych rzeczy.
- Czy ci się to podoba, czy nie, stracą swoje jaja - mówi Rose. Jest
bardzo wkurzona na chłopaków, którzy prześladują nas swoimi psotami. Ja
również, ale w mojej głowie nie powstają mapy kampanii wojennych i bitew, które z nimi stoczymy.
Daisy wreszcie przestaje wymiotować i odsuwa się od klozetu. Spuszczam
wodę i przykładam do jej czoła zimną, wilgotną szmatkę. Siostra głęboko
oddycha.
Na moment zapada cisza. Słychać tylko szum wachlarza, którym Rose
nakierowuje powietrze w stronę Daisy. Przypominam sobie bolesne chwile
dzisiejszego wieczora i bardziej martwi mnie jej reakcja na markery niż
los chłopaków, którzy ich użyli.
Malowała mi paznokcie u stóp lakierem Lucky Lucky w kolorze lawendowym,
a ja czytałam na głos opowieści o ciążach z magazynu dla przyszłych mam.
Byłam zwrócona plecami do okna, gdy nagle ona podniosła wzrok i w jej
wielkich jak spodki oczach dostrzegłam śmiertelne przerażenie.
Wtedy rozległy się strzały. Na parapecie pojawiły się niebieskie i pomarańczowe plamy, jakby ptaki obsrały go na jaskrawe kolory. Obie
skoczyłyśmy na równe nogi, a lakier rozlał się na dywanie.
Kiedy przybiegli Ryke i Lo, Daisy coś wymamrotała i zataczając się,
poszła po schodach na górę. Przypominała ducha, który rozpaczliwie chce
nabrać powietrza. Pomogłam jej wejść do łazienki na pierwszym piętrze i się uspokoić. Odzyskała normalny oddech.
To wszystko trwało około dwudziestu minut. Dopiero teraz, po
zwymiotowaniu, siostra wydaje się dochodzić do siebie. Jej biała
koszulka z napisem "Kapow baby"1 jest zupełnie przepocona. Daisy
nie nosi stanika, co doskonale rozumiem. Ja również nie noszę.
Najwygodniej jest bez niego. Zresztą obie mamy mikroskopijne biusty.
- Jesteś w stanie coś powiedzieć? - pytam ją i odgarniam pasmo jasnych
włosów z jej twarzy. Po powrocie z Rykiem z Kostaryki przefarbowała
wielokolorowe pasemka na blond, a potem końcówki na miętowo. Jak na mój
gust jest zbyt wystrzałowa, a przecież jest moją młodszą siostrą. Chyba
nie zdaje sobie sprawy z wrażenia, jakie robi na niektórych ludziach.
Gdy się uśmiecha, odpowiadają jej uśmiechem.
Dlatego jej smutek jest taki przygnębiający. Jakby się oglądało
płaczącego "troskliwego misia".
- Przesadziłam - mówi grobowym głosem, ze łzami w oczach.
Czuję ucisk w żołądku. - Byłam przy tym, Daisy. To było straszne. -
Przyciągam ją do siebie i otaczam ramieniem w talii, żeby wreszcie
puściła sedes. Opiera mi na ramieniu głowę w czapeczce baseballowej
Ryke'a, w niebiesko-czerwonych barwach Penn, z daszkiem do tyłu.
- Przykro mi - mamrocze i ociera szybko oczy. - Jestem rozczarowana...
sobą. - Jej głos drży z nadmiaru emocji.
Rzucam Rose znaczące spojrzenie, żeby się nie wtrącała. Pocieszanie
innych nie jest jej mocną stroną. Jest tego świadoma. Mówi do mnie
niemal bezgłośnie: "Dobrze" i trzyma się z daleka.
- Ja prawie się zsikałam - mówię do Daisy.
Śmieję się cicho. Spogląda na mnie.
- Serio. Na pewno trochę popuściłam.
- To dlatego, że jesteś w ciąży - odpowiada ze słabym uśmiechem. - Twój
pęcherz kiepsko trzyma.
- Nie, to ze strachu. Nie jestem jeszcze aż tak ciężarna. - Po
osiemnastu tygodniach ledwo widać wypukłość na moim brzuchu. Przytyłam
co najwyżej dwa kilogramy. Mój lekarz życzy sobie, żebym więcej jadła,
bo mam niedowagę. Uważam, że słowo "szczupła" brzmi lepiej.
Dwudziestotygodniowa ciąża Rose wygląda na znacznie bardziej
zaawansowaną. Pod czarną suknią z kolekcji Calloway Couture siostra
ukrywa okrągły brzuszek. Ostatnio, głównie z myślą o sobie, projektuje
więcej odzieży dla przyszłych matek. W zeszłym tygodniu Lo nazwał ją
próżną, a ona trzepnęła go szkicownikiem.
Podoba mi się to, że dba o swoją wygodę. To szczególnie ważne teraz, gdy
przechodzimy tyle zmian.
Daisy ociera rękawem ostatnie łzy. Jej drugie przedramię jest
unieruchomione w jasnożółtym gipsie. Nikt nie był zaskoczony, że wróciła
z Kostaryki z otwartym złamaniem i przemieszczonym obojczykiem. Gdy
czuje powiew wolności, nikt nie jest w stanie powstrzymać jej przed
szaleństwem.
Odrywam szmatkę od jej czoła.
- Dziękuję, Lily - szepcze.
Rośnie mi serce. Wiem, że powodem jej cierpienia jest moje uzależnienie
(i wstrętne zainteresowanie ze strony mediów, które się z nim wiąże).
Ale to nie z poczucia winy chcę koić jej rany. Jedynym powodem jest
siostrzana miłość.
- Lily, twoja stopa - odzywa się Rose zdegustowanym głosem.
Spoglądam w dół. Lawendowy Lucky Lucky rozlał się na moich paznokciach.
Na lewej stopie mam lakier tylko na połowie z nich.
Daisy uspokaja: - Pomaluję ci je jeszcze raz.
Rose nadal się wachluje. - Nie będziesz miała czasu. Gdy tylko wpadnie
tu Ryke, przyciągnie cię do siebie. - Przewraca oczami, ale dodaje: - To
jest nawet dość urocze.
Wyobrażam sobie, jak ich przytulanie prowadzi do innych zmysłowych
aktów. Choć próbuję nie skupiać się na tych obrazach zbyt mocno, lekko
się wiercę i zaciskam uda. - Przynajmniej będziesz uprawiać dzisiaj seks
- mówię do Daisy i szturcham ją w biodro. Z mojego punktu widzenia to
dodatkowa korzyść. Ale nie z Rykiem Meadowsem. Z Lo. Oddzielnie.
Przytakuję sobie po cichu i unikam zaczerwienienia na twarzy.
- Mam okres - odpowiada Daisy, ciągle bardzo blada. - Czyli to nie
wchodzi w grę.
Na chwilę zapada cisza. W końcu nie wytrzymuję: - To uprawiaj seks pod
prysznicem. - Sama jestem zaskoczona własną otwartością w poruszaniu
tych tematów. Być może to podświadomy skutek moich licznych dyskusji o seksie z Rykiem. Mogę dzielić się swoimi uwagami bez konieczności
chowania się pod biurkiem.
- Nigdy tego tak nie robiliśmy. To byłoby dziwne - mówi.
Marszczę brwi ze zdumienia. - Nigdy nie robiliście tego pod prysznicem?
- "Chwila". Unoszę ręce. - Ryke twierdzi, że robił to w lesie. Ale nigdy
tam? - Wskazuję na szklane drzwi olbrzymiej kabiny prysznicowej,
wyposażonej w trzy różne dysze i krany, z eleganckimi brukowymi płytkami
na ścianie.
Rose prostuje plecy. Ma czujny wzrok. Wydaje się zafascynowana naszą
rozmową.
- Robiliśmy to tam, ale nie w czasie okresu. - Daisy nie wstydzi się
ujawniać szczegółów ze swojego życia erotycznego z Rykiem. Bardzo mi się
podoba jej podejście. Ułatwia mi dzielenie się z nią informacjami na
temat Lo. - Czy to nie okropne? - pyta.
- Warte spróbowania - odpowiadam. - Choć być może nie jestem tu
autorytetem. Znają mnie z tego, że przedkładam seks nad jedzenie.
Daisy śmieje się łagodnie. Jestem zadowolona, że potrafię mówić o swoim
uzależnieniu z przymrużeniem oka. Czasami nawet się z niego śmieję.
- A może przenocujemy dzisiaj w gościnnym pokoju? - pyta Rose. - Jeszcze
raz pomalujemy paznokcie Lily i prześpimy się w tym gigantycznym łóżku.
- Kopnę cię - mówi nagle Daisy - jeśli będziemy spały w jednym łóżku.
Bardzo się wiercę. Mogłabym was kopnąć w brzuchy czy coś. I obie
poronicie z mojego powodu. - Gwałtownie nabiera powietrza.
- Wyświadczysz mi więc przysługę.
- Rose! - krzyczę na nią.
Dramatycznie przewraca oczami, w których widać cień żalu. Ostatnio nie
patyczkuje się i wali prosto z mostu. - Gorąco tu. - Wachluje się. Na
czole ma kropelki potu.
- Powinnaś usiąść - proponuje Daisy.
- Usiądę, gdy uknujemy odwet i zrobimy plany na dzisiaj. To ważne. -
Lubi udawać, że ciąża na nią nie wpływa, choć to ją dopadły poranne
mdłości, które mnie na szczęście ominęły.
- Głosuję za nocowaniem w pokoju gościnnym i papierem toaletowym. -
Unoszę dłoń akurat wtedy, gdy słychać pośpieszny tupot nóg i otwierają
się drzwi.
Rozdział 3
3
Lily Calloway
Pierwszy do swojej sypialni wpada Ryke, a po nim od razu Lo i Connor.
Górują nad nami wzrostem. W powietrzu wyraźnie czuć napięcie. Chyba
wszyscy dostrzegamy lekko zmieniającą się dynamikę naszych relacji. Na
zewnątrz naszego kółka zawsze krążyli Ryke i Daisy.
W nowym układzie są chłopaki kontra dziewczyny.
Teraz nawzajem się sobie przyglądamy i szacujemy straty. Na ramieniu i żebrach Lo, pokrytych niebieską i pomarańczową farbą, dostrzegam
czerwone obrzęki. Ryke nosi podobne ślady po paintballu. Można spokojnie
przyjąć, że do nich strzelano. Przewraca mi się w żołądku. "Strzelano do
nich". To zdanie... nie. Nie chcę sobie nawet wyobrażać, co się mogło
stać.
- Mam nadzieję, że tamte chłopaki wyglądają milion razy gorzej od was. -
Rose swoją uwagą rozładowuje napięcie w pokoju.
- To nastolatki - odpowiada obojętnie Lo. To oznacza, że pozwolili im
odejść.
- Świetnie, zadzwonimy do ich rodziców.
Nasi faceci milczą. Ryke cały czas przygląda się Daisy. Widzę, że jest
zawstydzona swoją reakcją i dodatkową uwagą, którą się jej teraz
poświęca. Wyraźnie jej to ciąży. Unosi kolana, zasłania piersi (i przezroczystą koszulkę) przed wzrokiem chłopaków. Skubie wewnętrzną
stronę swojego gipsu, a potem znowu opiera policzek na moim ramieniu.
- Halo, halo? - Rose strzela palcami, żeby przyciągnąć ich uwagę, ale w końcu skupia się na Connorze, który trzyma ręce w kieszeniach czarnych
spodni. - Ty.
- Nie będziemy na nich donosić, Rose.
Rzuca mu gniewne spojrzenie. - Daj spokój. To nie donos. To wymierzenie
sprawiedliwości.
- Obie te rzeczy. Choć bardziej donos niż sprawiedliwość.
Ryke i Lo podchodzą do nas, a Connor idzie w stronę zlewu, gdzie stoi
Rose.
- Dais... - szepcze Ryke i kuca, żeby jego wzrok znalazł się na poziomie
jej wzroku. Jego zatroskanie wywołuje u mnie ścisk serca. Zawsze
pragnęłam, żeby Daisy znalazła kogoś, kto będzie tak szczerze się o nią
troszczył. Nie podejrzewałam jednak, że ta osoba będzie krewnym Lorena
Hale'a. Przez to zawsze będę czuła z Rykiem więź. Nieważne, ile czasu
potrwa ich związek.
Choć liczę na to, że będzie trwał wiecznie.
Daisy unosi głowę i w końcu na niego spogląda. Z oczu płyną jej łzy i spadają kaskadą na długą bliznę na policzku. - Ja... - Drży jej podbródek.
Podejrzewam, że chciała powiedzieć, iż przesadziła ze swoją reakcją, ale
w ostatniej chwili się powstrzymała.
Ryke siada na wprost niej, otacza ją nogami i przyciąga do siebie. Daisy
idealnie wpasowuje się w jego objęcia. Uścisk jest czuły i delikatny;
nie spodziewałabym się takiego po agresywnym facecie, jakim jest Ryke.
Ale moja mała siostrzyczka to jego słabość.
Daisy przekręca czapkę daszkiem do przodu i opuszcza ją na oczy. Odcina
się od niego i od pozostałych. Całe jej ciało trzęsie się od płaczu. Nie
mam pojęcia, jak ją pocieszyć. Czuje, że zawiodła samą siebie, ulegając
atakowi paniki na widok markerów do paintballa, i zrobiła scenę.
Ryke mocno ją przytula, a ona obejmuje jego obnażone ramiona. Zawsze był
niepodatnym na szalejące burze kamieniem.
- Lily. - Moją uwagę przyciąga ostry głos. Lo stoi nade mną, a jego
bursztynowe spojrzenie jest skupione wyłącznie na mnie. Jego rysy są
niepokojąco piękne - mocno wycyzelowane kości policzkowe i gładka
irlandzka skóra. Nachodzi mnie myśl: "Jego dziecko jest we mnie". Jakie
to wszystko dziwne.
Czuję, że przepływa przeze mnie prąd, rozniecając iskry w każdym
zakończeniu nerwowym i przyspieszając bicie serca.
- Cześć - mówię nieśmiało pod nosem, jakbym widziała go po raz pierwszy
w życiu. Moja szyja bez wątpienia zmieniła kolor na karmazynowy.
Unosi usta w cudownym uśmiechu. - Lily - powtarza moje imię ochrypłym,
głębokim i niewątpliwie naładowanym seksem głosem.
Czuję ciarki na ciele. - Nie mów tak - ostrzegam go cicho i jeszcze
bardziej się czerwienię.
- Lily - powtarza i delikatnie oblizuje dolną wargę. O mój Boże! Skaczę
na równe nogi, żeby go uszczypnąć lub walnąć, bo przecież nie powinien
mnie drażnić, wymawiając w ten sposób moje imię. Kto tak robi? A jeszcze
mnie nawet nie dotknął. Gdy tylko staję na nogach, świat wokół mnie
zaczyna wirować. Zataczam się do tyłu, a przed oczami migają mi
czarno-białe plamy, które zakłócają wizję.
- Lily. - W jego głosie pobrzmiewa teraz troska. Lo chwyta mnie za
biodra i ratuje od upadku. Sczesuje mi krótkie brązowe włosy z twarzy.
Mrugam parę razy i znowu wyraźniej widzę jego rysy, przenikające przez
mgłę.
- To było najgorsze... "Lily" - szepczę.
Oddycha głośno z ulgą. - Nie podnoś się tak szybko następnym razem.
Twoje ciśnienie krwi...
- ... jest niskie - kończę za niego. - Wiem. - Poczyniłam wiele kroków,
żeby zapewnić sobie zdrowie w okresie ciąży: biorę witaminy, jadam mniej
śmieciowego żarcia i czytam książki. Ale im bardziej próbuję, tym gorzej
mi idzie. Gdy wychodzimy z gabinetu lekarza, Rose dostaje raport na
piątkę z plusem i klepnięcie po plecach. Ja wychodzę z listą rzeczy do
poprawki. Lo podejrzewa, że oni prawdopodobnie przekupili lekarza, żeby
mówił im same dobre rzeczy. W ten sposób chcą zyskać nad nami przewagę.
Wątpię w to. Choć niewykluczone, że lekarz boi się zemsty Rose. Taki
scenariusz wydaje się bardziej prawdopodobny - zanim trafiła na dr
Freidę Dhar, zaliczyła czterech innych ginekologów.
Przesuwam palcami po niebieskiej farbie na jego żebrach. Pod nią
widnieje intensywnie czerwony obrzęk. Zastanawiam się, czy zmieni się w siniak. Obejmuję Lo mocno w pasie. Myśl, że to mogła być prawdziwa kula,
blokuje mi dostęp tlenu do płuc. Utrata Lorena Hale'a byłaby dla mnie
równoznaczna z utratą życia. W chwilach dramatycznych zmian i brutalnych
zrządzeń losu najwyraźniej widzę głębię swojej miłości do niego.
Unosi mój podbródek i trafnie odczytuje powód wykrzywienia bólem rysów
mojej twarzy. - Nic się nie stało - szepcze.
Potakuję. "Nic się nie stało". A potem z taką siłą całuje mnie w usta,
że zamiera mi mózg. "Tak". Zamykam oczy i dryfuję, niesiona wybuchami
wrażeń. Jego dłoń wsuwa się pod gumkę moich legginsów. "Tak".
Jestem bardzo wilgotna i gotowa na to, żeby jego ptak z mojej fantazji
stał się rzeczywistością. Tylko czy teraz jest na to dobra pora?
Nie jestem pewna.
Wtem odrywa się ode mnie, zostawia mnie z wargami jeszcze ciepłymi od
jego dotyku. Mówi prawie bezgłośnie: "Później".
Później. Może być później. - Kiedy później? - próbuję uściślić.
W odpowiedzi posyła mi uśmiech.
To droczenie się mnie zabija. W dobrym i złym znaczeniu tego słowa.
Krzyżuję nogi w kostkach, odwracam się twarzą do sióstr i opieram o jego
pierś. Jego ręce osiadają na moich biodrach, a palce znowu wślizgują się
jak wąż pod gumkę legginsów. Jest podstępny.
Przyłapuję się na tym, że ocieram się pupą o jego krocze, ale przestaję,
gdy jego palce wbijają się w moją skórę, jakby starał się za bardzo nie
podniecać.
Później.
Słyszę szepty Ryke'a do Daisy, ale nie rozróżniam poszczególnych słów.
Naprzeciwko widzę Rose, która zgarnia swoje gładkie włosy w koński ogon
i rozmawia po francusku z Connorem. Jej wzrok biegnie ku mnie i siostra
milknie.
- Rozmawiacie o nas? - pyta ją Lo. Wyczuwam za sobą jego półgorzki
uśmiech.
Rose mruży oczy. - Za dużo czasu spędzasz z moim mężem - mówi. Connor
nawet nie protestuje, bo dokładnie wie, do czego ona zmierza. Ale my z Lo unosimy w zdumieniu brwi.
- O co chodzi? - pyta Lo.
- Stałeś się tak samo narcystyczny. Nie, nie rozmawialiśmy na wasz
temat. - Ściska włosy gumką. - Pogódź się z tym.
Lo się złości. - Ej, Rose - mówi. "O nie". - Wiesz, na czym polega
karmiczna sprawiedliwość? Twoje dziecko powoli rozrywające ci waginę w drodze do wyjścia. - Rzuca jej kolejny sarkastyczny uśmiech. Walę go w ramię. Ledwo to zauważa. Komentarz: "Pogódź się z tym" musiał go
naprawdę dotkliwie zaboleć.
Rose prostuje się nagle, żeby zwrócić na siebie uwagę, i pokazuje mu dwa
środkowe palce. - Pieprz. Się. Dwa. Razy.
- Dziękuję, ale umiem liczyć - odcina się Lo.
Connor opiera się o zabudowę zlewu i ramieniem obejmuje Rose w talii. W miarę rozwoju wymiany zdań między nią a Lo jego uśmiech staje się coraz
szerszy. To dobrze, że go to cieszy, ale ja zaczynam się pocić z nerwów,
bo ich walka na słowa znowu zmierza w złym kierunku. Już kiedyś tak się
stało; historia z łatwością może się powtórzyć.
- Uczą algebry tych, którzy za karę zostają po lekcjach? - pyta Rose,
przekrzywiając głowę.
- To było słabe - odpowiada jej Lo.
Rose zaciska usta.
Zerkam w dół na Daisy i Ryke'a, którzy nadal siedzą na podłodze. On
przesuwa daszek jej niebieskiej czapeczki do tyłu. Widzę, że Daisy już
przestała płakać. W odróżnieniu ode mnie rzadko robi sobie makijaż,
dlatego nie ma na policzkach zacieków po mascarze. Ryke pochyla się nad
nią, żeby ją pocałować, ale ona się uchyla.
Mój żołądek buntuje się na widok takiego odrzucenia.
Ryke siedzi sztywny, nieruchomy. Nagle Daisy mówi: - Wcześniej
wymiotowałam... - "O... Daisy". Wyobrażam sobie, ile jest takich chwil w jej
życiu, które chciałaby zmienić lub przewinąć. Wstaje i zmierza do zlewu.
Connor przesuwa się i robi jej miejsce, żeby mogła umyć zęby.
Ryke wstaje i pocierając wargi, podchodzi do nas. Pyta mnie szeptem: -
Wymiotowała?
Potakuję. - Miała mdłości. Teraz chyba czuje się lepiej.
- Przynajmniej cię ostrzegła - wtrąca się Lo. - Lily by mnie po prostu
pocałowała.
Gapię się na niego, ale potem myślę o jego słowach. "Taaa... pewnie tak".
Prawdopodobnie zapomniałabym, że rzygałam. Krzywię się. - Jestem aż taka
wstrętna?
- Nie, ukochana - odpowiada Lo i całuje brzeg moich ust, co uważam za
szczyt droczenia się ze mną. Dopiero po chwili zdaję sobie sprawę z tego, że Ryke opuścił nas i poszedł z powrotem do Daisy.
Rose pochrząkuje, żeby przyciągnąć naszą uwagę.
- Bezoar włosowy? - dopytuje ją Lo.
Rose go ignoruje. - Zanim przyszliście, głosowałyśmy nad rodzajem kary
dla tych drani...
- Nie - natychmiast protestuje Lo. Jestem tak zaskoczona, że opada mi
szczęka.
Rose krzyżuje ręce na piersiach, czym przyciąga do nich uwagę. Trzeba
dodać, że od kiedy zaszła w ciążę, jej piersi znacząco urosły. - Gardzę
niedoinformowanymi.
- Rozumiem. - Lo zmusza ją do wysłuchania swojej opinii. Robi krok do
przodu i rozdziela się ze mną. - Chciałabyś ich wystraszyć tak samo, jak
oni wystraszyli twoją młodszą siostrę. Ale zemsta pociąga za sobą
kolejne prowokacje.
Oddycham głęboko. Oto nowy Loren Hale. Nauczył się czegoś na starych
błędach. Rozumie dobro, zło i każdy przybrudzony odcień szarości.
Ta wersja Lorena jest lepsza, taka, o jaką zawsze walczył. Jestem tak
przytłoczona jego oświadczeniem, że wycieram łzy, zanim się pojawiły.
- Nie mamy tu autokracji. - Rose kieruje w niego papierowy wachlarz. -
Nie możesz podejmować decyzji za nas wszystkich.
- Jeżeli tu panuje demokracja - wcina się Connor - to dlaczego chciałaś
głosowania bez nas, Rose? - Celny strzał.
- Nie było cię tutaj, Richardzie. - Odwraca się do niego. - Teraz, gdy
już jesteś, możesz głosować.
- Głos darowany z litości - gładko kontruje Connor. - Pozwalasz mi na
coś, czego sama nienawidzisz.
Po tej ripoście Rose łagodnieje. Na chwilę opuszcza ramiona.
Daisy zakręca kran. Widzę, że już wypłukała pastę z ust. Ryke trzyma ją
za rękę, co stanowi ładny widoczek. Próbuję powstrzymać kiełkujący
uśmiech. W jednej chwili jestem bliska łez, w drugiej emanuję radością.
Moje hormony powinny zrobić sobie przerwę na wodę i pozwolić mi utrzymać
- choć na jakiś czas - stan zadowolenia.
- Nie sądzę, że powinniśmy się o to kłócić - odzywa się łagodnie Daisy.
- Nie kłócimy się - odpowiadamy prawie wszyscy jednym głosem, poza
Rykiem, który teatralnie przewraca oczami.
- Chodzi o papier toaletowy - zaczynam nagle nadawać. - Odzyskamy naszą...
- ... moc - oznajmia z uniesionym wysoko podbródkiem Rose.
Ryke kręci głową. - Są lepsze sposoby na uzyskanie poczucia
bezpieczeństwa niż odwet. - Jego wzrok biegnie ode mnie do Rose, do
Daisy i z powrotem do mnie.
Waham się, po czyjej stronie stanąć: Lo, który, jak ufam, ma rację, że
nie powinniśmy prowokować sąsiadów, czy sióstr, które potrzebują mojego
wsparcia. - Decyzję powinna podjąć Daisy - mówię. - Chcę zrobić to, co
Daisy uzna za stosowne. To ona najbardziej ucierpiała.
Daisy wydaje się skrępowana tym, że wszystkie oczy zwróciły się na nią.
Ryke stoi za nią z rękami na jej piersiach, żeby nikt nie zobaczył jej
sutków.
Ta pozycja podoba mi się nawet bardziej od trzymania się za ręce.
Dostrzegam swoje odbicie w lustrze. O mój Boże, ale mam głupawy uśmiech
na twarzy!
- Nie chcę... nikogo zdenerwować - mówi w końcu.
- Nie zdenerwujesz - mówi do niej Connor. - Każdy ma własne zdanie.
Uszanujemy twoje. Choć oczywiście istnieją odpowiedzi dobra i zła.
- Mogę to przemyśleć? - pyta Daisy.
- Tak - odpowiadam pośpiesznie, zanim Rose storpeduje tę propozycję. -
Będzie nawet lepiej, jeśli to sobie przemyślisz.
Ku memu zdziwieniu Rose potakuje, choć założyłabym się, że w głowie
knuje różne scenariusze zemsty. Chciałabym mieć laleczkę wudu lub
zdolności czarodzieja, żeby zarządzić bezpieczną karę z oddali. Tak jak
Sabrina - nastoletnia czarownica. Choć muszę przyznać, że jej zaklęcia
na ogół odnosiły odwrotny skutek.
Zahaczam palec o pasek dresów Lo i nawiązuję kontakt wzrokowy z Daisy. -
Pokój gościnny?
- O czym mówicie? - pyta Ryke.
Rose splata palce z palcami Connora. - Rozważałyśmy spędzenie nocy w jednym z pokoi gościnnych. Tylko dziewczyny.
Na twarzy Ryke'a zbierają się chmury burzowe. Wolałby spać z Daisy. Może
też się obawia, że będzie nas w nocy kopała. Zastanawiam się, jak ją
usypia, żeby czuła się bezpieczna, i czy Daisy w ogóle będzie w stanie
zasnąć z nami.
- Mów - zachęca go Rose.
- Jeśli Daisy chce spać z wami w pokoju gościnnym, to proszę bardzo, do
cholery - deklaruje Ryke. - Nie zamierzam jej dyktować, co ma robić.
Pragnę tego samego co ona.
Rose zdobywa się na uśmiech. - Jesteś o niebo lepszy od Juliana.
Lo śmieje się ironicznie. - Ponad połowa męskiej populacji jest lepsza
od byłego chłopaka Daisy.
- Nie przypominaj mi o nim - odzywa się Ryke.
Daisy chrząka. - Wiem, gdzie spędzę dzisiejszą noc. - Wszyscy kierują na
nią wzrok. Bierze głęboki wdech i mówi: - Powinnam spać we własnym
łóżku. Nie chciałabym przeturlać się na którąś z was. Obawiam się, że
jestem taka zdenerwowana przez to wydarzenie... i inne rzeczy, że w ogóle
nie zasnę.
Obie z Rose potakujemy ze zrozumieniem.
- Dziękuję, że podzieliłaś się z nami swoimi odczuciami - mówię do Daisy
z uśmiechem.
Odpowiada mi tym samym.
Każdy jej wybór by mi się spodobał, ale ten daje mi bardzo dobrą opcję.
Noc z Lorenem Hale'em.
Moją najbardziej ulubioną rzecz na świecie.
Rozdział 4
4
Lily Calloway
Skotłowana kołdra w kolorze szampana leży w nogach naszego gigantycznego
łóżka. Nie chce nam się tracić energii na przykrywanie się nią. Jestem
pokryta cieniutką warstwą potu i, mimo lekkiego wyczerpania, gotowa na
powtórkę.
Szalejące hormony nie pomagają mi w utrzymaniu dyscypliny seksualnej. W żadnym wypadku.
Lo leży obok mnie z głową na ciemnoczerwonej poduszce i ciężko oddycha.
Ten pokój najlepiej ze wszystkich, w których dotąd mieszkaliśmy, spełnia
nasze oczekiwania i jest największy. Nad łóżkiem wisi czarny żyrandol ze
świecami (zamiast błyszczących diamentów). Dwie czarne szafy stoją obok
wygodnej zamszowej kanapy i bordowych krzeseł. Dekoracji dopełniają
czerwone poduchy i dywan w kolorze szampana. Czujemy się tu jak w domu.
Wiercę się i zaciskam mocno uda, gdy patrzę na unoszącą się i opadającą
miarowo klatkę piersiową Lo. Bardzo pragnę dotknąć jego mięśni.
Oblizuje wargi. - Mało ci z tego, co widzę.
- Co? - piszczę ze zdumieniem. Było bardzo dobrze. Doskonale. To było
warte statków kosmicznych i podróży na Księżyc.
Próbuje powstrzymać śmiech i robią mu się urocze dołeczki. - Zdradził
cię wyraz twarzy.
- Jaki wyraz? - Odwracam się, żeby na niego spojrzeć. Moje biodro
spoczywa na miękkim materacu.
- Ten, który mówi wyraźnie, że chcesz, bym jeszcze raz cię pieprzył -
mówi najnormalniej w świecie. Mimo to roznieca we mnie nowo odnalezioną
energię i pożądanie.
- O... ten wyraz. - Staram się go zmienić, ale bez skutku. Zbyt
natarczywie przyglądam się jego miękkim różowym ustom, które aż się
proszą o pocałunki. - Dobrze wiesz, że nawet jeśli mam ochotę na
powtórkę, to wcale nie oznacza, że tamto było złe.
- Wiem - mówi pod nosem. - Droczę się z tobą, Lil. - Przysuwa mnie
bliżej do siebie. Bardzo liczę na to, że jego ręka zsunie się do
wilgotnego punktu między moimi nogami. Zamiast tego Lo wodzi palcami
między moim obojczykiem a brzuchem.
Nie jestem jeszcze wielka i okrągła, co mnie nawet cieszy. Niektóre
pozycje seksualne będą wtedy niemożliwe. Oczywiście to bardzo
egoistyczne podejście, ale bardzo staram się je przezwyciężyć. Za pięć
miesięcy nie będę mogła pozwolić sobie na samolubstwo - a przynajmniej
będę musiała prowadzić kontrolowane życie seksualne.
- Czujesz już coś? - pyta łagodnie, jeżdżąc w kółko palcami po moim
brzuchu.
Nie wiem, czy tym pytaniem chce oderwać moje myśli od seksu, czy też
naprawdę go to interesuje. Gdy nasuwa na nas pogniecioną kołdrę i skrywa
pod nią swojego ptaka, zakładam, że chodzi o to pierwsze. Mimo to
odpowiadam.
- Nie. - I nie czekam na to z utęsknieniem. To będzie bardzo dziwne
uczucie. Chcę być pewna, że moje dziecko żyje i jest aktywne, ale
świadomość, że coś we mnie będzie żyło i się ruszało, jest nieco
zatrważająca. Pocieszeniem jest fakt, że to również dziecko Lo.
- Powiesz mi, kiedy tak się stanie, prawda? - pyta i patrzy mi w oczy. -
Chciałbym wiedzieć, kiedy się poruszy pierwszy raz.
Teraz to ja staram się ukryć uśmiech. Lo bardzo mnie wspiera od czasu,
kiedy zaszłam w ciążę. Nieistotne stały się jego wcześniejsze
zapewnienia, że nie chce dzieci. Zamiast rozczarowania okazał radość.
Wątpliwości pogrzebał głęboko i na zawsze.
- O wszystkim ci mówię - przypominam mu. - Także o tym, że wrzuciłam
krakersy w kształcie złotych rybek do miski z czekoladowo-miętowymi
lodami. Smakowało pysznie, ale wyglądało okropnie. - Ostatnio to moja
ulubiona przekąska.
- To było wstrętne - potwierdza Lo. Podpiera się na łokciu i delikatnie
muska moje biodro.
Zamykam oczy, bo roztapiam się z rozkoszy, dlatego szybko przesuwa rękę
na mój obojczyk. "Oj, nieładnie". Gdy otwieram oczy, moją uwagę przykuwa
biała koperta na stoliku nocnym. - Może nie powinniśmy czekać.
Lo podąża wzrokiem za moim spojrzeniem i kręci głową. - Rose cię zabije.
Ma rację. Kilka tygodni temu zajadałyśmy się jak maniaczki ulubionymi
przekąskami - ona pomarańczami, a ja oceanem lodów ze złotymi rybkami.
Gdy zdejmowała skórkę z kolejnej pomarańczy, powiedziała, że chciałaby
być obecna przy otwieraniu koperty z potwierdzeniem płci mojego dziecka.
Chciała mnie onieśmielić swoim tonem, ale powiedziałabym "tak" nawet
wtedy, gdyby tryskała radością. Po USG poprosiliśmy lekarza, żeby włożył
wynik do koperty i ją zakleił. Ciągle w niej jest. Chyba doczekam
jutrzejszego poranka.
- Co byś wolał? - zadaję mu pytanie, którego oboje od jakiegoś czasu
unikamy. - Chłopca czy dziewczynkę? - W głębi duszy znam swoją
odpowiedź, choć wolałabym, żeby było mi obojętne, czy to chłopiec, czy
dziewczynka.
- To nie powinno mieć znaczenia - odpowiada wymijająco. Jego bursztynowe
oczy szukają moich, bo chce w nich odczytać odpowiedź na to samo
pytanie. Nie ma sprawy. Mogę przyznać się pierwsza.
Otwieram usta, ale słowa stają mi w gardle, przyblokowane wewnętrznym
strachem.
- Lily? - mruczy, pochyla się nade mną i zgarnia mi włosy z twarzy. W połowie na mnie leży, czyli w połowie jestem spowita w Lorena Hale'a.
Splatam swoje nogi z jego nogami. Tak jest lepiej.
- Nie musisz odpowiadać - przekonuje.
Wydaje mi się jednak, że muszę. Wolę się wywnętrzyć. - Jeśli będziemy
mieli dziewczynkę... - Biorę lekki wdech. - Istnieje spore ryzyko, że
będzie wyśmiewana. - Córka seksoholiczki. Tak jak z Daisy, której
przypisano uzależnienie tylko dlatego, że jest moją siostrą.
Podejrzewam, że moja córka będzie miała przed sobą nawet bardziej
wyboistą drogę. A przecież Daisy przeżywa okropne chwile.
Lo bierze mnie za rękę i splata nasze palce. Ocieram się nogą o jego
udo, blisko krocza, i czuję, jak skacze mi puls. Lo kładzie mi rękę na
biodrze w geście uspokojenia. W tej pozycji się rozluźniam i ogrzewam
ciepłem jego ciała. Jest swobodnie. Normalnie.
- Może w przyszłości ludzie nie będą oceniali dziewcząt inaczej niż
chłopaków - odzywa się.
- Co masz na myśli? - Wpatruję się znowu w jego usta, ale skupiam się na
słowach.
Zakłada mi za ucho kosmyk włosów. - Może dziewczyny, które śpią z facetami na prawo i lewo, nie będą już nazywane dziwkami. Może będą
traktowane jak faceci. Wtedy nikt nie będzie zajmował się twoim
uzależnieniem. Nie na tyle, żeby dokuczać Lunie.
"Luna". Kołacze mi serce, gdy słyszę imię, które wybraliśmy dla naszej
córki.
Świat, który opisał Lo, istnieje tylko w marzeniach. Jest fikcją, a nie
przyszłością.
- Wątpię - szepczę.
Spogląda na mnie i mówi: - Zapewnię jej bezpieczeństwo.
Do oczu napływają mi łzy, ale odważnie unoszę kąciki ust. - Od świata,
Lorenie Hale'u?
- Tak - potakuje. - Od świata, Lily Calloway. Wiem, na czym polega taka
walka.
Unoszę głowę z poduszki i wychodzę naprzeciw tym różowym ustom. Całuję
go.
Pogłębia pocałunek, zmysłowo jeżdżąc swoim językiem po moim. Wreszcie
odrywa się ode mnie. - Czyli wolałabyś chłopca? - pyta, choć już zna
odpowiedź. Przypuszczam, że wychowałabym chłopca lepiej niż dziewczynkę.
Chyba spodobałabym mu się jako mama. Przynajmniej taką mam nadzieję.
- Tak - szepczę i zaglądam mu w oczy w poszukiwaniu jego odpowiedzi. - A ty chcesz chłopca?
- Jeśli ty chcesz, to ja też - mówi.
Lekko szturcham go w ramię. - To nie jest odpowiedź. Nie staraj się mnie
udobruchać.
Mruga oczami kilka razy dla efektu, jakbym nie była Lily, ale obcą
dziewczyną. - Od kiedy używasz słowa "udobruchać"?
- Od Gwiazdki, gdy dostałam od Connora słownik. - Rose stwierdziła, że
Connor zachował się niegrzecznie, ale trzeba przyznać, iż zadał sobie
wiele trudu, bo na marginesach porobił notatki. Na przykład przy słowie
"bastard" dopisał: "najprzystojniejszy śpi w twoich ramionach". Prawda.
Przebiegam palcami po mięśniach ramion Lo. "Podkreślił dla mnie
wszystkie fajne słowa".
Lo chichocze. - Connor ma inną definicję słowa "fajny" niż ty i ja.
- O. - To chyba prawda.
Szczerzy zęby, a potem ujmuje moją twarz w dłonie i całuje mnie, zanim
się orientuję, co się dzieje. Pocałunkowa niespodzianka. Taka, która
przenika do kości i ożywia duszę. Lo delikatnie ssie moją dolną wargę, a jego ręka burzy mi włosy. Przy kolejnym pocałunku zaczynam jęczeć, bo
pociera mi wrażliwe miejsce na szyi.
Uśmiecha się i wsuwa język do moich ust.
Przyciskam się do niego miednicą i rozkładam nogi po obu stronach jego
bioder. "Tak".
Bez tchu wydusza z siebie: - Tak właśnie można cię udobruchać.
Och.
Czerwienię się. - Czy mógłbyś to powtórzyć?
- Powiedziałaś, że mam przestać - droczy się. - Twoje życzenie jest dla
mnie rozkazem.
Znowu uderzam go pięścią w ramię. Jego uśmiech staje się jeszcze
szerszy, a na twarzy widać pełno dołków. Nagle mówi: - Chcę dziewczynkę.
- Jego uśmiech znika, a tak bardzo pragnę, by powrócił.
- Dlaczego? - pytam szeptem, choć wydaje się mi, że znam odpowiedź.
- Nie chciałbym, żeby nasze dziecko przypominało mnie - wyjaśnia z bólem. - Złośliwe, pełne goryczy, kompletny dupek. - Kręci głową i opuszcza wzrok. - Chcę, żeby było takie jak ty.
- Żeby było seksoholikiem? - Marszczę nos.
- Nie, Lil. Żeby było serdeczne, kochające... introspektywne.
- Nie jestem introspektywna.
Całuje moje wargi. - Owszem, jesteś, ukochana. - Dzieli nas tylko jego
oddech. - Nie mogę popełnić takich samych błędów, jakie popełnił mój
ojciec, wychowując mnie.
- Nie jesteś nim - przypominam mu łagodnie. Jonathan odstręczył od
siebie jednego syna, a drugiego wprowadził na mroczną ścieżkę. Lo nigdy
by czegoś takiego nie zrobił.
Całuje mnie w skroń i wysuwa się spod kołdry. - Idę pod prysznic. -
Wstaje. Jest nagi, jak go Pan Bóg stworzył. Rzuca mi spojrzenie, które
mówi: "Dołącz do mnie".
Rozjaśnia mi się twarz. Jestem gotowa rzucić mu się w ramiona, gdy nagle
dzwoni mój telefon. Telefon Lo wibruje. Sprawdzamy wiadomości.
"19.30, w moim domu, w środę. Spotkanie obowiązkowe. Jeśli myślisz o odwołaniu go, to pomyśl jeszcze raz. Jonathan".
Wysłał wiadomość grupową do mnie, Daisy, Ryke'a i Lo. Przypomina nam o spotkaniu, które organizuje. - Wygląda to na kolację - mówię, choć mój
żołądek fika koziołka.
- Tak. - W głosie Lo nie pobrzmiewa optymizm.
Próbuję przygotować się na najgorsze, ale w naszej sytuacji nie wiadomo,
co to znaczy.
Rozdział 5
5
Loren Hale
Gołoledź i wielkie opady śniegu zatrzymują nas rano w domu. Mimo to
wstępuję do pokoju Ryke'a, żeby sprawdzić, czy nie ma ochoty poćwiczyć
ze mną i z Connorem. Mam napięte mięśnie i czuję ucisk w klatce
piersiowej. Muszę się tego pozbyć, zanim otworzymy kopertę, a szczególnie przed spotkaniem z ojcem.
Kiedy przekręcam gałkę, okazuje się, że drzwi są zamknięte na klucz.
Wysłałem mu już SMS-a, ale nie odpowiedział. Niech to szlag, muszę go
obudzić. Walę pięścią w białe drewniane drzwi i czekam na reakcję.
Po kilku sekundach przytłumionych hałasów i odgłosach kroków drzwi się
otwierają. Ryke opiera sztywne ramię o futrynę. Za nim przemyka do
łazienki Daisy.
- Co? - pyta oschle, ubrany jedynie w spodnie ze sznurkowym wiązaniem.
Nie chodzi mi o to, że jest nieubrany lub że Daisy z nim sypia. Z tym
już dawno się pogodziłem, choć chwilami wydaje mi się to dziwne. Martwi
mnie jego widoczne wyczerpanie. Nawet pod twardym, ciemnym spojrzeniem
nie jest w stanie ukryć zmęczenia. - Spałeś ostatniej nocy?
Przez ścianę dobiega szum wody z prysznica. Ryke kręci głową i cicho
wyjaśnia: - Była przerażona. Nie mogłem jej pomóc... - Przegarnia palcami
grube włosy.
Mój starszy brat lubi się wtrącać w cudze sprawy i oferować pomoc, ta
sytuacja musi więc być dla niego nie do wytrzymania. - Musi pójść na
środowe spotkanie - przypominam mu. - Wiem, że to do bani, ale musimy
grać według jego zasad. - Nie chcę nawet myśleć, co by się działo, gdyby
jedno z nas się wypięło na ojca. Boję się, że mógłby wrócić do picia.
Już tyle czasu jest trzeźwy! Poza tym zmienił się na plus. Ciągle jest
draniem, ale bardziej kontroluje swoje wypowiedzi.
Łatwiej się z nim przebywa.
Ryke przeciera zmęczone oczy. - Zadzwonię do terapeuty Daisy. Liczę na
to, że przyjmie ją przed spotkaniem.
Wsłuchuję się w dźwięk prysznica i dopada mnie myśl, która wywołuje
lekki niesmak. Ale wypowiadam ją na głos. - Próbowałeś seksu? - pytam.
Ryke rzuca mi gniewne spojrzenie i zaciska palce na futrynie, jakby
chciał mi zatrzasnąć drzwi przed nosem.
Wchodzę w szczegóły, trochę zezłoszczony. - Nie mówię, że to rozwiąże
problem, ale jeśli wystarczająco długo pociągniesz, to ze zmęczenia
zaśnie.
- Tak właśnie postępujesz z Lily? - pyta zdenerwowany.
Zgrzytam zębami. Nie ma prawa obracać tego przeciwko mnie. - Tylko jeden
raz, draniu. Daisy nie uzależni się od tego. Idź i pieprz się z nią,
żeby mogła wyłączyć myślenie i zasnąć.
Ryke opuszcza ramiona. - Ma teraz okres. Nie jest zainteresowana
pieprzeniem.
Jezu Chryste! Pocieram usta. Nie chcę zastanawiać się nad tym, kto jest
przedmiotem naszej rozmowy. - Jest pod cholernym prysznicem. Przestań ze
mną gadać, idź do niej i uprawiajcie seks. Gdy skończysz, znajdziesz
mnie i Connora na siłowni. - Wycofuję się i kończę: - Przyjedź z nią do
ojca. Zobaczymy się później.
Pokazuje mi środkowy palec, ale widzę, że potakuje, gdy zatrzaskuje
drzwi.
Schodzę do kuchni, dwukrotnie większej od tej w domu w Princeton. Dzięki
projektantowi zatrudnionemu przez Rose mamy kosztowne AGD, granitowe
blaty, szare ściany i skórzane taborety barowe. Za każdym razem, gdy
zwracam uwagę na dekoracje - mieszankę nowoczesności z klasyką bardziej
dojrzałą niż ja - zdaję sobie sprawę z tego, że pora się pozbierać.
Studenckie życie już się dla mnie skończyło.
Mam dwadzieścia cztery lata. "Pora wydorośleć".
Próbuję.
Boże, naprawdę próbuję.
Koło marmurowego zlewu stoi Connor i sięga do szklanej szafki po
niebieski kubek. - Dzień dobry - mówi. Ma na sobie spodnie od dresu Nike
i granatowy T-shirt, nie muszę więc pytać, czy idzie na siłownię.
Kiwam mu głową i opieram przedramiona na zimnym blacie. - Chłopiec czy
dziewczynka? - pytam i natychmiast czuję usztywnienie mięśni, jak w imadle. Decyduję się na serię brzuszków, żeby urozmaicić sobie czekanie
na Connora. Kładę się na podłodze koło wyspy kuchennej.
- Czy chodzi ci o to, czego chcę, czy o to, co przewiduję dla Rose? -
dopytuje mnie.
- Czego chcesz.
Nalewa sobie kawę. Kładę ręce za głowę i unoszę się do zgiętych w kolanach nóg.
Connor podchodzi do mnie i staje na czubkach moich butów, żebym się nie
ruszał. Ujmuje kubek w obie dłonie. - Chcę mieć dużo dzieci, dlatego nie
ma dla mnie znaczenia, co będzie pierwsze. Pod warunkiem, że będzie
również drugie.
Jestem tak zaskoczony jego wyznaniem, że zatrzymuję się w połowie drogi
do kolan. - Dlaczego? - Jest arogancki, zarozumiały, naprawdę
pochłonięty sobą, choć nie do końca w złym tego słowa znaczeniu. Takie
są fakty. Na ich podstawie trudno wysnuć wniosek, że chciałby dużej,
hałaśliwej rodziny.
Szczerzy zęby do kubka i patrzy na mnie z wysokości stu
dziewięćdziesięciu centymetrów. - Wyzwanie jest warte nagrody. Jestem
gotowy na coś nowego.
Przynajmniej jeden z nas wierzy w siebie. Z jękiem ponownie opadam na
podłogę.
- Poradzisz sobie, Lo - zapewnia mnie Connor.
Chciałbym mu uwierzyć. W końcu nikt nie potrafi tak uspokajać ludzi jak
Connor. Ale nie mogę wierzyć w każde jego słowo, skoro wiem, że ich
celem jest uspokojenie mnie. Moja przeszłość dowodzi raczej, że klęska
jest bardziej prawdopodobna niż zwycięstwo. Odpowiadam mu: - Zobaczymy.
Słyszę odgłos stóp na parkiecie, odwracam głowę i pierwsze, co widzę, to
bransoletka z konopi wokół kostki. Długie nogi są ukryte pod spodniami
od dresu Ryke'a. I jeszcze krótka żółta koszulka z napisem: "Moc
kwiatów".
Co, do diabła... - Gdzie jest twój chłopak? - pytam Daisy, która otwiera
lodówkę. Nie ma mowy o tym, żeby uprawiali seks. Wytrzymałby z nią
przecież więcej niż minutę. Nagle czuję zażenowanie. "Nawet o tym nie
myśl".
- Co? - Zgrywa głupią i wyciąga napój energetyzujący "Lightning Bolt".
Opieram przedramiona na kolanach. Connor z kawą w ręce przypatruje się
jej badawczo. Daisy pod przekrwionymi oczami ma czarne półksiężyce.
- Wyglądasz okropnie - mówię wprost. - Gdzie jest twój chłopak?
Opuszcza niżej daszek czapeczki baseballowej. Wkurza mnie to.
- Dla twojego ojca mój wygląd nie będzie miał znaczenia, prawda?
"Nie wiem". - Jeśli się tym przejmujesz, to możesz zrobić sobie makijaż
- odpowiadam tak ostrym tonem, że rozrywa mi bębenki. - Chociaż Lily się
nie maluje, a więc ty też nie musisz. - Robię wydech. Connor schodzi z moich butów, żeby nalać sobie więcej kawy. Coś mi mówi, że nie pójdziemy
dzisiaj na siłownię.
- Ryke jest tutaj. - Daisy pokazuje na przestrzeń za mną i pociąga kilka
łyków z puszki.
Wtedy do kuchni wchodzi Ryke. Zmierza najkrótszą drogą do Daisy i zdziera jej z głowy czapkę. Mokre włosy blond moczą jej koszulkę.
- Hej, brachu - mówię, ale ze względu na obecność Daisy niczego więcej
nie dodaję. Oczywiście w trójkę rozmawiamy o dziewczynach i seksie, ale
nie wtedy, gdy są obok nas. Podejrzewam, że one robią dokładnie tak
samo.
Ryke odwraca do mnie głowę. Posyłam mu spojrzenie, które mówi: "Co, do
cholery, się stało?". Sądziłem, że ma gotowy plan.
- Ona nie jest Lily - odpowiada mi.
Mrużę oczy, zalewa mnie krew. - Co to niby ma znaczyć?
- Właśnie? - pyta Ryke'a Daisy gniewnym tonem.
Ryke wydaje z siebie jęk frustracji. - Odpuść sobie.
- Nie - odparowuję, naprawdę wkurzony. - Zacząłeś, to skończ.
- Dobra rada - z uśmiechem zauważa Connor. Nie przeszkadza mu, że nie
zna powodu tej kłótni. Z drugiej strony być może już wszystko zrozumiał,
obserwując nasze zachowanie.
- Miałem na myśli to - mówi Ryke, wyciągając ramiona - że Lily zrobiłaby
w łóżku prawie wszystko. - Denerwują mnie jego częste pogawędki z Lily
na temat seksu. - Daisy taka nie jest. Nie zamierzam jej zmuszać do
seksu, jeśli nie ma na niego ochoty.
Daisy najpierw wydaje się zdumiona, a potem czerwieni się ze wstydu.
Szybko zerka na Connora i jej rumieniec jeszcze się powiększa. - To się
nie dzieje naprawdę - mamrocze.
- Dzieje się - odpowiadam ze złośliwym uśmiechem.
- Nie bądź cholernym kutasem - odcina się Ryke i próbuje zamknąć temat.
Mógłbym poczekać i zapytać Lily, czy Daisy uprawia seks, żeby łatwiej
zasnąć. W ten sposób uniknąłbym inwektywy "cholerny kutas". Mógłbym też
zapytać Ryke'a, gdy będziemy sami. Ale to by wymagało dużo ciężkiej
pracy. Poza tym Ryke często rozmawia z moją dziewczyną o seksie, to
niech wie, jakie to uczucie. - Daisy! - wołam ją. Nadal siedzę na
podłodze i robię ćwiczenia rozciągające mięśnie nóg.
Ryke rzuca mi znaczące spojrzenie. - Lo, odpieprz się.
Ignoruję go, ale przyciągam uwagę Daisy. Pytam ją wprost: - Próbowałaś
uprawiać seks przed zaśnięciem? - Łatwiej mi wypowiedzieć te słowa, niż
zachować powagę na twarzy.
- Nie musisz mu odpowiadać - ostrzega ją Ryke. A do mnie mówi cicho:
"Zamknij się, do cholery". Ale na to jest już za późno.
Daisy ciągle mocno się rumieni. - Celowo nie... - Chciałaby jeszcze coś
dodać, ale waha się i milknie.
- Nie obawiaj się, że mnie urazisz. - Próbuję przełamać jej wahanie. -
Dam sobie radę. - To powód, dla którego ona i inni chodzą wokół Lily i mnie na palcach. Boją się, że pękniemy jak szklane figurki. Mam to za
sobą. Szkoda już się stała. Nie może pęknąć coś, co już jest pęknięte.
- ... nie chciałam wykorzystywać seksu do takiego celu - dodaje szybko. -
Nie mówię, że to, co robicie z Lily, jest złe. Po prostu... - Wypuszcza
powietrze z płuc. - Może powinnam spróbować...
- Nie, nie powinnaś - wtrąca Ryke.
- Ale Lo powiedział...
- Lo, zatłukę cię, do cholery - mówi gniewnie Ryke i rzuca mi wściekłe
spojrzenie. - Nie wiesz wszystkiego, do diabła.
Podnoszę ręce. - Uspokój się, Chewbacco. To była wyłącznie sugestia. -
Kiwam głową do Daisy. - On ma rację. Wyraźnie nie masz na to ochoty, a więc nie zmuszaj się do tego.
- Do czego? - Lily nagle siada na mnie okrakiem. Kładzie mi ręce na
piersiach, przysuwa blisko twarz i szepcze: - Dlaczego jesteś na
podłodze? - Jej policzki jaśnieją niemal euforycznym szczęściem, co
natychmiast wywołuje u mnie uśmiech.
Ma na sobie kalesony i białą, kudłatą czapeczkę Wampy. Przenoszę się w czasie: miała siedemnaście lat, stała przed domem mojego dzieciństwa
dokładnie w tym samym stroju, stosownym na obozy harcerskie. Tak samo
urocza jak dzisiaj.
Lekko pocieram jej nos swoim i słyszę jej przyśpieszony oddech.
Przysuwam usta do jej ucha i mamroczę: - Czekałem, aż mnie dosiądziesz.
Swawolnie, ze śmiechem odpycha się od mojej piersi. Chwytam ją za
biodra, żeby wiedziała, jak bardzo pragnę ją mieć tutaj, w tym miejscu,
ani milimetr dalej. Podświadomie wwierca się miednicą w moje krocze.
Przełykam jęk, gdy czuję zwiększające się ciśnienie w swoim ptaku.
Przywykłem do tego.
Przyzwyczaiłem się również do rumieńca oblewającego ją od szyi po czoło.
Łapie się na tym, że ociera się o mnie, i zamiera. Ciągnę ją za uszy
czapeczki, gdy dociera do mnie, że wszyscy się na nas gapią.
- Cześć - mówi. - Coś przerwałam?
- Nic - odpowiada szybko Daisy.
- W tym nie ma nic podejrzanego - oznajmia Connor, jakby oczekiwał
więcej od mistrzyni wodzenia za nos. Jasne, ukrywała przed nami wiele
rzeczy, ale aż taka dobra w tym nie jest.
Lily przenosi spojrzenie z Ryke'a na Connora i na mnie. - Chyba jej nie
napastowaliście zbiorowo? - Przerywa i bierze głęboki wdech. - Nie w tym
znaczeniu!
Przecieram oczy ze zdumienia, bo zdaję sobie sprawę z tego, że
skojarzyła "zbiorowe napastowanie" z seksem.
- Lily - jęczy sfrustrowany Ryke i zakłada ręce za głowę. Wygląda tak,
jak ja się czuję. Connor jest nadal opanowany. Chciałbym taki być, ale
mój umysł wymaga gruntownego oczyszczenia.
- Przepraszam! - krzyczy Lily i zakrywa oczy. - Sądziłam, że wszyscy tak
pomyśleli. - Zerka na mnie. - Ty tak pomyślałeś, prawda?
- Pewnie - kłamię.
Od razu wyczuwa moją nieszczerość. Chowa twarz w dłoniach.
- Lily, wszystko w porządku - odzywa się Daisy. - To nic strasznego.
Lily oddycha głęboko. Masuję jej plecy. Słyszę stukot obcasów na
drewnianej podłodze. Oj, będzie się działo.
- Wszyscy gotowi? - pyta Rose z kopertą w ręce.
- Myślałem, że poczekamy do popołudnia - mówię.
- Teraz jesteśmy wszyscy razem. - Udało jej się powstrzymać złośliwą
ripostę. Widać, że jest bardzo zdenerwowana. W jej żółtozielonych oczach
migocze strach. Najwyraźniej Connor również to wyczuwa, bo natychmiast
przyciąga ją do siebie i stanowczo obejmuje w talii. Jej czarna sukienka
ukazuje wybrzuszenie o wiele większe niż u Lily.
Jestem tym zmartwiony.
Rozumiem, że dziewczyny różnią się fizycznie. Czasem jednak, gdy patrzę
na rozmiary Rose, boję się, że Lily może stracić nasze dziecko.
Najbardziej boję się strachu, że stracę coś, czego nigdy nie chciałem.
Czuję się skołowany. Przeżywam to wszystko bez wspomagania. Bez whiskey
Maker's Mark. Macallan. Jameson.
Ogólnie nieźle sobie radzę, nawet gdy czuję wewnętrzny ból.
Lily, ciągle na moich kolanach, rozprostowuje pogniecioną kopertę. Lekko
sztywny, opieram się o dolną szafkę.
- Zaczniesz? - pyta siostrę Lily, wykręcając szyję w jej stronę.
Rose kręci głową i wstrzymuje oddech, aż wyraźniej wystają jej kości
obojczyka. - Nie, ty zacznij. - Connor coś do niej mówi po francusku, a ona mu odpowiada, nie bacząc na to, że Ryke może ich podsłuchiwać.
- Przynieść aparat? - pyta Daisy z olśniewającym uśmiechem. Prawie udaje
mi się zapomnieć o jej podkrążonych oczach.
- Zrób telefonem - podpowiada Lily. Jej ręce drżą ze zdenerwowania. -
Tylko nie wrzucaj niczego na Instagram.
Daisy udaje westchnienie. - Już wrzuciłam.
- Ha, ha, ha - mówię sucho.
Ryke wygląda tak, jakby chciał ją pieprzyć opartą o kredens. Nie podoba
mi się to, jak na nią patrzy. Daisy z trudem próbuje wskoczyć na blat.
Podpiera się tylko jedną ręką, bo drugą ma w gipsie.
Bez wahania i trudu Ryke ją podsadza. Daisy mości się wygodniej, luźno
opuszcza nogi i wysuwa w naszą stronę swój telefon. Zamiast robić
zdjęcia, nagrywa nas. Ujęcia opatruje komentarzem: - Sobota, siódmy
lutego. Za chwilę Lily Calloway pozna płeć swojego dziecka. Czy to
będzie chłopiec, czy dziewczynka? Przewidywania? - Podsuwa telefon pod
nos Ryke'a.
- Dziewczynka - odpowiada z kamienną twarzą.
- Uśmiech, proszę - zachęca go Daisy.
Ryke ledwo unosi kąciki ust.
- Żałosne - mówię do niego. - Nie jesteś nawet w stanie uśmiechnąć się
na wieść o moim przyszłym dziecku?
- Właśnie, wujku Ryke'u - dodaje Daisy.
Ryke obrzuca ją twardym spojrzeniem. - Nigdy więcej nie wymawiaj tego
słowa. - I nagle się uśmiecha. Nie jest to uśmiech szeroki, ale - jak na
niego - całkiem niezły. Nagranie mnie relaksuje; czuję, jak znika
napięcie w moich mięśniach.
Lily wykazuje nawet większą ekscytację. Jej obawy odpłynęły w siną dal.
"Dziękuję, Daisy".
- Jakie są wasze przewidywania, Connorze i Rose? - Daisy kieruje telefon
w stronę pary koło ekspresu do kawy.
Rose się usztywnia. - Dziewczynka.
- Chłopiec - odpowiada Connor i odstawia kubek na blat.
Rose odwraca się do niego. - Musisz mieć inne zdanie niż ja?
- Nie muszę. - Przerywa z uśmiechem. - Ale chcę.
Rose nagle milknie. Connor wsuwa dłoń w jej włosy i całuje ją w czoło.
Wtedy Daisy kieruje komórkę w naszą stronę. - Lily i Lo, a wy co
przepowiadacie?
Lily spogląda na mnie zielonymi oczami, w których wirują wszystkie jej
obawy i wahania. Chciałbym, żebyśmy zostali teraz sami. Mógłbym ją objąć
i odciąć od reszty świata.
Tylko my.
Żadnych hałasów.
- Dziewczynka - odpowiada cicho Lily. Choć nie tego chce. To ja chcę
dziewczynki. Każda płeć wiąże się z bolesnym ryzykiem.
- Chłopiec - szepczę.
Lily kuli się w sobie i kręci głową w moją stronę, że to nie będzie
chłopiec. Ale może być. W połowie byłbym szczęśliwy ze względu na Lily,
a w połowie przerażony. Najbardziej kocham w sobie to, co należy do
niej.
- Pośpieszcie się - mówi Rose nienaturalnie wysokim głosem. Krzywię się.
Jest prawie skamieniała ze strachu, bo nadchodzi jej kolej. Choć na co
dzień Rose doprowadza mnie do szału, to nie sprawia mi przyjemności
oglądanie jej w takim stanie. Connor szybko szepcze jej coś do ucha, ale
Rose nerwowo pociera ręce. Connor chwyta jedną z nich, żeby nie otarła
ich do krwi.
- Ty ją otwórz - mówi do mnie Lily po cichu, odciągając moją uwagę od
Rose. Wsuwa mi kopertę w ręce.
Czuję ucisk w żołądku, ale jakoś znajduję w sobie dość siły, żeby ją
rozerwać i wyciągnąć z niej kawałek białego papieru. Puls mi szaleje,
jakbym miał skoczyć z budynku i wygłosić przemówienie na wypełnionym po
brzegi stadionie. Z początku ledwo odczytuję poszczególne litery, które
zlewają się ze sobą. Zajmuje mi kilka sekund, żeby zacząć je rozróżniać.
Lily przygląda mi się przez dłuższą chwilę i mówi: - To chłopiec.
Czuję, jak ogarnia mnie chłód. Przekazuję jej kartkę, żeby mogła
potwierdzić to, co już odgadła.
Zachłannie wczytuje się w pismo, a potem delikatnie składa kartkę.
- Możesz się uśmiechnąć, Lily. - "Proszę, uśmiechnij się".
Po policzku spływa jej łza.
Nie. Pochylam się i ujmuję w dłonie jej twarz. - Lily, jestem
szczęśliwy. - Po części. W tych wszystkich dobrych częściach mnie, które
należą do niej. Tam na pewno jestem szczęśliwy.
Oblizuje spękane wargi i zerka ponownie na papier, jakby chciała się
upewnić, że naprawdę będziemy mieli chłopca.
Ocieram jej łzy. - Powiedz coś - mówię pod nosem. "Uśmiechnij się, Lil".
- Jestem... naprawdę, naprawdę szczęśliwa. - Głos jej drży. Ale w końcu
uśmiecha się takim półbolesnym uśmiechem. Dla mnie. Na granicy dwóch
skrajnie odmiennych emocji.
- Tak jest lepiej, że to chłopiec - szepczę, gdy wędruje wzrokiem między
mną a kartką. - Musisz uwierzyć, że ja w to wierzę. - Jedyne, czego
pragnę, to poczuć jej radość i zmyć tę smołę, którą skalałem jej duszę.
Niszczę prawie wszystko, czego się dotknę. Ona jest najlepszym, co mi
zostało.
Potakuje raz za razem. Pragnie uznać moje słowa za prawdę. Całuję ją
żarliwie, trawiony rozpaczą w każdej części swego ciała i spękanej
duszy. W jej gardle rodzi się jęk. Przylega do mnie tak, jak ja do niej
- nasze ciała obiecują sobie nawzajem rzeczy, których nie mogą obiecać
słowa.
Oddycham ciężko i pogłębiam uścisk. Nasze języki się splątują, a piersi
zlewają. Sięgam ręką pod jej czapkę i zanurzam ją w jej krótkich
włosach.
Gdy jestem z Lily, często odnoszę wrażenie, że jesteśmy jedną osobą.
Dzielimy się każdym odczuciem naszych ciał.
W kuchni nie ma nikogo poza nami.
Ale w rzeczywistości ktoś tu jest. Zdaję sobie z tego sprawę, gdy
słyszę, jak Rose głośno krzyczy po francusku.
Natychmiast rozdzielamy się z Lily.
Rose krzyczy i wskazuje na nas. Connor bez oporów odpowiada jej
krzykiem. Powagę sytuacji podkreśla moment, gdy Connor chwyta ją za
nadgarstki, żeby przestała się miotać.
Zrywamy się z Lily na nogi. - Co się dzieje? - Lily zadaje to pytanie
jedynej osobie, która coś wie poza walczącą parą.
Ryke trzyma rękę na udzie Daisy i obserwuje Rose ze zmarszczonym czołem.
- Mówi, że nie może tego zrobić - wyjaśnia. Daisy wyłącza telefon i odkłada go na bok.
- Czego? - denerwuję się. Przecież nie może aż tak się bać, że to będzie
chłopiec.
- Sprawdzić, jakiej płci jest dziecko - dodaje Ryke. - Connor ją
przekonuje, żeby przestała zachowywać się tak, jakby to się nie działo
naprawdę.
Lily jest zaskoczona. Wędruje wzrokiem pomiędzy siostrą a Rykiem. - I? -
naciska. Dobrze jest mieć tłumacza, co prowadzi do pytania...
- Dlaczego nigdy wcześniej nie tłumaczyłeś? - burczę.
Jego ręka wędruje wyżej po udzie Daisy, która macha nogami zwisającymi z blatu. - Bo do tej pory nie działo się nic ważnego, do cholery. Nie
chciałbyś słyszeć, o czym na co dzień rozmawiają, wierz mi.
Owszem, chciałbym.
Lily kołysze się do przodu na stopach. - Co powiedziała Rose?
Ryke przysłuchuje się przez chwilę ich rozmowie. - Że nie ma znaczenia,
kiedy poznają płeć dziecka: teraz czy po urodzeniu.
Connor ciężko oddycha. Na jego twarzy maluje się teraz wiele emocji:
złość, troska, determinacja - to uczucia, które zwykle stara się ukryć.
Znowu zaczyna mówić. Po francusku. Istnieją we własnym świecie. Podobnym
do tego, w którym przed chwilą byliśmy ja i Lily. Odcinają się od świata
zewnętrznego na jedną ważną chwilę.
Ryke nadal tłumaczy. - On pyta: "Nie wolałabyś być lepiej przygotowana,
na każdy możliwy sposób?".
Rose kręci się w jego uścisku i pyskuje.
- Ona mówi: "Nie mogę być przygotowana na dziecko, bez względu na to,
ile przeczytam i się nauczę. Nigdy nie będę gotowa".
Po tych słowach w pokoju zapada ciężka cisza. Myślę, że wszyscy
podzielamy jej strach. Rose nigdy nie lubiła dzieci, dlatego dla niej to
chyba dodatkowe obciążenie. Kręcę głową. Nie chodzi jej o płeć dziecka.
Chodzi o posiadanie dzieci w ogóle.
Ryke wzdycha, jakby tłumaczenie doprowadzało go do rozpaczy. - Nie
słyszę Connora. - Jasne, przecież szepcze do ucha Rose.
Rose znowu próbuje wyrwać się z uścisku męża. - Puść mnie, Richardzie -
odzywa się, w końcu po angielsku.
- Rose. - Connor kładzie mocny nacisk na jej imię. Mówi tak lodowatym
tonem, że dostaję gęsiej skórki.
- Connorze - odpowiada mu równie lodowato. - Przestań. - Jej
żółtozielone spojrzenie go atakuje.
Connor ją puszcza. Widzę w jej zaciśniętej dłoni białą kopertę.
- Będziemy mieli dziewczynkę - oznajmia Rose, jakby to był fakt. Choć
zdecydowanie nie jest. Potem zaczyna otwierać i zamykać szuflady w kredensie, jakby czegoś szukała.
- Rose - powtarza Connor już spokojniej. - Wszystko w porządku. Przestań
i pooddychaj przez chwilę. - Ale ona go nie słyszy. - Rose.
Kręcę głową, gdy widzę, jak zatrzaskuje czwartą z kolei szufladę. - Jest
zdezorientowana.
- Zamknij się, Loren! - krzyczy Rose.
Wzdrygam się. Szczerze mówiąc, nie sądziłem, że mnie usłyszy. Nagle w piątej szufladzie znajduje pudełko zapałek.
- Rose! - krzyczą jednocześnie Daisy i Lily, ale Connor staje u jej
boku, zanim nadciągną siostry. Już zapaliła zapałkę i przyłożyła ją do
papieru.
Płomień szybko trawi papier. Connor wyrywa go z jej dłoni i wrzuca do
zlewu. Przytula ją do siebie od tyłu, ujmuje mocno w talii i mruczy jej
coś do ucha. Wtedy jej spięte ciało się rozluźnia, jakby słowami
wypędzał z niego wszystkie ulotne, toksyczne emocje.
Na jej twarzy rysuje się wieczna boleść. Od czasu ciąży takie załamania
zdarzają się jej częściej.
Connor obraca ją twarzą do siebie i układa jej głowę na swoim ramieniu.
Odszukuje mnie wzrokiem. Rozumiem, o co mu chodzi. Potrzebują
prywatności.
Daisy zeskakuje z blatu i wraz z Rykiem idzie do salonu. Lily i ja,
trzymając się za ręce, idziemy ich śladem. Teraz już nie poznamy płci
dziecka Rose. Musimy poczekać na narodziny.
Po opuszczeniu kuchni Daisy idzie kawałek tyłem i mówi: - Maximoff Hale.
Będzie miał najfajniejszych rodziców pod słońcem. - Wysuwa pięść w stronę Lily, która wreszcie się uśmiecha. Tylko na chwilę się waha, gdy
spogląda na mnie, czy to w porządku.
Nienawidzę, gdy się martwi, że mnie zdenerwuje. Uśmiechem. Potakuję i staram się rozluźnić.
Lily stuka pięścią w pięść siostry.
Wtedy Daisy ze słonecznym uśmiechem na twarzy kieruje pięść w moją
stronę. Życie od razu wydaje się lepsze niż w rzeczywistości. Spoglądam
na brata, który odwzajemnia moje spojrzenie. Rozumiem, dlaczego ją
kocha.
Jest światłem w ciemnym miejscu. Nawet wtedy, gdy sama przeżywa trudne
chwile. Daisy i Ryke są przykładami ludzi bezinteresownych. Ja zaś czuję
się potworem, dupkiem i złoczyńcą. Ale w oczach Lily Calloway jestem
bohaterem.
A to już coś.
Rozdział 6
6
Loren Hale
Moja najlepsza przyjaciółka, dziewczyna, przyszła żona jest nienasycona.
Jestem zlany potem na skutek intensywnego seksu z Lily. Przytrzymuję jej
ręce nad głową, całuję ją głęboko i jeszcze mocniej naciskam miednicą.
Odrywa się z okrzykiem od moich ust. Zamknęła oczy, drżą jej kończyny.
Jest żądna spełnienia. Na ten widok moje ciało ogarnia ogień. Mój ptak
jest gotowy do lądowania.
W tej chwili.
Ignoruję jego żądanie. Oddycham płytko, w gardle dławię palący jęk, ale
nadal rytmicznie wbijam się w Lily. Staram się ją zadowolić najlepiej,
jak potrafię. Puszczam jeden z jej nadgarstków i wsuwam rękę między
nasze ciała. Pocieram palcami jej nabrzmiałą łechtaczkę.
Zatraca się, napina jak łuk i wkręca we mnie miednicą. - Lo! - krzyczy.
"Nie spuszczaj się jeszcze". Tak nakazuję sobie w myślach. Mimo że
czuję, jak Lily pulsuje w orgazmie wokół mojego kutasa. Nie chcę
szczytować. Jeszcze nie.
Ciągle jestem twardy w jej wnętrzu i ruszam się dalej. Wolną ręką masuje
sobie wrażliwe piersi, które w czasie ciąży znacznie się powiększyły.
Delikatnie odsuwam jej rękę i szczypię ją w sutek. Chowa policzek w poduszkę. "Tak!" - słyszę jej mruczenie.
"Jezu". Zaraz dojdę. Przyciskam usta do jej skroni. Trafiam w jakieś
miejsce, które oślepia mnie z nagłej rozkoszy. Jęczę ochryple: - Lil!
Ona łka i mocniej ściska mnie nogami w pasie.
Jestem do niej przylutowany. Nie dzieli nas ani jedna szczelina.
Uprawialiśmy seks jako czternastolatki, ale nie skończyło się to dobrze,
mimo że o to błagałem.
Dziesięć lat później pasuję do niej tak, jakbyśmy nigdy się nie
rozdzielali. Być może nasze "dobrze" różni się od tego, co łączy inne
pary, ale nie jest to zła miłość. Po prostu jest nasza.
Dociskam jeszcze raz i szczytuję. Moje nerwy iskrzą, a skórę ogarniają
płomienie. Ciągle jestem w jej wnętrzu, tyle że desperacko pragnę
powietrza. Obejmuje moje ramiona i jeszcze mocniej zaciska mi nogi w pasie. Znowu zaczynam twardnieć. Wydobywam z siebie jęk i przyglądam się
jej badawczo. Jedyne ślady wyczerpania to jej opadające powieki. Ale
nieznacznie.
- Jeszcze - szepcze i próbuje nadziać się na mnie z całą energią, która
w niej pozostała.
Ciężarna Lily jest najbardziej napaloną Lily, jaką znam. Już wcześniej
trudno ją było zaspokoić. Ale zawsze mi się udawało. Teraz jest to
dosłownie niemożliwe.
Przewracam się na bok z Lily przyklejoną do mojego ciała. Nie wysuwam
się z niej. Odgarniam jej z twarzy mokre kosmyki. Przygląda się moim
ustom, jakby ją przywoływały. Potem całuje mnie łapczywie i kołysze
biodrami. Leżymy na boku, przyciśnięci do siebie. Zmiętolone
prześcieradło zepchnęliśmy w dół, a kołdra w połowie zwisa z łóżka.
Przyciemnione światło idealnie iluminuje jej skórę, na każdym
centymetrze pokrytą pożądaniem, którego nie jestem w stanie zaspokoić.
- Lil - mówię cicho i przerywam pocałunek, żeby szepnąć jej do ucha: -
Ciii.
- Jeszcze tylko raz... - prosi. Jedna z jej rąk wędruje w dół, jakby
zamierzała się dotykać, jeśli jej nie pomogę.
Chwytam ją za nadgarstek, przyciągam jej rękę do swojego ramienia i unieruchamiam. - Spójrz na mnie, ukochana.
Przechyla głowę, ale nie może oderwać wzroku od moich ust.
- Wyżej - nalegam. Rozumiem, że moje ciało dla Lily jest tym, czym dla
mnie butelka burbona w łóżku.
Jej zielone tęczówki wreszcie napotykają spojrzenie moich bursztynowych,
ale jej usta są rozchylone z pragnienia. Podświadomie się kołysze, gdy
muska palcem moją szczękę.
Stanowczo kładę rękę na jej biodrze i zamykam oczy, żeby nie stwardnieć
do końca. Gdy je otwieram, patrzy na mnie. "Dobra robota, Lily".
Przysuwam się do niej bliżej i kładę ramię za jej głową, żeby ułożyła ją
na mojej piersi.
- Jeszcze raz - powtarza z szeroko otwartymi oczami. - Przyrzekam, że
już ostatni. Daję słowo.
Nienawidzę jej odmawiać, szczególnie teraz, gdy w jej ciele szaleją
hormony. - Mój ptak należy do ciebie, ale nie możemy się pieprzyć całą
noc, Lil. - Równie dobrze mógłbym być jej osobistą zabawką seksualną.
Nawet nie miałbym nic przeciwko temu, gdyby nie była uzależniona od
seksu.
Rumieni się, a jej oddech spowalnia. Widzę, jak jej wzrok wędruje w kierunku mojego podbrzusza, bo reszta jest w niej nadal zanurzona.
Zaczyna: - Mogłabym ci zrobić loda...
- Nie. Posłuchaj, Lil - mówię stanowczo. - Później. Idziemy spać. -
Patrzę na zegarek. - Jest trzecia nad ranem. Rano znowu będziemy
uprawiać seks. Ale musisz poczekać. - Nawet nie próbuję sobie wyobrażać,
że wytrwa bez orgazmu dwadzieścia cztery godziny.
- Dobrze - mruczy pod nosem. Zaczynam się z niej wycofywać. Ale mocno
wbija palce w moje ramię. - Czekajczekajczekaj.
Waham się, ale znowu się w nią wsuwam.
Patrzy na mnie swoimi wielkimi zielonymi oczami i mówi: - Po prostu...
chcę, żebyś był wewnątrz mnie.
Po jej słowach robi mi się gorąco. Bardzo bym chciał w niej zostać, ale...
- Nie możesz się ruszać.
- Nie będę! - obiecuje z zapałem. - Będę naprawdę spokojna, przyrzekam.
Wszystkie obietnice, które beztrosko składa w czasie seksu, są może
urocze, ale kompletnie niewiarygodne. Przebiegam wzrokiem po jej ciele.
Skóra pokryta kropelkami potu, kościste biodra, szczupłe kończyny. Jest
bardzo kobieca, a przy tym zdrowa i delikatna.
- Pozwól mi spróbować - błaga.
To przesądza sprawę. Nie odbiorę jej prawa do osiągnięcia sukcesu, choć
podejrzewam, że skończy się klęską. - Spróbuj, ukochana. - W ramach
testu całuję ją. Powstrzymuje się od pogłębienia pocałunku, ale czuję
jej pulsowanie wokół mojego kutasa. To niemal doprowadza mnie do pełnej
erekcji.
Wypuszczam powietrze i nakazuję swojemu ciału, żeby współpracowało z mózgiem. Dla jej dobra. Nie mogę całkiem stwardnieć, bo wtedy ona
zacznie pchać, co doprowadzi mnie na skraj wytrzymałości.
- Zamknij oczy - przypominam jej. - Śpij.
Z policzkiem wtulonym w poduszkę zamyka wreszcie oczy. - Ciągle cię
widzę we śnie - odzywa się z uśmiechem.
Odwzajemniam uśmiech. - Wyobraź sobie jakąś brzydszą wersję mnie.
- Nie - odpowiada, uroczo wydymając wargi.
Szybko składam pocałunek na jej ustach. Przyciskam rękę tuż nad jej
pupą. Znam każdy centymetr jej ciała. Ta wiedza często wywołuje u mnie
erekcję szybciej niż najlepsze ssanie fiuta przez Lily. Szepczę jej do
ucha: - Wyobraź sobie wojnę mutantów, z pokładami supermocy i ogromna
liczbą trupów. - To najmniej seksowna rzecz, jaką udało mi się wymyślić
na szybko.
Rozluźnia ramiona i mocno wydycha powietrze.
Czuję, że wyczerpanie bierze górę nad moim ciałem. Z troski o Lily
zwalczam te objawy. Chcę się upewnić, że ona zaśnie przede mną.
Upływa zaledwie kilka minut i czuję, jak się na mnie zaciska. "Cholera
jasna". Pod wpływem nacisku zaczynam znowu twardnieć. Z jej ust wyrywa
się zmysłowy okrzyk. W ostatniej chwili powstrzymuję się od
szczytowania.
- Lil - mówię z naganą w głosie, gdy otwiera oczy. - Co się stało?
Chwyta mnie kurczowo za ramię. - Wyobraziłam sobie... - Jej policzki
oblewają się czerwienią. - ... Helliona pieprzącego się z X-23.
Toniemojawina! - Jej słowa się zlewają. - Brali udział w tej wojnie
mutantów, którą kazałeś mi sobie wyobrazić.
- Koniec z mutantami, ukochana.
- Nienienie - odpowiada prędko. - Poradzę sobie z nimi. A twój... - Jej
spojrzenie biegnie do naszych złączonych ciał. Drżą jej nogi i ręce, gdy
próbuje powstrzymać ruch. Niczego bardziej nie pragnę, niż wwiercać się
w nią tak długo, aż wypełnię ją spermą.
Tyle że przekroczymy wtedy granicę.
- Zaczniesz się poruszać, prawda? - szepcze. - Proszę, Lo. Jesteś
twardy, czuję to... - Pcha do przodu miednicę i mocniej się na mnie
nadziewa.
"Jezu Chryste". Moje nerwy budzą się do życia. - Powoli... powoli -
szepczę. Opieram czoło o jej czoło i głęboko oddycham. - Co sobie
wyobraziłaś? - Przesuwam rękę od jej brzucha do piersi i pocieram
kciukiem sutek.
- Hm?
- Jak sobie wyobraziłaś Helliona i Laurę? - pytam, poruszając temat
mojej ulubionej pary z X-Mena.
- Jego twardość... pomiędzy moimi nogami... mam na myśli... jej nogami -
mówi cicho. - Proszę...
Opuszczam głowę i drażnię jej sutek językiem. Jest bliska spełnienia.
Przewraca oczami i otwiera usta. Chwytam ją za tyłek i przyciągam
mocniej do siebie. Czuję jej skurcze na swoim ptaku. "Boże".
"Cholera".
Mimo że jestem gotowy eksplodować, z jakiegoś powodu nie szczytuję razem
z nią. Siła przyzwyczajenia. Powstrzymuję się.
- Jeszcze raz - mamrocze.
Nienasycona.
Bez względu na to, ile razy się pieprzymy, zawsze powtarza: "Jeszcze
raz".
- Później - odpowiadam.
- Jesteś twardy - zauważa. Patrzy na moje usta po raz tysięczny.
- Zignoruj mojego ptaka, Lily Calloway.
Gapi się na mnie. - Nigdy.
Nie powinienem się śmiać, ale i tak to robię. - Wiesz co, Lil?
- Co? - Jej oczy błyszczą.
- Będę cię pieprzył bardzo powoli, a potem w tobie zostanę. Ale jeśli
później jeszcze raz będziesz miała orgazm, to się wycofam. - Nie jestem
w stanie się oprzeć, gdy ciało Lily kurczy się, pulsuje i zaciska wokół
mojego ptaka. Intensywność wrażeń i napięcie stają się nie do
zniesienia.
Ściąga brwi. - To nieładnie.
Pochylam się nad nią nisko. Nasze usta dzieli zaledwie oddech. -
Widocznie jesteś ostatnią osobą, która jeszcze tego nie wie... Jestem
bardzo... bardzo... niedobry. - Całuję ją z taką mocą, że unosi głowę z poduszki. Gdy odrywam się od niej, wdycham zapach jej ciała.
Potem znowu wbijam się w nią. Jest tak ciasna, że z trudem mogę się
wysunąć i ponownie wejść. Leżę na niej, smakuję ją językiem, a moje usta
zaczynają piec i nabrzmiewać. Łóżko kołysze się pod wpływem naszych
ruchów; drewniany słup miarowo uderza w ścianę.
Jest drobna jak dziewczynka. Mam świadomość, że nosi nasze dziecko. I to
jeszcze bardziej mnie podnieca.
Po dwóch kolejnych pchnięciach Lily znowu jęczy w poduszkę.
Opieram się na łokciu. Moje gardło drażni niewydobyty głos. Leżę
nieruchomo w jej cieple, a mój mózg zalewa wyczerpanie. Oboje jesteśmy
zlani potem i mamy potargane włosy. Jak po przebiegnięciu maratonu.
Znowu leżymy na boku. Przyglądam się jej twarzy.
Nawet jeśli nie mówi tego głośno, to mówią to jej oczy. "Jeszcze raz".
Nie.
Na tym koniec. Całuję ją lekko w usta. - Koniec.
Potakuje. Rozumie, ale jej kończyny drżą w oczekiwaniu na kolejną rundę.
- Teraz już zasnę. Obiecuję.
Muskam ustami jej skroń i gładzę wilgotne włosy.
To będzie długa noc.