Z młodszych moich lat - nie
ma co pisać, bo ludzie są jako trawa gdy się z ziemi wytyka,
wszyscy jednakowi, trudno poznać czy to z tego będzie łopuch czy
sałata. Pamiętam tylko że mi dla zbytniej swawoli matka i ojciec
prorokowali iż się szubienicy dorobię, lecz, dzięki Bogu nie
sprawdziło się, choć prawda, żem dokazywał srodze i kipiało we
mnie, a spokojnie na miejscu wysiedzieć nie było sposobu.
Rodzeństwa nas było troje, starszy brat Michał, powolny i nad
wiek stateczny, młodsza siostra Julusia, a ja w pośrodku.
Matka nasza najukochańsza, świeć panie jej duszy, nie bardzo
była dla mnie surowa, i mawiała (choć nie w mojej obecności) że
młodość ma prawa swoje, i najlepsze piwo gdy zrazu szumi - więc
przez palce patrzyła na wybryki i folgowała gdy ojciec dyscypliną i
rózgami groził. Swawola też owa ograniczała się na znęcaniu nad
ptactwem, do którego z łuku się strzelało, na rybołóztwie, na
dojeżdżaniu koni, od których nie jednegom guza dostał i sińców
napytał.
Do obiecadła, nad którem Michał rad siadywał, ani mnie było
napędzić ale przecież gdy na srom przywiązano mnie sznurkiem do
ławki i kazano się uczyć - nie przychodziło mi to z trudnością.
Bakałarza mieliśmy osobliwego, niejakiego Kleta Cygańskiego,
który
nomen omen, choć szlachcic, jako cygan się włóczył ode
dworu do dworu, to bakałując, to za oficjalistę służąc, to przy
kościołach rezydując, a nigdzie nie zagrzewając miejsca. Człek był
i na oko nie powszedni, drab jakby z samych kości zbudowany, skóra
lśniąca na nim jakby wyprawna, włosa tyle tylko że korona do koła
łysiny, wargi odwalone ogromne, a oczy gdyby ślipia kocie świecące,
nosił się nędznie, nie zawsze czysto około niego bywało, ale głowę
i gębę miał że i statyście by ich starczyło.
Powiadano o nim iż tak ciekaw był, że żadnej książki z rąk
nie puścił aby jej nie przeczytał. Oracją napisać komu, jakąkolwiek
bądź, jak orzech zgryść było dla niego, i płacono mu za to a pojono
go i karmiono... Grosza by był mógł łatwo sobie przyzbierać, ale
potajemnie pił pono, a pod humor pieniądze rzucał ubogim i lada
komu, jak plewę.
Ja u Cygańskiego miałem łaskę, choć Michał był pilniejszy i
stateczniejszy. Czasem mnie za uszy wytargał, czuprynę mi
wymiętosił, ale nigdy się nie pogniewał bardzo, a często i zataił
przed rodzicami, gdym co zbroił.
Michałowi starszemu przepowiadał, co się sprawdziło, że do
zakonu wstąpi, gdyż w istocie potem, O. Jan brat matki naszej do
nowicjatu go w Lublinie wziął, już z niego nie wyszedł, choć ojcu
się to bardzo nie podobało.
Z rąk Cygańskiego oddano mnie do infirmy w Łucku, a później
razem z Michałem do Lublina, z powodu że tam ojciec Jan, wuj nasz
rezydował i w zakonie miał znaczenie a nami się opiekował.
Tu Michał mój poczciwy, natura spokojna i łagodna, jak
przylgnął do Ojca Jana, jak sobie upodobał życie klasztorne, tak
już pozostał Bogu służąc, mnie zaś mamonie na łup dano. Uczyłem się
niezgorzej, chociaż o pierwszą ławę i laury nie ubiegałem, a
swawola szła swoim porządkiem i w tej celującym byłem zawsze. Rózeg
nie brałem - bo bym był ich nie zniósł, ale w karceresie na
rekollekcjach mało którego tygodnia nie siadywałem. Miano wzgląd na
krew oną burzliwą, której mi pohamować było trudno.
Gdy wreszcie Michał sobie stan obrał duchowny i odwieźć go
od tego postanowienia nie było podobna, na mnie przypadło w
przyszłości się do gospodarki, a razem i do stanu rycerskiego
sposobić, bo co szlachcic musiał żołnierzem być.
Jam sobie tem wcale nie przykrzył.
Śmiało mi się życie obozowe, o którem się nasłuchałem siła,
- wyprawy wojenne, potem sejmikowanie a gospodarzenie około roli.
Wszystko to we krwi już było... Od młodu się człowiek
nasłuchał, napatrzył, obyczaje te poznał i w nich kochał.
Nim do szkół mnie oddano, tom ci się już w szable umiał
ściąć niezgorzej, na konium jeździł jako centaur, a z łuku i
strzelby celnie strzelałem i nikomum się wyprzedzić nie dał. - Łuk
naówczas do parady więcej służył niż do boju, ale się nim zabawiano
chętnie, równie jak oszczepem. Pozostałości te były prastarych
czasów, które konserwowano.
Pamiętam że na tak zwane łuby, w których strzały pierzaste
noszono, wysadzano się chętnie, równie jak na ozdobne tarcze, choć
oboje tylko na okaz służyły. Nie jeden taki łub, w którym ani śladu
łubu nie było, perłami szyty, złotem dzierzgany, kamieniami
sadzony, kilka set złotych wartał, tak samo tarcze, które albo
giermek niósł, albo na sobie wieszano, lekkie, - łacne do
przebicia, dla plendoru tylko chowano, a były malowane, złocone i
roboty osobliwej...
Szlachcic około domu w kitlu płóciennym, w kozłowych butach
i lada jako chodził, ale każdy najuboższy, po dziadach i
pradziadach, miał się w co odziać paradnie, gdy wystąpić było
potrzeba... Przechowywały się pasy, lamy, futra, delje z pokolenia
w pokolenie. Dopiero za moich czasów, gdy różne mody cudzoziemskie
nastały, poczęto się też drogich pozbywać pamiątek i przebierać
szpetnie. Przy czem nieraz od tych co obyczajowi staremu wierni
pozostali dostało się dobrze tym zniemczonym i sfrancuziałym po
tebinkach.
Pod koniec mojej szkolnej nauki wąs mi się już wysypywał, a
okrutnąm niecierpliwość czuł aby się z pod feruły wydobyć i w świat
pójść. Ale człowiek sam sobą nie dysponował, ojca, matki słuchać
było potrzeba. Wyrwał się który niecierpliwszy, bez zezwolenia ich
z domu, nie było już po co powracać. Rygor był wielki, ani
rzadkością to że młodzieniec pod wąsem, na kobiercu ręką ojcowską
baty oberwał, za które karzącą dłoń pocałować musiał.
Pod koniec mojej nauki szkolnej, rodzicowi naszemu
najlepszemu, nagle się zmarło, po Sejmiku w Łucku, czasu którego
się namęczył, i zirytował, tak że do domu powróciwszy obległ zaraz
i już nie wstał.
Dano nam znać do Lublina gdy już nadziei utrzymania przy
życiu nie było i spieszyliśmy z Michałem dniem i nocą po
błogosławieństwo ojcowskie, aleśmy ojca już na katafalku zastali.
Pogrzeb z sumptem nie małym odprawiliśmy w Łucku u
Dominikanów, gdzie w Refektarzu chleb żałobny potem zastawiono,
przy którym ja gospodarzyłem, bo Michał choć starszy, już kleryk
nie chciał się tego podjąć.
Kilka tylko dni w domu przy matce zabawiwszy, musieliśmy do
Lublina powracać, Michał do nowicjatu, a ja do szkoły, której
porzucić matka nie pozwalała.
Z męztwem wielkiem, choć z sercem bolejącem, wzięła się sama
do interesów i do gospodarstwa, nie zapominając o wychowaniu
Julusi, którem się sama zajmowała, a na wszystko jej starczyło
czasu.
Ale też niewiast takich jak ona, starego autoramentu, już
wówczas nie wiele było u nas.
W życiu jej marnej chwili nie było, wstawała z kurami, - z
nią się też wszystko we dworze do pracy budziło. Obchodziła
wszystkie kąty - nie wyręczając się nikim. Rzadko z rana czas
przysiąść miała, bo coś zawsze było do czynienia, co ją na nogach
trzymało.
Przy pracy i przy modlitwie wspólnej ona przewodniczyła. Nie
rzadko jeszcze gość nadjechał, proboszcz, kwestarz - trzeba go było
przyjmować, regestra przepisywać, motki i talki policzyć, wymiaru
zboża jeśli nie dopilnować, to na niego najrzeć - i tak cały Boży
dzień schodził.
Przy czem i to dodać potrzeba, iż prawne interesa, na
których nie zbywało, bo mało która majętność albo spornej granicy,
lub jakiego zastarzałego processu nie miała - pani matka
nadzorowała sama, i prawo jej nie było obce... tak że lada jurysta
nie podszedłby był, i nie oszukał.
A wszystko to szło, pamiętam, tak spokojnie, cicho, jak w
zegarku, że ani słychać było ani widać wysiłku. Przybył obcy człek,
witała go obliczem wypogodzonem, dla wszystkich uprzejma, łagodna,
chociaż w potrzebie surowa, i gdy co postanowiła nie przełamana.
Na wakacje przybyłem już sam gdyż Michał jak każdy zakonnik
rodziny się wyrzekać musiał, tak jak wyrzekał świata. Ze łzami na
oczach powitała mnie, gdym jej w ganku do kolan przypadł, sam też
płacząc, bo ojciec się przypominał, którego nam brakło.
W pierwszych dniach mowy niebyło o tem, co pani matka
względem mnie postanowi. Korciło mnie wielce się o tem dowiedzieć,
alem nie śmiał pytać.
Nie nagliłem też, bo mi doma, po szkole było jak w raju.
Wszystkom tu miał, za czem w mieście tęskniłem. Konie, psy, las,
rzekę, szerokie pola, a sąsiadów tak miłych, którym się
przypominało. Byli między niemi i rówieśnicy, i szkolni z Łucka z
jednej ławy towarzysze.
Pani matka swobody mej wiele nie hamowała, zapowiedziawszy
to, żem mógł sobie spocząć i zabawić się, nimbym się zaprzągł do
nowego życia, ale jakie ono miało być, nie mówiła.
Po nieboszczyku ojcu wierzchowych koni, psów łowczych
różnych, zostało dosyć, ludzi też w pomoc do tej zabawy nie brakło.
Zapraszali sąsiedzi, między innemi, pomnę, Steccy i Tomaszewscy, z
którymi i ojciec żył w przyjaźni.
Czasy były nie wesołe, bo po owem nieszczęsnem panowaniu
Jana Kazimierza nastąpiło było jeszcze smutniejsze króla Michała,
które zawichrzyły całą rzeczpospolitą podzieliwszy ją na obozy...
Stali jedni, szczupła gromada przy królu przez szlachtę
sobie obranym, drudzy przeciwko niemu, a turecka potencja z
kozakami na granicach plądrowała i pustoszyła, zanosiło się po
okropnych klęskach i Buczackich traktatach na gorsze jeszcze.
Lecz prawdę powiedziawszy, tam gdzie wojna, ogniem i mieczem
nie dochodziła, ledwie ją czuć było i wierzyć w nią chciano. Paliło
się nieraz obok, łupiło kozactwo i plądrowali tatarzy, a byle nie
dotarli gdzie szlachcic się nie poruszał i na wojska zaciągane
zdawano obronę, pospolitemu ruszeniu opierając się do ostatka.
Wichrzyciel wielki i ówczesny Prymas jednooki Prażmowski i
jego zausznicy wbrew królowi, wojnę negowali, nieprzyjaciela
ignorowali, ani ludzi ani pieniędzy nie miłemu panu dawać nie
chcieli.
Jeszcze na chwiejącym się tronie siedział ów elekt
szlachecki, gdy już jedni księcia Lotaryngskiego, drudzy jakieś
francuzkie książątko, inni Neuburgskiego na gwałt forytowali.
Szlachta, choć niby mocy swej dała dowód na elekcij wbrew
panom i na przekorę im wyniósłszy ubogiego Michała, za którego się
pod Gołębiem gorąco ujęła, złamaną została w prędce, a Senatorowie
i panowie tak rej wiedli znowu jak przed tem.
Mnie naówczas mało te rzeczy obchodziły, wszelako mimowoli
się o uszy obijało, co się gdzie działo.
Widocznem było iż, choć rakuzcy przyjaciele i Cesarscy mieli
mir i pewną siłę, francuzka partja górę brała...
Od abdykacji Jana Kazimierza, którego francuski król namówił
do złożenia korony, albo raczej od śmierci Władysława IV, - sprawą
królowej Marji Ludwiki pani wielkiego rozumu i energii zgoła nie
kobiecej; francuzi i francuzkie stronnictwo coraz się potężniejszem
stawało. Chciał król francuzki w Polsce przeciwko Cesarzowi mieć
ścianę mocną, a nad utwierdzeniem jej pracowała skutecznie Marja
Ludwika.
Nie lubiano rakuszan i obawiano się ich, posądzając, że na
Polskę i jej wolność czyhali, ale też francuzi miłości sobie
wielkiej nie pozyskali, krom u tych, co się na ich obyczaj
ponawracali, język ich sobie przyswoili, suknie przyodzieli.
Pomnę to sam, że na prowincjach u nas, gdy się który z
panów, z peruką na głowie, we wstążki i koronki przystrojony
pokazał - zbiegano się nań patrzeć, jak na raroga, a śmiechu było
pełno.
Z za płota nie jeden do takiego francuza strzelił, taką
obrzydliwość miano ku nim.
Mogło się było zdawać, że po śmierci królowej, która
abdykację poprzedziła, wpływ ten jej i francuzów ustanie lecz
okazało się inaczej.
Przywiozła z sobą była z Francji Marja Ludwika siła młodych
i pięknych dobrego rodu, francuzek, które za Paców, za Zamojskich
powychodziły.
Pomiędzy temi celowała najpiękniejsza, królowej
najulubieńsza, którą niemal dzieckiem jeszcze przywiozła Marja
Ludwika, tak że złe języki bąkały nawet jakoby ukochana ta
wychowanka bliższą jej była niż się wydawała... Zwała się Marja de
la Grange d'Arquien, pono dobrego ale zubożałego rodu, i w istocie
wychowanką była tylko bezdzietnej naówczas pani.
Oprócz niej, panna de Mailly, później Kanclerza Paca żona i
innych wiele ze dworu królowej za znacznych panów powychodziły.
Wszystkie one przejęły po nieboszczce sprawę francuzką i
mężów na nią ponawracały, tem łacniej, że pieniądze z Francyi
płynęły, a większe jeszcze od nich obietnice.
Mówiłem już o pewnej Marji de la Grange. Dzieckiem była ona
nadzwyczajnej piękności i dorastając jeszcze większym zajaśniała
blaskiem. Ludzie dla niej głowy tracili, szczególniej młody
Sobieski, dzielny wojak, ale jako człowiek krewki i gorącego
temperamentu, w niewolę się jej zapisał.
Ale wówczas jeszcze płotka to była dla niej, co szczupaka o
złotej łusce mieć chciała. Czuwała też nad tem królowa, aby tę
perłę dobrze sprzedać.
Więc choć się pannie piękny i miły, a serdeczny Sobieski
podobał ale - miłości czekać kazano, a tymczasem chciwość i ambicja
wyswatały ją za starego Zamojskiego.
Z tym jakie było pożycie łatwo zgadnąć.
Na tej nadpodziw pięknej kobiecie sprawdziło się to iż nie
wszystko złoto co się świeci, a dziwnie czasem piękność niewieścia
w parze idzie z okrucieństwem i nie litościwą rachubą.
Pieszczona, ubóstwiana od dziecka, samolubna ambitna, w
szkole Marji Ludwiki zestarzałej i ostygłej wychowana, owa cudnej
piękności pani, wyrosła na niewiastę, jakiej u nas w Polsce dzięki
Bogu, drugiej by nie znalazł.
Po śmierci starego Zamojskiego oddała wprawdzie rękę
Sobieskiemu, zdawna kochankowi i niewolnikowi swemu, lecz naówczas
już kiedy jego męztwo, rozum, dzielność wielką mu przyszłość
obiecywały, której też fundamenta położyło Marszałkowstwo naprzód
koronne, potem Hetmańska buława.
Więcej już, zdaje się, wdowa po Zamojskim, ulubienica
królowej, ani pragnąć, ani się spodziewać nie mogła.
Rozszerzyłem się tu o niej nie bez przyczyny, bo ona i na
losy kraju i na moją dolę wpływ miała, choć za panowania Michała
wszystkiego co potem nastąpiło przewidywać nie było można, ale mi
do niej jeszcze wielekroć powrócić przyjdzie.
Rodzina ta nasza Polanowskich zdawien dawna szlachecka i
rycerska, po całej niemal Koronie, na Rusi i na Litwie nawet była
porozrzucana.
Naszej gałęzi na Wołyniu ojciec jeden był ostatnią odroślą
i, krom rodziny matki, nie mieliśmy nikogo bliższego, któryby głowę
domu zastąpił i matce radą w pomoc przyszedł.
Za żywota nieboszczyka ojca z temi innemi się Polanowskiemi
rozproszonemi, utrzymywaliśmy stosunki, a szczególniej z
Aleksandrem Chorążym Sanockim Pułkownikiem w wojsku kwarcianem,
słynącym z męstwa i ulubieńca rycerstwa całego. Matka więc i teraz,
gdy o mnie stanowić przychodziło i szukać gdzie bym się ja, dla
dalszego wyrobienia między ludźmi pomieścił, - pomyślała o tem aby
się zwrócić do Chorążego.
Tylko że nie wiedzieli gdzie go było szukać bo w domu na wsi
rzadko siadywał, przy wojsku statecznie będąc, a że się teraz na
wojnę zbierało, od regimentu swego ani się mógł ruszyć.
Naprzód tedy list napisała do niego, a z nim któż miał
jechać jeżeli nie Leśko!! Widzi mi się że takiego drugiego Leśka
dziś by ze świecą szukając nie znalazł, i dla tego o nim coś
powiedzieć muszę.
Kto był ów Leśko! - prosty chłop siedzący w chacie na wsi...
Młodość prawda pędził na dworskiej służbie, ale potem, ożeniwszy
się ze służącą matki naszej poszedł na grunt i gospodarzył.
Bez Leśka ani ojciec ani matka stąpić nie mogli, i muszę mu
to przyznać że, gdyby go do Chin posłano, zdaje się, i do nich by
drogę znalazł, a sprawił się.
Małego wzrostu, dużej twarzy, z długim włosem jasnym na
głowie, oczów niebieskich, spokojny, cichy, milczący jakby trzech
zliczyć nie umiał - Leśko miał rozum i zręczność w postępowaniu
niesłychaną.
Chodził zawsze powoli, a robił wszystko prędko - nie
obiecywał nigdy nic, a z każdą rzeczą radę sobie dał, nikt go nie
oszukał. Leśkowi ojciec często tysiącami powierzał pieniędzy, nigdy
tego zaufania nie pożałowawszy.
Matka też Leśka szacowała jako klejnot i rzadki był dzień,
aby do dworu go nie potrzebowano.
I teraz też, ponieważ o pułkowniku Chorążym Polanowskim nic
nie wiedziano kędy się obracał, Leśko tylko jeden mógł go wyszukać.
Przywołano go gdy już list był gotów, kieliszek wódki wypił,
głowę ciągle ręką przyczesując, wziął pieniędzy na drogę, pokłonił
się i tegoż dnia wyjechał.
Niebyło go blizko trzy tygodnie z powrotem, bo - jak się
okazało, stał pan Chorąży z pułkiem swym około Lwowa, ale znalazł
go Leśko, pismo wręczył i respons przywiózł - konia nawet nie
schudziwszy. Po drodze zaś na jarmarkach nakupił chust i różnego
towaru, który potem z zarobkiem sprzedał.
Pułkownik matce odpowiedział iż chętnie by się losem moim
zajął, ale jako sam żołnierz do wojska mnie wpisać życzył, a o
dworskiej służbie pod te czasy wyrażał się iż o nią trudno było...
Mnie rycerska sprawa dosyć się uśmiechała, nie byłem od
tego, ale matka, mając już teraz mnie jednego, bo pierworodnego
Bogu ofiarowała - wolałaby była spokojniejsze pomieszczenie, gdzie
by codzień życia stawić nie było potrzeba. Zawahała się więc mocno.
Wiedzieliśmy o tem iż u Hetmana Sobieskiego Polanowski był w
zachowaniu wielkiem, z tego urosło, iż matka powtóre list do
Pułkownika wysłała wyłuszczając mu dla czego życzyła sobie mnie dać
na dwór czyjś insynując czyby Hetman dworzanina nie potrzebował.
Niewątpliwem było iż ich chować musiał wielu, bośmy o tem
słyszeli że i Polaków i Francuzów i Włocha miał do listów a
kancellarję liczną.
Na to pismo powtórne, które już poszło przez ręce duchownych
OO. Dominikanów z Łucka do Lwowa, dosyć długo czekaliśmy
odpowiedzi.
Nadeszła wreszcie tąż samą drogą - pisał Polanowski iż z
Hetmanem o mnie mówił, bliższym mnie uczyniwszy siebie
pokrewieństwem niż w istocie byłem, i że - choć Sobieski utyskiwał
że miał próżniaków nad miarę przy sobie przecież, na opinje i
prośby, przyrzekł mnie przywiązać do swej osoby...
Radość ztąd u nas była wielka, i pani matka natychmiast
zajęła się wyprawą. Chociaż mi wielce o to chodziło abym się między
obcemi wydał przystojnie i śmiechu z siebie nie uczynił - znając
matkę naszą tak byłem pewnym iż wszystko rozporządzi najlepiej, żem
się ani chciał mięszać do tego.
Nigdy bym też sam tak się obficie nie zaopatrzył we
wszystko, jak ona mnie w tą podróż. Nie było zapomnianego nic ani
najmniejszej rzeczy - nie wiedziałem jak dziękować.
Konie najlepsze, wóz węgierski, siodła dwa, kulbakę,
wyrostka też we wszystko zaopatrzonego z łaski jej dostałem, żem aż
nadto pańsko wyglądał. Sukni podostatkiem, kożuchów dwa pokrytych,
wojłoków, kobierców, nawet cokolwiek sreberka i namiocik obozowy na
wozie się mieściły. Grosza też nie chciała abym rychło z rąk
cudzych patrzał, więc i kilkaset złotych w talarach bitych do
puzderka włożyła.
Pierwszy też raz sygnet herbowy po ojcu na palec włożyłem,
przy którym nauka była jak ten klejnot szanować należało.
Uzbrojenia, choć wojskowo służyć nie miałem, musiałem wziąć dosyć
dla parady, a szabel dla bezpieczeństwa.
Bogu tylko wiadomo jak mi się tęskno zrobiło gdy z domu
wyruszać przyszło, choć wprzódy tak się w świat chciało!!
Obchodziłem żegnając wszystkie kąty, z każdym parobczakiem się
żegnałem, a chwilami serce mi się tak ściskało żem im losu
zazdrościł.
Matka popłakiwała, Julusia mi się wieszała do szyi... - ów
świat co się tak uśmiechał, teraz gdyby kirem powleczony się
zdawał.
Zwlekałem z dnia na dzień, aż na ostatek - ruszyć musiałem,
w imie Boże.
Jakem się rozstawał z panią matką i domem - opisywać nie
będę, ani podróży w ciągu której przez niedoświadczenie bąków siła
się nastrzelało, za które workiem płacić przyszło.
Hetman czasowo przebywał we Lwowie, wybierając się do obozu
pod Gliniany, i tu go zastałem, ale tak był niesłychanie zajęty
wojskowemi sprawami, że ani mu listu oddać, ani się przedstawić
pierwszego dnia nie było sposobu.
Około domu w którym stał, ludzi różnych, gromady czekały
ciągle dobijając się posłuchania, wojskowi przyjeżdżali z obozu,
przyprowadzano języka - przychodzili mieszczanie, przybiegali
posłańcy z majętności jego z pieniędzmi, żydów też siła
wartowała... nie licząc Senatorów i panów nawiedzających.
Z tego mi zaraz poznać było łatwo co Hetman znaczył, jakie
miał zachowanie, bo, choć króla się też spodziewano, ale na
Sobieskiego wszystkich oczy były zwrócone.
Wystawszy nadaremnie u wrót godzin parę, z desperacją niemal
wróciłem do gospody - ale tu mi się szczęściem nastręczył
Wardeński, rządzca Hetmana dóbr, któremu gdym się wyspowiadał z
biedą moją, ulitowawszy się, obiecał mi nazajutrz drogę utorować.
Był naówczas, gdym go po raz pierwszy zobaczył Sobieski
urodziwym bardzo mężczyzną, w sile wieku, chociaż już nieco
otyłości późniejszej widać było początki. Twarz piękna, oko pełne
ognia, czoło rozumne, na ustach często uśmiech, postawa pańska i
rycerska... Nosił się po polsku i spojrzawszy nań wnet czuć było że
to kość z kości naszych, a ród wielki i stary. Groźnego w sobie nie
miał nic, a przecież posłuszeństwo wrażał jednem skinieniem...
Czynnym był nieustannie i niezmordowanie, a czasu marnować
lada jako nie lubił.
Gdy mnie przywołano, już był uwiadomiony przez Wardeńskiego
z czem przybyłem i pokłon mój do kolan, jako ojcu, przyjął
uśmiechając się.
- Chłop zdrów, silny jak dębczak, odezwał się - czemuż to do
wojska się nie zapisał. U mnie teraz wszelki dworzanin będzie
musiał zbroję wdziać...
W tem się zadumał, przystąpił do stołu i zwracając się do
mnie począł.
- Już rozkazy wydam aby tam waści pomieszczono - nie wiem
jeszcze, ale może być że wypadnie na początek z listami i parą
puzderek do Warszawy, naprzeciw żonie mojej z za granicy
powracającej jechać, i przy niej do czasu pozostać, bo ja tu dosyć
dworu mam, a tam pani Hetmanowej go braknie. Gotuj że się
ewentualnie do drogi...
Pokłoniłem się chcąc odejść, aż się zawrócił.
- A jak tam z końmi! Masz szkapy dobre? - zapytał.
- Niczego - rzekłem chwalić się nie śmiejąc.
- Każę Stebelskiemu zobaczyć - dodał.
Na tem się posłuchanie skończyło, bo już Aron żyd, dobijał
się pilno do drugich drzwi i dwa razy go oznajmywano.
Dnia tego tyle tylko żem się z towarzyszami zapoznał i
przeniósł do ciasnej ciupki, którą we dwu zajmowaliśmy z drugim, w
kancellarji polskiej pracującym, Morawcem... a wieczorem, wedle
zwyczaju, musiałem znajomość moją i inkrutowiny te paru garncami
wina oblać.
Z tego com słyszał i widział strachu wielkiego i grozy nie
nabrałem. Pan był dobry, ale, gdy się dowiedziano że mam być
wysłanym do pani Hetmanowej - nikt mi nie winszował.
Nie powiedział żaden i uchowaj Boże, złego słowa, lecz z
milczenia i min, wiele się domyslać było można...
Tylko żem ja nigdy tchórzem podszyty nie był. Wolałbym był
może z panem Hetmanem do Glinian, a potem dalej, jako zapowiadano
pod Kamieniec czy ku Chocimowi - ale i Warszawę poznać nie
przykrzyłem sobie, na wszystko gotów będąc.
Przeciągnął się ten wybór do obozu, bo jakem już mówił,
Hetman niezmiernie był zajęty i na głowie miał nie jedno wojsko -
choć ono teraz było najważniejszą rzeczą, ale i własne interessa i
cudzych siła.
Drugiego dnia, gdy się Sobieski z kwatery swej wybrał
arcybiskupa odwiedzić, mnie Morawiec zaprowadził do jego sypialni i
gabinetu, - dla ciekawości. Z obejrzenia ich najłatwiej mi
przekonać było można, jak ten człowiek pracować musiał, bo - czegóż
tu nie było?!
Na wielkim stole mapp i planów wojennych mnóstwo,
sztychowanych i od ręki świeżo przez inżenjerów rysowanych, książek
też francuzkich poznaczonych kupy; na innych cebule kwiatów,
nasiona, owoce różne, słoje ze słodyczami. - Obok dziecinne stroiki
(dla trzyletniego syneczka Jakóba, którego Fanfanikiem zwano).
Listów wszędzie stosy, w których mi Morawiec ukazał cyfry, com je
pierwszy raz w życiu oglądał, regestra gospodarskie, komputy
wojskowe.
Przy łóżku aż trzy wizerunki pani Hetmanowej po raz pierwszy
oglądałem, jeden większy, bardzo piękny, snadź dawniej, gdy
młodziuteńką, była wystawujący, dwa pomniejsze w różnych strojach,
bo jeden na kształt pasterki.
Morawiec mi ukazał ten, który najpodobniejszym być miał -
ale na tym, mimo piękności, oblicze miała tak dumne i pogardliwe iż
mi się wcale nie podobała.
Wpatrywałem się w nią długo - ale oprócz tej pychy i
nadąsania jakiegoś, nic nie znalazłem czem by człowieka oczarować
miała - choć Morawiec mi szeptał że ona z panem Hetmanem czyniła co
jeno zamierzyła i gdy by mu była kazała, kraj porzucić, wyprzedać
się, opuścić wszystko, przesiedlić za góry - i na to był nawet
gotów.
W pokojach przez Hetmana zajmowanych, wszędzie tu jego
pracowitość, o której dworacy cuda opowiadali, jawną widać było.
Samych książek porozpoczynanych do czytania, po wszystkich kątach
walała się moc wielka.
Morawiec mówił że często o czwartej dopiero nad ranem
usypiał, a w parę godzin potem był już na nogach. Koni po kilka na
dzień zamęczał, bo nigdy jeden mu nie starczył. Przy tem mało kiedy
zupełnie zdrów był i leki jakieś bierał, krew często puszczał, wody
mu różne z za światu sprowadzano do picia!! Z twarzy zaś tego
bynajmniej wyczytać nie było można.
W tych pierwszych dniach małom, ja tu co mógł wyrozumieć,
później dopiero wszystko mi się jaśniej przedstawiło.
Człowiek mi się wydawał najszczęśliwszy w świecie, na równi
z królem lub więcej nad niego mogący, gdyż wojsko całe w ręku miał,
a w Senacie co najprzedniejsi z nim trzymali - w dostatki zdawał
się opływać, żona jak anioł piękna. Czegoż mógł pragnąć?!
A w istocie samej - troski go jadły, pokoju nie miał. - Na
oko się prezentowało wszystko jak nie można piękniej i lepiej, a
pod tą pozłotą...
Ale ja wówczas tego jeszcze wcale nie rozumiałem, tylkom
wielką potencję mego pana czuł i widziałem, a winszowałem sobie że
mnie pan Chorąży Sanocki tu umieścił.
Zapowiedziany mając wyjazd do Warszawy na przeciw pani
Hetmanowej, musiałem czekać na listy, które nie rychło
przygotowano. - Ale zdawało się nie odmiennem że mnie z niemi nie
kogo innego odprawi, boć wolał pozbyć się mało znajomego, niż
jednego z tych do których był nawykłym.
W ciągu dni tych miałem czas lepiej się tu rozpoznać i
rozsłuchać, choć nie rozumiałem ani części tego co się koło mnie
obracało.
Panowie Senatorowie, panie też nieustannie do Hetmana
przyjeżdżali, z któremi żywe rozmowy po francuzku się wiodły, -
które często i listy już gotowe zmieniać zmuszały, bo tu się
jakichś intryg różnych plątało i krzyżowało bez miary. A co pism
przychodziło dnia każdego, kartek, notatek, tego nie zliczyć. Zawóz
był nieustanny jak we młynie.
Starsi dworzanie jak Morawiec, który mi bardzo przyjaznym
się okazywał, rozumieli tu ludzi lepiej, wiedzieli: kto miły, a kto
podejrzany. -
Dla mnie ten zgiełk cały tyle tylko że Hetmana potęgę wpływ
dobitnie oznaczał. Musiałem się uczyć co tu które nazwisko
wyrażało, przyjaciela czy wroga; bo jedni i drudzy kłaniać się
przychodzili.
Nie pełniłem żadnej służby stałej tymczasowo, ale porywano i
posyłano pod czas i mnie do innych posług, gdy pilne były.
Jak mi się to po cichem życiu domowem wydawało - trudno
powiedzieć -
mutatis mutandis, jak wyżej powiedziałem, - zdało się jak
bym do młyna zajechał.
Dzień i noc prawie spoczynku nie mieliśmy.
Gdy od wojska lub od granicy przychodziły kresy,
przyprowadzano języka, budzono nie tylko nas, ale samego Hetmana, o
każdej godzinie.
Tak czynnego żywota wyobrażenia nie miałem, - potrzeba było
do niego nawyknąć.
W końcu dzień wyjazdu do obozu oznaczony został, a ja też
zaraz miałem się puścić w drogę, do której byłem przygotowany.
Zawołano mnie do Hetmana rano, który z małej chwili wolnej
korzystając, jeszcze mi ustną chciał dać instrukcję, to dodając, że
od pani Hetmanowej zależeć będzie, albo mnie przy sobie zatrzymać
lub też z listami i posyłką do niego nazad odprawić.
Wardeński mi pieniędzy na drogę miał dać, jakoż w istocie
znalazłem je bardzo ściśle obliczone, i od razu mogłem zmiarkować,
że ze swoich dokładać przyjdzie. Dziękowałem więc przezorności
matki dobrodziejki, iż mnie uprowidowała. Z góry zaś, wyliczając mi
strawne i na konie, pan Wardeński zapowiedział żebym się rządził
jak chcę, ale żadnych potem pretensyi nie wnosił o dodatki,
suplimenty i indemnizacje, bo tych niedostanę.
- My tu, rzekł - takie mamy ciężary, niesłychane; a i pani
Hetmanowa potrzebuje tak dużo, iż ledwie nastarczyć można...
Sam też w kilku dniach tych przekonać się mogłem, iż Hetman
oprócz osobistych wydatków, miał do dźwigania i publiczne, bo ze
swej szkatuły wojsku często płacił, gdy szemrało, prochy swoje
własne i działa dawał...
Słowem, nauczyłem się tu wiele w krótkim czasie choć nie
wszystko rozumiejąc.
Ze Lwowa razem jechaliśmy, Hetman do obozu pod Gliniany, a
ja do Warszawy naprzeciw Jegomości.
Gdym się po tych szumie i zgiełku znalazł sam jeden na
gościńcu, z wyrostkiem i masztalerzem, sam sobie pan znowu, aż mi
się lżej zrobiło.
W drodze pospieszałem jakem mógł, ale koni zaoszczędzając,
bo koń dla szlachcica to więcej niż drugie nogi, - bez niego, ani
kroku.
Przypadku dzięki Bogu niebyło żadnego, tyle tylko co z
podkowami się kłopotać musiałem, choć zapaśne miałem, bo nie
wszędzie się kowal znalazł, a nie raz dla niego z gościńca w bok
trzeba było skręcić.
Mało to mnie opóźniło i w Warszawie stanąłem szczęśliwie
przed panią Hetmanową, której się dopiero spodziewano. Był więc
czas odetchnąć.
Po Lwowie mi się Warszawa wydała bardzo piękna, a ruch tu
jeszcze większy, chociaż król się też pod Gliniany wybierał, i koło
zamku, frekwencja była daleko mniej żywa, niż przy kwaterze p.
Hetmana.
We dworze, który zajmować miała pani nasza, część już
fraucymeru i nas dworzan - oczekiwało na nią, z ochmistrzynią i
rodzajem marszałka tymczasowego, który był człek niemiły i
opryskliwy i wielce godność swą nową noszący dumnie.
Szczęściem był rodem z Wołynia, i familję moją znał, albo o
niej słyszał, więc dla mnie dosyć się uprzejmym obiecywał.
Na tym punkcie mojej spowiedzi stanąwszy, pióro mi niemal
odmawia posługi, tak człowiekowi trudno się przyznać do - słabości
swych...
Słabością ja to zowię przez konsyderacją dla siebie, choć
surowiej biorąc, inaczejby denominować należało.
Pierwszego dnia przybywszy oprócz IMPana Łowczyca, który
marszałkował, i dwu młodych dworzan przyszłych towarzyszów moich
nie widziałem nikogo. Dużo było do czynienia z rozgoszczeniem się,
postawieniem koni, poznoszeniem rzeczy kosztowniejszych i t. p.
Jeść mi dano do izby i cale nieosobliwie, alem o to wiele
niedbał...
Nazajutrz, ponieważ wcale do czynienia nie było nic, a o
Hetmanowej wiadomości nie mieliśmy, wolnym byłem i do kościoła Ks.
Bernardynów chciałem na mszę świętą, gdy w samych wrotach -
Ochmistrzynią starą francuzkę spotkałem, również z książką
odnabożeństwa idącą, a za nią tuż młodziusieńkie dziewczątko.
Jak że tu opisać i opowiedzieć wrażenie, które na mnie
uczyniło to zaledwie z dzieciństwa wychodzące stworzenie. Wprost
przyznaję się - osłupiałem. Takiej piękności, jakiejś delikatnej,
niby z powietrza i promieni słonecznych zlepionej, - nie miałem
pojęcia, aby ona w świecie naszym mogła się znajdować.
Widywałem ci ja niewiast wiele i pięknych dziewcząt nie
mało, ale czegoś podobnego, - do czego by ją przyrównać było można,
- nigdy.
Pokłoniłem się im i zdjąwszy czapkę jakiem stanął olśniony,
zapomniawszy się, tak długo przyjść do siebie nie mogłem, a
dziewcze to dojrzawszy, śmiech chusteczką na ustach musiało
stłumić. Śmiesznym też w tem zachwyceniu wydawać się im musiałem,
sam to wiem, alem mocy nad sobą niemiał, takie mnie ogarnęło
zdumienie.
Oczu czarnych, biała jak mleko, śnieżna jak pączek różany,
nie zbyt słusznego wzrostu, zręczna jak sarenka, z wyrazem na
twarzyczce figlarnym i wesołym - wydała mi się panna Felicja
Viviers - aniołem z niebios zstępującym. Paść tylko było przed nią
na kolana i chyba się do niej modlić. Cała moja istota zadrgała i
poruszyła się na widok tego cudownego dziewczęcia...
Wrota się już za niemi zamknęły, i obie mi znikły z oczów, a
jam stał widząc ją jeszcze ciągle przed sobą. Dopiero po dobrej
chwili oprzytomniałem i ruszyłem też precz.
Widziałem je idące przed sobą, w pewnej odległości, a panna
Felicja parę razy się szybko obejrzała...
Doganiać ich nie myślałem, anim się ważył, w głowie tylko
rozbierając, co ta dzieweczka tu robiła i znaczyła, i czy ona też
do fraucymeru Hetmanowej należała...
Wszystko się już na upojenie mnie od razu składało, bo i
Ochmistrzyni z towarzyszką, poszły też do Bernardynów, a ja
podążyłem za niemi.
Żem się tego dnia roztargniony nie wielce modlił - oczewista
rzecz, ani dziw. Razy dwa i trzy poczynałem jedną modlitwę, nie
mogąc jej dokończyć. Panna się już krom jednego razu, nie obejrzała
się ku mnie.
Uklęknęły obie przed wielkim ołtarzem, gdzie się właśnie
msza rozpoczynała i dotrwały do jej końca, poczem obie jeszcze
przeszły na prawo do N. Panny ołtarza i tam pomodliwszy się z
koscioła się wymknęły.
Zrazu mi się chciało gonić je, alem się rozmyślił odwagi nie
miałem i zostałem na drugą mszę cichą, słuchając jej pobożnie do
końca. Tegom jednak na sobie wymódz nie umiał, żeby pozbyć się
obrazu dziewczęcia z przed oczów moich...
Samem się tego wstydził przed sobą, lecz też samego siebie
poznać nie mogłem, tak mnie widok tej dzieweczki do gruntu
przemienił.
Strach aż ogarniał...
Pomodliwszy się w kościele, wyszedłem w ulicę, a że, mimo,
późnej jesieni czas był dosyć pogodny i ciepły - poszedłem ku
zamkowi, zabawiając się widokiem miasta i ludzi. Czym jednak wiele
widział i nauczył się dnia tego, - wątpię.
Nie wiedziałem jeszcze wcale kto była owa dzieweczka, a
paliła mnie ciekawość okrutna. Ze stroju wnosząc domyślać się było
można, iż chyba do dworu Hetmanowej należeć musiała, co mnie wielce
radowało.
Gdym tak przechadzał się około krakowskiej Bramy - natknął
mi się wczoraj już poznany towarzysz ze dworu naszego, Szaniawski,
czemum rad był bardzo i przystąpiwszy do niego, zaprosiłem na kubek
wina do francuzkiej winiarni, tuż pod zamkiem. Szliśmy tedy razem,
a jam tylko na myśli miał, jak się od niego o dzieweczce
dowiedzieć, nie zdradzając z tem żem się jej dał tak olśnić.
Szaniawski był mojego wieku wesoły i dziecinny prostaczek, -
jak się później okazało - poczciwy i serdeczny chłopak, któregom
przyjaźni doświadczył w ciągu życia.
Z rozmowy zręcznie mi się udało na to wpaść, iż bodaj
Ochmistrzynią do kościoła idącą spotkałem, o pannie nieśmiałem
nawet napomknąć.
- A jużci - odparł Szaniawski - chodziła do kościoła z
Felisią Viviers... Nie może być, dodał, abyście i tej nie
postrzegli, bo dziewcze śliczne.
Przyznałem się tedy, obojętność cale udając, że w istocie
była z nią panienka jakaś.
Szaniawski był w bardzo dobrym humorze.
- Najpiękniejszą z naszego fraucymeru panienkę, rzekł,
widzieć się wam udało na początek, macie szczęście. Jestto
francuzka, sierota bardzo pani naszej hetmanowej ulubiona, któraby
jej była pewnie do Francji towarzyszyła, gdyby na odrę nie zasłabła
właśnie na ten czas. Dziecko to jeszcze, bo nie wiem czy ma lat
pietnaście skończonych, ale gdy wyrośnie obiecuje być pięknością
osobliwą. Już teraz ludziom głowy zawraca.
Stanąłem milczący, niechcąc okazywać ile mnie to wszystko
obchodziło.
Dowiedziałem się tedy od Szaniawskiego, że dziewczę było
ubogie, na łasce Hetmanowej, sierota, bez rodziny - i pono nawet
nie szlachcianka, ale tego trudno było dojść, jak powiadał, bo
francuzi wszyscy jakiej by kolwiek byli extrekcij do Polski
przybywszy, sobie nadawali szlachectwo.
Wypiwszy po parze kubków wina, poszliśmy razem do dworu
Daniłowiczowskiego, gdzie była nasza kwatera.
Mnie ciągle po głowie owa Felisia chodziła, aż mi wstyd było
samego siebie.
Fraucymer mieścił się na drugim końcu dworca daleko od nas i
nie spodziewałem się prędko znowu zobaczyć Felisi, gdy na obiad nas
do wspólnego stołu powołano, do którego i panny przychodziły z
Ochmistrzynią.
Zjawiła się i panna Viviers z innemi, które, choć dosyć
przystojne, wszystkie przy niej gasły,
stellae minores. Mnie się albo na szczęście lub na biedę
dostało miejsce na prost przeciwko tego obrazka, tak że moc nad
sobą musiałem wielką mieć, aby wciąż w nią oczu nie wlepiać.
Ile razy pobieżnie spojrzałem, tylekroć jej wejrzenie
nadzwyczaj śmiałe ku sobie skierowane znajdowałem.
Z drugą towarzyszką przez cały czas obiadu szeptały,
śmieszki stroiły i zabawiały się wesoło.
Siedziała przy niej nie tak już młoda, ospowata, nie ładna,
ale śmiała i dowcipna dziewczyna, która czas dłuższy była w Polsce
i bardzo pociesznie po polsku się mówić nauczyła.
Tu parę razy próbowała mnie zaczepiać, alem z nieśmiałości i
tego odurzenia pięknością Felisi języka w gębie zapomniał.
Siedziałem jak mruk z podełba tchurzliwie spoglądając.
Lżej mi się zrobiło gdyśmy od stołu wstali nareście...
Wszystko to by opisywania nie było warte, gdyby ten moment
na całe moje życie późniejsze nie miał wpływu wielkiego, a owa
piękność Felisi nie upoiła mnie od razu i nie uczyniła
niewolnikiem.
Doświadczenia nie mając żadnego - padłem ofiarą - bo to co
mi się wydawało nie tylko pięknem, wziąłem też w dobrej wierze za
anioła.
Następnych dni do stołu chodząc, ośmielony stopniowo przez
ospowatą wielce śmiałą i złośliwą pannę Blanc, którą tu Sofronisbą
zwano - poznałem się bliżej z fraucymerem, a choć taiłem się z tem,
iż na mnie takie wrażenie uczyniła Felisia, choć strzegłem się
patrzeć, nie zaczepiałem nigdy ani słowem - niewiem jak i panna
Sofronisba i inne dziewczęta zaraz to odgadły.
Zaczęto mnie nią prześladować.
W trakcie tego - nadjechała pani Hetmanowa i wszystko się z
jej przyjazdem zawichrzyło u nas, bo trudno wypowiedzieć jak była
wymagającą, dumną i kapryśną.
Znalazłem ją podobną kubek w kubek do tego wizerunku
widzianego we Lwowie, który mi się niepodobał.
Piękna była - temu zaprzeczyć nie można, ale ta jej
królewska piękność miała w sobie coś odstręczającego dumą, samowolą
i takim despotyzmem, iż zdawało się jakby miała prawo cały świat
widzieć u nóg swoich. Miłą ani się starała być i aniby może
potrafiła. Na palcach przed nią chodzić musiano a skinienia
patrząc, na twarz padać.
Pomimo, że bardzo jeszcze wyglądała świeżo i młodo, lecz
niekiedy przy małem znużeniu, oko dostrzegało, że o wiele starszą
być musiała, niżeli się zdawało.
Z panią Hetmanową, dwór jej francuzki przybył dosyć liczny,
panien służebnych kilka, ale ulubiona jej Felisia zaraz nad innemi
miejsce przy pani dawne zajęła i można było dostrzedz, że wszyscy
ją wielce szanowali i oszczędzali gdyż u Hetmanowej miała
nadzwyczajne łaski. Sama nawet stara ochmistrzyni jej się
akomodować musiała.
Z panią Hetmanową przybył też trzyletni synek, zwany
Fanfanikiem. Jakób, około którego naówczas bardzo pilno chodzono i
pieszczono go wielce.
Ale ani dziecko, ani mąż niezdawali się Hetmanowej zajmować
więcej nad ją samą.
Wszystkiego jej za mało było, nigdy niczem zaspokojoną się
nie okazywała. Zły humor i lekceważenie były chlebem powszednim.
Natychmiast po przybyciu jej, z tych pań, które w Warszawie
rezydowały, mało która nie pospieszyła pierwsza się submitować
Hetmanowej.
Duchowieństwo też i panowie Senatorowie świeccy szczególniej
ci co do partji francuzkiej należeli, na wyścigi przybiegali
spragnieni wiadomości jakie z sobą przywiozła... Od rana do
wieczora gości bywało pełno - ona zaś mało kogo nawiedzać raczyła.
W utrzymaniu domu postrzedz było można zarazem wielką chęć
okazywania splędoru i skąpstwa.
Jak to umiano pogodzić nie moja rzecz.
Drugiego dnia i mnie do siebie przywołać kazała, naprzód się
pytając czy po francuzku umiem.
Uczyłem się ja ci tego języka w szkole, ale z niej tak mało
wyniosłem, że mi się nie było czem chwalić. Przyznałem się do
niedostatecznej znajomości - języka, i konwersacja się poczęła po
polsku, którym ona mówiła licho, chociaż rozumiała go dobrze.
Wzięty na spytki, oświadczyłem, co zresztą i w listach stać
musiało, iż miałem się do rozkazów zastosować, azali nie zechce
mnie z pismami do p. Hetmana nazad odprawić. Na co nieotrzymałem
odpowiedzi żadnej.
Nareszcie odprawiła mnie skinięciem głowy.
Z tej audjencji mogę powiedzieć żem jeszcze przykrzejsze
wyniósł wrażenie, niż z widzenia wizerunku. Straszną mi się wydała,
anim pojąć mógł, o czem mnie Morawiec upewniał, iż Sobieski w niej
był zakochany do szaleństwa.
Ponieważ nas dworzan nie wielu się przy niej znajdowało, a
chciała się okazale prezentować, więc i mnie odprawić jakoś
niespieszyła, a jam się też nie napierał, bo mnie tu sam widok
Felisi karmił, żem więcej nic nie pragnął.
Napisałem - widok - bo w istocie oprócz widoku nie miałem
nic. Obawiałem się przystępować bliżej a ona tak dobrze mnie
oczkami wabiła i zalecała się jak drugim...
Rychłom się mógł przekonać o tem, że dziewczęciu szło o
hołdy, bez wyboru kto je składał. Passyi to jednak mojej nie
zmniejszyło, tyle tylko że ją w sobie dusić musiałem.
Służba ciężką nie była - ale nieustanną - rzadko kiedy
mogliśmy wypocząć z Szaniawskim i Drużbickim, kollegami mojemi. Z
temi było mi bardzo dobrze. Tak Szaniawski, jak i on, oba nie byli
majętni. Z domu im mało co nadsyłano, a jurgeld był skąpy - więc
mój worek przydawał się bardzo, nie tylko im ale i panu
Ochmistrzowi, u którego też zachowanie miałem.
Grosza do zbytku oszczędzać nie potrzebowałem, bo matka w
listach zalecając abym rozrzutnym i marnotrawcą nie był, - kazała
się też strzedz brzydkiego skąpstwa i obiecywała gdy zażądam, nowy
sukurs dostarczyć.
Miłość dla Felci naówczas, ba i potem, choć nie raz mi
dokuczyła, ale humoru i młodej wesołości nie nadwyrężyła.. Miałem
taką naturę żem wszystko brał pogodnem czołem, bez kwasu a
dręczenia się - gdy mi było bardzo smutno, prowadziłem
Szaniawskiego na wino, śpiewaliśmy piosenki, swawolili aby o lichu
nie myśleć. Do wzdychania łzawego ani usposobienia nie miałem, ani
mi też ono na co byłoby się przydało. Owszem, gdy płochę dziewcze
zawiniło mi, udawałem jakobym sobie z tego wcale nic nie czynił.
Chociaż z góry do nas, od tego co się tam działo około
Hetmanowej ledwie kapnęło co czasem, czuć było całą sieć intryg
osnutych, snujących się rwących... Tajono się z niemi, każda z tych
osób o które chodziło miała jakieś przybrane nazwisko, aby nie
wtajemniczeni nie rozumieli o kim mowa, ale Hetmanowa czasem
niezmiernie serdecznie z jedną dziś będąc, nazajutrz z drugą
przeciwko niej knowała, a w istocie nie miała nikogo ukochanego,
wszyscy jej byli obojętni - myślała o sobie.
Jeżeli się do kogo przymilała, to albo mu już buty szyła,
albo jej musiał bardzo być potrzebnym.
Przy tem chciwości grosza takiej jak w tej kobiecie, nie
widziałem w żadnej. Gdyby nie to że duma ją zmuszała, od gęby sobie
by była odejmowała, aby skarb pomnożyć.
Pomiędzy mężem a żoną - o ilem ja mógł już na ówczas sądzić,
nie było podobieństwa charakteru najmniejszego, - i taki niech
sobie kto co chce mówi, żadna polska kobieta by taką być nie
potrafiła jak ta francuzica.
Najmniejszego serca - dla nikogo... a gdy była dla kogo
dobrą, to pewnie tylko że sobie go pozyskać chciała. - Zresztą
litości, miłosierdzia - uprzejmości ani śladu, a największe
upodobanie ludzi czernić i narzekać że jej się działa nie
sprawiedliwość, choć robiła co zamarzyła.
Prosta rzecz że u takiej kobiety, aby łaskę pozyskać trzeba
było kłamać, padać, uwielbienie przed nią udawać, pochlebiać
bezustanku. Cały fraucymer jej z tej nuty śpiewał. Królowała nad
nim; filut Felisia, którą ona dla jej piękności lubiła, celowała w
rozpadaniu się około pani.
Napatrzyłem się tedy na samym wstępie komedji życia - które
mi po rodzicielskim domu, po tem czem się młodość karmiła,
poczwarną się wydała. O wyprawieniu mnie do Hetmana tym czasem mowy
nie było. Ponieważ miałem się w co ustroić gładko, a prezentowałem
się niezgorzej, więc Hetmanowa przy karecie jeździć kazała i około
domu chętnie się mną posługiwała. - Ale szczególnej łaski nie
pozyskałem sobie.
Z Felisią zaś w której się zakochałem szalenie stosunek był
osobliwy.
Naprzód żem wcale tego gatunku kobiet nieznał, myślałem że
po prostu starając się podobać, nadskakując, miłość jej okazując -
skłonię ją ku sobie. Rychło jednak postrzegłem że ta w dobrej
szkole wyuczona, nie łatwą była do rozmiłowania. Chciała mnie mieć
jako niewolnika, ale sama nie myślała wcale o mnie.
Tuszyła sobie że ze swą pięknością, przy protekcji
Hetmanowej, która ją niemal jak własne dziecko pieściła - dla
zabawki, gdyby pieska lub papugę - nadzwyczajny jakiś los zrobi.
Wiedziała że i jej pani tyle tylko że ze starej szlacheckiej
rodziny, ale uboga z pomocą królowej Maryi Ludwiki dobiła się
bogactw i świetnych małżeństw.
Więc czem dla niej był taki pan Adam Polanowski, dworzanin
pana Hetmana. Prezenta odemnie przyjmowała, posługiwała się
chętnie, mrugnęła czasem oczkami - ale serce ani drgnęło.
O czem ja przekonawszy się wziąłem na kieł. Była druga dosyć
przystojna i stateczna panienka przy Hetmanowej polka, panna
Jagnieszka Skorobohata. Choć mi tak dalece w oko nie wpadła,
nawróciłem do niej, a Felisi dałem na pozór pokój. A co mnie to
łgarstwo kosztowało, Bogu wiadomo. Zaś najsmutniejsza rzecz, że
Skorobohata, jak to nasze wszystkie poczciwe dziewczęta, afektowi
memu uwierzywszy, poczęła mi dawać dowody że mi sprzyja.
Francuzka była zła, więc nuż szydzić ze mnie i z niej, i
zabiegać abym się do niej powrócił.
Mówiła po polsku tak jak jej pani, to jest bardzo źle... -
ale o to nie dbała, bo godziła na takiego małżonka coby pół
francuzem był, jak i Sobieski, który po francuzku gdyby rodowity
francuz szwargotał.
Przy pierwszej zręczności poczęła mi drwiąc winszować
"konkiety" odpowiedziałem jej lekko i niewdając się w dłuższą
rozmowę, szedłem precz. Napadła mnie tedy powtórnie z innej beczki.
- Wacpan się gniewasz na mnie?
- Ja! a tożby za co? spytałem.
- Albo ja wiem odparła..
- A ja pannie Felicji zaręczyć mogę że ani się gniewam, ani
też zbytnio o przyjaźń staram, bo wiem że jej nie dostanę.
- Dla czegoż?
- Panna Felicja wysoko patrzy a ja dla niej za małym jestem.
- Któż to powiedział panu?
- Są takie rzeczy że ich mówić nie potrzeba, same się w oczy
rzucają.
Nadąsała się i poszła. Był tedy niby rozbrat między nami,
ale uważałem że ją to nie pokoiło.. Nie zbliżałem się umyślnie,
alem też nie unikał.
Najgorsza zaś że z serca, jak raz je zajęła, tak jej było
nie wygnać...
Com wycierpiał - to tylko sam wiem, bom się chciał
przezwyciężyć nadaremnie.
Jakby dla odetchnięcia i wypoczynku, nagle, gdym już sądził
że w Warszawie na Hetmana czekać będę, kapryśna pani nasza, gdy ją
coś tknęło, zawołać mnie kazała i oznajmiła że z bardzo ważnemi
listami mam jechać, Hetmana gonić, który gdzie się obracał - spełna
niewiedziała - tylko że go koło Chocima szukać należało.
Jesień, plucha, drogi najgorsze... mnie więcej nad wyrostka
i masztalerza brać z sobą nie godziło się - oddalenie znaczne, -
wreście i Kozacy a Tatarowie na przesmykach... otóż co miałem przed
sobą. Ale młodemu na to graj, a z ciężkiem sercem, właśnie
najlepiej w taki wir...
Pokłoniłem się więc i ruszyłem gotować aby nazajutrz na koń
siąść, a było co robić, bo i konie kuć i węzełki wiązać i mój wóz i
rzeczy bezpiecznie umieścić musiałem.
Szaniawski mi zazdrościł, drudzy głowami kręcili, a byli i
tacy co mi życzyli abym ino cały powrócił.
Z pannami nie było czasu się żegnać tylko z daleka.
Hetmanowa, gdy raz postanowiła mnie wysłać, już się niecierpliwiła
abym jednej godziny ruszał. Expedycja dla mnie gotową była.
Wyruszyłem tedy, mając zlecenie po drodze jeszcze w
Jaworowie i we Lwowie pytać czy bym innych do Hetmana posłańców dla
bezpieczeństwa nie mógł wyszukać, aby razem z niemi się przez
niepewne szlaki przedzierać.
Pierwszy raz w życiu, niedoświadczony narażałem się na taką
imprezę zuchwałą, która i daleko wprawniejszemu trudną by była -
ale, właśnie to że mi doświadczenia brakło, żem niebezpieczeństw
wielu nie przewidywał, czyniło mnie odważniejszym.
Znaczniejsza część podróży wypadła lepiej niż się mogłem
spodziewać - we Lwowie zaś istotnie znalazło się różnych posłańców,
opóźnionych wojskowych, a nawet handlarzów, którzy się do obozu
dostać chcieli, i ztąd już nie sam, ale w kilkanaście koni
podążyłem dalej.
Chodziły pogłoski że Hetmana około Chocima szukać było
potrzeba.
Król podówczas chory leżał już we Lwowie, gdzie go w samą
wigilję zwycięztwa pod Chocimem, śmierć miała od żywota
męczeńskiego wyswobodzić.
Podróż dalsza może bezpieczniejszą była z powodu że nas się
większa zebrała gromadka, ale wyżywienie siebie i koni,
pomieszczenie, często sam pochód bywał utrudniony przez to że
zbieranina się znalazła ludzi różnego rodzaju i nadto zuchwałych i
zbyt przezornych a tchórzliwych. Skończyło się na tem, że raz i
drugi zmuszony się skłócić, musiałem samowolnie wziąć komendę nad
całą kupą, zagroziwszy iż ich porzucę.
Szło potem raźniej, ale kraj ogłodzony, pusty, przewodników
pewnych brak, głód, chłód, bieda dokuczyły.
Droga się przewlokła do zbytku, tak że gdyśmy już ku
Chocimowi się zbliżyli, dostaliśmy języka iż Turków Hetman zbił
okrutnie, rozproszył, nasiekł, że Hussejan Pasza salwował się w
kilkanaście koni, łup wielki zabrano i t. p.
Z wielką więc otuchą, a weselem i już bezpieczni podążaliśmy
do obozu, ciągle się krzyżując z posłańcami Hetmana, którzy
wiadomość o odniesionym tryumfie wieźli do kraju.
Razem z tem, wprzódy jeszcze nimeśmy nadążyli pod Chocim,
dowiedzieliśmy i tej smutnej nowiny zarazem, że Hetman Pac, zaraz
po odniesionem zwycięztwie, przy którem kooperował, nazad z
Litwinami do domu odciągał, nie dając się namówić, aby z niego
korzystać.
Ponieważ tryumf ów cały Hetmanowi naszemu słusznie
przypisywano, bo Pac bitwy nie radził i w wigilją jej cofać się
życzył - zazdrość i inwidja spowodowały iż Sobieskiego samego
rzucał... Nie było bowiem wątpliwości że pozbawiony litewskich
wojsk i on też na tem poprzestać będzie musiał...
Zastałem Hetmana jeszcze rozgorączkowanego swem zwycięztwem,
ale razem oburzonego na Paca.
W obozie wesołość, - pomimo złej pory, wszystkich
szczęśliwych i sławiących Sobieskiego, który ojczyznę uratował. Już
ani wątpiono teraz iż Kamieniec odzyskany zostanie.
Mnie, gdym się zjawił z listami od żony, Hetman tylko że nie
uścisnął i nie całował, pytaniom nie było końca. Jak jejmość
wyglądała, czy zdrowa była, czym Fanfanika widział i jak się
hodował.
Nie dość było listów - zaledwie mnie od siebie odpuścił, już
biegł Morawiec nazad wołając, - dla tych informacij. Najmniejszej
rzeczy nie zapomniał, która się ukochanej Marysieńki tyczyła.
Musiałem więc opowiadać, kto bywał, czy z domu Hetmanowa wyjeżdżała
i do kogo, czy się na służbę i wygody nie uskarżała, nawet czy
piece stare w domu Daniłowiczów, dobrze izby ogrzewały.
Zwycięztwo odniesione i listy otrzymane, mimo ostrej pory
roku, Sobieskiego można było powiedzieć, odmłodziły, choć się to na
nogi, to na krzyże uskarżał.
Na Paca tylko i Paców wogóle pioruny ciskano, bo nie dosyć
iż o mało Chocimskiego zwycięztwa swoim uporem nie wyrwał z rąk
Sobieskiemu, ale wszystkie jego skutki, paraliżował odciągając -
bez pytania samowolnie.
Dla mnie wszystko com tu w obozie i Chocimiu zastał, nowem
było i ciekawem. Co tylko wojna z sobą przynosi tegom się napatrzył
- i pijanych tryumfem a szczęśliwych i pokaleczonych okrutnie a
bolejących, i pozabijanych w kwiecie wieku...
Łupu tureckiego też mogłem nakupić za bezcen, co wlazło, bo
proste ciury najkosztowniejsze rzeczy w pół darmo dawali,
napraszając się. W zdobytym zameczku, do którego się kupców siła
schroniło, kupi różnej nabrano i rozerwano bardzo wiele; na żydach,
ormianach i grekach.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.