Adam, syn Ozjasza. Adam Michnik w rozmowie z Jarosławem Kurskim - Jarosław Kurski

Kup ebooka

65.99 zł
58.07 zł (49,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
 
 

Przyjaciołom

 
 
WSTĘP

Za Adamem Michnikiem ciągnie się czarna legenda. Nie wiem, czy jest w naszym kraju ktoś bardziej zmistyfikowany i zdemonizowany.

Ludzie często pytają mnie o niego, bo znamy się i współpracujemy od czterdziestu lat. Czy to wystarczy, by zrozumieć drugiego człowieka? Na pewno wystarczy, by chcieć zrozumieć. Wśród moich znajomych i przyjaciół jest wielu, którzy znają go dłużej i lepiej. Poznaliśmy się po amnestii w 1986 roku, gdy wyszedł z więzienia. Wtedy często bywał w Sopocie. Z Barbarą Szwedowską tworzyli wówczas związek, z którego urodził im się syn Antoni. A Barbara Szwedowska była bliską koleżanką mojej matki z dość wąskiego kręgu osób aktywnie działających w "Solidarności" wymiaru sprawiedliwości. Adam pchał więc wózek ze śpiącym Antosiem i spacerowaliśmy po Monciaku z tego prostego powodu, że właśnie tam były dwie księgarnie i Empik. Ku zgrozie łypiących na nas przechodniów Adam prócz książek kupował też radziecką prasę, tropiąc w niej ślady yeti, czyli gorbaczowowskiej pierestrojki, w którą mało kto wierzył. Wydawało się, że komuna będzie trwała wiecznie. Ale Adam wierzył w yeti.

W październiku 1989 roku po Okrągłym Stole, po triumfie wyborczym 4 czerwca i zawiązaniu się rządu Tadeusza Mazowieckiego dostałem od Lecha Wałęsy zdumiewającą propozycję, bym został jego rzecznikiem prasowym. Zgodziłem się. Zdrowy rozsądek przegrał z niedostatkiem wyobraźni i młodzieńczym entuzjazmem dla dziejącej się na naszych oczach demokratycznej rewolucji. Tymczasem wybuchła tak zwana wojna na górze i zadanie okazało się tańcem na polu minowym. Nie wiedziałem wówczas, że to Adam tak mnie urządził, że to on stał za propozycją Lecha. Zobaczyłem więc dzięki niemu, jak się gotuje w politycznej kuchni. Od Lecha odszedłem po niespełna roku wyleczony na całe życie z wszelkich pokus władzy. I wtedy odebrałem telefon. Najpierw od Adama, a potem od Heleny Łuczywo z zaproszeniem do redakcji "Gazety Wyborczej". Adam stał się moim szefem i jest nim od trzydziestu czterech lat.

Kiedy więc ludzie mnie o niego pytają, odpowiadam, jak potrafię, ale przecież najlepiej, by to on mówił o sobie.

Nakłonienie go do takiej rozmowy nie było proste, bo Michnik zżyma się już na samą formę wywiadu rzeki. Nie chce o sobie opowiadać. Twierdzi, nie bez racji, że bohaterowie przekrojowych rozmów grzeszą prezentyzmem i wybiórczą pamięcią, że wywiad rzeka jest najbardziej skłamaną formą. Okazuje się bowiem, że ludzie, opowiadając o sobie, zawsze wszystko wiedzieli i rozumieli najlepiej.

Bardziej więc od faktów i politycznych przełomów - opisanych już w pracach Andrzeja Friszkego, w rozmowie Michała Siermińskiego i Przemysława Witkowskiego Obywatel Michnik czy w ostatnio wydanej monumentalnej pracy Anny Nasalskiej Michnik. Człowiek, który zredagował Polskę - interesuje mnie odpowiedź na pytanie, o co, do cholery, Adamowi w życiu chodziło? Jakie miał motywacje? Jakie cele? Jakie było jego myślenie? Co było ważne i dlaczego? I wreszcie, kto go takim ukształtował? Słowem - człowiek z czego?

Dziś już nikt z nikim nie rozmawia. Fakty nie mają znaczenia, liczą się emocje. A mnie chodzi jedynie o to, że gdyby ktokolwiek chciał z dobrą wiarą spróbować zrozumieć Michnika, a nie wyłącznie go osądzać, to będzie miał do tego klucz. Co z tym zrobi - jego sprawa.

Obawiając się owego prezentyzmu, którym straszył Adam, próbowałem go przyłapać na polerowaniu swego wizerunku. Miałem do tego dwa narzędzia. Po pierwsze, jego własne teksty, które powstawały in statu nascendi opisywanych wydarzeń. Po drugie, spisany przez niezastąpioną w podziemiu i w "Wyborczej" Wandę Ostrowską tekst naszej rozmowy przeprowadzonej na Teneryfie w 2005 roku. Wtedy Adam ciężko zachorował i przeczuwał nadchodzący koniec. Szczęśliwie na wyrost. Choroba ustąpiła, a zapisany wówczas materiał odłożyliśmy na półkę, gdzie się mocno zakurzył. Na Teneryfie byliśmy we czterech. Adam i nas trzech, dziennikarzy: Paweł Smoleński, Mikołaj Lizut oraz ja. Paweł zmarł przedwcześnie w 2023 roku. Mikołaj dawno odszedł z "Wyborczej". Sięgnąłem więc po tamte notatki, ale to nie był, niestety, udany materiał. Wiele wątków się zestarzało, wiele było ciekawych wówczas, ale dziś nikogo prócz historyków nie zainteresuje. Miałem przykre poczucie porażki. Trzeba było rozmawiać od nowa.

Mój chytry pomysł polegał na tym, by Adam mówił nie tyle o sobie, ile o innych. O najważniejszych dla niego osobach, które wywarły na niego wpływ, które go kształtowały. W ten sposób, nie mówiąc o sobie, w istocie o sobie mówi i odsłania swój sposób myślenia.

* * *

Ta książka nie jest więc biografią, dlatego dla wygody i chronologicznej orientacji czytelnika załączam na jej końcu kalendarium najważniejszych wydarzeń z życia mojego rozmówcy.

Osób, które Adam zna, jest cała armia. I już słyszę uzasadnione zapewne zarzuty, że nie ma tego czy tamtego. Tłumaczę na tyle, na ile się da. Po pierwsze, rozmiar. Michnik zna wszystkich, więc i tak trzeba by robić selekcję. Ale opisanie tylko istotnych osób niechybnie zamieniłoby tę książkę w jeszcze cięższą cegłę. Po drugie, jako że nie jest to biografia, nie ma wymogu zachowania proporcji. Po trzecie, skupiłem się na tych protagonistach, którzy - zgodnie z ideą książki - wywarli na Michnika zasadniczy wpływ. Wymienię ich: rodzice - Ozjasz Szechter i Helena Michnik, a także: Antoni Słonimski, Jerzy Giedroyc, Gustaw Herling-Grudziński, Jan Nowak-Jeziorański, Jacek Kuroń, Zbigniew Herbert, Czesław Miłosz, Tadeusz Mazowiecki, Bronisław Geremek, Lech Wałęsa, Jan Józef Lipski, Leszek Kołakowski, Hannah Arendt, Tomasz Mann, Albert Camus, Karol Wojtyła, Stefan Wyszyński. Są jeszcze trzy postacie, które z kolei były źródłem, oględnie mówiąc, kontrowersji. To Wojciech Jaruzelski, Czesław Kiszczak i Jerzy Urban.

Potrzeba by drugiego tomu, by opisać Michnika poprzez inne relacje: z Januszem Andermanem, Bronisławem Baczką, Zygmuntem Baumanem, Stanisławem Barańczakiem, Karolem Modzelewskim, Sewerynem Blumsztajnem, Marianem Brandysem, Zbigniewem Brzezińskim, Jackiem Bocheńskim, Zbigniewem Bujakiem, Włodzimierzem Cimoszewiczem, Józefem Czapskim, Henrykiem Daską, Władysławem Frasyniukiem, Januszem Głowackim, Pawłem Hertzem, Ryszardem Kapuścińskim, Ryszardem Krynickim, Aleksandrem Kwaśniewskim, Pawłem Jasienicą, Konstantym Jeleńskim, Stefanem Kisielewskim, Tadeuszem Konwickim, Janem Lityńskim, Heleną Łuczywo, Jerzym Markuszewskim, Krzysztofem Pomianem, Mieczysławem Rakowskim, Janem Strzeleckim, Julianem Stryjkowskim, Aleksandrem Smolarem, księdzem Józefem Tischnerem, Barbarą Toruńczyk, Leopoldem Ungerem, Andrzejem Wajdą, Krystyną Zachwatowicz, Adamem Zagajewskim, Andrzejem Walickim, Wiktorem Woroszylskim, Romanem Zimandem, Henrykiem i Ludwiką Wujcami...

Potrzeba by trzeciego tomu, by opisać Michnika poprzez relacje z Timothym Gartonem Ashem, Danielem Cohn-Benditem, Michaiłem Chodorkowskim, Marion Dönhoff, Joschką Fischerem, Günterem Grassem, Bernardem Guettą, Václavem Havlem, Bernardem Kouchnerem, Siergiejem Kowaliowem, Jeanem-Paulem Sartre'em, Timothym Snyderem, Tomasem Venclovą i innymi.

Bez blagi, takich osób znalazłoby się na kilka tomów, które może kiedyś powstaną.

A jednak wśród owych "najważniejszych" i "innych" prawie nie ma kobiet. To pominięcie nie jest wyborem, jest musem.

O ile przez lata bliższe lub dalsze relacje łączyły Michnika z Barbarą Toruńczyk, Haliną Mikołajską, Barbarą Skargą, Marią Janion, Hanną Świdą-Ziembą, Marią Ossowską, Zofią Hertz, Julią Hartwig, Barbarą Labudą, Wisławą Szymborską, Anną Bikont, Zofią Bydlińską, Anną Dodziuk, wspomnianymi już Ludwiką Wujec i Heleną Łuczywo, Ewą Kulik, Joanną Szczęsną czy Martą Woydt, o tyle faktem jest, że żadna z tych wybitnych postaci nie miała zasadniczego udziału w kształtowaniu Michnikowego integrum. Nawet jeśli - tak jak zespół dzielnych kobiet z "Tygodnika Mazowsze" - wykonały dla podziemia i dla Adama wielką czarną robotę, o której nie wolno nam zapominać.

To samo w sobie wiele o Adamie mówi. Gdy go zapytałem o inne poza Hannah Arendt inspiracje, powiedział: "Może trochę Nadieżda Mandelsztam, trochę Maria Dąbrowska". I zaraz dodał: "Irena Grudzińska by ci powiedziała, że to "męski klasztor"". Tak po prostu: "męski klasztor", i nie ma co naginać faktów na potrzeby poprawności.

* * *

Służba Bezpieczeństwa dwukrotnie snuła plany zamordowania Adama. Pierwszy raz miało się to stać w 1977 roku, gdy przebywał na Zachodzie. Za zleceniem stał prawdopodobnie generał Mirosław Milewski, wiceminister spraw wewnętrznych, wcześniej szef Departamentu I (wywiadu). Wykonawcami mieli być bracia Jan i Mieczysław Janoszowie, którzy wraz z trzecim bratem Kazimierzem, oficerem SB, działali jako agenci służb w Niemczech. Bracia to bohaterowie afery "Żelazo". We współpracy z wywiadem PRL-u i pod jego ochroną stworzyli gang okradający w Niemczech sklepy jubilerskie. Zaopatrywali polskie służby w zrabowane kosztowności. Na poczet zabójstwa Adama Michnika niedoszłym mordercom wypłacono zaliczkę w wysokości dwudziestu tysięcy marek niemieckich. Akcja nosiła kryptonim "Truteń".

W archiwach IPN-u zachował się stenogram rozmowy z 1984 roku Mieczysława Janosza z generałem Czesławem Kiszczakiem. Janosz jak na spowiedzi opowiadał szefowi MSW o silnych i wielokrotnych naciskach resortu na pilne wykonanie zadania podczas pobytu Michnika w Niemczech. Mieczysław Janosz twierdził, że miał "patriotyczne" zastrzeżenia, by ofiarą był Polak, jednak pozbył się wątpliwości, gdy powiedziano mu, że Michnik jest Żydem. Dokumenty nie wyjaśniają, dlaczego Janoszowie nie wykonali zlecenia. Adam obraca to w żart i twierdzi, że podczas gdy Janoszowie przepuszczali zaliczkę w tamtejszych szynkach i lupanarach, on zdążył już wyjechać z Niemiec.

Jednak nieudana akcja uciszenia "Trutnia" to nie anegdota, skoro podobny zamiar miał się zrealizować już w Polsce, w Karkonoszach, podczas spotkania z przedstawicielami czechosłowackiego ruchu dysydenckiego Karta 77. Adam opowiada mi, że było mu pisane poślizgnąć się i runąć w przepaść. Zanim jednak wspiął się na górę dość stromą, by móc z niej potem spaść, maszerował już w towarzystwie Jana Lityńskiego. Odstąpiono więc od akcji, bo dwóch dysydentów w tej samej przepaści byłoby za dużo jak na górski "wypadek".

Za "Trutnia" mieli go jednak nie tylko funkcjonariusze komunistycznych służb. Był i pozostał znienawidzonym "Trutniem" dla polskiej narodowej prawicy - do wyboru: moczarowskiej, antysemickiej, konfederackiej, pisowskiej - bo symbolizuje Polskę z ich koszmarnych snów. Tę drugą ojczyznę, o której pisał w wierszu Dwie ojczyzny Antoni Słonimski. Ale Michnik pozostaje też umownym "Trutniem" dla ludzi lewicy i przekonań liberalnych, których razi jego ostentacyjny indywidualizm i niepoddająca się żadnym naciskom niezależność. Nie chodzi w stadzie. Powtarza, że jeśli miałby mówić to, co wszyscy, to woli milczeć.

Michnik powiada, że na każdą demokratyczną rewolucję składają się dwie fazy. Faza pierwsza - walka o wolność, faza druga - walka o władzę. Pierwszy etap jest wzniosły i czysty, drugi - na ogół brudny i zdegenerowany. Michnik jest bohaterem pierwszej fazy rewolucji, czego nie odmawiają mu nawet najwięksi wrogowie. A co z drugą fazą? Świat polityki go pasjonuje, ale jako intelektualistę, komentatora, inspiratora, "widza i uczestnika" czy "obserwatora zaangażowanego" w formule zaproponowanej przez Raymonda Arona, a nie jako kogoś, kto ma udział w sprawowaniu władzy publicznej. Mówi: "Nigdy nie chciałem być politykiem. Nie uważałem, że mam do tego jakiś talent".

Kazimierz Kutz pisał o nim, że "w swoich nieustannych usiłowaniach liberalnego patrioty Adam przypomina czasem Szwejka, choć nie jest tak śmieszny, bo narodu, który mieni się "Chrystusem narodów", nie stać na takiego bohatera". Michnik pozostał marzycielem w ulubionej dla siebie formule: "Bądź realistą, chciej niemożliwego".

 

? "I nagle się okazało, że wytykane mi przez antysemitów moje żydowskie pochodzenie, zamiast być dla mnie balastem, stało się źródłem mojej siły!".

 
 
Jarosław Kurski: Mówisz, że złamałeś pióro, że wszystko, co miałeś do napisania, już napisałeś. I że teraz koniec. Sporo ukazało się twoich biografii, dużo pamfletów i wywiadów. Potraktujmy to spotkanie jak jedną z naszych rozmów, które toczymy od lat przy rozmaitych okazjach, z wódką i bez wódki.

Adam Michnik: Mam tylko obawę. Wywiady rzeki są skłamane, a ci wywiadowani - nieomylni. Wszystko już dawno wiedzieli, wszystko przewidzieli. Dziś, po rewolucji francuskiej, każdy jest mądrzejszy od Woltera, a po zbrodniach Stalina i doświadczeniach z realnym komunizmem - od Karola Marksa. Ja nie wszystko wiedziałem. Po latach bardzo łatwo jest własną historię upiększyć. To ludzkie. Otóż ja się w takiej roli bohatera wywiadu rzeki nienajlepiej czuję.

Adam, po pierwsze, nie rozmawiamy o tobie, ale o twoich mistrzach, twoich przyjaciołach, twoich intelektualnych przewodnikach. Po wtóre, porównuję to, co pisałeś i mówiłeś kiedyś, z tym, co mówisz dziś. Mogę cię uspokoić, będę cię pilnował. Po trzecie wreszcie, mam poczucie "niedokończenia" i trochę wyrzutów sumienia, że nie zrobiliśmy po Teneryfie książki. Wtedy w obliczu "zbliżającego się końca" mówiłeś tak:
 

Jestem w zwrotnym punkcie swego życia. Gdy zachorowałem i byłem w szpitalu, pomyślałem, że są rzeczy, których nie domknąłem. Wiele wskazuje na to, że pójdę na tamten świat i nie opowiem tego wszystkiego, co zapamiętałem.

Są dwa impulsy, które mnie do tego pchają. Pierwszy - mam wrażenie, bardzo bolesne, że Jacek Kuroń odszedł i nie opowiedział.

Poza tym obawiam się, że im bardziej oddalamy się od wielu zdarzeń, tym bardziej zwycięża perspektywa, którą bym nazwał albo mitologiczną, albo zmitologizowaną. Mitologiczną - to znaczy, że ludzie w złej wierze wymyślają historię, której nie było. Aby dać prosty przykład - zdrada Okrągłego Stołu, zdrada w Magdalence. Powstaje wrażenie, że tam na szkodę Polski elity się porozumiały, że ci, którzy byli po naszej stronie, pod stołem oddali władzę komunistom, a ci - jak wiadomo - przedtem jej nigdy nie sprawowali w naszym kraju. To oszustwo formułowane na użytek teraźniejszości ma pognębić jednych i wynieść innych.

Natomiast perspektywa zmitologizowana to perspektywa ludzi, którzy - często pisząc w dobrej wierze - nie zadają sobie dostatecznego trudu, żeby wejść w buty tych, którzy wtedy podejmowali decyzje. Żeby spojrzeć przez okulary, przez które tamci ludzie spoglądali.

Impuls drugi. Przez piętnaście lat byłem redaktorem naczelnym "Gazety Wyborczej", współtworzyłem ją, to pismo odegrało istotną rolę w dziejach naszej Rzeczypospolitej nazwanej po 1989 roku Trzecią. Wydaje mi się, że coś się skończyło w dziejach mojego romansu z "Gazetą". Zupełnie nie wiem, jak to będzie wszystko wyglądało w przyszłości.

Jestem w stanie mentalnego zawieszenia. Nie wiem, czy wrócę do "Gazety". Nie wiem, co będzie dalej. Choroba uświadomiła mi to dobitnie. Po raz pierwszy tak namacalnie zrozumiałem, że jestem śmiertelny. Dotychczas empiria mi mówiła, że zawsze umierają inni, a teraz po raz pierwszy zobaczyłem, że już trzeba się oswoić z tym, że się przekroczyło smugę cienia.

Chciałbym mówić kompletnie bez cenzury w sensie politycznej poprawności.

Ku mojemu zdziwieniu było we mnie znacznie mniej strachu przed chorobą i śmiercią, niż na zdrowy rozum powinno być. To był raczej rodzaj pogodzenia się. Myślałem zgodnie z zasadą: "staraj się zmienić to, co możesz zmienić. Staraj się pogodzić z tym, czego zmienić nie możesz. Módl się o to, żeby nie pomylić jednego z drugim". Irytowało mnie tylko, że pewnych rzeczy nie dopiąłem i już mogę ich nie dopiąć.

Pytacie, czy w trakcie choroby zastanawiałem się nad swoją wiarą bądź niewiarą? Nad tym, co po śmierci, nad rzeczami ostatecznymi. Nie, dlatego że ten rodzaj refleksji mam poza sobą. Nie wierzę, że po śmierci jest cokolwiek. Wierzę, że to, co jest naprawdę, jest za życia. Jeśli mogę powiedzieć o sobie, że jestem człowiekiem wierzącym, to wierzę, że zdajemy egzamin za życia, że pewne normy obowiązują za życia, że musimy żyć wedle pewnego porządku wartości. Dlatego że te normy, wedle których musimy żyć, nie są wymyślone przez nas, tylko przez coś, co jest ponadludzkie. W tym sensie jestem człowiekiem wierzącym, i to jest moja metafizyka.

Co więcej, myślę, że naszym postępowaniem rządzi coś, czego się nie da wyprowadzić wprost ani z naszych potrzeb, ani z pewnych procesów chemicznych, które się dokonują w naszym mózgu. Wierzę, że istnieje coś takiego jak sumienie, które nam nakazuje: masz robić to, a nie co innego. Inni nazywają to Bogiem.

Wyrosłem w kraju kultury chrześcijańskiej czy - mówiąc ściśle - katolickiej i jakby ten krąg kultury jest mi najbliższy. Lecz nie potrafię i nie próbuję intelektualnie ogarnąć czy uwierzyć w to, że jest coś po śmierci. Po śmierci zostaje to, co stworzyliśmy za naszego życia.

Śmierci w ten sam sposób boi się człowiek wierzący, jak i niewierzący. Nie wierzę, poza przypadkami skrajnymi, o których medycyna mówi, że są patologiczne, że można się nie bać śmierci. Natomiast jestem w tej szczególnej sytuacji, że myślę o swoim życiu jak o życiu spełnionym. To znaczy należę do tej kategorii ludzi, którzy uważają, że w życiu od losu dostali znacznie więcej, niż na to zasłużyli. Że w życiu miałem znacznie więcej sukcesów, niżby to wynikało z moich realnych dokonań i starań. Dlatego będę odchodził, jeżeli oczywiście po drodze nic nie spieprzę, w poczuciu, że przeżyłem życie dobrze. Przynależę do takiej formacji i generacji, która - jako jedyna za ostatnie trzysta lat z okładem historii Polski, poza pokoleniem legionistów - może powiedzieć o sobie, że dożyła zwycięstwa tego, o co walczyła. Formacji, która podjęła walkę wtedy, kiedy w zwycięstwo i sens tej walki nikt nie wierzył, bo wydawała się jakąś fantasmagorią, czymś niemożliwym do zrealizowania.

Poza tym - mieliśmy więcej szczęścia niż legioniści, bo nie sięgnęliśmy po władzę czy też nie utrzymywaliśmy władzy siłą, nie mieliśmy swojego zamachu majowego, twierdzy brzeskiej, sfałszowanych wyborów i swojej Berezy. Nawet jeżeli jest wśród nas niemało frustracji, żalu i niespełnienia.

Czy ja jestem w czepku urodzony? Wiele razy w życiu miałem takie poczucie metafizyczne, że jakby mam niepisany pakt z Panem Bogiem, że Pan Bóg mi mówi: ty masz się przyzwoicie i godnie zachowywać, a resztę ja biorę na siebie...

Ale że jestem w czepku urodzony, to poczułem, dopiero kiedy wyszedłem z więzienia w 1984 roku. Miałem wrażenie, że właśnie mnie się najbardziej udało, wyszedłem z celi żywy i zdrowy, nie dałem dupy. W więzieniu napisałem ze trzy książki. Pisząc swoje teksty, jakoś tam byłem współobecny w tym wszystkim, co robili koledzy na wolności, w podziemiu. A jednocześnie miałem kilka pomysłów, które były ryzykowne, które często były mniejszościowe, ale które się sprawdziły.

Po pierwsze - uważałem, że w naszej walce trzeba odrzucić przemoc. Wcale nie wszyscy tak myśleli po 13 grudnia, to był mój spór z Jackiem Kuroniem, który pisał, że trzeba frontalnym atakiem iść na centralne ośrodki władzy. Odpowiedziałem polemiką "Czy nagła zmiana, czy długi marsz?" i zwyciężyła w sposób oczywisty strategia długiego marszu, zwyciężyła podwójnie: taką strategię wybrali przywódcy podziemia, a po wtóre - bieg zdarzeń historycznych potwierdził, że gwałtowne uderzenie wywołałoby gwałtowną reakcję, która skończyłaby się nie wiadomo czym. Mówiłem tak: mamy do czynienia z żywiołem. Powtarzałem uparcie ten wiersz Miłosza, że "lawina bieg od tego zmienia/ po jakich toczy się kamieniach". Więc chciałem być jednym z tych kamieni, które zmienią bieg lawiny. Napisałem w którymś z moich tekstów, że choćby nawet to miał być kamień wyrzucony na szaniec. Dzisiaj to brzmi może nazbyt patetycznie, ale rzeczywiście wtedy to wszystko pachniało krwią.

Nigdy nie miałem lęku, że przeze mnie będą ginęli ludzie. To mnie odróżniało od Jacka. Nigdy nie byłem - na takiej zasadzie jak Jacek czy Wałęsa, czy Bujak - liderem ruchu. Zawsze w tym ruchu odgrywałem istotną rolę, ale była to rola ideologa. Mówiłem Kuroniowi: "Stoisz na czele walki, ja zadaję się z intelektualistami, staram się tak pracować, żeby kultura była składnikiem tego ruchu, bo tylko wtedy będzie naprawdę trwały i naprawdę potrzebny ludziom, a nie tylko nam samym".

Nie, nie jestem pacyfistą. Odmowa przemocy w czasach "Solidarności" to nie był pacyfizm. Jestem z wykształcenia historykiem, wiem, do czego prowadzą wielkie zmiany, które się przeprowadza przemocą, czy to będzie rewolucja francuska, czy rewolucja bolszewicka. Wiadomo, że zmiany wymuszane przemocą zawsze prowadzą do tego, że na miejsce jednej przemocy przychodzi inna przemoc. To pisała Simone Weil: sprawiedliwość jest zawsze uciekinierką z obozu zwycięzców[1].

Panicznie się bałem, że to samo może się stać z ruchem "Solidarności". Co więcej, przecież nie jestem panienką od Świętej Zyty. Wiedziałem, że są sytuacje, które rodzą przemoc. Ale mnie chodziło o to, żeby ten ruch nie był zarażony przekonaniem, że przemoc jest czymś moralnie obojętnym, czymś, co można bezkarnie stosować zawsze, w każdej sytuacji, że to jest sposób rozwiązywania problemów społecznie i moralnie usprawiedliwiony. Cel nie uświęca środków.

Przecież też nie jest tak, że uważam, iż w życiu publicznym nigdy nikt nie kłamie. Czasem uważam kłamstwo za dopuszczalne. Ale nie mogę przyjąć, że kłamstwo staje się środkiem normalnie stosowanym, czymś, co w ogóle nie podlega krytyce, że kłamstwo w walce politycznej jest równoważne moralnie z prawdą.

Jak definiuję swoje poglądy polityczne i społeczne? Dzisiaj te słowa strasznie się wytarły. Dzisiaj już trochę nie wiadomo, co jest prawicą, co lewicą, kim są konserwatyści, a kim liberałowie. To coraz mniej znaczy. Gdybym miał to rzucić na mapę europejską, to bym powiedział, że jestem skrajnie prawicowym socjaldemokratą. Natomiast gdybym to miał zdefiniować po swojemu, to bym powiedział, że jestem konserwatywno-liberalnym socjalistą, jak to napisał Leszek Kołakowski w swoim znanym tekście[2].

 
Dwadzieścia dwa lata temu miałeś taki stan ducha i umysłu. Czy teraz dokonałbyś jakichś korekt?

Dziś myślę tak samo jak wtedy. Wiele zjawisk mnie zaskoczyło, ale żadne z tych zaskoczeń nie skłoniło mnie do zmiany systemu wartości. Czy to nie jest potwornie nudne powtarzać to samo przez trzydzieści lat?

Raczej trochę megalomańskie, bo to by znaczyło, że ty się w niczym nie pomyliłeś.

Wielokrotnie się myliłem w diagnozach, ocenach czy prognozach, na przykład dotyczących Kościoła matki naszej czy dynamiki procesów w Rosji, ale wydaje mi się, że ja się nigdy nie pomyliłem co do zasad. W ocenach - nawet błędnych - zawsze kierowałem się tymi samymi zasadami.

To, co mnie uderza w twoim wyznaniu, to upieranie się przy walce bez przemocy. Tymczasem jako wieloletni więzień mogłeś w gruncie rzeczy nagromadzić w sobie wiele resentymentu i chęci odwetu. Nawet swój kpiący list do Kiszczaka, napisany w grudniu 1983 roku z więzienia, kończysz tak: "Sobie zaś życzę, abym - tak jak zdołałem w Otwocku dopomóc w uratowaniu życia kilku Pańskim podwładnym - umiał być na miejscu w samą porę, gdy Pan będzie zagrożony, i zdołał także Panu dopomóc. Abym umiał raz jeszcze być po stronie ofiar, a nie wśród oprawców. Choćby potem nadal miał mnie Pan zamykać w więzieniu i nadal zdumiewać się moją głupotą".    Skąd u ciebie przeświadczenie o konieczności pokojowej walki? To wcale nie było oczywiste.

Kształtowałem swoją polityczną dojrzałość na analizie tego, co się stało z sanacją. Przecież to byli wyjątkowi ludzie, którzy się angażowali w sposób równie nonkonformistyczny jak potem Jacek Kuroń czy Karol Modzelewski. Pisałem o tym trochę w Cieniach zapomnianych przodków.

Myślisz o Walerym Sławku? O Aleksandrze Prystorze? O Eugeniuszu Kwiatkowskim?

O Piłsudskim przede wszystkim, o tych, którzy konspirowali, którzy w podziemiu drukowali "Robotnika", którzy jak Tadeusz Hołówko działali w PPS-ie. To byli wspaniali ludzie, a potem bronili procesów brzeskich wymierzonych w posłów opozycji! Wiedziałem, że przemoc rodzi przemoc. Co ważniejsze jeszcze - moje dojrzewanie polityczne to było doświadczenie z bolszewizmem. To była tradycja domowa. Musiałem sobie postawić pytanie, co się stało z moim ojcem, który jako dziewiętnastoletni człowiek wstąpił do kompartii i spędził za to osiem lat w więzieniu. Siedział z towarzyszami, którzy po wojnie zaangażowali się w służbę państwowego terroru, w zakłamanie, w oszustwa wyborcze, w pogardę dla godności ludzkiej. Doszedłem więc do wniosku, że dehumanizacja przeciwnika w istocie dehumanizuje mnie! Jeżeli ja nie potrafię myśleć o świecie bez nienawiści i nie potrafię jej przekroczyć, to sam jej ulegnę i sam siebie zdeprawuję.

Rozumiałeś, że status ofiary nie chroni przed tym, by samemu stać się oprawcą.

Więcej nawet. Napisałem w jakimś tekście, że ci, którzy dziś burzą Bastylię, jutro będą budować własne Bastylie i zamykać w nich przeciwników. I nawet w mojej polemice z Traktatem o gnidach Piotra Wierzbickiego - Gnidy i anioły z 1979 roku, czyli napisanej jeszcze ho, ho przed wolnością - cytowałem legionową piosenkę:

 

Nie trzeba nam od was uznania

Ni waszych serc, ni waszych łez,

Przeminął już czas kołatania

Do waszych kies. J...ł was pies.

 

To w 1914 roku śpiewali młodzi legioniści z inteligenckich domów, którzy odłożyli kajety i chwycili za broń, ale społeczeństwo potraktowało ich zimno i nieufnie. Odpowiedzieli mu młodzieńczą pogardą. Niestety, tym samym tonem pogardy były później wydawane rozkazy uwięzienia przeciwników politycznych w twierdzy brzeskiej.

II RP miała swoich krytyków, swoich "trutni", co to wypisywali jakieś Przedwiośnia i opowiadali o utopii szklanych domów. Nie porównuję cię do Żeromskiego, ale ty też jesteś takim "trutniem", co to się trzyma swoich racji, nie chce iść z duchem czasu, słowem - szargasz świętości, bronisz złej sprawy.

Czego na przykład?

Ojej, Jana Pawła II, kardynała Stefana Wyszyńskiego, Lecha Wałęsy, Romana Polańskiego, Leszka Maleszki, Maszy Potockiej, Romana Giertycha, Leszka Moczulskiego, Kostka Niesiołowskiego - nie mówiąc już o komunistach: Urbanie, Jaruzelskim czy Kiszczaku. Z jednej strony Kościoła, z drugiej postkomunistów.    A mnie jeszcze dodatkowo złości, że ty, będąc flekowany za kosmopolityzm i narodowy nihilizm, za "lżenie Polski", ciągle bronisz Polski przed Polakami i wreszcie samych Polaków bronisz. Doszedłem do wniosku, że ty, Adam, po prostu jesteś chory...

...tak, wiem. Jestem chory na Polskę, ale to nie jest taka zła choroba. Znam gorsze.

Ale to jednak nieustanna gorączka. Wiesz, że "żółć" to najbardziej polskie słowo? Składa się z typowo polskich liter, wszystkie ze znakami diakrytycznymi.

Gdybym ja z Polską nie miał kłopotów, to nie byłbym tam, gdzie jestem. A jestem w dobrym miejscu. Udało mi się. Mam poczucie, że przeżyłem wielką przygodę, począwszy od Klubu Poszukiwaczy Sprzeczności, przez "komandosów", Marzec '68, więzienie, KOR, "Solidarność", drogę do wolnej Polski przez Okrągły Stół. A potem była przygoda z "Gazetą Wyborczą". No powiedz, komu jeszcze się tak udało?

Spełniony jestem. Byłem w cieniu ludzi polskiej niepodległości, insurekcji, polskiej rewolucji i chciałem żyć na ich miarę - bezkompromisowo. Nie potknąłem się.

Nie zapomnę mojego listu do Kiszczaka i nieustępliwości w sprawie Jedenastki[3]. To dla mnie osobiście były zasadnicze momenty. Mam poczucie, że w kluczowych momentach, w więzieniu, zachowałem się jak trzeba.

A wiesz dlaczego? Między innymi dlatego, że gdybym wtedy przy sprawie Jedenastki pękł, wyszedł z celi i zaczął z komunistami negocjacje, tak jak tego chciał Episkopat, koledzy z KOR-u i z "Solidarności", to ludzie by nie mówili, że "o, skurwysyny złamali naszego Adasia". Mówiliby, że "ten Żyd Michnik dał dupy".

I nagle się okazało, że wytykane mi przez antysemitów moje żydowskie pochodzenie, zamiast być dla mnie balastem, stało się źródłem mojej siły!

Ojciec ci powtarzał, że póki za działalność dają wyroki sądowe, możesz być z tymi, którzy kroczą w pierwszej linii. Ale gdy zaczynają rozdawać posady rządowe, to trzymaj się od tego z daleka.

Pod tym względem jestem nieodrodnym synem Ozjasza Szechtera. Aleksander Kwaśniewski proponował, bym został szefem jego kancelarii. Powiedziałem: "Olek, nie!". Nie chciałem tego.

Byłbyś niemądry, gdybyś zamienił pozycję wpływowego redaktora naczelnego "Wyborczej" na pozycję urzędnika, nawet wysokiego szczebla.

Nigdy nie robiłem nic koniunkturalnie. Jeżeli wyciągnąłem rękę do Jaruzelskiego, to niekoniunkturalnie, bo on wtedy nikim ważnym już nie był. Jeżeli występowałem w obronie Jana Pawła II, to niekoniunkturalnie, bo on już wtedy nie żył. Nie mógł mi się odwdzięczyć.

Nigdy nie bałem się być w mniejszości i nigdy nie zabiegałem o jakiekolwiek przywileje dla siebie. To, co mi się udało w życiu najbardziej, to to, że nie wziąłem akcji Agory. Mam wrażenie, że mnie ludzie za to szanują. Nie stałem się multimilionerem, a i tak mi wystarcza do pierwszego. Mam wspaniałe dzieci i Polska jest europejska, i wolna. I jeśliby jej się coś złego przydarzyło, to raczej dlatego, że zniszczą ją sami Polacy.

Udało mi się i mogę już umierać.

Nie tak prędko, Adam! Umrzeć to łatwizna, a tu czeka robota. Chciałbym jeszcze pogadać.
Rozdział | I
OZJASZ SZECHTER
"MÓJ OJCIEC NIE BYŁ SOWIECKIM SZPIEGIEM"
Wiesz, jak to między ojcami a synami bywa. Jedni synowie naśladują ojców - chcą być tacy jak oni. Inni natomiast formują się w całkowitej wobec nich opozycji, na zasadzie: "prędzej umrę, niż będę taki jak on". A jak z tobą było?

U mnie jedno i drugie.

Mój ojciec był z przełomu wieku XIX i XX. Wtedy rodziny były jeszcze dość autorytarne. Patriarchalne, można tak powiedzieć. I on taki był. Nie mógł się pogodzić, że ja myślę na własny rachunek. On już nie pamiętał, jak sam sprzeciwiał się swoim rodzicom. Twierdził, że tutaj, w domu, ma być tak, jak on chce. Na tym tle były konflikty.

W ocenie spraw publicznych był integralnym demokratą, natomiast w domu dla bliskich był autorytarny. Mój przyjaciel Wiktor Jerofiejew miał ojca, radzieckiego dyplomatę, który na zewnątrz był partyjnym stalinistą, ale w domu był bardzo liberalny.

Bardzo szanowałem ojca, zwłaszcza za to, że nigdy nie musiałem się go wstydzić. Nie musiałem się tłumaczyć, że on był dygnitarzem w bezpiece, w propagandzie, w prokuraturze czy nie wiadomo gdzie - bo nie był. Odrzucił wszelkie pokusy władzy. Nie chciał robić kariery w komunistycznym aparacie.

Możliwości miał duże. Przed wojną był przecież komunistą wysokiego szczebla, zastępcą członka Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy. No i osiem lat spędził w sanacyjnych więzieniach.

Poza tym miał klasę i wymiar intelektualny. Jednak świadomie się od tego świata odsuwał coraz bardziej i bardziej, aż wylądował jako redaktor w Książce i Wiedzy, gdzie redagował Marksa. Krytycznie odnosił się do tych wszystkich komunistów pochodzenia żydowskiego lub narodowości żydowskiej, którzy po wojnie włączyli się w aparat władzy. On nie miał wobec nich tolerancji. Myślę, że w tej sprawie rachował się sam ze sobą.

? "Szanowałem ojca, bo nigdy nie musiałem się go wstydzić. Odrzucił wszelkie pokusy władzy. Nie chciał robić kariery w komunistycznym aparacie".

 
W naszych wieloletnich rozmowach często wspominałeś o ojcu. Przeczuwam, że to dla ciebie ktoś ważny. Dla mnie to postać ciekawa z dwóch powodów. Po pierwsze, z powodu środowiska, z którego się wywodził. Oto młody chłopak ucieka ze sztetla do wielkiego świata drogą pełną moralnych i egzystencjalnych pułapek, bo przez komunizm. To dla mnie egzotyczne, ponieważ - jak wiesz - tradycja mojej młodości to Ruch Młodej Polski i spuścizna Romana Dmowskiego: Kościół, naród, państwo i tym podobne. Drugi powód to ciekawość: jakie ojciec odcisnął na tobie piętno, słowem: co ty z niego wziąłeś? Zacznijmy od jego rodziny.

Rodzina była bardzo liczna. Moja amerykańska bratowa policzyła tych, którzy zginęli w Holokauście. Wyszło jej osiemdziesiąt osób.

Rodzice ojca to byli ubodzy i pobożni Żydzi. Rodzeństwo już różnie. Ale tylko ojciec wstąpił do partii komunistycznej, w wieku osiemnastu lat. A mając lat dwadzieścia jeden, wystąpił z gminy żydowskiej. To był absolutnie jego świadomy wybór. Natomiast jego bracia i siostry to byli Żydzi spolonizowani w tym sensie, że żyli w polskim otoczeniu, mówili po polsku, a do synagogi chodzili może trzy, cztery razy do roku. Jeden z braci dorobił się jakoś, miał kamienicę we Lwowie i kino. Gdy byłem we Lwowie, mówili mi znajomi: "pójdźmy w to miejsce, gdzie twój ojciec mieszkał", a ja nie wiedziałem, gdzie on mieszkał. Żałuję bardzo, ale nigdy nie umiałem tego ulokować topograficznie.

A dlaczego przystąpił właśnie do komunistów?

Komunizm był formą modernizacji. Mówimy o 1919 roku. Czytałeś Płomienie Stanisława Brzozowskiego? Pamiętasz, Michał Kaniowski nie był w stanie wytrzymać tej dusznej atmosfery dworku szlacheckiego. No to jak przeczytasz pod tym kątem Meira Ezofowicza Orzeszkowej, to jasne jest, że ci ludzie nie chcieli żyć w zaścianku żydowskim, konserwatywnym, nieciekawym, oderwanym od świata. A na świecie działy się rzeczy wielkie. Świat to była muzyka, malarstwo, Darwin, teoria ewolucji, socjologia, Spencer, rewolucja wolnościowa, przemysłowa i obyczajowa... A tu wszystko po staremu - jak czterysta lat wcześniej.

Chałka, solone jaja na twardo, życie według sztywnych reguł.

Różne były sposoby wychodzenia ze sztetla. W Polsce istniał fenomen "czerwonej asymilacji", jak to nazwał Julian Stryjkowski w jednej ze swoich książek. Kiedy nie było jeszcze komunizmu, miałeś socjalizm i PPS: Herman Lieberman, Feliks Perl, rodzina Grossów, Stanisław Mendelson. Jeszcze we wspomnieniach Michała Sokolnickiego, sekretarza Józefa Piłsudskiego, jest taka scena z 1905 roku: on stoi na placu i widzi, że ten rewolucyjny plac jest czarny od Żydów. Wtedy w nim się budzi taki, dziś powiedzielibyśmy: antysemicki odruch. To samo miałeś w rosyjskim ruchu rewolucyjnym.

Wśród ludzi bardziej zamożnych to szło trochę inaczej. U Kronenbergów, Wawelbergów szło przez konwersje na ogół na protestantyzm, rzadziej na katolicyzm, ale także przez udział w formacjach liberalnych, mieszczańskich.

Ale tej konwersji towarzyszyło opowiedzenie się za polskością. To było odrzucenie swojej żydowskości na rzecz polskości. W przypadku twego ojca to było odrzucenie judaizmu na rzecz komunizmu.

Ale polskiego jednak, nie rosyjskiego. We Lwowie ojciec przeprowadził się z dzielnicy żydowskiej do dzielnicy polskiej. Ale nie wykluczam, że gdyby losy wywiodły go do Petersburga czy do Odessy, to stałby się przez komunizm Rosjaninem. Dzisiaj masz wielu ludzi w Rosji o polskich nazwiskach. Kultura rosyjska wtedy była bardzo atrakcyjna, bardzo silna. Wielu ludzi, których tam rzuciły losy, niekoniecznie Żydów, rusyfikowało się, zwłaszcza w drugim pokoleniu.

Czy wystąpienie twojego ojca z gminy oznaczało zerwanie z rodziną?

Trochę tak. Dziadkowie byli już starzy. Jak to zwykle w żydowskich rodzinach - rozpacz, że on zszedł na złą drogę. Ale babcia go kochała. Jak siedział w więzieniu, to mu szykowała wałówki.

Dziadkowie to nie byli polityczni ludzie. Dziadek był rzezakiem. Żyli według religijnego kalendarza. Więc to zerwanie nie miało żadnego wymiaru politycznego. Ojciec ich odwiedzał. Tam może nie było jakichś wielkich więzi, ale moja matka mi mówiła, że znała rodziców ojca. Dla nich wszystko było nie tak, bo rodzice żyli bez ślubu, nie chodzili do synagogi, nie wierzyli w Boga.

A jak to było z wykształceniem twego ojca?

Był właściwie samoukiem. Inteligentem stał się przez komunizm. Skończył szkołę, zdał maturę, przez rok studiował chemię w Wiedniu, potem wrócił i już został zawodowym rewolucjonistą.

Czy ojciec uważał się za przedstawiciela żydowskiego proletariatu?

Proletariatu nie. On się uważał za członka przedwojennej kompartii, który wielokrotnie spotykał się z antysemityzmem w Polsce. On antysemityzmu nigdy nie demonizował, ale też nigdy go nie przemilczał. Bo to jest problem, który my też mamy.

Ucieczka ze sztetla i asymilacja to nie był jedyny powód przystąpienia do komunistów. W kwietniu 1981 roku Ozjasz Szechter tłumaczył francuskiej dziennikarce Annie Daubenton powody swego zaangażowania. Oto, co mówił:
 

W 1920 roku we Lwowie była grupa młodych sympatyków komunizmu, nie należy jednak sądzić, że ludzie przychodzili do partii z powodów ideologiczno-intelektualnych, że czytali książki Marksa, Engelsa... Powodem była wrażliwość na ideę sprawiedliwości społecznej. (...) Mną też ona kierowała. Co to oznacza? Urodziłem się w 1901 roku, moja świadomość polityczna i wizja świata ukształtowały się podczas I wojny światowej. Wraz z innymi młodymi ludźmi zastanawialiśmy się, dlaczego jest tak wiele nieszczęścia, głodu, dlaczego tak bezsensownie giną ludzie, i doszliśmy do wniosku, że - nawet jeśli to bardziej złożone - leży to w interesie kapitału, który doprowadził do tej wojny i do wszystkich tych nieszczęść. Tak kształtowała się moja polityczna świadomość[4].

 
To ważny moment. W Polsce nie docenia się grozy I wojny światowej. Dla nas to była ta długo wyczekiwana wielka wojna narodów, o jaką modlił się Mickiewicz; wojna, która przyniosła nam niepodległość. Tymczasem wszędzie w Europie - w szczególności we Francji, w Niemczech, w Anglii, w Austrii, we Włoszech - to była krwawiąca społeczna trauma, która w Rosji uruchomiła rewolucję i pchnęła do niej emancypującą się nie tylko żydowską młodzież. Ta trauma zrodziła utopię społecznej sprawiedliwości - komunizm, zrodziła faszyzm, w jednych krajach militaryzm, w innych pacyfizm. Twój ojciec mówi dalej:
 

Do socjalizmu prowadziła mnie także literatura piękna: Ibsen, Żeromski. Zacząłem brać udział we wszystkich zebraniach politycznych, na jakich tylko mogłem się znaleźć. (...), między innymi PPS-u, burżuazyjnych i syjonistycznych kół. Chciałem wiedzieć, co się dzieje w polityce, wyrobić sobie zdanie. Z tych poszukiwań wynikało, że idea komunistyczna jest mi najbliższa. Dlaczego? Bo komuniści byli radykalni, chcieli zmian szybkich i totalnych. Młodzi ludzie zawsze są porywczy, nie chcą czekać, pragną zmieniać świat radykalnie i całkowicie. (...) Nie znałem wówczas wszystkich prac Marksa, choć w Galicji były dostępne książki i publikacje gdzie indziej zabronione. Zaproponowano mi, bym przystąpił do grupy siedmiu-ośmiu sympatyzujących z komunizmem młodych ludzi. Mieliśmy 18-19 lat. Na pierwszym zebraniu po raz pierwszy spotkałem prawdziwego komunistę. Dla nas był starcem, miał 30, najwyżej 35 lat. Nazywał się Arnold Baral. Wygłosił wykład, który zresztą wcale mi się nie spodobał, wręcz mnie zniechęcił. Nie wiedziałem dlaczego. Dziś to rozumiem. Mówił, że demokracja parlamentarna to głupota, że należało z nią całkowicie zerwać.

 
I tu przypomnę: mamy kwiecień 1981 roku, a twój ojciec mówi:
 

I to właśnie jest największą porażką komunizmu, to doprowadziło do przekształcenia go w reżimy totalitarne. To nie przypadek, że berlińscy komuniści zachowali się nieuczciwie wobec socjalistów. Zanim Hitler doszedł do władzy, występowali przeciwko nim, związując się z popierającymi Hitlera robotnikami. Poparcie komunistów ułatwiło Hitlerowi zwycięstwo. (...) Zostałem wychowany w tradycji patriotycznej, która nakazywała, by wolność i niepodległość kraju uznawać za sprawy najważniejsze. Dla mnie wolna Polska oznaczała Polskę demokratyczną, z niezależnym, wolnym parlamentem i tak dalej. Partia komunistyczna to odrzucała. Ale ten rys totalitarny nie pojawił się od razu. To było późniejsze skrzywienie. Początkowo był to ruch socjalistyczny, socjaldemokratyczny, dopiero później stał się anarchistyczny, odrzucający demokrację.

 
Tu się u twego ojca ujawnia jakaś niekonsekwencja. Z jednej strony niepodległa i demokratyczna Polska jest dla niego wartością, a z drugiej przystępuje do komunistów, którzy negują i niepodległość, i demokrację. Znalazłem na to, jak sądzę, odpowiedź w jego bardzo osobistym wyznaniu - liście do Komitetu Obrony Robotników z marca 1977 roku.

Ten tekst ojca zrobił na mnie ogromne wrażenie. Przeczytałem go dopiero po powrocie z Francji w 1977 roku. Bardzo żałuję, że nie udało mi się go namówić, by opowiedział więcej, by dał więcej niuansów, koloru, smaków ze swego życia. Zostawił tylko tę syntezę. Pigułę.

Może coś tu jeszcze uzupełnisz. Ale najpierw ojciec:
 

(...) Najpierwszy grzech polityczny komunistów polega na tym, że niefrasobliwie zaaprobowali zlikwidowanie wszelkiej demokracji. Wszystko to, o co warstwy uciśnione przez stulecia walczyły i co zdobyły, zostało przekreślone. Wydawało mi się wtedy, w mojej młodzieńczej gorliwości i zapalczywości, że jest to konieczne przejściowe zło. Potem pojawiły się nieuniknione następstwa grzechu pierwszego. Zło rozrosło się w sposób zastraszający. Likwidacja wolności demokratycznych podniesiona została przez Stalina do rzędu "spiżowego prawa rozwoju historycznego" o mocy powszechnie obowiązującej. Potem nadeszły lata pełne grozy i zbrodni.

Powoli zaczęły rodzić się we mnie wątpliwości i zrozumienie tego, co się stało. Doszedłem do wniosku, że Marks i Engels (i wszyscy ich uczniowie) jednak się pomylili. (...) Wszystko jak gdyby się sprzysięgło, by młodzieńcze ideały, dążenia i cele mego pokolenia przekształcić w ich przeciwieństwo.

Chciałem i miałem walczyć przeciwko wojnom i ich źródłom, o demokrację, o wyzwolenie klasy robotniczej i całego polskiego ludu pracującego, o socjalizm. Niestety, to się nie spełniło. Z czasem doszedłem do przekonania, że się sprzeniewierzyłem sprawie polskiej klasy robotniczej, sprawie Polski demokratycznej i socjalistycznej.

Potem, kiedy już zerwałem wewnętrznie z tym wszystkim, wciąż nie miałem odwagi powiedzieć o tym publicznie, uważałem, że wystarczy milczeć, wystarczy odsunąć się od czynnego życia politycznego, wystarczy w nocnych towarzyszy rozmowach brać z tym wszystkim rozbrat.

Szedłem więc, odwracając wciąż, niby żona Lota, twarz wstecz, gdyż tam było życie, młodość, wierność swoim przekonaniom, a przed sobą widziałem tylko pustynię. (...) Jednak stary kret historii ryje dalej. Nieustannie, nieubłaganie, groźnie.

Widzę już drugi brzeg rzeki mego życia, ale widzę także brzask nowych czasów. Nadejdzie dzień, gdy znikną gniotące nas dziś koszmary i maszkary, kiedy lud wyjdzie na ulice miast i wsi, by powitać nową wiosnę, nową wiosnę Polski, nową wiosnę ludów.

Wybitny niegdyś działacz komunistyczny, a obecnie znany działacz demokratyczny, Jugosłowianin Milovan Dżilas, powiedział gdzieś: "Przed każdym człowiekiem, który przejął się ideą komunistyczną z własnej woli i pobudek altruistycznych, wyrasta kiedyś dylemat - wcześniej czy później musi on zrozumieć sprzeczność między tą ideą a praktyką partyjnych przywódców".

Co do mnie, zrozumiałem tę sprzeczność, a raczej zdobyłem się na to, by o tym mówić publicznie, w niemałym stopniu dzięki postawie i działalności Komitetu Obrony Robotników.

 

Ojciec w tym wyznaniu jest bardzo szczery, a że był człowiekiem zasad, to był dla siebie nazbyt surowy. On rzeczywiście milczał, ale wtedy prawie wszyscy milczeli. Cały kraj milczał. On najpierw głośno opowiadał się za destalinizacją, za Gomułką. Wtedy wybrali go do egzekutywy organizacji partyjnej w Książce i Wiedzy, występował na partyjnych zebraniach w duchu Października, ale szybko spostrzegł, że Gomułka kieruje partię na stare tory, że schodzi z reformatorskiego kursu. Wtedy rzeczywiście zamknął się w sobie.

Jest tutaj powrót do nadziei jego młodości, że "lud wkroczy do śródmieścia". Myśmy wszyscy w to wierzyli, albo chcieliśmy wierzyć. Ale im dłużej żyję, tym bardziej wiem, że lud, a raczej klasa robotnicza, o której ojciec mówi z takim patosem, nie jest żadnym remedium na zło. Środowiska robotnicze mogą rodzić zarówno wolność, jak i zniewolenie. I to nie jest przypadek, że wielka część niemieckiej klasy robotniczej, często związana z Komunistyczną Partią Niemiec, przeszła w latach trzydziestych na stronę NSDAP.

Obserwowałem uważnie "Solidarność". Tam było wszystko. I to, co w Polsce najlepsze - i to na szczęście było najbardziej widoczne - i to, co najgorsze, nikczemne i zdegenerowane. To przebijało w tych akcentach antysemickich na jesieni roku 1981.

Była frakcja prawdziwych Polaków.

To w Warszawie. Marian Jurczyk mówił, że rządzą nami ukryci Żydzi, którzy pozmieniali nazwiska na polskie. Kompletny nonsens. I to wszystko było autentyczne. To nie jest przypadek, że dzisiaj ta wielka część naszego społeczeństwa opowiada się za PiS-em. To też jest polskie DNA. Polskie DNA to i targowica, i bunt wobec niej. I Szczęsny Potocki, i Kościuszko. Jedno i drugie.

Twój ojciec był bardzo proukraiński. A mimo to jako młody komunista poparł Moskwę i opowiedział się przeciwko ukraińskim komunistom. To był moment, kiedy jeszcze ufał linii Kominternu, a potem tego żałował. Kiedyś powiedział ci, że największym błędem politycznym jego życia było to, że zajął niewłaściwe stanowisko w sporze wewnątrz Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy. Opowiedz o tym.

Tam doszło w 1926 roku do konfliktu. Ideologiem ukraińskich komunistów był Ołeksandr Szumski, komisarz do spraw oświaty Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej, który opowiadał się za polityką ukrainizacji i uniezależnienia od supremacji kultury rosyjskiej. On powtarzał za ukraińskim pisarzem Mykołą Chwylowym, że politycznie możemy być na wschodzie, ale kultura ukraińska musi być na zachodzie. I to się Moskwie nie spodobało. Szumski szybko został oskarżony przez Stalina o odchylenie nacjonalistyczne (tak zwany szumskizm). W obronę wzięli go Ukraińcy z KPZU. Tymczasem Żydzi z KPZU - w tym mój ojciec - i Polacy z KPP poparli Moskwę i Komintern. KPZU podzieliła się na ukraińską większość i polsko-żydowską mniejszość. I ojciec uważał za swój największy błąd to, że stanął wtedy przeciw Ukraińcom.

Dlaczego to zrobił?

On jeszcze wtedy uważał, że idea rewolucji stoi ponad ideą narodu. Dopiero potem zaczął się proces bolszewizacji. To oznaczało, że liczyło się wyłącznie to, co robiła i mówiła komunistyczna partia ZSRR. Komunistyczne partie w innych krajach były uważane za burżuazyjne i zaczęły być przez Stalina eksterminowane.

Pamiętam jego spór z moim szwagrem Zdzichem, żołnierzem AK z Wileńszczyzny, który siedział z Ukraińcami dziesięć lat na Kołymie. I Zdzich mówił o nich, że to okrutni, dzicy ludzie, że się chwalili, jak ciężarnym kobietom otwierali bagnetami brzuchy. Ojciec mu na to odpowiadał: "Zdzich, ty rozumny, kulturalny człowiek jesteś. Jak ty możesz nie rozumieć, co tam się stało. To najbardziej nieszczęśliwy naród Europy. Zawsze brał w kość. My nie możemy tak mówić. W każdym narodzie są ludzie okrutni. Nie wolno nam tak uogólniać". Był bardzo proukraiński i mnie to zaszczepił.

Wracam do listu twego ojca do KOR-u. Ozjasz Szechter wyznał, że jego milczenie wobec nieprawości w PRL-u to był błąd, że to było za mało jak na protest.

Na tym polegał spór między nami. Ojciec uważał, że tutaj żaden sprzeciw nie ma szansy, żadna polityczna opozycja wobec reżimu nie ma sensu. Bał się o mnie. Namawiał do wyjazdu. Tłumaczył, że dla Polski będę mógł więcej zrobić, będąc za granicą, niż tutaj, gdzie mnie po prostu zabiją. Wtedy mu nie wierzyłem, uważałem, że wyolbrzymia zagrożenie.

Ale okazało się, że ojciec miał rację. Z archiwalnych dokumentów otwartych po 1989 roku wynika, że dwukrotnie bezpieka planowała zamach na twoje życie.

Ojciec chciał, żebym wyjechał do Ameryki. Ale potem przyznał mi rację, że aktywny opór ma sens. I że to pokazał właśnie KOR. Dlatego sam później pojawił się na proteście w Kościele Świętego Marcina. Jednoznacznie i absolutnie zidentyfikował się z opozycją.

Ja też w sumie rozumowo nie uważałem, że opór ma sens, że możemy zwyciężyć. Powtarzałem tylko za Konwickim, który w usta Traugutta włożył takie słowa: "Nie wiem, czy był sens. Wiem, że był mus"[5]. Trzeba było się sprzeciwiać, bo jest kłamstwo, bo jest przemoc.

? Głodówka w Kościele Świętego Marcina w obronie uwięzionych robotników Radomia. Warszawa, maj 1977 roku. W pierwszym rzędzie od lewej: Henryk Wujec, o. Aleksander Hauke-Ligowski, Tadeusz Mazowiecki (mąż zaufania), Lucyna Chomicka, Stanisław Barańczak. W drugim rzędzie od lewej: Jerzy Geresz, Ozjasz Szechter, Joanna Szczęsna, Bogusława Blajfer, Zenon Pałka, Eugeniusz Kloc, Kazimierz Świtoń, Barbara Toruńczyk, Bohdan Cywiński, Danuta Chomicka.

 
Ten gen niezgody jest częsty u młodych ludzi radykalnie i altruistycznie nastawionych do świata. Był też u twojego ojca po tej strasznej pierwszej wojnie, która przyniosła tylko śmierć i nędzę milionom ludzi. Był i u ciebie.

Ojciec mi powtarzał, żebym nigdy nie wierzył, że posiadłem całą prawdę: "Zawsze próbuj spojrzeć na świat okiem swego adwersarza, siądź za jego biurkiem, spójrz przez jego okulary, włóż jego buty". Powtórzę, bo to było jego credo: póki dają za to wyroki sądowe, możesz być z tymi, co kroczą w pierwszej linii; jak zaczynają rozdawać posady rządowe, trzymaj się od tego z daleka. Każda władza deprawuje, ale władza absolutna deprawuje absolutnie - powtarzał za lordem Actonem.

Dlatego z wielką nieufnością odnoszę się do tych wszystkich, którzy czują się posiadaczami prawdy absolutnej i wierzą, że potrafią zbudować świat bezgrzeszny i doskonały.

14 kwietnia 1934 roku twój ojciec za działalność w Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy został skazany przez sąd okręgowy w Łucku na osiem lat więzienia.    Po latach Piotr Gontarczyk w monografii Marzec 1968 w dokumentach MSW wydanej przez IPN w przypisie od wydawcy do twojego nazwiska zamieścił "informację", że Ozjasz Szechter został w 1934 roku aresztowany i skazany za szpiegostwo na rzecz ZSRR. Wywód był taki, że partia komunistyczna to była partia agenturalna, że głosiła unicestwienie państwa polskiego i realizowała polecenia Moskwy.

Jeśli spojrzeć na to z historycznego punktu widzenia, to Gontarczyk miał prawo tak to zinterpretować. Rzeczywiście ta formacja głosiła tezę, że potrzebna jest jedna światowa wspólnota, gdzie ani narody, ani granice, ani państwa, ani historia nie mają znaczenia. To oczywiście były wszystko utopijne bajki, ale w praktyce oznaczało unicestwienie poszczególnych państw, co stało się z Litwą, Łotwą, Estonią i tak dalej. W tym znaczeniu ta teza dawałaby się obronić.

Ale w ten sposób unieważnia się cały wielki spór epoki. Przecież projekt socjalizmu to nie był projekt CzeKa czy KGB. To był projekt światowej lewicy. To był zły projekt. On się nie sprawdził. Wyrządził masę krzywd, dopuścił się okrucieństw. Niemniej to był temat debaty. O to spierały się najwybitniejsze umysły tamtego czasu. I nagle sprowadzanie tego wszystkiego do roli szpiega, który rzekomo za pieniądze służy obcemu państwu, jest po prostu nikczemne. A w tym konkretnym przypadku to nawet nie chodziło o ojca, tylko o mnie. Chodziło o to, by powiedzieć, że jestem synem sowieckiego szpiega. A ojciec szpiegiem po prostu nie był.

Przypomnę sentencję wyroku. Sąd uznał Ozjasza Szechtera za winnego tego, że "od stycznia 1930 roku do 18 listopada 1930 roku na terenie państwa polskiego - w szczególności Wołynia, wschodniej części województwa lubelskiego i Małopolski Wschodniej - należąc do Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy, wszedł w porozumienie z innymi osobami w celu zmiany przemocą ustroju państwa polskiego i zastąpienia go ustrojem komunistycznym oraz oderwania od państwa polskiego południowo-wschodnich województw". I skazał go za to na osiem lat więzienia.    Wobec tych oczywistych faktów wytoczyłeś Gontarczykowi proces, który jednak w pierwszej instancji przegrałeś. Ostatecznie wygrałeś w drugiej. Piotr Gontarczyk wykonał wyrok sądu i przeprosił cię na łamach "Rzeczpospolitej". Potem w książce Nowe kłopoty z historią sam z siebie przyznał, że informacja dotycząca Szechtera "okazała się niedokładna".

Bo Ozjasz Szechter nie był aresztowany ani skazany za szpiegostwo. Czym innym była przynależność do partii komunistycznej, co można oceniać bardzo krytycznie. Przyznaję, że z punktu widzenia obrońców II RP i jej integralności to mogło być interpretowane jako praca na rzecz obcego państwa, niemniej on szpiegiem nie był. On nie zbierał szpiegowskich informacji i nie przekazywał ich do Moskwy. Oprócz KPZU funkcjonowała oczywiście jakaś sowiecka siatka szpiegowska, ale ojciec nie miał z nią nic wspólnego. Mówiąc krótko, nie za to został skazany w Łucku.

W "Gazecie Wyborczej" tak pisałeś w jego obronie. Jak na twą powściągliwość w wyrażaniu uczuć, to przejmujące jest.
 

O moim ojcu Ozjaszu Szechterze

 

Mój ojciec nie był sowieckim szpiegiem. W latach II RP był członkiem nielegalnej partii komunistycznej. Z tego tytułu był wielokrotnie więziony - w sumie spędził osiem lat w więzieniach. Podczas śledztwa poprzedzającego głośny proces łucki był torturowany w sposób okrutny.

Kochałem i szanowałem mojego ojca. W latach mojego zaangażowania w działania opozycji demokratycznej (1963-82) był on dla mnie wsparciem i przyjacielem. Zmarł w sierpniu 1982 r., gdy siedziałem w ośrodku dla internowanych w Białołęce.

Przed dwoma laty nieznani sprawcy zbezcześcili jego grób na Cmentarzu Powązkowskim. Po tym inni, znani już sprawcy, zbezcześcili jego pamięć. Instytut Pamięci Narodowej dopuścił się kłamstwa. Obronę godności mojego ojca uważam za swój - syna - obowiązek. Nie chcę i nie mogę przejść do porządku dziennego nad nikczemnym pozbawianiem go dobrego imienia.

Nie umiałem mu pomóc, gdy umierał; nie pozwolę go zniesławiać, gdy nie żyje i nie może się bronić.

Ojciec nie spisał - niestety - swoich pamiętników. Swoistego rachunku sumienia dokonał wiosną 1977 roku w liście do Komitetu Obrony Robotników.

 
Co ojciec opowiadał o więzieniu po procesie łuckim?

Niewiele. Grał w szachy i dlatego po wojnie wygrywał z kolegami. Dużo czytał, nauczył się angielskiego i francuskiego. Niechętnie opowiadał o śledztwie, o samym procesie łuckim, ale trochę to odtworzyłem z innych źródeł.

Raz tylko opowiedział mi taką historię. Po wojnie wezwali go do Edwarda Ochaba i powiedzieli: "Nasze organa aresztowały jednego z tych policjantów, którzy was torturowali w Łucku. Chodzi o to, żebyście, towarzyszu Szechter, złożyli zeznanie, jak to tam w Łucku było, bo on ma zarzut z artykułu o faszyzacji Polski. Należał do reakcyjnych band".

Ojciec odmówił, tłumacząc po krętacku: "Wiecie, towarzysze, nie pamiętam tych nazwisk, mogę powiedzieć nieprawdę, będzie z tego więcej skandalu niż pożytku". W ojcu nie było mściwości, żądzy odwetu.

A potem opowiedział mi, jak go bił ten policjant. Okrutnie, jakimś drągiem w krocze, i co jakiś czas do niego wykrzykiwał: "A masz, za moje rozbite jaja w GPU!". To był facet, który trafił do sowieckiego więzienia i tak go tam katowali, że do końca życia wiedział, że z bolszewikami trzeba wojować i mścić się na nich.

Z jednej strony w Łucku torturowali, a z drugiej ojciec miał status więźnia politycznego, a to dawało pewne przywileje. Ozjasz Szechter w rozmowie z Annie Daubenton wspominał:
 

Partia komunistyczna w Rosji jeszcze za czasów caratu wywalczyła status więźnia politycznego. I gdy na przykład do celi więziennej wchodził inspektor polityczny, zdejmował kapelusz i się kłaniał. Byłem więźniem politycznym w Warszawie w latach 1931-1932. Wiem, co się wtedy działo w więzieniach. Trudno sobie wyobrazić, że można było w owym czasie być komunistą i więźniem politycznym. Z okazji 1 maja zorganizowaliśmy święto: czerwonym suknem pokryliśmy stół, zawiesiliśmy portrety Marksa i Engelsa na ścianie, ktoś wygłosił wykład na temat marksizmu. Wicedyrektor więzienia w tym uczestniczył. Mieliśmy prawo wygłaszać nasze poglądy w więzieniu. Więzienie znajdowało się na Mokotowie, ale - jak twierdzi mój syn Adam, który też był tam więźniem - to się zmieniło. Podobno coraz gorzej traktuje się więźniów politycznych.

 
W liście do KOR-u porównywał warunki odbywania kary w PRL-u z tym, co było w sanacyjnej Polsce.
 

W 1930 roku podczas procesu łuckiego mieliśmy pełną wolność wypowiedzi. (...) Pewnego dnia po powrocie z gmachu sądu zastaliśmy w celi więziennej stos paczek żywnościowych. Każdy oskarżony otrzymał paczkę. Każdy od kogo innego. Nie pamiętam już nazwisk wszystkich nadawców paczek, ale widniały wśród nich nazwiska Ewy Szelburg-Zarembiny, Ireny Kosmowskiej, Heleny Boguszewskiej, Andrzeja Struga, Tomasza Nocznickiego. Pięćdziesiąt cztery paczki od pięćdziesięciu czterech znanych przedstawicieli inteligencji polskiej.

Nie byli to w żadnym wypadku komuniści lub sympatycy komunistów. Tymi paczkami symbolami wyrażali jedynie to, że występują przeciw bezprawiu, przeciw torturom i wymuszaniu zeznań.

Nikt nigdy nie słyszał, żeby kogokolwiek z nadawców paczek wzywano na jakieś przesłuchania lub żeby u kogokolwiek przeprowadzono rewizję, nie mówiąc już o gorszych formach szykanowania.

Kiedy wieść o torturach i wymuszaniu zeznań przedostała się poza mury gmachu województwa wołyńskiego (...) ówczesny minister spraw wewnętrznych generał Sławoj Składkowski oświadczył w Sejmie, że przeprowadził dochodzenie, stwierdził, że w łuckim urzędzie śledczym dopuszczono się łamania prawa, w związku z czym kazał "rozpędzić" ten urząd. Oświadczenie to powtórzyła wtedy także prasa.

 
Rzecz w tym, że sąd nie unieważnił zeznań wydobytych za pomocą tortur. Stwierdził, że jeśli nawet słowa oskarżonych zostały na nich wymuszone, nie znaczy to, że nie są prawdziwe. A co twój ojciec właściwie powiedział? Do czego się przyznał?

Raz go spytałem i miałem wrażenie, że on nie bardzo chce mówić. To chyba było tak: komuniści siedzący w Łucku byli strasznie torturowani. Ojciec do nich należał i pod wpływem tortur przyznał, że był członkiem partii. A partyjne polecenie brzmiało: do niczego się nie przyznawać, zwłaszcza do przynależności do partii komunistycznej. Nie potrafiłem tego wszystkiego zrozumieć. Nie mnie torturowali i nie ja będę oceniał. To w łuckich archiwach z pewnością jest. Można by sprawdzić, co tam się działo i co ojciec w śledztwie mówił - tylko że teraz jest wojna i inne tematy są. Dość, że ojciec po wyjściu z więzienia nie odgrywał już żadnej roli w partii. Pozbawiony wszelkich złudzeń przed Stalinem czuł już tylko strach.

I to wtedy rozstał się z sowieckim komunizmem?

Tak, jeszcze w więzieniu, w 1936 roku. Dlaczego on przestał wierzyć bolszewikom? Gdy przyszły wielkie procesy moskiewskie[6], to on czytał w gazetach, że Kamieniew, Zinowiew, Bucharin, Tomski, Rykow podkładali bomby, organizowali zamachy, zatruwali studnie, byli japońskimi i niemieckimi szpiegami, że się do wszystkiego przyznali i domagali się dla siebie kary śmierci... No to albo-albo. Albo to jest prawda, co by znaczyło, że ci wszyscy "szpiedzy" rządzili Związkiem Sowieckim tyle lat. Świadczyłoby to, że ten system jest zgniły i zdegenerowany. Albo oni mówią nieprawdę, a mimo to przyznają się do winy, a to oznacza, że jest jeszcze bardziej tragicznie.

On wątpliwości żadnych nie miał. Tak jak nie wierzył, że całe KPP to agentura była. Mógł być jeden agent. Piłsudski miał swoich ludzi w różnych stronnictwach, mógł być drugi agent... Ale wszyscy? Adolf Warski "Warszawski", Maria Koszutska "Kostrzewa", Maksymilian Horwitz "Walecki", Julian Leszczyński "Leński", całe kierownictwo? Wszyscy? Wszyscy to agenci Dwójki? To przecież nonsens.

Co za paradoks. Ozjasz Szechter przeżył dzięki temu, że siedział w polskim więzieniu, w Łucku. W przeciwnym razie wezwano by go do Moskwy i z pewnością rozwalono w ramach wielkiej czystki i rozprawy z KPP i KPZU.

Tak, przeżył dzięki więzieniu, jak Alfred Lampe, jak matka Janka Lityńskiego. Wszystkich jego znajomych z KPZU sprzed wojny Stalin wymordował.

Nie znam historii KPZU, ale rozmiar i charakter czystki w szeregach komunistów polskich były zatrważające. Rosyjski historyk Nikołaj Iwanow w książce Komunizm po polsku napisał: "W styczniu 1936 roku z 17 302 członków KPP (wraz z KPZU i KPZB) 3817 przebywało w Związku Sowieckim, w tym prawie całe kierownictwo partii. W czasie wielkiego terroru spośród tych ostatnich ocalało nie więcej niż sto osób! Nie przeżył prawie nikt ze ścisłego kierownictwa partii. Zginęli wszyscy czołowi jej przywódcy - stracono 46 członków i 24 zastępców członków KC KPP. Jak złośliwie żartowano: "Najbezpieczniejszym miejscem dla komunisty polskiego było wtedy polskie więzienie"".    Na temat powodów rozprawy Stalina z polskimi komunistami sporo napisano, że trockistowska obsesja Stalina, że polscy komuniści rozdyskutowani byli, że nie słuchali nakazów Kominternu, że poparli zamach majowy marszałka Józefa Piłsudskiego (tak zwany błąd majowy), że wreszcie byli podzieleni w sprawie niepodległości Polski, której Moskwa nie chciała. Tymczasem twój ojciec miał na ten temat własny pogląd, który nie unieważnia wymienionych. W kwietniu 1981 roku w rozmowie z tą samą francuską dziennikarką Ozjasz Szechter mówi tak:
 

Co dziś o tym myślę? Dlaczego zamordowano tych wszystkich komunistów, nawet tych najwierniejszych Stalinowi? Dlaczego rozwiązano partię? Od początku miałem wątpliwości, gdy dowiadywałem się, że najpierw zginął ten, potem tamten i jeszcze inny... Pośród nich byli moi najbliżsi towarzysze, w tym samym wieku co ja, którym udało się zbiec do ZSRR. (...) Otóż Stalin był bystry, patrzył daleko i - moim zdaniem - już w czasie rozwiązywania polskiej partii komunistycznej negocjował z Niemcami. Chciał się z nimi porozumieć. Stało się to już w Rapallo, przeciwko traktatowi wersalskiemu. Tym razem chodziło jednak o porozumienie z hitlerowskimi Niemcami. Stalin wiedział, że żaden polski komunista, czy to Warski, Kostrzewa czy Leński, czy ktokolwiek inny, nie podpisałby żadnego porozumienia z Niemcami przeciwko Polsce. Dlatego wymordował wszystkich komunistów. Tak sądzę.

 

To jest logiczne, co mówił ojciec. Oczywiście Stalin miał ten antypolski bzik. Pamiętał klęskę bolszewików w 1920 roku. Pamiętał, że polscy komuniści brykali. Kostrzewa odpowiedziała Stalinowi na zebraniu Kominternu, że "kości polskich komunistów mają to do siebie, że nawet jak się je połamie, to one się zrastają". Ale powiedzmy sobie szczerze, Stalin chciał wyrwać z korzeniami każde źdźbło, które w jego wyobraźni mogłoby mu zaszkodzić. To dotyczyło komunistów hiszpańskich, węgierskich, rosyjskich, ukraińskich. Ojciec koncentruje się na Polsce i ma dużo racji, ale ja bym jednak głównego wyjaśnienia szukał w analizowaniu uniwersalnej polityki Stalina. Przecież on kazał wymordować trzy czwarte delegatów na XVII zjazd partii komunistycznej!

I około miliona szeregowych członków partii, o Wielkim Głodzie nie wspominając...

To jest coś niesłychanego. Jest takie powiedzenie Erenburga, że w Moskwie w 1937 roku wszystko jest możliwe, nawet to, że kogoś nie aresztują. Ojciec nienawidził Stalina. Widział w nim esencję swojego zmarnowanego ideowego życia.

Gdy Stalin umarł, ogłoszono żałobę narodową, panowała zbiorowa histeria, ty płakałeś, wszystkie dzieci w szkole płakały, sąsiedzi płakali, a twój ojciec nie płakał.

Ja miałem wobec niego swego rodzaju ukryty żal. Dlaczego on nie jest taki jak inni? Przy Alei Przyjaciół 9, gdzie mieszkaliśmy, komitet blokowy zorganizował wieczorynkę ku czci towarzysza wielkiego językoznawcy. Wszyscy poszli, ja poszedłem, a ojciec nie. Został w domu i czytał jakiś kryminał po angielsku. Dla niego było to emocjonalnie nie do przekroczenia. Wtedy nic z tego nie rozumiałem. Miałem siedem lat.

Jest w którejś z książek Sołżenicyna taka scena. Łagier, 1953 rok. Komendant zwołuje zbiórkę na placu. Flaga do połowy opuszczona. "Zmarł geniusz ludzkości, największy człowiek wszech czasów" - mówi. Mróz. Wszyscy stoją w czapkach. Pada komenda "zdjąć czapki". Nikt nie słucha, dalej wszyscy stoją w czapkach. Powtórna komenda - "zdjąć czapki". Nikt się nie rusza. Na trzecią komendę wyrażoną wrzaskiem wszyscy zdejmują nakrycia głowy, podrzucają je do góry i wiwatują głośnym "hurra!". To scena literacka, ale dobrze oddaje nastrój ojca.

Ojciec wychodzi z więzienia po amnestii w 1936 roku.

Wychodzi świadomy swoich błędów, pozbawiony wszelkich złudzeń wobec Sowietów czy Stalina. Zaprzestaje działalności. Podejmuje pracę w banku we Lwowie.

W końcu ma rodzinę na utrzymaniu. Jak i kiedy poznali się twoi rodzice?

Nie wiem, gdzie oni się poznali. Myślę, że gdzieś w podziemiu, chyba we Lwowie. Poprzedni mąż matki był ze Lwowa, to był znajomy mojego ojca. Natomiast ojciec owdowiał, bo matka Jurka, mojego drugiego obok Stefana przyrodniego brata, zmarła w połogu. Gdy w 1929 roku rodzice się zeszli, każde z nich było same, ale za to z kilkumiesięcznym synkiem. Tata z Jurkiem, mama ze Stefanem. Obaj moi bracia byli więc ode mnie starsi o siedemnaście lat.

Rodzina twojej matki była raczej mieszczańska.

Drobnomieszczańska i zasymilowana. Babcia była perukarką, dziadek - nie pamiętam nawet. Brat mamy był zegarmistrzem. Jej siostra była prostą kobietą, zmarła na początku lat osiemdziesiątych w Krakowie jako bardzo religijna katoliczka.

Rodzice się pobrali?

Nie, skądże. Nie przykładali do tego żadnego znaczenia. Przed wojną ślub mógł być tylko religijny. Nie było ślubów cywilnych. A komuniści z zasady nie brali ślubów religijnych. To wydaje się idiotyczne, bo w końcu to był obyczaj. Ale nie wchodził w grę ślub ani żydowski, ani katolicki, ani żaden inny. Oni do końca nie mieli ślubu i dlatego nawet z pochówkiem we wspólnym grobie były różne historie, ale jakoś się udało.

Do Lwowa, gdzie wówczas mieszkają twoi rodzice, 22 września 1939 roku wkraczają Rosjanie.

Ojciec jest znany jako komunista, który jednak ocalał po wielkich czystkach. Ale, rzecz jasna, niczego nie może być pewny. Opowiadał mi, że jego bardzo bliski znajomy, ekonomista, ważna postać w komunistycznych związkach zawodowych, współpracował z Sowietami. Kiedyś ojciec do niego przyszedł, szukał jakiejś pracy czy coś w tym rodzaju. Ów na niego spojrzał i powiedział: "Nie mogę z tobą rozmawiać, bo o tobie mówią, że ty jesteś trockista!".

Takie zdanie oznaczało wówczas wyrok śmierci. Ale okazało się, że nie mówiono tego na tyle często, by ojca zamknięto.

? "Ojciec w domu dominował. Jeśli chodzi o wybory polityczne, to mama nie sprzeciwiała się ojcu. Był w tym swego rodzaju bezkrytycyzm".

 
By odtworzyć, co było dalej, sięgnę do rozmowy ojca z Annie Daubenton.
 

Podczas wojny przebywałem na terenie ZSRR, dokąd uciekłem przed Niemcami. Na początku było bardzo ciężko, moja żona znalazła pracę, ja - nie. Przed wojną pracowałem w banku, chciałem dalej pracować w tym zawodzie. Pomógł mi pewien sowiecki przyjaciel. Muszę tu dodać, że pośród Rosjan było bardzo wielu ludzi wysokiej moralności, dobroci i uczciwości... Ten sowiecki komunista pracował przed wojną jako robotnik w fabryce lokomotyw, był członkiem partii od 1917 lub 1918 roku. To on mnie namówił, bym wyjechał do ZSRR; chciałem uciekać przed Niemcami i zaciągnąć się do Armii Czerwonej, by z nimi walczyć. On mnie przekonał, bym zabrał także rodzinę. Odpowiedziałem, że mnie nie stać, że mam w kieszeni dwanaście rubli. Odpowiedział: "Nie martw się. Pomogę ci. Tak długo jak będę żył, ty też będziesz". Trafiłem do sowieckiej armii, bo tylko tam chciałem walczyć. Zostałem do końca wojny, nawet o sześć miesięcy dłużej. Nie wypuszczono mnie od razu. Nie będę o tym opowiadał, ale sprawa była brudna.

Do Polski wróciłem w 1946 roku, po uprzednim wyciągnięciu stamtąd rodziny, której nie chciano wypuścić. Oto jak wyglądało moje życie w Rosji: zaznałem biedy i głodu, chorowałem na tyfus. Przed wojną ważyłem 64 kilogramy, gdy wróciłem z wojska niecałe 50. Nie mam dobrych wspomnień z Rosji, oprócz kilku spotkanych tam ludzi.

 
Dlaczego ojciec zaciągnął się do Armii Czerwonej, a nie do Ludowego Wojska Polskiego?

Do LWP iść nie chciał, bo obawiał się, że albo odkryją go jako przedwojennego członka KPP, albo natychmiast zrobią z niego oficera politycznego. Nie chciał ani jednego, ani drugiego. Służył więc na granicy z Persją jako szeregowy żołnierz w Armii Czerwonej. Miał już zresztą swoje lata.

Rodzice wrócili z Sowietów do Polski w 1946 roku. Tak jak wielu polskich Żydów, którzy przeżyli w Rosji, i oni przyjechali do Warszawy budować Polskę Ludową.

To się zgadza.

Po wojnie Warszawa to taki świat bieżeńców, którzy odnaleźli tu przystanek. Otworzyło się okno historii, mogli się poczuć u siebie i odetchnąć.

Dla ojca Warszawa to był obcy świat. On u siebie czuł się tylko we Lwowie.

Wiesz, ja to rozumiem. Lwów przez swój melanż etniczny, kulturowy, religijny, architektoniczny jest dla mnie miastem arcypolskim, w znaczeniu jagiellońskim, rzecz jasna, a nie endeckim.

Ja to napisałem w moim eseju o Józefie Piłsudskim, cytując Ksawerego Pruszyńskiego, że Polska bez zboru ewangelickiego, bez synagogi, bez prawosławnej cerkwi, bez Litwinów, Białorusinów, Ukraińców, Niemców, Ormian i Karaimów to nie jest Polska. Piłsudski też tak uważał. Ojciec był właśnie produktem tej lwowskiej społeczności wielokulturowej, gdy mówił: "Bądź ze słabymi - Ukraińcami, Ormianami, Żydami, Polakami - póki są słabi. Zachowaj dystans, kiedy stają się na tyle silni, by dyktować swe prawa innym".

Widziałem we Lwowie tabliczkę w Memoriale Ofiar Getta Lwowskiego, którą ufundowałeś także w imieniu ojca. Tabliczka poświęcona wszystkim nieznanym ci dziadkom, wujkom i krewnym, bez których się wychowywałeś. Tam zginęli wszyscy, szczęśliwie z wyjątkiem twoich rodziców.

Ojciec wyjechał z tego Lwowa i już nigdy tam nie wrócił. Opowiadał, że jak przyjechał do Polski ze Związku Sowieckiego, to usłyszał na peronie rozmowę dwóch kolejarzy. Jeden z nich wskazywał palcem ojca i jeszcze kogoś innego i powiedział: "O, już wraca to paskudztwo". On z jednej strony uważał, że to jest kompletny idiotyzm mówić, że wszyscy Polacy są antysemitami. Z drugiej strony - nie miał złudzeń, gdzie żyje.

Patrzę na to oczami Gdańszczanina, który w młodym wieku Żyda nigdy nie widział. Ani religijnego, ani zasymilowanego. W Gdańsku nie było takiego zjawiska jak w Warszawie, że w klasie miałeś, powiedzmy, szóstkę czy dziesiątkę żydowskich dzieci z tak zwanych dobrych komunistycznych domów.

Ojciec miał znajomych, którzy przychodzili na kolację, ale to byli tylko Żydzi. Ci znajomi ojca widzieli wszystko i trzęśli portkami. Jego środowisko tu, w Warszawie - to też tylko Żydzi. On potem nie mógł pojąć, jak ja gładko wszedłem w krąg pierwszorzędnej polskiej inteligencji. Dla niego to było zdumiewające.

No właśnie - ty przyszedłeś na świat już w Warszawie, w 1946 roku, krótko po powrocie twoich rodziców z ZSRR.

Od dziecka pamiętam tylko to mieszkanie przy Alei Przyjaciół. Ojciec dostał przydział ze związków zawodowych. Mieszkaliśmy tu w szóstkę: mama, ojciec, dwaj moi bracia, bratowa i ja.

Ale atmosfera była dość ciężka. Ojciec nie miał dobrych wspomnień z więzienia i z Rosji. On się bał, ciągłe zagrożenie było. Dlatego jak wrócił ze wschodu, to chciał jechać do Ameryki. Nie ze strachu przed Polską, tylko ze strachu przed Stalinem. Mama była już w ciąży ze mną i powiedziała, że nigdzie nie pojedzie.

W czasach stalinowskich niebezpiecznie było mieć historię uczestnictwa w podziemiu komunistycznym.

Jak widać, za ten KPP-owski komunizm dostawało się po głowie i w okresie międzywojennym, i w okresie stalinowskim.

Taką historię zapamiętałem. Miałem może pięć albo sześć lat. Poszliśmy z nianią do Parku Ujazdowskiego. Niania się zagadała z inną nianią. Zobaczyłem, że nie ma aut, wyrwałem się i przebiegłem przez ulicę - prosto pod samochód. To był samochód prowadzony przez kierowcę pułkownika Światły, wówczas stalinowskiego kata w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego, który później zbiegł na Zachód. Przybiegła niania. Kierowca pyta: "Co to za dziecko?". "On tu mieszka niedaleko, to syn towarzysza Szechtera". Podjeżdżamy pod dom i ten bezpieczniak bierze mnie na ręce, dzwoni do drzwi. Matka nieufnie pyta, kto tam? Pada odpowiedź: "My od towarzysza Światły". Matka otworzyła drzwi przerażona, blada ze strachu... Zobaczyła mnie zakrwawionego i... odetchnęła z ulgą. Była przekonana, że przyszli po ojca. Takie to były wtedy klimaty.

A jak to było z twoim nazwiskiem? Twoi rodzice formalnie nie byli małżeństwem. Nosisz nazwisko matki, a nie ojca.

Moi bracia już nosili nazwisko matki, więc w sposób naturalny mi też je nadano. Pamiętam, że gdy miałem siedemnaście lat, ojciec zapytał, czy nie chciałbym zmienić nazwiska z Michnik na Szechter. Powiedziałem, że nie. Miałem już swoje nazwisko znane w Klubie Poszukiwaczy Sprzeczności, w szkole, w środowisku. Po prostu byłem Adam Michnik.

Wielu komunistów żydowskiego pochodzenia, w szczególności po wojnie, spolszczało swoje nazwiska, a twój ojciec tego nie zrobił. Dlaczego? Przecież Ozjasz Szechter to w Polsce jest jak wizytówka.

Sądzę, że to kwestia godności. Ale ja się go nigdy o to nie spytałem. U niego z wiekiem dochodziły do głosu dwa wewnętrzne procesy.

Po pierwsze, całkowite odrzucenie sowieckiego komunizmu, stalinizmu, ale też komunizmu chińskiego Deng Xiaopinga. Odrzucał wszystko, co było antydemokratyczne. Także Trockiego. On go szanował, bo Trocki demaskował Stalina, ale jednocześnie go nie szanował, dlatego że nie był demokratą.

A drugi proces to jest powrót do wątku żydowskiego. Mówił: "Zobacz, tyle tu przychodzi różnych ludzi grywać pasjami w karty. Otóż żaden z tych licznych partnerów od brydża nigdy mnie nie zaprosił na kolację. Na brydża tak, ale nie na kolację, żeby usiąść przy jednym stole i pogadać - nigdy". On wiązał to ze swoim żydowskim pochodzeniem. No i wielu ludzi go zawiodło. Po 1968 roku padł na nich blady strach i w ogóle przestali go odwiedzać. Bali się nawet zadzwonić i zapytać: "Co u ciebie słychać?". Ale nie miał w sobie potrzeby odwetu.

To tym bardziej mógłby chcieć zacierać ślady swego pochodzenia, a jednak zachował nazwisko.

Na zmianę nazwiska nie pozwoliła mu osobista duma. Bo co to znaczy zmienić nazwisko? Udawać, że jest się kimś innym, niż się jest? To niegodne.

To bardzo bliskie mi rozumowanie. Moje Dziady i dybuki to też taki manifest osobistej godności. Uznałem, że żaden antysemita nie będzie mi zaglądał do metryki. Ja się nigdy nie czułem Żydem, ale zrozumiałem, że bez wyjaśnienia, skąd się wziąłem i z jakich pierwiastków się składam, bez przełamania rodzinnego tabu - nigdy nie stanę się Polakiem na własnych warunkach. To znaczy Polakiem, który nie robi tajemnicy ze swego pochodzenia, a nie Polakiem według definicji Romana Dmowskiego, że Polak, katolik, tu urodzony czystej krwi Aryjczyk.

Dokładnie tak. Ja to tak rozumiem, że chodziło o to, żeby być w zgodzie z sobą samym. Choć moja droga była inna, to twoją drogę całkowicie rozumiem i szanuję.

Ale tu jest Polska. Moja stryjeczna siostra na przykład ukrywała, że jest Żydówką. Powiedziała: "Rodzina mego męża tego nie wytrzyma". I wiem od szwagra, że on o tym, że żona była Żydówką, powiedział rodzinie dopiero po jej śmierci. Ona wcześniej przeżyła szok, bo zanim poznała mojego szwagra, miała chłopaka, AK-owca; inteligentny, miły, przystojny - wszystko jak trzeba. To mógł być 1954 lub 1955 rok. I gdy on się jej oświadczył, wówczas ona powiedziała: "Ale wiesz, jeszcze jedno muszę ci wyznać dla pełnej jasności, ja jestem Żydówką". On stężał, wstał od stołu, bez słowa wyszedł, trzaskając drzwiami, i więcej się nie pokazał. Podobną przygodę miał Bolesław Leśmian ze swoją córką, o względy której zabiegał Alfred Łaszowski. Łaszowski przyszedł do poety i powiedział, że musi zerwać zaręczyny, bo jego przełożeni w organizacji zabronili mu żenić się z Żydówką. A on był w ONR-ze. I wówczas Leśmian złapał się za serce i dostał zawału. Ukochany kraj, umiłowany kraj...

Ten motyw będzie się przewijał przez całą naszą rozmowę, choćbyśmy nie wiem jak próbowali o tym zapomnieć.

Ja nie chcę zapominać, tylko staram się mieć do tego stosunek trzeźwy. Nigdy nie udawałem kogoś innego, choć Gomułka bardzo mi w tym pomógł, to prawda. On to ogłosił całej Polsce i ja to miałem z głowy.

Moja matka w gruncie rzeczy przejęła pogląd ojca polskiego nacjonalizmu, że jak ktoś jest Polakiem czystej krwi, tu urodzonym i do tego katolikiem, to stoi wyżej w hierarchii ludzkiej niż jakiś mieszaniec. Wstydziła się swego częściowo żydowskiego pochodzenia. Ukrywała je. Dlatego Dziady i dybuki mogły się ukazać dopiero po jej śmierci. To jej obiecałem. Jest coś upokarzającego w tym, że człowiek ukrywa się przed własnymi rodakami, że godzi się na status osoby drugiej kategorii.

Więcej, Dmowski mówił, że można spolonizować Białorusina, Ukraińca, Litwina, Rosjanina czy nawet Niemca, ale że Żyd jest nie do spolonizowania.

Pamiętam taką rozmowę w 1967 roku. Ukazał się artykuł Machejka w "Życiu Literackim" i ojciec natychmiast wyczuł w nim tony antysemickie, a mnie się to wydawało nieprawdopodobne. Do 1967 roku Żydzi i antysemityzm to był temat, który nie istniał. O tym się nie mówiło. I ojciec bardzo ostro mi wtedy powiedział, że ja nic nie rozumiem, że nie umiem tego czytać, że to antysemicki tekst. "Dopiero jak ci nawymyślają od "parszywych żydków", to zrozumiesz!". On miał te anteny o wiele bardziej wyczulone niż ja. Oczywiście po 1968 roku one też mi się wyczuliły. Ale do przemówienia Gomułki, który mówił, że nie będziemy tutaj tolerować piątej kolumny i że Żydzi mogą wyjechać do Izraela, to ja w ogóle nie miałem tego problemu.

Z drugiej strony bardzo irytował ojca taki judeocentryzm, ta żydowska paranoja, która cały świat sprowadza do tego, że na wszystkie wypadki należy spoglądać, czy są dobre dla Żydów, czy złe dla Żydów. Doskonale rozumiał całą złożoność relacji polsko-żydowskich. Mówił: "Wszędzie ci Żydzi się skarżą, że Polacy ich nie przechowywali. A gdyby jakimś zrządzeniem losu było na odwrót, gdyby to Żydzi mieli przechowywać Polaków, to zaraz wszyscy by się rzucili ich przechowywać? Na wyścigi?". I mówił to człowiek, który całą rodzinę stracił w Holokauście.

Może on nie miał tej wrażliwości na żydowską traumę w tym znaczeniu, że w czasie okupacji był w Rosji? Nie ukrywał się, nie siedział w szafie, nie doświadczył zdrady, donosów, szmalcownictwa, zajmowania domów, grabieży własności żydowskiej... Słowem - nie zaznał żydowskiego rozczarowania postawą polskich sąsiadów.

Ojciec nie twierdził, że w Polsce nie ma antysemityzmu. On tylko twierdził, że nie wszyscy Polacy są antysemitami. Sprzeciwiał się stereotypowi, że Polacy to antysemicki naród.

Wróćmy do 1946 roku i twoich narodzin. Byłeś późnym dzieckiem.

Tak, mama miała czterdzieści trzy lata, a ojciec czterdzieści pięć. Bracia byli obaj z 1929 roku. Kontakt z rodzeństwem miałem minimalny. Może raz czy drugi odebrali mnie z przedszkola, ale była w domu niania, która się mną opiekowała, bo mama pracowała. Jurek wyjechał z Polski, jak miałem jedenaście lat. Pojechał do Izraela, a potem do Stanów.

A Stefan?

Stefan był po prostu ciamajdą. W gruncie rzeczy nigdy mi niczym nie zaimponował. Polityki nie rozumiał. Nie był więc dla mnie żadnym partnerem do rozmowy ani nawet antagonistą. Nieszczęście z nim polegało na tym, że jako młody człowiek został wciągnięty przez wojsko do Centralnej Szkoły Prawniczej im. Teodora Duracza. To była taka kuźnia nowych kadr w ramach "defaszyzacji sądów", eksternistyczny kurs prawa dla aparatu ludowej sprawiedliwości. Po jej ukończeniu zrobili z niego sędziego w sądownictwie wojskowym. Może nie za elegancko tak mówić o bracie, ale był z niego taki bezwolny przydupas. Kiedy Stalin umarł, miał dwadzieścia cztery lata.

? "Gdyby mój brat Stefan nie nazywał się Michnik, to pies z kulawą nogą by się nim nie zajął. Był kijem, by uderzyć we mnie".

 

Byłem wtedy dzieckiem i tych rzeczy w ogóle nie kojarzyłem. Jedno, co zapamiętałem, to jakąś potworną awanturę między rodzicami a Stefanem. Ojciec rozwścieczony wrzeszczał: "Ty gówniarzu, tu ci na kartce piszą, że BBWR[7] to była faszystowska organizacja, i ty za to skazujesz ludzi!". Po tej kłótni Stefan wyprowadził się z domu. Dostał mieszkanie w olbrzymim mrówkowcu dla wojskowych. Tam miał kawalerkę. Pamiętam, jak byłem już dużo starszy, czasami pożyczał mi klucze.

Do Akademii Duracza skierował go znajomy mojego ojca sprzed wojny, który był dość dużą postacią w sądownictwie wojskowym, przedwojenny komunista, był dla mojego brata niewątpliwie jakimś autorytetem.

Spotkałem kiedyś w Izraelu pewnego emigranta, który wyjechał z Polski jeszcze w 1956 roku, wybitnego matematyka. Powiedział mi wtedy genialne zdanie: "W mojej rodzinie od czterech pokoleń byli chasydzi, co ja mogę zrobić, że prapradziadek był chasydem, pradziadek, dziadek i ojciec byli chasydami. I co ja na to mogę zrobić, że cadyk mojego ojca nazywał się Stalin?".

Nie chciałbym, Adamie, by powstało tu wrażenie niedomówienia. Wiem, że i tobie na tym zależy. Zresztą obaj wiemy, że za czyny brata się nie odpowiada. Pamiętam, jak się uparłeś, by w "Wyborczej" opublikować Raport Komisji Mazura, zastępcy prokuratora generalnego PRL. To była twoja odpowiedź na operację narodowej prawicy, która "sklejała" cię z bratem. "Michnik, przeproś za brata" i tym podobne.

Bardzo mi się podobało, jak na jakieś spotkanie KOD-u przyszła faszystowska bojówka i krzyczała: "Michnik, przeproś za brata". Już się zbierałem do szarży, a ty mnie uprzedziłeś i powiedziałeś: "Nie wiem, panowie, jak mój szef, ale ja za swojego brata już przepraszam".

? Różni narratorzy - czy to UB Moczara, czy Zjednoczenie Patriotyczne "Grunwald", czy dzisiejsza prawica - ale ta sama antysemicka nuta. Sierpień 2021 roku, Gdańsk, 75. rocznica śmierci Danuty Siedzikówny "Inki".

 
Raport Mazura powstał na fali październikowej odwilży, ale u nas w gazecie opublikowany został po raz pierwszy w całości - bez skrótów i ingerencji[8]. Zajął czternaście gazetowych stron, jak mawiamy - kolumn. Zawierał listę wojskowych sędziów, prokuratorów, oficerów śledczych i ich ofiar, listę skazanych na śmierć i wykonanych wyroków oraz wnioski - niewspółmierne do win: kogo zdegradować, kogo zwolnić z wojska...    Zacytuję fragmenty dotyczące twego brata:
 

(...) Kolejną grupę stanowią następujący sędziowie [tu wymienionych jest siedmiu sędziów - przyp. J.K.] począwszy od nr. 1. KARLINER OSKAR, płk rez., prezes NSW (18 XI 1948-4 XI 1950), a następnie do 1956 r. szef Zarządu Sądownictwa Wojskowego, (...) skończywszy na 7. MICHNIK Stefan, kpt., Zarząd Sądownictwa Wojskowego.

Sędziowie wymienieni w pkt. 2-7 uczestniczyli w różnym zakresie w łamaniu praworządności w sądownictwie wojskowym. Sędziowie ci uczestniczyli w sądzeniu szeregu spraw, w których zdyskwalifikowali się jako sędziowie. (...) Michnik w sprawie mjr. Machalli - wyrok śmierci, wykonany, w sprawie mjr. Tarasiewicza, w sprawie ppłk. Kowalskiego, w sprawie mjr. Lewandowskiego - wyrok śmierci, nie wykonany, w sprawie płk. Weckiego, w sprawie płk. Chojeckiego, wyrok śmierci, nie wykonany, w sprawie płk. Maszlanki, w sprawie płk. Sidorowskiego, w sprawie Głowackiego.

Komisja podkreśla, że we wszystkich ww. sprawach nastąpiła całkowita rehabilitacja skazanych (w tym również pośmiertnie).

 
I dalej:
 

Komisja wnioskuje następujące konsekwencje w stosunku do b. sędziów NSW: 7. MICHNIK Stefan, kpt. - przeniesienie do woj. sądu okr.

 

Nie da się tego skomentować, relatywizując winę brata ani tym bardziej go usprawiedliwiając. Nie ma miejsca na usprawiedliwienia ani relatywizację, kiedy zapadają niesprawiedliwe i skandaliczne wyroki. Brat był ofiarą swojej naiwności, bezkrytycyzmu wobec przełożonych i braku rozeznania. To nie był człowiek zły, okrutny czy fanatyczny. Był po prostu posłuszny. Wierzył ludziom, których uważał za mądrzejszych i bardziej doświadczonych. W tych procesach zasiadał pułkownik, podpułkownik i porucznik. Brat był porucznikiem i zasiadał jako boczny sędzia.

W Raporcie Mazura piszą, że był kapitanem.

To potem, jak go wyrzucali w 1956 roku. Ale jak były procesy, był porucznikiem. To oczywiście nie umniejsza jego winy, ale pokazuje kontekst. A co najważniejsze - on się stał pokazowym zbrodniarzem stalinowskim z powodu swego nazwiska.

Andrzej Friszke pisze, że w 1965 roku SB otworzyła sprawę operacyjną "Wir", w ramach której przez lata cię inwigilowano. Podjęto także próbę wykorzystania niechlubnej przeszłości Stefana w wojskowym wymiarze sprawiedliwości, stwierdzając, że zasiadał on w latach 1951-1952 dziewięć razy w składzie jako jeden z trzech sędziów. Zapadły wówczas wyroki śmierci (jeden wykonano) oraz kary więzienia dziesięć-piętnaście lat. Wszyscy skazani zostali zrehabilitowani. Informacje te "wpuszczano" potem w środowisko Uniwersytetu Warszawskiego, by wzbudzić niechęć i nieufność do brata stalinowskiego sędziego. I tak to się kręci od z górą sześćdziesięciu lat. Zaczęła moczarowska bezpieka, teraz kontynuują to prawicowe media.

Był kiedyś ze Stefanem wywiad w "Gazecie Polskiej". Dopadł go dziennikarz, a on zamiast odmówić rozmowy, to się w nią wdał. Tłumaczył zgodnie z prawdą: "byłem naiwny i niemądry po prostu". To nie był żaden sadysta. Zdarza się tak, że życie pakuje cię w sytuacje, na które nie byłeś przygotowany. Ja miałem to szczęście, że nigdy się w takiej sytuacji nie znalazłem, przynajmniej jeśli chodzi o życie publiczne.

Stefan zasiadał w składach, które orzekały wyroki śmierci.

Nie zmieniło to mojej decyzji o wydrukowaniu tego raportu.

Gdzie i kiedy o tym rozmawialiście?

Najpierw z ojcem, gdy już studiowałem i gdy bezpieka zaczęła rozpuszczać różne kompromaty. To było rodzinne tabu. A ze Stefanem po raz pierwszy w Szwecji, w 1977 roku. W gruncie rzeczy mówił to samo: wtedy niewiele rozumiał, był człowiekiem niezorientowanym politycznie. Wydawało mu się, że robi to, czego od niego chce jego państwo, że skazuje przestępców, którzy temu państwu szkodzili. Mówił szczerze, choć to go nie usprawiedliwia.

Twój brat Stefan był kijem, by uderzyć w ciebie?

Wyłącznie. To nie ulegało kwestii. Uważałem to za kurewstwo, dlatego że takich wojskowych sędziów był tłum. Gdyby nie nazywał się Michnik, to pies z kulawą nogą by się nim nie zajął.

W tej sprawie waliła w ciebie bezpieka, produkując materiały, waliło żydożercze Zjednoczenie Patriotyczne "Grunwald", waliła prawica, która te materiały publikowała.

Gdy Stefan zmarł w lipcu 2021 roku, zamieściłem w "Gazecie Wyborczej" nekrolog. Obok przyjętych w takich okolicznościach słów dodałem jedno zdanie, na którym mi zależało: "Wiele przecierpiał z mojego powodu, chociaż nie z mojej winy". Tak rzeczywiście było.

Już chyba w 1956 roku Stefan odszedł z sądownictwa i pracował w wydawnictwie MON jako redaktor. Był redaktorem wspomnień Eisenhowera i de Gaulle'a i nie robił nic złego. Nie zmienia to faktu, że jako gówniarz dał się wplątać w zbrodniczy system.

Myślę, że - jak to zwykle bywa z ludźmi - w dużej mierze się zmarnował. Miał olbrzymi talent do języków. Znał kilka języków słowiańskich i gdyby na przykład wyjechał z Polski nie po 1968 roku, ale po 1956, to myślę, że Giedroyc by nim pokierował i miałby z niego pożytek, a i Stefan zająłby się czymś sensownym. On przed wyjazdem pracował w "Forum". Był dobrym redaktorem. Na przykład w jakiejś słowackiej gazecie wynalazł wywiad z Sołżenicynem. To był rok 1967, gdy Sołżenicyn był już wyklęty w Rosji, ale jeszcze nieoficjalnie.

Zresztą, Stefanowi i tak się udało. Ludzie z Akademii Duracza w dużej mierze weszli do bezpieki. W więzieniu przesłuchiwali mnie oficerowie, z których co trzeci mówił, że studiował z moim bratem. Ja im na to odpowiadałem: "Niech pan uważa, bo pan skończy jak on!".

Nigdy nie rozmawialiśmy o krewnym twego ojca, młodszym o dziewiętnaście lat Szymonie Szechterze.

Często się mylnie uważa, że to był brat mego ojca, bo tu Szechter, tam Szechter. O jego istnieniu dowiedziałem się, jak on się sprowadził do Polski w 1957 roku. To, co mnie w nim uderzało, to to, że był wściekle antysowiecki i antykomunistyczny. Takich ludzi, którzy wtedy to otwarcie mówili, i to jeszcze smarkaczowi, było naprawdę niewielu. A on taki był.

A przed wojną przecież komunizował. Służył w Armii Czerwonej, był saperem.

Tam od wybuchu stracił wzrok. Po wojnie powrócił do komunistycznego Lwowa, a do Polski przyjechał dopiero w 1957 roku. Został historykiem ruchu ludowego. Wydał tom dokumentów z 1937 roku o strajkach chłopskich. Opisał sprawę w Nowosielcach, w których sanacja zorganizowała wiec poparcia dla marszałka Rydza-Śmigłego. Jednak impreza wymknęła się spod kontroli i przekształciła w chłopską, antysanacyjną demonstrację.

Jego sekretarką była Nina Karsov, ocalona jako dwuletnie dziecko z transportu do Treblinki. W 1966 roku SB zrobiła przeszukanie w ich mieszkaniu, zarekwirowano jakieś rękopisy. Uznano, że szkalują PRL.

Tak, ją skazali na trzy lata więzienia i w tym więzieniu oni się pobrali. Pamiętam, że Szymon napisał w jej sprawie list otwarty do Bertranda Russella. To był już marzec 1968 roku, fala antysemicka. Pisał, że "cudem ocalone z transportu żydowskie dziecko teraz umiera w komunistycznym więzieniu". Russell wysłał depeszę do Gomułki. Natychmiast ją zwolniono i pozwolono wyemigrować. O tym, że oni już wyjechali, rodzicie powiedzieli mi w więzieniu, na widzeniu.

W 1970 roku założyli w Londynie antykomunistyczne wydawnictwo Kontra, które wydaje między innymi książki Lwa Szestowa i Józefa Mackiewicza.

Poznali Mackiewicza w Anglii i bardzo się zaprzyjaźnili.

Później zrobiła się z tego cała historia o prawa do książek Mackiewicza. Nie będę wnikał w jej istotę, ale spór o wydawanie Mackiewicza w Polsce ukazuje skalę obsesji na twoim punkcie. Zacytuję tylko "Nasz Dziennik" z czerwca 2010: "Profesor Jacek Trznadel podejrzewa, że za tym procederem obecnie nie stoi jedynie walka o prawa autorskie do jego dzieł, lecz pewna ideologia, która dąży do wypchnięcia Józefa Mackiewicza ze świadomości społecznej. Nie wyklucza, iż może przyczyniać się do tego krąg rodziny Michników. - Wygląda na to, że Nina Karsov trwa uparcie przy swoim pozwie. Mogę podejrzewać, słusznie czy nie, iż wpływ Adama Michnika odgrywa tutaj jakąś rolę. Karsov jest jego stryjenką, wyszła za mąż za brata jego ojca, Szymona Szechtera - stwierdza profesor"[9].

Cóż, od A do Z wszystko zmyślone. Czysta imaginacja. Współczuję Trznadlowi, bo się zapowiadał jako interesujący krytyk literacki, ale okazuje się, że szaleństwo bywa okrutnie mściwe i wiedzie na manowce.

Nie da się jednak zaprzeczyć, że wyrastałeś w domu o tradycji komunistycznej.

Gdy mówisz, że to była tradycja komunistyczna, to coś znaczy i... nic nie znaczy. Oboje rodzice byli komunistami i językiem domowej debaty był marksizm. Natomiast był to dom jednocześnie bardzo antykomunistyczny, dlatego że ojciec miał skrajnie krytyczny stosunek do Związku Sowieckiego, do Stalina, do Chruszczowa, do komunistów zachodnich, do Bieruta, do Gomułki. Wyrastałem w obrębie kultury marksowskiej, ale w duchu otwartej niechęci do tego, co komunizmem było. W tym samym momencie dla jednych byłem komunistą, a dla drugich antykomunistą.

Jeśli można być komunistą antysowieckim, to ja coś z tego miałem, gdy miałem szesnaście, dziewiętnaście lat.

To się później nazywało "rewizjonizm".

Jeżeli z czegoś wyrastałem, to z klimatu polskiego Października. To był dla mnie punkt odniesienia. Październik głosił rzeczy mądre i dobre, ale na moich oczach zaczynało się odchodzenie od Października.

Miałeś wtedy dziesięć lat, to co ty mogłeś rozumieć?

W Październiku tak. Ale zacząłem interesować się polityką, jak miałem lat czternaście i piętnaście. Październik był jeszcze w powietrzu, chociaż dogorywał. Andrzej Berkowicz, mój przyszywany kuzyn, dziennikarz "Po prostu", zaprowadził mnie do Klubu Krzywego Koła na Starym Mieście. Ludzie mówili bez cenzury. Słuchałem tych głosów z otwartymi ustami. Tam był Październik. Spotkania odbywały się według schematu: referat, przerwa, dyskusja. Pamiętam Józefa Chałasińskiego - mówił o zmianach w amerykańskiej kulturze; Władysława Bartoszewskiego - mówił o Polakach, Żydach i okupacji; pamiętam Tadeusza Kotarbińskiego, Stanisława Ossowskiego, spotkanie z Pawłem Jasienicą o anarchii polskiej. Tam przychodzili ludzie z najwyższej półki. Dla mnie, nastolatka, było niesłychane zobaczyć ich z bliska.

Chodziłem do biblioteki, wypożyczałem październikowe gazety, "Nową Kulturę", "Przegląd Kulturalny", "Życie Warszawy", "Sztandar Młodych", "Walkę Młodych". Mówiły mi - wtedy nastolatkowi - bardzo ważne rzeczy o świecie. I to był punkt wyjścia. Andrzej Berkowicz opowiedział mi, jak rozpędzano redakcję "Po prostu", jak ich wyrzucano z partii. Od niego żądano, żeby się odciął, wygłosił samokrytykę. Odmówił.

Zatrzymajmy się na chwilę przy Berkowiczu. On będzie pojawiać się w twojej opowieści jeszcze nieraz. Mówisz o nim "przyszywany kuzyn". Wprowadził cię w świat polityki, opowiadał o "Po prostu". Skąd się wziął w twoim życiu?

Ojciec Berkowicza przed wojną przyjaźnił się z moim ojcem i tak jak mój ojciec był w Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy. Andrzej często bywał u nas w domu. Miał wtedy status sieroty, bo jego matkę zabili Niemcy, a o ojcu panowało przekonanie, że w 1938 roku został zamordowany w ZSRR w stalinowskich czystkach. Tymczasem wdał się w jakieś trockistowskie towarzystwo, wysłano go do łagru, potem trafił na zesłanie na Kołymę i przeżył jakoś. Wrócił do Polski dopiero w 1956. Pamiętam, to był sylwester 1955/56, przyszedłem z mamą do domu i bratowa ojca, która wówczas z nami mieszkała, otwierając nam drzwi, powiedziała: "Przyszedł telegram od twego znajomego ze Związku Radzieckiego". Mama: "Ale o co chodzi?". Na to ojciec, wychodząc z pokoju: "Wyobraź sobie, Kicia żyje!".

Oni mówili o nim Kicia. I ojciec pokazał jej ten telegram. Pamiętam, mama go wzięła, przeczytała, obiema rękami przycisnęła do ust, jakby go całowała, i się rozpłakała. To był taki jakby powrót z zaświatów.

Jędrek, czyli Andrzej Berkowicz, przyszedł dwa dni potem i mówi do mojej mamy: "Wiesz, tego samego dnia urodził mi się ojciec i syn", bo od ojca przyszedł telegram i rzeczywiście jednocześnie Andrzejowi urodził się syn.

Kicia zjechał do Polski, ale już w listopadzie na Nowym Świecie zginął pod kołami ciężarówki. W "Po prostu" ukazał się nekrolog, że zginął Towarzysz Berkowicz, wieloletni więzień stalinowski na Kołymie. Przeżyć tyle i zginąć na Nowym Świecie.

Fatum. Jak z greckiej tragedii.    Wróćmy do twojej politycznej edukacji. Smarkacz chodzi na wagary do biblioteki, przewraca zszywki starych gazet, czyta książki ze zbiorów specjalnych?

Czytałem, tylko wtedy nie wszystko jeszcze rozumiałem. Można było nawet okazyjnie, spod lady, coś kupić w antykwariacie. Kupiłem gruby tom Wierszy zebranych Wierzyńskiego, za 300 złotych. Drogo strasznie, już nie pamiętam, ale chyba sprzedałem wtedy znaczki pocztowe...

Z domu wyniosłeś szacunek do słowa drukowanego?

To się chyba bierze z powietrza. Dziesiątków rozmów usłyszanych przez drzwi. Nie było jednej takiej rozmowy, po której bym doznał iluminacji.

Dużo czytałeś, ale chyba nie to, co trzeba, skoro nie przekładało się to na oceny w szkole.

W liceum miałem kupę dwój. Miewałem po sześć dwój na okres. Po prostu się nie uczyłem. Nie mam co zwalać nieuctwa na patriotyzm. W jedenastej klasie przeraziłem się, że zostanę na drugi rok. Miałem poprawkę z fizyki, więc nauczyłem się podręcznika na pamięć. Korepetycje z matematyki dawał mi przyjaciel mojej matki, Aron Tajgelbaum; uroczy człowiek. Dzięki temu zdałem. Chodziłem do różnych liceów. Zacząłem w Batorym, po półtora roku musiałem sobie dać spokój i przeniosłem się do Reja, a potem do Słowackiego. Zawsze mnie wyrzucali za zachowanie i nieuctwo. Z Reja odszedłem, bo tam miałem dwóję na okres z historii! Więc wcale nie byłem zdziwiony, że w domu były o to awantury. Dziwne, że tak mało.

Mama, Helena Michnik, pisała książki historyczne, podręczniki.

Była chorobliwą patriotką. Wielbiła Polskę, jej historię. Była w stosunku do tej historii dość bezkrytyczna. Trochę jak w szkole. To był patriotyzm, którego ja nie miałem. Bo to był patriotyzm apologetki. Uważałem, że trzeba mieć dojrzałość i odwagę pisać o ciemnych kartach polskiej historii. A dla mamy historia Polski właściwie była bardzo dobra. Złe rzeczy brały się z tego, że w pewnym momencie osłabła władza centralna. Pamiętam taką rozmowę przy stole. Ojciec mówi: "Centralna władza prowadziła do zniewolenia, na przykład w Rosji". Na co mama: "No dobrze, ale to, że tej władzy nie było, sprawiło, że Polska została poddana rozbiorom, była w niewoli, a Moskwa była potęgą". Na co ojciec: "Bycie w niewoli nie hańbi, natomiast hańbi bycie wśród tych, którzy niewolę nadzorują".

Czyli mama należała do nurtu krzepicieli serc.

Bardziej, ale to nie było pokrzepienie serc w duchu endeckim. To był taki patriotyzm PRL-u. Królów mieliśmy wspaniałych, Zygmunt August - nadzwyczajny, Zygmunt Stary - jaki dobry! A Kazimierz Jagiellończyk - wybitny! Mnie to niewiele obchodziło. Miała taki pogląd patriotyczno-marksistowski. Oczywiście. Walka klas, ucisk chłopa pańszczyźnianego, sobiepaństwo szlachty. A z drugiej strony: Kmicic, Skrzetuski, Wołodyjowski.

Czy to nie była aby taka asymilatorska, neoficka, bezkrytyczna żydowska miłość do Polski?

Ona była w daleko mniejszym stopniu żydowska niż ojciec. Pochodziła ze zasymilowanej rodziny. Była wyzwolona. Ojca środowisko to był sztetl, tam się mówiło w jidysz. Matka nie znała jidysz. Skończyła przyzwoite studia - historię na Uniwersytecie Jagiellońskim i tam zrobiła doktorat z epoki jagiellońskiej. Uniwersytet Jagielloński był nie tylko uczelnią konserwatywną, ale i bardzo liberalną. Tam miałeś i endeków, i Stanisława Kota, który był ludowcem. Na UJ mogłeś spokojnie marksizować i nikt ci nie przeszkadzał. W II Rzeczypospolitej były pewne problemy cenzuralne z publikowaniem pism Stalina, ale Marks nikomu nie przeszkadzał. To był demokratyczny kraj. W środowiskach lewicowych marksizm był czymś, czym się oddychało. Więc to, że i po wojnie pisała podręczniki z pozycji marksistowskiej, nie było niczym dziwnym. Wszystkie się kończyły na rozbiorach, więc ona nie miała poczucia, że uczestniczy w jakimś zbiorowym kłamstwie. A to, co pisała o wyzysku chłopów czy o Kościele, pisałaby i przed wojną. Nurt antyklerykalny, nurt - nazwijmy to w cudzysłowie - patrzenia na historię Polski z punktu widzenia konfliktu społecznego, krzywdy klasy chłopskiej był w Polsce czymś normalnym. Wystarczy przeczytać, co na ten temat pisał Aleksander Świętochowski czy Wacław Nałkowski, czy Stanisław Brzozowski, czy Maria Dąbrowska. W tym sensie matka nie miała poczucia zaprzeczania sobie. Chciała normalnie żyć, tak jak wielu ludzi dzisiaj chce normalnie żyć i nie stawia sobie pytań politycznych czy metafizycznych. Miała dom, męża, synów, nauczała w szkole, potem pracowała jako redaktor. Dwa tomy, które wydała, Marks i Engels o Polsce, nie były ani razu wznowione, bo zrobiła je tak uczciwie. Tam były wszystkie teksty Marksa i Engelsa, również i te, że Polska jako samodzielne państwo nie ma sensu. To wszystko się ukazało, ale tylko raz.

A jaki był stosunek matki do Polski międzywojennej?

Była nauczycielką w liceum w Drohobyczu, tam gdzie uczył Bruno Schulz, ale nie miała dobrych wspomnień. Nie pamiętam żadnej rozmowy o II Rzeczypospolitej, choć widziała II RP z bliska. Była żoną człowieka więzionego i w tym więzieniu źle traktowanego. Myślę, że ona to pamiętała. W tym sensie matka była w większym stopniu patriotką Polski Ludowej niż ojciec. Nie w tym rozumieniu, żeby nie widziała tego, co jej się nie podobało, ale bardziej myślała o pozytywach.

Dla mojego ojca niesłychanie ważne było, co po wojnie komuniści zrobili ze swoimi przeciwnikami. Natomiast matka, myślę, przyjmowała taką argumentację: była wojna, więc albo-albo. Gdyby oni wygrali, to by komunistów traktowali jeszcze gorzej.

Czy to było dobre małżeństwo?

Chyba tak, choć ojciec w domu dominował, on był tym silnym człowiekiem z silną osobowością. I jeśli chodzi o konkretne wybory polityczne, to mama nie sprzeciwiała się ojcu. Był w tym swego rodzaju bezkrytycyzm.

Ojciec był dosyć impulsywny; zapamiętałem rozmaite awantury z powodów, dla których nie przyszłoby mi do głowy się awanturować. Na przykład brydż: ojciec dostawał szału, że matka wyszła z pika, a nie z kiera. We mnie z tego czasu został strach przed awanturami.

Aż do tego stopnia?

To było straszne, wrzaski, krzyki, jakiś zbity talerz, a szło o rzeczy kompletnie nieistotne z mojego punktu widzenia. I to mi zostało. Wiem, że ja od ojca mam zakorzenioną taką potencję człowieka, który traci kontrolę nad sobą, i staram się bardzo pilnować, co oczywiście nie zawsze mi się udaje. Ale przynajmniej mam to zakodowane, że tego powinienem unikać.

A twoja relacja z matką?

Mama była trochę nadopiekuńcza. Bardzo się o mnie bała, a to mnie irytowało. Mówiła: nie pchaj się w to, nie idź tam, znowu znajdziesz guza, znowu cię wyrzucą, znowu cię aresztują, znowu coś tam...

Kształtował cię więc w dużej mierze bunt przeciwko rodzicom.

Bunt to jest powiedziane zbyt radykalnie. Raczej sprzeciw. Nigdy ich nie odrzuciłem, nie zerwałem z ich systemem wartości. Ta relacja była bardziej dialektyczna, bo był i sprzeciw, i czerpanie od nich wiedzy.

Ale jednak wybrałeś odrębną drogę opozycjonisty.

Nie wiem, czy mogę powiedzieć, że coś wybrałem. Do opozycji demokratycznej trafiłem dość nieświadomie, już jako nastolatek. Najpierw był Klub Poszukiwaczy Sprzeczności. Na początku tej drogi nigdy bym sobie nie wyobrażał, że bycie w opozycji stanie się składnikiem mojej kondycji ludzkiej, rodzajem egzystencji, który mnie naznaczy na resztę życia. Myślałem raczej, że będę pisał książki, badał archiwa, pracował na uniwersytecie albo w PAN-ie.

Nie było takiego momentu, żeby móc z czystym sumieniem zmienić ten mój styl życia. Ani władza, ani bieg historycznych zdarzeń takiego momentu nigdy mi nie dały. Jak rozwiązali Klub Poszukiwaczy Sprzeczności, latem 1963 roku, to miałem szczerą wolę zająć się maturą, ale wtedy właśnie był List 34[10], co kompletnie zrewolucjonizowało mój sposób myślenia. Po maturze wyjechałem na Zachód, spotkałem Jana Nowaka-Jeziorańskiego, Jerzego Giedroycia, Tadeusza Nowakowskiego i wróciłem stamtąd napakowany emocjami. Niemal od razu wybuchła sprawa Modzelewskiego i Kuronia. I tak to było aż do Marca '68. Gdy po Marcu wyszedłem z więzienia, władza nie pozwoliła mi studiować. Ale gdyby pozwoliła, to nie wiem, co by ze mną było.

Nie zmieniłeś stylu życia, bo mieszkał już w tobie buntownik.

Nasza działalność opozycyjna polegała na spotkaniach, dyskusjach, rozprowadzaniu książek emigracyjnych, pisaniu, przemycaniu tych tekstów na Zachód. Potem był list w sprawie Polaków w Rosji[11], który rzeczywiście był jak huk pośród nocy, opozycyjna inteligencja wypowiedziała emocje, które w ludziach tkwiły gdzieś głęboko ukryte. To były emocje Polaków na Wschodzie. Krótko mówiąc, jeżeli w Rosji istniało wtedy pojęcie dysydentów, to myśmy niewątpliwie należeli do kręgu dysydentów w Polsce. Myśmy tego tak nie nazywali, bo to jest określenie zachodnich gazet.

Kłóciłeś się z ojcem o sprawy polityczne?

Bez przerwy. Ścierały się dwie silne osobowości. Ja go szanowałem, ale zawsze się z nim spierałem, bo w ten sposób wykuwała się moja niezależność. Nie posiadałem się ze szczęścia, jak złapałem go na jakiejś niekonsekwencji.

Jak byłem bardzo młody, ojciec już był twardym antykomunistą, w sensie stosunku do PRL-u i zachodniej lewicy. A ja miałem pewną sympatię do studenckich ruchów w 1968 roku na Zachodzie.

A ojciec mówił, że to banda idiotów jest?

Gorzej! To faszystowska gawiedź. Pamiętam rozmowę - wiele lat potem - o filmie Miloša Formana Hair. Ojciec krzyczał: "O Boże, oni wskakują na stół, niszczą żywność, to faszyści! Faszyści!".

Kiedy CIA w 1961 roku zrobiło inwazję na Kubę w Zatoce Świń, poszedłem z ciekawości pod amerykańską ambasadę. Była tam jakaś demonstracja zorganizowana przez partyjny aktyw. Jak się ojciec dowiedział, wpadł w furię, wyzwał mnie od gówniarzy. "Trzeba było iść pod sowiecką ambasadę protestować przeciw inwazji na Węgry". Zrozumiałem wtedy, że dałem się użyć.

Raz może dostałem w skórę, choć zawsze byłem krnąbrny. Ale nie miałem poczucia, że byłem dzieckiem bitym. Raczej, że kochany byłem. Dzieciństwo miałem szczęśliwe, choć nie zawsze tak to wspominam. Ciągle z czegoś byłem niezadowolony. A to, że się jąkam, że nie jestem najlepszy w sporcie, że nienajbardziej się podobam dziewczynom.

Co ojciec myślał o tych twoich opozycyjnych szaleństwach?

On przez długie lata żył w przekonaniu, że jego syn w gruncie rzeczy jest nieodpowiedzialny, niepoważny, ale że ma dużo szczęścia. Kiedyś Stefan Kisielewski z nim rozmawiał na ulicy i ojciec powiada: "Nie ma już tych dawnych wspaniałych Warszawiaków z tym bajerem warszawskim", na co Kisiel: "Ja myślę, że Adam taki jest". Na co ojciec: "Adam? Nie, to zwykła hucpa po prostu!".

Ale dwa mam jeszcze z nim wspomnienia, które stoją w sprzeczności z tym, co ojciec mówił Kisielowi. Jedno z procesu po Marcu '68. Siedział pośród publiki złożonej głównie z ubeków i notował. Potem tę jego relację czytała Wolna Europa. Otóż w przerwie rozprawy podszedł do mnie, zdjął kapelusz i tym kapeluszem zrobił taki zamaszysty gest i się ukłonił.

A drugi raz w 1981 roku, na uniwersytecie w Collegium Auditorium, sesja poświęcona rocznicy Marca '68. To był czas gotowości strajkowej z powodu kryzysu bydgoskiego. Miałem referat i dostałem standing ovation. Sala była nabita. Wszyscy wstali i przez pięć minut bili brawo. Raczej nie mnie, ale Kazimierzowi Wierzyńskiemu, którego wiersz na końcu zacytowałem:

 

Biją polskie zegary kurant po kurancie.

Naprawdę idzie pożar. Na ściany się wedrze

Gęstą łuną, co wszystko z tych murów pościera

Oprócz krwi zapisanej na waszej katedrze:

Że tym się tylko żyje, za co się umiera[12].

 

Ojciec siedział w pierwszym rzędzie. Pierwszy raz go przyprowadziłem na mój publiczny występ. Widziałem, że puchnie z dumy, że myśli sobie, że jego syn, że takie brawa, że coś się jednak zmienia w tym kraju.

Myślę, że on zaczął być ze mnie naprawdę dumny po 1968, w czasie KOR-u i w okresie "Solidarności".

Co zapamiętałeś jako najbardziej osobistą lekcję od ojca?

Gdy w 1965 roku po raz pierwszy przyszła do domu bezpieka - to było w związku z listem otwartym Kuronia i Modzelewskiego do partii. Przeprowadzili przeszukanie i powiedzieli, że mam z nimi jechać. Jak się okazało, do aresztu, na dłużej. Matka wtedy zapytała: "Czy on może się z ojcem pożegnać?". Wsadzili mnie do pokoju ojca i on mi wtedy wycedził przez zęby: "Do niczego się nie przyznawaj! Żeby nie wiem co się działo, do niczego się nie przyznawaj. A w razie czego mów, że cię żołądek boli".

To była rada starego więźnia powiedziana bardzo twardo. Sens tego był taki, już nie pamiętam dokładnie tych słów, ale że ważniejsze od tego, kiedy wyjdziesz z więzienia, jest to, jaki stamtąd wrócisz.

Myślę, że gdy ciebie brali, to on widział siebie - równie młodego, równie idealistycznego chłopaka. "Żyd komunista", który za komunizm przesiedział osiem lat, patrzył na swego syna "Polaka antykomunistę", który za antykomunizm odsiedzi w PRL-u sześć lat... Jeszcze jeden fragment listu Ozjasza Szechtera do KOR-u z 1977 roku:
 

Od wielu lat biedzę się nad sporządzeniem bilansu swego życia politycznego. Czas już najwyższy, by to uczynić.

Działalność człowieka oceniać należy raczej nie według intencji i celów stanowiących jej punkt wyjścia, lecz według jej skutków. Według właśnie tej drugiej reguły rozpatruję dziś moją działalność polityczną i oceniam ją - mówiąc otwarcie i bez ogródek - jako ujemną. Ta świadomość towarzyszy mi już od długiego czasu. Niestety, fakt ten chowałem dotąd pod korcem. Nie zdobyłem się dotąd na jego ujawnienie. To mi od dawna nie daje spokoju.

Mimo wszystko jednak uważam za potrzebne podzielenie mego życia publicznego na dwa okresy. Pierwszy to ten, kiedy działałem zgodnie ze swoimi przekonaniami i w dobrej wierze. Okres drugi to ten, kiedy postępowałem wbrew swoim wątpliwościom czy nawet przekonaniom.

Rozróżnienie takie pozwoli lepiej zrozumieć psychologiczne mechanizmy określające zachowanie się moje i innych, do mnie podobnych, ludzi.

 

Takich dokumentów jak list Ozjasza Szechtera do KOR-u z 1977 roku w naszej kulturze i piśmiennictwie jest niewiele. Ojciec był liberalnym antykomunistą, ale cały czas członkiem partii. Bał się o mnie, traktował to jako ochronę, nie chciał awantur z partią. Ale w 1968 roku ostentacyjnie oddał legitymację. To było na dużym partyjnym zebraniu w Książce i Wiedzy. Wstał i powiedział, że występuje z partii. I użył takiej frazy: "Dzisiaj po gabinetach działaczy PZPR krąży cień Bolesława Piaseckiego. Ja im życzę, jeśli w ogóle można im czegokolwiek życzyć - żeby nie musieli powiedzieć: Bolesławie, zwyciężyłeś!". No to było powiedzenie wprost, że PZPR to faszyści są. On to z przekonaniem powiedział.

Zwolnili go wtedy z pracy. Przeszedł na emeryturę. Po twoim aresztowaniu władze kolportowały ulotki pod tytułem Kogo popieracie? "Demaskowano" w nich Ozjasza Szechtera jako Żyda...

Jak patrzę na mojego ojca, to widzę dramat jego pokolenia, widzę smutnego, melancholijnego Żyda, który z ideowych powodów zaangażował się w komunizm. I potem sobie z tym nie umiał dać rady. I błąkał się po tym świecie trochę bezdomny.

? Kwiecień 1968 roku, Warszawa. Rodzice Adama po odwiedzinach u przyjaciół udających się na emigrację do Izraela.

 
"I pod Ścianę Płaczu iść mi było wstyd - czy jak komunista, czy Polak, czy Żyd?" - śpiewał Jacek Kaczmarski.

Hemar pisał w podobnym duchu. Tak, to jest to. Wielu moich kolegów po 68 roku dokonało pewnego wyboru. I wybrało tożsamość żydowską. Ich święte prawo. Ja wybrałem inaczej. Wybrałem tożsamość polską i jako polski inteligent szczerze pogardzam antysemityzmem.

Ojciec nigdy nie był w Izraelu, nigdy go tam nie ciągnęło. Ani nie ciągnęło go do środowiska TSKŻ [Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Żydów]. Ja nie znałem tego, co nazywamy życiem żydowskim. To nie był jego świat. On przynależał do świata rozczarowanych komunistów.

Polskę ojca symbolizował Antoni Słonimski. Poeta nigdy nie ukrywał swoich żydowskich korzeni, ale identyfikował się z Polską, a nie z Izraelem i nie z mniejszością żydowską, tylko z polską literaturą. Język był jego ojczyzną.

Ale twoja transgresja poszła o wiele dalej. Najpierw określiłeś się jako Polak, a potem napisałeś Kościół, lewicę, dialog. Otworzyłeś się na katolików. Dla twojego ojca to musiał być szok.

To moje zainteresowanie sprawami Kościoła to też było trochę mu na złość. On uważał, że religia to są jakieś gusła, "opium dla ludu". Żebyś ty widział jego minę, gdy pierwszy raz przyprowadziłem katolickiego księdza do nas do domu. Jakby diabła zobaczył.

Księdza ojcu do domu przyprowadziłeś?

No tak, to był ojciec Jacek Salij. Mój znajomy. A co to takiego ksiądz? Potem ojciec głodował w Kościele Świętego Marcina razem z ojcem Aleksandrem Hauke-Ligowskim. To był protest solidarnościowy z głodującym robotnikiem aresztowanym po zajściach w Radomiu, Czesławem Chomickim. Tadeusz Mazowiecki był rzecznikiem głodujących. No to był dla niego inny świat.

Czy akces ojca do komunizmu wspierał się na utopii, że w świecie, w którym wszyscy są równi, w którym nie ma państw i narodów, "nie będzie Greczyna ani Żyda", nie będzie też antysemityzmu?

On nie był naiwny. On by chciał takiego świata, ale wiedział, że świat jest inny.

Dla ojca skrupuły były niesłychanie ważne. Był idealistą, wiedział, że na końcu liczy się tylko to, czy przyłożę rękę do zła i że to jest moja osobista odpowiedzialność. I w tym sensie lepiej trwać przy tych, co szlachetnie przegrywają, niż przy tych, którzy nieuczciwie wygrywają.

Nigdy nie uczestniczył w żadnych szczujniach. Generalnie uważał, że większa część aparatu władzy w Polsce to rosyjska agentura. Ale Gomułka - nie! Ojciec miał mu za złe różne rzeczy, ale to nie był rosyjski agent. Takie rzeczy rozumiał.

W sprawach zasadniczych to on miał rację. Ja byłem taki trochę luksemburgista. On twierdził, że sprawy narodowe są ważne. A ja zrozumiałem, że są ważne, dopiero po 1968 roku. Dla mnie ważny był klasowy konflikt. On mówił - nie, jedno jest ważne i drugie jest ważne, a komuniści się mylili, kiedy lekceważyli sprawy narodowe. Miał taki szacunek dla polskiego etosu buntu i wierności. Z podziwem mówił, że Polacy do końca byli wierni Napoleonowi.

Pisałeś w eseju o Henryku Dasce, że "nie cierpiał komunizmu, ale reagował gniewnie na zakłamanie i nietolerancję, które przyobleczone w retorykę moralistyczną służyły do niszczenia ludzi". Innymi słowy, że trzeba mieć zrozumienie dla tych, którzy kiedyś uwierzyli w ideę, i zachować pogardę dla tych, którzy zaprzedali się władzy komunistycznej.    Piszesz dalej:
 

My wszyscy, ludzie tego pokolenia i tej formacji, mamy podobny problem z oceną Historii i losów ludzkich. Pogardzamy systemem komunistycznym, sądzimy, że komunizm od początku był fałszem. Staramy się jednak rozumieć ludzi zaangażowanych w komunizm, ich motywacje różnorodne i ich życiorysy, nieraz heroiczne i tragiczne, zawsze naiwne i zmarnowane. Czynimy tak, kierując się - być może - ukrytym gdzieś w podświadomości przeświadczeniem, że trzeba rozróżniać grzech i grzesznika; grzech potępiamy, grzeszników staramy się wysłuchać i zrozumieć. Z tą skazą "chrześcijańską" przyjdzie nam pewno - nam, synom zadżumionych - do końca żyć i umierać. Tak zostaliśmy naznaczeni[13].

 
Twój ojciec zmarł w sierpniu 1982 roku. Na pogrzeb dowieziony zostałeś pod konwojem z internowania na Białołęce.

Ta śmierć taty nie była dla mnie zaskoczeniem. Miał raka w ostatnim stadium. To był taki gest ze strony generałów. Najpierw dowieźli mnie na pogrzeb ojca, a potem dowieźli Jacka Kuronia na pogrzeb jego ojca i drugi raz na pogrzeb żony - Gajki.

Było w tym coś symbolicznego, że dowieźli mnie z więzienia. Cóż, przyszło dużo ludzi. Pogrzeb był świecki, ale za trumną szedł ksiądz z krzyżem. Zapytali mnie, czy ja sobie tego życzę. Odpowiedziałem, że tak.

Mama umarła wcześniej, jak miałeś dwadzieścia trzy lata, w 1969 roku.

To był zawał, tego z kolei absolutnie nikt się nie spodziewał. Dla ojca to był wstrząs. Straszny dramat. Ojciec ją kochał i szanował. Zawsze opowiadał mi o matce jako o osobie bardzo dzielnej, bardzo wiernej, odważnej, prawej. Jeździła na proces łucki, to były tak zwane Kresy, a przed wojną na Kresach aresztować kogoś na ulicy, stłuc, a nawet zabić to nie było nic wyjątkowego.

Po śmierci ojca nie miałem już w Polsce nikogo z rodziny. Zostałem sam.

? Powązki, sierpień 1982 roku. "Na pogrzeb ojca dowieźli mnie pod konwojem z internatu na Białołęce. Taki gest ze strony generałów".

 
I nie wracałeś do domu.

I nie wracałem do domu.

Grób twoich rodziców jacyś nieznani sprawcy trzykrotnie zbezcześcili. I to nie za komuny, tylko teraz, za wolności.

Nasz dziennikarz zatelefonował w tej sprawie do rzecznika kurii, bo cmentarz jest pod administracją kościelną. I rzecznik udzielił jakiejś zdawkowej odpowiedzi. Jej sens był taki: "A co to nas obchodzi, nie nasza sprawa". Dziennikarz to spisał i zadzwonił, że chce to autoryzować. Na co ksiądz, że musi się skonsultować z arcybiskupem, czyli z Kazimierzem Nyczem. Po półgodzinie zadzwonił z kompletnie innym tekstem, że to oburzające, skandaliczne... Kościół matka nasza.

Pomyślałem, że ten rozdział o ojcu zakończę tym, co sam o nim mówiłeś, przyjmując 7 listopada 2001 roku prestiżową Nagrodę Erazma:
 

Zastanawiam się, czy rzeczywiście dobrego wyboru dokonali ci, którzy mojego Ojca więzili i torturowali? Wiek XX nie był czarno-biały. Wielu ludzi angażowało się w idee fałszywe i nikczemne z pobudek dobrych i szlachetnych. Komunizm obiecywał świat sprawiedliwy, a zrodził ustrój despotyczny i monstrualnie niesprawiedliwy. Mój Ojciec, wstępując w 1919 roku do partii komunistycznej, dokonywał wyboru nonkonformistycznego, a przecież wziął udział w tworzeniu systemu, w którym konformizm był normą wszechobowiązującą. Z nieufnością odnoszę się przeto do swoich własnych wyborów, bowiem nikt nie jest dobrym sędzią we własnej sprawie.

 

Mój ojciec mówił jeszcze: "Nigdy nie czuj się niewinny i sprawiedliwy; zawsze szukaj jakiejś cząstki winy w samym sobie".

? Grób rodziców Adama, Heleny Michnik i Ozjasza Szechtera, już w wolnej Polsce był kilkukrotnie dewastowany lub bezczeszczony.

[...]

PRZYPISY
[1] Dokładny cytat brzmi: Mais il faut avoir conçu l'équilibre et ?tre toujours pr?t a changer de côté comme la justice, "cette fugitive du camp des vainqueurs". (Trzeba jednak pojąć równowagę i być zawsze gotowym zmienić stronę, jak sprawiedliwość - "ta uciekinierka z obozu zwycięzców"). S. Weil, La Pesanteur et la Grâce, Librairie Plon, 1948.
[2] L. Kołakowski, Jak być konserwatywno-liberalnym socjalistą?, "Aneks" nr 20, 1979.
[3] Chodzi o jedenastu dysydentów, których władze PRL-u w 1983 i 1984 roku wciąż więziły, pomimo lipcowej amnestii. Tymi przywódcami "Solidarności" i KOR-u, oskarżonymi o rzekome usiłowanie "obalenia przemocą ustroju", byli: Andrzej Gwiazda, Seweryn Jaworski, Marian Jurczyk, Karol Modzelewski, Grzegorz Palka, Andrzej Rozpłochowski, Jan Rulewski, Jacek Kuroń, Zbigniew Romaszewski, Henryk Wujec i Adam Michnik. To właśnie Michnik 12 grudnia 1983 roku listownie odmówił ministrowi spraw wewnętrznych generałowi Kiszczakowi emigracji na Zachód, którą to władze oferowały całej Jedenastce, aby pozbyć się w ten sposób "wichrzycieli" z kraju.
[4] Maszynopis rozmowy ze zbiorów prywatnych Adama Michnika, spisany po francusku przez Annie Daubenton, w tłumaczeniu Jolanty Kawy.
[5] T. Konwicki, Kompleks polski, Warszawa 2010.
[6] Specyfika stalinowskich procesów moskiewskich (1936-1938) polegała na wykorzystywaniu sądów jako narzędzia do fizycznej eliminacji opozycji politycznej i zastraszania społeczeństwa poprzez wymuszone torturami i szantażem zeznania. Eliminacja starej gwardii miała charakter publiczny, nosiła pozór praworządności, wyroki były jednak z góry ustalone i natychmiast po procesie wykonywane, na ogół przez rozstrzelanie.
[7] BBWR (1927-1935) - Bezpartyjny Blok Współpracy z Rządem. Założony przez Walerego Sławka, skupiał zwolenników sanacji i był zapleczem politycznym Józefa Piłsudskiego. Wspierał autorytarne rządy.
[8] "Gazeta Wyborcza" z 22 stycznia 1999.
[9] "Nasz Dziennik" z 26-27 czerwca 2010.
[10] List 34 - protest polskich intelektualistów i pisarzy (między innymi Antoniego Słonimskiego, Marii Dąbrowskiej i Melchiora Wańkowicza) złożony w marcu 1964 roku na ręce premiera Józefa Cyrankiewicza. Sygnatariusze sprzeciwiali się zaostrzeniu cenzury oraz ograniczeniom w przydziale papieru na druk.
[11] Nazywany niekiedy Listem 15. Pismo zredagowane przez Zbigniewa Herberta i Zygmunta Mycielskiego w grudniu 1974 roku, a podpisane między innymi przez Antoniego Słonimskiego, Jacka Bocheńskiego i Wiktora Woroszylskiego, zawierało żądanie umożliwienia Polakom na Wschodzie swobodnych praktyk religijnych, kontaktu z ojczystą kulturą oraz otwarcia polskich szkół.
[12] K. Wierzyński, Wstążka z "Warszawianki", [w:] K. Wierzyński, Poezje zebrane, zebrał W. Smaszcz, Białystok 1994.
[13] A. Michnik, Odlot malowanego ptaka, "Gazeta Wyborcza" z 15 marca 2009.

Redakcja: Paweł Sajewicz

Korekta: Teresa Kruszona, Agata Nastula

Konsultacja merytoryczna: prof. Andrzej Friszke

Projekt okładki: Kira Pietrek

Zdjęcie na okładce: Archiwum IPN/przystanekhistoria.pl

Fotoedycja: Marcin Kapica

Przygotowanie zdjęć do druku: Mariusz Rosa

Indeks: Michał Stachowski

Opracowanie graficzne i skład: Elżbieta Wastkowska

Redaktor prowadzący: Marcin Kicki

 

Wydawca oświadcza, że pomimo podjętych starań nie udało mu się ustalić wszystkich osób uprawnionych z tytułu praw autorskich do fotografii opublikowanych w książce. Osoby zainteresowane prosimy w razie czego o kontakt z Agorą SA (00-732 Warszawa, ul. Czerska 8/10, tel.: 22 555 40 00).

 

Producent: Agora Książka i Muzyka sp. z o.o.

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

wydawnictwo@agora.pl

www.wydawnictwoagora.pl

 

Copyright ? by Jarosław Kurski, 2026

Copyright ? by Adam Michnik, 2026

Copyright ? by Agora Książka i Muzyka sp. z o.o., 2026

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)

 

Niniejsza publikacja jest chroniona prawem autorskim. Publikacja może być zwielokrotniona i wykorzystywana wyłączenie w zakresie dozwolonym przez prawo lub umowę zawartą z Wydawcą. Zwielokrotnianie i wykorzystywanie treści publikacji w jakiejkolwiek formie do eksploracji tekstów i danych (text and data mining) lub do trenowania modeli sztucznej inteligencji, bez uprzedniej, wyraźnej zgody Wydawcy jest zabronione.

 

Warszawa 2026

 

ISBN: 978-83-8380-601-3

 

Wydanie pierwsze

 

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

 

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej