Ada. Sceny i charaktery z życia powszedniego - Józef Ignacy Kraszewski

Kup ebooka

12.50 zł
10.75 zł (9,10 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

TOM I.

 

- Vade retro, Satanas!...

Precz, kusicielu odemnie! niedosyć ci żem się długiem życiem umęczył, chcesz abym się sam na tortury brał. Spowiadając się z niego, kwoli waszej pociesze a mojej konfuzyi!!

Widziałeś mnie zawsze prawie wesołym, choć bieda to hoc, jakbym albo najszczęśliwszym był, albo sobie nieszczęścia nie miał za nic; - więc ci się zdaje że mi żywot płynął jak po maśle - i uciechą będzie czytać gdy wam o nim nakłamię. - Ale - wiesz że ty czym ja, śmiejąc się, owego lisa spartańskiego ukrytego niemiał na piersi, który mi ją gryzł i szarpał, gdym się uśmiechał?? (Lis był czy wilk? proszę sprawdzić - o to idzie że kąsał).

Myślisz że życie własne, pełne omyłek, za które się pokutowało, drugi raz przeżyć na papierze, łatwo jest albo miło??

Naostatek, sądzisz że iż ja ci jak na spowiedzi - prawdę powiem? Choćbym chciał niepotrafię.

Jest w ludzkiej naturze, iż mówiąc o sobie człowiek zawsze kłamie, nawet gdy prawdę mówi, - bo, gnoti scauton - niemożliwa rzecz!

Więc po cóż się zdało biografię pisać?. Z bajek ludzie tyle się uczą co dzieci - o stworzeniach jakichś na świecie nie ma i cudach, których nigdy nie bywało.

Wiem co mi na to odpowiesz, że nie mojej mizernej biografij żądasz, bo ta ci do niczego, ale chcesz bym ci opowiedział na com patrzał, et quorum pars parva fui.

To znowu sprawa inna. Odpowiedz mi naprzód na to pytanie czy człowiek który widział buty czyjeś może wizerunek jego malować?? Ja zaś w mojem życiu często na widzeniu historycznych butów musiałem poprzestać.

Na to już potrzeba daru osobliwego, odwagi wielkiej i bezczelności nie pośledniej, aby ludzi odgadywać z małych próbek.

Z tem wszystkiem, mój Jordanie, wystawiłeś mnie na pokusę, bo mi się teraz coś o czasach moich pisać zachciewa i mówię sobie, prezumpcją byłoby chcieć być lepszym od drugich... - i kiedy drudzy głupstwa po sobie ad aeternam memoriam zostawili, dla czego ja mam od nich być lepszy?

Przy czem miłości własnej, zawsze trochę świerzbiącej, dogodziło by się.

Za tem, nie będzie to ani biografia, ani historia, ani żadna taka rzecz coby się na kopyt zwykły wbić dała, ale coś swobodnego, - nie roszczącego sobie prawa ani do tytułu ani do znaczenia.. Lóźne karty...

Nie żądaj odemnie abym pięknie pisał i przedmiot mój umiejętnie ci rozpłatał jak kucharz rybę. - Pióro puszczę tak jak to się język puszczało przy kominie i ciepłem piwku - a co pamięć przyniesie to się na kartach zapisze.

Niech ci Pan Bóg przebaczy, żeś mnie do tego namówił. Vale et me ama.

  

Adam Polanowski.

1698 r.

  

  

Z młodszych moich lat - nie ma co pisać, bo ludzie są jako trawa gdy się z ziemi wytyka, wszyscy jednakowi, trudno poznać czy to z tego będzie łopuch czy sałata. Pamiętam tylko że mi dla zbytniej swawoli matka i ojciec prorokowali iż się szubienicy dorobię, lecz, dzięki Bogu nie sprawdziło się, choć prawda, żem dokazywał srodze i kipiało we mnie, a spokojnie na miejscu wysiedzieć nie było sposobu.

Rodzeństwa nas było troje, starszy brat Michał, powolny i nad wiek stateczny, młodsza siostra Julusia, a ja w pośrodku.

Matka nasza najukochańsza, świeć panie jej duszy, nie bardzo była dla mnie surowa, i mawiała (choć nie w mojej obecności) że młodość ma prawa swoje, i najlepsze piwo gdy zrazu szumi - więc przez palce patrzyła na wybryki i folgowała gdy ojciec dyscypliną i rózgami groził. Swawola też owa ograniczała się na znęcaniu nad ptactwem, do którego z łuku się strzelało, na rybołóztwie, na dojeżdżaniu koni, od których nie jednegom guza dostał i sińców napytał.

Do obiecadła, nad którem Michał rad siadywał, ani mnie było napędzić ale przecież gdy na srom przywiązano mnie sznurkiem do ławki i kazano się uczyć - nie przychodziło mi to z trudnością.

Bakałarza mieliśmy osobliwego, niejakiego Kleta Cygańskiego, który nomen omen, choć szlachcic, jako cygan się włóczył ode dworu do dworu, to bakałując, to za oficjalistę służąc, to przy kościołach rezydując, a nigdzie nie zagrzewając miejsca. Człek był i na oko nie powszedni, drab jakby z samych kości zbudowany, skóra lśniąca na nim jakby wyprawna, włosa tyle tylko że korona do koła łysiny, wargi odwalone ogromne, a oczy gdyby ślipia kocie świecące, nosił się nędznie, nie zawsze czysto około niego bywało, ale głowę i gębę miał że i statyście by ich starczyło.

Powiadano o nim iż tak ciekaw był, że żadnej książki z rąk nie puścił aby jej nie przeczytał. Oracją napisać komu, jakąkolwiek bądź, jak orzech zgryść było dla niego, i płacono mu za to a pojono go i karmiono... Grosza by był mógł łatwo sobie przyzbierać, ale potajemnie pił pono, a pod humor pieniądze rzucał ubogim i lada komu, jak plewę.

Ja u Cygańskiego miałem łaskę, choć Michał był pilniejszy i stateczniejszy. Czasem mnie za uszy wytargał, czuprynę mi wymiętosił, ale nigdy się nie pogniewał bardzo, a często i zataił przed rodzicami, gdym co zbroił.

Michałowi starszemu przepowiadał, co się sprawdziło, że do zakonu wstąpi, gdyż w istocie potem, O. Jan brat matki naszej do nowicjatu go w Lublinie wziął, już z niego nie wyszedł, choć ojcu się to bardzo nie podobało.

Z rąk Cygańskiego oddano mnie do infirmy w Łucku, a później razem z Michałem do Lublina, z powodu że tam ojciec Jan, wuj nasz rezydował i w zakonie miał znaczenie a nami się opiekował.

Tu Michał mój poczciwy, natura spokojna i łagodna, jak przylgnął do Ojca Jana, jak sobie upodobał życie klasztorne, tak już pozostał Bogu służąc, mnie zaś mamonie na łup dano. Uczyłem się niezgorzej, chociaż o pierwszą ławę i laury nie ubiegałem, a swawola szła swoim porządkiem i w tej celującym byłem zawsze. Rózeg nie brałem - bo bym był ich nie zniósł, ale w karceresie na rekollekcjach mało którego tygodnia nie siadywałem. Miano wzgląd na krew oną burzliwą, której mi pohamować było trudno.

Gdy wreszcie Michał sobie stan obrał duchowny i odwieźć go od tego postanowienia nie było podobna, na mnie przypadło w przyszłości się do gospodarki, a razem i do stanu rycerskiego sposobić, bo co szlachcic musiał żołnierzem być.

Jam sobie tem wcale nie przykrzył.

Śmiało mi się życie obozowe, o którem się nasłuchałem siła, - wyprawy wojenne, potem sejmikowanie a gospodarzenie około roli.

Wszystko to we krwi już było... Od młodu się człowiek nasłuchał, napatrzył, obyczaje te poznał i w nich kochał.

Nim do szkół mnie oddano, tom ci się już w szable umiał ściąć niezgorzej, na konium jeździł jako centaur, a z łuku i strzelby celnie strzelałem i nikomum się wyprzedzić nie dał. - Łuk naówczas do parady więcej służył niż do boju, ale się nim zabawiano chętnie, równie jak oszczepem. Pozostałości te były prastarych czasów, które konserwowano.

Pamiętam że na tak zwane łuby, w których strzały pierzaste noszono, wysadzano się chętnie, równie jak na ozdobne tarcze, choć oboje tylko na okaz służyły. Nie jeden taki łub, w którym ani śladu łubu nie było, perłami szyty, złotem dzierzgany, kamieniami sadzony, kilka set złotych wartał, tak samo tarcze, które albo giermek niósł, albo na sobie wieszano, lekkie, - łacne do przebicia, dla plendoru tylko chowano, a były malowane, złocone i roboty osobliwej...

Szlachcic około domu w kitlu płóciennym, w kozłowych butach i lada jako chodził, ale każdy najuboższy, po dziadach i pradziadach, miał się w co odziać paradnie, gdy wystąpić było potrzeba... Przechowywały się pasy, lamy, futra, delje z pokolenia w pokolenie. Dopiero za moich czasów, gdy różne mody cudzoziemskie nastały, poczęto się też drogich pozbywać pamiątek i przebierać szpetnie. Przy czem nieraz od tych co obyczajowi staremu wierni pozostali dostało się dobrze tym zniemczonym i sfrancuziałym po tebinkach.

Pod koniec mojej szkolnej nauki wąs mi się już wysypywał, a okrutnąm niecierpliwość czuł aby się z pod feruły wydobyć i w świat pójść. Ale człowiek sam sobą nie dysponował, ojca, matki słuchać było potrzeba. Wyrwał się który niecierpliwszy, bez zezwolenia ich z domu, nie było już po co powracać. Rygor był wielki, ani rzadkością to że młodzieniec pod wąsem, na kobiercu ręką ojcowską baty oberwał, za które karzącą dłoń pocałować musiał.

Pod koniec mojej nauki szkolnej, rodzicowi naszemu najlepszemu, nagle się zmarło, po Sejmiku w Łucku, czasu którego się namęczył, i zirytował, tak że do domu powróciwszy obległ zaraz i już nie wstał.

Dano nam znać do Lublina gdy już nadziei utrzymania przy życiu nie było i spieszyliśmy z Michałem dniem i nocą po błogosławieństwo ojcowskie, aleśmy ojca już na katafalku zastali.

Pogrzeb z sumptem nie małym odprawiliśmy w Łucku u Dominikanów, gdzie w Refektarzu chleb żałobny potem zastawiono, przy którym ja gospodarzyłem, bo Michał choć starszy, już kleryk nie chciał się tego podjąć.

Kilka tylko dni w domu przy matce zabawiwszy, musieliśmy do Lublina powracać, Michał do nowicjatu, a ja do szkoły, której porzucić matka nie pozwalała.

Z męztwem wielkiem, choć z sercem bolejącem, wzięła się sama do interesów i do gospodarstwa, nie zapominając o wychowaniu Julusi, którem się sama zajmowała, a na wszystko jej starczyło czasu.

Ale też niewiast takich jak ona, starego autoramentu, już wówczas nie wiele było u nas.

W życiu jej marnej chwili nie było, wstawała z kurami, - z nią się też wszystko we dworze do pracy budziło. Obchodziła wszystkie kąty - nie wyręczając się nikim. Rzadko z rana czas przysiąść miała, bo coś zawsze było do czynienia, co ją na nogach trzymało.

Przy pracy i przy modlitwie wspólnej ona przewodniczyła. Nie rzadko jeszcze gość nadjechał, proboszcz, kwestarz - trzeba go było przyjmować, regestra przepisywać, motki i talki policzyć, wymiaru zboża jeśli nie dopilnować, to na niego najrzeć - i tak cały Boży dzień schodził.

Przy czem i to dodać potrzeba, iż prawne interesa, na których nie zbywało, bo mało która majętność albo spornej granicy, lub jakiego zastarzałego processu nie miała - pani matka nadzorowała sama, i prawo jej nie było obce... tak że lada jurysta nie podszedłby był, i nie oszukał.

A wszystko to szło, pamiętam, tak spokojnie, cicho, jak w zegarku, że ani słychać było ani widać wysiłku. Przybył obcy człek, witała go obliczem wypogodzonem, dla wszystkich uprzejma, łagodna, chociaż w potrzebie surowa, i gdy co postanowiła nie przełamana.

Na wakacje przybyłem już sam gdyż Michał jak każdy zakonnik rodziny się wyrzekać musiał, tak jak wyrzekał świata. Ze łzami na oczach powitała mnie, gdym jej w ganku do kolan przypadł, sam też płacząc, bo ojciec się przypominał, którego nam brakło.

W pierwszych dniach mowy niebyło o tem, co pani matka względem mnie postanowi. Korciło mnie wielce się o tem dowiedzieć, alem nie śmiał pytać.

Nie nagliłem też, bo mi doma, po szkole było jak w raju. Wszystkom tu miał, za czem w mieście tęskniłem. Konie, psy, las, rzekę, szerokie pola, a sąsiadów tak miłych, którym się przypominało. Byli między niemi i rówieśnicy, i szkolni z Łucka z jednej ławy towarzysze.

Pani matka swobody mej wiele nie hamowała, zapowiedziawszy to, żem mógł sobie spocząć i zabawić się, nimbym się zaprzągł do nowego życia, ale jakie ono miało być, nie mówiła.

Po nieboszczyku ojcu wierzchowych koni, psów łowczych różnych, zostało dosyć, ludzi też w pomoc do tej zabawy nie brakło. Zapraszali sąsiedzi, między innemi, pomnę, Steccy i Tomaszewscy, z którymi i ojciec żył w przyjaźni.

Czasy były nie wesołe, bo po owem nieszczęsnem panowaniu Jana Kazimierza nastąpiło było jeszcze smutniejsze króla Michała, które zawichrzyły całą rzeczpospolitą podzieliwszy ją na obozy...

Stali jedni, szczupła gromada przy królu przez szlachtę sobie obranym, drudzy przeciwko niemu, a turecka potencja z kozakami na granicach plądrowała i pustoszyła, zanosiło się po okropnych klęskach i Buczackich traktatach na gorsze jeszcze.

Lecz prawdę powiedziawszy, tam gdzie wojna, ogniem i mieczem nie dochodziła, ledwie ją czuć było i wierzyć w nią chciano. Paliło się nieraz obok, łupiło kozactwo i plądrowali tatarzy, a byle nie dotarli gdzie szlachcic się nie poruszał i na wojska zaciągane zdawano obronę, pospolitemu ruszeniu opierając się do ostatka.

Wichrzyciel wielki i ówczesny Prymas jednooki Prażmowski i jego zausznicy wbrew królowi, wojnę negowali, nieprzyjaciela ignorowali, ani ludzi ani pieniędzy nie miłemu panu dawać nie chcieli.

Jeszcze na chwiejącym się tronie siedział ów elekt szlachecki, gdy już jedni księcia Lotaryngskiego, drudzy jakieś francuzkie książątko, inni Neuburgskiego na gwałt forytowali.

Szlachta, choć niby mocy swej dała dowód na elekcij wbrew panom i na przekorę im wyniósłszy ubogiego Michała, za którego się pod Gołębiem gorąco ujęła, złamaną została w prędce, a Senatorowie i panowie tak rej wiedli znowu jak przed tem.

Mnie naówczas mało te rzeczy obchodziły, wszelako mimowoli się o uszy obijało, co się gdzie działo.

Widocznem było iż, choć rakuzcy przyjaciele i Cesarscy mieli mir i pewną siłę, francuzka partja górę brała...

Od abdykacji Jana Kazimierza, którego francuski król namówił do złożenia korony, albo raczej od śmierci Władysława IV, - sprawą królowej Marji Ludwiki pani wielkiego rozumu i energii zgoła nie kobiecej; francuzi i francuzkie stronnictwo coraz się potężniejszem stawało. Chciał król francuzki w Polsce przeciwko Cesarzowi mieć ścianę mocną, a nad utwierdzeniem jej pracowała skutecznie Marja Ludwika.

Nie lubiano rakuszan i obawiano się ich, posądzając, że na Polskę i jej wolność czyhali, ale też francuzi miłości sobie wielkiej nie pozyskali, krom u tych, co się na ich obyczaj ponawracali, język ich sobie przyswoili, suknie przyodzieli.

Pomnę to sam, że na prowincjach u nas, gdy się który z panów, z peruką na głowie, we wstążki i koronki przystrojony pokazał - zbiegano się nań patrzeć, jak na raroga, a śmiechu było pełno.

Z za płota nie jeden do takiego francuza strzelił, taką obrzydliwość miano ku nim.

Mogło się było zdawać, że po śmierci królowej, która abdykację poprzedziła, wpływ ten jej i francuzów ustanie lecz okazało się inaczej.

Przywiozła z sobą była z Francji Marja Ludwika siła młodych i pięknych dobrego rodu, francuzek, które za Paców, za Zamojskich powychodziły.

Pomiędzy temi celowała najpiękniejsza, królowej najulubieńsza, którą niemal dzieckiem jeszcze przywiozła Marja Ludwika, tak że złe języki bąkały nawet jakoby ukochana ta wychowanka bliższą jej była niż się wydawała... Zwała się Marja de la Grange d'Arquien, pono dobrego ale zubożałego rodu, i w istocie wychowanką była tylko bezdzietnej naówczas pani.

Oprócz niej, panna de Mailly, później Kanclerza Paca żona i innych wiele ze dworu królowej za znacznych panów powychodziły.

Wszystkie one przejęły po nieboszczce sprawę francuzką i mężów na nią ponawracały, tem łacniej, że pieniądze z Francyi płynęły, a większe jeszcze od nich obietnice.

Mówiłem już o pewnej Marji de la Grange. Dzieckiem była ona nadzwyczajnej piękności i dorastając jeszcze większym zajaśniała blaskiem. Ludzie dla niej głowy tracili, szczególniej młody Sobieski, dzielny wojak, ale jako człowiek krewki i gorącego temperamentu, w niewolę się jej zapisał.

Ale wówczas jeszcze płotka to była dla niej, co szczupaka o złotej łusce mieć chciała. Czuwała też nad tem królowa, aby tę perłę dobrze sprzedać.

Więc choć się pannie piękny i miły, a serdeczny Sobieski podobał ale - miłości czekać kazano, a tymczasem chciwość i ambicja wyswatały ją za starego Zamojskiego.

Z tym jakie było pożycie łatwo zgadnąć.

Na tej nadpodziw pięknej kobiecie sprawdziło się to iż nie wszystko złoto co się świeci, a dziwnie czasem piękność niewieścia w parze idzie z okrucieństwem i nie litościwą rachubą.

Pieszczona, ubóstwiana od dziecka, samolubna ambitna, w szkole Marji Ludwiki zestarzałej i ostygłej wychowana, owa cudnej piękności pani, wyrosła na niewiastę, jakiej u nas w Polsce dzięki Bogu, drugiej by nie znalazł.

Po śmierci starego Zamojskiego oddała wprawdzie rękę Sobieskiemu, zdawna kochankowi i niewolnikowi swemu, lecz naówczas już kiedy jego męztwo, rozum, dzielność wielką mu przyszłość obiecywały, której też fundamenta położyło Marszałkowstwo naprzód koronne, potem Hetmańska buława.

Więcej już, zdaje się, wdowa po Zamojskim, ulubienica królowej, ani pragnąć, ani się spodziewać nie mogła.

Rozszerzyłem się tu o niej nie bez przyczyny, bo ona i na losy kraju i na moją dolę wpływ miała, choć za panowania Michała wszystkiego co potem nastąpiło przewidywać nie było można, ale mi do niej jeszcze wielekroć powrócić przyjdzie.

Rodzina ta nasza Polanowskich zdawien dawna szlachecka i rycerska, po całej niemal Koronie, na Rusi i na Litwie nawet była porozrzucana.

Naszej gałęzi na Wołyniu ojciec jeden był ostatnią odroślą i, krom rodziny matki, nie mieliśmy nikogo bliższego, któryby głowę domu zastąpił i matce radą w pomoc przyszedł.

Za żywota nieboszczyka ojca z temi innemi się Polanowskiemi rozproszonemi, utrzymywaliśmy stosunki, a szczególniej z Aleksandrem Chorążym Sanockim Pułkownikiem w wojsku kwarcianem, słynącym z męstwa i ulubieńca rycerstwa całego. Matka więc i teraz, gdy o mnie stanowić przychodziło i szukać gdzie bym się ja, dla dalszego wyrobienia między ludźmi pomieścił, - pomyślała o tem aby się zwrócić do Chorążego.

Tylko że nie wiedzieli gdzie go było szukać bo w domu na wsi rzadko siadywał, przy wojsku statecznie będąc, a że się teraz na wojnę zbierało, od regimentu swego ani się mógł ruszyć.

Naprzód tedy list napisała do niego, a z nim któż miał jechać jeżeli nie Leśko!! Widzi mi się że takiego drugiego Leśka dziś by ze świecą szukając nie znalazł, i dla tego o nim coś powiedzieć muszę.

Kto był ów Leśko! - prosty chłop siedzący w chacie na wsi... Młodość prawda pędził na dworskiej służbie, ale potem, ożeniwszy się ze służącą matki naszej poszedł na grunt i gospodarzył.

Bez Leśka ani ojciec ani matka stąpić nie mogli, i muszę mu to przyznać że, gdyby go do Chin posłano, zdaje się, i do nich by drogę znalazł, a sprawił się.

Małego wzrostu, dużej twarzy, z długim włosem jasnym na głowie, oczów niebieskich, spokojny, cichy, milczący jakby trzech zliczyć nie umiał - Leśko miał rozum i zręczność w postępowaniu niesłychaną.

Chodził zawsze powoli, a robił wszystko prędko - nie obiecywał nigdy nic, a z każdą rzeczą radę sobie dał, nikt go nie oszukał. Leśkowi ojciec często tysiącami powierzał pieniędzy, nigdy tego zaufania nie pożałowawszy.

Matka też Leśka szacowała jako klejnot i rzadki był dzień, aby do dworu go nie potrzebowano.

I teraz też, ponieważ o pułkowniku Chorążym Polanowskim nic nie wiedziano kędy się obracał, Leśko tylko jeden mógł go wyszukać.

Przywołano go gdy już list był gotów, kieliszek wódki wypił, głowę ciągle ręką przyczesując, wziął pieniędzy na drogę, pokłonił się i tegoż dnia wyjechał.

Niebyło go blizko trzy tygodnie z powrotem, bo - jak się okazało, stał pan Chorąży z pułkiem swym około Lwowa, ale znalazł go Leśko, pismo wręczył i respons przywiózł - konia nawet nie schudziwszy. Po drodze zaś na jarmarkach nakupił chust i różnego towaru, który potem z zarobkiem sprzedał.

Pułkownik matce odpowiedział iż chętnie by się losem moim zajął, ale jako sam żołnierz do wojska mnie wpisać życzył, a o dworskiej służbie pod te czasy wyrażał się iż o nią trudno było...

Mnie rycerska sprawa dosyć się uśmiechała, nie byłem od tego, ale matka, mając już teraz mnie jednego, bo pierworodnego Bogu ofiarowała - wolałaby była spokojniejsze pomieszczenie, gdzie by codzień życia stawić nie było potrzeba. Zawahała się więc mocno.

Wiedzieliśmy o tem iż u Hetmana Sobieskiego Polanowski był w zachowaniu wielkiem, z tego urosło, iż matka powtóre list do Pułkownika wysłała wyłuszczając mu dla czego życzyła sobie mnie dać na dwór czyjś insynując czyby Hetman dworzanina nie potrzebował.

Niewątpliwem było iż ich chować musiał wielu, bośmy o tem słyszeli że i Polaków i Francuzów i Włocha miał do listów a kancellarję liczną.

Na to pismo powtórne, które już poszło przez ręce duchownych OO. Dominikanów z Łucka do Lwowa, dosyć długo czekaliśmy odpowiedzi.

Nadeszła wreszcie tąż samą drogą - pisał Polanowski iż z Hetmanem o mnie mówił, bliższym mnie uczyniwszy siebie pokrewieństwem niż w istocie byłem, i że - choć Sobieski utyskiwał że miał próżniaków nad miarę przy sobie przecież, na opinje i prośby, przyrzekł mnie przywiązać do swej osoby...

Radość ztąd u nas była wielka, i pani matka natychmiast zajęła się wyprawą. Chociaż mi wielce o to chodziło abym się między obcemi wydał przystojnie i śmiechu z siebie nie uczynił - znając matkę naszą tak byłem pewnym iż wszystko rozporządzi najlepiej, żem się ani chciał mięszać do tego.

Nigdy bym też sam tak się obficie nie zaopatrzył we wszystko, jak ona mnie w tą podróż. Nie było zapomnianego nic ani najmniejszej rzeczy - nie wiedziałem jak dziękować.

Konie najlepsze, wóz węgierski, siodła dwa, kulbakę, wyrostka też we wszystko zaopatrzonego z łaski jej dostałem, żem aż nadto pańsko wyglądał. Sukni podostatkiem, kożuchów dwa pokrytych, wojłoków, kobierców, nawet cokolwiek sreberka i namiocik obozowy na wozie się mieściły. Grosza też nie chciała abym rychło z rąk cudzych patrzał, więc i kilkaset złotych w talarach bitych do puzderka włożyła.

Pierwszy też raz sygnet herbowy po ojcu na palec włożyłem, przy którym nauka była jak ten klejnot szanować należało. Uzbrojenia, choć wojskowo służyć nie miałem, musiałem wziąć dosyć dla parady, a szabel dla bezpieczeństwa.

Bogu tylko wiadomo jak mi się tęskno zrobiło gdy z domu wyruszać przyszło, choć wprzódy tak się w świat chciało!! Obchodziłem żegnając wszystkie kąty, z każdym parobczakiem się żegnałem, a chwilami serce mi się tak ściskało żem im losu zazdrościł.

Matka popłakiwała, Julusia mi się wieszała do szyi... - ów świat co się tak uśmiechał, teraz gdyby kirem powleczony się zdawał.

Zwlekałem z dnia na dzień, aż na ostatek - ruszyć musiałem, w imie Boże.

Jakem się rozstawał z panią matką i domem - opisywać nie będę, ani podróży w ciągu której przez niedoświadczenie bąków siła się nastrzelało, za które workiem płacić przyszło.

Hetman czasowo przebywał we Lwowie, wybierając się do obozu pod Gliniany, i tu go zastałem, ale tak był niesłychanie zajęty wojskowemi sprawami, że ani mu listu oddać, ani się przedstawić pierwszego dnia nie było sposobu.

Około domu w którym stał, ludzi różnych, gromady czekały ciągle dobijając się posłuchania, wojskowi przyjeżdżali z obozu, przyprowadzano języka - przychodzili mieszczanie, przybiegali posłańcy z majętności jego z pieniędzmi, żydów też siła wartowała... nie licząc Senatorów i panów nawiedzających.

Z tego mi zaraz poznać było łatwo co Hetman znaczył, jakie miał zachowanie, bo, choć króla się też spodziewano, ale na Sobieskiego wszystkich oczy były zwrócone.

Wystawszy nadaremnie u wrót godzin parę, z desperacją niemal wróciłem do gospody - ale tu mi się szczęściem nastręczył Wardeński, rządzca Hetmana dóbr, któremu gdym się wyspowiadał z biedą moją, ulitowawszy się, obiecał mi nazajutrz drogę utorować.

Był naówczas, gdym go po raz pierwszy zobaczył Sobieski urodziwym bardzo mężczyzną, w sile wieku, chociaż już nieco otyłości późniejszej widać było początki. Twarz piękna, oko pełne ognia, czoło rozumne, na ustach często uśmiech, postawa pańska i rycerska... Nosił się po polsku i spojrzawszy nań wnet czuć było że to kość z kości naszych, a ród wielki i stary. Groźnego w sobie nie miał nic, a przecież posłuszeństwo wrażał jednem skinieniem...

Czynnym był nieustannie i niezmordowanie, a czasu marnować lada jako nie lubił.

Gdy mnie przywołano, już był uwiadomiony przez Wardeńskiego z czem przybyłem i pokłon mój do kolan, jako ojcu, przyjął uśmiechając się.

- Chłop zdrów, silny jak dębczak, odezwał się - czemuż to do wojska się nie zapisał. U mnie teraz wszelki dworzanin będzie musiał zbroję wdziać...

W tem się zadumał, przystąpił do stołu i zwracając się do mnie począł.

- Już rozkazy wydam aby tam waści pomieszczono - nie wiem jeszcze, ale może być że wypadnie na początek z listami i parą puzderek do Warszawy, naprzeciw żonie mojej z za granicy powracającej jechać, i przy niej do czasu pozostać, bo ja tu dosyć dworu mam, a tam pani Hetmanowej go braknie. Gotuj że się ewentualnie do drogi...

Pokłoniłem się chcąc odejść, aż się zawrócił.

- A jak tam z końmi! Masz szkapy dobre? - zapytał.

- Niczego - rzekłem chwalić się nie śmiejąc.

- Każę Stebelskiemu zobaczyć - dodał.

Na tem się posłuchanie skończyło, bo już Aron żyd, dobijał się pilno do drugich drzwi i dwa razy go oznajmywano.

Dnia tego tyle tylko żem się z towarzyszami zapoznał i przeniósł do ciasnej ciupki, którą we dwu zajmowaliśmy z drugim, w kancellarji polskiej pracującym, Morawcem... a wieczorem, wedle zwyczaju, musiałem znajomość moją i inkrutowiny te paru garncami wina oblać.

Z tego com słyszał i widział strachu wielkiego i grozy nie nabrałem. Pan był dobry, ale, gdy się dowiedziano że mam być wysłanym do pani Hetmanowej - nikt mi nie winszował.

Nie powiedział żaden i uchowaj Boże, złego słowa, lecz z milczenia i min, wiele się domyslać było można...

Tylko żem ja nigdy tchórzem podszyty nie był. Wolałbym był może z panem Hetmanem do Glinian, a potem dalej, jako zapowiadano pod Kamieniec czy ku Chocimowi - ale i Warszawę poznać nie przykrzyłem sobie, na wszystko gotów będąc.

Przeciągnął się ten wybór do obozu, bo jakem już mówił, Hetman niezmiernie był zajęty i na głowie miał nie jedno wojsko - choć ono teraz było najważniejszą rzeczą, ale i własne interessa i cudzych siła.

Drugiego dnia, gdy się Sobieski z kwatery swej wybrał arcybiskupa odwiedzić, mnie Morawiec zaprowadził do jego sypialni i gabinetu, - dla ciekawości. Z obejrzenia ich najłatwiej mi przekonać było można, jak ten człowiek pracować musiał, bo - czegóż tu nie było?!

Na wielkim stole mapp i planów wojennych mnóstwo, sztychowanych i od ręki świeżo przez inżenjerów rysowanych, książek też francuzkich poznaczonych kupy; na innych cebule kwiatów, nasiona, owoce różne, słoje ze słodyczami. - Obok dziecinne stroiki (dla trzyletniego syneczka Jakóba, którego Fanfanikiem zwano). Listów wszędzie stosy, w których mi Morawiec ukazał cyfry, com je pierwszy raz w życiu oglądał, regestra gospodarskie, komputy wojskowe.

Przy łóżku aż trzy wizerunki pani Hetmanowej po raz pierwszy oglądałem, jeden większy, bardzo piękny, snadź dawniej, gdy młodziuteńką, była wystawujący, dwa pomniejsze w różnych strojach, bo jeden na kształt pasterki.

Morawiec mi ukazał ten, który najpodobniejszym być miał - ale na tym, mimo piękności, oblicze miała tak dumne i pogardliwe iż mi się wcale nie podobała.

Wpatrywałem się w nią długo - ale oprócz tej pychy i nadąsania jakiegoś, nic nie znalazłem czem by człowieka oczarować miała - choć Morawiec mi szeptał że ona z panem Hetmanem czyniła co jeno zamierzyła i gdy by mu była kazała, kraj porzucić, wyprzedać się, opuścić wszystko, przesiedlić za góry - i na to był nawet gotów.

W pokojach przez Hetmana zajmowanych, wszędzie tu jego pracowitość, o której dworacy cuda opowiadali, jawną widać było. Samych książek porozpoczynanych do czytania, po wszystkich kątach walała się moc wielka.

Morawiec mówił że często o czwartej dopiero nad ranem usypiał, a w parę godzin potem był już na nogach. Koni po kilka na dzień zamęczał, bo nigdy jeden mu nie starczył. Przy tem mało kiedy zupełnie zdrów był i leki jakieś bierał, krew często puszczał, wody mu różne z za światu sprowadzano do picia!! Z twarzy zaś tego bynajmniej wyczytać nie było można.

W tych pierwszych dniach małom, ja tu co mógł wyrozumieć, później dopiero wszystko mi się jaśniej przedstawiło.

Człowiek mi się wydawał najszczęśliwszy w świecie, na równi z królem lub więcej nad niego mogący, gdyż wojsko całe w ręku miał, a w Senacie co najprzedniejsi z nim trzymali - w dostatki zdawał się opływać, żona jak anioł piękna. Czegoż mógł pragnąć?!

A w istocie samej - troski go jadły, pokoju nie miał. - Na oko się prezentowało wszystko jak nie można piękniej i lepiej, a pod tą pozłotą...

Ale ja wówczas tego jeszcze wcale nie rozumiałem, tylkom wielką potencję mego pana czuł i widziałem, a winszowałem sobie że mnie pan Chorąży Sanocki tu umieścił.

Zapowiedziany mając wyjazd do Warszawy na przeciw pani Hetmanowej, musiałem czekać na listy, które nie rychło przygotowano. - Ale zdawało się nie odmiennem że mnie z niemi nie kogo innego odprawi, boć wolał pozbyć się mało znajomego, niż jednego z tych do których był nawykłym.

W ciągu dni tych miałem czas lepiej się tu rozpoznać i rozsłuchać, choć nie rozumiałem ani części tego co się koło mnie obracało.

Panowie Senatorowie, panie też nieustannie do Hetmana przyjeżdżali, z któremi żywe rozmowy po francuzku się wiodły, - które często i listy już gotowe zmieniać zmuszały, bo tu się jakichś intryg różnych plątało i krzyżowało bez miary. A co pism przychodziło dnia każdego, kartek, notatek, tego nie zliczyć. Zawóz był nieustanny jak we młynie.

Starsi dworzanie jak Morawiec, który mi bardzo przyjaznym się okazywał, rozumieli tu ludzi lepiej, wiedzieli: kto miły, a kto podejrzany. -

Dla mnie ten zgiełk cały tyle tylko że Hetmana potęgę wpływ dobitnie oznaczał. Musiałem się uczyć co tu które nazwisko wyrażało, przyjaciela czy wroga; bo jedni i drudzy kłaniać się przychodzili.

Nie pełniłem żadnej służby stałej tymczasowo, ale porywano i posyłano pod czas i mnie do innych posług, gdy pilne były.

Jak mi się to po cichem życiu domowem wydawało - trudno powiedzieć - mutatis mutandis, jak wyżej powiedziałem, - zdało się jak bym do młyna zajechał.

Dzień i noc prawie spoczynku nie mieliśmy.

Gdy od wojska lub od granicy przychodziły kresy, przyprowadzano języka, budzono nie tylko nas, ale samego Hetmana, o każdej godzinie.

Tak czynnego żywota wyobrażenia nie miałem, - potrzeba było do niego nawyknąć.

W końcu dzień wyjazdu do obozu oznaczony został, a ja też zaraz miałem się puścić w drogę, do której byłem przygotowany. Zawołano mnie do Hetmana rano, który z małej chwili wolnej korzystając, jeszcze mi ustną chciał dać instrukcję, to dodając, że od pani Hetmanowej zależeć będzie, albo mnie przy sobie zatrzymać lub też z listami i posyłką do niego nazad odprawić.

Wardeński mi pieniędzy na drogę miał dać, jakoż w istocie znalazłem je bardzo ściśle obliczone, i od razu mogłem zmiarkować, że ze swoich dokładać przyjdzie. Dziękowałem więc przezorności matki dobrodziejki, iż mnie uprowidowała. Z góry zaś, wyliczając mi strawne i na konie, pan Wardeński zapowiedział żebym się rządził jak chcę, ale żadnych potem pretensyi nie wnosił o dodatki, suplimenty i indemnizacje, bo tych niedostanę.

- My tu, rzekł - takie mamy ciężary, niesłychane; a i pani Hetmanowa potrzebuje tak dużo, iż ledwie nastarczyć można...

Sam też w kilku dniach tych przekonać się mogłem, iż Hetman oprócz osobistych wydatków, miał do dźwigania i publiczne, bo ze swej szkatuły wojsku często płacił, gdy szemrało, prochy swoje własne i działa dawał...

Słowem, nauczyłem się tu wiele w krótkim czasie choć nie wszystko rozumiejąc.

Ze Lwowa razem jechaliśmy, Hetman do obozu pod Gliniany, a ja do Warszawy naprzeciw Jegomości.

Gdym się po tych szumie i zgiełku znalazł sam jeden na gościńcu, z wyrostkiem i masztalerzem, sam sobie pan znowu, aż mi się lżej zrobiło.

W drodze pospieszałem jakem mógł, ale koni zaoszczędzając, bo koń dla szlachcica to więcej niż drugie nogi, - bez niego, ani kroku.

Przypadku dzięki Bogu niebyło żadnego, tyle tylko co z podkowami się kłopotać musiałem, choć zapaśne miałem, bo nie wszędzie się kowal znalazł, a nie raz dla niego z gościńca w bok trzeba było skręcić.

Mało to mnie opóźniło i w Warszawie stanąłem szczęśliwie przed panią Hetmanową, której się dopiero spodziewano. Był więc czas odetchnąć.

Po Lwowie mi się Warszawa wydała bardzo piękna, a ruch tu jeszcze większy, chociaż król się też pod Gliniany wybierał, i koło zamku, frekwencja była daleko mniej żywa, niż przy kwaterze p. Hetmana.

We dworze, który zajmować miała pani nasza, część już fraucymeru i nas dworzan - oczekiwało na nią, z ochmistrzynią i rodzajem marszałka tymczasowego, który był człek niemiły i opryskliwy i wielce godność swą nową noszący dumnie.

Szczęściem był rodem z Wołynia, i familję moją znał, albo o niej słyszał, więc dla mnie dosyć się uprzejmym obiecywał.

Na tym punkcie mojej spowiedzi stanąwszy, pióro mi niemal odmawia posługi, tak człowiekowi trudno się przyznać do - słabości swych...

Słabością ja to zowię przez konsyderacją dla siebie, choć surowiej biorąc, inaczejby denominować należało.

Pierwszego dnia przybywszy oprócz IMPana Łowczyca, który marszałkował, i dwu młodych dworzan przyszłych towarzyszów moich nie widziałem nikogo. Dużo było do czynienia z rozgoszczeniem się, postawieniem koni, poznoszeniem rzeczy kosztowniejszych i t. p. Jeść mi dano do izby i cale nieosobliwie, alem o to wiele niedbał...

Nazajutrz, ponieważ wcale do czynienia nie było nic, a o Hetmanowej wiadomości nie mieliśmy, wolnym byłem i do kościoła Ks. Bernardynów chciałem na mszę świętą, gdy w samych wrotach - Ochmistrzynią starą francuzkę spotkałem, również z książką od nabożeństwa idącą, a za nią tuż młodziusieńkie dziewczątko.

Jak że tu opisać i opowiedzieć wrażenie, które na mnie uczyniło to zaledwie z dzieciństwa wychodzące stworzenie. Wprost przyznaję się - osłupiałem. Takiej piękności, jakiejś delikatnej, niby z powietrza i promieni słonecznych zlepionej, - nie miałem pojęcia, aby ona w świecie naszym mogła się znajdować.

Widywałem ci ja niewiast wiele i pięknych dziewcząt nie mało, ale czegoś podobnego, - do czego by ją przyrównać było można, - nigdy.

Pokłoniłem się im i zdjąwszy czapkę jakiem stanął olśniony, zapomniawszy się, tak długo przyjść do siebie nie mogłem, a dziewcze to dojrzawszy, śmiech chusteczką na ustach musiało stłumić. Śmiesznym też w tem zachwyceniu wydawać się im musiałem, sam to wiem, alem mocy nad sobą niemiał, takie mnie ogarnęło zdumienie.

Oczu czarnych, biała jak mleko, śnieżna jak pączek różany, nie zbyt słusznego wzrostu, zręczna jak sarenka, z wyrazem na twarzyczce figlarnym i wesołym - wydała mi się panna Felicja Viviers - aniołem z niebios zstępującym. Paść tylko było przed nią na kolana i chyba się do niej modlić. Cała moja istota zadrgała i poruszyła się na widok tego cudownego dziewczęcia...

Wrota się już za niemi zamknęły, i obie mi znikły z oczów, a jam stał widząc ją jeszcze ciągle przed sobą. Dopiero po dobrej chwili oprzytomniałem i ruszyłem też precz.

Widziałem je idące przed sobą, w pewnej odległości, a panna Felicja parę razy się szybko obejrzała...

Doganiać ich nie myślałem, anim się ważył, w głowie tylko rozbierając, co ta dzieweczka tu robiła i znaczyła, i czy ona też do fraucymeru Hetmanowej należała...

Wszystko się już na upojenie mnie od razu składało, bo i Ochmistrzyni z towarzyszką, poszły też do Bernardynów, a ja podążyłem za niemi.

Żem się tego dnia roztargniony nie wielce modlił - oczewista rzecz, ani dziw. Razy dwa i trzy poczynałem jedną modlitwę, nie mogąc jej dokończyć. Panna się już krom jednego razu, nie obejrzała się ku mnie.

Uklęknęły obie przed wielkim ołtarzem, gdzie się właśnie msza rozpoczynała i dotrwały do jej końca, poczem obie jeszcze przeszły na prawo do N. Panny ołtarza i tam pomodliwszy się z koscioła się wymknęły.

Zrazu mi się chciało gonić je, alem się rozmyślił odwagi nie miałem i zostałem na drugą mszę cichą, słuchając jej pobożnie do końca. Tegom jednak na sobie wymódz nie umiał, żeby pozbyć się obrazu dziewczęcia z przed oczów moich...

Samem się tego wstydził przed sobą, lecz też samego siebie poznać nie mogłem, tak mnie widok tej dzieweczki do gruntu przemienił.

Strach aż ogarniał...

Pomodliwszy się w kościele, wyszedłem w ulicę, a że, mimo, późnej jesieni czas był dosyć pogodny i ciepły - poszedłem ku zamkowi, zabawiając się widokiem miasta i ludzi. Czym jednak wiele widział i nauczył się dnia tego, - wątpię.

Nie wiedziałem jeszcze wcale kto była owa dzieweczka, a paliła mnie ciekawość okrutna. Ze stroju wnosząc domyślać się było można, iż chyba do dworu Hetmanowej należeć musiała, co mnie wielce radowało.

Gdym tak przechadzał się około krakowskiej Bramy - natknął mi się wczoraj już poznany towarzysz ze dworu naszego, Szaniawski, czemum rad był bardzo i przystąpiwszy do niego, zaprosiłem na kubek wina do francuzkiej winiarni, tuż pod zamkiem. Szliśmy tedy razem, a jam tylko na myśli miał, jak się od niego o dzieweczce dowiedzieć, nie zdradzając z tem żem się jej dał tak olśnić.

Szaniawski był mojego wieku wesoły i dziecinny prostaczek, - jak się później okazało - poczciwy i serdeczny chłopak, któregom przyjaźni doświadczył w ciągu życia.

Z rozmowy zręcznie mi się udało na to wpaść, iż bodaj Ochmistrzynią do kościoła idącą spotkałem, o pannie nieśmiałem nawet napomknąć.

- A jużci - odparł Szaniawski - chodziła do kościoła z Felisią Viviers... Nie może być, dodał, abyście i tej nie postrzegli, bo dziewcze śliczne.

Przyznałem się tedy, obojętność cale udając, że w istocie była z nią panienka jakaś.

Szaniawski był w bardzo dobrym humorze.

- Najpiękniejszą z naszego fraucymeru panienkę, rzekł, widzieć się wam udało na początek, macie szczęście. Jestto francuzka, sierota bardzo pani naszej hetmanowej ulubiona, któraby jej była pewnie do Francji towarzyszyła, gdyby na odrę nie zasłabła właśnie na ten czas. Dziecko to jeszcze, bo nie wiem czy ma lat pietnaście skończonych, ale gdy wyrośnie obiecuje być pięknością osobliwą. Już teraz ludziom głowy zawraca.

Stanąłem milczący, niechcąc okazywać ile mnie to wszystko obchodziło.

Dowiedziałem się tedy od Szaniawskiego, że dziewczę było ubogie, na łasce Hetmanowej, sierota, bez rodziny - i pono nawet nie szlachcianka, ale tego trudno było dojść, jak powiadał, bo francuzi wszyscy jakiej by kolwiek byli extrekcij do Polski przybywszy, sobie nadawali szlachectwo.

Wypiwszy po parze kubków wina, poszliśmy razem do dworu Daniłowiczowskiego, gdzie była nasza kwatera.

Mnie ciągle po głowie owa Felisia chodziła, aż mi wstyd było samego siebie.

Fraucymer mieścił się na drugim końcu dworca daleko od nas i nie spodziewałem się prędko znowu zobaczyć Felisi, gdy na obiad nas do wspólnego stołu powołano, do którego i panny przychodziły z Ochmistrzynią.

Zjawiła się i panna Viviers z innemi, które, choć dosyć przystojne, wszystkie przy niej gasły, stellae minores. Mnie się albo na szczęście lub na biedę dostało miejsce na prost przeciwko tego obrazka, tak że moc nad sobą musiałem wielką mieć, aby wciąż w nią oczu nie wlepiać.

Ile razy pobieżnie spojrzałem, tylekroć jej wejrzenie nadzwyczaj śmiałe ku sobie skierowane znajdowałem.

Z drugą towarzyszką przez cały czas obiadu szeptały, śmieszki stroiły i zabawiały się wesoło.

Siedziała przy niej nie tak już młoda, ospowata, nie ładna, ale śmiała i dowcipna dziewczyna, która czas dłuższy była w Polsce i bardzo pociesznie po polsku się mówić nauczyła.

Tu parę razy próbowała mnie zaczepiać, alem z nieśmiałości i tego odurzenia pięknością Felisi języka w gębie zapomniał. Siedziałem jak mruk z podełba tchurzliwie spoglądając.

Lżej mi się zrobiło gdyśmy od stołu wstali nareście...

Wszystko to by opisywania nie było warte, gdyby ten moment na całe moje życie późniejsze nie miał wpływu wielkiego, a owa piękność Felisi nie upoiła mnie od razu i nie uczyniła niewolnikiem.

Doświadczenia nie mając żadnego - padłem ofiarą - bo to co mi się wydawało nie tylko pięknem, wziąłem też w dobrej wierze za anioła.

Następnych dni do stołu chodząc, ośmielony stopniowo przez ospowatą wielce śmiałą i złośliwą pannę Blanc, którą tu Sofronisbą zwano - poznałem się bliżej z fraucymerem, a choć taiłem się z tem, iż na mnie takie wrażenie uczyniła Felisia, choć strzegłem się patrzeć, nie zaczepiałem nigdy ani słowem - niewiem jak i panna Sofronisba i inne dziewczęta zaraz to odgadły.

Zaczęto mnie nią prześladować.

W trakcie tego - nadjechała pani Hetmanowa i wszystko się z jej przyjazdem zawichrzyło u nas, bo trudno wypowiedzieć jak była wymagającą, dumną i kapryśną.

Znalazłem ją podobną kubek w kubek do tego wizerunku widzianego we Lwowie, który mi się niepodobał.

Piękna była - temu zaprzeczyć nie można, ale ta jej królewska piękność miała w sobie coś odstręczającego dumą, samowolą i takim despotyzmem, iż zdawało się jakby miała prawo cały świat widzieć u nóg swoich. Miłą ani się starała być i aniby może potrafiła. Na palcach przed nią chodzić musiano a skinienia patrząc, na twarz padać.

Pomimo, że bardzo jeszcze wyglądała świeżo i młodo, lecz niekiedy przy małem znużeniu, oko dostrzegało, że o wiele starszą być musiała, niżeli się zdawało.

Z panią Hetmanową, dwór jej francuzki przybył dosyć liczny, panien służebnych kilka, ale ulubiona jej Felisia zaraz nad innemi miejsce przy pani dawne zajęła i można było dostrzedz, że wszyscy ją wielce szanowali i oszczędzali gdyż u Hetmanowej miała nadzwyczajne łaski. Sama nawet stara ochmistrzyni jej się akomodować musiała.

Z panią Hetmanową przybył też trzyletni synek, zwany Fanfanikiem. Jakób, około którego naówczas bardzo pilno chodzono i pieszczono go wielce.

Ale ani dziecko, ani mąż niezdawali się Hetmanowej zajmować więcej nad ją samą.

Wszystkiego jej za mało było, nigdy niczem zaspokojoną się nie okazywała. Zły humor i lekceważenie były chlebem powszednim.

Natychmiast po przybyciu jej, z tych pań, które w Warszawie rezydowały, mało która nie pospieszyła pierwsza się submitować Hetmanowej.

Duchowieństwo też i panowie Senatorowie świeccy szczególniej ci co do partji francuzkiej należeli, na wyścigi przybiegali spragnieni wiadomości jakie z sobą przywiozła... Od rana do wieczora gości bywało pełno - ona zaś mało kogo nawiedzać raczyła.

W utrzymaniu domu postrzedz było można zarazem wielką chęć okazywania splędoru i skąpstwa.

Jak to umiano pogodzić nie moja rzecz.

Drugiego dnia i mnie do siebie przywołać kazała, naprzód się pytając czy po francuzku umiem.

Uczyłem się ja ci tego języka w szkole, ale z niej tak mało wyniosłem, że mi się nie było czem chwalić. Przyznałem się do niedostatecznej znajomości - języka, i konwersacja się poczęła po polsku, którym ona mówiła licho, chociaż rozumiała go dobrze.

Wzięty na spytki, oświadczyłem, co zresztą i w listach stać musiało, iż miałem się do rozkazów zastosować, azali nie zechce mnie z pismami do p. Hetmana nazad odprawić. Na co nieotrzymałem odpowiedzi żadnej.

Nareszcie odprawiła mnie skinięciem głowy.

Z tej audjencji mogę powiedzieć żem jeszcze przykrzejsze wyniósł wrażenie, niż z widzenia wizerunku. Straszną mi się wydała, anim pojąć mógł, o czem mnie Morawiec upewniał, iż Sobieski w niej był zakochany do szaleństwa.

Ponieważ nas dworzan nie wielu się przy niej znajdowało, a chciała się okazale prezentować, więc i mnie odprawić jakoś niespieszyła, a jam się też nie napierał, bo mnie tu sam widok Felisi karmił, żem więcej nic nie pragnął.

Napisałem - widok - bo w istocie oprócz widoku nie miałem nic. Obawiałem się przystępować bliżej a ona tak dobrze mnie oczkami wabiła i zalecała się jak drugim...

Rychłom się mógł przekonać o tem, że dziewczęciu szło o hołdy, bez wyboru kto je składał. Passyi to jednak mojej nie zmniejszyło, tyle tylko że ją w sobie dusić musiałem.

Służba ciężką nie była - ale nieustanną - rzadko kiedy mogliśmy wypocząć z Szaniawskim i Drużbickim, kollegami mojemi. Z temi było mi bardzo dobrze. Tak Szaniawski, jak i on, oba nie byli majętni. Z domu im mało co nadsyłano, a jurgeld był skąpy - więc mój worek przydawał się bardzo, nie tylko im ale i panu Ochmistrzowi, u którego też zachowanie miałem.

Grosza do zbytku oszczędzać nie potrzebowałem, bo matka w listach zalecając abym rozrzutnym i marnotrawcą nie był, - kazała się też strzedz brzydkiego skąpstwa i obiecywała gdy zażądam, nowy sukurs dostarczyć.

Miłość dla Felci naówczas, ba i potem, choć nie raz mi dokuczyła, ale humoru i młodej wesołości nie nadwyrężyła.. Miałem taką naturę żem wszystko brał pogodnem czołem, bez kwasu a dręczenia się - gdy mi było bardzo smutno, prowadziłem Szaniawskiego na wino, śpiewaliśmy piosenki, swawolili aby o lichu nie myśleć. Do wzdychania łzawego ani usposobienia nie miałem, ani mi też ono na co byłoby się przydało. Owszem, gdy płochę dziewcze zawiniło mi, udawałem jakobym sobie z tego wcale nic nie czynił.

Chociaż z góry do nas, od tego co się tam działo około Hetmanowej ledwie kapnęło co czasem, czuć było całą sieć intryg osnutych, snujących się rwących... Tajono się z niemi, każda z tych osób o które chodziło miała jakieś przybrane nazwisko, aby nie wtajemniczeni nie rozumieli o kim mowa, ale Hetmanowa czasem niezmiernie serdecznie z jedną dziś będąc, nazajutrz z drugą przeciwko niej knowała, a w istocie nie miała nikogo ukochanego, wszyscy jej byli obojętni - myślała o sobie.

Jeżeli się do kogo przymilała, to albo mu już buty szyła, albo jej musiał bardzo być potrzebnym.

Przy tem chciwości grosza takiej jak w tej kobiecie, nie widziałem w żadnej. Gdyby nie to że duma ją zmuszała, od gęby sobie by była odejmowała, aby skarb pomnożyć.

Pomiędzy mężem a żoną - o ilem ja mógł już na ówczas sądzić, nie było podobieństwa charakteru najmniejszego, - i taki niech sobie kto co chce mówi, żadna polska kobieta by taką być nie potrafiła jak ta francuzica.

Najmniejszego serca - dla nikogo... a gdy była dla kogo dobrą, to pewnie tylko że sobie go pozyskać chciała. - Zresztą litości, miłosierdzia - uprzejmości ani śladu, a największe upodobanie ludzi czernić i narzekać że jej się działa nie sprawiedliwość, choć robiła co zamarzyła.

Prosta rzecz że u takiej kobiety, aby łaskę pozyskać trzeba było kłamać, padać, uwielbienie przed nią udawać, pochlebiać bezustanku. Cały fraucymer jej z tej nuty śpiewał. Królowała nad nim; filut Felisia, którą ona dla jej piękności lubiła, celowała w rozpadaniu się około pani.

Napatrzyłem się tedy na samym wstępie komedji życia - które mi po rodzicielskim domu, po tem czem się młodość karmiła, poczwarną się wydała. O wyprawieniu mnie do Hetmana tym czasem mowy nie było. Ponieważ miałem się w co ustroić gładko, a prezentowałem się niezgorzej, więc Hetmanowa przy karecie jeździć kazała i około domu chętnie się mną posługiwała. - Ale szczególnej łaski nie pozyskałem sobie.

Z Felisią zaś w której się zakochałem szalenie stosunek był osobliwy.

Naprzód żem wcale tego gatunku kobiet nieznał, myślałem że po prostu starając się podobać, nadskakując, miłość jej okazując - skłonię ją ku sobie. Rychło jednak postrzegłem że ta w dobrej szkole wyuczona, nie łatwą była do rozmiłowania. Chciała mnie mieć jako niewolnika, ale sama nie myślała wcale o mnie.

Tuszyła sobie że ze swą pięknością, przy protekcji Hetmanowej, która ją niemal jak własne dziecko pieściła - dla zabawki, gdyby pieska lub papugę - nadzwyczajny jakiś los zrobi. Wiedziała że i jej pani tyle tylko że ze starej szlacheckiej rodziny, ale uboga z pomocą królowej Maryi Ludwiki dobiła się bogactw i świetnych małżeństw.

Więc czem dla niej był taki pan Adam Polanowski, dworzanin pana Hetmana. Prezenta odemnie przyjmowała, posługiwała się chętnie, mrugnęła czasem oczkami - ale serce ani drgnęło.

O czem ja przekonawszy się wziąłem na kieł. Była druga dosyć przystojna i stateczna panienka przy Hetmanowej polka, panna Jagnieszka Skorobohata. Choć mi tak dalece w oko nie wpadła, nawróciłem do niej, a Felisi dałem na pozór pokój. A co mnie to łgarstwo kosztowało, Bogu wiadomo. Zaś najsmutniejsza rzecz, że Skorobohata, jak to nasze wszystkie poczciwe dziewczęta, afektowi memu uwierzywszy, poczęła mi dawać dowody że mi sprzyja.

Francuzka była zła, więc nuż szydzić ze mnie i z niej, i zabiegać abym się do niej powrócił.

Mówiła po polsku tak jak jej pani, to jest bardzo źle... - ale o to nie dbała, bo godziła na takiego małżonka coby pół francuzem był, jak i Sobieski, który po francuzku gdyby rodowity francuz szwargotał.

Przy pierwszej zręczności poczęła mi drwiąc winszować "konkiety" odpowiedziałem jej lekko i niewdając się w dłuższą rozmowę, szedłem precz. Napadła mnie tedy powtórnie z innej beczki.

- Wacpan się gniewasz na mnie?

- Ja! a tożby za co? spytałem.

- Albo ja wiem odparła..

- A ja pannie Felicji zaręczyć mogę że ani się gniewam, ani też zbytnio o przyjaźń staram, bo wiem że jej nie dostanę.

- Dla czegoż?

- Panna Felicja wysoko patrzy a ja dla niej za małym jestem.

- Któż to powiedział panu?

- Są takie rzeczy że ich mówić nie potrzeba, same się w oczy rzucają.

Nadąsała się i poszła. Był tedy niby rozbrat między nami, ale uważałem że ją to nie pokoiło.. Nie zbliżałem się umyślnie, alem też nie unikał.

Najgorsza zaś że z serca, jak raz je zajęła, tak jej było nie wygnać...

Com wycierpiał - to tylko sam wiem, bom się chciał przezwyciężyć nadaremnie.

Jakby dla odetchnięcia i wypoczynku, nagle, gdym już sądził że w Warszawie na Hetmana czekać będę, kapryśna pani nasza, gdy ją coś tknęło, zawołać mnie kazała i oznajmiła że z bardzo ważnemi listami mam jechać, Hetmana gonić, który gdzie się obracał - spełna niewiedziała - tylko że go koło Chocima szukać należało.

Jesień, plucha, drogi najgorsze... mnie więcej nad wyrostka i masztalerza brać z sobą nie godziło się - oddalenie znaczne, - wreście i Kozacy a Tatarowie na przesmykach... otóż co miałem przed sobą. Ale młodemu na to graj, a z ciężkiem sercem, właśnie najlepiej w taki wir...

Pokłoniłem się więc i ruszyłem gotować aby nazajutrz na koń siąść, a było co robić, bo i konie kuć i węzełki wiązać i mój wóz i rzeczy bezpiecznie umieścić musiałem.

Szaniawski mi zazdrościł, drudzy głowami kręcili, a byli i tacy co mi życzyli abym ino cały powrócił.

Z pannami nie było czasu się żegnać tylko z daleka. Hetmanowa, gdy raz postanowiła mnie wysłać, już się niecierpliwiła abym jednej godziny ruszał. Expedycja dla mnie gotową była.

Wyruszyłem tedy, mając zlecenie po drodze jeszcze w Jaworowie i we Lwowie pytać czy bym innych do Hetmana posłańców dla bezpieczeństwa nie mógł wyszukać, aby razem z niemi się przez niepewne szlaki przedzierać.

Pierwszy raz w życiu, niedoświadczony narażałem się na taką imprezę zuchwałą, która i daleko wprawniejszemu trudną by była - ale, właśnie to że mi doświadczenia brakło, żem niebezpieczeństw wielu nie przewidywał, czyniło mnie odważniejszym.

Znaczniejsza część podróży wypadła lepiej niż się mogłem spodziewać - we Lwowie zaś istotnie znalazło się różnych posłańców, opóźnionych wojskowych, a nawet handlarzów, którzy się do obozu dostać chcieli, i ztąd już nie sam, ale w kilkanaście koni podążyłem dalej.

Chodziły pogłoski że Hetmana około Chocima szukać było potrzeba.

Król podówczas chory leżał już we Lwowie, gdzie go w samą wigilję zwycięztwa pod Chocimem, śmierć miała od żywota męczeńskiego wyswobodzić.

Podróż dalsza może bezpieczniejszą była z powodu że nas się większa zebrała gromadka, ale wyżywienie siebie i koni, pomieszczenie, często sam pochód bywał utrudniony przez to że zbieranina się znalazła ludzi różnego rodzaju i nadto zuchwałych i zbyt przezornych a tchórzliwych. Skończyło się na tem, że raz i drugi zmuszony się skłócić, musiałem samowolnie wziąć komendę nad całą kupą, zagroziwszy iż ich porzucę.

Szło potem raźniej, ale kraj ogłodzony, pusty, przewodników pewnych brak, głód, chłód, bieda dokuczyły.

Droga się przewlokła do zbytku, tak że gdyśmy już ku Chocimowi się zbliżyli, dostaliśmy języka iż Turków Hetman zbił okrutnie, rozproszył, nasiekł, że Hussejan Pasza salwował się w kilkanaście koni, łup wielki zabrano i t. p.

Z wielką więc otuchą, a weselem i już bezpieczni podążaliśmy do obozu, ciągle się krzyżując z posłańcami Hetmana, którzy wiadomość o odniesionym tryumfie wieźli do kraju.

Razem z tem, wprzódy jeszcze nimeśmy nadążyli pod Chocim, dowiedzieliśmy i tej smutnej nowiny zarazem, że Hetman Pac, zaraz po odniesionem zwycięztwie, przy którem kooperował, nazad z Litwinami do domu odciągał, nie dając się namówić, aby z niego korzystać.

Ponieważ tryumf ów cały Hetmanowi naszemu słusznie przypisywano, bo Pac bitwy nie radził i w wigilją jej cofać się życzył - zazdrość i inwidja spowodowały iż Sobieskiego samego rzucał... Nie było bowiem wątpliwości że pozbawiony litewskich wojsk i on też na tem poprzestać będzie musiał...

Zastałem Hetmana jeszcze rozgorączkowanego swem zwycięztwem, ale razem oburzonego na Paca.

W obozie wesołość, - pomimo złej pory, wszystkich szczęśliwych i sławiących Sobieskiego, który ojczyznę uratował. Już ani wątpiono teraz iż Kamieniec odzyskany zostanie.

Mnie, gdym się zjawił z listami od żony, Hetman tylko że nie uścisnął i nie całował, pytaniom nie było końca. Jak jejmość wyglądała, czy zdrowa była, czym Fanfanika widział i jak się hodował.

Nie dość było listów - zaledwie mnie od siebie odpuścił, już biegł Morawiec nazad wołając, - dla tych informacij. Najmniejszej rzeczy nie zapomniał, która się ukochanej Marysieńki tyczyła. Musiałem więc opowiadać, kto bywał, czy z domu Hetmanowa wyjeżdżała i do kogo, czy się na służbę i wygody nie uskarżała, nawet czy piece stare w domu Daniłowiczów, dobrze izby ogrzewały.

Zwycięztwo odniesione i listy otrzymane, mimo ostrej pory roku, Sobieskiego można było powiedzieć, odmłodziły, choć się to na nogi, to na krzyże uskarżał.

Na Paca tylko i Paców wogóle pioruny ciskano, bo nie dosyć iż o mało Chocimskiego zwycięztwa swoim uporem nie wyrwał z rąk Sobieskiemu, ale wszystkie jego skutki, paraliżował odciągając - bez pytania samowolnie.

Dla mnie wszystko com tu w obozie i Chocimiu zastał, nowem było i ciekawem. Co tylko wojna z sobą przynosi tegom się napatrzył - i pijanych tryumfem a szczęśliwych i pokaleczonych okrutnie a bolejących, i pozabijanych w kwiecie wieku...

Łupu tureckiego też mogłem nakupić za bezcen, co wlazło, bo proste ciury najkosztowniejsze rzeczy w pół darmo dawali, napraszając się. W zdobytym zameczku, do którego się kupców siła schroniło, kupi różnej nabrano i rozerwano bardzo wiele; na żydach, ormianach i grekach.

Hetman właśnie był powrócił do obozu z wycieczki, którą przedsiębrał naprzeciw ciągnącemu Hussejnowi w pomoc Kapłanowi Baszy który zawczasu się o chocimskiej klęsce dowiedziawszy uszedł.

W czasie oddalenia się Sobieskiego, Pac z Litwinami odszedł, a tu ze Lwowa jeden poseł naprzód zaraz po mnie nadbiegł iż król bez nadziei życia, dogorywa, a drugi że zmarł.

Muszę tę sprawiedliwość oddać Hetmanowi iż, choć do króla Michała srogi żal miał za wyroki Gołąbskie, - przecież śmierć jego do serca wziął, i nad losem się litował.

Tu już dalej przeciwko turkom, po wyjściu Paca, po odkomenderowaniu Sieniawskiego Chorążego koronnego w pomoc Mołdawanom, nie było co poczynać. Trzeba było myśleć o zimowych kwaterach dla wojska na granicy, bo wiosna z sobą wojnę przynieść musiała.

Hetman też, który wobec turka tak dzielnym był co umiał wojsko nieustannie się burzące i skłonne do związków utrzymać w ryzie, którego myśmy wszyscy i bali się i kochali, tak był stęskniony za jejmością, i niecierpliwy pośpieszenia pod słodkie jej jarzmo, że na łeb na szyję wszystkiem rozporządzał - zastępców dobierał, szukał ktoby go wyręczył, aby co prędzej do najukochańszej Marysieńki się dostać.

Jak tylko wojsko się rozłożyło, - Hetman już po konwokacji puścił się w podróż dla spotkania z żoną, pilno mu tak było, iż prosił ją aby naprzeciw do Lwowa wyjechała, - bo go ani elekcja, ani publiczne sprawy nie obchodziły w części nawet tak gorąco jak połączenie się z żoną, za którą gdyby młokos tęsknił, rozpadał się, o niczem nie myślał tylko o niej.

Miałem tedy przed oczyma obraz passyi jakiej dotąd nie tylkom nie widział, alem się nie domyślał aby człowiek mógł być nią do tego stopnia opętanym. Chociaż połowy objawów tej namiętności widzieć nie mogłem - była ona tak w oczy bijącą, że ślepy by chyba poddaństwa pana Hetmana nie dojrzał.

Jejmość czyniła z nim co chciała.

Rozumem, nauką, charakterem wszystkiemi przymiotami stokroć ją przewyższał, tymczasem ona królowała, rozkazywała, a on stawał się przy niej najniższym sługą i ślepym rozkazów wykonawcą.

Płaciła mu za to, żal się Boże, prawie ciągle kwaśną minką, wymówkami, złym humorem, bo jej nigdy nie było dosyć na niczem. Hetman bez ograniczenia we wszystkiem jej słuchał, - tylko gdy o wojsko szło i obowiązki względem rzeczypospolitej - wymykał się i głuchym czynił.

Na konwokację, jakem pisał, Hetman stawić się nie mógł, bo wojsku hiberny obmyślać musiał, rozkładać je na granicach i na oku trzymać. Dopiero na sejm elekcyjny podążyliśmy wielkim dworem ale wojska z sobą nie prowadząc tak gromadnie jak drudzy, także ostatniego kwietnia ostatni też był nocleg przed Warszawą.

Jaka była miłość wielka i nadzieje w Hetmanie pokładane przekonać się mieliśmy zręczność po całej drodze niemal, bo go ciągle spotykano, wyjeżdżano naprzeciw, a orszak się nasz co godzina powiększał. Na ostatku, nie licząc pomniejszych mieliśmy z sobą Aleksandra Lubomirskiego wojewodę Kochańskiego, i Stanisława Jabłonowskiego wojewodę ruskiego, obu przyjaciół wiernych...

Zwyciężcę Chocimskiego wszyscy witali jako wybawcę i przyszłego rzeczypospolitej oswobodziciela, Senatorów mnóstwo, szlachty całe gromady stały przypatrując się uroczystemu wjazdowi Hetmana, który też wystąpił bardzo pańsko...

Wojska nie było wiele, trochę pancernych i regiment dragonów, ale więźniowie tureccy, janczarowie z muzyką swą osobliwą, potem sam pan z łukiem na ramieniu, z tarczą złotą - piękny choć malować - tylko mu na skroń laur włożyć - oczy rwali.

Zajechaliśmy do pałacu Kazimirowskiego, który dla Hetmana był wyznaczony i gdzie ona też mogła się wygodnie pomieścić.

Pan Bóg to wiedzieć raczy, azali naówczas w początku Sejmu, postało w czyjej myśli aby Hetmana królem wybrać. Jeżeli kto się z tem już nosił ukrywając, to chyba jedna Hetmanowa, a ta jeśli się komu zwierzyła, tylko Jabłonowskiemu, z którym się często na osobności po cichu naradzała, przed mężem tając z temi konszachtami.

W Warszawie zastaliśmy wszystkich rozgorączkowanych, Paców zabiegających i intrygujących z królową wdową... z prymasem... jednych z Kondeuszem, drugich za Neuburgskim, innych za Lotaryngskim, który miał Eleonorę zaślubić, chociaż ta gotową była i za francuza wybranego wyswatać się byle się przy koronie utrzymać.

Zgiełk, ruch, wrzawa, a Litwa z koroną, możne dwory między sobą w ciągłych waśniach bij, zabij. Nie było dnia żeby trupów kilkudziesięciu po ulicach i na drogach nie zwleczono.

Hetman jak był ustrojony paradnie, musiał w prost nie na swą kwaterę jechać, ale naprzód do dworu księcia Michała Radziwiłła Hetmana polnego, który na przyjęcie jego się wspaniale przygotował i ugościł. Sławiono w nim zwycięzcę, ale najmniejszego nie było znaku aby go na tron wynieść zamyślano.. Gdzie się człowiek posunął tylko o Neuburgu, Kondeuszu i Lotaryngskim słychać było.

Ja naówczas, jako młodzik, więcej się tą nielitościwą a płochą Felisią zajmowałem niż polityką i elekcją, ale o uszy mi się ciągle coś obijało, bo drudzy o niczem nie mówili tylko o niej, więc w ostatku i we mnie się ciekawość rozbudziła.

To dobrze pamiętam, że w pierwszych dniach po przybyciu naszem do Warszawy, chociaż Hetmana z weneracją wielką przyjmowano wszędzie, i on tu obok Prymasa najpierwszym był - wszelako nikomu na myśl nie przychodziło, drugi raz Piasta wybierać, gdy się na jednym sparzono. Wiedziano też i znano że Sobieski francuza popierać przyrzekł.

Jednakże coś musieli Pacowie przewąchać, albo się obawiali niespodzianki bo puszczono szmermel, aby naprzód Piasta exkludować; choć się żaden kandydat nie stawił. Byłoby może do tego przyszło, ale co godzina nowy niepokój nowe myśli sprowadzał.

Nigdy podobno tylu kandydatów do tej nieszczęśliwej korony Polskiej się nie zgłaszało, co teraz, gdy ona zewsząd zagrożoną była...

Nie notowałem sobie podówczas, ale się dla żartu nauczyłem na pamięć litanij którą jakiś żartowniś, jowjalista ułożył z imion kandydatów.. Zabawiano się nią na Woli... powtarzając i przepisując, chociaż większej części książąt tych nikt nie znał i ledwie kto popierał.. Dwóch tylko znaczniejszą liczbę popleczników miało.

Snadź już tę koronę za tak łatwą do zagarnięcia poczytywano, że po nią było tylko rękę wyciągnąć.

Stali w owej Litanij, o ile ja sobie przypomnieć mogę, Tomasz Sabaudzki książe, którego tu żywy człek nie znał, drugim książę Modeny, a o tym wiedziano tyle iż dobry katolik był, Jerzy królewicz duński już przez to podejrzany że luter; tak samo jak syn Elektora brandeburgskiego. O tych obu ani Nuncjusz ani duchowieństwo słuchać nie chciało, a panowie dysydenci tej siły nie mieli ażeby ich sami wybrali, - za temi szli francuzki Verdome, idem Kondeusz, hrabia Swessjonu, jakiś książe bawarski, Jakób książę Yorku brat króla angielskiego, Don Juan austryjacki syn Filipa III, z nieprawego łoża (co szlachtę w passją wprawiało, bo u nas do cechu bękartów nie przyjmują), na ostatku jeszcze byli: syn Cara Moskiewskiego Aleksego, książe Siedmiogrodzki, no i ów Neuburg i Lotaryngski, Papież zaś miał ochotę forytować księcia Alfieri, tylko mu Nuncjusz odradził.

Było więc w czem wybierać, do Piasta się niepotrzebując uciekać.

Ta mnogość kandydatów, właśnie naówczas gdy pośpiech i zgoda były najpotrzebniejsze, jednych do rozpaczy przyprowadzały, w drugich pusty śmiech budziły, bo połowy ich nikt poważnie za pretendentów przyjąć nie mógł i na żart niemal wyglądało iż ich imiona na wierzch wypływały właśnie gdy termin elekcji wyznaczony był krótki, czasu na rozpusty wcale nie mało zostawało, turek zagrażał, a o obronie myśleć było potrzeba ante omnia.

Przyszło do tego iż panowie Senatorowie duchowni, zestraszeni tą ewentualnością iż elekcja zwlec się może, nakazali na tę intencję czterdziestogodzinne nabożeństwo, z wystawieniem przenajświętszego Sakramentu po wszystkich kościołach, aby pan Bóg umysły do zgody i jedności nakłonić raczył.

Nam się wszystkim naówczas zdawało, jakoby Neuburgski lub Lotaryngski niezawodnie otrzymać musiał, a u nas tylko o pierwszym z nich lub Kondeuszu mówiono, oczekując co poseł francuzki z sobą przyniesie który z przyjazdem się opóźnił; na co pani Hetmanowa szczególniej się żaliła.

Być bardzo może, o ile ja sobie po latach tylu przypomnieć umiem i kombinuję dziś, post testum, że Hetmanowa potajemnie, ewentualnie elekcję mężowską na myśli miała, nikomu się tego, oprócz wojewody ruskiego nie zwierzając. - Było to jednak tak przysłonięte, zakryte iż się tego nikt nie domyślał.. Rachowano na to iż w ostatniej godzinie i gdy głosy rozbite zostaną, a Elekcja pilną będzie - wszyscy zgodzą się na zwycięzcę turków.

Składało się po myśli. Przybył od Wołochów poseł w imieniu turka ofiarujący pokój i zwolnienie z haraczu, byleby go w posiadaniu Kamieńca spokojnem zostawiono. Ale po Chocimskim pogromie, nikt słuchać nie chciał takich ofert.

Zaraz potem znać dano od granicy że Kaplan Basźa ciągnie pod Chocim, że na Jassy turcy napaść zamierzają, Soczawę chcą zdobyć, że Tatarowie już na Pokuciu plondrują - że Sułtan się z tem odzywa iż polacy bez jego zezwolenia króla wybierać nie mogą... wszystko to tak umysły podburzało, iż na gwałt chciano Elekcję przyśpieszyć aby rzeczpospolita dłużej bez głowy nie pozostała.

Ale nim by do wyboru przystąpiono, szlachta była tak nerwowa, tak różnie myśląca, a panowie tak zazdrośni o siebie i swe stanowiska i zgoda zdawała niepodobieństwem.

Pacowie tymczasem, jakby przeczuciem jakiem, wraz z adherentami swemi w Litwie i koronie, poczęli, jakom mówił, naglić aby naprzód Piasta wyłączyć.

Mówiło to za niemi, iż z Michałem wszystkie klęski na Polskę spadły powtarzano więc - non bis in idem.

Byłoby do exkluzij przyszło może, ale się wielkopolanie rozmyślili, lub im kto podszepnął żeby się z tem nie spieszyć - i zażądano od nich aby wprzódy wszystkich kandydatów pod pręgierz postawić i przedyskutować ich zalety i defekta...

Tak tymczasem Piastowi została otwarta brama, chociaż żaden się nie ukazał, co by nią ochotnie miał wjechać, a dawni kandydaci, Kondeusz, Neuburg, Lotaryngski byli we wszystkich ustach i - kieszeniach - Pacowie Sobieskiego nienawidząc, ponieważ on francuz był - jak naówczas się wyrażano, do obozu Cesarskiego się zaciągnęli.

Z wymienionych w litanji kandydatów, duńskiego i brandeburgskiego, przeciwko którym Nuncjusz w imieniu Papieża się oświadczył, nie przypuszczono nawet do zalecenia się.

Jeszcze to teraz powtórzę, iż ja com przy dworze Hetmana był, patrzył, słuchał, a choć młody, ciekawie chwytał wszystko, nie dostrzegłem ani najmniejszej oznaki ażeby Sobieski myślał o koronie dla siebie.

Do ostatniego momentu nic nie transpirowało.

Po za szopą co się działo - trudno to opisać i dosyć że bójki i strzelania codzienne, nawet po ulicach. Na Woli zaś posłów cudzoziemskich, poznawszy od Nuncjusza i Cesarskiego słuchano, potem pomniejszych Francuzki się spóźniał i nie było go, na co u nas narzekano; tak że dopiero piętnastego Maja nadążył, gdy już nie wiele mógł zrobić, bo termin Elekcji był za pasem.

Przypisywano mu później że on Hetmanowi dopomógł do korony, ale na to czasu nie miał, a mnie się zdaje i instrukcji. Gdy się elekcja dokonała, wolał pewnie Sobieskiego niż kandydata cesarskiego lub innego, któregoby musiał zyskiwać, - a ten duszą i ciałem francuz był. I po przybyciu swem, pierwszego niemal biskup Forbin odwiedził Hetmana i żonę jego.

Mówiłem już co się na mieście działo... gdzie władza marszałkowska nie była zdolną porządku utrzymać i często przez szpary patrzeć musiała, na bijatyki i kłótnie. Jedną z najznaczniejszych była pomiędzy czeladzią i dworem księcia Konstantego Wiśniowieckiego, brata Dymitra, którego ludzie zajęli kwatery, wprzódy pono przez litwinów zamówione.

Litwa bojownicza na miejsce przybywszy i dwory zastając zajęte, jęła się siłą i gwałtem Wiśniowieckich rugować, ci też za broń chwycili, i czoło im stawili, a bój się i walka wszczęła tak zajadła i krwawa, że zabitych z obu stron kilkunastu liczono, a rannych dwakroć tyle...

Rozerwano ich potem i zmuszono do uspokojenia - ale sprawa, inkwizycje i godzenie trwało dni kilka, które marnie strawiono dla tej waśni.

Przez cały ten czas my z poczciwym Szaniawskim razem przy osobie Hetmana zostawaliśmy. Widywaliśmy go w domu i w polu, między Senatorami i pośród przyjaciół, a nikomu z nas w myśli nie postało przyszłego króla w nim przeczuwać, tak spokojnym był, pogodnego oblicza, wesołym nawet... czy że dysymulować umiał doskonale albo w istocie nie myślał o koronie.

Przy stole, z gośćmi jeśli mówił to o Turkach, Chocimie, Soczawie, Kamieńcu i pilnej potrzebie ciągnięcia na nieprzyjaciela, dopóki by się go większe kupy nie zgromadziły i pozycij, nie zajęły mocniejszych.

Honory mu czyniono wielkie - ale te Hetmanowi należały, a jako zwycięzca, który traktaty Buczackie poszarpał, zasługiwał na nie.

Od niego też jednego odzyskania Kamieńca, odparcia Turków się spodziewano...

Wszyscy go jako tryumfatora na ręku nosili, co w Pacach tem większy gniew i zazdrość obudzało, bo było zarazem wymówką przeciw nim, którzy poniewoli tylko bili się pod Chocimem, a zaraz potem precz do domów pociągnęli, i niedali ze zwycięztwa korzystać. Sobieski im to głośno wyrzucał, a nie mieli się czem tłumaczyć.

Zazdrość była jawna, prywata brzydka. Jabłonowski, Lubomirski, wojsko całe wynosiło Hetmana, gdy ich nawet obronić nie było komu. Ztąd złość niewypowiedziana...

Na placu elekcyjnym unikano się wzajemnie, Pacowie świeccy i duchowni, dwu biskupów, kanclerz, hetman chodzili osobną gromadą. Patrzano na siebie z ukosa...

Na Litwie dosyć silni Pacowie przecież mieli i tam przeciwko sobie Sapiehów, z któremi Hetman stał dobrze i Radziwiłłów, - z któremi był spokrewniony przez siostrę. Siły więc nierówne były, lecz na warcholenie i zawichrzenie Paców stało.

Królowej wdowie Hetman należne uszanowanie okazywał, ale ona wiedziała dobrze iż go sobie pozyskać nie może, a samą Hetmanową nienawidziła... Trudno też było dla królowej wielki szacunek mieć, przypominając jak z królem nieboszczykiem żyła, jak teraz intrygowała, gotowa się sprzedać za koronę choć serce Lotaryngskiemu oddała.

Biskup marsylski Forbin, który tak bardzo się opóźnił z przybyciem, natychmiast wszedł z Hetmanem w stosunki ścisłe - ale żeby go miał popierać, lub z myślą tą jechać - nie może być. - Wiele zaś pomódz nie mógł, bo sam tu miru nie miał. Znajomych nawet ludzi, ani stosunków, a polecony był z Paryża, Hetmanowej i Sobieskiemu.

Wszyscy o pośpiech wołali i nie było dnia, żeby goniec nie nadbiegł od kresów naglący o obronę - Periculum in mora, wołano jednym głosem, a tu Neuburg i Lotaryngski tak stali, że gdyby na nich głosowano, na dwie prawie równe części podzieliłyby się wota, i zgoda nie możliwą była, bo żaden nie myślał ustąpić.

W ostatku szukając takiego na którego by się wszyscy zgodzić mogli, stawiono ks. Modeny, jako dobrego katolika, ale tego nikt nie znał i nic go zresztą nie zalecało. - Zaledwie o nim mówić poczęto, gdy ponownie wiadomość przyniesiono, że Tatarzy na Pokuciu plądrują.

Hetman a razem Marszałek, w ciągu ostatnich dni gdy już termin naznaczony dla Elekcyi upływał, niezmiernie był czynny ze swego urzędu marszałkowskiego, a gdy pod szopą do zbytku się zawieruszyło, stukając laską o ziemię dwa razy ją połamał...

My z Szaniawskim, gdy wchodził umieliśmy się wcisnąć pod szopę, i staliśmy słuchając u drzwi. Tak się nam też dostało jego przemówienie, to jest votum usłyszeć...

Z początku dosyć nieśmiało i cicho odezwał się z tem że Polsce potrzeba nie takiego wodza i króla, któryby się dopiero uczyć musiał, ale doświadczonego i dojrzałego; potem coraz głośniej i wymowniej za królem - żołnierzem przemawiając, - wotował za Kondeuszem...

Krótkie to przemówienie ogromne uczyniło wrażenie. Pomięszali się wszyscy, rozbity obóz francuzki na nowo się około tego imienia zjednoczył, - tylko Pacowie, nie chcieli go dopuścić.

Ze wszystkich stron ich adherenci nosić się z tem poczęli że Kondeusz znanym bezbożnikiem był, z kalwinem Radziwiłłem poufale przestawał, w piątki z mięsem jadał, z obrzędów religijnych się naśmiewał - a Ludwik król dla tego forytował go do Polski, aby się pozbyć z Francji.

Pomiędzy tymi co Kondeusza chcieli a Pacami i rakuskiemi stronnikami, w tych dniach do takiego rozdrażnienia przyszło iż można się było krwi przelewu obawiać.

My, jak w tęczę patrzyliśmy na naszego pana, ale ten tak był spokojnym a na oko chłodnym, jakby się niczego nie obawiał, gdy z przeciwnej strony po Pacach poznać było można iż w nich wrzało i kipiało.

Królowa wdowa, której zastępca Prymasa pomagał - trzymała dotąd za Lotaryngskim, który niemiał żadnej nadziei aby go wybrano... Pacowie szli z nią. Powiadano że do niej wysyłano poselstwo, ale to z niczem powróciło... Hetman i kanclerz litewski spodziewali się jeszcze Lotaryngskiego przeprowadzić, w najgorszym razie Neuburga - o Kondeuszu zaś ani słuchać nie chcieli.

Dano znać naszemu panu w porę że Pacowie ze swym kandydatem do koła pojechali... gdy po ogrodzie Kazimirowskiego pałacu z francuzkim posłem się przechadzał. Słyszałem jak się odezwał do biskupa.

- Bądźcie spokojni, ja też jadę do Koła, rakuszanina nie dopuścimy nigdy.

Siadł zaraz na koń i popędziliśmy na Wolę.

Nigdym miasta jeszcze nie widział w takim popłochu jak dnia tego, sklepy zamykano, w niektórych domach też wrota stały zaparte, żydzi się wynosili - kupy zbrojne zewsząd zdążały na Wolę, zdawało się że przyjdzie do starcia i krwi rozlewu.

Gdyśmy z Hetmanem i niewielką garścią przybyli pod Szopę, ruch między Litwą wszczął się taki, jak gdyby na raz i na naszych rzucić się chciała. Ale biskup Tzebicki zaintonował Veni Creator - i wszyscy musieli mu wtórować, a przez ten czas i poostygali nieco, rozważywszy co z rozruchu wyrosnąć może.

Natychmiast potem Województwa się rozdzielać poczęły i stawać pod chorągwiami, a Hetman przy ruskim się umieścił... obok przyjaciela swego Jabłonowskiego. - To była godzina rozstrzygająca i myślę że na nią Wojewoda liczył...

Podniósł tedy głos bardzo śmiało i wymownie, a nadewszystko gorąco, tak że i słuchającym serca się rozgrzały...

O Neuburgu mowy być nie może - mówił, Lotaryngski rakuskim jest kandydatem, niechcemy go... ja głosuję przeciw... - Przeciwko mianowaniu Kondeusza nie miałbym nic do nadmienienia, ale Kondeusz starym jest i zmęczonym, a nam potrzeba dzielnego i w sile wieku wodza... Kondeusz nie zna ani kraju, ani wojen naszych. - I po cóż bohatera tego szukać mamy za granicami naszemi, a do cudzych uciekać się Bogów, gdy w swojem gnieździe mamy jedynego człowieka, wodza który już dowody dał męztwa, rozumu i dzielności.

Przerwano mu wołaniem - Piast! Piast!...

Jabłonowski coraz gorącej ciągnął dalej zalecając już Sobieskiego... i przypominając zwycięzkie jego bitwy, Słobodyszcze, Pohayce, Chocim...

Ledwie mu dokończyć dano, tak wszyscy jednogłośnie wołać zaczęli...

- Vivat Piast, Vivat Joannes!

Patrzyłem się na niego, gdy się to działo - pobladł nieco, ale wnet odzyskał spokój i panowanie nad sobą. Prosił o głos... i odezwał się za Kondeuszem... dla aljansów i opieki mocarstw obcych - których Piast za sobą mieć nie mógł.

Ale przerwał mu kasztelan lwowski poważny mąż, i krótkie przemówienie zakończył.

- Palec w tem Boży widzę, wotuje za Sobieskim.

Za nim już jednych chórem zgodnym wołać poczęto okrzykując go, Aleksander Lubomirski w Krakowskiem, Czarnecki z Podlasiem, dalej województwa już wszystkie, a nawet wielka część Litwy Sapieżyńskiej i Radziwiłłowskiej - tylko Pacowie pociągnąwszy z sobą dwu Wiśniowieckich - krzyczeli za Lotaryngskim i królową Eleonorą, ale ani ich słychać było, ani słuchać chciano... - Znalazłszy się w bardzo szczupłej kupce, bo jeszcze im odpadło dużo w samym ostatku... utonęli prawie z uporem swoim nadaremnym.

Wszystkie te mowy, krzyki, radosne nawoływania się - spory, zabrały czasu do wieczora... Mrok padał już gdy Jabłonowski z Lubomirskim na biskupa Krakowskiego nalegać poczęli, aby okrzyknął króla, którego jednogłośnie obrano...

Tymczasem Sobieski obejrzawszy się postrzegł że Pacowie wszyscy z Wiśniowieckimi i wierną sobie Litwą z placu zjechali, nie bez celu...

Zabrał zaraz głos, i oświadczył że z urzędu swego marszałkowskiego, obowiązanym będąc do strzeżenia aby się prawu zadość działo, na ono ogłoszenie zgodzić się nie może, dopóki Litwa i ci co opór stawili, nie zostaną pozyskani... - Gdyby innej opozycij nie było, dokończył podnosząc głos - ja veto moje stawiam i niedopuszczę...

Za czem, gdy już mrok padał co raz gęstszy, wszyscy się z pola rozjeżdżać zaczęli, ale Hetmanowi towarzyszył orszak ogromny z okrzykami, a wszyscy go, mimo wzdrygania się jego, królem już zwali.

W kazimierzowskim pałacu, Hetmanowa już przez biskupa marsylskiego uwiadomiona o wszystkiem i pierwszy raz... Najjaśniejszą panią utytułowana, dowiedziawszy się że mąż nie dopuścił okrzyknięcia i z powodu Paców wszystko zwlókł, narażając elekcję swą na nieprzewidziane zmiany, - przyjęła go gniewem i wyrzutami.

Nie pochwalę się abym tam był, na to patrzył i słuchał, ale wiem z najlepszego źródła że między małżeństwem wszczął się spór żwawy i niemal kłótnia. Wpadła Hetmanowa z gwałtownością wielką na niego, wyrzucając mu że siebie, ją i przyszłość dzieci, jakiejś fantazij poświęcał... Słuchał dosyć zimny, z początku mężnie się opierając.

Powtarzały panny, które u drzwi słuchały, całą tę między małżeństwem rozprawę, w której i łez i gniewu i pogróżek zażywała Hetmanowa, a ci co znali ją i jego wiedzieli dobrze na czém się to skończyć musi, i że Sobieski w ostatku znużony, przeciwko przekonaniu ulegnie...

Tym czasem jednak zakończyło się pono tem iż Hetman powiedzieć miał do żony.

- Nie chcę aby mnie Pacowie tak na tortury brali, jak Praźmowski i my wszyscy męczyliśmy tego nieszczęśliwego Michała... - Pomsty Bożej się lękam, Paców znam, niechcę ich mieć przeciw sobie, życie nam zatrują. - Wyboru ani korony nie przyjmę, jeżeli się oni nie zgodzą...

Przez caluteńką noc, ani Hetman, ani żona szczególniej nie udała się na spoczynek, nawet chwilowy...

Przybiegali posłańcy z doniesieniami, wyprawiano listy, wszyscy byli na nogach, tak samo u nas jak na zamku, w klasztorze OO. Jezuitów, u Bernardynów i t. p. Pacowie na Pragę się cofnąwszy, tam obozem rozkładali, a słychać było że z wieczora jeszcze przeciwko Elekcij protest do Akt w imieniu Litwy zapisali...

Mnie dopiero później na to wszystko otworzyły się oczy - bo naówczas patrząc co się działo, wiedziałem tylko iż się panowie rozgorączkowywali, gniewali, występowali, - alem sprężyn tych machinacij nie dopatrzył. W istocie zaś wojna to była, pomiędzy Kanclerzyną Pacową, z królem francuzkim spokrewnioną, dumną i ambitną jak Hetmanowa, a nią, która po Maryi Ludwice energję jeśli nie rozum i przebiegłość odziedziczyła.

Dodawszy do tego królowę Eleonorę, która Prymasem i obozem rakuskim władała i nim się posługiwała, - choć mężczyzni walczyli z sobą, - wojna była kobieca...

Jam też tej nocy dla mnie pamiętnej, nie wyszedł bez szwanku...

Posłano mnie do pana Wojewody Krakowskiego z kartką, od którego powracając, wstąpiłem do winiarni francuzkiej, w której świeciło się, bom i głodny był i spragniony.

Tu ledwie się do kubka docisnąć było można, taki tłok i gąszcz ciasne izdebki napełniała.

Jeszczem po winie gęby nie otarł, słyszę za sobą, na stole stojącego oratora, który wrzeszczy w niebogłosy...

- Co wy mi Hetmana Sobieskiego zalecacie? Sławicie jego zwycięztwa, albo to światu nie wiadomo zkąd jego moc i bogactwa pochodzą? Od wszystkich brał, gdzie tylko urwać było można... Płacili mu Turcy, płacił Neuburg, sypał Kondeusz... albo to nie cudowna rzecz, że gdy mu kto zawadzał, to go nagle choroba sprzątała... Zapytajcie z czego zmarł król Michał i kto mu upiekł tę cyrankę, która go zadławiła? kto sprzątnął Prymasa, gdy niewygodnym stać się mógł...

Mnie słuchając krew buchnęła do głowy... i drżącą ręką szabli dobywszy, z krzykiem się rzuciłem na stojącego a perorującego ze stołu szlachcica, któregom na ziemię ściągnął...

W izbie ciasnota była wielka, ludzisków różnych kupa, jedni za mną, drudzy za obalonym stawać poczęli... Ja już spełna nie wiedziałem ani co czynię, ani na co się ważę i ledwie się podniósł z ziemi orator, z szablą na niego wpadłem.

- Bij się, szelmo!!

Zaczęto nas rozrywać nadaremnie, bo mną taka złość miotała, taka jakaś siła wstąpiła we mnie, żem się i dziesięciu nie dał, a Litwina Suszkę, który tak przeciw Hetmanowi bluźnił, po łbie raz i drugi ciąwszy, - byłbym dobił, gdyby mnie gwałtem nie oderwano od niego...

Nie czułem tego nawet że sam też cięty w ramię ranny byłem i nie opamiętałem się aż w ulicy, bo mnie poznawszy niektórzy uprowadzili poniewoli właśnie gdy się litwa mścić za Suszkę zabierała...

Tum się dopiero obejrzał że mi ciepło w rękawie, ale że ręką władać mogłem - nicem sobie z tego nie czynił, i ledwie chustką zawiązawszy, pospieszyłem do kazimierowskiego pałacu...

Alem już do Hetmana samego z odpowiedzią pana Wojewody nie mógł dostąpić, bo przy świetle się okazało żem cały był krwią własną i ranionego umazany, a we łbie mi się też kręciło i padłem na łóżko jak martwy.

Dopiero nierychło, gdy Hetmana Felczer żyd nadszedł zawołany i ranę opatrzył a mnie orzeźwił, do zmysłów przyszedłem...

Tłumaczyć się z tego co się stało niepotrzebowałem, bo Michałowski, dworzanin też Sobieskiego świadkiem był w winiarni całego zajścia i powodu jaki miałem, ujmując się za cześć pana.

A choć tej nocy zasnąć prawie czasu nie miał, przyszedł Hetman sam do mnie.

- Bóg zapłać, Polanowski, rzekł pochyliwszy się nademną - ale powinieneś wiedzieć że psie głosy nie idą pod niebiosy, a w takiej kupie ludzi nie porywać się jednemu z szablą... Łaska Boża że cię nie rozsiekali.

Na co ja mdłym głosem odparłem.

- Człowiek niepoczciwej potwarzy słuchając pomiarkowania niema...

A Hetman uśmiechając się, bo już mu spieszno było - odparł tylko.

- Janasz powiada że was rychło wykuruje, tym czasem leżeć spokojnie...

Rad nie rad w tej godzinie, gdy mi najgoręcej się chciało, patrzeć i słuchać zamknięty w dusznej izbie, przykuty do łóżka męczyć się musiałem i polewką mnie karmiono, a wściekły głód męczył...

Szaniawski mi wiadomości wszelkie do poduszki przynosił...

- Nie stało by nas wszystkich ilu jest przy Hetmanie, - powiedział - gdybyśmy za francuzką się ujmować chcieli... On jak on, ale ona się ma z pyszna, aż uszy więdną. Odgrażają się że choćby królem obrany został, co pewno nastąpić musi - jej koronować nie dopuszczą...

Ale o tem ja i wszyscy wiedzieli zdawna, że krom rozkochanego w sobie małżonka, Wojewody ruskiego, którego sobie starała się pozyskać, kilku osób do rodziny należących, miłości nie miała u nikogo, ani się też ją pozyskać starała.

Zrażała dumą, mało powiedzieć królewską - bo się za bóstwo jakieś miała, a czci dla siebie wymagała nadzwyczajnej. Rzadko ją widzieć było można z wypogodzonem obliczem, rzadziej jeszcze od niej dobre słowo posłyszeć. Jak się czasem z mężem obchodziła, któremu wszystko była winna, choć się jej zdawało, że on jej wszystko zawdzięczał o tem tylko my domownicy wiedzieliśmy.

Hetman to wszystko z niewymowną łagodnością i słodyczą znosił.

My, obcy nie obdarzeni taką świętą cierpliwością jak on i nie wdrożeni do ulegania, nieraz patrząc i słuchając zaciskaliśmy pięście mrucząc - Aj dałbym ja ci dał!

Od Szaniawskiego tedy wiedziałem jak Hetmanowa, nie zważając na to co mąż mówił i zamierzał niesłychanie była czynną z jednej strony, z drugiej Pacowa i królowa - i co na nie wszystkie wygadywano, szczególnie na piękną Hetmanowę, której faworom dla wojewody ruskiego przypisywano że on za Sobieskim głos podniósł.

Oprócz niego Aleksander Lubomirski i książe Michał Radziwiłł i wielu innych elekcją Sobieskiego gorąco popierali pomiędzy senatorami, bo u szlachty i tak miał mir wielki, jako dzielny żołnierz i dowódzca.

Pani Hetmanowa zaś obietnice przyszłych łask w rozdawnictwie wakansów nie szczędziła i oprócz tego samej rzeczypospolitej chciała od męża więcej pono przyrzekać, niż to na co fortuna jego starczyć mogła.

Gdyby nie Szaniawski, który o mnie pamiętał, następnego dnia bym był mógł z głodu zdechnąć i wszyscy by o mnie zapomnieli takie było w pałacu zamięszanie, latanina, niepokój, - przybywanie ciągłe gości rozsyłanie na wszystkie strony taka jeszcze, pomimo wyboru, niepewność co z niego wyniknie.

Hetman król wszystko to z wielkim znosił spokojem, ale co się z nią działo i że przeżyła tę gorączkę - ludzie się wydziwić nie mogli, bo na przemiany to się radowała to desperowała, odgrażając że się z Polski wyniesie, że znać jej niechce, jeżeli dozna sromoty... - Do biskupa Krakowskiego, do wojewody ruskiego, biegały a biegały posły.

Pacowie tym czasem na Pradze osobnym obozem stojąc obliczali się ze swojemi siłami, ale te okazały się za szczupłe aby mogli wydać wojnę. Wdał się w pośrednictwo marszałek Połubiński, jeden z Ogińskich. Pozyskano biskupa Wileńskiego, - i w końcu mięknąć poczęli, choć Kanclerzyna upokorzona - rozpaczała..

Już tego dnia by był biskup rad nie rad, mimo nalegań i prośb królowej wdowy ogłosił Jana królem, ale Sobieski wbrew żonie, wbrew wszystkim oświadczył iż korony inaczej nie przyjmie tylko jednogłośnie i zgodnie ofiarowanej, - nemine contradicente, jak prawo chciało..

Nie powątpiewano już tej nocy że nazajutrz okrzyknięty zostanie królem i Szaniawski mi relację z tego zdał że w mieście i na Woli radość, ognie, strzelania i śpiewania, a pijatyka aż do rana bywały.

W pałacu znowu mało kto mógł zmrużyć oko, bo spokoju nie było ani w kuchni, ani w stajniach ani na pokojach. Hetman tylko nad ranem poszedł do łóżka, gdy sama ona listy dyktowała i rozsyłała.

Tu mi się godzi wspomnieć o moich nieszczęśliwych z panną Felisią stosunkach. Jużem ją znał, i każdego dnia lepiej, wiedziałem że płochą była a wedle wzoru pani swej i opiekunki postępowała we wszystkiem, ale na co człowiekowi rozum się zdał, gdy nim passja owładnie.

Wszyscyśmy z królewskiej powolności dla żony szydzili, a jam słowo w słowo takim był dla tej dziewczyny jak on dla swej Marysieńki. Robiła ze mną co chciała, z nieba mnie do piekieł strącając i z otchłani dzwigając jednem paluszka poruszeniem.

Nie wiele ją to kosztowało, tak słabym byłem dla niej.

Dopóki nic się jej lepszego nie stręczyło, bywałem i ja dla niej dobry, uśmiechała się, - podarki przyjmowała, rączki do pocałowania nie broniła - a no trafił się ktoś pokaźniejszy a spojrzał na nią i okazał jej że mu obojętną nie była, szedłem w kąt i znać mnie nie chciała.

Naówczas poprzysięgłem sobie iż nie spojrzę na nią nawet i zbliżałem się do Skorobohatej, która była dobrego serca dziewczęciem, szczerze mi sprzyjającem.

U Felisi nie trwało nic - po mnie raz wstąpił w łaskach niejaki Bartkowski herbu Świnka, którego my całą Świnią przezywaliśmy, bo otyły był i ciężki, ale za bogatego uchodził. Ojciec jego starostwo miał i za króla Michała dla syna prawo następstwa sobie wyrobił, jus comunicativum.

Zawsze więc już jam mu nie mógł sprostać.

Ten pono nie długo w jej sercu gościł, jeżeli tę gospodę sercem się zwać godziło.

Nastręczył się przy Jabłonowskim będący młody i ładny chłopak, wojskowo służący Kostecki - który oszalał niemal dla niej...

Na mnie więc ani patrzeć nie chciała, ale za razem francuz inżenjer świeżo z Francji przybyły zjawił się na naszym dworze i przylgnął do niej.

Kostecki się o tem dowiedziawszy że panna z nim po ogrodzie przy pałacu, który rozległy był i bardzo piękny, wieczorami sam na sam długie odbywa przechadzki - odstręczył się i porzucił. Francuza Hetman wyprawił do zameczków, które chciał mocniej opatrzeć, Bartkowskiego też gdzieś nie stało, - mogła przyjść znowu kolej na mnie.

A było to właśnie pod ten czas gdym leżał ranny.

Zdziwiłem się mocno z Ochmistrzynią starą widząc ją wchodzącą do mnie... Byłem sit venia verbo, tak głupi, żem to wziął za dobrą monetę, za dowód jej serca litościwego i na nowo rozgorzałem. Szaniawski nie chcąc mnie martwić, z tem o czem wiedział, zamilczeć wolał.

Panna usiadłszy na chwilę, - jako towarzyska Ochmistrzyni nie wiele mówiła, ale się uśmiechała i okazywała taką miłą dla mnie, iż mi mogę powiedzieć, sił i zdrowia dodała.

Chociaż i inne osoby do naszego dworu należące odwiedzały mnie też z kondolencjami, z powodu żem dla czci królewskiej cierpiał - bytność u mnie panny Felisi wziąłem za szczególny dowód jej łaski. - Znowu mi głowę zawróciła.

Rana moja nie była niebezpieczną, ale się goiła powoli i mnie trzymała między czterma ścianami właśnie podówczas kiedy było najwięcej do słuchania i widzenia.

Szczęściem że dobrzy przyjaciele Szaniawski i Morawiec, na przemiany przychodzili i przynosili co który posłyszał. Morawiec zaś, choć na to nie wyglądał, z cicha pęk - niezmiernie umiał zręcznie chwytać w powietrzu plotki i podglądać a podsłuchiwać.

Przez te dni przyszła królowa chodziła w gorączce, bo wdowa po Michale, która naprzód z Lotaryngskim chciała panować, potem gotową była francuza poślubić, naostatek teraz z pomocą Paców powzięła szaloną myśl, aby Sejm Sobieskiemu kazał się z żoną rozwieść, a ją poślubić.

Ukrywano to przed Hetmanową, ale przed nią żadna się intryga utaić nie mogła. Trzeba było widzieć jej wściekłość gdy się dowiedziała o tem!!

Próżno Hetman klęcząc z palcami złożonemi poprzysięgał jej, że prędzej się korony zrzecze, niż sobie warunek taki da narzucić, ona sama z siebie miarkując, nie uspokoiła się dopóki naostatek Pacta Conventa nie zostały spisane i poprzysiężone. Dopiero się uczuła panią - a że zemstę na wszystkich tych co przeciwko niej stawali - do póki żywota wywierać postanowiła... O tem i mówić nie potrzeba.

O każdym kroku królowej wdowy wiedziała Hetmanowa, bo za nią i do Bielan i do Częstochowy słała swoich - a nie odetchnęła aż Te Deum odśpiewano i Jana uroczyście królem okrzyknięto.

Od tej chwili poczęło się można powiedzieć panowanie jej nad Rzeczpospolitą całą z wyjątkiem nieprzyjaciół którzy jej przebaczyć nie mogli tego nadzwyczajnego szczęścia i których ona też nienawiścią ścigała do końca. Była zawczasu już dumną i wymagającą czci i hołdów - teraz wszelką miarę straciła i baczność. - A że jej kłaniano się, padano przed nią, że najwięksi panowie, książęta, duchowieństwo dla męża ją szanowało - a wedle naszego obyczaju uniżenie bardzo się zachowywało... musiało ją to upoić.

W życiu mojem to zawsze postrzegałem w narodzie naszym, że - jedno z dwojga, albo się uniżał i korzył, padając do stóp i całując nogi, - albo stawał się zuchwałym i grubjańskim. Środka między temi krańcami, mało kto się trzymał... Królów zaś u nas, nawet rokoszanie wenerowali.... jako pomazańców bożych...

Razem z panowaniem przyszła królowa musiała rozpocząć wojnę, nie, jak mąż z Tatarami i Kozakami, ale z Kanclerzyną i mnóztwem zazdrosnych a dumą jej obrażonych.

Wedle zwyczaju odwiecznego, powinien był odbyć się teraz pogrzeb nieboszczyka króla i obojga królestwa koronacja, ale tę musem było odłożyć, bo wojna się odkładać nie dała, a Sobieski może też myślał że się umysły uspokoją i przejednają - bo mu donoszono iż nieprzyjaciele koronacij królowej przeszkodzić się gotowali, a przynajmniej wywołać burzę i dumną kobietę upokorzyć.

Zaledwie Te Deum odśpiewano, gdy już przyszła królowa, wraz z posłem francuzkim i swojemi przyjaciółmi i przyjaciółkami tak czynnie się krzątać poczęła około rozdawnictwa urzędów, starostw i wszystkich tych jakiemi król rozporządzał - że sobie wrogów namnożyła bez liku.

Trzeba ją było widzieć pod ten czas, naprawdę swem szczęściem i potęgą upojoną, dwakroć dumniéjszą i kwaśniejszą niż kiedykolwiek była, mściwą - rozkazującą - despotyczną i nie szanującą nikogo. Jedni tylko posłowie obcych mocarstw, Nuncjusz szczególniéj i biskup marsylski byli wyjątkami - bo dla nich pewny respekt miała - obu ich potrzebując, co od innych - nie oszczędzała nikogo.

Można sobie wyobrazić ile nienawiści, sarkań, gniewów obudziła przeciwko sobie. Z kobiet nawet te z któremi dawniéj w przyjaznych była stosunkach, wszystkie zrażone się od niéj cofnęły i jawnie lub skrycie poprzechodziły do obozu nieprzyjacielskiego.

Król zaś, wyjąwszy gdy szło o wojsko i obronę granic, we wszystkich innych sprawach, ślepo jéj był posłuszny. Gdy się w czem oparł, dąsała się, zamykała, niewpuszczała go do siebie, nie dawała rączki dotknąć i w końcu wymogła co chciała.

W rozdawnictwie urzędów, - musiał Sobieski, choć ze wstrętem dopuścić aby zaprowadzony za Władysława i Kazimierza system, który Marja Ludwika do końca utrzymywała, - nie został zmieniony.

Wiadomem było że za wszystko sobie francuzka płacić kazała - a wychowanica jéj natychmiast przejęła ten obyczaj, o czem król choć wiedzieć niechciał, ulegał i milczał. Zwało się to porękawicznem, było niby podarkiem dobrowolnym - ale się targowano, jak na jarmarku, kto da więcéj i na zasługi nie zważano wcale, tylko na zapłatę.

Nigdy to nawet tajnem i tajonem nie było, w początkach ostróżniéj, potem śmieléj oferty się czyniły - a ten co zapłacił głośno mówił co królowéj dał.

Ztąd wszędzie, nawet po miejscach publicznych paskwilusze i urągowiska rosły, ktoby chciał za wszystkie się ujmować i rąbać, prędko by go nie stało.

Trąbiono o tém po mieście, ale że obyczaj ten wprzód nastał niż Hetmanowa królową - było się czem zasłonić - że tak zawsze się praktykowało.

Mnie ręka porąbana, choć rana się zdawała mało znacząca, nie dawała jeszcze w świat wyjść - nosiłem ją na opasce, - niechciała się goić, a władnąć nią nie mogłem.

Matka moja, która dla gospodarstwa i interesów oddalić się z domu nie mogła - pisała a pisała żądając abym dla kuracij i spoczynku na wieś do niej jechał - a mnie tu ta niepoczciwa Felicja przykutym trzymała, tylkom się wymawiał przed jejmością doktorami, o których tu łatwiéj było.

Tymczasem dwora naszego liczba urosła, ludzi przybyło i coraz poważniejszych, - więc i moja łaska u francuzki coraz zaczęła mniéj się okazywać. Powrócił naprzód ów inżynier, który nad Prutem i Dniestrem zameczki opatrywał, - i myślał że dawne swe prawa odzyszcze, ale tu znalazł przy pannie, oprócz mnie kaleki, com się nie liczył - drugiego francuza też ze dworu biskupa Marsylskiego, i jednego polaka na przyprzążce.

Ja póki z izby nie wychodziłem, i nie patrzałem na to, o czem mnie poczciwy Szaniawski niechciał informować oszczędzając umartwienia, o niczem nie wiedząc najlepsze miałem nadzieje, ale raz pierwszy siadłszy znowu u marszałkowskiego stołu - gdzieśmy razem jadali, przekonałem się iż abszyt dostałem, a o dziewczynie płochéj nie było co i myśleć.

W początku o małom się z téj aprehensyi nie rozchorował na dobre - alem na koniec przemógł się i postanowiłem na czas jakiś do matki zjechać, aby Felusię z oczów stracić.

Zameldowałem się więc z rana, gdy się oddziewał król, który o mnie dobrze pamiętał, zobaczywszy mnie zawołał rękę postrzegając na chuście.

- A cóż to waść jeszcze nie wydobrzał! nie mówiono mi o tém nic - przecież staranie o tobie mieli?

Pokłoniłem się dziękując i prosząc o dozwolenie pojechania do matki.

- Jedź rzekł Sobieski, ale młodemu się na wieś zakopywać nie życzę. Wieś nie ucieknie, a młodość drogą jest. Ja o waszmości pamiętać będę, i czy przy dworze, czy w wojsku miejsce się dla was znajdzie.

Kazał mi dać wiatyk, choć skromny, którego przyjęcia odmawiać nie wypadało, i tak francuzki nawet żegnać nie myśląc, zaraz się do podróży sposobić począłem.

Ale dziewczyna była jak młoda tak już dobrze wyedukowana - więc choć miała podostatkiem wielbicieli i mnie puścić nie chciała, a manewrowała tak żem z nią mówić musiał, a zalotne jéj wejrzenie wziąć z sobą do Połonki do domu..

Wiedziałem bardzo dobrze iż na nią rachować, na lodzie budować było, ale czy pasja rozumuje!

Jechałem precz z taką w sercu tęsknicą, jakbym tu największe szczęście porzucił.

Dopiero gdym się w znajomych okolicach, a zbliżać począł do gniazda, serce się poruszyło i zapomniałem o wszystkiem myśląc tylko o matce, którą widzieć miałem, i o Julusi i o domu...

Coraz pospieszając, bo mnie teraz coraz mocniéj ciągnęło do swoich, nocą przybyłem do Polanki, gdy już wszystko spało. - Co za radość była, aż do łez, jakie witanie - ile uścisków, co pytań?! niepotrzeba pisać!

Matkę znalazłem trochę postarzałą i jakby zmęczoną, Julusię znacznie wyrosłą, a największą niespodzianką było dla mnie żem i Michała zastał, któremu ojcowie, w towarzystwie drugiego starszego kleryka, na parę dni do domu przybyć dozwolili. Bóg wie czybym go gdzieindziej był poznał, tak się z twarzy, ruchów, obyczaju, w głosie nawet i całéj postaci odmienił.

Spoważniał bardzo - alem go nie znalazł smutnym, a gdym we cztery oczy pytał czy mu dobrze było i czy z wyboru stanu zawsze był rad, odpowiedział mi że zupełnie się czuł szczęśliwym.

Matka się skarżyła, że jéj gospodarstwo, interesa i wychowanie Julusi trochę na lata jéj przychodziło za ciężko..., ale do pozostania w domu mnie nie namawiała, powiadając że powołania słuchać należało, do czego komu Bóg dał ochotę.

Nieprzyznałem się przed nią, ani nawet przed Julusią do tego, że gdyby nie owa przeklęta francuzka, która mnie oczarowała oczyma bazyliszka - pewniebym był na wsi pozostał.

Jak się tylko w sąsiedztwie dowiedziano iż dworzanin króla JMci, przybył w odwiedziny do matki, drzwi się u nas nie zamykały, tak wszyscy ciekawi byli odemnie dowiedzieć się o elekcij i o tem co się w Warszawie działo. Na prowincij z wyboru wszyscy byli radzi, na Hetmanie nadzieje wielkie pokładano, a o królowéj to mało co kto wiedział, tyle tylko że francuzką była, a to za nią nie mówiło, bo Marją Ludwikę pamiętano, która miłości nie miała - choć pono od téj nowéj królowéj daleko była lepszą.

Czas mi tu zszedł do jesieni, mogę powiedzieć piorunem, zasłyszałem i Szaniawski mi doniósł, że król się na odzyskiwanie Ukrainy i przeciwko tatarom a turkom wybierał. Chciałem i ja ztąd pospieszyć wprost do niego, czy do Lwowa, czy do Żółkwi, lub gdziebym o nim zasłyszał, ale ręka się uparcie jątrzyła, mimo balsamów i plastrów, które matka na wagę złota przepłacając sprowadzała.

Śmiech powiedzieć dopiero gdym te leki porzucił, a prostą babę przywołano, która ranę obmyła i jakieś ziela zgotowawszy niem mi okładać zaczęła rękę, - prędzéj ognia się pozbyła i goiła.

Ale pomimo to, i jesień i zimę przebyłem przy matce, tak że dopiero w r. 1675 mogłem się na nowo wybrać do króla na służbę.

Ręka była zabliźniona zupełnie, a jednak mi w niéj pozostała jakaś sztywność, któréj długo się nie mogłem pozbyć.

Przez cały ten czas, wierny mi przyjaciel Szaniawski regularnie pisywał, a choć listy, różnemi drogami przychodziły nie rychło - miałem ciągle wiadomości odedworu. Donosił mi że Felicja zawsze adoratorami chodziła otoczona, ale że w coraz większych była u królowéj łaskach, więc nie bardzo na kogo patrzeć chciała, coraz wyżéj nadziejami sięgając. Królowa się nią posługiwać lubiła, bo jéj myśli odgadywała, a u nóg leżała pokorna... i wprost adorowała ją jak bóstwo.

Zarazem jednak w fraucymerze królowéj nienawiść ku niéj była wielka, bo nikomu nic dobrego nie wyświadczyła, a donosiła i zniechęcała panią od swoich towarzyszek.

Jako się tedy postanowiło, żem powrócić miał na usługi do króla, tak się spełniło. Na nowo tylko wóz, konie i wszystkę moją wyprawę matka opatrzyła, aby mi na niczem nie zbywało i żeby się mnie pan pułkownik Polanowski nie wstydził. Wziąłem też jednym koniem więcéj i jednym pachołkiem, tak że z wyrostkiem miałem ich trzech do posług, - a więcéj nie było potrzeby.

Już na samem wyjezdnem Szaniawski mi dał znać, że król sobie życzył, abym wprost do niego do obozu przybył, gdy ja dla francuzki téj nieszczęśliwéj spodziewałem się zostać przy królowéj. Nie twierdzę tego zapewno, ale Szaniawski, który mnie oderwać chciał od tych niezdrowych amorów, jak on je nazywał - przyczynił się może do tego, abym jéj nie mógł widywać zbyt często...

Z listów dorozumiewałem się tego co mnie spotkać miało przy królu.. Nie ukoronowanego jeszcze prześladowały intrygi, i nawet na życie czyhano, o czem mało kto wiedział, bo sprawa uduszona została, ale to pewna, że mu truciznę gotowano i że podczaszego oddalić musiano.

Na Paców cała rzeczypospolita za nową zdradę oburzoną była, gdyż tak jak z pod Chocima, tak znowu z Ukrainy od króla precz odeszli, samego zostawiając... Hetman jednak zmiarkował wkrótce potém że nienawiść powszechną ściągnął na siebie, bo mu publicznie imieniem zdrajcy w oczy ciskano. Pacowie w rakuską opiekę ufali, a królowa Eleonora w Toruniu siedząca spiskowała...

Powtarzano powszechnie jakby Sobieski Wojewodzie ruskiemu miał to często powiadać.

- Los Michała i mnie nie minął, mści się opatrzność za to cośmy mu dali cierpieć!!

Jakem króla znalazł, gdym powrócił do niego, opowiedzieć mi trudno - męczennikiem mi się zdał i chwilami rozpacz go ogarniała...

Wojska przy nim nie pozostało nad kilkanaście tysięcy, kozactwo, tatarowie i ogromna siła turecka w części niszczyła już kraj, a więcéj jeszcze zagrażała mu zawojowaniem. Zdradzany przez swoich, pomimo największych ofiar, największych wysiłków Sobieski wątpił już azali podoła nawale...

Prawda, że Paca odejście nawet Litwę przeciwko niemu tak podniosło, iż musiał króla przebłagać i naprawić co zawinił, chociaż teraz to trudniéj przychodziło, bo nieprzyjaciel miał czas wzmódz się w siłę. - Sobieski, który się spodziewał jako zwyciężca dopiero sięgnąć po koronę, - zawiedziony w nadziejach, niemal do szaleństwa był doprowadzony. Nigdym go też niewidział czynniejszym i tak niezmordowanym.

W sierpniu już Lwów był zagrożony, - król miał wszystkiego kilkadziesiąt tysięcy żołnierza, Litwę w to licząc, a Naraddyn, który już pode Lwowem leżał, poprzedzający Ibrahima Paszę, nierównie wielmożniejsze prowadzącego zastępy, sam czterdziestu tysiącom dowodził.

Gdyśmy do Lwowa z królową i całym dworem przybyli, już jedno tylko z ust Sobieskiego słyszeć się dawało - albo tu paść lub zwyciężyć...

On też jeden w początku męztwo okazywał i w Bogu nadzieję, a niemi drugich natchnął, bo gdybyśmy przybyli do miasta, tylko łzy i narzekania słychać było, a kto mógł uchodził precz... Dopiero gdy go ujrzano krzątającego się, ciągle na koniu, działa rozstawującego, wojsko opatrującego, a pogodne okazującego oblicze - duch też wstąpił i w wojsko i w mieszczan.

Na dwa dni wprzódy nimeśmy pod murami turków nadciągających ujrzeli, łuny stały do koła po całych nocach aż strach i groza patrzeć było...

Sobieski z góry to zapowiedział, że byle się turcy ukazali, niedając im obozem się położyć, natychmiast na nich rzucić się musi. - Wszystko to tak przygotowanem było, ażeby Nuraddyn większych sił niż wistocie były, miał wyobrażenie. Dla tego jak pod Zbarażem i Beresteczkiem, użyto fortelu, iż kopijników lance i proporce osobno w zaroślach zatknięto, przestrzeń niemi znaczną zajmując, która zdala jak wojskiem osadzoną się wydawała...

Przed wyciągnięciem z miasta, w kościele OO. Jezuitów król, królowa, hetmanowie, starszyzna, pułkownicy przed obrazem ś. Stanisława Kostki modlili się ze łzami...

Patrzyłem na Jana wówczas, alem na jego twarzy tylko zapał i niecierpliwość widział. Wprost z kościoła, żonę ze łzami w oczach uściskawszy, Fanfenika całując - konia dosiadł.

Choć to było w końcu sierpnia, ale dzień burzliwy i straszna zawierucha z gradem i śniegiem nas poprzedziła... gdy turcy zaledwie się rozkładać mieli.

Sroga ich mnogość stała przed nami, tak że przy pierwszem starciu jazda nasza złamać się dała, ale król przyskoczył sam wołając.

- Albo niech mnie ubiją tu, lub zwyciężyć musiemy! Naprzód!

Próżno go jako wodza i króla powstrzymywać chciano, żołnierzem był tylko w téj chwili - ani Radziwiłł, ani Lubomirski, ani Pac, którzy go odciągli, niemogli nic... - Puścił się na czele pułków, a to tak wojsko całe zapałem wielkim przejęło, iż z góry runęło impetem okrutnym na turków, którzy go nie wytrzymali...

Kto zna sposób ich wojowania wie to, że raz złamani, gdy, wedle wiary swéj, widzą w tem rękę przeznaczenia iż ginąć mają, już się nie opierają. Dla tego popłoch na nich rzucić pierwsza rzecz, bo z lasem walczyć nie umieją.

Jak skoro tył podali, już było tylko ścigać i zabijać - chociaż - na oko samo, bo liczby turków dokładnéj nie znał nikt, było ich pewnie trzykroć tyle co nas - a uchodzili tak ścigano i zabijano po drodze, że ich ranek następny o osiem mil ode Lwowa zastał.

Nikt tak dobrze charakteru muzułmanów, sposobu wojowania ich nie znał jak Sobieski i to mu dawało wielką wyższość nad innymi wodzami... - Zapobiegł aby się do kupy zebrać nie mogli, kazał ścigać pojedyncze oddziały, a gdy raz zwycięztwo na naszą pochyliło się stronę, już wiernie nam służyło... Dopiero i duch i męztwo i ufność w siebie powróciły.

Muszę też to przyznać wszystkim, których w boju przy królu widziałem, że, niewyjmując francuzów, dzielnie się i z męztwem niewypowiedzianem, wzorem króla - potykali. Biskup Marsylski Forbin, na com patrzał, dwa konie miał zabite pod sobą, a kawaler de Maligny, nikomu się wyprzedzić nie dawał. Powziąłem respekt dla narodu tego, o którym dotąd z samych kobiet sądząc, cale inne miałem wyobrażenie.

O sobie tego powiedzieć nie mogę abym kontent był, bo mi ta ręka przeklęta - jeszcze słaba nie dawała być czynnym, iżem stał a patrzył, a serce mi się w piersi tłukło jak młotem. Zrywałem się z koniem nie jeden raz, aż mnie Szaniawski za cugle chwytając strzymywać musiał. A jak całe życie do guzów i ran miałem szczęście wielkie - iż mnie nigdy nie mijały, gdziekolwiek ich napytać było można, tak i pode Lwowem, choć stałem na boku za dworem, kula mi skroń drasnęła i skórę zdarła - z czego tylko śmieliśmy się i plaster zaraz położony przez parę tygodni ze mnie bohatera czynił. Kula snadź słabą była, bo się po kości ośliznęła, za co panu Bogu niech będą dzięki.

Cudem było żeśmy się nawale turków opierać mogli, ale króla rozpacz ogarniała że mu Podhajce wzięto i spalono, a Ibrahim szedł na Trębowlę, choć zamek z położenia samego bronić się i trzymać obiecywał..

O tem oblężeniu Trębowli siła się nasłuchałem rzeczy sprzecznych i do wiary niepodobnych, ale to poświadczyć mogę iż niedarmo Chrzanowskiéj żonie dowódzcy przypisują iż się turkom oparła, aż król z odsieczą nadciągnął. Wistocie ona nietylko na zamku czuwała - mężowi dodawała męztwa - ale sama z pistoletami na czele oddziałów jeździła na wycieczki i tak się potykała odważnie, że ją najstarsi żołnierze podziwiali - niewiasta była godna mężczyzną się rodzić.

Gdyby nie ona byłby Trębowlę ten sam los spotkał co Zbaraż, który tchórząc, zabiwszy Dezotela francuza, tam dowodzącego turkom zdali, w nadziei że ich oszczędzi.

W Trębowli też schroniona uboga szlachta i osadnicy z okolicy już się zmawiali zamek poddać, ale im Chrzanowska zagroziła że wpierw w powietrze zamek wysadzi, niżeli dopuści poddania.

Chrzanowskiego późniéj za to Sejm uszlachcił, bo chociaż żonę szlachciankę miał, rodem z Kurlandij (von Fresen) - sam prostéj kondycij człowiekiem był...

Chrzanowska turkom tak się dzielnie opierała że do wściekłości ich doprowadziła, bo i dział mieli dosyć, i ludzi podostatkiem, a przecież zamku nie dostali, a gdy o królu zasłyszeli, tak się ulękli że od oblężenia ustąpili, uchodząc ku Kamieńcowi.

Ale nie pospieszyli się oddalić i przez rzekę przeprawić gdy król na nich wsiadł i bitwę stoczył krwawą, która dla nas szczęśliwie się skończyła, bo turcy od niewolników zasłyszawszy o królu, nie czekając reszty, na pobojowisku zostawując kilka tysięcy trupa odciągnęli pod Kamieniec.

Samo imie Sobieskiego już starczyło aby ich trwogą przejąć i precz odegnać, tak że Ibrahim aż za Prut i Teret się przed nim cofnął.

Pan Bóg mu błogosławił i Polskę przez niego z wielkiego uratował niebezpieczeństwa, chociaż nie było końca na tem, bo Kamieniec został w ręku turków, a odwet w którym się kusić musieli, zagrażał. Ale król przynajmniéj wytchnąć mógł i na nowe zdobyć się siły.

Ja z rozkazu pana, z listami jego do Żółkwi go wyprzedzić musiałem, gdzie zwyciężcę już po całym świecie wysławionego, posłowie mocarstw obcych powitać mieli, - chociaż on pewnie mniéj to sobie ważył niż ucałowanie rączek najukochańszéj Marysieńki, za którą jak tęsknił, jak do niéj posyłał, jak jéj listów żądny był, tego ja wypowiedzieć nie potrafię.

W Żółkwi znalazłem królowę, jeżeli to być mogło, teraz jeszcze nowemi męża tryumfami i sławą jego, po całym świecie rozniesioną - dumniejszą niż przedtem była. Przystąpić do niéj było trudno, takiego bałwochwalczego poszanowania wymagała, a w pojęciu swoim na świecie całym chyba równéj jéj nie było. Kto chciał u niéj, niełaskę ale bodaj wejrzenie łagodniejsze pozyskać, musiał padać, czcić i wenerować, jako dawniéj poganie czcili swe bóztwa i okadzali.

Nie było jednéj z pań, krewnych i najdostojniejszych naówczas niewiast, z którą by w zgodzie wytrwała, a w końcu się nie skłuciła - że od niéj uciekać musiały. Nikt z nią nie mógł wyżyć, krom tego nieszczęśliwego męża, a i ten cierpiał więcéj niż się rozkoszą napawał...

A co to był za człowiek!! Gdyby nie ta jedna jego słabość dla żony, która wcale miłości warta nie była i mówiła czasem mu w oczy że go nie kochała, bez skazy bohaterem swego wieku i narodu nazwać by go można. Do czego się kolwiek wziął, w każdą sprawę serce wkładał, a to jest największa w świecie rzecz... Na wojnie cały był żołnierzem, życia sobie nie ważąc wcale - na polowaniu tak samo łowcem był namiętnym, z uczonymi rozprawiając, co niezmiernie lubił, gotów był całą noc na dyskusjach spędzać, o spoczynku, jadle i napitku zapominając, naostatek tak samo i w tem nieszczęsnem kochaniu miary nie było u niego.

Pomimo, że go pierwszym bohaterem swojego wieku głoszono, dumy nie miał najmniejszéj, a kondycij swéj ludzkiéj nie zapominał - pobożny, modlił się gorąco, duchownych szanował, a przez to jednak z tatarami, z żydami poufale obcując nigdy ich wiary nie tknął. Dla służby pan najlepszy, a komu przyjacielem był, temu do żywota wiernym pozostał.

W Żółkwi, choć i nowe budynki naprędce powznoszono dla pomieszczenia koni i służby, choć domowi musieli wszyscy niemal po chałupach się tulić, miejsca zabrakło dla wszystkich co się tu zjechali, aby Sobieskiemu winszować i starać się go sobie pozyskać. Cudowne jego oręża sukcesa, nad przeważnemi siłami ottomańskiemi odniesione, imie jego i narodu daleko rozniosły tak że od Perskiego Szacha wspaniałe przybyło poselstwo z podarkami, które przeciwko Carowi Moskiewskiemu przymierza jego szukało.

Przybyli też z powinszowaniem poseł Cesarski, króla Angielskiego, Transylwański, Elektora Brandeburgskiego, nie licząc biskupa marsylskiego Forbina, który tu u królowéj szczególniéj był w łaskach, a chlubił się tem nadaremnie, że on Sobieskiemu do korony był pomocą.

Ze wszystkich francuzów jakichem się tu napatrzył dosyć, bo ich zawsze pełno było, ksiądz biskup Marsylski zawsze mi się najwięcéj francuzem wydawał, w którym krew narodu tego i temperament był zawsze najwidoczniejszy. Biskupa takiego u nas znaleźćby trudno i do dawnego sobie jemu podobnego wyobrazić...

Chodził, mówił, przymilał się, dowcipował, jak gdyby więcéj o świecie niż o Bogu myślał. Towarzystwo kobiet bynajmniéj go nie zrażało, ani galanterja, na którą patrzył obojętnie. Przy tem przepych, elegancja, wystawność, pański ton - cóś na pół rycerskiego, dla mnie go tak osobliwym czyniły, żem się go napatrzeć nie mógł.

Było zresztą i innych wiele do widzenia rzeczy dla mnie nowych - i dla całego dworu naszego, jeden tylko król dosyć obojętnie patrzył i słuchał, a splendory mu i tytuły nie czyniły żadnego wrażenia...

Więcéj może niepokoił się zbliżającą koronacją, o którą królowa nagliła, chociaż była brzemienną i przez to nakazywano się jéj szanować.

Wiedziano dobrze w Żółkwi że królowa Eleonora wdowa, dotychczas jeszcze w Toruniu przemieszkująca intrygowała z Pacami, aby sejmiki i szlachta nie dopuściły koronacij margrabianki d'Arquien po Arcyksiężniczce austryjackiéj - ale intrygi te się nie wiodły. Nie mogąc zapobiedz koronacij knowano przynajmniéj aby w kościele czasu jéj - rozruch i skandal wywołać, o czem też Sobieski, a wprzódy jeszcze ona była zawiadomioną i obmyślano zawczasu środki, ażeby do kościoła niepewnych ludzi nie dopuścić.

Dość o tem napomknąć aby dać wyobrażenie co się u nas na dworze działo, i jaka panowała gorączka a niepokój. Posłów wesołą twarzą przyjmować musiano, gdy w duszy gniew i troska się gnieździła, gdy codzień na wszystkie strony listy i posły się rozchodziły.

Mnie, że już zdawna jako zbyt dobrodusznego niezdatnym do potajemnych knowań uznano - więc chyba z ważnemi pismami tylko czasem byłem wysyłany, a ustnych poleceń mi nie dawano. U królowéj też miru nie miałem. Za to król JMi lubił królewskich rozmów słuchać, a bodaj listy czytać nie każdy potrafił. Mogli głośno mówić co chcieli, nie zrozumiał nikt nic, jeśli wtajemniczonym nie był...

W kółku królowéj, szczególniéj, nikt się własnem nazwiskiem nie mianował, ale miał przydane sobie, czasem nie jedno, ale dwa i trzy różne, aby gdy listy kto podchwyci, nie doszedł z nich nic. Pisywali królestwo do siebie cyframi, ale to była nader uciążliwa rzecz, odczytywać je potem.

Wolano się więc posługiwać tym umówionym językiem.

Król w listach się zwał Orondatesem, Feniksem, prochem (la poudre), Celadonem, Jesienią (automne) i Sylwandrem; królowa Astreą, Bukietem, Klelją, Korynką, Mandaną, Słowikiem, Różą...

Krewnych królowéj zwano B?tes, Jana Kaźmirza aptekarzem, królowę Marję Ludwikę Girouette. Po abdykacij Kaźmirz zwał się już tylko kupcem paryzkim (marchand de Paris) - Michała Wiśniowieckiego przezwano Małpą, a matkę jego Viola di Gamba.

Niezliczyć tych różnych przydomków, często obelżywych, czasem dowcipnych.

Zamojski Wojewoda Sandomierski chodził pod nazwiskiem Wołu (Boeuf), Jan Zamojski Fleta lub Konia fryzyjskiego, Stanisław Jabłonowski mianował się Dożą, pani Dönhofowa Podkomorzyna Egypcjanką, Dymitr Wiśniowiecki Śledziem, Kondeusz Czaplą, Jerzy Lubomirski Jaskółką... i Żmiją. Morsztyn Podskarbi i Prosiakiem i Wróblem bywał... Stanisław Rewera Potocki pod koniec zszedł u nich na stary pantofel...

Listy się nazywały konfiturami, zdrowie Odorem, Elekcja, Myślą albo Widmem, miłość pomarańczą, rozwód Intelligencją. - Późniéj jednak król tego języka zaniechał... - lubił mnie i papiery a pieniądze powierzał często.

Pod koniec roku 1675, wyprzedzając dwór z poleceniami króla, musiałem jechać do Krakowa, gdyż niedaléj jak w Styczniu, koronować miano oboje królestwo..

Opisywać tych obrzędów jakie wedle starodawnego obyczaju towarzyszą koronowaniu nie będę, bo się to znajdzie u innych. Wiadomo powszechnie, iż jakby dla przypomnienia nowemu panu znikomości wszech rzeczy ludzkich, koronację poprzedza pogrzeb zmarłego króla. Na ten raz zaś, co się dotychczas nigdy nie trafiło, nie jednego ale dwu monarchów poprzedników pogrzebać miano, bo i zmarłego we Francji Jana Kaźmirza ciało sprowadzono i Michał Wiśniowiecki czekał niepochowany na swego następcę.

Mogłem się przypatrzeć ceremonjom wielce wspaniałym, które w cudzoziemcach podziwienie wzbudzały, szczególniéj gdy rycerze we zbrojach konno, do kościoła wpadając, przy katafalku kopije i godła panowania kruszyli...

Pielgrzymka do grobu Ś. Stanisława męczennika, zamordowanego przez Bolesława Śmiałego - pokutnicza można powiedzieć, należy też do koronacyjnych obyczajów...

Lecz - sam dzień koronacij najmocniéj niepokoił i króla i królowę - i przyjaciół ich, wiedziano bowiem, że stronnictwo Eleonory wdowy, austryjackie, i wszyscy zazdrośni a niechętni, nie śmiejąc przeciwko Sobieskiemu wystąpić, gotowali się w kościele królowéj jeśli nie przeszkodzić to przynajmniéj zatruć tę chwilę uroczystą.

Od rana też, jak tylko kościół otwarto wcisnęli się do niego i ci co go niedopuścić byli powinni. Do tych oczywiście my wszyscy ze dworu króla należeliśmy, a porozstawiano nas tak wszędzie, że gdziekolwiek śmiał się wyrwać warchoł z sykaniem albo wykrzykiem, było komu zatkać mu gębę.

Mieliśmy też rozkaz, w razie nieprzyjaznego wołania jakiego, zagłuszyć je - vivatami.

Chociaż, Bóg widzi, królowéj nigdy wielkim wielbicielem nie byłem, a za pana naszego żal do niéj miałem - przyznać każe prawda iż piękną bardzo była jeszcze naówczas, choć młodość miała za sobą. Tego jednak dnia, czy to dla cierpienia stanowi swemu właściwego, czy z trwogi, wydawała się prawie brzydką, i dziwnie zmienioną. Dumą tylko i srogością wejrzenia nadrabiała, choć widać było iż drżała ze strachu i nogi pod nią się chwiały.

Na Sobieskim religijne skupienie ducha i nie mniejszą też obawę widać było, bo czuł co często powtarzał, że się na nim to spełnić miało, co z jego pomocą Michała umęczonego do grobu wtrąciło.

Gdy nadeszła chwila ta straszna, koronowania Marji - czuć było po całym kościele podburzenie jakieś dawano sobie znaki - starali się odedrzwi wcisnąć ludzie nieznani - wszystko zwiastowało niebezpieczeństwo. Aleśmy czuwali, a oprócz nas Jabłonowskiego dworzanie, Radziwiłła Sapieżyńscy - i co było bliższych przyjaciół Sobieskiego.

Marja Kaźmira szła tak blada, iż można się lękać było by nie omdlała - a ciężkie ubranie, mogło się też przyczynić do tego, ale miała siłę nad sobą wielką, a gniew i ressentyment ją podwajał.

W chwili gdy koronę na skronie miał wkładać Arcybiskup... w istocie sykanie i urywane jakieś wyrazy słyszeć się dały z różnych stron, ale natychmiast zahukano je vivatem, a po kątach nawet do starcia przyszło... które niepostrzeżone wprędce i bez wybuchu się skończyły...

Przy uczcie na zamku i zabawach, które nastąpiły, królowa już całą swą odwagę, dumę i despotyczny charakter jawnie odzyskała; na twarzy jéj jaśniała radość niewypowiedziana i szyderskie napawanie się tryumfem, gdy król poważny był i smutny.

Słyszałem sam gdy Lubomirskiemu powtarzał.

- Weselszym bym był, gdybym rzeczypospolitéj Kamieniec przyniósł za tę koronę, którą mnie obdarzyła!!

Nazajutrz, jeszcze w rynku krakowskim przyjmował król uroczysty hołd i podarunki miasta Krakowa. Królowa na to z kamienicy naprzeciw z orszakiem swym patrzyła, postarawszy się o to, aby Jakubek konno przy ojcu wystąpił - otoczony Senatorami i rycerską młodzieżą, jako królewicz i książę.

Ni mniéj ni więcéj wszystkie teraz myśli i starania ku temu skierowane były, aby familij tron zapewnić i dynastję nową ufundować.

Głównym pomocnikiem królowéj do tego, jak we wszystkich innych jéj zabiegach i intrygach był szlachetny, zacny, ale tak jak i król słaby dla niéj - rozkochany, podbity, niewolnik Wojewoda ruski Jabłonowski. W oczy bił ten jéj stosunek z panem wojewodą, który też królowi był najwierniejszym, ale królowéj więcéj posługiwał nie jemu.

Spodziewała się też ona za te usługi wymódz na mężu dla niego buławę wielką - co się na ten raz nie powiodło...

Co król z tego powodu wycierpieć od niéj musiał i jakim cudem oprzeć się jéj potrafił a Jabłonowskiego sobie zjednać iż mu za złe nie miał, że go mniejszą buławą kontentował, tego ja wytłumaczyć nie potrafię.

Być może iż stan zdrowia królowéj, która wkrótce potem na świat córkę wydała, ułatwił Sobieskiemu to trudne zadanie. Wziął więc wielką buławę Dymitr Wiśniowiecki, a inne też wakanse, zdaniem wszystkich tak rozumnie były rozdane, aby ukoić i przejednać nieprzyjaciół.

Olszowskiemu dostało się arcybiskupstwo, a pieczęć Wielopolskiemu, który siostrę królowéj, Marję Annę miał poślubić...

Nie moja rzecz o tem pisać, co na Sejmie pod obrady przyszło - pamiętam tylko ogólną tę impresję, że rozum króla i przezorność jego, a troskliwość o dobro rzeczpospolitéj wysławiano, i to że Sobieski ciągle powtarzał a bił w jedno, że przedewszystkiem potęgę otomańską złamać było potrzeba, a kraje zagarnięte przez kozactwo i turków odzyskać.

Królowa co innego miała na myśli.........