Na zachodzie, daleko, za przestrzeniami lasu, których
wzrok orli nawet przemierzyćby nie mógł, z za miedzianych lub
krwistych purpur zorzy wieczornej, rozpływa się po błękitach morze
bladego ognia i do lasu wlewać się poczyna, jak miód blado-złoty do
szmaragdowej czary. W poświacie tej, z rozpylonych niby pierścieni
ślubnych powstałej, pęka i kruszy się ściskający przedmioty cement
leśnych zmroków, a od dna do podniebnej wyżyny wszystko rozstępuje
się, wyodrębnia, otwiera na oścież głębie tajemnicze i dale
niezmierne, w których, jak w czarnoksięskim pałacu zaklęta
królewna, życie oddycha na łożu, usłanem z zadumy i ciszy.
Zadumy, cisze, zmroki wieczorne, ciemności nocne ścielą tu
całuny uśpienia i smutku; mgły snują żałobne przędziwa, mróz ze
szronu i lodu wykuwa szklane trumny i z grozą gromów, z wirem
wichrów przetaczają się burze zimowe i letnie, a zaklęta królewna
żyje - i nie przerywa się nigdy, choć niekiedy przycicha lub
słabnie, bicie jej nieśmiertelnego serca. Nie znikają też nigdy ze
stropu jej pałacu, choć niekiedy za chmury się kryją, słońce i
gwiazdy, a gdy w rumieńcach jutrzni, albo w ogniach zorzy wschodzą
nad światem pogodne wieczory i ranki, wzbija się od niej tysiąc
głosów, tysiąc woni, tysiąc ech i po tajemniczych głębiach, po
niezmierzonych dalach jej komnat, tysiącem strumieni rozpływa się
czar piękności. Za gęstwinami i drogami, za polami i łąkami, za
strumieniami i rzekami, stoi Bór-Lada, klejnot puszczy
najdrogocenniejszy, odwieczne dziedzictwo olbrzymek. Ze wszystkiego
wokół najstarożytniejsze, żyją tu same jedne sosny, potężnie
broniąc państwa swego od najścia plemion innych. Jak przystoi
olbrzymkom, nie zbiegają się w tłumy, lecz znacznemi odległościami
rozłączone, korony rozłożyste wznoszą w podchmurne wyżyny na pniach
prostych i gładkich, jakby je w kształty kolumn utoczyły dłuta
mistrzów-architektów. W siwych koronkach porostów, lub
rdzawo-czerwone od przejmującej miąsz ich żywicy, kolumny te
występując jedne z za drugich, zdaje się jakby w nieśmiertelnej
gonitwie dążyły w nieskończoność bezprzestanną; budują i krzyżują
labirynty portyków, z dachami rzeźbionymi we wzory iglaste, z
podłożami wysłanymi puchem mchów i wrzosów. Czasem, na podłożach,
rojem iskier rozsypują się korony drobnych kwiatów, lecz słabe to
życie na wodzy trzymają olbrzymki, wielkimi hausty wypijające soki
z ulubionej swej gleby piaszczystej, w ciszach głębokich i w
woniach octowych, które u ich podnóży biją z łańcuchów gór
mrówczych. Cicho i czysto. Po ślizgiej powierzchni opadłego igliwia
mrówcze ludy same jedne chodzą drogami przez plemię ich ubijanemi
od wieków i gdzieniegdzie, u stóp kolumn, wznoszących pod niebo
hymn wzrostu i siły, dawno pomarłe bajraki rozciągają strugi
krwistego próchna. Cicho. Ptaki nie mają tu jagód, pszczoły wody, a
motyle kwiatów. Nic nie lata, nie śpiewa, nie świegoce. Dzięcioł
tylko miarowo kędyś stuka, pisklę krogulcze ostrym poświstem ozywa
się na wierzchach i w dali zadźwięczały krótkie, urywane dzwonki.
Co zadzwoniło? To jelenie zaszczekały. Biegną; z głuchym tętentem,
po przezroczystych portykach przewijają się rudą smugą ciał
potężnych a lekkich, które zalotnie kołyszącym się krokiem omijają
kolumny, królewskimi rogami na tych luźnych przestrzeniach zaledwie
potrącając opuszczające się z gałęzi włochate brody mchów
drzewnych. Nagle, górą poleciały, w gałęziach zaszumiały wielkie
skrzydła ptasie. Orzeł to był, czy jastrząb, albo krogulec? Jelenie
stanęły, w długi sznur wyciągnięte, podniosły głowy, rogi pokładły
na grzbietach i wszystkiemi parami oczu wpatrzyły się w ażur
wysokiego dachu. W oczach tych bojaźń jest i z nieskończoną
słodyczą niema prośba. Tak nieruchomością posągową tknięte, w
błękitne plamy nieba zapatrzone, we wzroku i słuchu całe, stoją pod
spływającym na nie miedzianym blaskiem zorzy; potem zrywają się
znowu i z szybkością myśli, czy strzały, mkną dalej, dalej, tam,
kędy czyni się ciemniej, gęściej, kędy z ziem chłodnych i tłustych,
truflami i torfem pachnących, nadchodzi ku państwu olbrzymek silny,
młody, wojnę z zagładą niosący - Jełosmycz. Jełosmycz, to czysty, żadną przymieszką obcą nie skalany,
ród świerków. Świerki idą. Tłum postaci wyniosłych i zgrabnych
idzie na podbój ziemi i jej żywiących soków. Z ostremi iglicami
gotyckich wież na głowach, w płaszczach rycerskich, z których
naokół padają długie cienie, spieszą w bój z rodem prastarym, który
ziemię tę zwłokami swemi utuczył i na dalekie morza rozsyłał
heroldów jej sławy w postaci niezłomnych masztów. Dwa rody
spotykają się z sobą, zwierają się, walczą. Widać jak na kolumny
sosen opadają ze stron wszystkich gęsto tkane płaszcze świerkowe,
do stop ich ścieląc cienie, dyszące wilgotną zgubą. Liściaste
podszycia, natarczywie tłocząc się, wojskiem ciurów wspomagają
szeregi zaborcze; coraz też częściej i gęściej iglice gotyckie
strzelają ku niebu, a dokoła olbrzymek staje się coraz ciaśniej,
ciemniej: - grzyby pachną, dymna woń torfu napełnia szczeliny,
przenika pory gęstwin, czuć jakiś tryumf, tuż obok konanie, aż u
zwężonych granic starożytnego państwa, zwycięzki Jełosmycz
rozpościerać poczyna ściśliwą, ciemną, iglastemi wieżycami zjeżoną,
liściastemi firankami zawieszoną Smugę Czarną. Czarna Smuga, to uroczysko pełne postrachów i dziwów. Są
tam u góry mosty napowietrzne, które wichry budują z ciał rycerzy
złamanych i konające czoła opuszczających na łona towarzyszy; są
pod świerkowymi płaszczami nawy nizkie, bezkreśne, milczące i
mroczne, jak potajemne kościoły; są wśród wywrotów, które z ziemi
wydarte korzenie wyciągają w powietrze na kształt nóg
przeolbrzymich pająków, trupy prastare, których nagie żebra
bieleją, jak szkielety przedpotopowych potworów; są nory dziwne,
ciemności i tchliny pełne, pomiędzy łapami świerków, które na
rozstawionych, zda się, nogach wielkoludów, tułowia drzew wysoko
nad ziemią podnoszą. W czarnych ciemnościach nor tych szeleszczą
gniazda robacze i ostrożnie wyglądają z nich żółte głowy kun i
łasic, gdy wyżej w gęstwinach igliwia pomykają we dnie wiewiórki
rude, a nocami świecą zielone oczy i do łupieżczych poskoków
zwijają się kocie ciała rysiów. Wichry goniące się po przestworzach
i burze gromami huczące dna Smugi Czarnej nie sięgają. Ulewa, kędyś
wysoko hełmy gotyckie siekąca, po rycerskich płaszczach spływa
rzadką rosą, i w ziemię wsiąkając, dobywa z niej zapach pleśni. Tu
czasem orzeł-imperator zajrzy w ciemne rozdoły, załopoce potężnemi
skrzydły i strąciwszy z drzew trochę gałęzi, z dumnym szumem
odpłynie w górę. Tu czasem w głębokościach najciemniejszych, toczą
się niestałe, grobowe mruczenia żubrów, wzbierając i milknąc,
chrapiąc i rwąc się, do grzmotu, któryby gamy swej we
wnętrznościach ziemi próbował, podobne. Podziemne to jest, ponure i roztaczające szerokie kręgi
grozy. Niewiedzieć w jakiej twierdzy, obwarowanej ścianami
rumowisk, zjeżonej nagiemi żebrami szkieletów, kłótnia wybuchła i
wszczęły się łoskoty, łomoty, stuki, które echa przewlekłe po lesie
roznoszą. Słychać stękanie drzew, potrącanych przez ciała ogromne,
trzeszczenie walących się łomów, suchy łoskot zwierających się
rogów, tętenty racic, które w walce zaciekłej wyrzucają z pod
siebie bryły ziemi. Postrach idzie lasem. Cokolwiek wokół żyje
przypada do trawy, do liścia, do gniazda, do legowiska, do nory;
pełza, kurczy się, zwija kręgi, albo pierścienie, pożąda ukrycia
się, zniknięcia. Aż nagle milknie wszystko. Wśród ciszy zaklętej,
którą powszechna trwoga las napełniła, stary żubr zwyciężony rogatą
głowę wychyla z gęstwiny i ciężki tułów przesuwa po przezroczystych
kolumnadach Boru-Lady. Od gęstej grzywy, która falą wełnista wzdyma
się mu na grzbiecie, i długiej brody, opuszczającej ku ziemi
kądziel starganą, powiało ckliwym zapachem piżma. Zwyciężony,
zadumany, ponury, opuścił rodzinne stado, aby odtąd pustelniczą swą
starość melancholijnie i groźnie obnosić pośród świateł i cieni,
gróz i piękności, dzikich postrachów i słodkich pieszczot tej
puszczy. Chodzić on będzie po szmaragdowych drogach, które wśród
ścian niebosiężnych w dalekich dalach otwierają się na błękity, lub
na chmury niebios, i po ścieżkach swawolnych, które tysiącem
skrętów biegną ku srebrnym biegom strumieni. Pójdzie on tam, kędy
na olchach łąk wilgotnych wieszają się białe opary i trwożnymi
błyski migocą ogniska pastusze; kędy na różowych marglach, na
bogatych we wszelki liść Hrudach, gibkie graby tysiącem ramion
owijają wyniosłe wiązy; kędy z podnóżami zatopionemi w szkliwie
wód, czarnych jak smoła, dęby pod samo niebo ciskają odwieczne swe
wzrosty. Na zawsze uciszony, słuchać on będzie w klonowych gajach,
jak drzewa drżeniem liści, a ptaki śpiewnym chórałem witają radośne
poranki, i na zawsze samotny, ścigać wzrokiem z za grubej kolumny
chyże sarny, stadami mknące ku wieczornym leżom. Spoczynek znajdzie
tam, kędy z wiecznie zielonych wąwozów, jak z czar malachitowych,
ogromna i gorzka wybucha woń trawy, noszącej imię jego, albo tam,
kędy błotne Nikary, na przestrzeniach dla oka niezmierzonych,
rozstawiają wojska trzcin w kołpakach aksamitnych. Nad ogromnem mokrzadle Wielkiego Nikaru, w nurtach brodów,
posiadały łosie i głowy tylko, konchowatymi rogami oskrzydlone, nad
mętne powierzchnie podnosząc, nakształt samotnych bożków, gryzą
rozmarynem pachnące bahony. Wiatry, na tych gładkich
przestrzeniach, jak bieguny na stepach, hasają po niwach ajerów,
irysów, grzybieni, przeciągle gwiżdżąc w oczerety - czajki krzyczą,
bąk huczy, czapla przelatuje i dokoła głów łosich zorza łuny różane
ściele po stojących wodach.
Drobna na wielkim obrazie przyrody, ciemna i cicha wśród jej
blasków i głosów, młoda kobieta stanęła w gaju osin, które
kaskadami drżących liści szeleściały pośród milczących sosen.
Suknia jej ciemną plamę kładła na rdzawość leśnego olbrzyma, lecz
twarz w rumianej smudze zachodu jaśniała młodością promienną, jak w
lipcowe upały jaśnieje wśród cieni leśnych słoneczna korona arniki.
Wiosna jej minęła, fijołki uwiędły i na trawy zroszone deszczami,
zryte gromami, opadły wątłe płatki anemon; lecz lato życia tak
czyste i silne, jak oddechy tej puszczy, z którą bez przestanku
żyła, wyrzeźbiło ją w harmonię kształtów i linii, właściwą
wszystkim rzeczom skończonym w sobie, czystym i silnym. Szafir źrenic jej, które teraz ku srebrzącym się kaskadom
liści wznosiła, pogłębiły ostrza uderzeń serdecznych i blask ich
uczyniły więcej podobnym do gorejącej łuny zachodu niż do radosnych
świateł jutrzenki. 0d wzniesionej ku górze jej głowy spływał
jedwabnym ciężarem węzeł włosów z barwą dojrzałej pszenicy, a palce
splecione wyprzędły wieki uprawy pokoleń, fizycznej i duchowej. W metalicznym szmerze osinowego gaju, w ślizgających się
dokoła smugach rubinowego światła, ruchem zadumy czy modlitwy
splotła ręce i zatopiła się w myślach. - "Stwórco i Władco wszystkiego, co oddycha, co oddycha
usty oblanemi rosą szczęścia i tuż obok wargami ran, sączącemi krew
bólu, jad krzywdy, znój walki, żałobę strat niepowetowanych; -
Potęgo i Myśli najwyższa, która na niezmierzonej karcie
wszechprzestrzeni kreślisz niezliczone drogi i wikłasz je w
zagadkę, z utopionym na dnie, Tobie jednemu znanym, kluczem
przeznaczenia; przed Twoją wolą kornie pochylam swą wolę i ku Twym
gwiazdom wytrwale wzbijam serce, jak wiotki powój wici swe skłania
do stóp, a od stóp wspina ku szczytowi leśnego olbrzyma... "Tyś to podjął mię z pospolitego mrowiska i w ręku swych
wznosił wysoko, wyżej, aż mi w źrenice spłynęły blaski twoich
gwiazd - i zarazem Tyś promienie źrenic tych zgiął ku ziemi,
wyostrzył w przenikliwość, wyciągnął w dalekowidztwo i ujrzeć im
dał mary, przeciągające przez świat z garbami nieszczęść i zbrodni,
jak z górami, zasłaniającemi gwiazdy. Idą w dymach krwawych i stopy
zwierzęce stawiają na gniazdach, na różach, na perłach, na śniegach
niewinności, na purpurach królewskich ukochań. Słyszę pękanie
czaszek ukoronowanych, rzężenie piersi bohaterskich, westchnienia
róż konających, chrzęsty gruchotanych pereł... "Od kolebki brałam w siebie tę baśń nad baśniami, która
tragiczną prawdą ciecze u podnóży tej puszczy, aż zmieszała się ona
z krwią moją, zabarwiła opony mózgowe, uczucia w sercu wyprężyła
jak struny na harfie... a baśń nieskończoną jest i prawda jej
tragiczną jest, o Panie! "W tę niezmierną kartę, z której czytać mię nauczyłeś,
zapatrzona, nie oglądałam się, nie zapobiegałam, nie widziałam, jak
lata młodości nakształt fal wartkich u stóp mi płynęły, znikały,
zanim więcierze swe zarzucić w nie zdołam, jak własne perły moje w
konsze serca roztapiały się we łzy, zanim zdołałam wykuć z nich
sobie pancerz i dyadem. Ranek przeminął, południe nadeszło, przemija...
"Wieczór już Panie! Oto leśni ptacy, Skłaniają skrzydła ku gniazdom w polocie..."
"Gniazdo me spadło strącone od gromu... I jak drobne
ptaszęta rozlatujące się z trwożnym szczebiotem, gdy orzeł
wierzchem puszczy popłynie; jak trawa tak wybujała, że unikają jej
nizkie loty motyle; jak obłok, który nad świerkami stojąc, srebrnem
okiem wpatruje się w leśną ciemnicę, gdy inne w swobodzie po
błękitach promiennych igrają - tak jestem sama...
"Oto pól twoich umilkli śpiewacy, Oto dzień cały przetrwałam już w pracy!"
"Dlaczego, Panie?
"Są na drogach tej puszczy brzozy płaczące, w których
cieniu błogi spoczynek znajdują zmęczeni wędrowce; są na krzakach
maliny, z których piją spragnione ptaki; jest na drzewach patoka
miodna, ciekąca po korach, przepojonych goryczą garbnika. "Są na ziemi ręce, które robaczki zagrożone zdeptaniem
przenoszą na miejsca bezpieczne i latorośle od pni oderwane
przywracają próchnicy, ze zwłok ich przodków powstałej. Są serca,
które wtórują wszystkim szumom, echom, trzaskom i hukom tej
puszczy, bijąc w jej łonie, jak własne jej serce... "Czy dla tego? "Wsłuchuję się w serce swoje i mówi mi ono: tak! tak!
Przez serca ty, Panie, do ludzi przemawiasz! "Mam wiele mogił, do których chodzę w odwiedziny, i jedną
najdroższą, w której na stepach dalekich brat mój śni o niebie nad
puszczą tą zawieszonem. "Stara piastunka moja, gdy śmierć zamykała kochane jej
oczy, rękę mą ściskając, szeptała: "Samą zostaniesz, samiutką jedną
w tych wielkich pokojach..."
"Nie było dla mnie ogniska..."
"Bo raz tylko... ale ty wiesz o tem, który jesteś w sercu
mojem... raz tylko rękę wyciągnęłam po szczęście. Odeszło...
"Kwiaty posnęły majowe..."
Gdy tak myślała, coś w oddali poczęło z cicha muskać mchy
i paprocie. To łania biała biegła tak lekko, że od jej stąpań
niekiedy tylko zachwiała się gibka latorośl osiki, lub szerokim
wachlarzem powiała paproć-orlica. Biegła wprost ku niej, na
czombrach kwitnących stanęła, zatopiła w niej czarne, przenikliwe
oczy. Wtedy też poświata złota, która pyłem jasności eterycznej
napełniała i przeświecała las, poczęła mącić się i gęstnieć. Linie
zacierały się, kolory gasły, kształty, wzajem na siebie następując,
przechodziły w stan tych widzeń fantastycznych, które szeregiem
metamorfoz przeciągają po tle usypiających powiek. Natomiast w tem,
co dla wzroku stawało się już tylko chaosem i fantasmagoryą, o inne
zmysły uderzyły dwa napowietrzne chóry: woni i dźwięków. Miody i
smoły zapachniały, na spotkanie ich od mrówczych wzgórzy wypłynął
ostry ocet, z żubrowych siedlisk powiały ckliwe piżma, zmieszane z
goryczą dzikich gorczyc i ajerów, aż ziemia wionęła dymnym zapachem
torfowisk, smakiem grzybnym i razowym, wilgocią gliny, pyłem
piasków, próchen i może tych żwirów, które na głębokich spodach
pozostawiło przed wiekami uciekające stąd morze. A w przepotężnem
odetchnieniu ziemi ozwał się chórał dźwięków z początkiem nieznanym
i końcem przepadającym w otchłaniach oddaleń. Niewiedzieć gdzie,
niewiedzieć co mówiło, szemrało, pomykało, przelatywało... Jakieś
poskrzypy i pomruki, trwożliwe szelesty, klekoty oddalone, turkoty
głuche, mętne i wnet mdlejące wołania, westchnienia przewlekane
przez echa, wszystko mgliste, szkicowane zaledwie, z przyczyną
niewiadomą i konaniem towarzyszącem poczęciu... Wtem, wyraźnie, jasno, przeciągle, popłynęły zapadającym w
noc lasem srebrne brzmienia dzwonu. Kto i gdzie dzwoni? Czy w głębi Sarniego Skoku tak głośno rozszczekały się
jelenie? Czy na Zamczysku zagrały ogary, których widma towarzyszą
tam nocami widmowym myśliwstwom królewskim? Nie: był to kościelny dzwon, lecz nie nad takim kościołem
dzwoniący, który wznosi się na powierzchni ziemi. Rozbrzmiewał od
Mogił, uroczyska, w którem pod ziemią i lasem, ze świątyniami,
pałacami, ulicami swemi, całe, żywe, z żywą ludnością, stoi miasto,
niegdyś w ziemię zapadłe. Pradawno to było; las niebosiężny nad
niem wyrósł, lecz ono żyje i codzień o zmierzchu wysyła nad ziemię
głos kościelnego dzwonu, aby oznajmiał ziemi, że żyje. Wyraźne, jasne, przewlekłe są brzmienia dzwonu, przez
które miasto pogrzebane wysyła na świat swoją pieśń tragiczną. Czy
skarży się albo o ratunek woła? Czy wysyła poselstwo rozkazów,
upomnień i proroctw? Na kwitnących czombrach, z ręką wspartą o gibką szyję
łani, kobieta słucha dzwonu, rozlegającego się w leśnej pomroce, a
gdy nad uciszonymi wierzchołkami osin złotem okiem wybłyskuje
pierwsza gwiazda, wznosi ku niej twarz wśród zmroku białą i usta
jej poruszają się szeptem błagań, zwierzeń, czy przyrzeczeń. Jeszcze przez chwilę, w oddaleniach wielkich, rubinowe
iskry zorzy błądzą i migocą, lecz wkrótce gasną. Wdzięczna postać
białej łani, w krepy zmroku spowijana, niknąć poczyna i - znika. Dzwon na uroczysku mogiły rozbrzmiewa coraz ciszej,
wolniej, słabiej i - milknie. Nad uciszoną i ciemną puszczą wschodzą wysokie gwiazdy i
złotemi oczyma wpatrują się w morze jej nieruchomych, milczących
szczytów...
Od Wielkiego Nikaru, brzegiem puszczy, bystro w głębokiem
łożysku płynie Lsna, a tam, gdzie Królewski Most zawiesza nad nią
klamrę długą i zgrabną, nad rozległemi polami i łąkami, dwór
Krasowiecki stoi w odwiecznej, ciężkiej, ciemnej gęstwinie swych
ogrodów. Szemrzącym szlakiem rzeki rozdzielony z puszczą, wydaje
się on w dal odrzuconym, końcowym akordem wielkiej pieśni. Gęste sploty powojów owijały filary głębokiego ganku. W
pokoju obszernym i nizkim lampa płonęła nad stołem spiętrzonym
książkami, dziennikami, więziami kwiatów, nićmi jedwabiów i smugi
obfitego światła wysyłała na ganek przez drzwi wysokie i wązkie,
przez wązkie i nizko osadzone okna. Szły stamtąd oddechy
samotności, spokoju, pracy. Rezeda i róże pachniały. Rozlegały się
dźwięki pięknej muzyki fortepianowej. Ktoś w głębi domu umiejętnie
i pięknie grał. Seweryna Zdrojowska siedziała w smudze obfitego światła i
pogodnym wzrokiem spoglądała w wielką plątaninę roślinną, która od
brzegu do brzegu okrywała rozległy dziedziniec. Z kruży natury napiła się mocnych czarów piękna, przy
legendowych brzmieniach dzwonu oko w oko patrzała na gwiazdy, z
chóru leśnych woni wzięła w siebie kroplę słodyczy miodnej i trochę
tego pyłu, którym z głębokich spodów wieją żwiry rodzinne, aż w
serce jej, przedtem żałosne i roztęsknione, spłynęła czarna perła
szczęścia. Czarna, bo blasków tęczowych, którychby nie owijały
żałobne krepy - nie znała. Pogodnie, prawie wesoło patrzała na drobne światła,
mrugające wśród gęstej zieleni dziedzińca. Były to okna, oświetlone
blaskiem płonących za niemi ognisk rodzinnych. Przychodziły
stamtąd, tłumione oddaleniem, urywki rozmów, wybuchy śmiechów,
świegoty głosów dziecinnych. Głosy dobrze jej znane i dusze znane.
Splot losów ludzkich, drobnych, pokornych, licznych, którego nici
spoczywały w jej dłoniach. W głębi wielkiego domu ktoś grał ciągle umiejętnie i
pięknie. Seweryna uśmiechnęła się do obrazu młodej artystki, która
tam, w wielkim nizkim pokoju, opowiadała muzycznymi tonami o duszy
swej, zasmuconej przedwcześnie i ciężko. O czem to biedne,
wdzięczne dziecko myśli, gdy z tak głębokiem uczuciem wykonywa
utwór genialnego mistrza? Czy o porzuconej w stronach dalekich
mogile ukochanej matki? Czy o krótkich, a dziwnych dziejach swego
zakochanego i zawiedzionego serca? Zwiedzione sztucznem światłem, opływającem filary ganku,
dwa kwiaty powoju rozwinęły kielichy i z osrebrzonej zieleni
patrzały parą szeroko rozwartych, ciemno-modrych oczu. Seweryna uśmiechnęła się do tych oczu, w milczeniu na nią
patrzących. Obejmował ją czar kwiatów, muzyki i gwiaździstego
wieczoru. Rezeda i róże pachniały. Modrzewie, jak czarne kolumny,
wzbijały się nad liściastą gęstwinę sumaków i akacyi, za którą
światełka mieszkań ludzkich gasły i głosy ludzkie milkły. We wnętrzu domu umilkła też muzyka, a w wysokich i wązkich
drzwiach ganku ukazała się postać pełna wdzięku. Światło lampy
oblewało wysmukłą kibić dziewczęcą i przesrebrzało płowe włosy, nie
ukazując w pełni rysów twarzy, białej, jak narcyz. Zbliżyła się ku
Sewerynie z zamkniętym listem w ręku. - Od Idalii - rzekła z cicha. Z rozdartego papieru wypadła twarda kartka, na którą
Seweryna nie zdołała rzucić okiem, bo spostrzegła ją Henryka i z
miękkich, pieszczotliwych ust jej wydarł się okrzyk. Uczucie
przestrachu, zdziwienia, radości niespodzianej i przejmującego bólu
zabrzmiało w tym okrzyku. Ręce jej, trzymające wizerunek młodego
mężczyzny, drżały i nizko nad nim pochylała zarumienione czoło, aż
powolnym ruchem osunęła się do kolan towarzyszki i, twarz kryjąc w
jej sukni, cicho załkała. Płacz wstrząsał szczupłemi liniami jej
pleców, a ręce, białe jak narcyzy, rozpacznym ruchem opasywały
złoto włosów. Więc tak! więc zawsze! Nie pocieszyła się, ani zapomniała. Idalia Olska, ta płocha kobieta, z sercem tkliwem i usty
wielomównemi, miała od dawna zwyczaj przesyłania tu z szerokiego
świata, po którym, jak motyl bujała, wieści, opowieści, wizerunków.
Przysłała teraz ten i ugodziła nim w serce tej dziewczyny, jak
grotem, który, pogrążając się w ranę, ból jej odnawia i zaostrza.
Rozkochanej i opuszczonej ciężko jej było żyć; nie mogła zapomnieć,
nie mogła zrozumieć... Seweryna, znająca dobrze te dwoistości natur ludzkich,
które częstokroć w uplot nierozwikłany łączą ludzką wspaniałość i
marność, nie rozumiała również. Kto to był? Kim, jakim był? Jakie
pobudki, wahania, burze, rządzić nim mogły, gdy wszystkimi urokami
światowca i tą wykwintnością słów i uczuć, która w uczonym odsłania
poetę, podbijał serce, umysł, zmysły tego pięknego dziecka, a potem
odjechał, nie wrócił, umilkł, zniknął? Jaką była ta dusza tak
potężna i zarazem tak licha? Potężna być musiała, skoro talentem i
trudem we wczesnej młodości podbijała już światy wiedzy i sławy;
lichą być musiała, skoro po drodze swej siała łzy. Siew łez
przerażał oczy jej, nawykłe do samotnego wpatrywania się w ideały,
siejące rosę pociech. Wiedziała o nim wiele, a przecież nie rozumiała... Suchy
wiatr kosmopolityzmu odniósł ojca jego w kraje dalekie. Tam wzrósł
i w tamtejszej mowie zasłynął myślą niezwykłą, silną i śmiałą. Nie
słuchał nigdy szumu zbóż na niwach rodzinnych, ani
rozbrzmiewających po leśnych głębinach dzwonów legendowych. Był
latoroślą od rodzinnego pnia oderwaną, wspaniale wyrastającą na
niwie obcej i nie zdawał się oglądać za niczem, ani wiązać się z
niczem, co nie było potęgą, blaskiem, sławą, radością życia. W roległym labiryncie drzew, dom otaczających i gniazd
ludzkich pełnym, pogasły światła, pomilkły głosy, zapanował sen. U
okna otwartego na modrzewie i akacye, przy lampie, którą oblatywały
drobne motyle nocne, Seweryna wpatrywała się w wizerunek człowieka,
o którym nie mogła pzrestać myśleć. Myśl o nim krzesała w niej
gorącą iskrę niewiadomego pochodzenia. Brwi jej ściągnęły się do
skupionej uwagi, a na ustach zawisł uśmiech niedowierzający. Z
doskonale wykonanego wizerunku patrzyły na nią oczy mądre i
chłodne, a wśród delikatnie zarysowanego owalu twarzy, cienkie
wargi drgały uśmiechem ironicznym; lecz na kształtnem czole,
okrytem blaskiem myśli, leżała śród brwi zmarszczka bolesna i
rzucała na twarz całą rys zamkniętego w dumnem milczeniu
cierpienia. Z młodzieńczej tej twarzy biły: mądrość, duma, ironia -
i nie było w niej szczęścia, ani dobroci. W zamian, z za jej chłodu
i dumy przeglądało coś z tych wiecznych tęskności, które zalewają
spody dusz marzycielskich, i coś z tych gniewów, które je
przepalają, gdy świat zjawisk, ani świat myśli, ani świat uczuć,
rojeniom i pragnieniom ich zadość uczynić nie mogą. Ręce z wizerunkiem na kolana opuszczając, pomyślała, że...
nic dziwnego. Nic dziwnego, że dziecko to pokochało tego pięknego,
mądrego człowieka, i że zapomnieć o nim nie mogło. Wiedziała, jakiem ciepłem serdecznem i jaką delikatnością
starań Tadeusz Rodowski otaczał Henrykę wówczas, gdy na dalekim
południu śmierć przybliżała się do ukochanej jej matki. Wiedziała,
że w jakiś wieczór letni, nad brzegiem południowego jeziora, w
ogromnym szumie wodospadu, ogarnął ich płomień momentu takiego, o
jakim zapomnieć zawsze nie łatwo, czasem niepodobna. Osieroconym i
zranionym ptakiem Henryka pod dach jej zleciała, pozostawiając za
sobą mogiłę matki i nadzieję szczęścia. Zginęła jej też, w dalekiej
podróży, rzecz nieprzepłacona: wiara w pawdziwość i trwałość uczuć
ludzkich. I ani cisza jej domu, ani ciepło jej serca, ani przyroda,
ani sztuka, nie mogły dotąd ukoić serca, w którem z krótkiego
kochania sączyły się nieustannie łzy bólu i sroższe od nich
uśmiechy zwątpienia. Serce to było zbyt młode, ze strażami zbyt
słabo jeszcze umocowanemi, aby zwycięsko zwalczać mogło ponure
czynniki życia. Przywykła na widok cierpień ludzkich do zapytywania u
serca, rozumu, sumienia: co czynić? - Seweryna myślała długo, aż u
okna otwartego na modrzewie i akacye, w świetle lampy, którą
oblatywały motyle nocne, stanęła z powziętym w myśli zamiarem.
Wiedziała już co uczyni. Spróbuje naprawić to, co pękło w ręku może
kaprysu albo przypadku. W zamiarze swym widziała jasno to marzycielstwo
nieśmiertelne, które ją samą wytrąciło z kolei powszednich i losy
jej uczyniło niepodobnymi do innych. Daremnie płynęły po niem
gorzkie wody życia; trwało, jak trwać musi ręką Boga naciągnięta w
duszy ludzkiej struna. Trwało i, wiecznie czepiając się blasków
górnych, zrywało się do walki z ciemnemi marami świata. Własne jej
szczęście pękło w nim, jak zdeptana perła, a górne blaski umykały z
dłoni. Wątła z niej prządka, z kądzieli ideału snująca nić złotą,
którą wciąż nożycami nieubłaganemi przecina Parka, siedząca na
nieskruszonej skale rzeczywistości... Tak myślała - i nagle ogarnęło ją zdziwienie. Nawykła do
pilnego rozpatrywania się w pobudkach zamiarów swych i czynów,
odkryła wśród tych, które w tej chwili nią rządziły, jedną,
niespodziewaną i tak niejasną, że zaledwie rozpoznać ją mogła.
Jakkolwiek gorącem było współczucie jej dla cierpiącej, blizkiej i
drogiej istoty, łączyła się z niem głucha chęć spojrzenia w głąb
duszy niezwykłej i tajemniczej, głuche pragnienie wyrwania się z
koła codzienności ku blaskom i płomieniom rzeczy odległych,
niezwykłych. Człowiek, którego wizerunek trzymała w ręku, stawał
przed wyobraźnią jej w postaci zagadki, wydawał się jej
upostaciowaniem samej jednej tylko, niestrudzonej, dumnej, zimnej
myśli; a przecież oko przenikliwe wyczytywać w nim mogło, również
jak myśl nieubłagane i dumne, cierpienie. Dla woli i świadomości
tajemnie, pomimo świadomości, pomimo woli, na ustach jej ponsowych,
jak dojrzała jagoda kaliny, drgały pytania: kim jesteś? Skąd uderza
źródło twego bólu? Dlaczego lekceważąco czy lekkomyślnie upuszczasz
z rąk róże, strząsasz z serca krople napojów rajskich? Jak ze snu obudzona, podniosła schmurzone czoło. Czyliż
człowiek nigdy nie może do ostatka samego siebie od siebie
odtrącić? Czyż te nawet dusze, które najgoręcej oddane są gwiazdom,
wzdychać jeszcze muszą ku prochom drobnym i marnym? Czyż zawsze
złoto uczuć musi zawierać w sobie przymieszkę lichego metalu? Ciemność i cisza napełniały wielkie pokoje domu. W takich
ciemnościach czepiają się po ścianach ćmy pomarłych nadziei i pod
sufitami łopoczą nietoperze zwątpień; na takich ciszach kołyszą
się, jak na całunach, melancholie bezdenne i marzenia tęskne... W pobliżu Lsna szemrała kryształowo; w oddali Bór-Lada
toczył posępną gamę szumu. I szły od niewidzialnej w ciemnościach
puszczy westchnienia przeciągłe, wołania niewyraźne, szelesty,
szmery, coś, jakby lekkie po mchach stąpania łani - coś, jakby
konające w odległościach echowych brzmienia dzwonu.