Rozdział 1
Nie bał się.
Znał tutaj każdy kąt. Poniemiecka kamienica, w której się wychował, stała przy sąsiedniej ulicy. Trafiłby pod jej bramę z zamkniętymi oczami.
Riki nie pamiętał rodzinnego Wejherowa. Kochał Orunię ślepo, jak kocha się ojczyznę albo pierwszą dziewczynę. Inni się jej bali i unikali, ale on czuł się tu jak ryba w wodzie.
Na miejsce spotkania wybrał błotniste klepisko ukryte za garażami na skraju lasu. Pomiędzy drzewami przeświecała przesieka, którą w razie potrzeby mógłby uciec. Stał przy niej wprawdzie zardzewiały znak ślepej uliczki, ale miejscowi wiedzieli, że zaczynał się tutaj leśny dukt prowadzący do drogi koło ogródków działkowych.
Wyjrzał przez opuszczoną szybę samochodu, jednak nie zauważył niczego podejrzanego.
Ci, którzy nie znali skrótu przez las, byli przekonani, że w ten zakątek da się dostać tylko lokalną szosą przecinającą bezkresne pola Żuław. Ze swojej kryjówki Riki mógł dostrzec każdy samochód jadący od tej strony.
Długo wytężał wzrok, ale droga wciąż była pusta. W końcu ujrzał poruszający się w oddali punkcik, który rósł w oczach, aż wreszcie przybrał kształt pędzącego auta. Kiedy skręciło w stronę klepiska, Riki był już w stanie rozpoznać jego markę.
Srebrne BMW rozpryskało rozlane po ostatnich ulewach kałuże i zatrzymało się kilkanaście metrów przed nim, w cieniu kępy drzew.
Riki dotknął ukrytej w kieszeni broni. Chłód metalu nieco go uspokoił, choć serce nie chciało zwolnić. Przełknął ślinę i poczekał, aż z Beemki wysiądzie jej kierowca. Wydawało mu się, że trwa to nieskończenie długo.
Odetchnął głęboko, gdy drzwi wreszcie się otworzyły. Potężnie zbudowany mężczyzna w czarnym dresie wyskoczył zza kierownicy, rozejrzał się i ruszył w jego stronę. Dyszał ciężko, jakby biegł tutaj przez całą drogę.
Riki otworzył drzwi. Wysiadł i stanął koło samochodu, nie wypuszczając ukrytego w kurtce pistoletu.
Kierowca Beemki zatrzymał się dwa kroki przed nim. Krople potu spływały mu po wygolonej czaszce i masywnej szyi, niknąc za kołnierzem dresu. W zbielałych od kurczowego uścisku palcach trzymał komórkę; zdawało się, że ją zaraz zmiażdży.
Riki nie dał mu złapać oddechu.
- Gadaj! - rzucił niecierpliwie.
- Zajebali... zajebali Dzikusa na parkingu. Jego żona mocno oberwała.
- Co ty pierdolisz, Sygnet? Jak to się stało?
- Pięć minut wcześniej Dzikus kazał mi przywieźć coś do picia. Automat z colą w klubie był zepsuty, a jego córce zawsze chce się pić, jak wraca z koni.
- I nic nie widziałeś?
- Nic, kurwa. Nic! Ale to musieli być cyngle od Melby, nie?
- A kto inny? Mów dalej!
- Kiedy wróciłem, na parkingu była już kaszana. Ktoś dzwonił po psy i karetkę. Dzikus... - Sygnet machnął tylko ręką, w której trzymał komórkę. - Jego żona jeszcze żyła, ale dobrze to nie wyglądało. Obok leżała jakaś dziewczynka w stroju na konie. Dostała prosto w czoło. Wtedy skumałem, że córka Dzikusa może jeszcze być w klubie. Wbiłem do środka i przeleciałem przez padok, żeby...
- Przez co?
- No, ten plac, gdzie konie chodzą.
- Sygnet, skąd ty, kurwa, wiesz, jak to się nazywa? - spytał z niedowierzaniem Riki.
- Nieważne. Wiem i już. Mała skończyła właśnie lekcję i poszła do szatni. Zgarnąłem ją stamtąd i spierdoliłem tylnym wyjściem. Tyle co zdążyłem do ciebie przekręcić.
- Ona wie? Że Dzikus i jej matka...
- Nie. Chyba się nie domyśla, ale powiedziała mi, że widziała paru typów w kominiarach, którzy przeszli przez klub, kiedy ćwiczyła.
Obaj drgnęli mimowolnie na dźwięk dzwoniącej komórki. Sygnet przyłożył telefon do ucha, jakby kładł kompres na obolałej skroni. Po wysłuchaniu krótkiego pytania zaczął wyrzucać do słuchawki urywane zdania.
- Na Oruni, na jakimś zadupiu. Nie... Nie, przecież mówię! Pilnowałem się. Nikt za mną nie jechał! Dokąd? - Potarł czoło, starając się nie zapomnieć niczego z przekazywanej instrukcji. - Ten domek za Sztutowem? Kojarzę. Mamy ją tam zawieźć? Jak to kto? No my. Z Rikim. Jest tu ze mną. Mieliśmy dziś wieczorem iść razem na jedną robotę...
Nagle oderwał komórkę od ucha.
- Grzywa chce z tobą mówić.
Riki z ociąganiem puścił ściskaną w kieszeni broń i wziął Nokię od Sygneta. Wilgotna od potu komórka o mało nie wyślizgnęła mu się z palców.
- Tak, szefie? - rzucił.
Grzywa był prawą ręką Dzikusa. Ponoć kumplowali się od poprawczaka, w którym obiecali sobie, że kiedyś będą rządzić Trójmiastem.
- Riki, co ty tam, kurwa, robisz?
- Mieliśmy jechać...
- Dobra, chuj z tym! Gadałeś już z Sygnetem?
- Wiem, co się stało z Dzikusem. I że jego córka jest cała. Posłuchaj... Mogę ją zabrać do tego domku. Sygnet kompletnie nie czai dzieciaków.
- Zamknij ryj! - warknął Grzywa. - Powiedziałem, że to Sygnet ma jej pilnować, odstawić ją w bezpieczne miejsce i tam na mnie czekać.
- A ja? Nie będę przecież siedział w domu na piździe!
- Racja - zgodził się Grzywa po krótkim namyśle. - Jedź na miasto, ale tak, żeby każdy pies w Gdańsku cię zauważył. Odwracaj uwagę od Sygneta, rozumiesz?
- Tak.
Połączenie urwało się tak nagle, że Riki nie był pewien, czy Grzywa zdążył jeszcze usłyszeć jego odpowiedź.
- Masz broń? - zapytał, oddając komórkę jej właścicielowi.
- Mam. Do tego kosę, bejsbola, bransolety... - Rozszerzone źrenice Sygneta błyszczały, jakby miał się zaraz rozpłakać.
Riki przyjrzał mu się uważnie.
- Brałeś coś?
Sygnet uciekł wzrokiem w bok.
- Wczoraj w nocy. U Chemika. Zrobił coś nowego i dał mi spróbować.
- Białe? I jeszcze cię trzyma?
- Nie. Jakiś kwas. Właściwie to chyba kaktus. Z Meksyku.
- Pojebało cię? - Riki uniósł wysoko brwi. - Ze smokami chciałeś sobie pogadać?
- To było dla jaj... Skąd mogłem wiedzieć, że dostanę takiej jazdy? - Sygnet schował komórkę do kieszeni dresu i nerwowo wyłamał palce. Strzyknięcie odbiło się głośnym echem od ślepego muru garaży.
- Ja pierdolę... Możesz prowadzić? - upewnił się Riki.
- Mogę. Tylko jak zamykam oczy, robi mi się mgła w mózgu i zaraz potem mam pojebane schizy.
- Na przykład jakie?
- Na przykład gadam z moim starym.
- Co w tym pojebanego?
- W życiu go nie widziałem. Umarł, zanim się urodziłem.
Riki podrapał się po głowie.
- Zaraz... Skoro go nigdy nie widziałeś, to skąd wiesz, że to on?
- Po prostu, kurwa, wiem. Tak to gówno działa.
- Dasz radę! - Riki zerknął na zegarek. - Drogi są puste, bo wszyscy teraz oglądają mecz.
- Co za mecz?
- Na jakim ty, kurwa, świecie żyjesz? Ze Szwecją. Wystarczy nam remis i zagramy w barażach.
- Nie lubię piłki.
Sygnet zawrócił w stronę Beemki. Riki ruszył za nim, ponownie kładąc dłoń na pistolecie w kieszeni kurtki.
- Gdzie jest mała? - zapytał.
- Z tyłu.
Riki podszedł do samochodu, próbując coś dostrzec przez przyciemnione szyby. Otworzył tylne drzwi i z niedowierzaniem spojrzał na puste siedzenia.
- Tu jej nie ma.
- W bagażniku.
- Jezu, Sygnet... Czyś ty ochujał? Przecież może się udusić. Wypuść ją w tej chwili!
Sygnet wzruszył ramionami. Otworzył klapę i gwałtownie wrzasnął, płosząc parę wron z pobliskiego drzewa.
Riki dostrzegł w bagażniku szybko poruszające się ciało, przypominające małą panterę gotową walczyć o życie pazurami, a także - sądząc po krwawym śladzie na dłoni Sygneta - zębami. Ostrożnie sięgnął do środka i postawił wierzgającą dziewczynkę na klepisku.
Córka Dzikusa przywarła plecami do boku samochodu. Była ubrana w dżinsy i dresową bluzę, a na głowie wciąż miała przekrzywiony toczek. Rozejrzała się z wściekłością, mrużąc odwykłe od światła oczy.
Riki pomyślał, że w tej rozjuszonej pozie bardzo przypomina ojca.
- Zwariowałaś? - wysapał Sygnet, rozcierając ugryzioną rękę. - Przecież to ja!
Riki delikatnie dotknął jej ramienia.
- Jestem od twojego taty. Ten... - zerknął na mamroczącego pod nosem przekleństwa Sygneta - ...wujek zawiezie cię w jedno miejsce. Na pewno się polubicie.
- Mama i tatuś tam będą? - zapytała nieufnie. Odwróciła się, wyjęła z bagażnika misia, który towarzyszył jej podczas podróży, po czym wtuliła się w jego pobrudzone pluszowe futerko.
Riki sięgnął do kieszeni. Ominął broń i poszukał głębiej paczki z papierosami.
- Spotkacie się później - skłamał. - Wskakuj do środka. Szkoda czasu.
Sygnet zamknął drzwi za dziewczynką. Pomasował dłoń, po czym wsiadł do samochodu, nie patrząc na zaciągającego się papierosem Rikiego. Wyglądał, jakby układał w głowie słowa pożegnania, ale w końcu po prostu uruchomił silnik i odjechał tą samą drogą, którą kilka minut wcześniej tu trafił.
Riki odprowadził wzrokiem malejącą kropkę Beemki, aż ta zniknęła w morzu pól za horyzontem. Odrzucony przez niego niedopałek przeleciał lotem mikroskopijnej komety nad klepiskiem i z cichym sykiem wylądował pośrodku kałuży.
Riki wydmuchał resztkę dymu, po czym zaczął iść w stronę samochodu. Nie rozglądał się. Znał tutaj każdy kamień.
Wiedział, że jest bezpieczny.
* * *
Edek Szarabajka miał w sobie coś z Napoleona Bonaparte.
Odkąd pamiętał, zawsze był najniższy: w przedszkolu, podstawówce, na studiach, a także w redakcji radia Nord, gdzie pracował od kilku lat. Jego mikry wzrost stanowił odwieczny powód docinków, dar zapadania w krótkie drzemki okazał się natomiast dla niego błogosławieństwem. Podobnie jak Napoleon, znany ze zwyczaju zasypiania na chwilę przed ważnymi bitwami, Edek potrafił odpoczywać w każdym miejscu.
Półminutowy letarg, w który zapadł, gdy skończył czytać lokalny serwis informacyjny, nie był niczym niezwykłym. Zawsze umiał się z niego szybko wybudzić, udając, że tylko przymknął na moment oczy.
Edek skupił się na słowach siedzącego po drugiej stronie stołu didżeja.
- ...dwieście osiemdziesiąty drugi dzień roku. Imieninowe życzenia przyjmują Arnold i Dionizy, a słońce zajdzie trzy minuty po osiemnastej. Przed nami najciemniejsza noc w miesiącu: Księżyc znajdzie się dziś pomiędzy Ziemią a Słońcem, przez co nie będzie widoczny gołym okiem. Zdaniem astrologów to dobry czas na rozpoczęcie nowych przedsięwzięć, bo marzenia i plany mają większe szanse się spełnić. Warto też medytować, a także oczyścić ciało i umysł. A czy nasi piłkarze spełnią dzisiaj swoje marzenie? Na razie po kwadransie gry na stadionie R?sunda wciąż nie ma bramek. Trzymamy kciuki za naszych, słuchając polskiej muzyki. Już za tydzień grupa Myslovitz wydaje nowy materiał. A my przypominamy piosenkę z poprzedniej płyty: To nie był film. Słuchacie radia Nord FM, zawsze na dobrej fali!
Didżej przesunął heble na stole realizatorskim, po czym puścił dżingiel bloku reklamowego.
Gdy Edek wyszedł ze studia, z końca newsroomu dobiegły go pierwsze takty Marsza imperialnego. Podbiegł do biurka, by otworzyć klapkę swojej Nokii.
- Oglądasz mecz? - Rozpoznał znajomy głos.
- Nie ma czego. Na razie chuja grają. Masz coś?
- Mogę mieć... O klubie jeździeckim w Sopocie i Dzikusie już słyszałeś?
Edek prychnął ironicznie w słuchawkę.
- Przed chwilą mówiłem o tym w serwisie. Pytam, czy masz coś, o czym nie wiem.
- Może... - Edek znał dobrze swojego informatora w wojewódzkiej komendzie policji i wiedział, że ten nie blefuje. Od dawna dostarczał mu cennych wiadomości, dzięki którym radio Nord cieszyło się opinią najlepiej zorientowanej redakcji w Trójmieście. - Ale co ja z tego będę miał?
- Wdzięczność naszych słuchaczy.
- Mów dalej...
- Dorzucę nową płytę Myslovitz. Nie targuj się, tylko dawaj, co masz. Wiadomo już, kto go zabił?
- Najwięcej na śmierci Dzikusa zyska konkurencja.
- Melba?
Edek często słyszał ten pseudonim od swojego informatora. Szef drugiego trójmiejskiego gangu, śmiertelny wróg Dzikusa, pracował kiedyś jako cukiernik. Przed zejściem na złą drogę był właścicielem najlepszej kawiarni i lodziarni na Monciaku.
- Sprawdzamy. To była zawodowa robota, prawdopodobnie kilku cyngli. Nie zostawili żadnych śladów, ale jedną rzecz skrewili.
Edek rozsiadł się wygodniej na redakcyjnym krześle.
- Zamieniam się w słuch.
- Wiesz, że zginęła jeszcze jedna osoba?
- Kto? Żona Dzikusa? Wasz rzecznik powiedział mi, że jest w szpitalu w ciężkim stanie.
- Nie. Dziesięcioletnia dziewczynka, córka dyrektora banku w Gdyni. Przyjechała akurat na lekcję jazdy konnej i miała cholernego pecha. Przechodziła koło samochodu Dzikusa, kiedy tamci wyciągnęli spluwy.
Edek zmarszczył brwi.
- Zastrzelili ją przypadkiem czy chcieli sprzątnąć świadka?
- Raczej myśleli, że to córka Dzikusa.
Edek wyprostował się na krześle. Ściszył głos, choć w sobotnie popołudnie newsroom świecił pustkami.
- On był tam ze swoją córką?
- A co? Myślałeś, że przyjechał z żoną oglądać zawody WKKW? Mieli odebrać małą z lekcji.
- Zaraz... Skoro gangsterzy zabili przypadkową dziewczynkę, co się stało z córką Dzikusa?
- I to u ciebie lubię najbardziej, Edek.
- Nienaganną dykcję?
- Nie, misiu... Potrafisz stawiać właściwe pytania. Nas to też zainteresowało. Instruktor, który miał zajęcia z córką Dzikusa, zeznał, że na ujeżdżalni nie słyszeli żadnych strzałów, ale zaraz po zakończeniu lekcji jakiś wielki facet w kominiarce wpadł do szatni i zabrał małą.
- Wiecie kto to? Mają tam monitoring?
- A skąd! - parsknął policjant. - W tym klubie nie zmieniło się wiele od czasów, kiedy ćwiczyło tam Hitlerjugend. Wiemy tylko, że dziewczynka zniknęła chwilę po tym, jak zabito jej ojca.
- Myślicie, że porwali ją cyngle od Melby?
- Możliwe. Albo któryś z żołnierzy świętej pamięci tatusia ją ewakuował.
Edek milczał przez chwilę, machinalnie śledząc niemrawą akcję piłkarzy na ekranie telewizora w kącie newsroomu. To, co przed momentem usłyszał, wydało mu się po stokroć ciekawsze.
- Edek? Jesteś tam? - zaniepokoił się informator.
- Jestem. Przepraszam, zamyśliłem się. Ile ona ma lat?
- Jedenaście. A na imię Liliana.
Edek chwycił firmowy długopis z logo radia Nord FM.
- Podaj mi jej rysopis. Wiesz, jak była ubrana?
* * *
Mężczyzna przemierzający korytarz gdańskiego szpitala uniwersyteckiego szedł krokiem tak pewnym, że gdyby nie elegancki garnitur, można byłoby go wziąć za tutejszego lekarza.
Ominął grupkę oczekujących na przyjęcie pacjentów, którzy tłoczyli się na parterze przed rejestracją. Nie tracił czasu na przyjazd jedynej czynnej windy. Wbiegł schodami na piętro, przeskakując po dwa stopnie.
Zignorował młodziutkiego posterunkowego i położył dłoń na klamce do drzwi oddziału ratunkowego.
- Chwileczkę! - Policjant popisał się świetnym refleksem jak na żółtodzioba i zasłonił ciałem wejście. - Dokąd to?
Mężczyzna w garniturze zmierzył go pobłażliwym spojrzeniem.
- Moje nazwisko: Dobrowolski - syknął.
- A moje Kowalczyk. - Posterunkowy przybrał pewną siebie pozę, jasno dając do zrozumienia, że nie ma zamiaru ustąpić intruzowi. - Nie może pan tutaj wejść!
- Kogo ja widzę? - wtrącił się starszy policjant, który niepostrzeżenie podszedł do nich z kubkiem kawy z automatu. - Pan prokurator Dobrowolski... junior - dorzucił, nie kryjąc złośliwości. - Co słychać u ojca?
Dobrowolski odsunął się od młodego posterunkowego.
- Wpuścicie mnie czy mam tu sterczeć do usranej śmierci?
- Miałem okazję poznać pańskiego ojca, zanim przeszedł na emeryturę. - Policjant oblizał mieszadełko do kawy. - Wielkiej klasy fachowiec, świetny sędzia. Nawet bandyci go szanowali. Rzadki przypadek, prawda?
- Nie przyszedłem tutaj rozmawiać o moim ojcu - odburknął prokurator. - Jedyną osobą, z którą mam ochotę porozmawiać, jest ranna z klubu jeździeckiego w Sopocie.
Policjant wytrzymał spojrzenie Dobrowolskiego, po czym dał znak blokującemu wejście młodszemu koledze, by ten się odsunął.
- Oczywiście, panie prokuratorze - zaczął łagodnym głosem, który szybko przeszedł w sarkazm. - Zapraszamy do lekarza dyżurnego, ale uprzedzam, że chyba wiem, co pan od niego usłyszy...
Drzwi oddziału uchyliły się jak za wypowiedzeniem magicznego zaklęcia. Mężczyzna, który w nich stanął, miał zmęczoną twarz i zbyt duży kitel.
- Co tu się dzieje? - zapytał.
- Proszę pozwolić... - Starszy z policjantów podjął się prezentacji. - Prokurator Przemysław Dobrowolski. Próbujemy właśnie wytłumaczyć, że przesłuchanie świadka jest niemożliwe.
- Właśnie! - Posterunkowy nie pozwolił zapomnieć o swojej obecności.
- Proszę mi nie mówić, co jest możliwe, a co nie - odciął się prokurator. - Za tymi drzwiami leży kobieta, która widziała zabójców dwóch osób. Muszę ją przesłuchać! Od tego zależy...
- Niech się pan, z łaski swojej, opanuje - przerwał Dobrowolskiemu lekarz dyżurny. - Naszym pacjentom te krzyki są w zasadzie obojętne, ale przeszkadzają ludziom, którzy próbują ich ratować. Rozumiem, że wykonuje pan swoją pracę. Obawiam się jednak, że panowie z policji mają rację. Nie przesłucha pan tej kobiety.
Dobrowolski nie zdążył nic odpowiedzieć, bo lekarz zdecydowanie pociągnął za klamkę, rzucając przez drzwi tuż przed ich zatrzaśnięciem:
- Nikomu jeszcze nie udało się przesłuchać zmarłego.
* * *
Położona przy sopockiej plaży willa była zaskakująco gustownie urządzona. Na ścianach przestronnego gabinetu wisiała kolekcja przedwojennych map żeglarskich. Półki biblioteki w stylu art déco zapełniał imponujący księgozbiór, a skórzane fotele klubowe oraz biedermeierowski szezlong zachęcały do odpoczynku w cieple rozpalonego kominka.
Wystrój wnętrza nie zajmował jednak w najmniejszej mierze pięciu mężczyzn siedzących w bezruchu wokół stołu. Wszyscy wpatrywali się w gospodarza, który wszedł do gabinetu i usiadł na ostatnim wolnym krześle, a następnie ostrożnie odstawił filiżankę na koronkową serwetę.
Powietrze oprócz ciszy wypełnił intensywny, korzenny zapach.
Melba upił łyk kawy. Przez chwilę spoglądał przez wielkie okno tarasu na ogród, zza którego prześwitywał morski horyzont.
- Co wiecie? - spytał.
Zebrani milczeli. Zdawali sobie sprawę, że tak naprawdę była to zachęta tylko dla jednego z nich.
Kaptur również się tego domyślił.
- Dzikus nie żyje - odezwał się. - Jego żona jest w szpitalu.
Melba wpatrywał się badawczo w swojego najwierniejszego żołnierza.
- Co z ich córką?
- Przepadła jak kamień w wodę.
W młodości Kaptur zapowiadał się na świetnego sztangistę. Niestety głupia wpadka dopingowa odebrała mu szansę wyjazdu na igrzyska w Seulu. To wydarzenie złamało jego karierę sportową, ale otworzyło przed nim nowe możliwości. Po dyskwalifikacji wraz z wieloma niespełnionymi bokserami i karatekami zaczął świadczyć Melbie drobne usługi. Najczęściej chodziło o mediacje w sporach, w których siła i masa stanowiły rozstrzygający argument. Były sztangista szybko zwrócił uwagę Melby. Kaptur na tle pozostałych osiłków wyróżniał się nie tylko rozwiniętymi ponad miarę mięśniami czworobocznymi, od których wzięła się jego ksywka, lecz także inteligencją i skrupulatnością.
Melba jako jedyny znał jego największą tajemnicę. Kaptur był impotentem; ta kłopotliwa pamiątka pozostała mu z czasów uzależnienia od enerdowskich sterydów. Był to powód, dla którego Melba wyznaczył go do nadzorowania agencji towarzyskich. Poprzednicy Kaptura nie potrafili zrozumieć, że ochrona tego świetnie prosperującego interesu nie oznacza całonocnego gwałcenia pracownic, zwieńczonego biciem i wyrywaniem włosów. Po takich wizytach dziewczyny długo nie nadawały się do pracy, a biznes podupadał. Lubiący porządek Melba bardzo się tym irytował.
Kaptur raz na zawsze wybił jego ludziom z głowy sadystyczne ciągoty. Gdy jeden z nich źle potraktował prostytutkę pracującą w motelu przy obwodnicy, kazał, by delikwentowi ściągnięto spodnie, i osobiście polał mu jądra wrzątkiem. Od tej pory każdego z chłopaków Melby ochraniających trójmiejskie burdele można było stawiać za wzór dżentelmena.
- Pismaki już wiedzą - kontynuował Kaptur. - W radiu trąbią o tym, że odstrzelono przypadkowe dziecko, które przechodziło koło fury Dzikusa. Wieczorem cały kraj się dowie z telewizji. Będzie duży dym.
Zapadłą po tych słowach ciszę przerwał sygnał wiadomości tekstowej.
Spojrzenia wszystkich przy stole ponownie zawisły na Kapturze. Był on jedyną osobą, która miała prawo mieć włączoną komórkę na spotkaniach z Melbą.
- Cynk ze szpitala. - Kaptur odczytał SMS-a. - Żona Dzikusa nie żyje.
Melba delikatnie przejechał opuszkami palców po cienkiej porcelanie filiżanki. Czekał na tę chwilę dziesięć długich lat. Jego śmiertelny rywal, który bruździł mu w interesach i od czasu do czasu zabijał jego najlepszych ludzi, leżał sztywny w kostnicy. Melba powinien cieszyć się i świętować, pijąc z siedzącymi przy stole kompanami francuskiego szampana, ale był daleki od euforii. Czuł, że Kaptur miał rację. Dzisiejszy triumf mógł zostać okupiony wysoką ceną, którą przyjdzie mu szybko zapłacić.
- Przekażcie każdemu z waszych ludzi, że mamy od teraz wojnę - powiedział ponuro. - Nikt nie może się ruszyć na miasto bez broni, nawet jeśli chce tylko wyjść do sracza na podwórku. Macie natychmiast podwoić ochronę w naszych lokalach. Spece od fajerwerków muszą sprawdzać każde miejsce, do którego wchodzimy. Gdy tylko zauważycie coś podejrzanego, najpierw spuszczacie wpierdol, a potem pytacie, o co chodzi. Zrozumiano?
- Jeszcze jedno... - odważył się wtrącić Kaptur. - Psy mają podobno wtykę u Dzikusa.
- Wiadomo, kto to może być? - spytał Melba.
Kaptur pokręcił bezradnie głową.
- Znajdźcie córkę Dzikusa. - Melba się podniósł, zabrał ze stołu filiżankę, a następnie wyszedł z gabinetu.
Kaptur i pozostali gangsterzy popatrzyli po sobie w milczeniu, wdychając rozchodzącą się w powietrzu woń kawy.
* * *
Sygnet oderwał dłoń od kierownicy i przetarł powieki. Zmuszał się, by nie zamykać oczu nawet na chwilę, bo mogło to skończyć się wybuchem fajerwerków pod wygoloną czaszką.
Riki miał rację. Ruch na drodze był mały, ale tym bardziej starał się pilnować, ciągle popatrując we wsteczne lusterko. Na razie nic nie zwróciło jego uwagi.
Ominęli rafinerię i zaczęli się przemykać bocznymi szosami na wschód. Obserwując zostawianą za Beemką drogę, przyglądał się też pasażerce na tylnym siedzeniu. Dotąd widywał ją rzadko i z daleka, gdy towarzyszyła ojcu. Odziedziczyła po Dzikusie ostre, nieczęsto spotykane u dziecka rysy. Miała bystre, uważne oczy matki.
Od wyjazdu z Oruni siedziała z obrażoną miną, ostentacyjnie się na niego gapiąc. Sygnet czuł, jak uwiera go wbite w tył głowy spojrzenie.
- Fajny misiek - zagadnął, szukając jej wzroku w lusterku. - Ma jakieś imię?
Lilka nie odzywała się tak długo, że zdążył się już skląć w duchu za tak głupią próbę nawiązania rozmowy.
- Pyza - szepnęła wreszcie, gdy przejechali kilometr lub dwa.
- Co?
- Tak się nazywa mój miś. Ale nie wszystkim od razu pozwala tak do siebie mówić.
- Taki nieufny?
- Bardzo!
- Już go lubię. - Sygnet się skrzywił. Od biedy można było ten grymas uznać za uśmiech. - W takim razie będę do niego mówił pan Pyza, okej?
- Niech będzie. Daleko jedziemy?
- Niedaleko.
- Do rodziców? Tak jak powiedział tamten wujek?
- Dobrze, że zdążyłaś zabrać z szatni pana Pyzę - spróbował zmienić temat. Nie wiedział, czy mu to zręcznie wyszło, ale Lilka nie wróciła już do pytania.
Przez chwilę tarła w zamyśleniu nos, aż w końcu odezwała się kapryśnie:
- Nudno tak jechać i jechać. Włącz radio. Chcę jakąś muzykę.
Sygnet zerknął na samochodowy zegarek koło radioodtwarzacza.
Minęła pełna godzina. W każdym serwisie radiowym pewnie mówiono właśnie o śmierci ojca dziecka, które wiózł na tylnym siedzeniu.
- Wolę ciszę - powiedział.
- Dziwny jesteś, wujku.
- Nie mów tak do mnie. Nie jestem twoim wujkiem.
- To jak mam mówić? Tamten drugi wujek powiedział do ciebie Sygnet. Dlaczego?
- To tylko taka ksywka. Mam na imię Szymon.
- Strasznie dziwnie. - Lilka przekrzywiła głowę. - Jak w kościele...
- Możesz mi mówić Szymek. Tak na mnie wołali w szkole.
- Brzmi lepiej. Panie Pyzo - podniosła misia w stronę fotela kierowcy - to jest Szymek.
Sygnet skinął mu uprzejmie i ponownie przetarł oczy. Nadeszła znienawidzona przez niego pora jesiennego dnia: krótki moment przed zmierzchem, kiedy wszystko zdawało się tonąć w szarości. O wiele bardziej lubił noc, której ciemności setki razy ratowały mu tyłek.
- Przepraszam, że cię ugryzłam - odezwała się Lilka.
- Spoko. Jakoś przeżyję ten afront.
- Afro... Co? Co to znaczy?
- To jest takie jakby... Coś przykrego.
- Skąd wiesz?
- Lubię krzyżówki. Kiedyś miałem dużo wolnego czasu. Z nudów rozwiązywałem wszystko, co drukowali.
Jechali przez płaski jak kartka krajobraz. Sygnet nadłożył drogi, starając się omijać główne trasy. W razie pościgu lub blokady mógł próbować ucieczki przez ciągnące się kilometrami polne ścieżki, dopóki wytrzyma zawieszenie Beemki albo nie pęknie opona.
- Głodna jestem - poskarżyła się Lilka.
- Poczekaj - poprosił. - Za niecałą godzinę będziemy na miejscu.
- Nie! - wrzasnęła nagle, aż się skulił. - Masz się natychmiast zatrzymać!
Sygnet zaklął w duchu. Pożałował, że nie zostawił Lilki w bagażniku.
- Dobrze. Co najbardziej lubisz jeść? - zapytał, próbując zyskać na czasie.
- Omlety. Z dżemem.
- Z dżemem? Jakim konkretnie?
- Truskawkowym.
- Zobaczę, co da się zrobić. Możemy stanąć na chwilę na stacji benzynowej.
- Tu masz stację. - Lilka wskazała na rozświetlony w zapadającej szarówce neon Petrochemii.
- Tak, ale poszukam czegoś mniejszego, gdzie nie ma tylu ludzi. Wtedy szybciej zrobią ci jedzenie.
Trzymając kierownicę jedną ręką, Sygnet obrócił mapę, otwartą na stronie z okolicą, przez którą przejeżdżali.
- Zaraz będzie inna stacja. Tam się zatrzymamy.
* * *
Dobrowolski przystanął za progiem gabinetu, zmrużył oczy i chłonął dzwoniącą w uszach ciszę. Potrzebował chwili skupienia, by zebrać myśli po wizycie na miejscu zabójstwa w Sopocie i bezowocnej wyprawie do szpitala.
Egzekucja Dzikusa, za którą najprawdopodobniej stał jego największy mafijny konkurent, oznaczała wybuch wojny totalnej pomiędzy trójmiejskimi gangami. Co gorsza, otumanione amfetaminą i zatrute sterydami półmózgi zabiły dziś dziecko. Dobrowolski wiedział, że opinia publiczna będzie oczekiwała od niego natychmiastowych i zdecydowanych działań. Każda kolejna strzelanina albo bomba podłożona w odwecie za śmierć Dzikusa zostanie drobiazgowo opisana przez dziennikarzy, gotowych skrytykować nieskuteczność działań prokuratora. Żaden z nich nie będzie brał pod uwagę czasu, jaki przyjdzie mu zmarnować na prowadzenie za rękę policjantów, równie źle opłacanych i zdemotywowanych co on. Nikogo nie wzruszą tłumaczenia o biurokracji oraz lokalnych układzikach, czyli przeszkodach, z którymi mierzył się podczas każdego śledztwa.
Dobrowolski siadł za biurkiem, kolejny raz dziękując losowi, że okna jego gabinetu wychodzą na parking na tyłach budynku prokuratury. Nie wyobrażał sobie urzędowania po przeciwnej stronie, z widokiem na głośną, wiecznie zatłoczoną ulicę, z której prawie trzydzieści lat wcześniej stoczniowcy ciskali kamienie i butelki z benzyną. Po tamtych wydarzeniach gmach komitetu wojewódzkiego, w którym mieściła się obecnie siedziba prokuratury okręgowej, został przebudowany, zyskując między innymi szpetny, płaski dach. Legenda głosiła, że w razie kolejnych rozruchów partyjni urzędnicy mieliby być z niego ewakuowani helikopterem.
Drzwi gabinetu otworzyły się tak gwałtownie, że Dobrowolskiemu nie przyszło nawet do głowy, by spróbować ucieczki na dach. Było jasne, że żaden helikopter nie zdoła go ocalić przed gniewem Sawickiego, szefa gdańskiej prokuratury, który wpadł do środka niczym rozjuszony byk.
- Ma pan mi może coś do powiedzenia? - wydyszał.
Dobrowolskiego korciło, by wykorzystać tę zachętę do wygłoszenia długiej litanii uwag pod adresem przełożonego, ale zdołał się pohamować.
"Jesteś dinozaurem ze styropianu - pomyślał cierpko. - Twój gatunek kiedyś wyginie. Albo przejdzie na emeryturę".
Dzieliło ich wszystko, poczynając od różnicy wieku. Sawicki był dawnym opozycjonistą; internowany i szykanowany w stanie wojennym, po upadku komuny zrobił błyskawiczną karierę w prokuraturze. Przez dekadę wiernie służył trzeciej Rzeczpospolitej, dbając jednocześnie, by w podległym mu urzędzie nie objawił się przypadkiem ktoś mogący zagrozić jego pozycji. Szybko dał się poznać jako niezwykle zaangażowany etosowiec i wyjątkowo marny fachowiec.
Pod kierownictwem Sawickiego prokuratura okręgowa oraz podległe jej rejony na dobre ugrzęzły w marazmie. Dobrowolski doświadczał tego stanu rzeczy od ponad roku, kiedy to przejął obowiązki naczelnika Wydziału do spraw Zwalczania Przestępczości Zorganizowanej. Jego dwóch poprzedników zrezygnowało z tej funkcji. Oficjalna wersja głosiła, że stały za tym powody osobiste. W rzeczywistości najzwyczajniej w świecie mieli dosyć swojej pracy.
- Nie zapyta pan o pierwsze ustalenia? - odgryzł się Dobrowolski, choć w sprawie zabójstwa w Sopocie nie mógł jeszcze pochwalić się żadnym sukcesem.
- Proszę darować sobie sarkazm! Tym razem - Sawicki dobitnie zaakcentował te słowa - sprawa jest poważna!
Dobrowolski zwykle puszczał podobne uwagi mimo uszu. Wiedział, że poza powtarzanymi w kółko połajankami nie grożą mu żadne konsekwencje. Sawicki był zbyt rozsądny, by pozbywać się jedynego prokuratora, któremu jeszcze choć trochę się chciało.
Szybko zrozumiał, dlaczego za każdym razem trafiały do niego najbardziej śmierdzące sprawy, takie jak dzisiejsze zabójstwo. Jego przełożony potrzebował kogoś do odwalenia brudnej roboty, o której sam nie miał pojęcia. Z punktu widzenia Sawickiego był to idealny układ: zawsze mógł wypiąć pierś do pochwał w razie sukcesu lub wskazać winnego, gdyby podwładnemu powinęła się noga.
W zdenerwowanym głosie szefa zabrzmiała jednak nuta, która zaniepokoiła Dobrowolskiego.
- Co ma pan na myśli? - zapytał.
- Wczoraj dostałem materiały, w których padają zarzuty pod pańskim adresem - odpowiedział Sawicki. - Bardzo mocne.
- Co takiego? - Dobrowolski pomyślał w pierwszej chwili, że się przesłyszał. - Wierzy pan donosom?
- Nie. - Sawicki nachylił się nad biurkiem. - Ale nie mogę zignorować tego zgłoszenia. Ktoś powołał się na śledztwa, które pan prowadził, i podał szczegóły, jakich nie zna człowiek z ulicy. Poza tym zarzuca się panu przyjęcie korzyści majątkowej w zamian za...
- Nie jestem pierwszym ani ostatnim człowiekiem w firmie, którego pomawia się o łapówkę! - przerwał szefowi zirytowany Dobrowolski. Zwykle tego rodzaju absurdalne oskarżenia odkładano ad acta lub co najwyżej kierowano do wewnętrznego postępowania wyjaśniającego.
- Powtarzam: wygląda to wiarygodnie - nie dał się przekonać Sawicki. - Dlatego muszę przesłać te materiały do prokuratury apelacyjnej. Niech oni zdecydują, co dalej. Do tego czasu nie będą panu przydzielane nowe sprawy.
- A zabójstwo Dzikusa?
- W poniedziałek przekażę śledztwo innemu prokuratorowi.
- To czym mam się teraz zajmować? - wyjąkał Dobrowolski.
Sawicki otarł spocone czoło.
- Proszę się skupić na zakończeniu spraw pozostających obecnie w pańskim referacie - polecił.
Dobrowolski zwiesił bezsilnie głowę. Nie dbał o rzucone anonimowo podejrzenia, ale brak zaufania zapiekł go do żywego, jakby wyrwano mu bez znieczulenia niezmiernie ważną część duszy.
- Niechże pan, do cholery, zrozumie! - Sawicki nieudolnie spróbował podnieść go na duchu. - Gdyby informacje z tego zgłoszenia trafiły do dziennikarzy... Nawet nie chcę o tym myśleć! Po prostu na pewien czas zejdzie pan z pierwszej linii. Musimy się liczyć z opinią publiczną!
- A ja myślałem, że liczą się statystyki... - Dobrowolski dał upust tłumionej miesiącami frustracji.
"Kogo one obchodzą? - odpowiedział sam sobie w myśli. - Tutaj kariery robią bierni, mierni, ale wierni".
Przeklął swoją ambicję, cechę rzadko spotykaną w gabinetach gdańskiej prokuratury. Powinien dać sobie spokój: zacząć włazić szefowi w tyłek albo podzielić los poprzedników i rzucić w cholerę tę niewdzięczną robotę.
Sawicki spiorunował go wzrokiem.
- W poniedziałek do południa oczekuję raportu z ustaleniami dotyczącymi dzisiejszego zabójstwa - powiedział oschle, po czym odsunął się od biurka i wyszedł z gabinetu niemniej gwałtownie, niż gdy do niego wkroczył.
Dobrowolski odczekał, aż ucichnie echo huku zatrzaśniętych drzwi, i odwrócił się do okna. Przez chwilę obserwował kałużę na parkingu, której nieregularny kształt z niczym mu się nie kojarzył.
Z trudem powstrzymał się przed walnięciem z całej siły w blat biurka.
"To koniec!"
Poczuł, jak pęka w nim tama blokująca pokłady goryczy. Do tej pory udawało mu się znajdować motywację do pracy, ale dzisiaj miarka się przebrała.
Ukrył twarz w drżących dłoniach, próbując zapanować nad gonitwą myśli. Wspomniał swojego poprzednika, który po odejściu z prokuratury zaczął działać na własny rachunek i otworzył kancelarię radcowską. Wiele razy rozważał, czy potrafiłby zdecydować się na podobny krok, ale przerażało go, że zanim zdoła rozkręcić biznes, przez wiele miesięcy będzie musiał żebrać choćby o jedno zlecenie.
"Czy stać mnie na takie ryzyko? I to teraz, kiedy muszę myśleć o rodzinie... Skąd wezmę klientów? Nie lepiej zacisnąć zęby i wytrzymać jeszcze trochę do końca postępowania, które wyjaśni ten donos?"
Z zawodowej dociekliwości zastanowił się, komu mogło zależeć na tym, by go oczernić, ale szybko dał sobie spokój. Lista byłaby długa, pełna mniej lub bardziej wymyślnych pseudonimów gangsterów, których oskarżał. Bez dodatkowych informacji nie miał szans na ustalenie autora anonimowego zgłoszenia.
Leżąca na biurku Nokia zawibrowała. Numer na wyświetlaczu wydał mu się znajomy, choć nie miał go zapisanego na liście kontaktów.
- Przemysław Dobrowolski, słucham? - odebrał po krótkim wahaniu.
- Cześć, Przemek! Kopę lat! Miło cię słyszeć!
Dobrowolski nie potrafił sobie przypomnieć, kiedy ostatnio rozmawiał z kolegą ze studiów. Przez pięć lat chodził z Jackiem na zajęcia i wykłady. Zdawali razem kolokwia, mijali się na imprezach w klubach akademickich, ale nigdy nie trzymali się blisko. Była to jedna z wielu młodzieńczych znajomości, które słabo zniosły próbę czasu.
Zaraz po zrobieniu aplikacji Jacek wyjechał do Warszawy, gdzie zaczepił się, a następnie zrobił karierę w dużej kancelarii. Nie było w tym nic dziwnego: na ich roku uchodził za najbardziej obrotnego studenta, choć niektórzy wprost nazywali go oportunistą. Od tamtej pory zdarzyło im się kilka razy wymienić kurtuazyjne maile i SMS-y.
- Jacek? Coś się stało?
- Nie, dlaczego? Po prostu stęskniłem się za starym kumplem! Co u ciebie? Dalej siedzisz w prokuraturze?
- Tak. - Przemek uznał, że nie ma potrzeby wtajemniczać kolegi w targające nim wątpliwości. - U mnie wszystko w porządku.
- To wspaniale! - Jacek chyba wyczuł kłamstwo, bo Dobrowolski wychwycił w tych słowach ironiczną nutę. - Sawicki nie daje wam popalić?
- Można wytrzymać.
- Szanuję to. Choć nie rozumiem. Ty chyba musisz kochać swoją robotę.
- A ty nie?
Pytanie rozbawiło Jacka.
- Pewnie, że tak. Zwłaszcza, jak mi za nią dobrze płacą! - zachichotał. - No dobrze, zgadłeś: dzwonię w konkretnej sprawie.
- Wiedziałem... - Dobrowolski podchwycił wesołkowaty ton. - Czy oprócz ciebie ktoś może na niej zyskać?
- Tak. Myślę, że tak. - Jacek nagle spoważniał.
- Cóż to za sprawa?
- To nie jest rozmowa na telefon. Spotkajmy się i pogadajmy.
- Nie wybieram się do Warszawy, więc...
- Wczoraj przyjechałem do Gdańska - przerwał Jacek. - Znajdziesz teraz czas?
Dobrowolski zaczął pospiesznie szukać wymówki, która zabrzmi wiarygodnie, a jednocześnie nie urazi dawno niewidzianego kolegi.
- To takie pilne? Zbieram się właśnie do domu. Miałem dzisiaj ciężki dzień...
- Przemek, proszę! Nie trułbym ci głowy, gdyby to nie było ważne! - W głosie Jacka zabrzmiał rzadko słyszany, błagalny ton.
Dobrowolski wstał zza biurka, przesunął doniczkę z zakurzoną paprotką i oparł się o parapet.
"Mógłbym go spytać o pracę w kancelarii - pomyślał. - Może akurat kogoś szukają?"
- Gdzie jesteś? - spytał.
- We Wrzeszczu, u rodziców.
Przemek przypomniał sobie, że w czasach studenckich Jacek mieszkał niedaleko stadionu Lechii. Parę razy wybrali się nawet razem na mecz.
- W porządku. Za piętnaście minut będę przy czołgu.
Rozłączył się i schował komórkę do kieszeni marynarki.
"On ma rację - uświadomił sobie. - Moją największą wadą, a zarazem zaletą jest to, że lubię swoją pracę. Ale nie ma sensu babrać się dalej w tym gnoju. Tak będzie najlepiej. Muszę patrzeć w przyszłość, zwłaszcza teraz. Niech ktoś inny zbawia świat i zmienia prokuraturę. Na pewno poradzę sobie z założeniem kancelarii, a klienci prędzej czy później się znajdą. W poniedziałek rzucę papierami!"
Być może po raz ostatni spojrzał przez okno na doskonale znany fragment podwórka.
Kształt kałuży na parkingu zaczął powoli nabierać sensu.
* * *
Pryszczaty sprzedawca wlepił w niego spojrzenie pełne bezgranicznego zdumienia.
Sygnet westchnął i powtórzył pytanie.
- Możesz zrobić dla niej omlet?
Sprzedawca podwinął rękaw bluzy z kapturem.
- Co...? - wydukał wreszcie, drapiąc się nerwowo po chudym przedramieniu. - Skąd ja tu wezmę jajka, człowieku?
Sygnet machnął ręką, zerkając spod oka na stojącą w kącie stacji benzynowej Lilkę, która oglądała z panem Pyzą skromną ofertę płynów do spryskiwaczy.
- Nieważne... Co jest do jedzenia?
- Słone paluszki. I chipsy. Na przecenie, bo mają krótki termin ważności.
- Daj paluszki i Frugo. Pusto tutaj...
- Odkąd Petrochemia otworzyła stację, pies z kulawą nogą tu nie zagląda - mruknął sprzedawca. - Jak tak dalej będzie, to właściciel chyba zamknie tę budę. A władował w nią akurat kupę kasy. Lodówka jak w supermarkecie, dzisiaj przywieźli. - Wskazał na wielkie blaszane pudło, ustawione przy ladzie. - Kamery założył, żeby paliwa nie kradli. Tylko kto ma kraść, się pytam? Nawet ci z wiosek dookoła zaczęli na Petrochemię jeździć, bo ropa jest parę groszy taniej.
Sygnet nadstawił uszu. Poprzez paplaninę przebijał się niepokojący dźwięk.
- Dzisiaj i tak jest nieźle - ciągnął sprzedawca. - Zaraz przed wami miałem dwóch klientów...
- Zamknij się! - przerwał gwałtownie Sygnet.
Nieustające brzęczenie dobiegało z malutkiej kanciapy za plecami sprzedawcy.
- Po co te nerwy? Jeśli trzeba, to...
- Stul japę, powiedziałem. Posłuchaj... Co tak brzęczy?
Sprzedawca wskazał na zaplecze.
- Alarm. Kamera musiała się popsuć. Ta, co łapie obraz przy wjeździe. Pewnie jakiś zwierzak przerwał kabel.
Sygnet sprężył się w ułamku sekundy.
- Liliana, chodź do mnie! - krzyknął. Odepchnął sprzedawcę i zajrzał do środka kanciapy. - Jest tutaj drugie wyjście?
- A skąd! Niby gdzie?
Zaciekawiona Lilka podbiegła do nich z misiem pod pachą.
- Co się stało? Są omlety?
Sygnet naparł ze wszystkich sił na lodówkę i obrócił ją tyłem do drzwi stacji.
- Człowieku, co do cholery... - zaczął sprzedawca.
- Kładź się na glebę! A ty musisz się tu wcisnąć. - Sygnet wskazał Lilce miejsce pod najniższą półką.
- Co takiego? - Spojrzała na niego z oburzeniem. - Znowu chcesz mnie zamknąć?
- Wejdź tam i za nic w świecie się nie wychylaj!
Lilka wzruszyła ramionami i wsunęła się do środka.
Ruchy Sygneta stały się automatyczne, jakby pod dresem z kreszu zaczęły działać koła zębate napędzanego kwasem mechanizmu. Zamknął za Lilką drzwi lodówki, jednym susem dopadł wyłącznika na ścianie, zgasił jarzeniówki i przykucnął za ladą.
Był gotów. Mógł tylko przeklinać, że nie zdążyła jeszcze nadejść noc. W ciemności nie bał się niczego i nikogo, może poza samym sobą.
Drzwi stacji trzasnęły, wyważone mocnym kopniakiem.
Sygnet na ułamek sekundy przymknął oczy. Gdy je otworzył, uderzyła go łuna białego światła.
* * *
Riki zerknął przez ramię na tylne siedzenie i ściszył głos.
- Chyba usnęła.
Sygnet popatrzył we wstecznym lusterku na Lilkę, wtuloną w pana Pyzę.
- Dużo dzisiaj przeszła - odszepnął.
Riki wbił wzrok w szybę Beemki, jakby próbował liczyć mijane słupki drogowe.
- Powiedz mi, Sygnet, gdybyś miał zachować z całego życia jedno wspomnienie... jedną, jedyną chwilę, to co byś wybrał?
- Tylko jedno? Nie wiem... Nie mam chyba takiego.
- A ja mam. To było w zeszłym roku, na wiosnę. W jej urodziny. - Wskazał za siebie.
Sygnet puścił jedną ręką kierownicę i potarł szeroki kark.
- Coś słyszałem. Byłem wtedy na robocie w Jastarni.
- Rano Dzikus zebrał chłopaków u siebie. "Najważniejsza osoba w moim życiu ma dzisiaj urodziny", mówi. Takiej zagajki nikt się nie spodziewał. "Chcę, żeby Liliana zapamiętała ten dzień na zawsze. Kupiłem jej wymarzony prezent i kiedy otworzy pudełko, w którym będzie zapakowany, mają z niego wylecieć motyle". Czaisz?
- Czaję. - Sygnet skinął głową, bardziej do siebie niż do Rikiego.
- Powtórzył nawet: "Wszędzie mają fruwać jebane motyle". Ale mieliśmy wtedy miny! Dopiero kiedy wrzasnął, żebyśmy ruszyli dupy, zaczęliśmy kombinować. Najpierw ktoś rozkminił, że potrzebujemy siatek do łapania. Inny przypomniał sobie, że na Ogarnej jest sklep wędkarski. I tam przecież muszą mieć siatki... Chyba Nazir na to wpadł.
- To był łebski chłopak - przytaknął Sygnet. - Żal, że go później Ruscy odstrzelili.
- Śmigamy furami pod ten sklep - podjął opowieść Riki. - Wbijamy do środka. Jacyś goście obczajają wędki; aleśmy ich wypierdolili na kopach... Za ladą stoi przygłuchy dziadek. Pytamy go: "Siatki masz?". Tamten nic nie kmini: "Co?". "Gówno! Siatki na motyle dawaj, bo cię rozjebiemy razem z tą budą!" Dziadek grzebie pod ladą, cały obsrany, aż w końcu wyciąga siatki. Chryste, aleśmy się ucieszyli! Tylko jak znajdziemy towar do łapania? "Gdzie żyją motyle?" "Na łące chyba, kurwa!" Powiedziałem wtedy, żeby jechać do Letnicy, bo to najbliższa łąka. I okazało się, że miałem, kurwa, rację!
Sygnet wpatrywał się w zapadający szybko zmrok, rozcinany reflektorami Beemki.
- Dwudziestu największych kozaków w mieście biegało po łące z siatkami, łapiąc motyle. Potem ładowaliśmy je do słoików. Ostrożnie, żeby skrzydełek nie pourywać. Na szczęście się kapnęliśmy, że trzeba zrobić dziury w zakrętkach, bo by się jebaniutkie podusiły. I wiesz co, Sygnet? To właśnie chciałbym zapamiętać.
- Jak łapaliście motyle w Letnicy? Dlaczego? Bo sprawiliście dzieciakowi frajdę na urodziny?
- To też. - Riki odwrócił się od szyby i popatrzył na Sygneta. - Ale na tej łące każdy z nas był jak dzieciak. Niewinny, wolny od gówna, w którym siedzimy. Na pewno nie masz takiego wspomnienia? Jednej chwili, którą warto zapamiętać?
- Nie mam. Może mnie to jeszcze czeka?
- Do kogo mówisz, Szymek? - zapytała rozbudzona Lilka.
Sygnet popatrzył na puste siedzenie pasażera.
- Do siebie. - Przetarł obolałe oczy. - Czasami tak robię, jak rozwiązuję krzyżówki. Skupiam się wtedy. Wszystko dobrze?
- Dzwoni mi ciągle w uszach - poskarżyła się.
- Zaraz ci przejdzie.
- Co się z nimi stało? - Lilka się skrzywiła, jakby wróciło do niej wspomnienie ze stacji benzynowej.
- To byli źli ludzie. Chcieli nam zrobić krzywdę, rozumiesz? Zabiliby nas, kurwa! - Sygnet na moment stracił panowanie nad sobą. Pożałował tego od razu, ale Lilka nieoczekiwanie się roześmiała.
- Płacisz dychę! - Klasnęła, zachwycona.
- Że co?
- Mama wprowadziła u nas w domu zasadę, że jak tatuś mówi brzydkie słowo, musi mi wpłacić dziesięć złotych do skarbonki.
"Zaraz będę całkiem spłukany", pomyślał Sygnet.
- Dam ci hajs, jak dojedziemy na miejsce. Poczekaj... - Sięgnął po dzwoniącą komórkę. - Tak, szefie?
- Cyngle Melby odpaliły Rikiego. - Grzywa nie tracił czasu na ceregiele. - Znaleźliśmy go w porcie, zatłuczonego bejsbolami. Gdzie jesteś?
- W Sztutowie. Zaraz będę.
- Zawracaj! Riki mógł się rozpruć, zanim go zajebali. Tamta miejscówka jest spalona. Jedź do Żmijewa.
- Gdzie to jest?
- Między Elblągiem a Malborkiem. Za stacją w Żmijewie skręć przy kościele. Na końcu drogi jest gospodarstwo. Tam czekaj.
Sygnet zahamował z piskiem opon.
- Nas też chcieli odstrzelić - przyznał się, wykręcając Beemką na wąskiej szosie. - Załatwiłem ich. Małej nie spadł włos z głowy.
Grzywa wysłuchał go w skupieniu.
- Nigdzie się już nie zatrzymuj - nakazał, nim się rozłączył.
Sygnet odrzucił komórkę na siedzenie pasażera.
W tylnym lusterku zauważył zarys samochodu z wyłączonymi mimo półmroku światłami. Ktoś zbliżał się do nich z ogromną prędkością.
Strach skoczył Sygnetowi do gardła niczym pies spuszczony ze smyczy.
- Zapnij pasy! - polecił Lilce.
Wcisnął gaz do oporu. Beemka posłusznie wyrwała do przodu.
Mknęli w szalonym pędzie jak wystrzelona bilardowa kula, sunąca po idealnie gładkim suknie Żuław.
Samochód za nimi nie dawał się zgubić.
Nagle zjechał na lewy pas i zaczął ich wyprzedzać.
W tej samej chwili Sygnet zobaczył przed sobą zbliżające się przęsła mostu. Niewiele myśląc, zaparł się ciałem o fotel i skręcił raptownie w lewo kierownicą.
Trzask miażdżonej blachy był głośniejszy od przeraźliwego krzyku Lilki.
Ścigający ich samochód odbił się od Beemki tuż przed wjazdem na most, po czym z ogromną siłą uderzył w stalowe przęsło. Sygnet dostrzegł w tylnym lusterku błysk płomieni i kłąb gęstego dymu.
BMW zatańczyło na jezdni, zarzucając tyłem. Przefrunęli przez most bokiem, za szybko, żeby zmieścić się w najbliższy zakręt. Wyrzuceni z szosy jak z katapulty, ścięli młody zagajnik i z głośnym hukiem uderzyli maską w drzewo.
Sygnet wyjrzał przez stłuczoną szybę w noc, która wreszcie zapadła nad Żuławami. Poruszył ostrożnie rękami i nogami, sprawdzając, czy niczego sobie nie połamał. Wymacał w mroku resztki komórki; siła uderzenia oderwała antenę i rozbiła w drobny mak ekran telefonu. Z trudem wyczołgał się z zakleszczonej Beemki: wielki, niezgrabny żuk w chitynowym pancerzu dresu.
Otarł krew płynącą z rany na czole i podpełzł do tylnych drzwi. Nie mógł ich otworzyć, więc, krzywiąc się z bólu, przetoczył się na drugą stronę i szarpnął za klamkę.
Lilka zwisała bezwładnie na pasach, nie dając znaku życia.
Trzęsącymi się rękami wyciągnął ją z fotela i położył na wilgotnym mchu.
- Kurwa, nie! Ja pierdolę! Dziecko, oddychaj! - błagał ją. - Oddychaj, kurwa!
Lilka otworzyła oczy. Dopiero teraz, z bardzo bliska, zauważył, że mają intensywnie niebieski kolor.
- Jesteś... - urwała, krztusząc się.
- Jasne, że jestem! Wszystko będzie dobrze.
- ...jesteś mi już winny cztery dychy - dokończyła szeptem.