Absurdanale - Jakub Niedzielski

Kup ebooka

27.99 zł
20.77 zł (20,77 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I

Jak mam roz­ma­wiać z czło­wie­kiem, któ­ry ni­g­dy nie pró­bo­wał się za­bić? Pew­nie my­śli, że jest ode mnie lep­sza. Że co? Że niby je­stem słab­szy, tak? Mam słab­szą psy­chi­kę, tak?

Pa­trzy na mnie jak na idio­tę, a to prze­cież ja roz­ma­wiam z idiot­ką. W do­dat­ku taką, któ­ra my­śli, że jest lep­sza od in­nych, bo niby ni­g­dy nie chcia­ła ode­brać so­bie ży­cia. Par­szy­wa bly­at. Jak wer­tu­je to menu. Pew­nie za­mó­wi naj­droż­sze da­nie i ja za to wszyst­ko będę mu­siał za­pła­cić.

No nie wy­trzy­mam. Ona, dzie­wi­ca ży­cio­wa, któ­ra ni­g­dy nie spla­mi­ła się my­ślą nie­czy­stą, i ja, czło­wiek, któ­re­go ży­cie wrzu­ci­ło na plan hard­ko­ro­we­go por­no­sa o anal­nej de­wa­sta­cji, któ­re­mu na­brzmia­łe he­mo­ro­idy ży­cio­wych po­ra­żek pul­su­ją do gra­nic wy­trzy­ma­ło­ści, któ­ry...

Dla­cze­go ona się tak dziw­nie pa­trzy? Mam coś na twa­rzy? Cho­le­ra, kel­ner nad nami stoi.

- Jesz­cze chwi­lecz­kę - mó­wię do nie­go. Pró­bu­jąc za­gad­nąć ja­koś i prze­rwać tę nie­zręcz­ną ci­szę, rzu­cam pierw­sze, co mi przy­cho­dzi do gło­wy: - Two­je na­brzmia­łe he­mo­ro­idy też pul­su­ją?

I w mo­men­cie wy­po­wie­dze­nia tej nie­for­tun­nej kwe­stii do­cie­ra do mnie sens, a ra­czej bez­sens słów, któ­re z ta­kim spo­ko­jem wy­po­wie­dzia­łem do mo­jej, bądź co bądź, part­ner­ki. Choć to na­sze pierw­sze spo­tka­nie i za­pew­ne ostat­nie, to jed­nak tkwi­my tu ra­zem przy jed­nym sto­li­ku w ocze­ki­wa­niu, że ten wie­czór zo­sta­nie za­po­mnia­ny, jesz­cze za­nim zdą­ży do­biec koń­ca.

- Może opo­wiesz mi coś o so­bie?

Do­cie­ra do mnie jej głos, wy­trą­ca­jąc mnie z ko­lej­nej po­dró­ży w głąb mo­je­go cho­re­go umy­słu.

- Nie je­stem zbyt do­bry w opo­wia­da­niu o so­bie.

I wi­dzę, jak wy­pa­la­ją się ostat­nie pło­my­ki na­dziei w jej i tak już przy­ga­słych oczach.

- Chciał­bym stwo­rzyć rzecz - do­rzu­cam po chwi­li.

- Jaką rzecz? - pyta, chwy­ta­jąc się ostat­niej z moż­li­wych szans na za­mie­nie­nie tej apo­ka­lip­sy w zwy­kłą ka­ta­stro­fę.

- Jesz­cze nie wiem, ale chciał­bym, żeby była moja i żeby nikt inny ta­kiej nie miał.

- To dość ogól­ne ma­rze­nie. Żeby je zre­ali­zo­wać po­wi­nie­neś je ja­koś do­pre­cy­zo­wać, po­sta­wić cele.

A ty po­win­naś za­mknąć mor­dę i za­mknąć się w celi - po­my­śla­łem i ro­zej­rza­łem się po sali, zdez­o­rien­to­wa­ny prze­sad­ną wręcz jak na so­bot­ni wie­czór w re­stau­ra­cji ci­szą. Dzie­siąt­ki oczu wpa­trzo­nych we mnie jak w por­tret Hi­tle­ra w Tel Awi­wie. W tym mo­men­cie do­cie­ra do mnie, że myśl, któ­ra tak swo­bod­nie do mnie przy­szła w od­po­wie­dzi na kry­ty­kę mo­jej po­sta­wy wo­bec ma­rze­nia o stwo­rze­niu rze­czy, rów­nie swo­bod­nie zwer­ba­li­zo­wa­ła się w mo­ich ustach i zu­peł­nie nie­ha­mo­wa­na wy­pły­nę­ła stru­mie­niem ra­żą­cych dźwię­ków.

Co nie po­win­no za­ska­ki­wać, moja to­wa­rzysz­ka wsta­ła i bez sło­wa za­koń­czy­ła na­sze part­ner­stwo, a ja zo­sta­łem sam z ety­kie­tą cha­ma po­śród kil­ku­dzie­się­ciu nie­na­wi­dzą­cych mnie osób.

Wi­bra­cja w kie­sze­ni. SMS.

- Wyjdź przed lo­kal - na­pi­sa­ła moja nie­daw­na rand­ka.

Mimo że w kwe­stii sa­mo­bój­stwa nie je­stem ja­ro­szem, to ni­g­dy nie czu­łem się tak bli­ski śmier­ci. Wsta­łem i po­wol­nym kro­kiem zbli­ża­łem się do drzwi, za któ­ry­mi mo­gło mnie cze­kać wszyst­ko.

- Idzie­my do mnie.

Zwa­żyw­szy na nie­takt, ja­kim wy­ka­za­łem się tego wie­czo­ru, wo­la­łem nie opo­no­wać i grzecz­nie po­słu­chać po­le­ce­nia.

Po­dróż do miesz­ka­nia mej by­łej, ale znów obec­nej part­ner­ki (choć tym ra­zem na­sze part­ner­stwo przy­bra­ło nie­co inną for­mę) prze­bie­gła w at­mos­fe­rze dziw­ne­go na­pię­cia. Ja­sne, prze­bieg na­szej zna­jo­mo­ści i sce­na, któ­rej by­łem au­to­rem, mo­gły­by tłu­ma­czyć pe­wien dys­kom­fort prze­by­wa­nia we wspól­nym to­wa­rzy­stwie, jed­nak w tym było coś in­ne­go.

Do­tar­li­śmy. W po­śpie­chu otwo­rzy­ła drzwi, we­pchnę­ła mnie do środ­ka. Na­bie­ra­łem co­raz więk­szej pew­no­ści. Zgi­nę.

- Ze­rżnij mnie! Ze­rżnij i upodlij jak jesz­cze nikt!

No do­bra, tego się nie spo­dzie­wa­łem, ale sko­ro już po­sta­no­wi­łem, że na­pra­wię swo­je faux pas, to i tym ra­zem nie wy­pa­da­ło od­mó­wić.

We­szli­śmy do sy­pial­ni. Ni­czym skra­da­ją­ca się lwi­ca uło­ży­ła się na łóż­ku, wy­pi­na­jąc w moją stro­nę swo­je znie­wa­la­ją­ce po­ślad­ki. Nie za­sta­na­wia­jąc się ani chwi­li dłu­żej, ro­ze­bra­łem się i sta­now­czym ru­chem od­chy­li­łem jej bie­li­znę.

- Tyl­ko nie tam - po­wie­dzia­ła - tam strasz­nie pul­su­ją mi he­mo­ro­idy.

A jed­nak. Nie oce­niaj książ­ki po okład­ce.

II

I tak pa­trzy się na mnie. Wi­dzę to. Chce cze­goś, ale ja nie je­stem taki. Przej­rza­łem cię, suko, za­nim zdą­ży­łaś na­wet po­my­śleć. Ale dla­cze­go ja? Dla­cze­go spo­śród wszyst­kich tu obec­nych jej wzrok spo­czął aku­rat na mnie? Gdy­by nie to, być może na­wet był­bym nią za­in­te­re­so­wa­ny, ale jak tu się umó­wić z kimś o tak fa­tal­nym gu­ście.

- Prze­pra­szam, ale to po­mył­ka - od­zy­wam się, jak gdy­by mia­ła wie­dzieć, o czym przed chwi­lą my­śla­łem. - Co pani mó­wi­ła? - do­da­ję.

- Co po­dać?

- Marl­bo­ro set­ki czer­wo­ne, po­pro­szę.

- Sie­dem­na­ście osiem­dzie­siąt. Co jest po­mył­ką?

- Przez chwi­lę wy­obra­zi­łem so­bie, że pró­bu­je się pani ze mną umó­wić.

- Ni­g­dy w ży­ciu. Nie mam tak fa­tal­ne­go gu­stu.

Kur­wa mać! Oto uka­zu­je mi się mi­łość od pierw­sze­go wej­rze­nia, cho­ciaż pa­trzę na nią nie po raz pierw­szy, ale do­pie­ro te­raz na taką nią. Rzad­ko zda­rza się w dzi­siej­szych cza­sach oso­ba z ta­kim wy­czu­ciem es­te­ty­ki. Zu­peł­nie jak­by­śmy byli dla sie­bie stwo­rze­ni. Tyl­ko jak ją te­raz do sie­bie prze­ko­nać? Oto za­czął ro­dzić się w mo­jej gło­wie plan tak głu­pi, że mu­siał oka­zać się ge­nial­ny. Co­dzien­nie ku­po­wać pro­duk­ty za­czy­na­ją­ce się od ko­lej­nych li­ter słów "ko­cham cię". Z ostat­nią li­te­rą oczy­wi­ście może być nie­ma­ły pro­blem, ale zwa­żyw­szy na nie­tu­zin­ko­wość te­goż przed­się­wzię­cia, nie ura­zi jej mała li­te­rów­ka w po­sta­ci "E".

Oto idę w dzień pierw­szy ku­pić ko­ko­sa, któ­re­go oczy­wi­ście na miej­scu nie znaj­du­ję. Do­bra, kur­wa, bądź­my szcze­rzy, bar­dziej oczy­wi­stej rze­czy nie mo­głem wy­my­ślić. Je­że­li ma to być peł­ny suk­ces, każ­da z tych rze­czy musi być wy­jąt­ko­wa. Ku­pu­ję więc kre­mów­kę. I pół li­tra. Pol­skość mo­ich za­ku­pów była zdu­mie­wa­ją­ca, a ja dum­ny z sie­bie wy­sze­dłem z za­ku­pem ide­al­nym i przede wszyst­kim li­te­rą, któ­rej tak po­trze­bu­ję, by zre­ali­zo­wać swój plan.

Żeby nie prze­dłu­żać, stresz­czę resz­tę dni w po­sta­ci krót­kiej li­sty: ogór­ki i pół li­tra, ce­bu­la i pół li­tra, hity i... wie­cie co, po pro­stu umów­my się, że dru­ga z po­zy­cji jest co dzień taka sama. Aspi­ry­na, bo wal­ka o mi­łość po­tra­fi przy­pra­wić o ból gło­wy, ma­sło, na­stęp­nie cy­try­ny, im­bir i... Ewan­ge­lię. Nie no. Zbyt pięk­ne by to było. Ener­ge­tyk. Ostat­nie­go dnia zro­bi­łem wszyst­kim za­ku­pom zdję­cia, wy­wo­ła­łem, przy­cze­pi­łem do ta­bli­cy i tak przy­go­to­wa­ny po­sze­dłem ode­brać to, co moje. Mi­łość.

- Dzień do­bry! To może się pani wy­dać dziw­ne, ale od kil­ku dni, w za­sa­dzie od cza­su na­szej roz­mo­wy, ro­bi­łem tu co­dzien­nie za­ku­py, żeby uło­żyć z nich sło­wa jed­no­znacz­nie okre­śla­ją­ce mój sto­su­nek do pani. Ko­cham cię!

- To bar­dzo miłe, pro­szę pana, ale to jest mój pierw­szy dzień tu­taj.

I w mo­jej gło­wie zo­sta­ło tyl­ko jed­no pro­ste py­ta­nie: "Co, kur­wa?", któ­re oczy­wi­ście wy­strze­li­ło ze mnie z wy­ra­zem nie­kry­te­go znie­sma­cze­nia.

- Prze­pra­szam, ale je­że­li pan chciał­by się ze mną umó­wić, to ja bar­dzo chęt­nie.

Wy­sze­dłem bez sło­wa, bo z bez­gu­ściem nie będę roz­ma­wiał.

III

I pa­trzą wszy­scy, wiel­ce obu­rze­ni o żart. Skąd tacy się bio­rą? Ja­sne, wiem, jak dzia­ła re­pro­duk­cja wśród lu­dzi, a na­wet wśród ma­la­rzy, ale to? Od kie­dy pa­mię­tam, żar­to­wa­no ze wszyst­kie­go. Dla­cze­go na­gle nie wol­no. Kto nie za­śmiał się ni­g­dy na po­grze­bie albo sty­pie, niech pierw­szy... albo niech dru­gi, żeby móc wła­sne za­kła­ma­nie przed sie­bie zmie­ścić.

Naj­śmiesz­niej­sze żar­ty są... albo i nie, bo ja­sne, hu­mor spo­łecz­ny się zmie­nia, ale to nie de­ter­mi­nu­je wy­bo­ru jed­nost­ki.

- Tacy, kur­wa, wy­jąt­ko­wi je­ste­ście? Ty wy­glą­dasz jak z lat pięć­dzie­sią­tych, ty dzie­więć­dzie­sią­tych, ty nie wy­glą­dasz w ogó­le, a ja się śmie­ję z żar­tów śmiesz­nych przed de­ka­dą i kto jest, kur­wa, bar­dziej za­co­fa­ny? - W swo­im sty­lu nie wy­trzy­ma­łem. Może istot­nie "spo­tka­nie z cie­ka­wym czło­wie­kiem" w cen­trum kul­tu­ry to nie­naj­lep­sze czas i miej­sce, ale czy nikt już nie ro­zu­mie idei żar­tu? - Mów­cie wię­cej, to i tak ja zo­sta­łem za­pro­szo­ny jako gość, jako ty­tu­ło­wy czło­wiek cie­ka­wy, bo prze­cież je­stem cie­ka­wy świa­ta o wie­le bar­dziej niż wy w swo­jej bań­ce z wy­obra­żeń.

W tym mo­men­cie chy­ba stra­ci­łem ich za­in­te­re­so­wa­nie, bo zo­sta­łem wy­pro­szo­ny. Jed­nak moż­na kul­tu­ral­nie - po­my­śla­łem w du­chu.

Po­mi­ja­jąc już kwe­stię zro­zu­mie­nia czy nie­zro­zu­mie­nia bar­dziej lub mniej uda­ne­go żar­tu, czy wbrew ich opi­nii to spo­tka­nie nie sta­ło się cie­kaw­sze, a ja tym bar­dziej cie­ka­wym czło­wie­kiem?

Wra­ca­jąc w tym zdu­mie­niu zu­peł­ne­go nie­zro­zu­mie­nia, za­ga­iłem pierw­szą na­po­tka­ną oso­bę.

- Prze­pra­szam, czy mogę opo­wie­dzieć dow­cip?

- Pro­szę bar­dzo.

- Przy­cho­dzi baba do le­ka­rza, a tam Mu­rzyn. Baba się pyta: "Co się sta­ło?", na co le­karz od­po­wia­da, że nic, że taki się uro­dził. "Gór­nik z po­wo­ła­nia, jak mój oj­ciec", od­po­wia­da baba.

Chi­chot może nie­zbyt do­no­śnie, ale wy­brzmiał. Cho­ciaż nie była to sal­wa śmie­chu, to jed­nak do­wód słusz­no­ści mo­jej tezy ra­czej oczy­wi­sty.

- Po­zwo­li pan, że się zre­wan­żu­ję.

Ścią­ga spodnie. No ja pier­do­lę, nie dość, że mnie zgwał­ci, to jesz­cze taka sy­tu­acja oba­la nie­daw­ne po­twier­dze­nie mo­jej ra­cji co do żar­tu.

A tu robi się co­raz cie­ka­wiej. Bie­rze ki­jek i wsa­dza go so­bie w dupę.

- Je­stem ku­kłą! - mówi i za­czy­na się śmiać. - Pan wy­ba­czy, to taki żart bran­żo­wy. Na co dzień pra­cu­ję w te­atrze la­lek. Do­brej nocy ży­czę! - do­da­je.

Mu­szę przy­znać dwie rze­czy. Po pierw­sze, sztucz­ka ta była zde­cy­do­wa­nie bar­dziej wi­do­wi­sko­wa niż mój dow­cip, po dru­gie, co bez­po­śred­nio wią­że się z pierw­szym spo­strze­że­niem, ro­zu­miem obu­rze­nie lu­dzi w cen­trum kul­tu­ry. Czło­wiek tyle lat ni­g­dzie nie wy­cho­dził, nie wie­dział, że wi­dow­nia jest te­raz tak wy­ma­ga­ją­ca.

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.