"Rok 1947 Roswell, Nowy Meksyk, USA. Drugiego lipca około godziny 22:00 małżeństwo Wilmot zaobserwowało latający w oddali "spodek" jak to raczyli określić... Rankiem 8 lipca Pułkownik William Blanchart podał prasie i stacjom radiowym wiadomość, że odnaleziono rozbity statek nieznanego pochodzenia". I dokładnie tego samego dnia pod wieczór dowódca ósmej armii powietrznej Roger Ramsey musiał wszystko dementować, żeby ludzie dalej trwali w bezpiecznej i beztroskiej niewiedzy...
"Rok 1963, Leśnica pod Wrocławiem, Polska. Pewnego sierpniowego dnia kilkoro dzieci było obserwatorami tego, jak jeden z rajskich owinięty w folię aluminiową i przywdziany w hełm ląduje w okolicy strasząc wszystkich...".
"Rok 2015 Salzburg, Austria. Przeprowadzone tam przez archeologów wykopaliska natknęły ich na 800-letni, skamieniały telefon".
- I znowu musimy stawać na głowie, ażeby nikt nie dowiedział się o waszym istnieniu...
Na te słowa zza siwego i gęstego dymu cygara z półmroku wyłonił się do światła mężczyzna z niebieską skórą.
- Hmm... 800-letni... Nokia po tym czasie miała by jeszcze połowę baterii.
- No chyba sobie żartujesz?
- Zachowujesz się jak byś mnie nie znał Enges. Oczywiście że żartuję.
- Uspokój się Larch! Widzisz chciałem ci tylko przypomnieć kilka twoich działań tu na Ziemi. Przecież mówiłem ci, prosiłem cię, żebyś zachował pełną kulturę i starał się nie obwieszczać całemu światu, że przylatujesz.
- No wiem, ale pokusa była zbyt silna. Wiesz, że zabawa to moje drugie imię.
- Chyba głupota... A w ogóle czemu znów do nas zawitałeś?
- Wiem, że nie znamy się zbyt długo, ale często przylatuję tu bez wcześniejszej zapowiedzi czy jakiejkolwiek przyczyny. Lecz tym razem takową posiadam i jest to sprawdzenie kilku rzeczy.
- Tak, rozumiem - rzekł bez przekonania. - Ale mam jeszcze jedną uwagę, a właściwie pytanie.
- Co takiego?
- Dlaczego masz niebieską skórę?
- A to bardzo proste. Najadłem się niebieskich m&m'sów.
- To możliwe?
- Jak widać. Mógłbym teraz zacząć rzucać chemicznymi wzorami i naukowymi argumentami, ale wiem, że obaj nic z tego nie zrozumiemy.
- Dobrze uznajmy, że to normalne. Mam jeszcze jedno pytanie: kim jest ten, który przyleciał z tobą?
- Przyjaciel z Edenu, nalegali, żebym wziął go ze sobą. Mam mu pokazać, co i jak tu u was wygląda, prawie przez trzy tafi robił ze mną wszędzie, tylko nie tu. Powiedzmy, że to stażysta.
- Tafi..? Ile to jest?
- U was to będzie 8*458.32+755,245/4... to będzie rok. - Mówił licząc na palcach.
- Nie mogłeś powiedzieć trzy lata?
- Gdzie tu zabawa?
- Zabawa będzie, jak zacznie się przesłuchanie twojego kompana... Jak on się nazywa?
- Lu Grimm.
- Lu? Co ta za niedorzeczne imię?
- Dlatego każdy mówi do niego Grimm.
- Dobrze, teraz musimy iść i przesłuchać go. Dostałem polecenie od Verges, aby dowiedzieć się wszystkiego o nowym pokoleniu.
- A ja kim jestem, emerytem na wózku? - zapytał oburzonym tonem Larch.
- Nie, ale kazała spytać zdrowego psychicznie, poza tym gdybyś jeździł na wózku, przerobiłbyś go na napęd świetlny.
- Nie no... mam zakaz galaktyczny na prowadzenie czegokolwiek na napęd świetlny.
- To jak tu przyleciałeś?
- Grimm prowadził.
- Dobrze, ale jeszcze przypomniało mi się, że mam cię zapytać o te incydenty, między innymi, jak to było w Roswell?
- Więc ów incydent...
- Mów normalnie.
- Lu miał urodziny, poszliśmy do baru, skuliśmy się i rozbiliśmy statek o krowę.
- O... krowę...?
- Bydlę wyskoczyło mi przed maskę.
- Nie napiszę tego w raporcie.
- Dlaczego?
- Bo to żenujące, że obca cywilizacja zachowuje się jak pijacy. Ty sprawujesz tu posadę przewodnika, mędrca. Powinieneś kierować nas w dobrym kierunku, a nie wygłupiać się.
- Nie osądzaj. Dobrze, już nigdzie nie można się bawić. W ogóle nie rozliczajcie mnie ze złych czynów, bo to nie wasz obowiązek.
W trakcie rozmowy otwierają się drzwi, Larch i Enges wstają i widzą ubraną w czarny mundur, z licznymi odznaczeniami na piersi, osobę. Marta Verges, bo tak się nazywała, podeszła z uśmiechem na twarzy do Larcha i uderza go w twarz.
- Za co to?! - powiedział ze zdziwieniem, a wtedy Vergas uderza go w drugie lico.
- To jest tylko za ostatnią wizytę u nas, poczekaj aż przypomnę ci wszystkie.
- Nie trzeba. Aż tak mnie pamięć nie zwodzi.
- Kapitanie Enges proszę przesłuchać tego drugiego... jak on się nazywa?
- Grimm, proszę pani - podpowiedział Enges stojący za Larchem.
- "Proszę pani", ale lizus. Mam nadzieję, że nie próbował mnie zastąpić - rzekł Larch, w dalszym ciągu trzymając się za policzki.
- Może on w odróżnieniu od innych nie zostawi mnie dla jakiejś planety!
- Mówiłem ci Marto, że nikt inny nie mógł tego zrobić, byłem najbliżej.
- Tak oczywiście... - powiedziała Verges, idąc w stronę wyjścia.
- Może się umówimy i obgadamy to? - wtrącił Larch.
- Nie ma mowy, Zi.
- Wpadnę o siódmej.
- Zastrzelę cię - powiedziała tuż przed zamknięciem drzwi.
Kobieta ta była niezwykle złożona, jakoby kilka charakterów uwięzionych w jednym ciele. Wobec Larcha pałała niegdyś ogromną sympatią, a teraz ogień ten nieco przygasł.
- Ostatnio też tak mówiła.
- Co tu się właśnie wydarzyło i dlaczego powiedziała do ciebie Zi?! - zapytał ze zdziwieniem Enges.
- To skrót od mojego imienia, Zarack. Nie wiedziałeś?
- Nie, nie wiedziałem też, że miałeś z nią romans.
- Tak tuż przed wylotem. I szczerze to nie był romans - to coś więcej. Znaczy chyba... Nigdy nie byłem specjalistą od tych spraw, po prostu miałem szczęście.
- To dlatego cię uderzyła. Ale dlaczego dwa razy?
- Pewnie przekazała od siostry.
- Jesteś niemożliwy wiesz? - powiedział z uśmiechem pod nosem.
- Czy nie musimy już iść?
- Tak, powinniśmy, bo w innym przypadku też mi się oberwie. A tego bym nie chciał.
Po wyjściu z sali na korytarzu ich drogę przerywa niezwykle pochłonięty czytaniem niesionych przez siebie notatek doktor Miller.
- Kapitanie witam.
- Witam. Zna pan Zara... - wypowiedź przerwał mu doktor.
- Zi, wróciłeś! Kiedy to się stało?
- Wczoraj rano.
- Świetnie cię znów widzieć, tylko dlaczego niebieskiego?
- Opowiem ci później.
- Czemu, wybieracie się dokądś? Chciałbym ci coś pokazać.
- Yyy... nie zrozum mnie źle, ale wolę kobiety.
- Jak zawsze zabawny. Wiesz, z całego serca życzę, ażeby kiedyś przytrafiło ci się coś, co obudzi w tobie schowane pokłady dojrzałości.
- Przepraszam, że wam przerwę, ale musimy już iść - powiedział stanowczo Enges, po czym przeprosił doktora i razem z Zi odszedł.
Po wymianie kilku zdań Zi z kapitanem wchodzą do leżącej niedaleko nich pokoju przesłuchań. Tam czekali już na nich Verges wraz z nieznanym dotąd Larchowi generałem i Grimmem w przeszklonej izdebce. Gdy tylko drzwi się zamknęły, generał podszedł do Edeńczyka, wyłaniając się z półcienia. Długa, posrebrzana brodę, krzaczaste brwi i ździebełko bulwiasty nos. Natomiast głowa jego była idealnie ogolona na łyso. Podał rękę Zarackowi i powiedział:
- Generał Kamil Oleksy. Więc tak wyglądają kosmici, niebiescy?
- Uno: nie jestem kosmitą. Dos: nie jestem niebieski, to wina m&m'sów. Trzy: nie umiem więcej liczyć po hiszpańsku - wyjaśnił humorystycznie Zi.
- Jak to "nie jesteś kosmitą"? Mówiono mi co innego.
- Przepraszam, że wam przerwę generale, ale goni nas czas, a jeszcze nawet nie zaczęliśmy - ponagliła Marta.
- Tak, ma pani rację. - Po tych słowach Oleksy i Verges stanęli przy lustrze weneckim.
- Kapitanie Enges, proszę przesłuchać świadka... - rozkazała Marta.
- ...Jehowę! - Wtrącił Zi.
- Zarack, według przepisów naszego obiektu powinieneś być tam razem z...
Wtem wypowiedź przerywa jej kichnięcie Zi.
- Wybacz, mam alergię na głupstwa.
- Po prostu już sobie idź! - wyprosiła go znużonym głosem.
Wtedy Enges zabrał go i razem weszli do pokoju, w którym siedział przykuty dłońmi do trójkątnego, metalowego stołu Grimm.
- Zarack! - krzyknął wstają z krzesła - Co tu się dzieje?!
- Spokojnie jestem kapitan Roy Enges, chciałbym tylko z wami porozmawiać.
- Grimm, nie bój się znam Engesa z mojej ostatniej wizyty tutaj, można mu zaufać. - powiedział spokojnym głosem Larch. Po krótkiej chwili wszyscy usiedli po przeciwnych stronach.
- Dlaczego przykuliście mnie do stołu?
- Dla bezpieczeństwa panie Grimm, nie wiemy, kim jesteś. Rozmawialiśmy już z Zarackiem, ale mimo tego i tak mało wiem, o tym kim jesteście w porównaniu do nas.
- Możecie być spokojni, nic wam nie zrobię.
- Mogę za niego poręczyć. Grimm jest potulny jak baranek, czyli innymi słowy bardzo sympatyczny - powiedział Zi
Enges pewnie wstał i z przedniej kieszeni swojego wiecznie zadbanego, zielonego munduru wyciągnął kluczyki do kajdanek i rozkuł go. Następnie spod swego czarnego, przystrzyżonego wąsa rzekł:
- To jest mój kredyt zaufania do was obojga. Mam nadzieję, że nie pożałuję tego.
- Dzięki, a więc co chcecie usłyszeć? - powiedział Grimm chyląc nieco czoła.
- Wiemy już, skąd się wzięliście, ale bardziej interesowałby mnie ogólny schemat waszej struktury.
- No dobrze naszym władcą jest Bóg... znaczy tak jakby.
- Tak to już wiemy.
- Posłuchaj nie ma nic przeciw temu, że opowiadasz, ale mogło by to być nieco ciekawsze, a mówiąc "nieco" mam na myśli, że o wiele - rzekła Zi.
- A co, ty potrafisz lepiej?
- Każdy potrafi, nawet stara babcia dziergająca sweter, która zasnęła w trakcie zrobi to lepiej. Nie obraź się, ale nie jesteś zbyt przebojowy. Skłaniałbym się bardziej ku stwierdzeniu, iż jesteś zasadniczy.
- Więc opowiedz mi jak to wygląda u was. - powiedział Enges, szykując notes i długopis.
- Cóż, jak wiesz nasza planeta jest daleko od waszej. Znajduje się ona, można by rzec, że w środku wszechświata. Bóg, który jest naszym jak i waszym przywódcą, stworzył wiele innych istot przed nami. Lecz żadna nie była tak idealna jak my, ponieważ jesteśmy odwzorowaniem Boga. Widząc to co się dzieje w galaktyce postanowił, że to my, a nie aniołowie będziemy pilnować, żeby żaden osobnik nie zagroził innej cywilizacji. Wiedząc to, zaczęliśmy się uczyć o podróżach, broniach czy technologii. Ewolucja postąpiła z nami łaskawie, nie czekaliśmy tak jak wy setki lat, lecz kilka. Teraz jesteśmy najbardziej rozwiniętym gatunkiem, jaki kiedykolwiek istniał. Mamy tuziny statków gotowych do obrony każdej galaktyki, wystarczy tylko, że się dowiemy, że coś grozi światu, a ruszamy do boju. Innymi słowy, dbamy o ogólny ład we wszechświecie.
- Dlaczego nigdy o tym się nie dowiedzieliśmy?
- Dlatego, że nigdy nie daliśmy plamy i nie spotkaliście się z żadnym zagrożeniem.
- Dobrze, a jak wygląda miejsce, w którym się urodziłeś?
- Eden to planeta idealna, pierwsze miejsce stworzone przez Boga. Oczywiście musieliśmy się rozbudować, zagospodarować ją. W największym skupisku, czyli mieście, budynki sięgają chmur, wokół nich leżą mniejsze, a za nimi rzeka, długa i kręta jak włosy kobiety. Na wschód od rzeki leży las, wszystkie drzewa są wielki i zdrowe, a zwierzęta przepełniają go. Miejsce idealne, nie wiem, czy potrafisz sobie je wyobrazić. Posiadamy dwa słońca, jedno jest tak blisko, że chciałoby się na nie wskoczyć, drugie jest nieco dalej, ale nie mniej piękne. Żeby zrozumieć to wszystko, musiałbyś stanąć na najwyższym wieżowcu w Edenie, bo kiedy się już tam stoi widzisz odejmujący dech w piersi widok monstrualnych liści drzew sięgających ziemi, a w ich koronie setki ptaków, których śpiew słychać w całym lesie.
- Dziękuje, myślę że to wystarczy.
- Czytała Krystyna Czubówna - popisał się dozą złośliwości Grimm.
- No, ale może tak nie jest?
- Tak nie powiedziałem. Tylko jak to jest, że mimo tego, iż się znacie nic nie wiesz o naszej planecie?
- Nie rozmawialiśmy o tym, ogólnie to jest chyba nasza najdłuższa rozmowa kiedykolwiek - Enges.
- Nie gadaj, rozmawialiśmy już wcześniej, tylko że na inne tematy... bardziej sportowe tematy.
- Dobrze, Zi... - Engesowi przerywa głos Verges z głośników.
- Zarack mogłabym cię prosić?
- Chłopcy wybaczcie, ale kobiecie się nie odmawia. Ale zanim odejdę powiedz mi Roy, ile wiesz na temat tego Oleksego?
- Szczerze to niewiele. Podobno jest niezwykle zaborczy i surowy. Pracuje nad tym, aby ludzie nie wiedzieli za dużo o Kosmosie, a przy tym słynie ze swojej niekonwencjonalności.
- Ale to czego może chcieć ode mnie?
- Może też się coś dowiedzieć?
Zarack wyszedł na korytarz tam czekali już na niego Verges z Oleksym.
- Chodź z nami-powiedziała Marta.
Idąc holem, wszyscy witali Larcha jak starego dobrego przyjaciela. Po chwili weszli do gabinetu Verges, w którym nie było miejsca na żadną niedoskonałość. Wszystkie rzeczy były idealnie poukładane na półkach porozmieszczanych po całym pokoju, na środku którego znajdowało się ogromne, dębowe, czarne biurko. Marta usiadła przy nim, a na przeciw niej Oleksy z Zarackiem.
- Generale prosił pan o rozmowę z jednym, z "nich", jak to pan określił.
- Tak dziękuje, nie... nie wiem od czego zacząć.
Oleksy wyciągnął dyktafon i zaczął mówić do niego:
- 25 czerwca 2015 roku. Prowadzę rozmowę z obiektem obcego pochodzenia, tak zwanym "kosmitą", o wyglądzie przypominającym człowieka, prócz niebieskiej skóry. Jego zachowanie świadczyłoby, że jest nieco dziecinny, ale więcej dowiem się za chwilę.
- Upadłeś kiedyś na głowę?! Setki razy już wam tłumaczyłem, że nie jestem kosmitą - powiedział zdenerwowany. - Poza tym tego mogłeś się dowiedzieć od innych, więc przechodź do rzeczy.
- Ale jak to nie jesteś kosmitą? A ten niebieski kolor, UFO, dziwne nazwy?
- Ten niebieski kolor to tylko tymczasowo, coś postaram się z nim zrobić. A co do UFO, to tylko wy tak na nie mówicie. To jest zwykły statek, którego żaden człowiek jeszcze nie widział.
- Skoro nie jesteś kosmitą, to kim?
- Posłuchaj, bo nie mam zamiaru się powtarzać, więc wytęż słuch. Dawno, dawno temu, ale nie aż tak dawno żył sobie pewien mężczyzna stworzony przez Boga, a nazywał się on...? - powiedział pytając generała.
- Adam.
- Dobrze! Dodaj sobie kolejną gwiazdkę do munduru. Ale do rzeczy. Adam żył tak zupełnie sam przez lata. Po pewnym czasie powiedział do Boga: "Mój Ojcze, nudno mi!". Bóg bez chwili zastanowienia wiedział co ma zrobić. W nocy, gdy Adam spał, wyciągnął mu z boku żebro i ulepił z tego kobietę. No resztę na pewno znasz... prawda?
- Tak, znam.
- To super, ale wracając do sedna sprawy, Ewa i Adam mieli mnóstwo czasu tylko dla siebie. Więc porobili sobie potomstwo. I było im tam wspaniale, aż do czasu gdy wąż skusił Ewę. Zły Bóg wyrzucił Adama i Ewę, ale na pewno nie wiesz, że ich dzieci zostały w Edenie...
- W raju, masz na myśli?
- Właśnie nie. Eden to nie ogród, tylko planeta, moja planeta.
- Chyba nie do końca rozumiem.
- To nie przerywaj, a zrozumiesz. Bóg nie do końca wiedział, co ma zrobić z grzesznikami, ale po chwili namysłu postanowił stworzyć nową planetę tylko dla was. Wy zaczęliście zasiedlać ziemię, a my zostaliśmy w Edenie. Dlatego my nie grzeszymy...
- Nie grzeszysz, a to dobre... - mruknęła pod nosem Marta.
- Przepraszam, ale twoje wtrącenie przerwało nam naszą wielce ekscytującą rozmowę.
- Nie wiem, czy słusznie, ale wykrywam w twoim zdaniu sarkazm. Mimo to Zarack ma rację - powiedział Oleksy.
- Dobrze... na czym to skończyłem?
- Nie grzeszymy...
- A więc, NIE GRZESZYMY tak bardzo jak wy! - powiedział kierując zdanie w stronę Marty.
- Czyli jesteście ludźmi o niebieskiej skórze.
- Słuchaj, generale, ostatni raz mówię, że ten kolor to mój przypadek. Poza tym jest to tylko przejściowy stan - powiedział z zaciśniętymi zębami, dusząc w sobie wulgaryzmy.
- Przepraszam, nie chciałem cię zdenerwować. - powiedział skruszony generał.
- Jeszcze jakieś pytania?
- W zasadzie tak. Co potem stało się z Bogiem, umarł? A może musiał zniknąć na jakiś czas?
- Nic mu nie jest, nie martwiłbym się o kogoś, kto potrafi żonglować planetami. Po prostu przez nasze życie, przez zabudowywanie się i bieganie za rzeczami powoli przestawaliśmy go widzieć, aż pewnego dnia zniknął. To trochę jak wy.
- Dobrze, a to już ostatnie. Widzę, że jesteś bardzo satyryczny i zadzierzysty, ale czy mógłbyś chociaż czasami okazywać godną postawę?
- Moja postawa!? Co jest z niż nie tak? Jestem ideałem, jeśli chodzi o charakter. Ode mnie moglibyście się uczyć.
- I w dodatku jeszcze skromny...! Megalomania to dla ciebie komplement.
- Nie wiem, co się właśnie dzieje pod twą łysą czaszką, ale nie znasz mnie i nie masz prawa mnie osądzać.
- Racja. Dlatego mam propozycję, z której na pewno się ucieszysz. Ale uprzedzam, nie toleruję ignoranckiego podejścia to sprawy. Otóż...
Wtedy Oleksemu przerywa telefon, który odbiera Verges. Po krótkiej chwili odkłada słuchawkę i mówi do Zaracka:
- Dzwonił Miller. Prosił, żebyś przyszedł do niego, do gabinetu.
- Cóż, przepraszam generale, ale musimy dokończyć rozmowę innym razem.
- Oczywiście, przy naszym najbliższym spotkani dokończymy ten temat.
- Brzmi dobrze.
Po tych słowach Zi wyszedł z pokoju i poszedł do Millera, a z jego nieobecności skorzystał generał, który pyta się Verges:
- Pani kapitan, jak to się stało, że Larch wylądował na ziemi?
- Zi nie był pierwszym z Rajskich, którzy nas odwiedzili, ale na pewno wyjątkowym. Po raz pierwszy przyleciał na ziemię ponad 20 lat temu, bo zapewne jak pan nie wie Rajscy żyją po kilkaset lat. A każda jego wizyta to wygłupy i rozboje takie jak straszenie dzieci, pobicie czy napad na sklep alkoholowy z bananem w ręku.
- Czyli nie jest chętny do podporządkowania się?
- NIE! Jest nieokrzesany, nikogo nie słucha i robi co mu się żywnie podoba! - wykrzyczała z wściekłością.
- A wie może pani, jaki był powód jego pierwszej wizyty u nas?
- Nikt nie wie. Możemy tylko podejrzewać, a takich powodów, dla których mógł to zrobić są setki.
- Czyli działa niezwykle impulsywnie?
Marta potrząsnęła jedynie głową na potwierdzenie.
W czasie gdy generał Oleksy i Verges rozmawiali, Zarack dotarł już pod laboratorium Millera. Gdy miał już chwycić za klamkę, usłyszał wybuch. Zi odruchowo odskoczył, a po chwili zauważył unoszący się spod drzwi dym. Bez namysłu wyciągnął ze swojego kombinezonu mini bombę, którą przyczepił do framugi. Następnie nieco odszedł i odpalił ładunek. Wybuch wyrwał drzwi z zawiasów i wrzucił je do środka. Zza dymu wyskoczył Zi i z wymierzonym przed siebie pistoletem wykrzyczał:
- Ręce do góry!
Nastała głęboka cisza, Zarack klęczał celując w Millera, który trzymał ręce podniesione wysoko w górze.
- Wszystko w porządku doktorze?
- Było by lepiej, gdyby jakiś niebieski ufoludek nie celował we mnie bronią.
Larch schował pistolet, wstał z ziemi i pyta:
- Co się stało?!
- Próbuję stworzyć nową bombę dla naszych żołnierzy i przypadkowo upuściłem jedną z nich.
- Bomba...? Nic wielkiego...?
- Ale spokojnie w szafce, mam tego więcej - rzekł, po czym ugasił swe wciąż tlące się siwe włosy. Wyczyścił niegdyś biały fartuch i wypolerował okulary.
- Co... ale... jak, kto ci pozwolił... Ja już nie wiem, co powiedzieć.
- Może po prostu "co słychać" albo "lata cię nie widziałem".
Zarack załamał ramiona, po czym otwartą dłonią uderzył się w czoło, a pod nosem powiedział:
- Czego ode mnie chciałeś?
- Cóż myślę, że mógłbym tobie pomóc w związku ze skórą.
- Tak? A w jaki to sposób?
- Mam taki preparat, który...
- Nie kończ! Masz jakiś nowy lek i leszcze go nie testowałeś na ludziach?
- Wiesz ja bym to ubrał w inne słowa, ale w gruncie rzeczy tak.
- Sam nie wiem. A są jakieś skutki uboczne?
- Owszem, lecz niewielkie. Powoduje rozszerzenie się naczyń krwionośnych, pobudzenie płata mózgowego i kilka innych rzeczy.
- A po mojemu?
- Jest duża szansa na to, że zmądrzejesz.
- Bardzo śmieszne. Masz niesamowicie wygórowane poczucie humoru.
- Czyli się zgadzasz. Świetnie. Poczekaj zaraz wrócę - powiedział, po czym pobiegł gdzieś w głąb unoszącego się wciąż dymu w gabinecie. Zi, nie mając co robić, postanowił porozglądać się po laboratorium. Mimo wszechobecnego dymu w gabinecie było też widać mnóstwo żarzących się dokumentów, a także sadzę na ścianach i dziwny monstrualny przedmiot przykryty matą.
Kiedy Zarack miał już podejść i przyjrzeć się temu z bliska, usłyszał doktora:
- Zi, podejdź tu do mnie!
- Idę!
Przeszedł przez wypaloną dziurę w ścianie do sąsiedniego pokoju, gdzie było mnóstwo probówek, a także zlewek wypełnionych różnymi substancjami. Doktor pochwycił jedną z nich i przelał do szklanki.
- Proszę. Myślę, że to powinno pomóc.
- Wiesz, nie jestem do końca przekonany wobec tego.
- Nie bój się tego było testowane na szczurach.
- I co, przeżyły?
- Tak... pierwszego dnia obserwacji.
- Dobrze wypiję to, ale pod jednym warunkiem. Pokażesz mi co jest pod tą matą w twoim pokoju.
Miller wystawił głowę nieco w bok, spojrzał na ów przedmiot i z uśmiechem rzekł:
- Zgoda.
Zi zatkał palcami nos i wypił całą zawartość szklanki.
- I jak, smakowało?
- Po mojej krzywiźnie na twarzy nie rozpoznałeś?
- No racja. Ale póki co nic cię nie boli?
- Oczywiście, że nie. A jak wyglądam doktorze, zmieniło się coś?
- Nie sądzę. Ale mogę się mylić, podejdź do lustra i sam się przekonaj.
Po podejściu do lustra zobaczył kruczo-czarne falowane włosy po same uszy, oczy koloru ciemnego brązu, a kształt twarzy miał podłużny z kwadratową, wydajną szczęką. Tuż pod swoim lekko zdartym i wystającym nosem zauważył, że jego skóra zaczyna schodzić w zawrotnym tempie. Zi chwycił za jedną część i ściągnął ją jak maskę. A pod nią znalazł zwykłą, z lekkim zarostem, bladą skórę. Z resztą ciała postąpił identycznie.
- Widziałeś, doktorku?
- Niestety. Wyglądało, jakby wąż zrzucił skórę i to w ohydny sposób.
- Nie przesadzasz? Liczą się efekty. Poza tym mieliśmy umowę.
- Tak wiem, ale dalej nie mogę się otrząsnąć z tej traumy.
- Wierzę w ciebie.
- Dobrze, chodź.
Po przejściu do pierwszego pokoju Miller w widowiskowy sposób zrzucił matę, pod którą znajdował się ogromny pojazd czterokołowy. Na pierwszy rzut oka był on koloru czarnego, ale gdy tylko spojrzało się na niego z innego kąta, mienił się on na purpurowy. Pierwszą myślą Zi było to, że jest to demon prędkości za sterami którego musiałby usiąść. Po chwili zauroczenia, z uśmiechem na twarzy, spytał się doktora:
- Co to za auto?
- Taka składanka kilku samochodów. Ale co najistotniejsze posiada on silnik zbudowany według schematów, które mi dałeś w trakcie twojej ostatniej wizyty u nas.
- Nie wierzę, proszę daj mi poprowadzić. Chociaż przez chwilę.
- Niestety, ale jest to prototyp, alternatywa dla obecnych paliw...
- Verges zabroniła?
- No, tak jakby. A jakbyś poczuł cokolwiek, co nie powinno mieć miejsca w twoim ciele, mów.
- No, ale chyba nie muszę się do ciebie zgłaszać za każdym razem, gdy kichnę?
- Nie. Chodzi mi o bardziej złożone sprawy. Niesamowity ból brzucha, krwotok z uszu i oczu...
- Co takiego?!
- Nie wspomniałem o tym..? Dziwne, zazwyczaj mam dobrą pamięć.
Zi dosłownie kuł go swym niezadowolonym spojrzeniem, a jego serce dudniło jak szalone.
- Ale możesz być spokojny. Takie objawy rzadko kiedy mają miejsce.
- To po co mnie tak straszysz?!
- Chciałem tylko, żebyś nie zdziwił się, jakby to nastało... - powiedział spokojnym głosem.
- Koniec tego tematu. Powiedz mi lepiej, która jest godzina?
- Nie wiem, około 14. Dlaczego?
- To już dwie godziny tu jestem?! Muszę lecieć, zostawiłem kolegę z Engesem.
Zi jak armata wyleciał w stronę wyjścia, ale przedtem spytał:
- Gdzie są drzwi...? - rozejrzał się wokoło i spojrzał na Millera.
- A jak sądzisz? Spójrz pod nogi.
- Dobra, znalazłem je.
Po wyjściu z gabinetu, szybkim tempem przemieszczał się przez labirynt korytarzy, starając się trafić do Grimma. Mimo tego, że każdy korytarz był taki sam, wszyscy prócz Zaracka wiedzieli, gdzie mają się udać. Jego chód był coraz szybszy, prawie że biegnie. Po niedługiej chwili wszedł do pokoju z myślą, że to ten właściwy. Gdy się odwrucił spostrzegł ogromne regały, wyładowane po sam sufit drewnianymi skrzyniami. Postanowił się nieco rozejrzeć. W oko wpadła mu jedna, podpisana etykietą "1894". Jego zaciekawienie było tak silne, że nie mógł się oprzeć, aby jej nie otworzyć. Kiedy już to zrobił, jego oczom ukazało się dziwne, srebrne urządzenie wielkości talerza. Na jego środku znajduje się dioda. Zi, nie myśląc o Grimmie, podniósł urządzenie. Gdy to zrobił dioda zaświeciła się na błękitno, niczym bezchmurne niebo w letni dzień, a w około dziesiątki małych płytek, emitujących złoty blask, obróciły się o 180 stopni. Odruchowo odrzucił "talerz" i choć zdezorientowany przypomniał sobie, gdzie zmierzał. Po wyjściu był tak pochłonięty rozmyślaniem nad tym czego dostrzegł, że wpadł na Martę.
- Co ty tu robisz Larch? I co się stało, że nie jesteś już niebieski?
- Z kolorem pomógł mi Miller, a teraz śpieszę się do Grimma i Roya. Nie wiesz może, gdzie się znajdują?
- Idziesz prosto, drugi korytarz w prawo. Potem czwarty zakręt w lewo i idziesz aż dojdziesz do ściany potem w prawo i zobaczysz pokój 23. To ten.
- Yyy... - kierując wzrok do góry powtarzał wszystko.
- Zapamiętasz?
- Nooo... postaram się. Masz może czas, muszę cię o coś spytać?
- Teraz nie, ale za godzinę będę u mnie w pokoju.
- Dobrze przyjdę! - zawołał w pośpiechu.
Zarack rozpędził się, skręcił w lewo, jednak wrócił się i pobiegł w prawo. Kiedy już dotarł do pokoju 23 był tak zziajany, że z ledwością wszedł do środka.
- Nie zgadzam się!
Grimm i Enges spojrzeli się na Zaracka z niezrozumieniem na twarzy.
- Co, o czym ty mówisz?
- Sorki, kwestie mi się pomyliły. Mam nadzieję że zdążyłem.
- Tak spokojnie zdążyłeś i widzę, że właściwy kolorek wrócił. Jesteśmy w trakcie rozmowy - powiedział Enges.
- A to ja... nie chciałem wam przerywać. Przyjdę później.
- Nie wydurniaj się, tylko siadaj!
- Dobrze, bo trochę się przeraziłem.
- Rozmawialiśmy właśnie o kobietach.
- O nie...! To widzę, że tematów wam nie brakuje.
- Nie rozumiem.
- Ja też. Mógłbyś wytłumaczyć? - zapytał Grimm.
- Bo widzisz, kapitanie, Lu jest to osobnik niewątpliwej urody, zresztą sam o tym wie. Dlatego też nigdy nie przegapił okazji, aby to wykorzystać przeciw płci przeciwnej.
- Chwileczkę, co masz na myśli, mówiąc to? - zapytał ze złością Grimm.
- To znaczy, że nie widziałem cię z jedną kobietę.
- A kiedy ty mnie widziałeś z dwiema?
- Z dwiema nigdy.
- No właśnie.
- Bo minimum, ile ich było, to trzy. Zasada twojej budowy jest nad wyraz prosta, nie potrafisz oprzeć się żadnej.
- Ile?! Jak taki jesteś mądry, to kto to był?
- Melania.
- To jest jedna.
- Kalia i taka blondynka, wysoka z okularami.
- Moniq?
- O właśnie.
- To moja siostra!
- Co?! To nawet własnej siostry nie oszczędzasz? - Otworzył szeroko oczy i chwycił się za głowę.
- Zamknij się, Zarack!
Po chwili wymiana zdań pomiędzy Edeńczykami przerodziła się w kłótnię, a tą zakończył Enges mocnym uderzeniem, otwartą ręką w stół. Po kilku sekundowej ciszy mówi:
- Chłopcy! Nie interesują mnie wasze prywatne sprawy, tylko sprawy planety.
Na to Zi podniósł palec wskazujący na Grimma i powiedział:
- To on zaczął!
Wtedy niespodziewanie do pokoju wchodzi generał Oleksy. Wszyscy wstają na baczność, prócz Zaracka, który rozejrzał się po innych i nie okazując krzty szacunku usiada na miejscu Lu.
- Co tu się wyprawia?! - wykrzyczał Oleksy.
- Generale, trwa przesłuchanie - wyjaśnij posłusznie Enges.
- To dobrze, ale chciałbym porozmawiać z Larchem. Czy mogę?
- A czy ja mam cokolwiek do powiedzenia w tej sytuacji? - Zi nie był zachwycony zaistniałą sytuacją, bo przecież tak naprawdę nawet nie zaczęło się właściwe przesłuchanie.
- Tak słuszna sugestia, a więc czy mogę cię prosić ze sobą? - rzekł to w niezbyt subtelny i sarkastyczny sposób.
- Czemu nie?
- Świetnie.
Zi wraz z generałem wyszli z pokoju ponownie zostawiając Grimma i Enges samych sobie. Tuż przed zamknięciem drzwi za sobą, Zarack, odwrócił się i rzekł:
- Nie zabijcie się. Aha jeszcze jedno. Ty Lu po wszystkim czekaj na mnie przy statku. Enges cię zaprowadzi do hangaru.
Po tych słowach Zarack wyszedł z pokoju i wraz z Oleksym po krótkiej chwili dotarli do toalet. Pomimo lekkich oporów Larcha weszli do jednej z kabin toaletowych.
- Gratuluję - powiedział Zi.
- Czego?
- Wodospadu w gabinecie.
- Proszę cię o powagę w tej sytuacji. Będę miał ci do przekazania ważną wiadomość, a tak właściwie, to prośbę.
- Tę, którą miałeś mi przedstawić wcześniej? Ale dlaczego tutaj?
- Żeby nikt nie usłyszał, bo jak wspomniałem jest to bardzo istotne, nawet pracownicy tego ośrodka nie mogą się o tym dowiedzieć. Tylko wybrani mają do tego prawo.
- O co chodzi? - spytał, szepcząc.
- Czemu szepczesz? Myślisz, że ktoś z własnej woli wszedł by tutaj? Czujesz ten smród?
- Właśnie czuję i dlatego do rzeczy.
- Więc w górach położonych w Kongo samolot sporych rozmiarów uderzył w ziemię.
- Tragedia, ale co ja mam z tym wspólnego?
- Musisz wiedzieć, że to nie był samolot. Podejrzewamy obcy statek kosmiczny. Ale zupełnie inny niż te, o których nam wiadomo.
- Czyli nie mógł to być ktoś z Edenu.
- Otóż to. Chcieliśmy go zbadać, ale niestety przejął go pewien przywódca sekty. Nazywają się Werdenami. Parę dni temu na szczyt ONZ dotarł list od nich, w którym grozili że wysadzą ładunek wybuchowy w środku jakiegoś wielkiego miasta. Nie wiemy, skąd mają bombę ani co zrobili ze statkiem. Wiemy natomiast, do czego są zdolni, bo już kilkukrotnie spełniali swe groźby.
- Dlaczego mi to mówisz? A co gorsza właśnie tutaj?
- Chciałbym cię prosić, żebyś udał się tam, znalazł tę bombę i zniszczył ją razem ze statkiem. Zero świadków, zero litości i zero pomyłek.
- Prosisz mnie o niemożliwe, nie mam żadnego sprzętu, ludzi czy nawet podstawowych informacji. Poza tym dlaczego ja?
- Bo tylko ty coś to tym wiesz, o obcych. A co do reszty to ja się tym zajmę.
- Nie wiem co mam powiedzieć. Mam wrażenie, że nie chcesz stawiać życia swych ludzi i przez to wolisz zaryzykować ze mną.
- Musisz się zgodzić, bo w przeciwnym wypadku zginą setki, tysięce albo i miliony ludzi. A jako żołnierz Imuni jesteś zobowiązany do pomocy.
- Dobrze, zrobię to, ale wciąż nie wiem czemu rozmawiamy tutaj?
- Dla poufności. Nie chcę alby ktoś się dowiedział, że w powietrzu wisi katastrofa.
- Czyli nie powiedzieliście o tym ludziom?
- Nie, żeby nie wywoływać paniki. Mamy nadzieję że uda nam się temu zapobiec.
- Bóg musi się składać ze śmiechu jak to ogląda... Więc co mam zrobić?
- Na początku udaj się do zbrojowni, jest połączona z hangarem. Będę czekać tam za około godzinę. A na ten moment mam dla ciebie inne zadanie.
- Jakie?
- Zdejmij kolano z moich żeber.
- A... przepraszam. Troszkę tu ciasnawo...
- I jeszcze coś. Jak to zrobiłeś, że zmieniłeś kolor skóry?
- Miller mi pomógł...
- Nie...! Proszę nie kończ! Za dużo już wiem, co on potrafi zdziałać.
Po rozmowie Zarack i generał podjęli próbę wyjścia z ciasnej kabiny, dość nieudolną. Po chwili rzucania się na wszelkie możliwe strony generałowi udało się wydostać. Stanął za drzwiami, a tam przy umywalkach mył dłonie pewien przypadkowy pracownik, który spojrzał na Oleksego. Ten tylko poprawił mundur i wyszedł spokojnie. Po kilku sekundach z kabiny wyszedł także Zi. Mężczyzna, który nadal mył ręce, spojrzał już na niego już z osłupieniem i zaskoczeniem na twarzy. Larch zapiął rozporek i wychodząc powiedział:
- Uwaga, ślisko.
Po wyjściu z łazienek Zi przypomniał sobie o dziwnym urządzeniu, które znalazł i o tym, że miał o nie spytać Verges. Mając mnóstwo czasu postanowił pójść do niej. Zanim jednak dotarł do jej gabinetu, musiało mu pomóc kilkanaście osób. Na szczęście udało mu się to. Gdy już wszedł, jego oczom ukazała się Marta bez munduru. Na swych stopach nosi kremowe szpilki, a nad nimi widniały piękne, długie nogi. Talię osłaniała krwawa suknia, długą do kolan z wcięciem w tali, odsłaniającą nieco jej wspaniałego i wysportowanego ciała. Szyję zdobił złoty naszyjnik, który był ledwo widoczny przez zasłaniające go długie, falowane blond, opalane włosy. A twarz jej jakby namalowana, czerwone usta i szafirowe oczy, w których można się było zgubić.
- Yyy...
- Coś się stało Zarack?
- Nie, skądże.
- Przyszedłeś porozmawiać czy się gapić?
- Sam już nie wiem.
- To się zdecyduj, bo nie mam za wiele czasu.
- Tak jasne, a więc mam małą prośbę. Czy mogłabyś mi powiedzieć, co jest w skrzynie z 1894 roku?
- Skąd wiesz o niej?! - zapytała ze zdziwieniem.
- Przez przypadek. Biegłem do Grimma i natknąłem się na magazyn.
- Nie powinieneś o niej wiedzieć.
- Tak się składa, że jeszcze o tym nic nie wiem, dlatego przychodzę z tym do ciebie.
- Usiądź.
Verges i Zi usiedli po przeciwnych stronach, wtedy wyciągnęła z dolnej szafki biurka teczkę podpisaną "Oko oceanu".
- To, co znalazłeś, to oko oceanu. Nazwał je tak austriacki naukowiec Thomas A. Andrews, który miał je ze sobą na pokładzie Titanika. Był jednym z głównych projektantów statku. Kiedy uderzył w górę lodową w 1912 roku, Andrews miał w swoich rękach właśnie te urządzenie. Pozwala ono na manipulowanie rzeczywistością, uruchamia gen Boga u człowieka. Innymi słowy możesz budować wszystko, ale także i niszczyć. Ale niestety nie udało mu się opanować oka i nie uratował siebie ani nikogo innego. Nie wiemy, jak oko znalazło się w posiadaniu Thomasa ani w jaki sposób w ogóle powstało.
- Pozwala manipulować rzeczywistością? Mogłabyś rozwinąć?
- Można zmieniać przeznaczenie, narzucać innym osobą swoją wolę czy tworzyć niespotykane konstrukcje.
- I trzymacie to w skrzynce?
- Tak, ponieważ jesteśmy w pilnie strzeżonym ośrodku.
- Dobrze... wiesz mam dziś strasznie zabiegany dzień. Mogę zabrać akta i je przejrzeć?
- Tak, możesz je zabrać.
- A tak z innej bajki, to gdzie się tak wystroiłaś? Już dawno nie widziałem cię takiej pięknej.
- Nie wiem, czy powinno cię to interesować, ale dla twojej informacji to wybieram się na festyn.
- Idziesz sama?
- Na pewno nie z tobą - powiedziała dumna Marta.
- Może zechcesz mi wytłumaczyć, dlaczego ja nie mogę iść?
- Przypomnij, co zrobiłeś, kiedy ostatni raz tam byłeś, i odpowiedz sobie sam.
- To nie moja wina, że od maskotki zajął się ogniem dmuchany zamek.
- Może i tak, ale to ty podpaliłeś maskotkę, a ona tylko próbowała uciec od ciebie!
- Przecież ja tylko próbowałem ugasić pożar...
- Biegnąc za nim z wiadrem z benzyną?!
- Nie wiedziałem że to była benzyna.
- Nie tłumacz się, to już historia. Lepiej powiedz, jak udało ci się odbarwić skórę?
- Cóż, byłem u Millera i...
- Wiesz co, jednak nie chcę wiedzieć.
Ściszonym i spokojnym głosem Zi powiedział:
- Słuchaj, nie będzie mnie przez parę dni, może i nawet tygodni.
- Dlaczego mi to mówisz?
- Żebyś się o mnie nie martwiła.
- Nie zamierzam, martwię się tylko o osoby, które z tobą lecą.
- Nie chcesz mi chyba wmówić, że ci na mnie nie zależy? Wiem, że zepsułem, ale postaram się to naprawić.
Oboje spojrzeli na siebie poważnym wzrokiem.
- Zależy, ale już dawno zauważyłam że nie postrzegasz mnie jak kiedyś. Może i jesteś z innej planety, ale jesteś za to ślepy jak dziecko na Ziemi.
- Zgodzę się z tobą, że jestem ślepy, ale wiem, co zrobiłem. Żałowałem tego od samego początku, lecz było już za późno. Za każdym razem, kiedy odlatywałem, myślałem tylko o tobie i kiedy znów tu przylecę do ciebie. W Edenie cierpiałem z powodu, że cię opuściłem, każdą sekundę. Czułem się z tym okropnie i nie wiedziałem jak to naprawić.
- To wszystko? - spytała bez jakichkolwiek uczuć.
- Nie. Podobno życie człowieka nie mierzy się ilością wdechów, lecz chwil, które ten dech zapierają. Może i nie jestem człowiekiem, ale w życiu miałem dwie takie chwile. Jedna była wtedy, gdy zobaczyłem cię w fioletowej sukni na naszym spotkaniu.
- A druga? - powiedziała już z zauroczeniem w oczach.
- Kiedy zobaczyłem cię bez niej.
Po tych słowach z uwodzicielskim uśmiechem na twarzy podszedł do Verges. Ta położyła rękę na piersi Zi zatrzymując go i spojrzała w jego brunatno, brązowe oczy.
- O człowieku świadczą jego czyny, a nie słowa. Pokaż, że się zmieniłeś, to porozmawiamy o przebaczeniu.
Po chwili milczenia Zarack wydusił z siebie:
- Zrobię co w mojej mocy, żebyś długo nie czekała.
- Sam dobrze wiesz, że twoje obietnice nie spełniane są za często.
- Niestety wiem, ale jeśli coś sobie obiecam, to zawsze dotrzymuję słowa. Bo można nie polegać na innych, ale jeśli nie polegasz na sobie, to nie ma dla ciebie nadziei.
Nie czekając, aż Verges pochwali wygłoszoną przez niego sentencję, wyszedł bez słowa. Kiedy zamknął drzwi, spojrzał na zegarek, zauważywszy, że rozmawiał z Martą ponad godzinę. Miał przecież zaplanowaną rozmowę z generałem Oleksym, więc wyrwał się jak torpeda i pognał w stronę zbrojowni. Kiedy już tam dotarł, zastał generała wraz z Grimmem, Engesem i kilkorgiem innych, nieznanych do tych czas Zarackowi, osób. Kiedy to spostrzegł zwolnił tempo, a także przerzucał powoli wzrok po każdym tam obecnym. Gdy już dotarł do Oleksego, spytał:
- Co tu się dzieje?
- Przemyślałem to, co mi powiedziałeś i znalazłem troje godnych zaufania ludzi. Pozwól, że przedstawię ci ich. - Po tych słowach zaprowadził Zaracka do żołnierzy stojących na baczność.
- To Maxymilian Kost. Wojskowy saper z podejrzewaniami choroby psychicznej, dokładnie wahaniami poczucia własnej wartości. Potrafi z niczego skonstruować bombę i zabić wszystko, co ma puls. Dalej stoi Matye Moore. Francuz, jego rodzina wyemigrowała do Polski. Mieszkał w małej wsi, gdzie rabusie włamali się do jego domu, ojciec próbował ich powstrzymać, ale nie udało mu się. Matka zginęła zaraz po nim, a wszystko to na jego oczach, miał zaledwie 12 lat. Nie ma kręgosłupa moralnego ani żadnych wahań. Potrafi zabić gołą stopą. Ostatnia to Amanda Lis. Pracowała w Interpolu. Została wyrzucona za włamanie się do rosyjskiego wywiadu i udowodnienie całemu światu, że Obcy istnieją. Genialna hakerka. Drugiej takiej nie ma na całym globie i mam nadzieję, że będzie waszym mózgiem. Ja zrobiłem, co w mojej mocy. Mam nadzieje, że z ich pomocą uda ci się znaleźć tą rakietę.
- Wszystko fajnie i pięknie gra, tylko powiedz mi, kim jest ten chłopak? - powiedział wskazując na małolata stojącego przy statku Zaracka, który był zaparowany w hangarze. Chłopak w pomarańczowym uniformie zdjął czapkę z głowy i ze strachem w oczach wstał powiedział:
- Jestem Jaś... tankuję tu statki...
- Podsumowując, mam wyruszyć do Afryki, do jednej z najniebezpieczniejszej jej części, wraz z kobietą uzbrojoną w telefon i dwojgiem psychopatów? Z nadzieją, że to przeżyjemy i wrócimy z bombą?
- Ale spójrz na pozytywy. Nie jesteś już niebieski. Poza tym masz szansę uratować życie setki tysięcy ludzi. A sam Bóg nauczał, że życie należy ratować.
- Wcale nie, nie mówił tak. Przynajmniej nie pamiętam.
- Jak nie?
- Normalnie. W ogóle wydaje mi się, że mówił o tym Jezus... ale nie jestem pewien.
- No dobrze, może wymyśliłem to na poczekaniu, ale to nie zmienia faktu iż jesteś nam niezmiernie potrzebny. Więc jak?
- Słowo się rzekło.
- Świetnie! Chodź przedstawię ci mój plan. I proszę cię, zachowaj powagę i prostą postawę.
- Ooo... Mamy plan, nieźle się zapowiada.
Generał zaprowadził Zaracka wraz z załogą do osobnego pomieszczenia. Pośrodku stało biurko bez typowego bałaganu na blacie. Wszyscy ustawili się wokoło, a Oleksy wyjął z dolnej szuflady niebagatelnej wielkości zwój, jak się wydawało czarnego papirusu. Rozwinął go na stole i na samym jego środku złożył rękę; wtedy oczom Zi i reszty ukazał się nie mały, błękitny hologram dryfujący w powietrzu. Przedstawiał on pasmo górskie, którego on nie znał.
- Proszę państwa, to są góry Kong leżące w Kongo - powiedział generał.
- Przecież te góry nie istnieją - odezwała się jaskółczym głosem Amanda.
- Pani Lis, Kong istnieją. To nie jest pasmo górskie rozciągające się przez całą Afrykę, ale istnieją. Mieliśmy tam tajny ośrodek do badań rzeczy pozaziemskich, ale w czasie drugiej wojny światowej zajęli go naziści. Po kilkunastu latach od zakończenia wojny ośrodek ten miał być zburzony, lecz wtargnęli tam Werdeni.
- To dlaczego go nie odbiliście?
- Bo to wasze zadanie. Skoro to już mamy wyjaśnione, to zrobicie tak: Moore jest drugim pilotem nieoznakowanego statku powietrznego...
- Przepraszam, ale Moore to ten który nie obcina paznokci u nóg? - wtrącił Zi.
- Tak, to ten - rzekł Oleksy z zażenowaniem.
- Wiecie, tak tylko pytam, dla pewności.
- Kiedy już znajdziecie się nad dżunglą, niedaleko Kong wyskakujecie z samolotu wyposażeni w kule skokowe. Na dole będzie czekać na was transport, stary SUV. W jego wnętrzu znajdziecie broń i inne niezbędne sprzęty.
- I to wszystko?
- A czego oczekiwałeś? Wybuchów, sportowych samochodów, nie jesteś agent 007.
- Nie wiem, czegoś bardziej efektownego.
- Efektowna praca a efektywna to różnica.
- Jasne, zrozumiałem aluzje. Ale nie rozumiem jednego, dlaczego nie możemy polecieć moim statkiem?
- Ponieważ w bazie mają radary wykrywające statki pozaziemskie, a lecąc naszym macie większe szanse na przeżycie.
- No, to ma sens.
- Dobrze. Wylot jest zaplanowany na dzisiaj o trzeciej w nocy. A teraz przepraszam muszę was opuścić, muszę przedstawić plan radzie.
- Zaraz, czekaj! To Rada Bezpieczeństwa zatwierdziła tę akcję?
- Owszem, ale to nie oznacza, że możesz zrobić krater na pół Afryki.
- Wiem... ale dziwię się, że wysyłają akurat nas.
- Wysyłają was bo ta akcja nie jest do końca legalna. Jeśli wam się nie uda, będą mieli czyste ręce.
- Ach tak, nie przyznają się, że to z ich winy zginęło całe miasto?
- Dokładnie.
Po tych słowach Zi pożegnał się z Oleksym. Po czym podszedł do niego Enges:
- Proszę mam dla ciebie radio. Będziesz mógł się ze mną skontaktować, kiedy tylko zechcesz.
- Dzięki, przyjacielu.
- A tu masz klucze do swojego pokoju, żebyś mógł odpocząć przed wylotem.
- Sam to zorganizowałeś?
- Nie, to akurat Verges.
- To do zobaczenia.
- Byle szybko.
Kiedy Zi pożegnał się ze wszystkimi poszedł do pokoju, który przydzieliła mu Matra.
Zdjął z siebie żółto-czarny skafander, w którym chodził cały dzień, i poszedł się wykąpać. W czasie gdy był pod prysznicem, do jego pokoju wtargnęła Verges. Porozglądała się po pomieszczeniu i wtedy z łazienki wyszedł Zarack, przykryty tylko ręcznikiem.
- Cześć, co tu robisz? - ze zdziwieniem wydusił z siebie.
- Przyszłam cię pożegnać.
- Myślałem, że się ucieszysz z mojej nieobecności. Poza tym skąd wiesz, że lecę?
- Enges mi wszystko powiedział. I nie cieszę się, że lecisz, a co jeżeli nie wrócisz?
- Czy ja dobrze słyszę? Martwisz się o mnie?
- Tak, przecież to niebezpieczne. To już nie są żarty, oni mogą cię zabić.
- Wiem, ale mogą też zabić tysiące ludzi. Podobno tylko ja mogę ich powstrzymać, dla tego polecę tam i dam z siebie wszystko.
- Jesteś idiotą!
Po tych słowach Marta wybiegła z pokoju, trzaskając drzwiami. Zi natomiast zmęczony i bezsilny usiadł na łóżku i po chwili myślenia położył się spać. Po kilku godzinach odpoczynku obudził się zlany potem i z przerażeniem w oczach, po czym spojrzał na zegarek i czym prędzej zaczął się zbierać do wylotu. Pozbierawszy wszystkie niezbędne rzeczy poszedł do hangaru, gdzie czekał na niego monstrualny samolot. Był on koloru lazurowego z dwoma silnikami pod skrzydłami. Do jego środka odprowadził go Oleksy:
- Zarack, mam nadzieje że uda wam się powrócić.
- Wow... i tylko tyle udało ci się wymyślić. Ja mogę zginąć, a ty żegnasz się ze mną jak z nauczycielem na koniec roku.
- To było prosto z serca.
- Następnym razem wal prosto z mostu. Ale miłe i to.
Po tym brama się otwarła i cała załoga, czyli Amanda, Moore, Kost i Grimm, wyruszyli. Kilka chwil po wystartowaniu, w prawie że pustym samolocie, z głośników wydobył się głos kapitana:
- Tu mówi pierwszy pilot, Tom Carls. Cel podróży osiągniemy o 7 rano czasu środkowo-europejskiego.
***
Minęło kilka godzin, załoga leciała w ciszy, niemal jak na swój własny pogrzeb, lecz spokój przerwała Lis pytając Zaracka:
- Kim jesteś?
- Zarack Larch - odparł z niepewnością.
- Tak wiem, ale kim jesteś?
- Człowiekiem.
- Ale podobno nie pochodzisz z Ziemi.
- Zgadza się, jestem z Edenu. To kompletnie inna planeta, z innej galaktyki.
- W takim razie jak to możliwe?
- Długo by opowiadać, ale uwierz mi.
- A jak dużo jest istot w kosmosie, a może jesteśmy tylko my?
- Są setki gatunków i uprzedzę twoje następne pytanie: większość z nich jest przyjazna.
- A czy wszyscy są tacy jak my, czy może obleśni jak...
- Uwierz mi, że wiele ludzi też jest obleśnych, czy to z charakteru, czy z wyglądu.
Wtedy ich rozmowę przerywa kapitan:
- Uwaga musicie skakać troszkę wcześniej niż to było planowane, na radarach odkryłem kilka rakiet przeciwlotniczych.
Wtedy na pokładzie rozlega się głośny alarm, który zmusił wszystkich do skoku. Z kokpitu wysiada Moore. Wskazał na skrzynie leżące na środku pokładu i stanowczym głosem powiedział:
- To są kule skokowe, zakładacie je i wypad ze statku!
Larch podszedł do jednej z nich i spojrzał na zawartość. Zobaczył tam srebrzysty ubiór z czymś na wzór garbu, na plecach. Założył go wraz z hełmem, niczym od astronauty. Kiedy wszyscy już byli ubrani stanęli w kolejce do skoku, Zi i Grimm są na szarym końcu. Gdy rozległ się kolejny głośny alarm, który był znakiem do skoku Lu spontanicznym ruchem zatrzymał go i rzekł:
- Stój... ja nie dam rady skoczyć!
- Co, ale dlaczego?
- Za bardzo się boję. Ja nie jestem żołnierzem, ja tu tylko miałem obserwować ludzi.
- Dobrze, rozumiem.
- Naprawdę?
- Nie! - wykrzyczał po czym wypchnął go z samolotu i skoczył za nim.
W trakcie lotu Zi widział całą swoją załogę wraz z rzucającym się i krzyczącym Grimmem na tle ogromnego, zielonego lasu. Na zachodzie spostrzegł całe pasmo górskie składające się z czterech gór. Jedna z nich jest duża, sprawiła wrażenie ojca, opiekującego się średnią czyli matką, leżącą ku jego boku, a pozostałe dwie, małe górki jak dzieci okrążały rodziców. Kiedy już nastąpił czas na uruchomienie kuli, nacisnął żółty guzik. Po tym skafander zaczął napełniać się powietrzem umieszczonym w zbiorniku na jego plecach. Pasy, którymi była przymocowana kula, to było jedyne co trzymało wszystko w jedności. Napompowany kostium był jak kula, na co wskazywała jej nazwa. Wtedy Zarack nie widział już nic prócz ciemności. Po starciu z ziemią poczuł się jak piłka, poodbijał się kilka razy i zatrzymał, wtedy jeszcze nie wiedział gdzie. Minęło kilka sekund, aż powietrze zaczęło ulatywać, a gdy odzyskał możliwość swobodnego poruszania się wyszedł z niej. Ku jego zaskoczeniu wylądował na najwyższym drzewie w okolicy jego wzroku. Z jego korony widział czubki innych drzew, ale nie widział sposobu, jak z niego zejść. Zi wziął parę głębokich oddechów i w przypływie odwagi... zaczął wołać o pomoc. Po rozejrzeniu się za swoimi ludźmi, podjął próbę zejścia na dół. Ostrożnie schodził po pniu jak po drabinie, gdzie za szczebelki służyły mu liany oplatające drzewo, ale kiedy te się skończyły, musiał coś wymyśleć. Więc postanowił przeskoczyć na inne rosnące niedaleko, lecz nie powiodło mu się to i z impetem spadł do głębokiej trawy, która uratowała mu życie. Po chwili jęczenia wstał i chwycił się za plecy, potem spojrzał w górę. Stał tak nieco przydługą chwilę, aż jakiś głos się nie wtrącił:
- Czy my ci w czymś nie przeszkadzamy? - powiedział Grimm stojący z Amandą za nim. Na to odpowiedział im ze zdziwieniem:
- Długo tu tak stoicie?
- Tak.
- I nie pomogliście mi...
- Nie, uwierz mi, że należało ci się za to że wyrzuciłeś mnie z samolotu.
- A czy w innym wypadku skoczył byś?
- To nie ma nic do rzeczy... Zachowałeś się chamsko.
- Chłopcy możecie o tym porozmawiać w drodze, bo zapewne jak zauważyliście nie ma z nami wszystkich! - wykrzyczała stanowczo Lis.
- Tak masz rację, poza tym nie odnaleźliśmy jeszcze samochodu ze sprzętem.
- Przepraszam, że się wtrącę, ale jak zamierzasz ich znaleźć? - Grimm
- To proste, posiadam GPS, a każdy skafander jest wyposażony w lokalizator. Wystarczy tylko, że podążymy za ich sygnałem, a oni powinni tam na nas czekać. W ten sam sposób znajdziemy SUV-a.
- Słyszałeś Lu? Mamy plan - rzekł z zadowoleniem Zi
Amanda, wpatrzona w urządzenie namierzające, prowadziła ich przez gęsty, afrykański las przez godziny. Kiedy w końcu dotarli do miejsca, gdzie wylądowali Moore i Kast znaleźli tylko porozrzucane kule, a po poszukiwanych nie było śladu.
- No to co teraz proponujesz? - zapytał Zi.
- Nie wiem... może czekają na nas przy sprzęcie albo sami zaczęli nas szukać. Możliwości jest wiele.
Po tych słowach obok Grimma, stojącego z tyłu, coś przebiegło między gąszczami. Zdezorientowany podszedł bliżej, a wtedy na jego stopie zacisnęła się pętla będąca pułapką. Ten krzycząc został wciągnięty po ziemi w zarośla. Amanda i Zarack nie spodziewali się czegoś takiego, ale Zi nie wahając się ani chwili wyrwał, aby mu pomóc. Sprawy nabrały dynamiki, a w dodatku z jednego z drzew na Lis napadł nieznany i zamaskowany zbój. Rozdarty Larch nie wiedział, komu pomóc, lecz po sekundzie wybrał Amandę. Ta nie sprawiała wrażenia kogoś potrzebującego wsparcia, gdyż bez trudu przerzuciła napastnika nad sobą, który wylądował boleśnie na ziemi. Zi musząc coś zrobić, usiadł na nim i podduszał go, jednocześnie uderzając jego głową o ziemie wykrzyczał:
- Gdzie jest mój przyjaciel?!
- Sss...toooppp... - z trudem wydał z siebie oprawca, którym po ściągnięciu maski okazał się być Moore. Nie spodziewając się tego, nasz dusiciel puścił go.
- Co?! To ty? Czyś ty go reszty ogłupiał?!
- Przepraszam, nie wiedzieliśmy, że to wy.
- My? To znaczy że jest z tobą Kost?
- Tak, to on porwał Grimma. Ale spokojnie, nic mu nie zrobi.
Wtedy zza zarośli wyszły wspomniane osoby. Zauważywszy bójkę Kost rzucił się, aby ich rozdzielić, wtedy nie wiedział, że sobie wszystko wyjaśnili. Lu stojąc z tyłu postanowił dołączyć do przepychanek. Zażenowana Amanda podniosła grupy patyk i zaczęła ich okładać w nadziei, że to pomoże. Jak się okazało, miała rację. Kiedy już opanowała sytuację groźnym głosem kazała im usiąść na ziemi i rzekła:
- Dosyć tego! Nie jestem tu, aby was niańczyć i jak się nie uspokoicie to... to coś wam zrobię.
Każdy bez wyjątku był tak przerażony, że nie potrafił wydusić z siebie ani jednego słowa. Widok ten przypominał dzieci w szkole, a może i nawet w przedszkolu. Zi myślał, że zaraz każe im sobie podać rękę na zgodę, ale tak się nie stało. Chwilę później wyjaśnili sobie całą sytuację. Okazało się, że Kost wraz z Moorem wzięli ich za patrol Werdenów i zaatakowali w obawie o własne życie. Chcieli również wyruszyć na poszukiwania sprzętu na własną rękę co nie spodobało się Grimmowi.
- Zaraz, czy ja dobrze rozumiem, zostawilibyście nas?
- Nie, w żadnym wypadku. W samochodzie na pewno znaleźlibyśmy coś co pomogło by nam was odszukać - wytłumaczył Kost.
Maxymilian na darmo próbował wytłumaczyć się ze swoich decyzji. Lecz wtedy z inicjatywą, która miała zażegnać sprzeczkę, wyszła Amanda:
- Chłopcy słuchajcie! Wiem, że nie wszystko poszło tak jak to było zaplanowane. Najpierw niezbyt przyjemne lądowanie, potem rozdzieliliśmy się, a teraz to.
- Więc co proponujesz? - Kost
- Najpierw musimy znaleźć tego SUV-a. Potem rozbijemy obóz i rano ruszymy na bazę w górach.
Wszyscy po zastanowieniu zgodzili się jednogłośnie. Ale na ich drodze stanęła jedna przeszkoda, a dokładnie GPS uległ zniszczeniu podczas przepychanek. Dodatkowo nikt nie miał pojęcia, gdzie leżał sprzęt. Na ich ratunek przyszła Amanda wymyślając kolejny genialny plan, jakim niewątpliwie było znalezienie jakiegokolwiek patrolu Werdenów i użycie ich map wraz z kompasem. Po kilku godzinach błądzenia po puszczy nie mieli już nadziei, że cokolwiek im się uda... nawet przeżyć. Wyczerpany Zi, podobnie jak cała załoga, zarządził przerwę. Usiedli wszyscy przy ognisku, które rozpalił Moore i z bezczynności nie potrafili się do siebie odezwać. Aż nagle Zi przypomina sobie o radiu, które dał mu Enges. Cicho i nie zwracając na siebie uwagi podchodzi do Grimma i wprost każe mu iść ze sobą. Ten bez większych oporów zgodził się. Kiedy już oddalili się wystarczająco, aby ich nikt nie usłyszał Zarack pokazuje mu krótkofalówkę, a on mu odpowiada:
- Skąd to masz?
- Dostałem od Engesa na wypade, gdyby coś poszło nie tak.
- Może nie zauważyłeś, ale już kilka godzin jest "nie tak"! Dlaczego pokazujesz mi to dopiero teraz?
- Bo zapomniałem, że to mam. I nie krzycz tak na mnie!
- Teraz ty krzyczysz!
- Ciii... dobra obaj się uspokójmy.
- Dobrze. Czemu nie pokazałeś im tego tylko mi i w dodatku tak, aby oni nie widzieli?
- Bo mam jeszcze jedną wiadomość, ale wcześniej nie było stosowności.
- Słodki Boże, już się boję zapytać.
- To nie pytaj tylko słuchaj. Wiesz, dlaczego tu jesteśmy, prawda?
- Raczej tak, mamy coś zdobyć. Tylko do końca nie wiem co.
- Bo nie musiałeś wiedzieć, wystarczy że ja wiedziałem. A w dodatku wiem, gdzie to jest.
- Naprawdę..? W jak złym punkcie stoimy?
- W skali od jednego do dziesięciu..? To jedenaście.
- Jedenaście?
- I pół...
- Słuchaj, bo...
- Nic nie mów. Ja się wszystkim zajmę, a ty tylko zrobisz o co cię poproszę.
- Czyli nawet nie masz planu? Świetnie.
- Plan to najmniejszy problem w tej chwili, ale spójrz na to. - Po tych słowach podał mu akta, które dostał od Marty.
- Co to jest?
- To jest właśnie to, po co tutaj przylecieliśmy. Tutaj nazywają to "Oko oceanu", ale u nas mówią na to "Łza Boga". Kojarzysz to?
- Zaraz, ta łza?!
- Dokładnie.
- Przecież to może rozwalić całą galaktykę! W ogóle skąd się to wzięło na Ziemi?
- Podobno Bóg widząc to wszystko, co się wydarzyło podczas wojen, uronił nad światem łzę, a ludzie użyli tego jako broni.
- Nie wierzę... i my musimy się tym zająć?
- No i przy okazji uratować Ziemię.
- Jak to zrobimy? Bo raczej po dobroci na tego nie oddadzą.
- Nie wiem, nie wiem już nic. Ale damy radę, jak zawsze z resztą. Wystarczy, że zdasz się na moje wielkie możliwości i błyskotliwy intelekt.
- Raczej zacznę się modlić.
- Na pewno nie zaszkodzi. Więc jak, pokażemy im te radio? Wezmą nas za idiotów.
- Racja, nie powiemy im że znaleźliśmy je w krzakach.
- Może nie musimy nic mówić? Spójrz, skontaktuje się z Engesem, podam mu naszą lokalizację i postaramy się odnaleźć sprzęt.
- A co powiemy reszcie?
- Że... że przypomniało nam się kilka słów od Engesa, że wspomniał o możliwej lokalizacji sprzętu.
- Nie mamy zbyt wiele innych możliwości. A jak zamierzasz określić nasze położenie?
- Wyczytam to z gwiazd.
Podczas gdy Zarack próbował wyczytać z nieba ich położenie, Grimm poszedł jak gdyby nic się nie stało do załogi. Kost i Moore nie zwracali uwagi na niego, ale nie Amanda. Od razu podejrzewała, że Zi coś kombinuje. Postanowiła pójść drogą, którą przyszedł Lu i znaleźć zgubę. Kiedy już dotarła na miejsce zastała rozrysowaną mapę nieba na piasku, ale nic poza nią. Zaczęła się zastanawiać dokąd mógł pójść, lecz na szczęście dla niej Zarack spadł jej z nieba, a dokładnie z drzewa.
- Co tu wyprawiasz?!
- Cóż, to będzie już chyba nasza tradycja. Bo ilekroć się spotykamy to zawsze ja mam bolesne lądowanie. - Mówiąc to wstał, po czym powiedział, gdzie się znajdują oraz wskazał kierunek, w którym może leżeć sprzęt.
Lis z początku była podejrzliwa, ale dzięki darowi Larcha, jakim było jego błyskotliwy i przekonujący sposób mowy, zaczarował ją słodkimi słówkami. Z racji na późną porę postanowili wyruszyć rano. W czasie kiedy razem wracali do reszty załogi, Lis zdecydowanym głosem pyta się:
- Przepraszam, ale skąd wiesz, gdzie leży samochód? Miał na nas czekać w miejscu lądowania, a przecież musieliśmy skakać wcześniej niż to było planowane, czyż nie?
- Cóż, powiem ci prawdę. Dostałem radio od kapitana Engesa i przed chwilą się z nim skontaktowałem.
- Posiadasz radio?! I nic nam nie mówiłeś?!
- Wybacz, ale zapomniałem.
- Mój Boże, wszyscy zginiemy. Jak ktoś taki ja ty może kierować oddziałem?!
- Nie bądź nastawiona tak sceptycznie, zobacz, że wszystko zaczyna się nam układać.
- Dobrze że przypomniałeś sobie o tym, zanim znaleźliśmy patrol Wedenów.
Kiedy Amanda skończyła to zdanie, dotarli już do celu, ale na ich nieszczęście kilkoro Werdenów znalazło ich odział pierwszych. Lis i Zi szybko schowali się w krzakach z nadzieją, że nie zostali zauważeni. Natomiast oprawcy z wymierzoną bronią próbowali wydobyć z załogi informacje, kim są i co tam robią, ale ci pozostawali niezłomni. W zaroślach Edeńczyk wraz z Amandą próbowali wymyśleć metoda odratowanie reszty i jedyne, na co wpadli to było, złapanie za lianę i z zaskoczenia zaatakować. Jak pomyśleli, tak zrobili. Chwycili za dwa przeciwne końce i pomknęli. Kiedy wyskoczyli na nich, sam Grimm, który zawsze był pełen nadziei, powątpiewał w Zaracka i jego działanie, a zdradził go wyraz jego twarzy. Lecz ku zdziwieniu wszystkich udało się im wytrącić wszystkich z trojga oprawców. Moore i Kost rzucili się i obezwładnili Werdenów, zaś Amanda przywiązała ich do drzewa. Lu stał z boku, z osłupieniem i zakłopotaniem nie mógł w to uwierzyć. Larch podszedł do niego i spytał się:
- Wszystko w porządku?
- Nie, nie jest w porządku! Czyś ty ogłupiał, że ruszasz się na uzbrojonych zbójów z lianą?!
- A co miałem zrobić, patrzeć jak was zastrzelą!? Nie narzekaj, przecież się udało.
Po krótkiej sprzeczce Zi zostawił przyjaciela i podszedł do skrępowanych jeńców, aby zadać im kilka pytań, a w tym czasie Lis powiedział reszcie o dalszych działaniach:
- Słuchajcie mamy nowe informacje i co najważniejsze plan. Wiemy już, gdzie musimy iść. Dwa kilometry na zachód leży nasz ekwipunek, a zważywszy na to, że znaleźli nas Werdeni, musimy ruszać jak najprędzej się da.
- A skąd nagle wiecie gdzie jest nasz samochód?! - ze złością Kost.
- Cóż może to mało profesjonalne, ale okazało się ze nasz gość z kosmosu cały czas miał ze sobą komunikator do bazy, ale o nim zapomniał...
- To nie do wiary! Jak mógł zapomnieć o czymś tak ważnym?!
- Wybaczcie że pytam, ale dlaczego żaden z was nie ma ze sobą radia? - Grimm
- Ponieważ leży w aucie do którego miał nas dostarczyć samolot, już kilkanaście godzin temu - powiedziała Amanda.
- No tak samolot nie mógł nas dostarczyć do zaplanowanego celu, ponieważ nikt nie pomyślał, że będą mieć rakiety. Potem nikt nie pomyślał o tym, aby wziąć coś, co pozwoli nam na kontakt z władzami, a nawet, żeby zapytać się gdzie leży SUV. Macie wątpliwości w naszą stronę, ale sami nie popisaliście się lepszą skutecznością!
Wtedy Zi podchodzi do nich i ucisza ich strzałem w powietrze z odebranej złoczyńcą broni. Jak już wszyscy zamilkli i zwrócili na niego powiedział:
- Rozumiem, że nie jesteście zadowoleni, że zapomniałem o radiu i z tego, że zaatakowali nas Werdeni, ale mamy zadanie i musimy je wykonać. Przepraszam was za moje zachowanie, ale każdy ma prawo do błędu. Za to jestem waszym zarządcą i macie się mnie słuchać. Więc rozkazuje wam, abyście zamknęli twarzyczki i ruszyli po broń! Za piętnaście minut ruszamy na wschód.
- Zachód... - poprawił go Grimm.
- Na wschód. Jeśli macie jakieś pytania, uwagi czy wątpliwości, to jest wasza ostatnia szansa na ich przedstawienie.
Po tych słowach nikt nie odważył się odezwać. Każdy zabrał co mógł, między innymi wodę, ubrania oraz broń należącą do wroga i stanął w rzędzie przed swoim kapitanem. Ten rozkazał jak najszybciej udać się na wschód. Sama droga była spokojna, nikogo już nie spotkali, aż do końca podróży, która trwała godzinę z niemałym kawałkiem. W czasie jej trwania Amanda z odwagą podeszła do Zaracka i spytała się go:
- Co w ciebie wstąpiło, nagle zacząłeś zachowywać się jak dyktator?
- Wstąpił we mnie duch bożonarodzeniowy.
- No i znów zachowujesz się jak dawniej. Każde twoje słowa brzmią tak jakbyś nie chciał w ogóle prowadzić jakichkolwiek konwersacji. Z niechęcią i obrzydzeniem wypowiadasz tylko przypadkowe słowa, czemu?
- Bo tak jest, nie lubię was, najwidoczniej ze wzajemnością. Mamy robotę do wykonania, więc może skupmy się na niej, nie sądzisz?
- Tak, ale jesteśmy na nogach już prawie 24 godziny, musielibyśmy zrobić sobie przerwę na sen.
- O to się nie martw, zrobimy ją, jak tyko dojdziemy do celu.
Kilka minut później Kost, który wyprzedzał załogę, znalazł samochód i od razu powiedział o tym Zarackowi. A ten, jak obiecał, tak zrobił i zarządził przerwę. Wszyscy rozpromienieli na widok tego pojazdu i niezwłocznie zajęli przestrzeń wokół niego i pozasypiali. Każdy zamknął swe powieki z wyjątkiem Zi, który postanowił jeszcze raz skontaktować się z Engesem. Wziął ze sobą mapę, kompas i mimo późnej godziny odszedł nieco od kompanów i zadzwonił do kapitana, który odebrał połączenie:
- Zarack, wszystko w porządku?
- Tak. Chciałem ci podziękować, że pomogłeś nam znaleźć sprzęt.
- Niepotrzebnie. To leży w moich obowiązkach.
- Cieszę się, że to mówisz, bo mam do ciebie jeszcze jedną prośbę.
- Znów się zgubiliście?
- Nie. Posłuchaj, żeby zniszczyć bombę musimy udać się na południe. Mimo tego nie wiemy, czego się spodziewać, i pomyślałem, że może masz jakieś aktualne zdjęcia satelitów i znajdziemy jakąś bezpieczną drogę.
- Niegłupi pomysł. Dobrze, poczekaj za parę minut oddzwonię i coś wymyślimy.
W czasie kiedy kapitan szukał najbezpieczniejszej drogi, Lu wstał i podszedł do nocnego marka:
- Cześć. Nie przypominam sobie, abyś kiedykolwiek cierpiał na bezsenność.
- Chciałeś czegoś, czy tak przyszedłeś pogadać?
- Myślałem nad tą łzą...
- Mówiłem ci żebyś sobie nią głowy nie zawracał.
- Tak, wiem. Ale mogę pomóc w wymyśleniu planu, jak ją odebrać ludziom i dostarczyć do Edenu.
- Uwierz mi to jest najłatwiejsze zadanie, gorzej już będzie w kosmosie. Tam mogą na nas czekać różne istoty.
- Czyli nie tylko my na to polujemy?
- Nie, kiedy byliśmy jeszcze w ich ośrodku, miałem to w ręce i boję się, że to wysłało sygnał.
- Przecież ludzie nie byliby tak głupi, żeby zrobić z tego sygnalizator.
- To prawda, ale energia, którą wyzwala, jest jedyna w swoim rodzaju i mogli to namierzyć.
- Tyle problemów i zero rozwiązań.
Wtedy rozmowę przerywa im telefon. Zi odbiera go z nadzieją, że to Enges. Nic bardziej mylnego:
- Tak, słucham.
- Witaj, jak wam idzie misja?
W radiu usłyszał czysty, liryczny i zapadająco - piękny głos kobiety, którą okazała się byś Verges.
- Marta?
- Sama w to nie wierze, ale tak. Więc jak tam?
- Misja... idzie nam świetnie. Wciąż wszyscy żyjemy, mamy sprzęt i szukamy bezpieczniej drogi do gór.
- Naprawdę? Słyszałam coś innego.
- Są małe problemy, ale nie takie, z którymi nie dalibyśmy sobie rady.
- Cieszy mnie to... - odparła z lekkim bólem w głosie.
- Dobrze, poczekaj chwilkę. - Zi wstaje i oddala się na osobność. - Posłuchaj, wiem, że nie dzwonisz, żeby się pytać o misję, skoro jej przebieg znasz na bieżąco. Powiedz mi prawdę.
- Tak naprawę chciałam się dowiedzieć, jak ty się miewasz? Nie umiałam zasnąć, bo nawet będąc na innym kontynencie mnie męczysz.
- Nawet nie masz pojęcia, jak dobrze się miewam, ale tylko kiedy cię słyszę. Wiem że jesteś na mnie wściekła, ale zrozum to, że...
- Błagam cię, nic już nie mów.
- Co mam nie mówić? Że cię kocham?!
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej