Absolutnie fantastyczna sprawa - Hank Green

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Słuchaj­cie, zdaję sobie sprawę, że przy­wio­dła was tu ochota na pory­wa­jącą opo­wieść, w któ­rej poja­wią się intrygi, tajem­nice, przy­gody, ktoś otrze się o śmierć, a ktoś umrze naprawdę. Jed­nak zanim do tego przej­dziemy (choć może­cie oczy­wi­ście zacząć lek­turę od roz­działu trzy­na­stego, prze­cież wam nie zabro­nię), musi­cie zro­zu­mieć, że ja, April May, jestem nie tylko cho­dzą­cym obja­wie­niem - jed­nym z naj­waż­niej­szych w histo­rii ludz­ko­ści - lecz także dwu­dzie­sto­pa­ro­let­nią kobietą, która popeł­niła kilka błę­dów. Mam przy tym nad wami tę prze­wagę, że to ja tu pocią­gam za sznurki. To moja histo­ria i będę ją opo­wia­dała tak, jak chcę. Przy oka­zji pozna­cie nie tylko moje przy­gody, ale i mnie samą - z góry uprze­dzam: bez dra­ma­tów się nie obę­dzie. Posta­ram się być z wami tak szczera, jak to moż­liwe, ale wąt­pię, by udało mi się zacho­wać pełen obiek­ty­wizm w sto­sunku do wła­snej osoby. Jeśli w ogóle wycią­gnie­cie z tej histo­rii coś dla sie­bie, to praw­do­po­dob­nie na koniec nie opo­wie­cie się po żad­nej ze stron i ze zro­zu­mie­niem przyj­mie­cie, że jestem (a przy­naj­mniej byłam) tylko czło­wie­kiem.

* * *

Odczu­wa­łam tę ludzką mar­ność szcze­gól­nie mocno, wlo­kąc swój zmę­czony odwłok do domu Dwu­dzie­stą Trze­cią Ulicą o 2.45 nad ranem, po szes­na­sto­go­dzin­nym mara­to­nie w start-upie, któ­rego nazwy (za sprawą pod­pi­sa­nej przeze mnie cho­ler­nie nie­ko­rzyst­nej umowy) nie mogę wyja­wić. Stu­dia arty­styczne mogą się wyda­wać kiep­ską decy­zją pod wzglę­dem finan­so­wym - zwłasz­cza jeśli na sfi­nan­so­wa­nie tej wydu­ma­nej ścieżki edu­ka­cyj­nej bie­rze się jeden kre­dyt stu­dencki za dru­gim. Oczy­wi­ście ja tak wła­śnie zro­bi­łam. Moi rodzice są wła­ści­cie­lami pręż­nie dzia­ła­ją­cej firmy dys­try­bu­ują­cej sprzęt mle­czar­ski do małych i śred­nich gospo­darstw. Sprzęt, czyli na przy­kład te ustroj­stwa, które przy­cze­pia się do krów, żeby je wydoić - tym wła­śnie han­dlo­wali. Inte­res szedł dobrze, na tyle dobrze, że gdy­bym poszła na uczel­nię sta­nową, naszą rodzinę byłoby na to stać. Wybra­łam jed­nak ina­czej. Wzię­łam kre­dyt. I to wię­cej niż jeden. Po paro­krot­nej zmia­nie spe­cja­li­za­cji (mar­ke­ting, sztuki piękne, foto­gra­fia, ilu­stra­cja) zde­cy­do­wa­łam się na przy­ziemne (ale przy­naj­mniej prak­tyczne) pro­jek­to­wa­nie gra­ficzne, po któ­rego ukoń­cze­niu poszłam do pracy; naj­waż­niej­szym kry­te­rium była pen­sja w wyso­ko­ści pozwa­la­ją­cej mi na samo­dzielne utrzy­ma­nie się w Nowym Jorku, a tym samym wypro­wadzkę z domu rodzi­ców w Pół­noc­nej Kali­for­nii.

Robota, o któ­rej mowa, to ten prze­klęty start-up, finan­so­wany przez tabun boga­czy mają­cych tylko jedno, prze­okrop­nie nudne marze­nie: jesz­cze wię­cej pie­nię­dzy. Pra­cu­jąc w tym miej­scu, sta­łam się człon­ki­nią start-upo­wej "rodziny". Jeśli więc cokol­wiek szło nie tak, poja­wiało się zada­nie do zro­bie­nia na wczo­raj, jeśli inwe­stor się o coś pie­klił albo po pro­stu bo tak, sie­dzia­łam w fir­mie do trze­ciej w nocy. Czego, szcze­rze mówiąc, nie­na­wi­dzi­łam. Nie mogłam znieść myśli, że opra­co­wy­wana przez nas apli­ka­cja do zarzą­dza­nia cza­sem była pomy­słem kre­tyń­skim i nikomu w niczym nie poma­gała. Wku­rzało mnie też, że cho­ciaż wzię­łam tę robotę wyłącz­nie dla kasy, sze­fo­stwo wyma­gało, bym trak­to­wała ją jak naj­waż­niej­szą rzecz na świe­cie. Ozna­czało to także, że bra­ko­wało mi czasu na pro­jekty oso­bi­ste.

ALE!

Pra­co­wa­łam jako gra­ficzka, czyli zgod­nie z wykształ­ce­niem, i zara­bia­łam wystar­cza­jąco, żeby opła­cić czynsz, a nie minął nawet rok, od kiedy otrzy­ma­łam dyplom. Wpraw­dzie warunki zatrud­nie­nia były zbli­żone do nie­wol­nic­twa, a połowa pen­sji szła na noc­leg w salo­nie dwu­po­ko­jo­wego miesz­ka­nia, ale jakoś dawa­łam radę.

Tro­chę roz­mi­nę­łam się z prawdą. Ow­szem, moje łóżko stało w salo­nie, noce spę­dza­łam jed­nak głów­nie w dru­gim pokoju - w sypialni Mai. Nie miesz­ka­ły­śmy ze sobą: były­śmy współ­lo­ka­tor­kami, a April-z-prze­szło­ści zale­ża­łoby na tym roz­róż­nie­niu. W czym tkwi róż­nica? Cóż, zanim wylą­do­wa­ły­śmy pod jed­nym dachem, nie były­śmy parą. Wej­ście w zwią­zek ze współ­lo­ka­torką to roz­wią­za­nie wygodne, ale nie­po­zba­wione pew­nej nie­zręcz­no­ści. W końcu miesz­ka­ły­śmy ze sobą przez więk­szość stu­diów. W momen­cie roz­po­czę­cia tej histo­rii były­śmy ze sobą od ponad roku.

Kiedy z kimś się mieszka, a potem zaczyna się z tą osobą być, to w jakich wła­ści­wie oko­licz­no­ściach pada pro­po­zy­cja wspól­nego zamiesz­ka­nia? W przy­padku moim i Mai wyglą­dało to nastę­pu­jąco: "Może wynio­sła­byś ten uży­wany mate­rac z pokoju dzien­nego, żeby­śmy mogły oglą­dać Net­fliksa jak ludzie, sie­dząc na kana­pie?", na co odpo­wie­dzia­łam: "Nie ma mowy, jeste­śmy tylko współ­lo­ka­tor­kami, które ze sobą cho­dzą". Dla­tego w naszym salo­nie wciąż jest dodat­kowe miej­sce do spa­nia.

Uprze­dza­łam, że bez dra­ma­tów się nie obę­dzie.

Ale wróćmy lepiej do tam­tej pamięt­nej stycz­nio­wej nocy. Nowa wer­sja naszej dur­nej apli­ka­cji miała być dostępna w App Store już za tydzień. Sie­dzia­łam w pracy tak długo, bo cze­ka­łam na zatwier­dze­nie ostat­nich popra­wek inter­fejsu użyt­kow­nika i paru innych rów­nie nud­nych bzde­tów. Zamiast przyjść do biura wcze­śniej, zosta­łam po godzi­nach - od zawsze bar­dziej mi to paso­wało. Mój mózg zla­so­wał się od prób zro­zu­mie­nia mgli­stych wytycz­nych sze­fo­stwa, które nie odróż­niało gra­fiki rastro­wej od wek­to­ro­wej. Wresz­cie wyszłam z budynku (wynaj­mo­wa­li­śmy część prze­strzeni cowor­kin­go­wej, nie osobne biuro) i trzy minuty póź­niej byłam na sta­cji metra.

Auto­mat przy wej­ściu odrzu­cił moją kartę Metro­Card BEZ ŻAD­NEGO POWODU. Na biurku w pracy leżała zapa­sowa, a ponie­waż nie wie­dzia­łam, ile kasy mam na tej odrzu­co­nej, wyglą­dało na to, że naj­roz­sąd­niej będzie wró­cić do biura.

Zapala się zie­lone, prze­cho­dzę więc na drugą stronę Dwu­dzie­stej Trze­ciej; tak­sów­karz ryczy klak­so­nem, jak­bym nie miała prawa być na przej­ściu. Sorry, stary, chyba wiem, jakie mam świa­tło. Skrę­cam w stronę biura i zauwa­żam to coś od razu. Z każ­dym kro­kiem nabie­ram pew­no­ści, że to naprawdę... ale to NAPRAWDĘ nie­zwy­kła rzeźba.

Jest GENIALNA, a do tego "nowo­jor­sko genialna". Wie­cie, co mam na myśli?

Jak by to wyja­śnić? Zdaje się, że... cóż... w Nowym Jorku ludzie potra­fią poświę­cić dzie­sięć lat na próby stwo­rze­nia cze­goś naprawdę świet­nego; cze­goś, co odda istotę jakiejś idei tak dosko­nale, że nagle świat sta­nie się dzie­sięć razy bar­dziej zro­zu­miały. Cze­goś pięk­nego, o moc­nym prze­ka­zie; cze­goś, na co twórca prze­zna­czył sporą część życia. Lokalne media szybko pod­chwy­tują temat, przez chwilę wszy­scy wzdy­chają: "Nie­źle!", by naza­jutrz puścić to w nie­pa­mięć i zachwy­cić się kolejną ABSO­LUT­NIE GENIALNĄ I FAN­TA­STYCZNĄ RZE­CZĄ. Nie ozna­cza to, że poprzed­nie obiekty zachwytu nie są cudowne i wyjąt­kowe... Smutna prawda jest taka, że gdy w jed­nym miej­scu mieszka tylu ludzi, któ­rzy robią świetne rze­czy, trudno unik­nąć pew­nego zbla­zo­wa­nia.

Tak się wła­śnie czu­łam tam­tej nocy, patrząc na trzy­me­tro­wego trans­for­mera ubra­nego w zbroję samu­raj­ską z wypu­kłym napier­śni­kiem, wiszą­cym dobre pół­tora metra nad moją głową. Robot po pro­stu stał na środku chod­nika. Biła z niego ener­gia i moc. Spra­wiał wra­że­nie, jakby miał zaraz zwró­cić się w moim kie­runku i wbić we mnie wład­cze spoj­rze­nie. Na razie pozo­sta­wał jed­nak w bez­ru­chu i nie­mal wzgar­dli­wym mil­cze­niu, jakby świat nie zasłu­gi­wał na jego uwagę. Latar­nie oświe­tlały pan­cerz - meta­lową mozaikę mato­wej jak noc czerni oraz lustrza­nego sre­bra. Nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że to praw­dziwa stal, a nie pokryty spre­jem kar­to­nowy kostium fana cosplayu. Mistrzow­skie wyko­na­nie. Sta­łam jak zacza­ro­wana może przez pięć sekund, po czym prze­szedł mnie dreszcz - tro­chę z zimna, a tro­chę dla­tego, że to coś na mnie patrzyło - i ruszy­łam dalej.

I wtedy. Poczu­łam. Się. Jak. Naj­gor­sza. Szuja.

Prze­cież sama jestem artystką i cho­dzę do tej par­szy­wie nud­nej roboty tylko po to, żeby stać mnie było na pła­ce­nie wygó­ro­wa­nego czyn­szu i miesz­ka­nie w tym mie­ście - jed­nym z naj­bar­dziej żywych, twór­czych i wpły­wo­wych ośrod­ków kul­tury na świe­cie. Oto na chod­niku, tuż przed moim nosem, stoi dzieło sztuki - impo­nu­jąca insta­la­cja, w którą twórca wło­żył masę wysiłku i mnó­stwo czasu, zapewne lata; która powstała, by ludzie zatrzy­mali się przed nią, spoj­rzeli i pomy­śleli. I oto ja, zobo­jęt­niała przez życie w wiel­kim mie­ście i umy­słowo wyczer­pana godzi­nami prze­su­wa­nia pik­seli na ekra­nie, nie potra­fię przy­sta­nąć przy czymś tak cudow­nym na dłu­żej.

Bar­dzo dobrze pamię­tam, co stało się potem, i czuję, że warto o tym opo­wie­dzieć. Zawró­ci­łam, pode­szłam do rzeźby, wspię­łam się na palce i powie­dzia­łam:

- Chyba powin­nam zadzwo­nić do Andy'ego. Co ty na to?

Robot, zgod­nie z prze­wi­dy­wa­niami, nie zare­ago­wał.

- Jeśli nie masz nic prze­ciwko temu, po pro­stu stój bez ruchu.

Wyję­łam tele­fon i wybra­łam wła­ściwy numer.

Ale zanim doj­dzie do roz­mowy, pozwolę sobie opo­wie­dzieć wię­cej o Andym!

Zmiany są nie­od­łączną czę­ścią ludz­kiego życia. W momen­tach dla nas prze­ło­mo­wych - na przy­kład na koniec stu­diów - myślimy czę­sto: "Na sto pro­cent, bez cie­nia wąt­pli­wo­ści, będę utrzy­my­wać kon­takt z tymi wszyst­kimi dro­gimi mojemu sercu, fan­ta­stycz­nymi ludźmi, z któ­rymi spę­dzi­łam tyle lat - nie­za­leż­nie od tego, że zarówno moje, jak i ich życie wła­śnie dia­me­tral­nie się zmie­nia". A tak naprawdę rów­nie dobrze w tym samym momen­cie mogli­by­śmy usu­nąć tych wszyst­kich ludzi z grona zna­jo­mych na Face­bo­oku, bo niby gdzie i jak mie­li­by­śmy ich jesz­cze spo­tkać? Cóż, Andy'emu, Mai i mnie udało się (jak na razie) unik­nąć tego sce­na­riu­sza. Maya i ja oszu­ka­ły­śmy prze­zna­cze­nie, wpro­wa­dza­jąc się razem do nie­spełna czter­dzie­sto­me­tro­wego miesz­ka­nia. Z Andym było ina­czej - miesz­kał na dru­gim końcu mia­sta i pozna­li­śmy się dopiero na trze­cim roku. Na tam­tym eta­pie wybie­ra­ły­śmy z Mayą prak­tycz­nie te same zaję­cia, bo naprawdę bar­dzo się lubi­ły­śmy. Wszyst­kie zada­nia gru­powe wyko­ny­wa­ły­śmy razem. Ale pro­fe­sor Ken­nedy dzie­lił stu­den­tów na grupy trzy­oso­bowe, co ozna­czało, że dołą­czy do nas ktoś obcy. I jakoś tak się stało, że przy­cze­pił się do nas Andy (choć z jego per­spek­tywy pew­nie to my przy­cze­piłyśmy się do niego).

Koja­rzy­łam go z innych zajęć. Był dla mnie "tym kole­siem, który zgrywa pew­nego sie­bie o wiele bar­dziej, niż powi­nien". Chudy, nie­zgrabny, blady jak ściana. Podej­rze­wa­łam, że prosi fry­zjera o takie cię­cie, które wyglą­dało, jakby ni­gdy się nie strzygł. Trzeba jed­nak przy­znać, że był mistrzem cię­tej - a do tego zwy­kle cel­nej i zabaw­nej - ripo­sty.

W ramach zada­nia mie­li­śmy stwo­rzyć iden­ty­fi­ka­cję wizu­alną dla wymy­ślo­nej marki nie­ist­nie­ją­cego pro­duktu. Opa­ko­wa­nie było ele­men­tem nie­obo­wiąz­ko­wym, nale­żało nato­miast przy­go­to­wać kilka pro­po­zy­cji logo­typu oraz prze­wod­nik po stylu (czyli nie­dużą ksią­żeczkę, która opi­suje wszyst­kim zain­te­re­so­wa­nym spo­sób pre­zen­ta­cji marki oraz zasady uży­wa­nia czcio­nek i kolo­rów w kon­kret­nych sytu­acjach). Razem z Mayą były­śmy prak­tycz­nie pewne, że przyj­dzie nam pra­co­wać nad wize­run­kiem jakiejś zmy­ślo­nej mod­nej i super­etycz­nej firmy, pro­du­ku­ją­cej dżinsy z kom­plet­nie bez­u­ży­tecz­nymi kie­sze­niami, czy coś w tym stylu. Choć szcze­rze mówiąc, stu­denci chyba naj­czę­ściej wybie­rali rze­mieśl­ni­czy bro­war. Naj­wy­raź­niej pła­ci­li­śmy masę pie­nię­dzy za te stu­dia tylko po to, by sno­bo­wać się na wiel­kich znaw­ców piwa.

Jestem prze­ko­nana, że gdyby nie Andy, tak by się to skoń­czyło. Chło­pak wyka­zy­wał jed­nak nie­zno­śny upór i jakimś cudem namó­wił nas, by tema­tem pro­jektu stała się "Żooy­po­opa", czyli guma do żucia o smaku... pupy. Z początku jego argu­men­ta­cja wyda­wała nam się głu­pawa - tłu­ma­czył, że po dyplo­mie będziemy pra­co­wać dla samych nud­nych, sno­bi­stycz­nych marek, więc możemy sobie pozwo­lić na potrak­to­wa­nie tego pro­jektu z przy­mru­że­niem oka. Osta­tecz­nie zmie­ni­ły­śmy zda­nie, gdy ude­rzył w poważ­niej­sze tony.

- Dziew­czyny, posłu­chaj­cie - zaczął - to żadna sztuka poka­zać fajny pro­dukt w fajny spo­sób. Wła­śnie dla­tego wszy­scy wybie­rają takie pomy­sły. Ale to w grun­cie rze­czy straszna nuda. A gdy­by­śmy tak spra­wili, żeby coś skraj­nie głu­piego wyglą­dało świet­nie? Z kitu zro­bili hit? To dopiero wyzwa­nie. Do tego potrzebny jest talent. Pokażmy, że go mamy.

Pamię­tam ten moment wyraź­nie, bo wła­śnie wtedy zda­łam sobie sprawę, że Andy jest znacz­nie bar­dziej inte­re­su­jący, niż mi się począt­kowo wyda­wało.

Koń­cząc pro­jekt, czu­łam pewną wyż­szość nad resztą ludzi z roku, któ­rzy z takim prze­ję­ciem pla­no­wali stra­te­gie dla etycz­nych dżin­sów i rze­mieśl­ni­czych piw. Nasz pro­dukt wypadł naprawdę świet­nie. Andy oka­zał się - niby o tym wie­dzia­łam, ale nie sądzi­łam, że to takie ważne - nie­zwy­kle zdol­nym ilu­stra­to­rem, a połą­cze­nie jego rysun­ków ze zdol­no­ściami kali­gra­ficz­nymi i typo­gra­ficz­nymi Mai oraz moim wyczu­ciem kolo­rów dało zna­ko­mity efekt.

Tak się pozna­li­śmy i jestem za to ogrom­nie wdzięczna. Szcze­rze mówiąc, Andy był potrzebny, aby skon­tro­wać inten­syw­ność związku rodzą­cego się mię­dzy mną a Mayą. Po "Żooy­po­opie", która wpra­wiła Ken­nedy'ego w taki zachwyt, że umie­ścił nasz pro­jekt na ofi­cjal­nej stro­nie kursu, robi­li­śmy razem wszystko. Współ­pra­co­wa­li­śmy nawet przy zle­ce­niach komer­cyj­nych. Od czasu do czasu Andy wpa­dał do nas z plan­szów­kami i zmu­szał do gra­nia. Potra­fi­li­śmy całymi wie­czo­rami roz­ma­wiać o poli­tyce, naszych marze­niach i oba­wach. To, że był mną wyraź­nie zauro­czony, w niczym nikomu nie prze­szka­dzało, bo wie­dział prze­cież, że jestem zajęta, a Maya chyba ni­gdy nie widziała w nim zagro­że­nia. Jakimś cudem nasz układ wytrzy­mał zakoń­cze­nie stu­diów i wciąż spo­ty­ka­ły­śmy się z zabaw­nym, dziw­nym, bystrym i głup­ko­wa­tym Andym Skamp­tem.

Do któ­rego wła­śnie dzwo­ni­łam o trze­ciej nad ranem.

- April, co jest, kuźwa...? Mamy śro­dek nocy.

- Cześć. Zna­la­złam coś, co powi­nie­neś zoba­czyć.

- Myślę, że to może pocze­kać do jutra.

- No nie wiem. To naprawdę duża sprawa. Weź ze sobą apa­rat. Czy Jason ma jakieś dodat­kowe oświe­tle­nie?

Jason był współ­lo­ka­to­rem Andy'ego i obaj marzyli o inter­ne­to­wej sła­wie. Udo­stęp­niali stre­amingi swo­ich gier wideo (zasięgi były marne) i pro­wa­dzili na YouTu­bie pod­cast, w któ­rym roz­ma­wiali o naj­lep­szych sce­nach śmierci w fil­mach i seria­lach. Z mojego punktu widze­nia cier­pieli na nie­ule­czalną dole­gli­wość tra­piącą całą masę dzia­nych face­tów, któ­rzy, na prze­kór licz­nym dowo­dom, żyli w prze­ko­na­niu, że światu naprawdę potrzebny jest kolejny kome­diowy pod­cast pro­wa­dzony przez dwóch bia­łych męż­czyzn. Brzmi to ostro, ale tak wtedy uwa­ża­łam. Dziś dosko­nale rozu­miem, że łatwo poczuć się nie­istot­nym, kiedy nikt nas nie obser­wuje. Zaczę­łam nawet słu­chać Śmierć­spot­ting i muszę przy­znać, że chło­paki są naprawdę zabawne.

- Cze­kaj... Co się wła­ści­wie dzieje? Co takiego mam zro­bić? - dopy­ty­wał.

- Masz przyjść pod Gra­mercy The­atre, przy­tar­gać ze sobą tyle sprzętu do nagry­wa­nia od Jasona, ile zdo­łasz, a ja gwa­ran­tuję, że nie poża­łu­jesz. Nawet nie myśl o powro­cie do tej two­jej gierki hen­tai, czy co tam robi­łeś... To jest lep­sze. Słowo.

- A gra­łaś w piątą część Wiśnio­wej Wróżki Kwia­tuszki? Skąd ta pew­ność, April May?

- Roz­łą­czam się... Do zoba­cze­nia za pięć minut.

Wci­snę­łam czer­woną słu­chawkę.

Kiedy cze­ka­łam na Andy'ego, minęło mnie kilka osób. Man­hat­tan nie jest już taki sza­lony jak kie­dyś, ale to wciąż mia­sto, które ni­gdy nie zasy­pia. A także mia­sto mówiące wszem wobec: "Mam wszystko tak bar­dzo gdzieś, że bar­dziej się nie da". Prze­chod­nie obrzu­cali rzeźbę krót­kim spoj­rze­niem, nie zwal­nia­jąc kroku, tak jak i ja na samym początku. Pró­bo­wa­łam wyglą­dać na zajętą. Nowy Jork nie jest szcze­gól­nie nie­bez­pieczny, co nie zna­czy, że dwu­dzie­sto­trzy­latki sto­ją­cej samot­nie na ulicy w środku nocy na pewno nie spo­tka nic nie­mi­łego.

Poświę­ci­łam tych parę minut na uważne przyj­rze­nie się rzeź­bie. W tym mie­ście nawet o tak póź­nej porze nie jest ciemno, dookoła świe­ciła cała masa latarni, ale rzu­cane przez figurę głę­bo­kie cie­nie i jej impo­nu­jące roz­miary spra­wiały, że nie potra­fi­łam jej zro­zu­mieć. Była ogromna. Ważyła pew­nie kil­ka­set kilo­gra­mów. Zdję­łam ręka­wiczkę i dotknę­łam pal­cem meta­lo­wej powłoki, ze zdu­mie­niem odkry­wa­jąc, że nie jest chłodna. Nie była też wpraw­dzie cie­pła... ale bez wąt­pie­nia twarda. Ude­rzy­łam rzeźbę w oko­lice bio­der, nie roz­legł się jed­nak ocze­ki­wany przeze mnie meta­liczny brzdęk. Odgłos był raczej głu­chy, a potem usły­sza­łam cichy szum. Pomy­śla­łam, że może wła­śnie o to cho­dziło twórcy. Miesz­kańcy Nowego Jorku mieli po pro­stu wcho­dzić w inte­rak­cje z tym obiek­tem... odkry­wać jego wła­ści­wo­ści. W szkole arty­stycz­nej dużo się roz­my­śla o twór­czych celach i zało­że­niach. Nasta­wie­nie domyślne to: WIDZIEĆ SZTUKĘ ? KRY­TY­KO­WAĆ SZTUKĘ.

W końcu zaprze­sta­łam ana­liz i zaczę­łam po pro­stu cie­szyć się rzeźbą. Coraz bar­dziej mi się podo­bała. Nie tylko jako wytwór innego czło­wieka, ale w taki spo­sób, w jaki może zachwy­cać naprawdę dobra sztuka. Przy­jem­nie się z nią obco­wało. Ni­gdy nie widzia­łam niczego podob­nego. Zachwy­cała mnie jej "trans­for­me­ro­wa­tość". Ja sama nie odwa­ży­ła­bym się pod­jąć tematu robo­tów w swo­ich pra­cach... Nikt nie chce, by jego twór­czość koja­rzono z main­stre­amem. Arty­ście trudno wyobra­zić sobie gor­szy los.

Ale ta figura była zde­cy­do­wa­nie czymś wię­cej niż kre­atyw­nym cyta­tem z popkul­tury. Nie umia­łam jej przy­rów­nać do żad­nej innej zna­nej mi rzeźby ani w ogóle do cze­go­kol­wiek, co widzia­łam wcze­śniej. Przy­glą­da­łam się jej w głę­bo­kiej zadu­mie, z któ­rej wytrą­cił mnie dopiero Andy.

- Ożeż w mordę... - jęk­nął w zachwy­cie. Miał ze sobą ple­cak, trzy fute­rały i dwa sta­tywy.

- Taa - odpar­łam.

- To. Jest. GENIALNE.

- Wiem... A tak nie­wiele bra­ko­wało, żebym ją olała. Pomy­śla­łam, że to po pro­stu kolejny "zaje­bi­ście fajny nowo­jor­ski bajer", nawet nie zwol­ni­łam kroku. Ale po chwili zorien­to­wa­łam się, że nic o niej nie sły­sza­łam i powi­nie­neś się o tym dowie­dzieć, prze­cież cią­gle cze­kasz na temat, który okaże się twoim wiel­kim inter­ne­to­wym vira­lem. Dla­tego posta­no­wi­łam jej dla cie­bie pil­no­wać.

- Cze­kaj, cze­kaj... Czy dobrze rozu­miem, że kiedy zoba­czy­łaś tę wielką, piękną, musku­larną postać, w two­jej gło­wie poja­wił się ANDY Skampt? - spy­tał, wska­zu­jąc na sie­bie kciu­kami.

- LOL - prych­nę­łam. - Po pro­stu chcia­łam ci zro­bić przy­sługę, oto i ona. Wystar­czy, że podzię­ku­jesz.

Andy, odro­binę zmie­szany, podał mi sta­tyw.

- W takim razie zacznijmy roz­sta­wiać sprzęt. I to szybko, zanim ktoś z tele­wi­zji się tu napa­to­czy i zgar­nie nam temat.

Pięć minut póź­niej kamera była na sta­ty­wie, reflek­tory na bate­rie rzu­cały ośle­pia­jące świa­tło, a Andy koń­czył moco­wać mikro­fon do klapy kurtki. Nie wyglą­dał już tak nie­po­waż­nie jak na stu­diach. Prze­stał nosić bejs­bo­lówki z dur­nymi napi­sami, a nie­sforną (czy raczej nie­ty­pową) fry­zurę zamie­nił na krót­sze, swo­bodne cię­cie dopa­so­wane do kształtu twa­rzy. A jed­nak, cho­ciaż mie­rzył dwa­dzie­ścia cen­ty­me­trów wię­cej niż ja i byli­śmy w tym samym wieku, wciąż spra­wiał wra­że­nie o pięć lat młod­szego ode mnie.

- April - zaczął.

- No?

- Myślę, że to ty powin­naś sta­nąć przed kamerą.

W odpo­wie­dzi wyda­łam z sie­bie zdez­o­rien­to­wane chrząk­nię­cie.

- Stary, to twoje marze­nie, nie moje. Nie mam zie­lo­nego poję­cia o YouTu­bie.

- Cho­dzi o to, że... No wiesz... - wił się w odpo­wie­dzi.

Z per­spek­tywy czasu - choć ni­gdy go o to nie zapy­ta­łam - uwa­żam, że Andy już w tam­tym momen­cie mógł rozu­mieć powagę sytu­acji. Przy­naj­mniej czę­ściowo; nie miał prze­cież poję­cia, jak to się poto­czy.

- Niech ci się tylko nie wydaje, że będę ci cokol­wiek dłużna, bo zała­twisz mi chwilę inter­ne­to­wej sławy. Wcale mi na tym nie zależy.

- Oj, dobra. Cho­dzi o to, że nie potra­fisz obsłu­żyć tego sprzętu - tłu­ma­czył, wyraź­nie szu­ka­jąc wymówki. Nie mogłam zro­zu­mieć dla­czego.

- Okej, za kamerą jestem do bani, ale nie­wiele lepiej zacho­wuję się przed obiek­ty­wem. Ty i Jason nada­je­cie w inter­ne­cie całymi dniami, a ja w sumie nie korzy­stam nawet z Face­bo­oka.

- Masz za to konto na Insta­gra­mie.

- To co innego - uśmiech­nę­łam się krzywo.

- Nie do końca. Wiem, że nie wrzu­casz tam byle czego. Mnie nie oszu­kasz. Jesteś cyfrową dziew­czyną w cyfro­wym świe­cie, April. Każde z nas wie, jak wystę­po­wać przed publicz­no­ścią.

Byłam Andy'emu wdzięczna za to bez­ce­re­mo­nialne pod­su­mo­wa­nie. Miał cał­ko­witą rację. Uda­wa­łam, że nie dbam o media spo­łecz­no­ściowe, i fak­tycz­nie wola­łam pro­wa­dzić dys­ku­sje w praw­dzi­wych gale­riach niż na Twit­te­rze. Ale nie żyłam aż tak poza sie­cią, jak bym chciała. Iry­ta­cja sta­ran­nie wykre­owa­nymi inter­ne­to­wymi per­so­nami była ele­men­tem mojej wła­snej sta­ran­nie wykre­owa­nej per­sony. Mimo to oboje czu­li­śmy, że uza­sad­nie­nie Andy'ego jest w tym wypadku nacią­gane.

- Andy, powiedz, o co biega naprawdę.

- No bo - wziął głę­boki wdech - uwa­żam, że dla autora lub autorki tej rzeźby będzie lepiej, jeśli to ty o niej opo­wiesz. Ja jestem bła­znem. Dobrze wiem, jak wyglą­dam. Nikt nie bie­rze mnie na serio. A ty, w tym twoim dwu­rzę­do­wym płasz­czu i z wydat­nymi kośćmi policz­ko­wymi, wyglą­dasz jak praw­dziwa artystka. Spra­wiasz wra­że­nie kogoś, kto zna się na rze­czy. Fak­tycz­nie wiesz, o czym mówisz, i umiesz to robić, dziew­czyno. Jeśli ja się do tego zabiorę, wyj­dzie z tego jeden wielki żart. Poza tym to ty ją zna­la­złaś.

W prze­ci­wień­stwie do więk­szo­ści ludzi z kie­runku naprawdę dużo czasu poświę­ca­łam na stu­dio­wa­nie sztuki. Róż­nica mię­dzy sztuką a pro­jek­to­wa­niem gra­ficz­nym może się na pierw­szy rzut oka wyda­wać nie­oczy­wi­sta. Sztuka jest dla sztuki, ist­nieje dla samej sie­bie. Z kolei pro­jek­to­wa­nie to forma sztuki, która służy innym celom. Można je przy­rów­nać do inży­nie­rii wizu­al­nej. Swoje stu­dia zaczę­łam od sztuk pięk­nych, ale pod koniec pierw­szego seme­stru doszłam do wnio­sku, że pew­nego dnia będę chciała pójść do pracy. Prze­nio­słam się więc na mar­ke­ting, który szybko znie­na­wi­dzi­łam, i tak, parę zmian póź­niej, tra­fi­łam na gra­fikę. I zosta­łam. Wciąż jed­nak poświę­ca­łam na śle­dze­nie man­hat­tań­skiej sceny arty­stycz­nej wię­cej czasu i ener­gii niż moi kole­dzy i kole­żanki ze stu­diów. Mię­dzy innymi z tego powodu tak bar­dzo chcia­łam tu zostać. Zabrzmi to nie­mą­drze, ale sta­tus dwu­dzie­sto­kil­ku­let­niej miesz­kanki Nowego Jorku spra­wiał, że czu­łam się ważna. Choć sama nie two­rzy­łam sztuki, to przy­naj­mniej pra­co­wa­łam w tym genial­nym mie­ście, z dala od rodzi­ców i ich przy­ziem­nego świata wypeł­nio­nego sprzę­tem mle­czar­skim.

Andy nie wyglą­dał, jakby miał ustą­pić, a ja doszłam do wnio­sku, że to w grun­cie rze­czy nic takiego. Wpię­łam mikro­fon po wewnętrz­nej stro­nie bluzki. Na kablu czu­łam jesz­cze cie­pło ciała Andy'ego. Reflek­tory mnie ośle­piały, ledwo widzia­łam obiek­tyw kamery. Zro­biło się zimno, wiał lekki wie­trzyk, na chod­niku nie było nikogo poza nami.

- Gotowa? - zapy­tał Andy.

- Daj mi mikro­fon - powie­dzia­łam, wska­zu­jąc na leżącą na ziemi otwartą torbę.

- Majk w kla­pie leci, nie potrze­bu­jesz nic wię­cej.

Nie rozu­mia­łam tego żar­gonu, ale mniej wię­cej zała­pa­łam, o co cho­dzi.

- Potrze­buję rekwi­zytu... - wyja­śni­łam. - Wiesz, że niby... prze­pro­wa­dzam z tym czymś wywiad.

- Aaa... jasne... - przy­tak­nął i podał mi mikro­fon.

- Okej - powie­dzia­łam.

- Dobra, krę­cimy.

Roz­dział 2

Dobra, krę­cimy.

Pew­nie sły­sze­li­ście, jak Andy wypo­wiada te słowa... O ile jeste­ście ludźmi i macie dostęp do inter­netu. Nie­za­leż­nie od tego, w jakim języku mówi­cie albo czy posia­da­cie urzą­dze­nie elek­tro­niczne. Czy jeste­ście chiń­skimi miliar­de­rami, czy nowo­ze­landz­kimi hodow­cami owiec. Na pewno sły­sze­li­ście te słowa. Znają je człon­ko­wie zbroj­nych bojó­wek w Nepalu. To naj­czę­ściej wyświe­tlane nagra­nie w histo­rii ludz­ko­ści. Google sza­cuje, że fil­mik zaty­tu­ło­wany Nowo­jor­ski Carl zoba­czyło dzie­więć­dzie­siąt cztery pro­cent żyją­cych ówcze­śnie miesz­kań­ców Ziemi. Z któ­rych dziś zapewne spora liczba nie żyje.

Andy zmon­to­wał nagra­nie i oto co mniej wię­cej z tego wyszło:

Wyglą­dam kosz­mar­nie. Nie spa­łam od dwu­dzie­stu czte­rech godzin. Prak­tycz­nie nie mam maki­jażu, a ponie­waż dress code mojej firmy można pod­su­mo­wać zda­niem "noś się tak, jakby na niczym ci nie zale­żało", jestem ubrana w dżin­sową kurtkę nacią­gniętą na białą bluzę z kap­tu­rem. Moje dżinsy mają na kola­nach dziury, więc zaczy­nam mar­z­nąć. Ciemne włosy opa­dają bez­ład­nie na ramiona, reflek­tor razi, ale wal­czę, by nie mru­żyć oczu. No dobra, w sumie nie wyglą­dam naj­go­rzej. A może widzia­łam ten fil­mik już tyle razy, że zgu­bi­łam resztki wstydu. Moje oczy są z natury tak ciemne, że trudno dostrzec w nich źre­nice nawet w peł­nym słońcu. Zęby aż lśnią w świe­tle ledo­wych lamp Jasona. Z jakie­goś powodu bije ze mnie radość. Chyba łapie mnie głu­pawka z nie­wy­spa­nia. Mam lekką chrypkę.

- Cześć wszyst­kim! Tu April May, pro­sto ze skrzy­żo­wa­nia Dwu­dzie­stej Trze­ciej Ulicy i Alei Lexing­ton. Jest ze mną nie­spo­dzie­wany i dość szcze­gólny gość. Poja­wił się tutaj dziś, przed trze­cią w nocy. Niczym sta­ro­żytny wojow­nik z jakiejś obcej cywi­li­za­cji pil­nuje wej­ścia do restau­ra­cji Chi­po­tle Mexi­can Grill, znaj­du­ją­cej się po sąsiedzku z Gra­mercy The­atre. Jego spoj­rze­nie jest lodo­wate, ale znaj­duję w tym pewne pocie­sze­nie, bo mam wra­że­nie, że mówi: "Hej, nikt z nas nie ogar­nia... Nawet trzy­me­trowy, meta­lowy robot bojowy. Życie ci ciąży? Nie martw się... i tak nic nie zna­czysz!". Czy czuję się pew­niej, mając świa­do­mość, że strzeże mnie ktoś taki jak on? Ani tro­chę! Ale może w życiu wcale nie cho­dzi o to, żeby czuć się bez­piecz­nie!

Kiedy to mówię, jakaś para wra­ca­jąca do domu po dłu­giej nocy zerka na nas przez ramię, ale bar­dziej inte­re­suje ich kamera niż sto­jący tuż obok olbrzymi ROBOT.

Kamera prze­suwa się nagle. Zacię­łam się i przez parę sekund mam­ro­ta­łam coś bez sensu jak kre­tynka, a Andy zapew­niał mnie, że to wszystko wytnie.

- Ma na imię... Carl! Cześć, Carl! - mówię w końcu i kie­ruję mikro­fon w stronę meta­lo­wego wojow­nika, sta­jąc na pal­cach.

Jestem drobna, nie mam nawet metra sześć­dzie­się­ciu, Carl wydaje się więc jesz­cze więk­szy niż w rze­czy­wi­sto­ści. Odpo­wiada mil­cze­niem.

- Oto robot praw­dzi­wie oszczędny w sło­wach. Jego wygląd mówi za to wiele.

Kolejne cię­cie. W następ­nym uję­ciu znów patrzę pro­sto w obiek­tyw.

- Carl: nie­ru­chomy, solidny i zaska­ku­jąco cie­pławy w dotyku trzy­me­trowy robot, któ­rego obec­ność naj­wy­raź­niej wcale nie dziwi nowo­jor­czy­ków.

Cię­cie.

- Co sądzą na jego temat miesz­kańcy naszego mia­sta? Czy biorą go za insta­la­cję arty­styczną? A może za czyjś nie­udany pro­jekt, wyeks­mi­to­wany wraz z nie­pła­cą­cym czyn­szu loka­to­rem? Zapo­mniany rekwi­zyt z pobli­skiego planu fil­mo­wego? Czy mia­sto, które ni­gdy nie śpi, stało się mia­stem, które jest zbyt fajne, by dostrzec nawet naj­bar­dziej wyjąt­kowe wyda­rze­nia? Nie, pocze­kaj­cie. Jeden młody czło­wiek wła­śnie się zatrzy­mał. Zapy­tajmy go, co myśli.

W kolej­nym uję­ciu kie­ruję sztuczny mikro­fon w stronę Andy'ego.

- Jak się nazy­wasz?

- Andy Skampt - odpo­wiada; z jakie­goś powodu wydaje się bar­dziej zde­ner­wo­wany ode mnie.

- Czy potwier­dzasz, że przed wej­ściem do restau­ra­cji Chi­po­tle stoi trzy­me­trowy robot?

- Tak.

- A czy zgo­dzisz się ze mną, że to nie jest nor­malne, do cho­lery?

- Mhm.

- Jak sądzisz, o co tu cho­dzi?

- Nie mam poję­cia. Carl w grun­cie rze­czy mnie prze­raża.

- Dzię­kuję, Andy.

Cię­cie.

- I to na razie tyle, dro­dzy miesz­kańcy tego świata. Ogromny, dostojny, zaska­ku­jąco cie­pławy robo­tyczny wojow­nik przy­był do Nowego Jorku, a jego bez­ruch wydał nam się wystar­cza­jąco inte­re­su­jący, by nakrę­cić o nim kil­ku­mi­nu­towy fil­mik.

Mój komen­tarz towa­rzy­szył zbli­że­niom robota, który stał jak słup soli, ale aż tęt­nił poten­cja­łem ruchu i ener­gią skrzącą się tuż pod powierzch­nią pan­ce­rza.

Kiedy sta­łam przed kamerą, cały czas myśla­łam o tym, kto go stwo­rzył. O brat­niej, kre­atyw­nej duszy, która dała z sie­bie tak wiele, by powo­łać na świat to abso­lut­nie fan­ta­styczne dzieło - i o tym, że bez­duszny świat naj­wy­raź­niej zamie­rzał je zigno­ro­wać. Pró­bo­wa­łam wczuć się w tego tajem­ni­czego twórcę. Zro­zu­mieć, po co ten robot w ogóle powstał, jed­no­cze­śnie besz­ta­jąc w myślach miesz­kań­ców tego świata, nie­czu­łych na piękno i formę. UWAGA, NOWO­JOR­CZYCY! ZACZNIJ­CIE W KOŃCU DOCE­NIAĆ TE WSZYST­KIE ZAJE­BI­STE RZE­CZY DOOKOŁA WAS! Pra­gnę­łam, by ludzie się prze­bu­dzili i choć przez chwilę po pro­stu popa­trzyli na ten wyjąt­kowy wytwór ludz­kiej ręki. Z per­spek­tywy czasu - prze­za­bawne było to pra­gnie­nie.

- Mamy to?

- Tak, wyszło fan­ta­stycz­nie. Jesteś prze­uro­cza i mądra, inter­net cię poko­cha.

- Och, zawsze o tym marzy­łam - odpo­wie­dzia­łam z kamienną twa­rzą. - Ale teraz jestem śmier­tel­nie zmę­czona.

- Kumam. Co w ogóle robi­łaś tutaj o tej porze?

- Poza obser­wo­wa­niem robota giganta? Wiesz, jak jest, kolejny dzień w biu­rze, kolejne pożary do gasze­nia.

- Przy­naj­mniej masz robotę.

Andy pró­bo­wał szczę­ścia jako fre­elan­cer, na co mogą sobie pozwo­lić ludzie, któ­rzy nie mar­twią się spłatą kre­dytu stu­denc­kiego, bo ich ojco­wie są obrzy­dli­wie boga­tymi praw­ni­kami w Hol­ly­wood.

I tak prze­sta­li­śmy roz­ma­wiać o Carlu. Andy nakrę­cił jesz­cze parę zbli­żeń, ja w tym cza­sie narze­ka­łam na pracę, a on opo­wia­dał o nowym klien­cie, który zaży­czył sobie, by logo­typ jego firmy był bar­dziej "kom­pu­te­rowy". W pew­nym momen­cie, chcąc nakrę­cić b-roll, sta­nę­łam Andy'emu na ramio­nach, by zna­leźć się jak naj­bli­żej twa­rzy robota. Roz­ma­wia­li­śmy o pracy i życiu, aż zro­biła się pra­wie czwarta nad ranem.

- To była strasz­nie dziwna i strasz­nie fajna noc, April May. Dzięki, że wycią­gnę­łaś mnie z domu na to zimno i namó­wi­łaś do nakrę­ce­nia fil­miku o robo­cie.

- A ja dzię­kuję, że przy­sze­dłeś. I nie, nie wpadnę teraz do cie­bie, żeby poto­wa­rzy­szyć ci w mon­tażu. Idę spać. Jeśli zadzwo­nisz przed połu­dniem, nabiję cię na ten szpi­ku­lec na czubku głowy Carla.

- Zawsze do usług.

- Do zoba­cze­nia jutro.

Wsia­dłam do metra, ruszy­łam w stronę domu, wyci­szy­łam tele­fon. Tam­tej nocy spa­łam tak dobrze, jak ni­gdy wcze­śniej i ni­gdy póź­niej. Chyba że po śmierci.

Roz­dział 3

Podnio­słam powieki chwilę po czter­na­stej. Spa­łam jak zabita - nie wiem nawet, kiedy wstała Maya. Weszła do pokoju, robiąc to swoje "pukam lekko i rów­no­cze­śnie otwie­ram drzwi", co było zara­zem iry­tu­jące i roz­czu­la­jące. Nio­sła fili­żankę kawy. W pokoju pano­wał przy­jemny, jak na mój gust, nie­ład. Parę ciu­chów na pod­ło­dze, zasta­wione kub­kami biurko, zawa­lony książ­kami sto­lik nocny.

Nie potra­fię zro­zu­mieć ludzi, któ­rzy nie­ustan­nie dbają o utrzy­ma­nie wokół sie­bie ładu. Zde­cy­do­wa­nie bar­dziej opłaca się zro­bić wiel­kie porządki raz na jakiś czas, niż sprzą­tać na bie­żąco. Mój umysł lubi nie­ład. Chyba potrze­buję lek­kiego bała­ganu wokół sie­bie, żeby móc two­rzyć. Porzą­dek w pro­jek­tach, kom­pletny chaos wszę­dzie indziej. Pra­co­wi­cie dora­bia­łam do tego całą filo­zo­fię. Oczy­wi­ście Maya pil­no­wała, żebym nie odle­ciała za bar­dzo.

Dla niej porzą­dek był waż­niej­szy niż dla mnie, ale żadna z nas nie była w tej kwe­stii maniaczką, dzięki czemu dobrze nam się razem miesz­kało. Gdy weszła do pokoju, zauwa­ży­łam, że jest na nogach od paru godzin; krę­cone włosy zdą­żyła zapleść w fine­zyjny spo­sób. Ozna­czało to, że miała jakieś ważne plany. Pew­nie mi o nich mówiła, ale nie mogłam sobie przy­po­mnieć, o co cho­dziło. Czyżby spo­tka­nie z klien­tem? Z naszego tria tylko ona dostała pracę w stu­diu gra­ficz­nym z praw­dzi­wego zda­rze­nia. Nie zara­biała świet­nie, ale przy­naj­mniej była jedną nogą we wła­ści­wym świe­cie. Zro­biła sobie nawet maki­jaż.

Maya dbała o miesz­ka­nie i o nasz zwią­zek. Od kre­tyń­skich zacho­wań byłam w naszej rela­cji ja. Przy­kła­dowo, aktyw­nie prze­ry­wa­łam, gdy tylko pró­bo­wała skie­ro­wać roz­mowę na poważne tory. Gdyby nie moje opory, już dawno ofi­cjal­nie "zamiesz­ka­ły­by­śmy ze sobą".

- Mam dla cie­bie kawę - powie­działa cicho, na wypa­dek gdy­bym jesz­cze spała.

- Jeste­śmy współ­lo­ka­tor­kami od tylu lat, a ty wciąż nie pamię­tasz, że nie piję kawy?

- Nie­prawda - zaprze­czyła, odsta­wia­jąc fili­żankę na sto­lik nocny. - Pijesz kawę, ale tylko w wyjąt­kowo trudne dni.

Przy­sia­dła na skraju łóżka. Popa­trzy­łam na nią ze zdzi­wie­niem, nic z tego nie rozu­mie­jąc.

- April, ta sprawa z robo­tem... To się robi dziwne.

- Sły­sza­łaś o Carlu?

- Czemu nada­łaś mu takie durne imię? - par­sk­nęła ze zło­ścią.

- A więc sły­sza­łaś o Carlu. - Odpo­wiedź na wcze­śniej­sze pyta­nie nie była już konieczna.

- Tak, i...

- Czyżby Andy truł ci o niego tyłek? - prze­rwa­łam jej, poiry­to­wana, że kum­pel nie cze­kał z fil­mi­kiem do rana. Czy tam do popo­łu­dnia.

- Nie chcę ci prze­szka­dzać, musisz ode­spać - zarzą­dziła. - Andy fak­tycz­nie wydzwa­nia od rana, jest bar­dzo poru­szony i chce, żebyś koniecz­nie spraw­dziła pocztę. Ponoć czeka tam na cie­bie masa waż­nych wia­do­mo­ści, w tym maile od lokal­nych sta­cji tele­wi­zyj­nych, pro­mo­to­rów i mena­dże­rów. Pew­nie dobrze by się było tym zająć, ale oso­bi­ście uwa­żam, że nie musisz się spie­szyć.

Nie zna­łam nikogo, kto komu­ni­ko­wał się rów­nie kla­row­nie co Maya. Mówiła tak, jakby recy­to­wała spi­sane w gło­wie eseje. Kie­dyś wyja­śniła mi, że według niej to kon­se­kwen­cja bycia czar­no­skórą miesz­kanką Ame­ryki.

- Każdy czar­no­skóry, który spę­dzi wystar­cza­jąco dużo czasu w towa­rzy­stwie bia­łych, prę­dzej czy póź­niej zosta­nie popro­szony o zabra­nie głosu w imie­niu wszyst­kich osób o ciem­nej skó­rze - opo­wia­dała pew­nej nocy, w porze zde­cy­do­wa­nie za póź­nej na roz­mowy - i ja tego nie zno­szę. To kre­ty­nizm. A co gor­sza, każdy reaguje na tę debilną prośbę na swój spo­sób. Mając pełną świa­do­mość, że tak jest, zaczę­łam bar­dzo uwa­żać na słowa. Choć wypo­wia­dam się tylko we wła­snym imie­niu, a nie w imie­niu wszyst­kich czar­no­skórych, ludzie i tak nie przyj­mują tego do wia­do­mo­ści. Co ozna­cza, że moją odpo­wie­dzial­no­ścią jest pró­bo­wać robić to naj­le­piej, jak potra­fię.

Nie bar­dzo wie­dzia­łam, co powie­dzieć, kiedy poru­szała ten temat. Jestem biała i wycho­wa­łam się w bar­dzo bia­łej spo­łecz­no­ści. Dla­tego tam­tej nocy wydu­si­łam z sie­bie zda­nie, które podobno powinno się mówić w takich sytu­acjach:

- To musi być bar­dzo trudne.

- I jest - odparła. - Ale mie­rzymy się w życiu z róż­nymi wyzwa­niami. Każdy ma swoje. Dzięki.

- Boże, mam nadzieję, że przy mnie nie czu­jesz się, jak­byś repre­zen­to­wała wszyst­kich czar­no­skó­rych - doda­łam. - I nie musisz być taka ostrożna.

- Nie, April - zaprze­czyła i zamil­kła na dłuż­szą chwilę. - Na cie­bie muszę uwa­żać z innych powo­dów.

Nie wie­dzia­łam, co ma na myśli, ale bałam się tego, co mogę usły­szeć, więc poca­ło­wa­łam ją tylko i poło­ży­ły­śmy się spać.

Tak czy siak, posia­dany przez Mayę dar spraw­nej komu­ni­ka­cji był bar­dzo pomocny w utrzy­ma­niu naszego związku na eta­pie, w któ­rym ja pod­świa­do­mie nie chcia­łam prze­kra­czać cien­kiej gra­nicy mię­dzy luzem a zaan­ga­żo­wa­niem. Moja dziew­czyna komu­ni­ko­wała wiele spoj­rze­niem i języ­kiem ciała, ale naj­czę­ściej wybie­rała słowa. Nie prze­szka­dzało mi to.

- Maya - i tylko tyle zdą­ży­łam powie­dzieć, bo poło­żyła mi palec na ustach. - Eee... Chcesz się cało­wać? - wymam­ro­ta­łam.

- Nie. Wypi­jesz teraz kawę, spraw­dzisz maile i nie ode­zwiesz się do mnie ani sło­wem, dopóki nie umy­jesz zębów, bo ten oddech suge­ruje, że twoje usta są idącą w miliardy kolo­nią mikro­or­ga­ni­zmów. Scho­wa­łam ci tele­fon, oddam go, jak zała­twisz pocztę - oznaj­miła, po czym wstała z łóżka. Bez buziaka.

- Ale ja...

- Mia­łaś nic nie mówić! Tylko czy­tać! - prze­rwała bez­ce­re­mo­nial­nie i zamknęła za sobą drzwi.

Dzie­sięć minut póź­niej, odro­binę odświe­żona, sie­dzia­łam z lap­to­pem na łóżku. Wia­do­mo­ści prze­czy­tane były zazna­czone na nie­bie­sko, nieprze­czy­tane na biało - fol­der "Ważne i nieprze­czy­tane" zaj­mo­wał pięć stron. Nie mia­łam poję­cia, co z tym wszyst­kim zro­bić, wpi­sa­łam więc w wyszu­ki­warkę "andy­skampt@gmail.com" i po chwili sytu­acja zro­biła się bar­dziej kla­rowna. Jeden z pięt­na­stu wysła­nych przez niego maili nosił tytuł "PRZE­CZY­TAJ TO NAJ­PIERW", kolejny "A TO JAKO DRU­GIE", a jesz­cze now­szy "NIE! JED­NAK ZACZNIJ OD TEGO!".

Poni­żej wkle­jam treść tych wia­do­mo­ści, sko­pio­waną pro­sto z mojej skrzynki odbior­czej.

NIE! JED­NAK ZACZNIJ OD TEGO!

Prze­pra­szam, jeśli wszyst­kie wia­do­mo­ści ode mnie brzmią jak pisane przez wariata. Cenię naszą przy­jaźń. Nie zapo­mi­najmy o tym.

Andy

PRZE­CZY­TAJ TO NAJ­PIERW

Okej, jest nie­źle. Opo­wiem ci w skró­cie, co się wła­ści­wie wyda­rzyło w ciągu ostat­nich sze­ściu godzin. Reszta to domy­sły. Carl zawi­tał nie tylko do Nowego Jorku. Poja­wił się prak­tycz­nie w każ­dym mie­ście na Ziemi. Robo­tów jest co naj­mniej sześć­dzie­siąt, napły­wają do nas zdję­cia Carla z całego świata, od Pekinu po Buenos Aires. Ludzie odkry­wali je przy­pad­kiem, tak jak my, więc w mediach spo­łecz­no­ścio­wych jest cała masa zdjęć i fil­mi­ków, a jed­nak jakimś cudem wła­śnie nasz oka­zał się hitem. Podej­rze­wam, że to mię­dzy­na­ro­dowy pro­jekt stre­etar­towy i wła­śnie tobie (nam?) udało się tra­fić w dobry moment i zgar­nąć temat. Nikt nie widział momentu mon­tażu rzeźb i na razie nikomu nie udało się dotrzeć do nagrań z moni­to­ringu. Pew­nie w końcu się to sta­nie, ale na razie nikt nic nie wie.

Wszy­scy mówią na swoje rzeźby "Carl", innych pro­po­zy­cji nie było. Twórca nie zosta­wił kartki z instruk­cjami ani niczego w tym stylu. Nasz fil­mik poka­zują wszyst­kie pro­gramy infor­ma­cyjne (i to, pod­kre­ślam, bez naszej zgody). Kilka z nich zwró­ciło się do mnie z pro­po­zy­cją wywiadu. Nagra­nie ma już ponad MILION WYŚWIE­TLEŃ! Ludzie cię uwiel­biają!

Lepiej nie czy­taj komen­ta­rzy.

Wró­ci­łem do Carla z lep­szą kamerą, by nakrę­cić parę ujęć za dnia. Udało mi się zdą­żyć przed tłu­mami, teraz jest tam dżun­gla. Zro­biła się z niego nie­zła atrak­cja!

Nie spa­łem, odkąd zadzwo­ni­łaś. Czuję się, jakby jakiś tyci pie­sek wyja­dał mi gałki oczne od środka!

Andy

A TO JAKO DRU­GIE

Hej, wie­dzia­łaś, że mój tata jest praw­ni­kiem? Eee... Dziw­nie mi to pisać, ale "nasze" wideo ma już milion wyświe­tleń i zaro­biło tro­chę pie­nię­dzy, więc musimy usta­lić, jak się nimi podzie­limy.

Nie sądzę, żeby udało nam się pre­cy­zyj­nie usta­lić wkład każ­dego z nas w powsta­nie tego nagra­nia, i możemy przy­jąć, że oboje byli­śmy nie­zbędni do jego reali­za­cji, dla­tego pro­po­nuję podział praw autor­skich w sto­sunku 50/50. Chciał­bym też zapro­po­no­wać ci połowę udzia­łów w moim kanale youtube'owym "Skamper2001", któ­rego nazwę wymy­śli­łem jako jede­na­sto­la­tek, czego będę żało­wał do końca życia. Ostat­nia pro­po­zy­cja... Uwa­żam, że powin­ni­śmy połą­czyć siły i kolejne fil­miki o Carlu też krę­cić razem, ale poga­damy o tym póź­niej.

Na moją prośbę tata spo­rzą­dził umowę, zgod­nie z którą każde z nas ma prawo do 50% nagra­nia i tym samym do 50% gene­ro­wa­nych przez nie przy­cho­dów. Ozna­cza to, że ja nie mogę nic zro­bić z jego tre­ścią bez two­jej zgody ani ty bez mojej. Wiem, brzmi głu­pio, ale to tata jest praw­ni­kiem i tak się wła­śnie robi. Mam ci też prze­ka­zać, że chęt­nie podej­mie się repre­zen­to­wa­nia nas w sądzie, kiedy zde­cy­du­jemy się pozwać te wszyst­kie sta­cje za bez­prawne uży­wa­nie naszego nagra­nia. Popro­si­łem go, żeby na razie dał sobie na wstrzy­ma­nie. Więc wrzu­cił na luz i czeka.

Dla two­jej wia­do­mo­ści: na razie zaro­bi­li­śmy na fil­miku jakieś 2000 $. Czyli jeste­śmy bogaci.

Andy

Pobież­nie przej­rza­łam pozo­stałe wia­do­mo­ści i poża­ło­wa­łam, że nie umie­ści­łam adresu na stro­nie swo­jego port­fo­lio. Część e-maili fak­tycz­nie była od agen­tów i pro­mo­to­rów. Auto­rzy kolej­nych pisali, jak bar­dzo podo­bało im się nagra­nie. Jesz­cze inni koniecz­nie musieli mnie poin­for­mo­wać, że jeśli chcę wystę­po­wać w fil­mi­kach na YouTu­bie, to mogła­bym bar­dziej zadbać o wygląd.

Ton jed­nej z wia­do­mo­ści był bar­dziej hej­ter­ski od pozo­sta­łych. Aż trudno uwie­rzyć, jak paskudne rze­czy potra­fią wypi­sy­wać podli mani­pu­la­to­rzy, szcze­gól­nie ano­ni­mowo. Każdy z nas może spra­wić, by ktoś kom­plet­nie obcy poczuł się źle, nie­pew­nie i bez­sil­nie. Nie pierw­szy raz cze­goś takiego doświad­czy­łam, choć ni­gdy wcze­śniej nie zda­rzyło się to za pośred­nic­twem inter­netu. Wra­że­nie było tak silne, że musia­łam zro­bić sobie chwilę prze­rwy. Szybko jed­nak wró­ci­łam do maili.

Odczy­ta­łam wia­do­mość od taty. A wła­ści­wie od obojga rodzi­ców - mają prze­uro­czy zwy­czaj pisa­nia w tan­de­mie. Serio, sia­dają razem na kana­pie i piszą na zmianę, jakby to była mini­te­le­kon­fe­ren­cja. Dla takich jak oni powinny powstać tablety z podwójną kla­wia­turą. W tre­ści maila, który przy­po­mi­nał dłu­ga­śny SMS, chwa­lili fil­mik, ale mar­twiło ich, że wyglą­dam na zmę­czoną. Pod­kre­ślali też, że nie mogą się docze­kać, aż spo­tkamy się wszy­scy razem na weselu Toma, i dopy­ty­wali, czy na pewno dobrze sypiam.

Temat jedy­nej wia­do­mo­ści, która ma dłu­go­fa­lowe zna­cze­nie dla tej opo­wie­ści, brzmiał: "Wspo­mnia­łaś, że był cie­pły?". Poni­żej wkle­jam ją w cało­ści.

Wspo­mnia­łaś, że był cie­pły?

Cześć, April May!

Nazy­wam się Miranda Bec­kwith i piszę magi­sterkę z badań mate­ria­ło­wych na Uni­wer­sy­te­cie Kali­for­nij­skim w Ber­ke­ley. Dziś rano obej­rza­łam fil­mik z Twoim udzia­łem - był zabawny i fascy­nu­jący. Zain­try­go­wał mnie frag­ment, w któ­rym mówisz, że "Carl" jest "cie­pławy w dotyku". Zapewne obec­nie Twoje życie to jakieś sza­leń­stwo, ale chcia­łam się podzie­lić pewną obser­wa­cją. Kiedy patrzę na Carla, wydaje mi się co naj­mniej nie­zwy­kłe, by obiekt tak ciężki i lśniący nie miał niskiego prze­wod­nic­twa ciepl­nego. A wiem nie­mało na temat wła­ści­wo­ści róż­nych mate­ria­łów.

Carl wygląda, jakby został zro­biony z metalu, do tego mamy sty­czeń, więc w Nowym Jorku jest naprawdę chłodno. Zga­duję, że sto­jący na dwo­rze meta­lowy robot byłby bar­dzo zimny. Donie­sie­nia na temat rzeźb pocho­dzące z róż­nych źró­deł mówią o ich ogrom­nym cię­ża­rze, dla­tego nie sądzę, by pokry­wał je pla­stik. Nie przy­cho­dzi mi do głowy żadne two­rzywo, które byłoby cie­pławe w dotyku, a przy tym cięż­kie i lśniące.

Skoro Carl nie był zimny, to musi mieć w środku jakieś źró­dło zasi­la­nia odpo­wia­da­jące za pod­grze­wa­nie pan­ce­rza.

U nas, w rejo­nie Zatoki San Fran­ci­sco, też jest jeden Carl, ale coraz bar­dziej tracę nadzieję, że uda mi się go zba­dać. Dla­tego chcia­łam Cię popro­sić, byś zaspo­ko­iła moją cie­ka­wość. Czy Carl był przy dotknię­ciu tak cie­pły, jakby został zro­biony ze sty­ro­pianu? Czy bar­dziej jak kubek z gorącą kawą?

Czy zwró­ci­łaś uwagę na coś jesz­cze, co pomo­głoby roz­wią­zać tę zagadkę?

Z góry dzię­kuję za poświę­cony mi czas. W pełni zro­zu­miem, jeśli nie będziesz w sta­nie mi odpo­wie­dzieć.

Miranda

Tego dnia odpi­sa­łam wyłącz­nie na tę jedną wia­do­mość

ODP.: Wspo­mnia­łaś, że był cie­pły?

Cześć, Mirando!

Dzię­kuję za wia­do­mość! Carl zasko­czył mnie tyloma cechami, że na tę kon­kretną nie zwró­ci­łam szcze­gól­nej uwagi, ale czy­ta­jąc Twoje słowa, zda­łam sobie sprawę, że to fak­tycz­nie prze­dziwne. Nie był cie­pły, spra­wiał raczej wra­że­nie pozba­wio­nego tem­pe­ra­tury. Nie umiem opi­sać tego szcze­gó­łowo, ale jego pan­cerz fak­tycz­nie zro­biono jakby z twar­dego, gład­kiego sty­ro­pianu. Nie biło z niego cie­pło, ale dłoń przy dotknię­ciu nie oddała mu swo­jego cie­pła. Wła­ści­wie to nie tyle go dotknę­łam, co ude­rzy­łam - i ten odgłos był raczej głu­chy, choć potem roz­legł się cichy szum. Pan­cerz pozo­stał nie­na­ru­szony. Jak­bym wal­nęła pię­ścią w poma­lo­waną, ceglaną ścianę.

Przy­pusz­czam, że mnie rów­nież nie będzie łatwo ponow­nie zna­leźć się w pobliżu naszego nowo­jor­skiego Carla, więc pew­nie nie zdo­łam bar­dziej Ci pomóc. Kto­kol­wiek stwo­rzył te rzeźby, nie­źle się nakom­bi­no­wał, żeby nas zasko­czyć.

April

Wysła­łam maila i uzna­łam, że na dziś star­czy.

- MAYA! Oddaj tele­fon, pro­szę!

- Ale jazda, co nie?! - odkrzyk­nęła i po chwili weszła do sypialni.

- Co mnie czeka? - spy­ta­łam, wska­zu­jąc na smart­fona.

- Hm... Sta­łaś się ogrom­nie popu­larna. Andy chciałby poga­dać. I to bar­dzo. Bar­dzo bar­dzo. Dzwo­nili też twoi rodzice.

Oddzwo­ni­łam do nich w pierw­szej kolej­no­ści - mieli się dobrze, nie licząc nie­wiel­kiego pode­ner­wo­wa­nia. Mój odro­binę star­szy, odno­szący suk­cesy, skraj­nie nor­malny brat Tom za parę mie­sięcy brał ślub w pół­noc­nej Kali­for­nii i rodzice poma­gali mu w pla­no­wa­niu uro­czy­sto­ści. Tom skoń­czył stu­dia mate­ma­tyczne i pra­co­wał w banku inwe­sty­cyj­nym w San Fran­ci­sco. Wciąż podej­rze­wa­łam, że któ­re­goś dnia prze­pro­wa­dzi się do Nowego Jorku, jak cała masa jego kole­gów i kole­ża­nek po fachu, ale on nie miał na to ochoty.

Chcia­łam w tym miej­scu zazna­czyć, że wszyst­kie posia­dane przeze mnie kom­pleksy i zaha­mo­wa­nia są stu­pro­cen­towo moje wła­sne. Mia­łam bar­dzo szczę­śliwe dzie­ciń­stwo, nie byłam jed­nak szczę­śli­wym dziec­kiem. Rodzice zawsze mnie wspie­rali i niczego ode mnie nie ocze­ki­wali. Lepiej tra­fić nie mogłam. Poroz­ma­wia­li­śmy chwilę o Carlu i o Tomie, o jego narze­czo­nej, którą uwiel­biali, i o tym, że pla­no­wa­nie na razie idzie jak po maśle, choć została jesz­cze masa pracy. Dopy­ty­wali o Carla, więc powie­dzia­łam im wszystko, co wie­dzia­łam, choć pew­nie nie usły­szeli ode mnie nic nowego. Potem chcieli jesz­cze dowie­dzieć się, co tam w pracy, i deli­kat­nie zasu­ge­ro­wali, że mogą mnie wspo­móc finan­sowo, jeśli to konieczne - co robili zawsze, a co ja zawsze igno­ro­wa­łam. Bar­dzo podo­bało im się moje nagra­nie i byli ze mnie dumni. Dla­czego? Tego nie wie nikt. Tacy już są rodzice, prawda?

Potem zadzwo­ni­łam do Andy'ego. Wydał mi się... wzbu­rzony.

- APRIL MAY, TO SIĘ ROBI NAPRAWDĘ DZIWNE!

Odsu­nę­łam tele­fon od ucha.

- Spo­koj­niej, pro­szę.

- Nasz fil­mik ma już trzy miliony wyświe­tleń, ludzie cię uwiel­biają! Nie czy­tasz komen­ta­rzy, prawda?

- Jesz­cze nie byłam na YouTu­bie.

- Zaraz będziesz ostat­nim czło­wie­kiem na Ziemi, który go nie widział. Ale to nie koniec. Wciąż nie udało się dotrzeć do nagrań z moni­to­ringu. Ist­nieje kamera wyce­lo­wana w miej­sce, gdzie krę­ci­li­śmy, ale o dru­giej czter­dzie­ści trzy w nocy nagra­nie się urywa... na pięć minut, a kiedy wraca obraz, Carl stoi już na chod­niku. Spe­cja­li­ści woj­skowi twier­dzą, że w pobliżu KAŻ­DEGO CARLA na świe­cie mogły nastą­pić lokalne prze­rwy w zasi­la­niu wywo­łane sil­nym impul­sem elek­tro­ma­gne­tycz­nym, bo wszy­scy poja­wili się dokład­nie w tym samym cza­sie. To jesz­cze nie koniec. Kamery reje­stro­wały dźwięk, a przy­naj­mniej te, do któ­rych dotarły media, i na nagrany przez nie w tym momen­cie szum nakłada się cicha, jed­nak po zgło­śnie­niu bar­dzo wyraźna melo­dia. Don't Stop Me Now zespołu Queen.

- Uwiel­biam ten kawa­łek.

- Serio?

- Tak, czemu pytasz?

- Ja go aku­rat nie zna­łem. Ale no, jeśli wsłu­chać się w ten szum, wła­śnie to się w nim ukrywa. Nikt nie wie, jak do tego doszło... Może za sprawą wyso­ko­ener­ge­tycz­nego impulsu radio­wego?

- Fak­tycz­nie prze­dziwne, ale, Andy, co to ma wła­ści­wie wspól­nego z nami? Okej, nagra­li­śmy krótki fil­mik i cie­szę się, że to my zauwa­ży­li­śmy nowo­jor­skiego Carla, tyle że...

- Ich jest wię­cej - prze­rwał mi.

- No i?

- Nowo­jor­ski Carl to Carl z Nowego Jorku. Ale imię przy­jęło się na całym świe­cie. Nawet w kra­jach nie­an­glo­ję­zycz­nych. Jest Carl z Bom­baju, Carl z Hong­kongu. Carl z S?o Paulo.

- No dobrze, ale to nie­wiele zmie­nia... Wymy­śli­li­śmy nazwę, nie jeste­śmy jed­nak auto­rami Carla. Tylko go zna­leź­li­śmy. I to jed­nego z sześć­dzie­się­ciu na całym świe­cie.

- To samo powie­dzia­łem tacie, który w odpo­wie­dzi zro­bił mi dzie­się­cio­mi­nu­towy wykład o sile nar­ra­cji, meme­tyce i two­rze­niu mito­lo­gii kul­tury. Osta­tecz­nie prze­ko­nał mnie, wysu­wa­jąc zło­żony argu­ment, któ­rego w żad­nym wypadku nie jestem sta­nie powtó­rzyć. Co z kolei pro­wa­dzi do naj­waż­niej­szego... Wła­śnie zaro­bi­łem dzie­sięć tysięcy dola­rów.

Zapa­dła cisza.

- Eee... To świet­nie? - udało mi się wresz­cie wydu­kać.

- Media bar­dzo chciały prze­pro­wa­dzić z tobą wywiad, ale jako że byłaś nie­do­stępna, na pierw­szy ogień posze­dłem ja. Odkąd sprawa wyszła na jaw, prze­mą­drzali eks­perci z tele­wi­zji plotą coś trzy po trzy na temat Carla, śred­nio przez jakieś pięć minut co godzinę. Zaczy­nają się powta­rzać i rzecz prze­staje być inte­re­su­jąca. Z Car­lem wywiadu nie zro­bią, ale z tobą już tak. Mój tata twier­dzi, że jest w sta­nie wyne­go­cjo­wać dla nas umowę licen­cyjną na dzie­sięć tysięcy dola­rów za roz­mowy z głów­nymi sta­cjami. O ile zgo­dzisz się wystą­pić przed kame­rami.

- Cze­kaj... Za całość? Czy od sta­cji?

- Od sta­cji! Są w ciem­nej dupie, bo poka­zy­wali fil­mik bez naszej zgody. Mój tata trzyma ich za jaja.

Mój mózg nie pra­co­wał jesz­cze na naj­wyż­szych obro­tach, ale szybko zro­zu­mia­łam, że kwota dzie­się­ciu tysięcy dola­rów pomno­żona przez liczbę pro­gra­mów infor­ma­cyj­nych, które przy­cho­dziły mi do głowy, zała­twi­łaby kwe­stię spłaty dużej czę­ści mojego kre­dytu stu­denc­kiego. Mogła­bym też zre­zy­gno­wać ze swo­jej bez­na­dziej­nej pracy. A wie­czo­rami mia­ła­bym czas wolny na reali­za­cję wła­snych pomy­słów.

- Czyli muszę wystą­pić w tele­wi­zji?

- Masz szansę wystą­pić w tele­wi­zji!

- A co takiego powin­nam tam mówić?

- Wystar­czy, że będziesz odpo­wia­dać na pyta­nia!

- Czy muszę się ucze­sać?

- April May, w grę wcho­dzi jakieś pięć­dzie­siąt tysięcy dola­rów.

- Okej, zgoda. Zro­bię to.

Nie minęło pół godziny, a mia­łam usta­wione dwa wywiady i zasta­na­wia­łam się, czy zdo­łam skle­cić choć jedno sen­sowne zda­nie. Razem z Mayą posta­no­wi­ły­śmy wyko­rzy­stać czas pozo­stały do nagra­nia na prze­czy­ta­nie abso­lut­nie wszyst­kiego, co się dało zna­leźć na temat Carla. Nie było tego wiele - Andy pomógł mi nad­ro­bić zale­gło­ści. Tro­chę się stre­so­wa­łam przed wystą­pie­niem w pro­gra­mie infor­ma­cyj­nym i naprawdę nie wie­dzia­łam, co powie­dzieć. "Zauwa­ży­łam na chod­niku coś dziw­nego, co wydało mi się fajne. Nie wiem, co to jest, ale razem z kum­plem nakrę­ci­li­śmy o tym fil­mik" - można się zamknąć w dzie­więt­na­stu sekun­dach. Nie dała­bym za coś takiego dzie­się­ciu tysięcy dola­rów, ale wtedy nie mia­łam jesz­cze poję­cia, jak działa tele­wi­zja. Oka­zało się, że na tym eta­pie sta­cjom zale­żało przede wszyst­kim na moż­li­wo­ści legal­nego korzy­sta­nia z naszego nagra­nia i unik­nię­ciu pozwu sądo­wego.

Nie wie­dzieć kiedy i jak weszłam na Wiki­pe­dię i zaczę­łam czy­tać na temat Don't Stop Me Now - pio­senki lecą­cej w tle szumu nagra­nego przez kamery w miej­scach poja­wie­nia się Car­lów.

Don't Stop Me Now - pio­senka zespołu Queen wydana w 1979 roku na sin­glu, który pro­mo­wał album Jazz (1978). Utwór, napsany przez Fred­diego Mer­cury'ego i nagrany w sierp­niu 1978 roku we fran­cu­skim Super Bear Stu­dio w Berre-les-Alpes (Alpy Nad­mor­skie), zaj­muje dwu­na­ste miej­sce na albu­mie.

"Dziwne - prze­szło mi przez myśl - lite­rówki takie jak "napsany" raczej rzadko poja­wiają się w inter­ne­cie". Jako porządna oby­wa­telka wir­tu­al­nego świata i aktywna wiki­pe­dystka zalo­go­wa­łam się, popra­wi­łam błąd i odświe­ży­łam stronę.

Don't Stop Me Now - pio­senka zespołu Queen wydana w 1979 roku na sin­glu, który pro­mowł album Jazz (1978). Utwór, napsany przez Fred­diego Mer­cury'ego i nagrany w sierp­niu 1978 roku we fran­cu­skim Super Bear Stu­dio w Berre-les-Alpes (Alpy Nad­mor­skie), zaj­muje dwu­na­ste miej­sce na albu­mie.

- Hej, Maya, możesz wejść na arty­kuł o Don't Stop Me Now na Wiki­pe­dii?

- Pew­nie.

- Widzisz jakieś lite­rówki?

- Hmmm... Dwie, w pierw­szym aka­pi­cie.

- Dwie?

- Tak, w "pro­mo­wał" i "napi­sany".

- Popraw je.

- Tak jest, panie i władco?

- Oj, zrób to po pro­stu. Coś jest nie tak.

Maya popra­wiła lite­rówki, po czym obie odświe­ży­ły­śmy stronę.

Don't Stop Me Now - pio­senka zespołu Queen wydana w 1979 roku na sin­glu, który pro­mowł albu Jazz (1978). Utwór, napsany przez Fred­diego Mer­cury'ego i nagrany w sierp­niu 1978 roku we fran­cu­skim Super Bear Stu­dio w Berre-les-Alpes (Alpy Nad­mor­skie), zaj­muje dwu­na­ste miej­sce na albu­mie.

- Okej - powie­działa ostroż­nie Maya - nie ma takiej moż­li­wo­ści, że nie zauwa­ży­łam bra­ku­ją­cej litery w sło­wie "album", kiedy pro­si­łaś o spraw­dze­nie lite­ró­wek. Jestem cho­ler­nie wyczu­lona na takie sprawy.

Była.

- Spró­buję popra­wić jesz­cze raz - zapo­wie­dzia­łam, po czym zro­bi­łam to i ponow­nie odświe­ży­łam stronę.

Don't Stop Me Now - pio­senka zespołu Queen wydana w 1979 roku na sin­glu, który pro­mowł albu Jazz (1978). Utwór, napsany przez Fred­diego Mer­cury'ego i nagrany w sierpni 1978 roku we fran­cu­skim Super Bear Stu­dio w Berre-les-Alpes (Alpy Nad­mor­skie), zaj­muje dwu­na­ste miej­sce na albu­mie.

- Znik­nęło "u" z "sierp­niu"! - stwier­dzi­łam i poczu­łam nie­po­kój. Zadzwo­ni­łam do Andy'ego.

- Heeeejka! - zawo­łał na przy­wi­ta­nie, naj­wy­raź­niej wciąż ogrom­nie pobu­dzony.

- Czy możesz wejść na Wiki­pe­dię, na arty­kuł o Don't Stop Me Now? - popro­si­łam bez­ce­re­mo­nial­nie.

- Jasne! - odparł i zaczął stu­kać w kla­wia­turę.

Cze­ka­łam.

- Okej, ładuje się... iiii...

- Widzisz jakieś lite­rówki w pierw­szym aka­pi­cie?

- Hmmm... Tak... W "napi­sany" bra­kuje "i".

- Tylko tyle?

- Czy to jakiś test?

- A co ze sło­wami "pro­mo­wał", "album" i "sierp­niu"?

- Ten dzień był bar­dzo dziwny, już zanim zadzwo­ni­łaś, April. Nie poma­gasz.

- Po pro­stu odpo­wiedz.

- Nie, w tych sło­wach nie ma błę­dów. Wiesz, jak działa Wiki­pe­dia, każdy może edy­to­wać arty­kuły. Ktoś pew­nie zdą­żył już to zro­bić.

Odświe­ży­łam stronę u sie­bie, ale lite­rówki wciąż tam były. Nie poja­wiły się żadne nowe.

- Popraw ten błąd.

- April, za dwie godziny cze­kają na nas w stu­diu nagra­nio­wym ABC News. Wiki­pe­dia roi się od błę­dów i dziś z pew­no­ścią nie damy rady popra­wić ich wszyst­kich.

- NA MIŁOŚĆ BOSKĄ, ANDY - pod­nio­słam głos.

- Prze­cież już to zro­bi­łem... I to nie prze­ry­wa­jąc maru­dze­nia! Ale nic się nie zmie­niło. Cho­ciaż nie, chwila, to dziwne. Widzę nową lite­rówkę, w "pro­mo­wał". To słowo było na two­jej liście. Skąd wie­dzia­łaś?

- Włącz tryb gło­śno­mó­wiący - wtrą­ciła Maya.

Speł­ni­łam jej prośbę.

- Cześć, Andy, tu Maya. U nas było dokład­nie tak samo, choć ja nie musia­łam popra­wiać pierw­szej lite­rówki, żeby zoba­czyć drugą. Pew­nie dla­tego, że mamy wspólne IP. Każda próba korekty błę­dów koń­czy się porażką, a do tego poja­wiają się nowe. Co wię­cej, log Wiki­pe­dii nie reje­struje tych edy­cji - według niego nikt nie zmie­niał nic na stro­nie od trzech godzin, kiedy to ktoś dodał infor­ma­cję, że tę pio­senkę sły­chać w tle nagrań z moni­to­ringu - powie­działa Maya. - Kiedy roz­ma­wia­li­ście, spró­bo­wa­łam dodać bra­ku­jące "u". Po tym ruchu nie poja­wiły się nowe błędy. Zabrnę­li­śmy w ślepy zaułek. Co wię­cej, nie mamy czasu, żeby to teraz roz­k­mi­niać, bo April ma pół godziny, żeby się ucze­sać, a potem musi dotrzeć metrem na Man­hat­tan - zarzą­dziła.

- Czy naprawdę musimy do tej tele­wi­zji? - jęk­nę­łam z nie­chę­cią.

- Tak - odparli jed­no­cze­śnie Maya i Andy.

- Nie uwa­ża­cie, że to o wiele cie­kaw­sze zaję­cie?

Zgo­dzili się ze mną, ale argu­ment w postaci dzie­się­ciu tysięcy dola­rów był nie do prze­bi­cia.

Wzię­łam szybki prysz­nic i zaję­łam się pro­sto­wa­niem wło­sów.

- Pamię­tasz słowa z lite­rów­kami? - zawo­ła­łam do Mai z łazienki.

- "Napi­sany", "pro­mo­wał"... - Zawa­hała się, po czym jej głowa uka­zała się w drzwiach. - I jesz­cze "album" i "sierp­niu".

- I, A, M, U - wymam­ro­ta­łam.

- Hmm? - Unio­sła brwi i usia­dła na toa­le­cie. Nie dla­tego, że chciała siku czy coś, po pro­stu w łazience nie było innego miej­sca do sie­dze­nia.

- Tych liter bra­kuje: I, A, M, U.

- I am you? Ja to ty? - zdzi­wiła się.

- Jestem pewna, że jakiś duch edy­tuje arty­kuły na Wiki­pe­dii.

- April, dziś nie roz­wią­żemy tej tajem­nicy.

- Pffffff - prych­nę­łam sfru­stro­wana. - Jak możesz mi to roooobić?

- Ale co takiego?

- Nie masz ochoty w tym pogrze­bać?

- Kocha­nie, za godzinę wystę­pu­jesz w tele­wi­zji. Będą cię oglą­dać tysiące star­szych miesz­kań­ców tego kraju. Musisz wyglą­dać schlud­nie.

- Co za okrop­ność.

Maya par­sk­nęła śmie­chem.

- Zda­jesz sobie sprawę z tego, co robisz, no nie?

- Że niby co?

- April, wyobraź sobie taką sytu­ację. Młoda dziew­czyna two­rzy świetny fanart inspi­ro­wany uko­cha­nym zespo­łem i dostaje e-mail z pro­po­zy­cją zapro­jek­to­wa­nia ofi­cjal­nego mer­chu. Dziew­czyna nie odpi­suje na wia­do­mość i prze­staje słu­chać zespołu. A teraz przy­po­mnij sobie, że to ty jesteś tą dziew­czyną.

- Już wtedy śred­nio mi się podo­bali. Dziś się wsty­dzę, że w ogóle tego słu­cha­łam - bro­ni­łam się.

- Oczy­wi­ście - odparła z prze­ką­sem. - Cho­dzi o to, że nie cier­pisz robić rze­czy za pie­nią­dze, nawet jeśli pro­po­zy­cja jest cie­kawa. Rozu­miem to, bo nie­faj­nie czuć się zależ­nym od kasy, a ty jesteś do tego mniej nawy­kła niż prze­ciętny szary czło­wiek.

- To nie­spra­wie­dliwe - zapro­te­sto­wa­łam, nieco ura­żona. - Andy może sobie pozwo­lić na fre­elan­cerkę tylko dla­tego, że tata płaci mu za miesz­ka­nie. Dzięki temu ma czas na budo­wa­nie port­fo­lio.

Maya par­sk­nęła śmie­chem.

- Jasne, zawsze znajdą się ludzie, któ­rzy mają wię­cej od cie­bie. Ja też do nich należę. Co nie zmie­nia faktu, że jesteś w lep­szej pozy­cji niż więk­szość osób. Ale nie­ważne. Ty to ty, lubisz udziw­niać. Nor­malną reak­cją na pro­po­zy­cję zaro­bie­nia dzie­się­ciu tysięcy dola­rów byłoby jej przy­ję­cie. Nawet jeśli wiąże się to z jakimś tam stre­sem i nie­pew­no­ścią.

- Wcale się nie boję tele­wi­zji - zaopo­no­wa­łam.

- A wła­śnie, że się boisz! - odbiła.

Spraw­dzi­łam. Miała rację.

- Skąd wie­dzia­łaś?

- Bo jest straszna. Każdy by się bał. To tele­wi­zja. Ale i tak powin­naś to zro­bić, choć nie dla pie­nię­dzy i nie po to, by prze­ła­mać swój strach. Idź tam, bo to nie­zwy­kłe doświad­cze­nie. Zoba­czysz świat, do któ­rego wstęp mają nie­liczni, dowiesz się, jak on działa, opo­wiesz mi o wszyst­kim, a ja będę słu­chała z nie­do­wie­rza­niem. A potem pożar­tu­jemy sobie z repor­te­rów, jed­no­cze­śnie pró­bu­jąc roz­gryźć, o co cho­dzi z tym arty­ku­łem na Wiki­pe­dii. Poza tym dzięki temu za tydzień sta­niesz się bogat­sza o pięć­dzie­siąt tysięcy dola­rów, czego już w tej chwili ci gra­tu­luję. Po pro­stu rób to, co musisz, w takiej kolej­no­ści, w jakiej potrze­bu­jesz.

Maya potra­fiła być nie­zwy­kle opa­no­wana i rze­czowa. Wie­dzia­łam, że ma rację, ale gdy ude­rzała w podobny ton, rów­nie dobrze mogłaby mówić po chiń­sku.

- W takim razie chcę się teraz zająć Wiki­pe­dią - stwier­dzi­łam.

- Nie. Ale obie­cuję ci, że też się nad tym zasta­no­wię i ogar­niemy to, jak tylko wró­cisz do domu.

- Jak wyglą­dam?

- Fry­zura jest dość grzeczna. Ale to nie­ważne, bo nie­za­leż­nie od tego, co masz tutaj - powie­działa, wska­zu­jąc na moje włosy - to wszystko poni­żej - miała na myśli moją twarz i ciało - to praw­dziwa bomba.

Patrzyła na mnie miękko i czule; nie pierw­szy raz w życiu poczu­łam, że dobrze na sie­bie dzia­łamy. I było to jed­no­cze­śnie cudow­nie kojące i abso­lut­nie prze­ra­ża­jące.

Roz­dział 4

Tamtego dnia dowie­dzia­łam się, że udzie­la­nie wywia­dów przed kame­rami to okropny spo­sób na spę­dze­nie wol­nego wie­czoru, za to świetny na zaro­bie­nie dwu­dzie­stu tysięcy dola­rów. Dość szybko się oka­zało, że mogłam zupeł­nie odpu­ścić domowy maki­jaż, bo więk­szość czasu, który spę­dzi­łam w stu­diu, zajęły przy­go­to­wa­nia. Pro­gram musiał się udać per­fek­cyj­nie. A to z kolei ozna­czało, że nie­mal od razu po tym, jak prze­kro­czy­łam próg budynku, porwano mnie do gar­de­roby, gdzie nama­lo­wano mi kom­plet­nie nową twarz. Co cie­kawe, kiedy w prze­lo­cie udało mi się poroz­ma­wiać z Andym, oka­zało się, że pod­czas gdy ja sie­dzia­łam przed lustrem, on wci­nał dar­mowe pączki, roz­wa­lony na skó­rza­nej kana­pie.

Powie­dzieć, że nie oglą­dam pro­gra­mów tele­wi­zyj­nych, to jak nic nie powie­dzieć. Uni­ka­łam ich jak ognia - zarówno peł­nych wydań, jak i frag­men­tów wrzu­ca­nych do mediów spo­łecz­no­ścio­wych. Wie­rzy­łam (a raczej chcia­łam wie­rzyć), że żyję w bańce i nie doty­kają mnie wyda­rze­nia, o któ­rych trzeba wie­dzieć.

Tego wie­czoru odby­łam przy­spie­szony kurs dzien­ni­kar­stwa infor­ma­cyj­nego. Oto czego się dowie­dzia­łam:

Sta­cje tele­wi­zyjne poświę­cają masę czasu i pie­nię­dzy, żeby robić dobre wra­że­nie, bo tak naprawdę nie ma w nich nic szcze­gól­nie impo­nu­ją­cego. Zaj­rza­łam za kur­tynę i czar prysł. Stu­dio tele­wi­zyjne oka­zało się zwy­kłym poko­jem dla zwy­kłych ludzi. Nie­któ­rzy są cał­kiem spoko, inni robią wokół sie­bie dużo szumu, co pew­nie pozwala masko­wać brak pew­no­ści sie­bie. Tym samym stu­dio nie róż­niło się szcze­gól­nie od dowol­nego innego pomiesz­cze­nia, w któ­rym gro­ma­dzą się istoty ludz­kie. Róż­nica pole­gała na tym, że jego prze­strzeń była w poło­wie wykoń­czona na wysoki połysk, a w poło­wie skła­dała się z suro­wego betonu i rusz­to­wań.

Zupeł­nie jakby jakiś maga­zyn zde­rzył się z hote­lo­wym holem i nikt nie posprzą­tał powsta­łego w ten spo­sób bała­ganu.

Wydaje mi się, że ta meta­fora nie­źle opi­suje też ludzi z tele­wi­zji - na poły nud­nych nor­mal­sów, na poły cho­dzące kary­ka­tury samych sie­bie. Są tak absur­dal­nie "tele­wi­zyjni", jakby naśmie­wali się z samych sie­bie. Mówią w bar­dzo spe­cy­ficzny spo­sób, który w niczym nie przy­po­mina języka nor­mal­nych ludzi. Brzmi on natu­ral­nie, gdy sły­szymy go z ekranu, ale w praw­dzi­wym życiu wywo­łuje raczej reak­cje w stylu: "Zaraz, chwila, moment... Czemu tak dziw­nie gadasz?".

W tym miej­scu pozwolę sobie prze­sko­czyć w chro­no­lo­gii wyda­rzeń do momentu, w któ­rym wywiady stały się dla mnie chle­bem powsze­dnim, a w mojej gło­wie poja­wiły się pewne Prze­my­śle­nia.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki