Abraham Lincoln. Łowca wampirów - Seth Grahame-Smith

-
Proszę czekać

 

Wprowadzenie

Nie mogę mówić o tym, co widziałem, ani szukać ukojenia bólu, który czuję. Gdybym to zrobił, naród nasz popadłby w jeszcze głębszy obłęd lub uznał swojego prezydenta za szaleńca. Obawiam się, że prawda musi przeżyć wyłącznie w postaci atramentu na papierze. Ukryta i zapomniana do czasu, gdy wszyscy wymienieni tu z nazwiska obrócą się w pył.

Abraham Lincoln, wpis do dziennika, 3 grudnia 1863

I

Wciąż krwawiłem... ręce mi się trzęsły. O ile się nie myliłem, on nadal tam był, obserwował mnie. Gdzieś w oddali ktoś oglądał telewizję. Jakiś mężczyzna mówił o jedności.

Nie miało to żadnego znaczenia.

Teraz liczyły się tylko rozłożone przede mną książki. Dziesięć oprawionych w skórę tomów o różnych rozmiarach - każdy w innym odcieniu czerni lub brązu. Niektóre po prostu stare i wytarte. Inne ledwie spięte w całość przez popękane okładki, z kartkami gotowymi rozpaść się w drobny mak, gdyby tylko obróciło je coś cięższego niż oddech. Obok nich leżał plik listów, ciasno ściągniętych czerwoną gumką. Kilka miało przypalone brzegi, kilka było pożółkłych jak papierosowe filtry porozrzucane po podłodze w piwnicy. Jedyny jaskrawy wyjątek wśród tych zabytkowych pamiątek stanowił pojedynczy arkusz lśniącego, białego papieru. Z jednej strony nic mi niemówiące nazwiska jedenastu osób. Żadnych numerów telefonu ani adresów e-mailowych. Tylko adresy dziewięciu mężczyzn i dwóch kobiet oraz wiadomość nabazgrana u dołu strony:

Czekam na ciebie.

Mężczyzna w telewizorze wciąż mówił. Osadnicy... nadzieja... Selma.

Tomik, który trzymałem w dłoni, był najmniejszy ze wszystkich i bez wątpienia najbardziej kruchy. Jego wyblak­łą brązową okładkę popstrzyły plamy, zadrapania i wytarcia. Mosiężna klamra, która niegdyś strzegła spisanych tajemnic, już dawno się odłamała. Wewnątrz każdy centymetr kwadratowy papieru pokrywał atrament, tu i ówdzie dość intensywny, a w innych miejscach zaledwie widoczny. W sumie było sto osiemnaście dwustronnie zapisanych kartek przyczepionych do grzbietu, zapełnionych osobistymi pragnieniami, teoriami, strategiami, prostymi rysunkami mężczyzn o dziwnych twarzach, historiami z drugiej ręki i szczegółowymi listami. W trakcie lektury widziałem charakter pisma ewoluujący od przesadnie ostrożnych linii dziecka ku ciasno stawianym literom młodego mężczyzny.

Kiedy skończyłem czytać ostatnią stronę, spojrzałem przez ramię, by się upewnić, że wciąż jestem sam, po czym wróciłem na początek. Musiałem przeczytać jeszcze raz. Już teraz, zanim rozum poszczułby psami groźne wierzenia, które zaczynały wędrować po moim umyśle.

Książeczkę otwierały cztery absurdalne, fascynujące słowa:

Oto dziennik Abrahama Lincolna.

Rhinebeck to jedno z tych miasteczek prowincjonalnych, o których zapomniał czas. Miejsce, gdzie pełno jest rodzinnych sklepików i znajomych twarzy, a najstarsza gospoda w Ameryce (w której, jak każdy tutejszy mieszkaniec z dumą ci powie, kładł niegdyś swoją zmęczoną po całym dniu głowę sam generał Waszyngton) do dziś oferuje usługi po rozsądnych cenach. Jest to miasteczko, w którym ludzie obdarzają się nawzajem ręcznie robionymi narzutami i ogrzewają domy piecykami na drewno, miejsce, gdzie na własne oczy widziałem, i to nie raz, stygnący na parapecie placek z jabłkami. Rhinebeck należałoby umieścić w gablotce.

Jak większość miejsc w Rhinebeck, sklep wielobranżowy przy East Market Street jest żywym przykładem umierającej przeszłości. Od 1964 roku tutejsi mieszkańcy kupowali w nim wszystko - od minutników do jajek po taśmę krawiecką, ołówki i prezenty gwiazdkowe. "Jeśli tego nie mamy, to ty tego nie potrzebujesz", głosi dumnie skąpany w promieniach słońca szyld w oknie sklepu. "A jeśli będziesz się upierał, to zamówimy specjalnie dla ciebie". Wewnątrz, pomiędzy linoleum w szachownicę a wątpliwej jakości świetlówkami, można znaleźć wszelkie suszone owoce świata, wystawione w wiadrach. Ceny zapisane ołówkiem. Karty płatnicze przyjmuje się z niechęcią. Tu był mój dom od wpół do dziewiątej rano do wpół do szóstej wieczorem. Przez sześć dni w tygodniu.

Zawsze wiedziałem, że tuż po ukończeniu nauki wyląduję w sklepie, jak w każde wakacje od piętnastego roku życia. Nie byłem formalnie członkiem rodziny, ale Jan i Al zawsze traktowali mnie jak własne dziecko. Dawali pracę, gdy najbardziej jej potrzebowałem, wręczali kieszonkowe, gdy wyjeżdżałem do szkoły. Uważałem więc, że jestem im winny sześć miesięcy, od czerwca po Boże Narodzenie. Taki miałem plan. Sześć miesięcy pracy w sklepie za dnia i pisania powieści wieczorami oraz w weekendy. Mnóstwo czasu na ukończenie pierwszego szkicu i naniesienie poprawek. Od Manhattanu dzieliło mnie zaledwie półtorej godziny jazdy pociągiem. Tam właśnie zamierzałem się w końcu udać, z dwoma, trzema kilogramami niezamówionej, niezredagowanej okazji pod pachą. Żegnaj, Zatoko Hudsona. Witaj, akademio.

Dziewięć lat później nadal pracowałem w sklepie.

Gdzieś pomiędzy ślubem, wyjściem cało z wypadku samochodowego, spłodzeniem dziecka, porzuceniem powieści, rozpoczęciem i porzuceniem sześciu innych, spłodzeniem drugiego dziecka i szukaniem sposobu, by powiązać koniec z końcem, wydarzyło się coś całkiem nieoczekiwanego i przygnębiająco typowego: przestało mi zależeć na pisaniu i zacząłem dbać o wszystko inne. O dzieci, małżeństwo, hipotekę, sklep. Dostawałem szału na widok ludzi, którzy robili zakupy w konkurencyjnym sklepie obok. Kupiłem komputer, by prowadzić szczegółowy rejestr. Ale przeważnie szukałem nowych sposobów na przyciągnięcie klientów. Gdy splajtował antykwariat, odkupiłem od właściciela część towaru i urządziłem na tyłach sklepu małą wypożyczalnię książek. Losy na loterię. Wyprzedaże. Bezprzewodowy internet. Wszystko, byle tylko ludzie zaczęli przekraczać nasz próg. Co roku wprowadzałem coś nowego. I co roku z trudem wiązaliśmy koniec z końcem.

Henry1 był naszym stałym klientem od dwóch lat, gdy wreszcie się do siebie odezwaliśmy. Wymieniliśmy obowiązkowe uprzejmości, nic ponadto.

- Miłego dnia.

- Do zobaczenia.

Usłyszałem o nim dzięki ulicznej poczcie pantoflowej. Wieść głosiła, że Henry kupił jeden z największych domów przy drodze 9G i wynajął armię robotników, by przeprowadzili remont. Henry był nieco młodszy ode mnie, mógł mieć jakieś dwadzieścia siedem lat. Nosił niedbałą, ciemną czuprynę, był zawsze opalony i na każdą okazję zakładał inną parę okularów przeciwsłonecznych. Widać było, że odziedziczył fortunę. Wykrzykiwały to jego ubrania: stare T-shirty, wełniane swetry, dżinsy droższe od mojego samochodu. Ale różnił się od innych bogaczy, którzy do nas zachodzili - weekendowych dupków podniecających się "uroczym" miasteczkiem i naszym "cudownym sklepikiem" - przesuwających się bez żenady obok szyldu z napisem "Prosimy nie wchodzić z napojami i jedzeniem" z ogromnymi kubkami orzechowej kawy w dłoniach i nigdy, ale to nigdy nie wydających nawet dziesięciu centów. Henry był uprzejmy. I cichy. Przede wszystkim nigdy nie wyszedł bez zostawienia w kasie co najmniej pięćdziesięciu dolarów, z czego większość wydawał na relikty dostępne dzisiaj już tylko w wyspecjalizowanych sklepach: mydło Lifebuoy, pastę do butów Angelusa. Wchodził, płacił gotówką i wychodził.

- Miłego dnia.

- Do zobaczenia.

Któregoś dnia jesienią 2007 roku podniosłem wzrok znad zeszytu i zobaczyłem, że stoi po drugiej stronie lady i gapi się na mnie, jakbym powiedział coś oburzającego.

- Czemu to porzuciłeś?

- Słucham?

Henry wskazał leżący przede mną notes. Zawsze trzymałem jakiś zeszyt przy kasie na wypadek, gdyby przyszła mi do głowy genialna myśl. Żadna nigdy nie przyszła, ale wiadomo: semper fi. W ciągu minionych czterech godzin zapełniłem pół strony pomysłami na opowiadanie. Każdy zajmował jedną linijkę i nie potrzebował drugiej. Na dole strony nabazgrałem malutkiego mężczyznę, który pokazuje środkowy palec gigantycznemu, wściekłemu orłowi o piekielnie ostrych szponach. Pod spodem widniał napis: To Mock a Killing Bird2. Był to niestety najlepszy pomysł, jaki miałem od kilku tygodni.

- Pisanie. Ciekawi mnie, czemu je pan porzucił.

Teraz to ja się na niego gapiłem. Nie wiem czemu, lecz nagle uderzyła mnie myśl o człowieku z latarką, który przeszukuje pokryte pajęczyną półki w ciemnym magazynie. Nie była to przyjemna myśl.

- Przepraszam, ale ja nie...

- Rozumiem, dobrze. Nie, to ja przepraszam. Nie powinienem był panu przeszkadzać.

Chryste. Teraz czułem potrzebę przeproszenia go za jego przeprosiny.

- Nie, nie. Nic nie szkodzi. Ale... skąd pan...

- Sprawia pan wrażenie osoby, która pisze.

Wskazał dłonią półkę z książkami do wypożyczenia.

- Ewidentnie żywi pan szacunek dla literatury. Od czasu do czasu widzę, że coś pan tu notuje. Wyszedłem z założenia, że to pańska pasja. Byłem po prostu ciekaw, dlaczego nic pan z nią nie zrobił.

Rozsądne pytanie. Nieco napuszone (Bo co? Skoro pracuję w sklepie wielobranżowym, to musi koniecznie oznaczać, że nie rozwijam swojej pasji?), lecz dostatecznie rozsądne, by w rozmowie znów pojawiło się trochę świeżego powietrza. Udzieliłem mu szczerej, dołująco typowej odpowiedzi, którą można oddać słowami: "życie jest tym, co się dzieje, gdy jesteś zajęty kreśleniem planów na życie". To sprowokowało rozmowę o Johnie Lennonie, co z kolei skłoniło nas do poruszenia kwestii Beatlesów, z której płynnie przeszliśmy do dyskusji na temat Yoko Ono; ta rozmowa doprowadziła nas donikąd. Ale rozmawialiśmy dalej. Zapytałem Henry'ego, jak mu się podoba tutejsza okolica, czym się zajmuje, i jak idzie renowacja domu. Na wszystkie pytania udzielił mi zadowalających odpowiedzi. Jednak przez cały ten czas, gdy staliśmy sobie we dwójkę, zabijając czas pogawędką, nie mogłem się pozbyć uczucia, jakby jednocześnie toczyła się inna rozmowa. Rozmowa, w której nie brałem udziału. Pytania Henry'ego stawały się coraz bardziej osobiste, moje odpowiedzi tak samo. Spytał o moją żonę. O moje dzieci. O pisanie. Wypytał o rodziców. I o to, czy żałuję czegoś w życiu. Na wszystkie odpowiedziałem, zdając sobie sprawę z tego, w jak dziwnej znalazłem się sytuacji. Nic mnie to jednak nie obchodziło. Chciałem, żeby to wiedział. Ten młody, bogaty facet z rozczochranymi włosami, w niedorzecznie drogich spodniach i ciemnych okularach. Facet, którego oczu nigdy nie widziałem. Którego ledwie znałem. Pragnąłem powiedzieć mu o wszystkim. Informacje wypływały ze mnie strumieniem, jakby Henry wyjął kamień, który przez lata zalegał mi w ustach i trzymał moje tajemnice w szczelnym zamk­nięciu. Utrata mamy w młodym wieku. Problemy z ojcem. Ucieczka z domu. Moje pisarstwo. Moje wątpliwości. Wkurzająca pewność, że istnieje coś więcej. Nasze kłopoty finansowe. Moje zmagania z depresją. Wiele pomysłów na ucieczkę. Liczne chwile, gdy myślałem o odebraniu sobie życia.

Ledwie pamiętam, bym o tym wszystkim mówił. Może mi się tylko wydawało.

W pewnym momencie poprosiłem Henry'ego, by przeczytał moją niedokończoną powieść. Oburzała mnie myśl o tym, że ktoś mógłby ją przeczytać, nawet to, że ja sam mógłbym to zrobić. Mimo to go poprosiłem.

- Nie muszę - odparł.

Do tego momentu była to najdziwniejsza rozmowa w moim życiu. Gdy Henry się żegnał i wychodził, miałem wrażenie, jakbym przebiegł sprintem dziesięć kilometrów.

Potem już nigdy tak nie było. Przy następnej okazji wymieniliśmy uprzejmości i nic poza tym.

- Miłego dnia.

- Do zobaczenia.

Kupił mydło i pastę do butów. Zapłacił gotówką. Trwało to jakiś czas. Przychodził coraz rzadziej.

Gdy zjawił się po raz ostatni, w styczniu 2008 roku, miał przy sobie niewielki pakunek, zawinięty w brązowy papier i obwiązany sznurkiem. Położył go na ladzie, bez słowa. Szary sweter i pąsowy szalik Henry'ego były lekko przyprószone śniegiem, a okulary przeciwsłoneczne pokrywały kropelki wody. Nie zdjął ich, co w ogóle mnie nie zdziwiło. Do paczki przyklejona była biała koperta z moim imieniem i nazwiskiem. W kilku miejscach atrament zmieszał się z topniejącym śniegiem i lekko się rozmazał.

Sięgnąłem pod ladę i ściszyłem malutki telewizor, w którym zwykle oglądałem mecze Jankesów. Dzisiaj nastawiłem go na wiadomości. Był poranek prawyborów w stanie Iowa i Barack Obama szedł łeb w łeb z Hillary Clinton. Każdy sposób dobry, byle jakoś zabić czas.

- Chcę, żebyś to miał.

Przez chwilę patrzyłem na niego tak, jakby powiedział to po norwesku.

- Zaraz. To dla mnie? Z jakiej...

- Przepraszam, ale czeka na mnie samochód. Przeczytaj najpierw list. Będziemy w kontakcie.

I tyle. Patrzyłem, jak wychodzi ze sklepu na ziąb, i zastanawiałem się, czy kiedykolwiek pozwolił komuś dokończyć zdanie, czy tylko przy mnie tak się zachowywał.

II

Przez resztę dnia pakunek leżał pod ladą. Potwornie mnie korciło, by go otworzyć, ale ponieważ nie miałem pojęcia, kim naprawdę był ten człowiek, nie zamierzałem ryzykować. Bałem się, że wyjmę nadmuchiwaną lalę albo kilogram heroiny w chwili, gdy do sklepu wejdzie grupa harcerzy. Ciekawość zżerała mnie tak długo, że ulice zdążyły poszarzeć, a pani Kallop w końcu zdecydowała się na ciemniejszą z dwóch zielonych włóczek (po koszmarnych dziewięćdziesięciu minutach wahania). Wtedy zamk­nąłem sklep, kilka minut przed czasem. Do licha z maruderami. Święta dobiegły końca, a i tak ruch nie był wzmożony. Poza tym wszyscy siedzieli w domach i oglądali w telewizji dramat pt. Obama i Hillary, który rozgrywał się w Iowa. Postanowiłem zapalić papierosa w piwnicy i pójść do domu dopiero na ogłoszenie wyników. Wziąłem do ręki prezent od Henry'ego, wyłączyłem jarzeniówki i pogłośniłem telewizor. Gdyby pojawiły się jakieś wiadomości wyborcze, usłyszałbym je z dołu.

Nieduża piwnica była prawie pusta. Poza kilkoma pudłami z towarem, opartymi o ściany, w oczy rzucała się brudna, betonowa podłoga i zwisająca z sufitu pojedyncza żarówka czterdziestowatowa. Pod jedną ze ścian stało stare metalowe biurko, na nim komputer, a obok szafka z dwiema szufladami, w których trzymaliśmy dokumenty. Do tego dwa składane krzesła. Bojler. Skrzynka bezpiecznikowa. Dwa małe okna wychodziły na ścieżkę. Piwnica służyła mi przede wszystkim jako palarnia w zimowe miesiące. Przysunąłem krzesło do biurka, zapaliłem papierosa i zacząłem rozwiązywać sznurek, którym...

List.

Ta myśl po prostu wskoczyła mi do głowy jak jeden z tych genialnych pomysłów, z powodu których zawsze nosiłem notes. Najpierw miałem przeczytać list. Z kieszeni spodni wyjąłem szwajcarski scyzoryk ($7,20 plus podatki - taniej niż gdziekolwiek indziej w hrabstwie Dutchess, gwarantuję) i sprawnym ruchem nadgarstka otworzyłem kopertę. W środku znalazłem kartkę białego papieru z listą nazwisk i adresów po jednej stronie i odręcznie napisaną wiadomością po drugiej:

Zanim otworzysz tę paczkę, musisz się zgodzić na kilka warunków:

Po pierwsze, to nie jest prezent, ale pożyczka. W wybranym przeze mnie czasie poproszę cię o zwrot znajdujących się w niej przedmiotów. Potrzebna mi jest twoja przysięga, że będziesz je chronił za wszelką cenę oraz traktował z taką samą troską i poważaniem, jakimi obdarzyłbyś każdą rzecz o niezwykłej wartości.

Po drugie, zawartość tej paczki ma nadzwyczaj delikatny charakter. Muszę cię prosić, byś nie dzielił się nią ani o niej nie rozmawiał z nikim oprócz mnie i jedenastu osób wymienionych na liście obok, dopóki ci na to nie pozwolę.

Po trzecie, niniejsze materiały zostają ci wypożyczone po to, byś na ich podstawie sporządził rękopis o, powiedzmy, sporej objętości, który ja dostanę do akceptacji. Możesz pisać tak długo, jak będziesz chciał. Po ukończeniu pracy otrzymasz stosowną zapłatę.

Jeżeli nie jesteś w stanie spełnić któregokolwiek z powyższych warunków, z dowolnego powodu, nie podejmuj żadnych działań i czekaj, aż się do ciebie odezwę. Jeśli się zgadzasz, możesz zacząć pracę.

Wierzę, że taki jest twój życiowy cel. H.

Cholera... Teraz już nie mogłem jej nie otworzyć.

Rozdarłem papier, a wtedy ukazał się plik listów związanych czerwoną wstążką i dziesięć tomików oprawionych w skórę. Otworzyłem pierwszy z nich i na biurko wypadł kosmyk blond włosów. Podniosłem go i uważnie mu się przyjrzałem, po czym obracając go w palcach, zacząłem czytać pierwszy z brzegu fragment ze strony, w którą był wciśnięty:

...chciałbym zniknąć z tej ziemi, gdyż nie ma w niej już miłości. Odebrano mi ją, a wraz z nią wszelką nadzieję na...

Poruszony, przekartkowałem resztę pierwszego tomiku. Nad moją głową jakaś kobieta wyczytywała listę hrabstw. Strona za stroną - wszystkie zapełnione drobnym pismem. Z datami: 6 listopada 1835, 3 czerwca 1841. Z rysunkami i listami. Z nazwiskami Speed, Barry i Salem. I z jednym powtarzanym po wielekroć słowem:

Wampir.

Pozostałe książki były takie same. Zmieniały się tylko daty i charakter pisma. Wszystkie pobieżnie przejrzałem.

...i tam zobaczyłem po raz pierwszy mężczyzn i dzieci sprzedawanych jako... środki ostrożności, bo wiemy, że w Baltimore roi się od... grzech, którego nie mogłem wybaczyć. Zmuszony byłem zdegradować...

Dwie rzeczy zdawały się oczywiste: wszystkich wpisów dokonała ta sama osoba i były one bardzo, bardzo stare. Nie miałem pojęcia, o co w nich chodzi ani co skłoniło Henry'ego, by mi je pożyczyć. I nagle rzuciłem okiem na pierwszą stronę pierwszej książki i na te cztery absurdalne słowa: Oto dziennik Abrahama Lincolna. Zaśmiałem się na głos.

Wszystko nagle nabrało sensu. Byłem zdumiony. Po prostu mózg na ścianie. Nie dlatego, że trzymałem w dłoniach utracony dziennik Wielkiego Emancypatora, ale dlatego że tak błędnie oceniłem człowieka. Brałem skrytość Henry'ego za oznakę samotniczego trybu życia. Jego przelotne zainteresowanie moim życiem uznałem za świadectwo towarzyskości. Teraz wszystko stało się jasne. Facet był ewidentnie stuknięty. Albo brakowało mu piątej klepki, albo złośliwie się ze mną zabawiał i wykręcił mi numer, jak to czasem bywa z bogaczami, którzy mają zbyt dużo wolnego czasu. Z drugiej strony jednak to nie mogło być oszustwo. Kto by sobie zadawał aż tyle trudu? A może była to jego własna zarzucona powieść? Pisarskie przedsięwzięcie w niezwykle złożonym opakowaniu. Nagle poczułem się okropnie. Tak. Oczywiście, że to jego dzieło. Jeszcze raz przejrzałem każdą książkę, szukając śladów, które wskazywałyby na dwudziesty pierwszy wiek, pęknięć w grubej zbroi. Nie znalazłem ani jednego, przynajmniej na pierwszy rzut oka. W dodatku jedna rzecz nie dawała mi spokoju. Jeśli to był jego tekst autorski, to co tam robiło jedenaście nazwisk z adresami? Dlaczego Henry poprosił mnie, bym napisał coś na podstawie tych książek, zamiast polecić mi ich przepisanie? Szala znów zaczęła się przechylać w stronę koncepcji "wariat". Czy to możliwe? Czy Henry naprawdę wierzył, że dziesięć brulionów zapisał... Nie, nie. Na pewno tak nie uważał.

Nie mogłem się doczekać, kiedy opowiem o wszystkim swojej żonie. Musiałem jak najszybciej porozmawiać z kimś o tym całym obłędzie. Na długiej liście małomiasteczkowych świrów ten facet zajmował czołowe miejsce. Wstałem, pozbierałem książki i listy, zgasiłem papierosa butem i odwróciłem się, by...

Coś stało dziesięć centymetrów ode mnie.

Zrobiłem krok w tył, potknąłem się o krzesło i upadłem na ziemię, uderzając tyłem głowy o stare, metalowe biurko. Straciłem ostrość widzenia i już czułem ciepło krwi płynącej przez moje włosy. Coś się nade mną pochyliło. Oczy miało jak czarne kamyki, a zamiast skóry - przezroczysty kolaż pulsujących niebieskich żył. A usta... Usta z trudem mieściły mokre, lśniące kły.

To był Henry.

- Nie zrobię ci krzywdy - powiedział. - Chcę tylko, żebyś zrozumiał.

Chwycił mnie za kołnierz i podniósł. Czułem, że krew spływa mi po karku.

Zemdlałem.

Miłego dnia. Do zobaczenia.

III

Otrzymałem instrukcje, by nie mówić, dokąd zabrał mnie tamtego wieczoru Henry ani co mi pokazał. Dość powiedzieć, że wywołało to we mnie fizyczne obrzydzenie. Nie ze względu na okropności, jakie zobaczyłem, ale z powodu poczucia winy, że brałem w nich udział, choć nie z własnej woli.

Spędziłem z nim niecałą godzinę. W tym krótkim czasie moje rozumienie świata zostało doszczętnie zburzone. Sposób, w jaki myślałem o śmierci, przestrzeni i Bogu - wszystko to uległo nieodwracalnej zmianie. Przez ten krótki czas uwierzyłem ponad wszelką wątpliwość w coś, co jeszcze godzinę wcześniej wydałoby mi się kompletnym szaleństwem:

Wampiry istnieją.

Przez tydzień nie mogłem zasnąć. Najpierw ze strachu, później z podniecenia. Codziennie zostawałem w sklepie do późna i zagłębiałem się w zapiski Abrahama Lincolna. Sprawdzałem zawarte w nich niewiarygodne twierdzenia, porównując je z "twardymi" faktami zaczerpniętymi z jego uznanych biografii. Wyłożyłem ściany piwnicy wydrukami starych fotografii, wykresami chronologicznymi i drzewami genealogicznymi. Pisałem do wczesnych godzin porannych.

Przez pierwsze dwa miesiące żona się o mnie martwiła. W ciągu następnych dwóch stała się podejrzliwa. Po sześciu byliśmy w separacji. Bałem się o bezpieczeństwo swoje i naszych dzieci oraz o własne zdrowie psychiczne. Miałem mnóstwo pytań, ale Henry'ego nie było w pobliżu. W końcu zdobyłem się na odwagę, by przeprowadzić wywiady z jedenastoma "osobami" wskazanymi na liście. Niektóre z nich okazywały zwykłą antypatię, inne - otwartą wrogość. Lecz z ich pomocą (choć udzielaną niechętnie) zacząłem rekonstruować ukrytą historię amerykańskich wampirów, ich wkładu w narodziny, rozwój i bliską śmierć naszego narodu oraz jedynego człowieka, który ocalił ten naród przed ich tyranią.

Przez jakieś siedemnaście miesięcy poświęciłem całe życie tym dziesięciu obciągniętym skórą dziennikom i plikowi listów związanych ciemnoczerwoną wstążką. W pewnym sensie były to najlepsze miesiące mojego życia. Co rano budziłem się na nadmuchiwanym materacu w piwnicy pod sklepem i czułem, że mam cel. Wiedziałem, że robię coś naprawdę ważnego, choć byłem zmuszony działać w całkowitej samotności. Mimo że postradałem zmysły.

Wampiry istnieją. A Abraham Lincoln był jednym z najznamienitszych łowców wampirów tamtych lat. Dziennik - który zaczął pisać w wieku dwunastu lat i prowadził aż do dnia swojej śmierci z rąk zamachowca - jest zadziwiającym, rozdzierającym i przełomowym dokumentem. Dziełem rzucającym nowe światło na wiele spośród doniosłych zdarzeń z amerykańskiej historii i w pełni odzwierciedlającym złożoność postaci, którą już wcześniej uznawano za nieprzeciętnie skomplikowaną.

Napisano ponad piętnaście tysięcy książek o Abrahamie Lincolnie. O jego dzieciństwie, o zdrowiu psychicznym, życiu seksualnym, poglądach na kwestie rasy, religii i prawa. Większość z tych prac zawiera sporą dozę prawdy. W niektórych pojawiają się wzmianki o istnieniu "sekretnego dziennika" i o "obsesyjnej fascynacji okultyzmem". Ale żadna nie wspomina choćby słowem o fundamentalnej walce jego życia. Walce, która z czasem przeniosła się na front wojny secesyjnej.

Okazuje się, że dominujący mit o Prawym Abie, wpojony nam we wczesnym dzieciństwie, jest z gruntu nieprawdziwy. Stanowi ledwie patchwork półprawd i przemilczeń.

To, co następuje, prawie zrujnowało mi życie.

To, co następuje, jest wreszcie prawdą.

Seth Grahame-Smith

Rhinebeck, Nowy Jork

styczeń 2010

 

1 Wtedy nie posługiwał się tym imieniem. By zachować konsekwencję, w całej książce używam jego prawdziwego imienia.

2 To Mock a Killing Bird (ang.) - Wyśmiać zabójczego ptaka: gra słów polegająca na odwróceniu porządku wyrazów w oryginalnym tytule powieści Harper Lee Zabić drozda (To Kill a Mocking Bird).

 

JEDEN

Wyjątkowe dziecko

W tym smutnym świecie przygnębienie wszystkich nas nawiedza. Lecz młodym przynosi wyjątkowo gorzkie cierpienie, gdyż nachodzi ich niepostrzeżenie.

Abraham Lincoln w liście do Fanny McCullogh, 23 grudnia 1862

I

Chłopak kucał już tak długo, że nogi mu zdrętwiały, jednak nie śmiał teraz wykonać najmniejszego ruchu, ponieważ właś­nie w tym miejscu, na małej polance w środku zaszronionego lasu, zebrały się stwory, których tak długo wyczekiwał. Stwory, które kazano mu zabić. Zagryzł wargę, by powstrzymać dzwonienie zębów i wymierzył flintę ojca dokładnie tak, jak go nauczono. Korpus, przypomniał sobie. Korpus, nie szyja. Bezgłośnie, ostrożnie odciągnął kurek i wycelował lufę w cel, w sporego samca, który został lekko w tyle za grupą. To, co wydarzyło się potem, dziesięć lat później chłopiec odtworzył w ten oto sposób:

Zawahałem się. Nie z powodu wyrzutów sumienia, ale z obawy, że strzelba była zbytnio namoknięta i nie wypali. Lęk ten okazał się jednak nieuzasadniony, bo gdy pociągnąłem za spust, kolba uderzyła mnie w bark z taką siłą, że upadłem na plecy.

Indyki rozbiegły się na wszystkie strony, a siedmioletni Abraham Lincoln podniósł się z ośnieżonej ziemi. Stanął i przyłożył palce do dziwnie ciepłej brody. "Przegryzłem sobie wargę", napisał. "Ale prawie w ogóle nie jęknąłem. Bardzo chciałem wiedzieć, czy trafiłem drania, czy nie".

Trafił. Duży samiec wymachiwał dziko skrzydłami, czołgając się w kółko przez śnieg. Abe przypatrywał mu się z oddali, "bałem się, że bestia wstanie i rozszarpie mnie na strzępy". Trzepot skrzydeł, szuranie piór po śniegu - istniały tylko te dwa dźwięki. W końcu dołączyło do nich skrzypienie śniegu pod stopami Abe'a, który zdobył się na odwagę i ruszył przed siebie. Po chwili skrzydła biły już z mniejszą mocą.

Bestia umierała.

Chłopak postrzelił ją prosto w szyję. Głowa zwisała pod nienaturalnym kątem, a ptak ciągnął ją po ziemi, tłukąc skrzydłami. Korpus, nie szyja. Z każdym uderzeniem serca krew wypływała z rany na śnieg i mieszała się z ciemnymi kroplami skapującymi z ust Abe'a i łzami, które właśnie zaczęły spływać po jego twarzy.

Próbował złapać powietrze w płuca, ale bez skutku. W jego oczach zobaczyłem strach, jakiego nigdy wcześniej nie widziałem. Wydawało mi się, jakbym stał nad tym nieszczęsnym ptakiem cały rok, prosząc Boga, by uciszył trzepot jego skrzydeł. Błagając o wybaczenie za tak poważne zranienie stworzenia, które nie okazało mi złości, nie stwarzało zagrożenia dla mnie ani dla mojego dobrobytu. Wreszcie się uspokoiło, a ja, zbierając się na odwagę, pociągnąłem jego zwłoki przez las i położyłem u stóp mojej matki. Zwiesiłem nisko głowę, by ukryć łzy.

Już nigdy później Abraham Lincoln nie odebrał życia, a mimo to stał się jednym z najznamienitszych zabójców dziewiętnastego wieku.

Tamtej nocy zrozpaczony chłopiec nie zmrużył oka. "Myślałem tylko o niesprawiedliwości, jaką wyrządziłem innej żywej istocie, i o strachu, który zobaczyłem w jej oczach, o uciekającej obietnicy życia". Abe odmówił jedzenia swojej zdobyczy i żywił się niemal wyłącznie chlebem, podczas gdy jego matka, ojciec i starsza siostra przez następne dwa tygodnie do cna ogryźli kości z mięsa. Nie wiemy nic o ich reakcji na jego strajk głodowy, ale z pewnością uznali go za ekscentryka. W tamtych czasach dobrowolne pozbawienie się pożywienia w imię zasad było decyzją niespotykaną, zwłaszcza wśród chłopców urodzonych i wychowanych na Dzikim Zachodzie.

No ale Abe Lincoln zawsze się wyróżniał.

Ameryka była jeszcze w powijakach, gdy jej przyszły prezydent urodził się 12 lutego 1809 roku, zaledwie trzydzieści lat po podpisaniu Deklaracji Niepodległości. Wielu spośród gigantów rewolucji amerykańskiej, jak Robert Treat Paine, Benjamin Rush czy Samuel Chase, wciąż jeszcze żyło. John Adams i Thomas Jefferson dopiero za trzy lata mieli odnowić swoją burzliwą przyjaźń, a umrzeć za siedemnaście, w dodatku, niesamowitym zrządzeniem losu, tego samego dnia. Czwartego lipca.

Zdawało się, że tamte pierwsze dekady Ameryki były okresem niczym nieograniczonego wzrostu i ogromnych szans. Zanim Abe Lincoln przyszedł na świat, liczba mieszkańców Bostonu i Filadelfii podwoiła się w ciągu niespełna dwudziestu lat. W tym samym czasie Nowy Jork powiększył się trzykrotnie. Miasta się ożywiły, stały się bogatsze. "Na każdego rolnika przypadają dwa sklepy z odzieżą, na każdego kowala - jeden budynek opery", żartował Washington Irving w swoim nowojorskim periodyku "Salmagundi".

Ale miasta, których obszar się powiększał, jednocześnie robiły się coraz bardziej niebezpieczne. Podobnie jak mieszkańcy Londynu, Paryża i Rzymu, również Amerykanie zaczynali rozumieć, że pewnej ilości przestępstw nie da się uniknąć. Zdecydowanie najczęstsze były przypadki kradzieży. Brak kartotek z odciskami palców i kamer pilnujących porządku powodował, że złodziei powstrzymywać mogło wyłącznie sumienie lub brak predyspozycji. O rozbojach ledwie wspominano w gazetach, chyba że ofiarą był ktoś godny uwagi.

Znana jest historia starszej wdowy, Agnes Pendel Brown, która mieszkała ze swoim leciwym kamerdynerem (prawie tak starym jak ona i głuchym jak pień) w dwupiętrowej kamienicy przy Amsterdam Avenue. Drugiego grudnia 1799 roku obydwoje położyli się do snu - on na parterze, ona na drugim piętrze. Nazajutrz stwierdzili, że z domu zniknęły wszystkie meble, dzieła sztuki, suknie, naczynia i świecznik (razem ze świeczkami). Jedynymi sprzętami, jakie złodzieje zostawili, były łóżka, na których spali Agnes i jej kamerdyner.

Od czasu do czasu zdarzało się morderstwo. Przed wojną o niepodległość zabójstwa były w amerykańskich miastach niezwykle rzadkie (nie sposób podać dokładnych danych, ale przegląd trzech bostońskich gazet wydawanych w latach 1775-1780 pozwala wspomnieć o jedenastu przypadkach, z których dziesięć zakończyło się ukaraniem sprawców). Większość stanowiły tak zwane zabójstwa honorowe, w wyniku pojedynku lub kłótni rodzinnej. Wówczas najczęściej nie wnoszono sprawy do sądu. Przepisy prawa w pierwszej połowie dziewiętnastego wieku były niejasne i, wobec braku regularnej policji, dość luźno egzekwowane. Warto zauważyć, że zabicie niewolnika nie było kwalifikowane jako morderstwo, bez względu na okoliczności. Uważano je wyłącznie za "zniszczenie mienia".

Zaraz po uzyskaniu przez Amerykę niepodległości zaczęło się dziać coś dziwnego. Liczba morderstw wzrosła lawinowo niemal z dnia na dzień. W przeciwieństwie do dawnych zabójstw honorowych, te nowe wydawały się całkowicie przypadkowe i bezsensowne. W latach 1802-1807 w samym tylko Nowym Jorku zdarzyły się dwieście cztery nierozwikłane morderstwa. Zabójstwa bez świadków, bez motywu i nierzadko bez wyraźnej przyczyny śmierci. Ponieważ śledczy (najczęściej byli nimi ochotnicy) nie prowadzili kartotek, to wskazówki, jakie przetrwały do dziś, można znaleźć jedynie w nielicznych wyblakłych gazetach. Szczególnie jeden artykuł w dzienniku "New York Spectator" dobrze oddaje panikę, która ogarnęła miasto w lipcu 1806 roku.

Niejaki Stokes, zamieszkały przy Dziesiątej Ulicy pod numerem 210, znalazł nieszczęsną ofiarę, Mulatkę, podczas porannej przechadzki. Mężczyzna ów zauważył, iż oczy denatki były szeroko otwarte, a ciało dość sztywne, jakby wysuszone na słońcu. Konstabl McLeay poinformował mnie, iż ani obok nieszczęsnej kobiety, ani też na jej ubraniu nie znaleziono krwi, a jedyną raną było niewielkie nacięcie na nadgarstku. Jest już czterdziestą pierwszą osobą w tym roku, którą spotkał podobny los. Pan burmistrz Dewitt Clinton radzi szanownym obywatelom, by wyostrzyli swą czujność, dopóki winny zabójstw łotr nie zostanie schwytany. Kobiety i dzieci powinny chadzać w towarzystwie panów, a panowie po zmroku winni chodzić parami.

Miejsce zbrodni niepokojąco przypominało kilkadziesiąt innych, w których tamtego lata doszło do morderstw. Żadnych obrażeń, żadnej krwi. Otwarte oczy i sztywne zwłoki. Twarz zastygła w przerażeniu. Tożsamość ofiar wskazywała na pewną prawidłowość: byli nimi wolni Murzyni, włóczęgi, prostytutki, wędrowcy i umysłowo upośledzeni, a więc ludzie pozbawieni znajomości, bez rodziny. Raczej nic nie wskazywało na to, że wściekłe tłumy ruszą na ulice wymierzać sprawiedliwość. Problem nie dotyczył zresztą tylko Nowego Jorku. Podobne artykuły pojawiały się tamtego lata na łamach gazet w Bostonie i Filadelfii, których mieszkańcy rozpowszechniali te same plotki. Mówiono o kryjących się w cieniu szaleńcach i o obcych szpiegach.

Przebąkiwano też o wampirach.

II

Farma Sinking Springs leżała tak daleko od Nowego Jorku, jak tylko można było się od niego oddalić w pierwszej połowie dziewiętnastego wieku. Choć nazwa sugerowała obecność strumieni, rozległe trzystuakrowe gospodarstwo było w znacznej mierze zalesione, a kamienista gleba, charakterystyczna dla wschodniego Kentucky, raczej nie pozwalała żywić nadziei na rekordowe plony. Trzydziestojednoletni Thomas Lincoln kupił farmę za weksel o wartości dwustu dolarów na kilka miesięcy przed narodzinami Abe'a. Na swojej nowej ziemi pośpiesznie zbudował jednoizbowy domek o wymiarach pięć i pół na sześć metrów z twardym klepiskiem zamiast podłogi, zimnym w dotyku przez okrągły rok. Gdy padał deszcz, woda obficie kapała przez dach. Gdy wył wiatr, przeciąg wciskał się do środka przez niezliczone szpary w ścianach. Właśnie w takich skromnych warunkach, w nietypowo ciepły niedzielny poranek, przyszedł na świat szesnasty prezydent Stanów Zjednoczonych. Podobno w ogóle nie płakał, tylko wpatrywał się w swoją matkę i w końcu szeroko do niej uśmiechnął.

Abe nie zachował żadnych wspomnień z Sinking Springs. Kiedy miał dwa lata, wybuchł spór o akt własności ziemi, więc Thomas przeprowadził się wraz z rodziną piętnaście kilometrów na północ, gdzie założył mniejsze gospodarstwo Knob Creek, które zapewniało większe plony. Mimo iż miał do dyspozycji znacznie lepszą glebę, z której mógłby dostatnio żyć, gdyby sprzedawał okolicznym osadnikom kukurydzę i zboże, Thomas zaorał niecały akr.

Był analfabetą i leniem, który nie potrafił nawet podpisać się włas­nym nazwiskiem, póki nie nauczyła go tego moja matka. Nie miał za grosz ambicji, nie interesowało go poprawienie swojego bytu ani zaspokojenie innych niż podstawowe potrzeby swoich bliskich. Nigdy nie obsiewał żadnej grządki częściej, niż było to konieczne do uciszenia naszych żołądków, i nie szukał ani centa dodatkowego dochodu ponad to, co starczało do okrycia nas najprostszymi szmatami.

Tę przesadnie surową ocenę zapisał czterdziestojednoletni Abraham w dniu pochówku ojca (w którym postanowił nie uczestniczyć, i być może gryzły go wyrzuty sumienia). Choć faktycznie trudno byłoby określić Thomasa Lincolna mianem ambitnego, to zdawało się, że jest rzetelnym, jeśli nie wręcz szczodrym żywicielem. Sporo mówi o jego charakterze fakt, iż nigdy nie opuścił rodziny w czasach skrajnego ubóstwa ani nie porzucił życia na Dzikim Zachodzie na rzecz wygodnego bytu w mieście, jak to uczyniło wielu jego rówieśników. I choć nie zawsze rozumiał i aprobował poczynania syna, zawsze w końcu na nie zezwalał. Abe jednak nie wybaczył mu tragedii, która odmieniła życie ich obu.

Jak przystało na tamte lata, codzienność Thomasa Lincolna naznaczona była nieustającą walką i częstymi nieszczęściami. Urodził się w 1778 roku i, jeszcze jako dziecko, przeprowadził z ojcem Abrahamem i matką Bathshebą z Wirginii do Kentucky. W wieku ośmiu lat stał się świadkiem mordu na swoim ojcu. Była wiosna i Abraham przygotowywał ziemię pod zasiew, gdy "napadła go banda szauniskich dzikusów". Thomas patrzył bezradnie, jak Indianie tłuką jego ojca na śmierć, podrzynają mu gardło i zdejmują skalp. Nie potrafił później powiedzieć, co sprowokowało atak ani dlaczego jemu napastnicy darowali życie. Tak czy inaczej, nic już nie było dla Thomasa Lincolna takie samo. Nie miał żadnego spadku, dlatego zmuszony był wędrować od miasta do miasta i podejmować niekończącą się serię najdziwniejszych prac. Uczył się w terminie u cieśli, służył jako strażnik w więzieniu i sterował barkami na Missisipi i Sangamon. Ścinał drzewa, orał pola i gdy tylko mógł, uczęszczał do kościoła. Historycy nie znaleźli dowodów wskazujących, by kiedykolwiek chodził do szkoły.

To zupełnie zwyczajne życie z pewnością przeminęłoby niezauważone przez historię, gdyby pewnego dnia dwudziestoośmioletni Thomas nie wybrał się do Elizabethtown, gdzie przypadkiem natknął się na młodą córkę farmera z Kentu­cky. Ich małżeństwo, które zawarli 12 czerwca 1806 roku, miało odmienić bieg historii w sposób, jakiego nie mogli sobie nawet wymarzyć.

Wszystkie źródła zgodnie określają Nancy Hanks jako bystrą, łagodną i przystojną kobietę o "niezwykłej" umiejętności władania słowem, a jednocześnie jako osobę, która rzadko się odzywała w obecności nieznajomych, a to ze względu na chorobliwą wręcz nieśmiałość. Umiała czytać i pisać dzięki formalnej edukacji szkolnej, której potem zabrakło jej synowi. Nancy była kobietą obrotną i choć wśród chaszczy Kentucky trudno było o książki, zawsze miała przy sobie przynajmniej jeden pożyczony lub wybłagany tom, by cieszyć się nim w tych rzadkich chwilach, kiedy nie zostawało już nic do zrobienia w domu. Zaczęła czytać Abe'owi, gdy był jeszcze niemowlęciem, i czytała wszystko, co wpadło jej w ręce: Kandyda Woltera, Przypadki Robinsona Crusoe Defoe, poezję Keatsa i Byrona. Lecz młody Lincoln najbardziej pokochał Biblię. Uważny dzieciak siadał mamie na kolanach i wsłuchiwał się w niesamowite historie Starego Testamentu: o Dawidzie i Goliacie, o arce Noego i plagach egipskich. Szczególnie fascynowała go opowieść o Hiobie, człowieku prawym, któremu wszystko odebrano, a nałożono klątwę, smutek i zdradę, a mimo to on wciąż kochał i wychwalał Boga. "Mógłby zostać księdzem", napisał później o Lincolnie w wyborczym pamflecie kolega z dzieciństwa, "gdyby tylko życie lepiej go potraktowało".

A życie na farmie Knob Creek nie należało do najłatwiejszych, nawet jak na wczesne lata dziewiętnastego wieku. Na wiosnę burze z piorunami zalewały okolicę i przeobrażały pola uprawne w głębokie grzęzawiska. W zimie ze zmrożonego krajobrazu odpływał wszelki kolor, a drzewa stawały się poskręcanymi paluchami, grzechoczącymi o siebie nawzajem na wietrze. To z tym miejscem wiązały się najwcześniejsze wspomnienia Abe'a: gonienie starszej siostry Sarah między jesionami i orzesznikami, trzymanie się grzywy kucyka podczas spokojnych letnich przejażdżek, rąbanie drewna u boku ojca małym toporem. Ale też tutaj doświadczył pierwszej z licznych strat pustoszących jego duszę.

Gdy Abe miał trzy lata, Nancy Lincoln urodziła chłopca, któremu nadano imię Thomas, po ojcu. Synowie stanowili podwójne błogosławieństwo dla rodzin żyjących na Dzikim Zachodzie i starszy Thomas z pewnością wyczekiwał dnia, w którym dwaj silni synowie zaczną mu pomagać w pracy. Jednak tego marzenia nie mógł pielęgnować zbyt długo. Niemowlę umarło pod koniec pierwszego miesiąca. Abe pisał o tym dwadzieścia lat później, jeszcze zanim pochował swoich dwóch synów.

Co do żalu, nie pamiętam, bym takowy czuł. Pewnie byłem zbyt młody, by pojąć nieodwracalność sytuacji. Nigdy jednak nie zapomnę udręki moich rodziców. Opisać ją byłoby daremnym trudem. Jest to ten rodzaj cierpienia, któremu słowa nigdy nie oddadzą należytej czci. Mogę powiedzieć jedynie, iż taki ból nie opuszcza człowieka nigdy. Chodząca śmierć.

Nie sposób ustalić, co zabiło Thomasa Lincolna juniora. Częstymi przyczynami śmierci były w tamtych czasach odwodnienie, zapalenie płuc i niska waga ciała przy narodzeniu. Dopiero sto lat później zaczęto diagnozować i rozumieć genetyczne wady wrodzone. Nawet w najbardziej sprzyjających warunkach porodowych odsetek zgonów wśród noworodków wynosił w pierwszej połowie dziewiętnastego wieku dziesięć procent.

Thomas senior zbił małą trumnę i pochował syna nieopodal domu. Nie zachował się krzyż znaczący grób. Nancy wzięła się w garść i skupiła na żyjących dzieciach, zwłaszcza na Abie. Pobudzała jego niezaspokojoną ciekawość i wrodzoną miłość do zapamiętywania historii, nazwisk i faktów oraz do odtwarzania ich przy każdej okazji. Mimo sprzeciwów męża zaczęła uczyć chłopca czytać i pisać jeszcze przed piątym rokiem życia. "Ojcu niepotrzebne były książki", wspominał po latach, "chyba że do rozpalania paleniska, gdy drewno zamok­ło". Choć nie możemy wiedzieć, co sobie myślała, Nancy Lincoln musiała przeczuwać, że jej syn jest szczególnie uzdolniony. Z pewnością zależało jej, by osiągnął w życiu więcej niż ona sama i jej mąż.

Bezpośrednio przez farmę Knob Creek biegł szlak Old Cumberland. Był to rodzaj szosy, główna droga, która łączyła Louisville i Nashville, więc w obie strony podróżowali każdego dnia najróżniejsi ludzie. Pięcioletni Abraham godzinami przesiadywał na ogrodzeniu i śmiał się z przewoźnika melasy, który zawsze przeklinał swoje muły, albo machał do gońca pocztowego pędzącego na koniu. Od czasu do czasu mały Abe widział niewolników wiezionych na aukcję.

Pamiętam przejeżdżający wóz pełen czarnych. Same kobiety w różnym wieku. Miały... skute ręce i były wspólnie przypięte do ławki. Nie dostały nawet garści siana dla złagodzenia wyboistej drogi ani koca przeciw zimowej aurze. Woźnice siedzieli oczywiście na miękkim koźle z przodu, opatuleni wełną. Moje oczy napotkały spojrzenie najmłodszej dziewczynki, która była mniej więcej w moim wieku. Mogła mieć pięć, sześć lat. Przyznaję, że wytrzymałem jej wzrok tylko przez chwilę, taki smutek wyzierał z jej twarzy.

Jako baptysta Thomas Lincoln został wychowany w przekonaniu, że niewolnictwo to grzech. Ten pogląd stanowił jeden z niewielu trwałych wkładów ojca w charakter młodego Abe'a.

W Knob Creek znużeni drogą podróżnicy zmierzający szlakiem Old Cumberland mogli spędzić noc. Sarah ścieliła gościom łóżka w budynkach gospodarczych (farma składała się z domu, szopy i stodoły), a Nancy podawała o zachodzie słońca gorące posiłki. Lincolnowie nie prosili gości o zapłatę, choć większość jakoś rewanżowała się za pobyt, niektórzy zostawiali gotówkę, większość zboże, cukier albo tytoń. Po kolacji kobiety kładły się spać, a mężczyźni spędzali wieczór, sącząc whisky i paląc fajki. Abe leżał w swoim łóżku na strychu, ale nie spał i słuchał, jak jego ojciec zabawia przybyszów, czerpiąc z pozornie nieprzebranego zasobu opowieści, mrożących krew w żyłach historii z życia wczesnych osadników i żołnierzy wojny o niepodległość, humorystycznych anegdot i przypowiastek oraz prawdziwych (lub częściowo prawdziwych) przygód z własnego wędrowniczego życia.

Ojciec miał swoje braki, ale w tym był mistrzem. Noc w noc zadziwiała mnie jego umiejętność trzymania słuchaczy w ciągłym napięciu. Potrafił opowiadać tak szczegółowo i z taką emfazą, iż człowiek, który go słuchał, potem był gotów przysiąc, że to jego własne wspomnienia, nie żadna opowiastka. Walczyłem ze snem do późnych godzin nocnych, starając się zapamiętać każde słowo i obmyślając sposób na przekazanie wszystkiego moim kolegom tak, by zrozumieli.

Abe podobnie jak ojciec miał naturalny dar opowiadania i wkrótce sam stał się mistrzem gawędy. Umiejętność skutecznej komunikacji, ubierania złożonych idei w proste, barwne przypowieści bardzo mu się później przyda w karierze politycznej.

Od przybyszów Lincolnowie czerpali najnowsze wieści ze świata. Większość gości po prostu przekazywała informacje wyczytane w gazetach z Louisville czy Nashville lub powtarzała plotki zasłyszane w drodze. "Czymś zwyczajnym było słuchanie, trzy razy w tygodniu i z trzech różnych źródeł, opowieści o tym samym pijaku wpadającym do tego samego rowu". Co jakiś czas zjawiał się jednak podróżny z wiadomościami innego rodzaju. Abe zapamiętał noc, gdy trząsł się ze strachu pod kołdrą, słuchając przybysza z Francji relacjonującego obłęd na ulicach Paryża w latach 80. osiemnastego wieku.

Ludzie zaczęli nazywać Paryż la ville des morts, powiedział Francuz. Miastem śmierci. Każda noc przynosiła nowe krzyki, a każdy poranek - kolejne blade ciała na ulicach albo rozdęte zwłoki wyłowione z kanałów ściekowych, nierzadko spływających czerwienią. Były to zwłoki mężczyzn, kobiet i dzieci. Niewinne ofiary, których nie łączyło nic ze sobą oprócz ubóstwa. W całej Francji nie było ani jednej osoby, która miałaby jakiekolwiek wątpliwości, kto stał za morderstwami. "To były les vampires!", powiedział. "Widzieliśmy je na własne oczy!" Mówił, że wampiry od wieków stanowiły "ciche przekleństwo" Paryża. Ale teraz, gdy szalały choroby i głód, a biedacy tłoczyli się w slumsach... bestie nabierały tupetu. Były jeszcze bardziej głodne. "Ale Ludwik nie ruszył nawet palcem! On i jego aristocrates pompeux siedzieli bezczynnie, podczas gdy wampiry zajadały się ich wygłodniałymi poddanymi. I w końcu poddani stracili cierpliwość".

Oczywiście opowieść Francuza, jak wszystkie historie o wampirach, traktowano z przymrużeniem oka, jako bajkę wymyśloną po to, by straszyć nią dzieci. Mimo to Abe był zafascynowany tymi opowieściami. Całymi godzinami snuł włas­ne wizje, w których występowali "skrzydlaci nieśmiertelni" o "białych kłach poplamionych krwią", "czyhający w ciemnościach na następną ofiarę". Uwielbiał sprawdzać reakcje innych na własne historie, dlatego opowiadał je siostrze, dziewczynie "bardziej strachliwej od myszy, ale i tak lubiącej mnie słuchać".

Z kolei Thomas karcił Abe'a, ilekroć przyłapywał go na snuciu opowieści o wampirach. Nazywał je "dziecinnymi bzdurami", na które nie było miejsca w rozmowach kulturalnych ludzi.

III

W 1816 roku kolejny spór o prawo do ziemi zakończył pobyt Lincolnów w Knob Creek. Własność na Dzikim Zachodzie była dość kruchym pojęciem i na jeden kawałek gruntu nieraz wydawano kilka aktów notarialnych, a dokumenty w tajemniczych okolicznościach pojawiały się bądź znikały, zależnie od rodzaju łapówki. Chcąc uniknąć kosztownej walki w sądzie, Thomas przesiedlił rodzinę po raz drugi w ciągu siedmioletniego życia Abe'a; tym razem poprowadził ich na zachód, przez rzekę Ohio do Indiany. Kiedy tam dotarł, ewidentnie nic sobie nie robiąc z przeszłych sporów o ziemię, po prostu zajął liczącą sto sześćdziesiąt akrów działkę w gęsto zaludnionej osadzie Little Pigeon Creek, niedaleko dzisiejszego miasteczka Gentryville. Decyzja o wyprowadzce z Kentucky podyktowana była względami praktycznymi i moralnymi. Praktycznymi, bo po wypędzeniu Indian w następstwie wojny 1812 roku pojawiło się sporo taniej ziemi. Moralnymi, ponieważ Thomas był abolicjonistą, a Indiana stanowiła wolne terytorium.

W porównaniu z farmami w Sinking Springs i Knob Creek nowe gospodarstwo Lincolnów było naprawdę dziewicze - otoczone "szerokim pasem dziczy" i zamieszkane przez niedźwiedzie i rysie, które przechadzały się po okolicy bez lęku przed człowiekiem. Pierwsze miesiące spędzili w naprędce skleconej przybudówce, z trudem mieszczącej cztery osoby i z jednej strony otwartej na żywioły. Przenikliwy chłód tamtej pierwszej zimy w Indianie musiał być nie do zniesienia.

Little Pigeon Creek był miejscem odległym, ale nie odludnym. Półtora kilometra od domu Lincolnów mieszkało osiem lub dziewięć rodzin, niektóre z nich również po przeprowadzce z Kentucky. "W odległości, którą można było pokonać podczas krótkiego spaceru, mieszkało kilkunastu chłopców w moim wieku. Założyliśmy bandę i rozpoczęliśmy łobuzerską kampanię, o której w południowej Indianie pamiętają do dziś". Rozwijająca się lokalna społeczność była czymś więcej niż tylko wylęgarnią niesfornych dzieciaków. Jak to często bywało na ziemiach zachodnich, rodziny łączyły siły i zasoby, by zwiększyć szanse na przetrwanie. Wspólnie prowadziły zasiewy i zbiory, wymieniały się towarami i pracą, pomagały sobie w chorobie i biedzie. Thomas, uważany za najlepszego cieślę w okolicy, rzadko narzekał na brak pracy. Jednym z jego pierwszych wkładów w życie lokalnej społeczności było zbudowanie malutkiej jednoizbowej szkoły, do której jego syn miał później uczęszczać nieregularnie. Podczas swojej pierwszej kampanii prezydenckiej Abe napisał krótką autobiografię, w której przyznał, że całe jego wykształcenie to "niespełna rok nauki". Ale nawet w tych wczesnych latach przynajmniej jedna z jego nauczycielek, Azel Waters Dorsey, widziała w Abrahamie Lincolnie "wyjątkowe dziecko".

Po pamiętnym epizodzie z indykiem Abe oznajmił, że nie zamierza już nigdy polować na dzikie zwierzęta. Za karę Thomas kazał mu rąbać drewno. Sądził, że wysiłek fizyczny skłoni chłopca do zmiany zdania. Choć Abe ledwie mógł unieść siekierę powyżej bioder, godzinami niechlujnie ciął pieńki i układał szczapy na stertę.

Po jakimś czasie nie wiedziałem już, gdzie kończy się moje ramię, a zaczyna topór. W końcu siekiera zwyczajnie wysunęła mi się z rąk, które zwisały wzdłuż boków niczym zasłony w oknie. Gdy ojciec przyłapywał mnie na odpoczynku, obrzucał mnie przekleństwami, chwytał topór i w minutę rąbał na kawałki tuzin bierwion, by wzbudzić we mnie poczucie winy i w ten sposób zmusić mnie do wznowienia pracy. Nie poddawałem się i z czasem nabrałem sił w ramionach.

Wkrótce Abe rąbał więcej polan w minutę niż jego ojciec.

Tymczasem minęły dwa lata od pierwszych miesięcy życia w przybudówce. Cała rodzina mieszkała teraz w małej, solidnej chacie z kamiennym kominkiem, dachem pokrytym gontem i podwyższoną podłogą z drewna, która była ciepła i sucha nawet w zimie. Jak zwykle Thomas pracował tylko tyle, ile musiał, by zapewnić bliskim wikt i opierunek. Do Lincolnów dołączyli cioteczna babcia i dziadek Nancy, Tom i Elizabeth Sparrowowie. Przybyli z Kentucky, by zamieszkać w jednym z budynków gospodarczych i pomagać w pracy na farmie. Wszystko układało się pomyślnie. "Później nauczyłem się patrzeć nieufnie na taki spokój", napisał Abe w 1852 roku, "jako że zawsze, zawsze stanowi on wstęp do jakiejś gigantycznej katastrofy".

Rys. 23A - Młody Abe pisze w dzienniku przy świetle kominka. Obok kilka wczesnych narzędzi łowieckich.

Pewnej nocy we wrześniu 1818 roku Abe obudził się wystraszony. Usiadł na łóżku i zakrył twarz dłońmi, jakby ktoś nad nim stał i groził, że rozłupie mu głowę pałką. Nikogo jednak przy nim nie było. Kiedy zrozumiał, że niebezpieczeństwo tylko mu się przyśniło, chłopiec opuścił dłonie, odzyskał oddech i rozejrzał się po izbie. Wszyscy spali. Sądząc po żarze w kominku, była druga lub trzecia w nocy.

Abe wyszedł na dwór w samej koszuli nocnej, mimo iż jesienny chłód nastał wcześniej niż zwykle. Wciąż w półśnie poszedł w kierunku wychodka, zamknął za sobą drzwi i usiadł. Czekając, aż oczy przywykną do panującej w środku ciemności, nagle zauważył, że światło księżyca stało się tak jasne, iż można było czytać. Ponieważ nie miał przy sobie książki, Abe zaczął przebiegać dłonią przez cienkie snopy światła i przyglądać się wzorom, jakie tworzyły na jego palcach.

Nagle dobiegły go głosy na zewnątrz.

Abe wstrzymał oddech, bo usłyszał kroki dwóch mężczyzn, którzy w końcu przystanęli. Są przed chatą. Jeden z nich mówił gniewnym szeptem. Choć chłopak nie słyszał go wyraźnie, wiedział, że nie jest to nikt z Little Pigeon Creek. "Miał angielski akcent i wyjątkowo wysoki głos". Obcy gorączkował się przez chwilę, potem zamilkł i czekał na odpowiedź. Ta nadeszła i tym razem głos brzmiał znajomo. Należał do Thomasa Lincolna.

Przyłożyłem oko do jednej ze szpar między deskami. Faktycznie, drugim mężczyzną był ojciec. Rozmawiał z człowiekiem, którego nie znałem. Obcy miał przysadzistą figurę i ubrany był w najbardziej elegancki strój, jaki kiedykolwiek widziałem. Brakowało mu prawej ręki od łokcia w dół. Rękaw miał starannie przypięty do barku. Ojciec, choć z nich dwóch wyraźnie większy, wydawał się kulić ze strachu przed swoim rozmówcą.

Abe usiłował ich podsłuchać, ale stali zbyt daleko. Patrzył więc, próbując odczytać gesty i ruchy warg, aż...

Nagle ojciec w obawie, że nas obudzi, nakłonił swojego towarzysza, by oddalili się od chaty. Wstrzymałem oddech, widząc, że idą w moją stronę. Byłem pewien, że zdradzi mnie bicie serca. Zatrzymali się ledwie trzy metry ode mnie. Właśnie wtedy usłyszałem koniec ich kłótni. "Nie mogę", powiedział ojciec. Obcy stał w milczeniu, wyraźnie rozczarowany.

Wreszcie jednak udzielił odpowiedzi. "W takim razie odbiorę je sobie w inny sposób".

IV

Tom i Elizabeth Sparrowowie byli umierający. Przez trzy dni i trzy noce Nancy opiekowała się ciotecznymi dziadkami, których dręczyły wysoka gorączka, urojenia i tak bolesne skurcze, że zwalisty Tom płakał jak dziecko. Abe i Sarah trzymali się blisko matki, pomagali jej robić okłady i ścielić łóżka. We trójkę też modlili się o cud, o którym wiedzieli jednak, że nie nadejdzie. Okoliczna starszyzna już znała tę chorobę, zwano ją "mleczną". Było to wolno przebiegające zatrucie spowodowane wypiciem skażonego mleka, nieuleczalne i śmiertelne. Abe nigdy wcześniej nie obserwował czyjejś śmierci i miał nadzieję, że Bóg wybaczy mu, że jest trochę ciekawy, jak to wygląda.

Nie śmiał pytać ojca o to, co widział i słyszał przed tygodniem. Thomas był od tamtej nocy wyjątkowo oschły (i w znacznej mierze nieobecny) i nie chciał mieć nic wspólnego z czuwaniem przy łóżku Toma i Elizabeth.

Obydwoje umarli w bardzo krótkim odstępie czasu - najpierw ona, on kilka godzin później. Abe skrywał rozczarowanie. Spodziewał się desperackiej walki o ostatni oddech lub poruszającego monologu, jak w książkach, które w tym czasie czytał przed snem. Tymczasem Tom i Elizabeth po prostu zapadli w śpiączkę, leżeli bez ruchu przez kilka godzin, po czym umarli. Thomas Lincoln nie znalazł dla swojej żony choćby najskromniejszych wyrazów współczucia, tylko zabrał się nazajutrz do szykowania dwóch trumien z desek i drewnianych kołków. Przed kolacją małżeństwo Sparrowów leżało już pod ziemią.

Ojciec nigdy nie przepadał za wujem i ciotką. W dodatku nie byli pierwszymi krewnymi, których musiał pochować. A jednak nigdy nie widziałem go w takim stanie. Milczał i zdawał się pochłonięty myślami. Niespokojny.

Cztery dni później zachorowała Nancy Lincoln. Początkowo upierała się, że to tylko zwyczajny ból głowy spowodowany stresem, jaki wywołała w niej śmierć Toma i Elizabeth. Mimo to Thomas posłał po najbliższego lekarza, który mieszkał pięćdziesiąt kilometrów od nich. Przybył na miejsce, nazajutrz tuż przed wschodem słońca. Nancy była już w malignie.

Uklękliśmy z siostrą przy mamie, trzęsąc się ze strachu i braku snu. Ojciec siedział obok na krześle, podczas gdy lekarz przeprowadzał badanie. Wiedziałem, że mama umiera. Wiedziałem, że Bóg mnie w ten sposób karze za moją ciekawość śmierci Toma i Elizabeth. Za zabicie stworzenia, które nie wyrządziło mi krzywdy. Odpowiedzialność spoczywała wyłącznie na mnie. Skończywszy badanie, lekarz poprosił ojca o rozmowę przed domem. Gdy wrócili, ojciec płakał. Wszyscy płakaliśmy.

Tej nocy Abe siedział sam przy matce. Sarah zasnęła przy kominku, a Thomas drzemał na krześle. Nancy zapad­ła w śpiączkę. Wcześniej przez wiele godzin wyła - najpierw z powodu urojeń, potem z bólu. W pewnym momencie Thomas i lekarz musieli ją skrępować, a ona wykrzykiwała coś o "patrzeniu diabłu w oczy".

Abe zdjął okład z jej czoła i zamoczył go w misce z wodą, która stała u jego nóg. Wiedział, że wkrótce będzie musiał zapalić kolejną świeczkę, bo ta, która oświetlała pokój, teraz zaczęła mrugać. Gdy zdejmował okład, matka chwyciła go za przegub.

- Mój synku - wyszeptała.

Odmiana była całkowita. Na twarzy matki rysował się spokój, mówiła delikatnym, cichym głosem. W jej oczach znów pojawił się błysk. Serce mi podskoczyło - to musiał być ten cud, o który się modliłem. Spojrzała na mnie z uśmiechem. "Mój synku", szepnęła znowu. "Żyj". Po policzkach zaczęły mi spływać łzy. Zastanawiałem się, czy to aby nie jakiś okrutny sen. "Mamo?", spytałem, a ona powtórzyła: "Żyj". Rozpłakałem się. Bóg mi wybaczył. Oddał mi ją. Znów się uśmiechnęła. Poczułem, że jej dłoń wysuwa się z mojej, i zobaczyłem, że zamykają się jej oczy. "Mamo?" Jeszcze raz, teraz już prawie szeptem, powiedziała: "Żyj". Już nie otworzyła oczu.

Nancy Hanks Lincoln umarła 5 października 1818 roku w wieku trzydziestu czterech lat. Thomas pochował ją na wzgórzu za domem.

Abe został sam jak palec.

Matka była jego bratnią duszą. Okazywała mu miłość i wsparcie od dnia, w którym przyszedł na świat. Przez te wszystkie lata czytała mu do snu, zawsze trzymając książkę w lewej dłoni, a prawą kręcąc loki w jego ciemnych włosach, podczas gdy on zasypiał z głową na jej kolanach. To jej twarz przywitała go, gdy przyszedł na świat. Nie płakał wtedy. Tylko na nią spojrzał i się uśmiechnął. Była miłością i światłem. A teraz jej zabrakło. Abe ją opłakiwał.

Rys. 12-B. - Młody Abe stoi nad grobem matki. Rycina z początku XX w., zatytułowana "Przysięga zemsty".

Kiedy tylko została pogrzebana, postanowił uciec z domu. Nie mógł znieść myśli o dalszym życiu w Little Pigeon Creek z trzynastoletnią siostrą i pogrążonym w żalu ojcem. Od śmierci matki nie minęło jeszcze nawet trzydzieści sześć godzin, gdy dziewięcioletni Abraham Lincoln przedzierał się przez dzikie obszary Indiany, niosąc cały swój skromny dobytek w wełnianej derce. Miał genialnie prosty plan. Zamierzał dotrzeć nad rzekę Ohio, dostać się na pokład barki i spłynąć nią do Missisipi, a potem do Nowego Orleanu, gdzie z łatwością mógłby się załapać na jakiś statek. Może udałoby mu się dopłynąć do Nowego Jorku albo Bostonu. A może nawet do Europy i jej nieśmiertelnych katedr, o których zwiedzeniu często marzył.

Jedyną wadą tego planu była pora wyruszenia w podróż. Abe opuścił dom po południu i pokonał zaledwie siedem kilometrów, gdy krótki zimowy dzień zaczęły spowijać ciemności. Otoczony dziką przyrodą i wyposażony jedynie w pled i garść pożywienia, chłopak się zatrzymał, usiadł pod drzewem i zapłakał. Był sam w ciemności i tęsknił za domem, który przestał istnieć. Tęsknił za matką. Pragnął poczuć włosy siostry na swojej twarzy, kiedy położy głowę na jej ramieniu. Ku swojemu zdziwieniu zatęsknił nawet za bezpiecznym uściskiem ramion ojca.

W ciemnościach usłyszałem odległe wołanie - przeciągłe, zwierzęce wycie, odbijające się echem wokół mnie. Od razu pomyślałem o niedźwiedziach, które nasz sąsiad, Reuben Grigsby, zauważył przy strumyku zaledwie dwa dni wcześniej. Poczułem się jak burak, że wyruszyłem w drogę bez żadnej broni, choćby tylko noża. Odgłosy się powtarzały, zdawały się otaczać mnie ze wszystkich stron. Im dłużej ich słuchałem, tym bardziej stawało się oczywiste, że nie wydają ich niedźwiedź ani pantera, ani w ogóle żadne zwierzę. Miały inne brzmienie. Ludzkie. W jednej chwili pojąłem, co słyszę. Nie dbając o swoje rzeczy, skoczyłem na równe nogi i pobieg­łem, ile sił w nogach, w stronę domu.

Abe słyszał krzyki.