TO JA, FRANEK
Cześć! To ja, Franek. Tak mam na imię. Do niedawna rodzice nazywali mnie Fruniuś albo Funiuś, jakbym był pieskiem czy kotkiem. Na szczęście już im przeszło. Niedługo pójdę do pierwszej klasy i nie chciałbym, żeby dzieciaki wołały na mnie Fruniuś! Kici, kici! Dopiero najadłbym się wstydu.
Z całej rodziny tylko ja tak fruniusiowo się nazywam. Mama ma na imię Ania, tata Adam, a moja starsza siostra - to Magda. Mieszkamy w małym domku razem z babcią Irenką. Na wszelki wypadek jeszcze raz się przedstawię, bo chyba zapomniałem o nazwisku. Nazywam się Franek Kosowski.
Mam czarne włosy, niebieskie oczy i odstające uszy. Nie martwię się tym jednak. Chciałbym za to być wyższy. Babcia Irenka uważa, że wygaduję głupstwa.
- Jesteś dość wysoki - mówi. - Ale stanowczo powinieneś przytyć!
Pewnie dlatego wciąż namawia mnie do jedzenia. Za to moja siostra mi dokucza.
- Gdybym ja miała takie odstające uszy, to pomachałabym nimi kilka razy i odleciała z bocianami do ciepłych krajów - powiedziała ostatnio.
Od razu się zemściłem za takie gadanie. Przyniosłem do domu największą ropuchę, jaką znalazłem w ogródku, i włożyłem ją do szuflady, w której Magda trzyma pamiętnik. Szuflady nie domknąłem, żeby się ropucha nie udusiła. Kiedy Magda ją zobaczyła, o mało nie odleciała do ciepłych krajów, chociaż nie ma odstających uszu.
- Iiiiiiii! - krzyczała, jakby umiała wymawiać tylko "i".
Biedna ropucha tak się wystraszyła, że aż się trzęsła. Musiałem ją zabrać na noc do łóżka, żeby się uspokoiła. Bałem się trochę, że mama zobaczy i będzie krzyczeć, bo ropucha była brudna, a pościel czysta, ale nie za to dostałem burę. Kiedy zasnąłem, ropucha uciekła do pokoju rodziców i polizała mamę w ucho. Co było dalej, wolę nie opowiadać...
Opowiem za to o moim miasteczku. Nazywa się Głębokie, bo leży nad rzeką, która nazywa się Głęboka. Tak naprawdę, to wody w niej tyle, co w kałuży po deszczu. Tylko wiosną i jesienią przybiera, a wtedy rzeczywiście jest głęboka. Mój dom stoi przy ulicy Makowej. Nasza uliczka jest cicha, częściej można spotkać tu psa czy kota niż samochód. Mama mówi, że to dobrze. W małym miasteczku powinno być mało samochodów, bo wtedy jest mniej spalin i jest czyste powietrze.
Ja myślę, że Głębokie nie jest małe. Jest w sam raz. Choć wszystko zależy od tego, czy po mieście jeździmy samochodem, czy chodzimy pieszo. Kiedy idę z babcią Irenką w odwiedziny do wujka Karola, to idziemy i idziemy, a nasze miasteczko ciągnie się i ciągnie. A gdy jadę z tatą tą samą drogą, to zaraz jesteśmy na miejscu. To tak jak z naszą rzeką: niby jest głęboka, a nie jest.
Babcia Irenka mówi, że za nic nie przeniosłaby się do większego miasta, bo w Głębokiem jest wszystko, co potrzeba. Myślę, że babcia ma rację. Mamy park, do którego przylega moje podwórko i plac zabaw. Po drugiej stronie parku, przy ulicy Głównej, znajduje się moja szkoła podstawowa. A w centrum, na rynku kwadratowym jak herbatnik, stoi Studnia Życzeń i ratusz z obrotowymi drzwiami. Można chodzić w kółko, aż się w głowie zakręci. Ja nie próbowałem, ale wszyscy tak mówią. To znaczy mówi tak Olek - mój kolega. On podobno próbował.
Oprócz tego są u nas trzy szkoły, szpital i cztery banki. Są też ruiny starego zamku i Bursztynowy Dom, w którym podobno straszy. O tym jednak opowiem później.
TATA NIE MOŻE TRAFIĆ NA IMIENINY
Moja mama nie lubi samochodów. Inaczej niż tata. On nigdzie nie rusza się bez samochodu. Zawsze gdy się gdzieś wybieramy, mama woli iść, a tata jechać. Mama mówi, że od tego ciągłego jeżdżenia tata zapomni kiedyś, jak się chodzi.
Pewnego dnia wybraliśmy się samochodem do wujka Karola na imieniny. Tata ruszył i tak się rozpędził, że nie wiadomo kiedy minął dom wujka. Nagle znaleźliśmy się poza miastem. Mama powiedziała, że jej to nie dziwi, a tak naprawdę, to gdybyśmy poszli pieszo, bylibyśmy szybciej. Tata odparł, że to nie jego wina, tylko naszego miasteczka, bo jest małe, więc nawet rozpędzić się porządnie nie można. A mama na to, że to wyłącznie wina taty, bo w samochodzie zapomina o całym świecie. W dodatku pędzi jak szalony.
- Kiedyś wpadniemy pod ciężarówkę albo pod pociąg! - zawołała zdenerwowana, bo właśnie nadjeżdżał pociąg.
Tata zahamował przed przejazdem, więc nie wpadliśmy pod pociąg. Mimo to mama chciała wysiąść i iść piechotą do wujka. Ale się rozmyśliła. Pewnie dlatego, że założyła buty na wysokich obcasach. Z tego wszystkiego to i mnie się dostało. Kiedy machałem maszyniście i pasażerom, jeden chłopak pokazał mi język. Ja pokazałem mu swój, dłuższy. Mama to zobaczyła i trzepnęła mnie ręką po języku.
Tymczasem tata zdążył zawrócić, ale znowu nie zauważył domu wujka.
- Gdyby dom Karola choć trochę różnił się od innych domów, to bym go nie minął - stwierdził.
Dodał też coś, czego nie zrozumiałem, bo powiedział, że wujek nie jest oryginalny. Zastanawiałem się, czy wujek Karol to tylko podróba? I gdzie w takim razie podział się oryginał, czyli prawdziwy wujek? Tata dodał jeszcze coś bardzo brzydkiego. Nie powtórzę tego, bo brzydkich wyrazów nie wolno powtarzać. Mama mówi, że one same wyrywają się dorosłym z ust, a potem dorośli tego żałują i jest im wstyd.
Tata dalej coś mruczał pod nosem i w końcu mama zawołała:
- Nie narzekaj, tylko po prostu się przyznaj, że nie lubisz mojego brata!
Tata nic nie odpowiedział. Chyba żałował, że brzydki wyraz wyrwał mu się z ust. Domu wujka jednak znów nie zauważył, więc zawiózł nas prosto do naszego garażu.
W końcu poszliśmy, tak jak chciała mama - na piechotę. Tylko już bez taty, bo on zapomniał, jak się chodzi na nogach.
CZY W SUPERMARKECIE POTRZEBNY JEST DETEKTYW?
Moja siostra puka się palcem w czoło, gdy słyszy, iż cieszę się z pójścia do pierwszej klasy. Co ona wie? Myślę, że będzie super! Będę miał wreszcie prawdziwe wakacje. Magda już ze cztery razy miała prawdziwe wakacje. To ja musiałem wyrzucać śmieci, biegać do sklepu po lody i ścierać kurze. A ona tylko powtarzała: "Niech to Franek zrobi, ja mam wakacje!".
Poskarżyłem się mamie:
- Mamo, to niesprawiedliwe!
Na to mama najspokojniej w świecie odpowiedziała:
- Dajmy Magdzie nacieszyć się wakacjami. Cały rok sumiennie pracowała.
Tak? A ja czym mam się cieszyć? Cały rok rysowałem, malowałem, budowałem domy z klocków, grałem w piłkę, jeździłem na rowerze, a w urodziny babci Irenki zaśpiewałem: "Sto lat!". Ale jak dotąd nikt nie powiedział: "Dajmy Frankowi nacieszyć się wakacjami!".
Teraz to wszystko się zmieni. Idę do szkoły, więc będę miał wakacje jak Magda.
Mam już wszystko, co jest potrzebne w szkole. Dziś byłem na zakupach. Rodzice specjalnie wcześniej wyszli z pracy i zaraz po obiedzie pojechaliśmy do supermarketu. Tylko babcia Irenka nie chciała jechać.
- Nie lubię tych wielkich sklepów - tłumaczyła. - Ledwie wejdę do środka, od razu kręci mi się w głowie. Zgubię się i kłopot gotowy. Musielibyście wynająć detektywa, żeby odnalazł wam babcię.
- Babciu, gdybyś się zgubiła, na pewno znaleźlibyśmy cię w dziale obsługi klienta - powiedziałem.
I wyobraziłem sobie, jak pani woła przez mikrofon na cały sklep: "Odnaleziona babcia Irenka czeka na Franka i jego rodziców w dziale obsługi klienta! Prosimy o odebranie babci i odwiezienie jej do domu!".
Strasznie mnie to rozbawiło.
Do supermarketu przyjeżdża tak dużo ludzi, że faktycznie można się zgubić. Sam już parę razy się zgubiłem. Kiedyś nawet na własne życzenie, jak powiedział ochroniarz. Schowałem się za dinozaurem, który reklamował serki. Na nieszczęście ten dinozaur się przewrócił, bo niechcący stanąłem mu na ogonie. Narobił strasznego huku. Wtedy przybiegł ochroniarz i mnie znalazł.
Dziś musiałem przyrzec tacie, że będę grzecznie chodził za wózkiem z zakupami i nigdzie się nie schowam.
Przyjechałem robić zakupy do szkoły, więc nie zamierzałem się gubić, nawet na własne życzenie. Jednak takie grzeczne chodzenie za wózkiem jest strasznie nudne. O mało się nie zanudziłem na śmierć. Mama z Magdą wrzucały do wózka same niepotrzebne rzeczy: ubrania i jakieś jedzenie. Na szczęście wreszcie doszliśmy do półek z przyborami szkolnymi.
- Wybierz sobie zeszyty - powiedziała mama, więc przejrzałem wszystko, co leżało na półkach.
Tata się zniecierpliwił i przyszedł mi pomóc. Wybraliśmy zeszyty z piłkarzami z ostatnich mistrzostw świata. Oprócz nich kupiliśmy ołówki, długopisy, kredki, plastelinę, no i oczywiście plecak. Jest naprawdę superowy! Ma różne bajery, odblaski, kieszonki, podwójne dno i nadruki z samochodami wyścigowymi. W domu spakowałem do niego wszystko, co rodzice kupili mi w sklepie. Część musiałem upchnąć, bo zamek nie chciał się dopiąć. Zarzuciłem plecak na ramiona i... o mało się nie przewróciłem. Takie to wszystko było ciężkie.