ROZDZIAŁ 1
MARIA
Odsuwam na bok zieloną kołderkę i uśmiecham się na widok bajkowych piesków na poszewce. Pieski zdobią też wiele innych przedmiotów w pokoju mojego syna.
- Mamo, przeczytasz mi bajkę? - słyszę cieniutki głos, kiedy podnoszę się z materaca, by złożyć na czółku krótki pocałunek. Odruchowo zerkam na zegar wiszący nieopodal łóżka, choć doskonale zdaję sobie sprawę, która jest godzina. Grubo po dwudziestej, a ja mam jeszcze tyle do zrobienia. Ściga mnie termin oddania tłumaczenia, mieszkanie tonie w bałaganie, na blacie czekają produkty potrzebne do upieczenia ciasta na festyn dla dzieci organizowany przez nasze przedszkole. Noc znów będzie miała za mało godzin. Czas nie jest łaskaw dla samotnych matek. Jakby mało im było trosk.
- Marcelku, bardzo cię przepraszam, ale poczytamy jutro, kiedy tylko wrócimy do domu. Dobrze? - proszę, a zawiedziona mina dziecka sprawia, że kraje mi się serce. - Mam mnóstwo pracy - tłumaczę, licząc na zrozumienie, choć jest zbyt mały, żeby pojąć, jak momentami bywa mi ciężko. Robię wszystko, by zapewnić nam jakiś byt. Żeby niczego nie brakowało. I choć materialnie całkiem dobrze sobie radzimy, wiem, że brakuje nam wspólnego czasu. - A tymczasem, karaluchy pod poduchy. - Uśmiecham się i zaczynam łaskotać go w okolicach szyi.
- Mamo, przestań - mówi, choć widzę, że to na moment poprawia mu humor. Mimo wszystko stosuję się do polecenia. - Nie jestem już małym dzieckiem. Mam sześć lat, a ty traktujesz mnie jak maluszka.
- Wypraszam sobie, Marcel - próbuję ukryć rozbawienie i przybieram absolutnie poważną minę. - Doskonale zdaję sobie sprawę, że sześć lat to poważny wiek.
- Jestem starszakiem. Nie mamy już poobiednich drzemek jak w młodszych grupach - mówi o sytuacji z przedszkola, która autentycznie napawa go dumą. Brak konieczności poobiedniego snu to dla niego argument dojrzałości nie do podważenia. Ile ja bym dała, by móc w ciągu dnia zdrzemnąć się choć na chwilę.
- No tak - kiwam głową ze zrozumieniem. - Będę o tym pamiętać. - Głaszczę jego ciemne włosy, ciesząc się, że jeszcze mi na to pozwala. - Dobranoc, synku. - Prostuję się i zamierzam odejść.
- Dobranoc, mamusiu. Bardzo cię kocham - słyszę słowa, od których oczy mi momentalnie wilgotnieją.
- Ja ciebie też - szepczę.
Siedzę przy stoliku w kącie kuchni, gdzie jakiś czas temu stworzyłam sobie minimalnie cywilizowane warunki do pracy. Brakuje mi własnego biura, ale w małym mieszkaniu nie ma takiej możliwości. Marcel straciłby swój pokój, co w ogóle nie wchodziło w grę. Bez sensu zaś płacić za większy metraż, skoro całkiem nieźle sobie radzę. Zresztą mieszkamy tutaj od zawsze. Zdążyliśmy przywyknąć.
Odwracam wzrok od pobłyskującej na wieszaku chochli i patrzę na ekran komputera. Migający kursor niezmiennie przypomina, że planowo mam jeszcze do przetłumaczenia parę stron. Sięgam po szklankę z Bóg wie którą dziś kawą, chociaż sama nie wiem, po co. Kofeina o tej porze i tak na mnie nie działa. Próbuję powrócić myślami w świat kryminalnej zagadki detektywa Antonia, o którego losach przyszło mi się ostatnimi dniami rozpisywać, ale już dawno nie byłam tak bardzo rozkojarzona. Łapię za telefon i sprawdzam, że według minutnika moja szarlotka powinna się piec jeszcze przez jakieś piętnaście minut. Póki jej nie wyjmę, chyba i tak nie mam co liczyć na skupienie. To pewnie przez ciasto i obawę, że mogę je przypalić, jestem taka rozkojarzona. Nie chcę zawieść własnego dziecka.
Wstaję od stolika i podchodzę do leżącego na mikrofalówce stosu korespondencji. W ciągu tygodnia zdążyło się tego trochę nazbierać. Na samym wierzchu leży awizo, o którym zapomniałam na śmierć, na szczęście mam jeszcze dwa dni, by je zrealizować. Tuż pod nim znajduję dwie ulotki oferujące doskonałe warunki kredytu. Zgniatam je od razu. Jakaś korespondencja z ZUS-u, pewnie są w niej wyliczenia moich składek, znowu ulotki (co za marnotrawstwo papieru), newsletter z popularnej sieciówki z ubraniami, z której zamówiłam coś najwyżej dwa razy, a wciąż atakują mnie gazetkami.
I list.
Biała koperta oklejona zagranicznym znaczkiem. Ze stemplem, który nie pozostawia wątpliwości. Przywędrowała do mnie z Włoch.
Obracam ją w dłoniach, choć oprócz mojego adresu zapisanego drukowanymi literami i znaczka nie ma na niej nic. Brak adresata rodzi różne domysły. Może to od jakiegoś autora w podziękowaniu za przekład? Nie rozdaję jednak swoich danych obcym ludziom i jestem pewna, że mój pracodawca również pilnie ich strzeże. W pośpiechu rozrywam kopertę. W środku złożona na pół kartka. Rozkładam ją, ale wystarcza mi rzut oka na litery, bym wiedziała, kto jest nadawcą.
Składam kartkę i jak rażona prądem odrzucam ją na blat. Siadam na krześle i czuję, jak z emocji mocno wali mi serce. Chowam twarz w drżących dłoniach, próbując jakoś okiełznać myśli.
Tyle czasu. Tyle lat. Nic z tego nie rozumiem.
Co się dzieje? Cisza panująca wokół nagle zaczyna mnie męczyć. Piszczy mi w uszach, jakby ktoś podłączył mi do głowy jakiś kabel z irytującym dźwiękiem.
Wstaję z impetem, zrywam z blatu wygniecioną już nieco kartkę i jeszcze raz zerkam na swoje starannie wykaligrafowane imię. Tylko jedna osoba, którą znam, w taki właśnie sposób kreśliła zamaszyste "M". Na moment zamykam oczy, a kiedy w końcu podnoszę powieki, wyobrażam sobie jego głos. Jakby Carlo, którego w ciągu lat zdążyłam znienawidzić i wyrzucić ze swojej pamięci, znowu stał obok mnie.
Tesoro mio, Maria,
Wciągam powietrze. Kręci mi się w głowie, muszę się oprzeć o szafkę, żeby nie upaść.
Nie wiem od czego zacząć. Może od tego, że powinienem was przeprosić. Ciebie i Marcello, naszego syna. Choć to i tak niewiele zmieni. Nie masz pojęcia, jak żałuję, że sprawy potoczyły się w takim kierunku. Czas najlepszym nauczycielem życia, jak mawia mia mamma. Byłem głupcem, że zwlekałem z tym tyle czasu, choć nawet nie wiem, czy w ogóle przeczytasz ten list. Czy dalej mieszkasz tam, gdzie kiedyś. Ale to jedyna opcja kontaktu. Twój stary numer telefonu nie jest już aktywny, a w mediach społecznościowych nie ma po tobie śladu. Piszę, żebyś wiedziała, że próbowałem cię w ten sposób znaleźć. Być może nigdy mnie nie zrozumiesz, ale byłem zbyt młody, kiedy to wszystko na nas spadło. Miałem inne plany na życie.
- Ty dupku! - mówię sama do niebie. Mam ochotę podrzeć tę kartkę. - Ja też miałam inny plan, ale w przeciwieństwie do ciebie potrafiłam unieść konsekwencje - cedzę przez zęby, jakby miał mnie w tym momencie usłyszeć.
Dziś postąpiłbym inaczej, ale przeszłości nie da się już cofnąć. Wierz mi, wiele razy wyjmowałem z szafki zdjęcia Marcella, zastanawiając się, jak teraz wygląda. Czy ma coś ze mnie? Czy jego oczy wciąż pozostały tak ciemne jak wtedy, kiedy leżał w łóżeczku z białym misiem w rączkach?
Pamiętam tę fotografię. Zdjęcie, które przesłałam mu, wierząc, że może to coś zmienić. Ale nie zmieniło.
Wiem, że z pewnością masz już poukładane życie. Zawsze taka byłaś. Poukładana. Mądra. Inteligentna. Pamiętam wieczór, kiedy skakaliśmy przez ogrodzenie parku i ukrywaliśmy się w krzakach, gdy nieopodal przechodził facet z ochrony. Nie nakrył nas. Wtedy nie wierzyłem, że to robimy. Że ty to ze mną robisz. Umiałaś mnie zaskoczyć, bo potrafiłaś wyjść ze swojej strefy komfortu.
Chciałem, żebyś wiedziała, że dojrzałem. Zmieniłem się. Też chcę poukładać sobie życie, w którym będzie miejsce dla Marcella. Wiem, że nie wypełnię lat, w których mnie nie było. To szaleństwo, bo nawet nie wiem, czy kiedykolwiek mu o mnie opowiadałaś. Masz prawo być na mnie zła, więc zrozumiem, jeśli już się do mnie nie odezwiesz. Mogę jedynie prosić cię, żebyś pozwoliła mi go poznać. Żeby wiedział, że jestem. Ma do tego prawo.
Zostawiam ci mój numer telefonu. Adres jest niezmienny od lat. Choć upływ czasu mógł go zetrzeć z twojego notatnika. Albo raczej twoje rozżalenie. Jestem tego świadom, więc i adres pozostawiam. Zrób z tym, co zechcesz. Podejmij decyzję Maria, tylko proszę, nie zamykaj w pełni tych wrót, które powinny pozostać otwarte, bo kiedyś możesz mieć do siebie żal. Ty i nasz Marcello.
Carlo
Zerkam na starannie zapisany adres, który pomimo usilnych prób wyparcia pozostał w mojej głowie. Pamiętam listy, które na niego nadawałam, będąc w zaawansowanej ciąży i jeszcze kilka miesięcy po urodzeniu syna. Nigdy nie dostałam odpowiedzi. Nigdy!
Co za tupet.
Dygoczę ze złości, litery tańczą i migają mi przed oczami. Dopiero po chwili dociera do mnie, że tak mocno trzęsą mi się ręce.
Zgniatam list w kulkę i ciskam nim o ścianę, choć przecież na co dzień jestem stabilna emocjonalnie. Można by powiedzieć, że wręcz przewidywalna. Nudna do bólu, ale każdy ma swoje granice.
Siadam na krześle i odsuwam laptop, robiąc miejsce na blacie. Kładę głowę na stole i po prostu zaczynam płakać.