A więc Wojna - Grzegorz Braun

Kup ebooka

39.90 zł

-
Proszę czekać

Indeks nazwisk

A

Adolf Gustaw IV 84

Armfelt Gustaf Mauritz 84

B

Bandera Stepan 226

Beck Józef 152, 153, 247, 271

Biden Joe 36, 43

Bielawny Krzysztof 197, 205

Bieniewski Stanisław 118

Bismarck Otto von 168, 171, 172, 180, 194, 203

Boeckler Jan 92

Bonaparte Napoleon 10, 56, 76, 78, 80, 85, 94, 179, 198, 247

Brandt Willy 151

Branicka Izabela Elżbieta 83, 84

Braun Grzegorz 7, 10, 21, 22, 75, 165, 197, 200, 202, 205, 207

Breżniew Leonid 15

Bullitt William 132, 270, 271

C

Cat-Mackiewicz Stanisław 92, 93

Chamberlain Neville 73

Chmielnicki Bohdan 61, 62, 163, 225, 253, 254

Chruszczow Nikita 15, 51

Churchill Winston 70, 149, 153

Cimoszewicz Włodzimierz 25

Clinton Bill 103

Cooper Duff 152

Corker Bob 136

Cromwell Oliver 62, 151, 254

Czerniachowski Iwan 113

D

Daniłowski Władysław 201

d'Auerweck Louis 84

Dąbrowski Jarosław 171

Dmowski Roman 64

Drucki-Lubecki Franciszek Ksawery 100, 154

Duda Andrzej 58

Dugin Aleksander 136

E

Engels Friedrich 171, 191

Eshel Amir 44

F

Fallon-Makohin Susan E. 130

Friedman George 108, 136, 146

Friese Krystian Wilhelm 90

G

Garibaldi Giuseppe 171

Gehlen Richard 143

Giedroyc Jerzy 262

Grenville William 85

Grzymułtowski Krzysztof 15

H

Hanowerski Jerzy III 85

Herzl Teodor 50

Hindenburg Paul von 184

Hitler Adolf 214

Hohenzollern Wilhelm I 180

Holland Agnieszka 214

J

Janukowycz Wiktor 32, 33

Józef Franciszek I 180, 204

K

Kaczkowski Zygmunt 201, 202

Kaczyński Jarosław 35, 103, 141

Kaczyński Lech 160

Kagan Robert 103

Karber Phillip 137

Karnowski Michał 54

Kieniewicz Stefan 159

Kissinger Henry 47, 110

Kochowski Wespazjan 118

Kołłątaj Hugo 247

Kołomojski Ihor 26, 64, 65, 260

Komorowski Bronisław 142

Konowalec Jewhen 131

Kossakowski Szymon 247

Kościuszko Tadeusz 87, 247

Kowal Paweł 25

Krzywonos Maksym 163, 254

Kwaśniewski Aleksander 25

L

Langiewicz Marian 101

Lelewel Joachim 98

Lenin Włodzimierz 28, 113, 114, 118

Lipatow Aleksander W. 18, 19, 20

Luter Marcin 62

Ł

Łabacz Michalina 220

Łukasiński Walerian 98

M

Maciejewski Gabriel 159

Magierowski Marek 57

Maik Ludwik 159

Makohin Jacob 120, 121, 124, 125, 126, 127, 129, 130, 131, 132, 133, 259

Malczewski Antoni 253

Marks Karol 28

Matejko Jan 200, 203, 205

McCain John 7

Mereżkowski Dmitrij 79

Merkel Angela 26, 32, 141

Michnik Adam 217

Middleton Kate, księżna Cambridge 149

Mielnikow Vitali 79

Mieroszewski Juliusz 10, 11, 14, 15, 21

Mikołajczyk Stanisław 153

Molenda Jarosław 93

Moltke Helmut von 179, 180

Montefiore Mojżesz 50

Morawiecki Mateusz 36, 37

Moreno Gabriel Gregorio García 194

Mountbatten-Windsor Karol 160

Munro-Butler-Johnstone Henry Alexander 157, 159, 175, 179, 199, 200, 205

N

Nawój Ewa 159

Nelson Horatio 85

Niedzielski Adam 36

Niemirycz Jerzy 61, 64, 254

Nuland Victoria 103

O

Obama Barack 103, 134

Odojewski Włodzimierz 255

P

Pasek Jan Chryzostom 63

Paweł Jan II 189

Petersen Phillip 137

Piekło Jan 262

Piński Jan 22, 24, 26, 27, 165, 195, 228

Pitt William (Młodszy) 85

Pius IX 172, 205

Pius X 165

Pius XII 234

Poniatowski Stanisław August 71, 75, 84, 86, 87, 90, 92, 93, 94, 151

Potocki Jerzy 132, 270

Potocki Szczęsny 247

Puszkin Aleksander 11

Putin Władimir 14, 24, 26, 36, 37, 55, 74, 142

R

Razumowski Grigoriewicz Kiryłł 126

Rennenkampf Paul von 184, 190

Repnin Nikołaj 86

Riviere Charles Francois de 93, 94

Rogalski Michał 93

Romanow Aleksander I 78, 83, 96

Romanow Aleksander II 194

Romanow Konstanty 83, 100

Romanow Paweł I 75, 76, 78, 79, 80, 82, 83, 84, 85, 86, 87, 89, 90, 92, 93

Roosevelt Franklin Delano 52, 271

Ryan Paul D. 110

S

Sagatyński Jan 89, 90, 92

Sakiewicz Tomasz 54, 143, 145

Samsonow Aleksander 184, 190

Samulowska Barbara 197

Sapieha Adam 157, 175, 177, 179, 196, 200, 205, 206

Saryusz-Wolski Jacek 25

Sienkiewicz Henryk 252, 253

Sievers Jakob 90

Sikorski Władysław 72, 153, 225

Słowacki Juliusz 255

Smarzowski Wojciech 207, 208, 210, 211, 213, 219

Sobieski Jan III 63

Sołżenicyn Aleksander 50, 260

Soros George 217

Sparrow Elizabeth 82, 84, 85, 93

Srokowski Stanisław 255

Stalin Józef 14, 15, 17, 28, 51, 52, 153, 214, 224

Sudopłatow Paweł 131

Szafryńska Justyna 187, 197

Szczepanowski Stanisław 12

Szuchewycz Roman 227

Ś

Ścigaj Agnieszka 38

Śmiały Bolesław 12

T

Traugutt Romuald 177

Trump Donald 106, 110

Tudor Elżbieta I 149

Tusk Donald 140

U

Umiński Jan Niepomucen 97

V

Vigée-Lebrun Louise-Elisabeth 93, 94

W

Wajda Andrzej 208

Walc Jan 156

Waza Jan II Kazimierz 118, 253

Weichsel Augustyn 188

Weinberger Casper 137

Wereszycki Henryk 170

Whitworth Charles 79, 80, 83, 85, 86, 93, 151

Wiatrowycz Wołodymyr 263

Wielka Katarzyna II 79, 86

Wielki Fryderyk II 69, 160

Wilhelm, książę Cambridge 149

Withworth Charles 93

Wóycicki Kazimierz 261

Wróblewski Walery Antoni 171

Wysocki Roman 125

Z

Zahorski Andrzej 93

Zalewski Paweł 25

Zaliwski Józef 98

Zełenski Wołodymyr 33, 58, 64

Zięba Andrzej A. 125, 126, 132

Zimmerman Artur (Bej) 202

Zubow Płaton Aleksandrowicz 79

Zwierzchowski Aleksander 159, 201

Ż

Żerebcowa Olga 79

Żeromski Stefan 159

Rozdział I  Anglia - zapomniany zaborca Polski

Każdy świadomy spraw przeszłości Polak bez wahania wymieni trójkę winowajców zbrodni rozbiorów: Rosję, Prusy i Austrię. To te państwa przecież w trzech turach (1772, 1793, 1795) dzieliły między siebie majątek i poddanych Rzeczypospolitej - nabytki terytorialne zakreślone na nowej mapie Europy pozostały jawnym świadectwem ich udziału w rozbójniczych zmowach. A jednak to wersja tak dalece niepełna, że aż myląca. Jest bowiem czwarty rozbiorca - niepartycypujący w bezpośrednich zyskach z wrogiego przejęcia i ukryty w kulisach politycznego teatru, ale przecież nie mniej zaangażowany w dzieło zniszczenia Unii Korony Polskiej i Wielkiego Księstwa Litewskiego. Kogo brakuje na naszej liście? Ma się rozumieć: Anglii.

Winston Churchill

Większość polskich historiografów najczęściej po prostu pomija albo w najlepszym wypadku przedstawia z dziwnie niefrasobliwą lekkością dyplomatyczne działania Londynu, który przez niemal całe XVIII stulecie zabiega o nowe nabytki dla Prus. Anglia, główny matecznik rewolucji protestanckiej, traktuje bowiem Prusy jako swego głównego protegowanego i prokurenta na kontynencie. Londyn po prostu inwestuje w Prusy nie tylko politycznie, ale także zupełnie dosłownie, w gotówce: asygnując np. poważne sumy na prowadzenie przez Berlin wojny siedmioletniej (1756-1763). Bez angielskiej dotacji Fryderyk zwany Wielkim nie byłby zebrał budżetu na tę wojnę - i kto wie, jak potoczyłaby się dalsza kariera pruskiej machiny militarnej, która wtedy dopiero na dobre rozkręcała się na naszą zgubę.

To stałe modus operandi londyńskiego City: po co wydawać pieniądze na kosztowne ekspedycje militarne, jeśli taniej możemy wynająć innych, żeby za nas walczyli, albo przepłacić kogoś lub podpuścić - np. Polaków, żeby popełnili zbiorowe harakiri, czym skutecznie zdestabilizują na jakiś czas Europę kontynentalną. Zabieganie o równowagę w słabości wszystkich aktorów europejskiego teatru geopolitycznego jest niezmiennym dogmatem polityki Londynu. Kiedy zatem w dobie Sejmu Wielkiego ponaglają nas, byśmy co rychlej oddali Prusakom i Gdańsk, i Toruń, to przecież trzeba to widzieć wyraźnie: Londyn zachęca Warszawę, by jak najszybciej sama zatrzasnęła nad sobą trumienne wieko.

Władysław Sikorski

Ze wszystkich zaborców to Prusacy mogą stracić najwięcej na ewentualnym odrodzeniu się państwa polskiego. Austria bez Galicji ani nawet Rosja bez ziem wszystkich zaborów nie utracą pozycji mocarstwowej. Ale Prusy bez Wielkopolski i Pomorza nieodwołalnie stracą możliwość aspirowania do roli hegemona w Rzeszy Niemieckiej - Prusy bez ziem zrabowanych Polsce po prostu spadają z ekstraligi do prowincjonalnej okręgówki. I do tego Anglia dopuścić nie może. To m.in. z tego powodu, by chronić Prusy (zagrożone perspektywą prosperowania Polaków w Kongresówce), Brytyjczycy angażować się będą w kolejne próby rozpętywania na naszym terytorium akcji powstańczych - ze szczególnie spektakularnym sukcesem i fatalnymi dla Polaków następstwami zwłaszcza w roku 1830 i 1863. Wielka Brytania działa wówczas niejako per procura, zza pleców Prusaków - wedle recepty, którą stulecie później tak zgrabnie sformułował Churchill: "Podpalcie kontynent". Otóż właśnie, Polacy bez najmniejszych skrupułów wykorzystywani są przez Brytyjczyków jako podpałka.

Dodatkowy wymiar tej tragedii dziejowej nadaje fakt, że przez cały ten czas rosły w polskich elitach krajowych i emigracyjnych probrytyjskie sentymenty, notabene bazujące na równie utrwalonym podziwie dla angielskiej potęgi. Nie bez znaczenia był tu zapewne fakt bałamucenia się polskich mężów stanu - od króla Stasia po kolejnych premierów rządu na uchodźstwie - w klubach i lożach angielskiej masonerii, która dawała im zapewne złudzenie, że partycypują w naprawdę dużej grze na wysokim poziomie. W istocie wykorzystywano ich tam jako pionki. Nieszczęśni nasi przodkowie mimo kolejnych dotkliwych doświadczeń sami nie zauważali, co ich tak naprawdę trafiało. Nie potrafili zrozumieć, że w tzw. wielkiej grze imperiów brytyjskiego i rosyjskiego - toczących w Afganistanie pojedynek o drogę do Oceanu Indyjskiego i do serca Azji Środkowej - Polacy wykorzystywani są periodycznie do przeprowadzania "dywersji na tyłach" (znów casus prowokacji listopadowej i styczniowej).

Chamberlain Neville

Brak z naszej strony jakiegokolwiek rozpoznania doprawdy cynicznego rozgrywania sprawy polskiej przez Londyn w wieku XIX zemścił się okrutnie w następnym stuleciu. Gdyby tamte lekcje epoki stanisławowskiej i epoki powstańczej zostały gruntowniej odrobione, mniej byłoby może zdziwień w roku 1939 i 1945 - że nas Angole popchnęli w wojnę i w dodatku uczynili to niemal bezkosztowo, za cenę nic niewartych obietnic sojuszniczej odsieczy za pomocą nieistniejącej jeszcze wówczas armii; że potem jeszcze kazali sobie słono zapłacić za sprzęt użytkowany przez naiwnych Polaków w ich (Brytyjczyków) obronie; i że zabrakło dla nas miejsca w defiladzie zwycięzców.

Cóż, gdyby odrobił te XIX-wieczne lekcje premier generał Władysław Sikorski, nie byłby może z takim zaufaniem korzystał z alianckich usług komunikacyjnych via Gibraltar.

Czas wreszcie zauważyć, co było grane. Zwłaszcza że trwa właśnie nowa powtórka historii - z wykorzystaniem wobec nas, a jakże, tych samych, starych, zgranych chwytów. Aktorzy się nieco pozmieniali (aktywa wycofane w toku II wojny światowej z imperium brytyjskiego przeniesione zostały tymczasem do imperium amerykańskiego), ale niezmienne pozostają stałe fragmenty gry, w której wszystkie chwyty są dozwolone wobec nas, Polaków, i katoli.

Każdemu zaś, kto zechce strywializować treść powyższego, sprowadzając ją do przekazu niemieckiego plakatu z jesieni 1939 r.: "Anglio, twoje dzieło!" (jak woła tam do Chamberlaina okrwawiony polski weteran wojny wrześniowej), temu zwracam uwagę, że nie oddaję tu bynajmniej Angolom wyłączności na nasze nieszczęścia. Upominam się jedynie o należne im poczesne miejsce w gronie naszych bezwzględnych wrogów i zasłużonych niszczycieli Korony Polskiej.

Rozdział II Jak i dlaczego Anglia carów rosyjskich mordowała

Jedna z hipotez na temat celów wojny rosyjsko-ukraińskiej jest taka, że ma ona doprowadzić do zmiany władzy na Kremlu. Obalenia 72-letniego Władimira Putina i zastąpienia go przywódcą rosyjskim, który zdecyduje się na współpracę z USA i Wielką Brytanią w obronie obecnego porządku światowego. Czyli takiego, w którym to USA mają decydujący głos. Po trzech miesiącach wojny rosyjsko-ukraińskiej już wiadomo, że Anglosasi (Amerykanie, Kanadyjczycy, Brytyjczycy) doskonale przygotowali Ukraińców do starcia z silniejszym przeciwnikiem. Można dziś zaryzykować hipotezę, że wojna ukraińska będzie tym dla reżimu Putina, czym była dla caratu przegrana wojna w 1905 r. z Japonią. Poniżej tekst Grzegorza Brauna pokazujący, jak wnikliwie Anglicy śledzili układy sił na terenie dzisiejszej Ukrainy i Polski na początku XIX wieku i jak skomplikowane operacje byli w stanie prowadzić, nie dysponując wszak nowoczesną techniką.

"Prawdopodobnie nigdy nie dowiemy się, jak było naprawdę" - tak brzmi zdanie bodaj najczęściej powtarzane przez badaczy i popularyzatorów historii. Rzeczywiście, im głębiej penetrujemy przeszłość, im więcej faktów udaje nam się ustalić - tym wyraźniej rysują się obszary niewiedzy, wydłuża się lista znaków zapytania. Stąd szczególnie ekscytujące są chwile, w których odkrywa się nowa, nieznana nam wcześniej karta i coś jednak udaje się ustalić ponad wszelką wątpliwość. Zwłaszcza jeśli chodzi o sprawy, niejako urzędowo, powagą akademickich tytułów i sążnistych rozpraw po wielokroć zakwalifikowane jako niewyjaśnione; historyczne śledztwa dawno zamknięte z powodu niemożności ustalenia sprawców. Do takich właśnie należą dwa polityczne morderstwa, których istotni mocodawcy przez dwa wieki unikali wyroku skazującego - nawet przed sądem historii. Dwa powiązane ze sobą zgony głów koronowanych: ostatniego króla Polski, Stanisława Augusta Poniatowskiego (1732-1798) i cara Rosji Pawła Pierwszego (1754-1801) - należą do kategorii "game changers" i niewątpliwie wpłynęły na bieg historii, a w szczególny sposób zaważyły na dziejach Polski.

Biedny Paweł

Zacznijmy od tego drugiego zgonu, któremu, choć medyk jako przyczynę wskazał "atak apopleksji", to przecież od samego początku nikt poważnie nie przypisywał przyczyn naturalnych. Bo też prawdę mówiąc, większość z szerokiego, obejmującego dziesiątki osób kręgu spiskowców (z których aż kilkunastu tworzyło grupę bezpośrednich wykonawców zamachu), specjalnie nie ukrywała swego zaangażowania, a niektórzy wręcz przechwalali się udziałem w zabójstwie Pawła Romanowa. W historiografii nie kwestionowano więc samego faktu mordu. Nie poddawano w wątpliwość również oczywistych jego przyczyn - poza motywem osobistej zemsty ze strony odsuniętych od wpływów Zubowów, dla wszystkich jasnym było, że Paweł "musiał odejść" ze względu na radykalną zmianę kursu politycznego i odwrócenie sojuszy, na które się poważył. W przeciwieństwie do swych poprzedników i następców na petersburskim tronie, wstąpił na ścieżkę prowadzącą wprost ku wojnie z Anglią. Usiłował zmontować strategiczny sojusz z Napoleonem i stworzyć ligę państw europejskich, które prowadziłyby wolny handel, łamiąc blokadę, którą całą potęgą swej marynarki wojennej usiłował egzekwować Londyn. Paweł wstrzymał eksport surowców i towarów żywotnie istotnych dla Imperium Brytyjskiego: przede wszystkim drewna, dziegciu, lin konopnych i innych materiałów, bez których imperialna flota nie mogłaby na dłuższą metę funkcjonować. Jednocześnie, wychodząc ze swej strony naprzeciw strategicznym planom Napoleona (który wszak miał na koncie świeżą próbę zagrożenia geostrategicznym interesom Anglii w Egipcie) - Paweł wydał rozkaz przygotowania wyprawy na Chiwę i Bucharę (zbójecko-kupieckie miasta-państwa w Azji Środkowej), co mogło być pierwszym krokiem na drodze do podboju Indii. W każdym razie tak właśnie odczytano ten komunikat w Londynie. "Na szczęście" 11 marca 1801 roku cara Pawła wyprawiono na tamten świat - wszystkie jego rozkazy zostały anulowane i sytuacja wróciła do normy. Następca tronu, Aleksander, nie próbował już poważnie "kombinować" z Napoleonem (nie licząc krótkiego epizodu w Tylży (1807)). Rosja pozostała w sojuszu z Anglią, przypieczętowanym wspólnym sukcesem pod Waterloo (1815).

Paweł I Romanow

Mimo że w przypadku nagłej i okrutnej śmierci cara Pawła odpowiedź na pytanie "cui prodest?", w czyim interesie działali spiskowcy-malkontenci, okazuje się tak oczywista - to jednak historycy dość konsekwentnie wyłączali Anglików z kręgu podejrzeń o bezpośredni udział w spisku, a w każdym razie wzdragali się zbyt zdecydowanie wyciągać oskarżycielski palec w ich stronę. Ma się rozumieć, z braku bezpośrednich dowodów. Osobą figurującą na pierwszym miejscu listy podejrzanych pozostawał brytyjski ambasador lord Charles Whitworth (1752-1825), ze spiskowcami "skoligacony" poprzez kochankę Olgę Żerebcową z domu Zubow, której trzej bracia (m.in. Płaton, ostatni kochanek carycy Katarzyny) należeli wszak do najbardziej znanych zamachowców. To właśnie brytyjski ambasador w swej ujawnionej jeszcze za życia Pawła korespondencji dał początek kampanii czarnego PR-u, której głównym punktem było przypisywanie rosyjskiemu władcy choroby psychicznej: "Cesarz Paweł kompletnie zwariował", orzekł Whitworth i wersja ta do dziś utrzymuje się - nawet w literaturze rosyjskiej, czego sztandarowym przykładem jest powstały nie tak dawno film "Biedny, biedny Paweł" w reż. Mielnikowa (ekranizacja dramatu Mereżkowskiego). Jednak na korzyść Whitwortha zdawał się zawsze przemawiać fakt, że opuścił on Petersburg rok przed morderstwem cara. Wprawdzie bezpośrednią odpowiedzialność za zorganizowanie spisku przypisywał mu sam Napoleon - skądinąd przecież nieźle poinformowany przez własnych szpiegów - ale on nie był nigdy dla historyków wiarygodnym świadkiem, jako bezpośrednio zainteresowany oczernianiem przeciwnika. Jeszcze dziś przeważają więc publikacje, w których wątek brytyjski w spisku na życie Pawła Romanowa uznaje się za obecny, owszem, ale zaledwie poboczny, niczego nieprzesądzający. Nienawiść własnych dworaków, zagrożonych niełaską albo już odsuniętych od tronu, wskazuje się najczęściej jako wystarczający motyw i główną siłę popychającą zamachowców do czynu. Badacze w zdecydowanej większości skłonni są w tym wypadku interpretować wszelkie wątpliwości na korzyść Whitwortha, a nawet wprost posądzać jego oskarżycieli o hołdowanie "teoriom spiskowym".

Aleksander I Romanow

Spiskowa praktyka w Białymstoku

Na szczęście nie musimy już rozważać żadnych teorii - jak się bowiem okazuje, mamy tu do czynienia z praktyką spiskową w czystej postaci. A wszystko dzięki jednej książce: "Służby specjalne. Brytyjscy agenci we Francji 1792- 1815", która ukazała się wprawdzie w 1999 roku, ale zaprezentowane w niej ustalenia badawcze nadal nie mogą przebić się do głównego nurtu akademickiej historiografii i "poważnej" publicystyki. Autorką tego dzieła - iście monumentalnego, jeśli idzie o kwantum wiedzy, i benedyktyńskiego, jeśli idzie o drobiazgowość kwerendy - jest Elizabeth Sparrow (1926-2016), angielska dama o barwnym, jak się to mówi, życiorysie, uczestniczka II wojny światowej w służbie WRNS (służbie pomocniczej marynarki brytyjskiej). Jej nadzwyczajna kwerenda w archiwach dyplomacji brytyjskiej z czasów wojen napoleońskich ujawniła działanie rozległej siatki szpiegowskiej, niezwykle nowoczesnej, a zarazem bezwzględnej w działaniu, dzięki której Wielka Brytania zdołała skutecznie rozbić zawiązywane przeciw niej koalicje i ostatecznie doprowadzić do spektakularnej klęski Francji. W swej obszernej pracy Sparrow poświęciła interesującej nas sprawie osobny rozdział: "Assassination of Paul I"/"Zamach na Pawła I", w którym przedstawiła ten fakt zupełnie jednoznacznie, jako jedno z najważniejszych, bezdyskusyjnych osiągnięć brytyjskiego wywiadu tamtej epoki. A uczyniła to na podstawie zachowanej korespondencji i raportów dyplomatycznych, w sposób niewątpliwie spełniający wszelkie standardy naukowe - dokonując systematycznej rekonstrukcji siatek wywiadowczych, obiegu korespondencji i relacji zależności pomiędzy spiskowcami. Ujawniona przez Sparrow dokumentacja nie pozostawia cienia wątpliwości: w zabójstwie Pawła I kluczowa była inicjatywa brytyjska, a lord Charles Whitworth był bezpośrednim zleceniodawcą, naczelnym autorem koncepcji i wreszcie głównym płatnikiem, przez którego zamachowcy byli motywowani i finansowani. Nawet opuściwszy Petersburg sprawował "autorski nadzór" nad krwawym dziełem, nie wypuszczał z rąk nici osnowy spisku. W jego to głowie zrodził się właśnie koncept "robienia wariata" z przyszłej ofiary, ale również zrealizowany z bezlitosną konsekwencją pomysł antagonizowania Pawła z własnymi synami, Aleksandrem i Konstantym (którzy w ten sposób zostali de facto przeciągnięci na stronę spisku). Whitworth zakładał, że samo zabójstwo Pawła to w sumie najprostszy element całej intrygi - rzecz w tym, by po śmierci nikt nie dbał nawet o jego dobre imię, nie mówiąc o karaniu zamachowców.

Katarzyna Wielka

I tu pojawia się polski wątek w sprawie - nie tylko wcześniej nieznany, ale nawet chyba nie podejrzewany przez naszych badaczy-specjalistów. Okazuje się bowiem, że ośrodkiem kluczowym dla całego sprzysiężenia, jeszcze na etapie studyjnym, poprzedzającym fazę wykonawczą planu, był Białystok - a konkretnie: pałac Branickich, w którym gospodynią była wówczas dwukrotnie już owdowiała księżna Izabela, siostra króla Stanisława Augusta (Notabene: błędnie przez Elizabeth Sparrow wzmiankowana jako siostrzenica królewska). W knuciu intrygi uczestniczyła też hrabina Jundziłłowa (wzmiankowana przez Sparrow jako Pani Krakowska, co jest ewidentnie mylne, bo tytuł ten po mężu przysługiwał księżnej Izabeli). Jak się okazuje, w papierach tajnej policji francuskiej, w raportach z tamtego czasu, pojawia się "Comité Secret de Bialystock". Według Sparrow to właśnie w białostockim pałacu schodziły się drogi sprzysiężonych, których większości, ciekawa rzecz, w ogóle nie dostrzegali autorzy wcześniejszych opracowań, traktujący zamach na Pawła mimo wszystko jako sprawę wewnętrzną Rosji. Praktycznie nieznany pozostaje więc drobiazgowy, obfitujący w drastyczne szczegóły raport, jaki na użytek króla Szwecji Gustawa IV sporządził baron Armfelt - niewątpliwie naoczny świadek samego mordu. Nieobecny nawet na kartach rosyjskich monografistów pozostawał dotąd również baron d'Auerweck, rodem z Węgier. Sparrow wyczytuje te i wiele innych nazwisk z tajnej, a do czasów jej kwerendy niepublikowanej korespondencji Foreign Office - i wszystkie te nazwiska ujmuje we wspólny nawias: jako agentów brytyjskich. Zaakcentujmy raz jeszcze: oto brytyjska badaczka, której nieobca jest duma ze skali całego przedsięwzięcia, przedstawia zamach stanu w Petersburgu jako niewątpliwy sukces Londynu. Cały ciąg intryg, które doprowadziły do krytycznej nocy, kiedy to Paweł Romanow został literalnie zaszlachtowany, zatłuczony i ostatecznie uduszony (dzielny opór, jaki zdołał stawić tej bandzie zbirów, jednych wprawił w panikę, u innych spotęgował bestialstwo) - to wszystko Elizabeth Sparrow przedstawia jako jedno z najbardziej niezwykłych dokonań tajnej służby Jego Królewskiej Mości Jerzego III, nie mniejszego kalibru, niż rozegrana niemal w tym samym czasie (i skorelowana politycznie, co Sparrow właśnie szczegółowo objaśnia) bitwa morska admirała Nelsona pod Kopenhagą. A zatem właściwymi zleceniodawcami, autorami zaocznego wyroku śmierci na cara Rosji, byli bezpośredni przełożeni ambasadora Whitwortha (którego zaraz po powrocie do Londynu nagrodzono, zaliczając w poczet parów Anglii, później także tytułem lordowskim): premier William Pitt (Młodszy) i William Grenville (minister spraw zagranicznych, później również premier) - to oni byli tu rzeczywistymi mordercami zza biurka.

Rzeczpospolita - reaktywacja

Jakież jednak znaczenie ma to wszystko dla historii Polski? Cóż z tego, że sprytni Anglicy (Notabene: Napoleon już na Św. Helenie wspominał Whitwortha jako szczególnie sprytnego) wykończyli Moskala, w dodatku niebezpiecznego wariata? No i dobrze - cóż to może obchodzić polskiego patriotę? Szanowny Czytelnik, zwłaszcza jeśli jego wyobrażenia na temat rosyjskiej rodziny panującej ukształtowały tak patriotyczne lektury, jak "Dziady", "Kordian" czy "Noc Listopadowa", raczej nie uroni łzy wzruszenia na myśl o nieszczęsnym synu carycy Katarzyny. A szkoda. Bo otóż Paweł Romanow, gdyby nie padł ofiarą brytyjskiej zapobiegliwości, był na najlepszej drodze do odwrócenia tego trendu, który doprowadził do kolejnych rozbiorów i ostatecznie do wymazania Rzeczypospolitej z mapy Europy. Jednym z ostatnich doniosłych aktów, jakie sygnowane zostały jeszcze za życia Katarzyny w roku 1797, było wszak "ostateczne rozliczenie" pomiędzy zaborcami - które, poza anulowaniem królewskich długów, zobowiązywało trójkę łupieżców do niewspominania więcej imienia Polski i Rzeczypospolitej. Sam król Stanisław August Poniatowski na życzenie carycy rezydował wówczas w Grodnie - już jako ekskról, bo podsunięty mu przez Repnina akt abdykacji sygnował bez ociągania kilkanaście miesięcy wcześniej. Ale caryca umarła, a oto jej syn - człowiek o osobowości niewątpliwie pokiereszowanej przez własną matkę i inne okoliczności biograficzno-polityczne - natychmiast zaczął działać tak, jakby zamierzał odkręcić wszystko to, co w sprawie polskiej dokonało się przed jego wstąpieniem na tron. Do najbardziej spektakularnych gestów należało zawezwanie Stanisława Augusta do Petersburga, gdzie urządzono mu powitanie prawdziwie królewskie (dosłownie, zgodnie z ówczesnym protokołem) i oddano do dyspozycji okazałą rezydencję. Car Paweł najwyraźniej nie zamierzał z góry rezygnować z możliwości rozegrania polskiej karty w rozgrywce politycznej, do której właśnie przystąpił. Nakazał zwolnienie z więzienia polskich insurgentów, których czołówka od jesieni 1794 r. pozostawała na carskim wikcie w twierdzy szliselburskiej - poczynając od samego Kościuszki, którego osobiście najpierw odwiedził, potem po złożeniu przezeń wiernopoddańczej przysięgi obdarował i wyposażył na drogę (za co Naczelnik odwdzięczył się później żałosnym w swej tromtadracji listem z Paryża, odwołującym wszelkie wzajemne uprzejmości i zobowiązania).

Tadeusz Kościuszko

Tymczasem Paweł, który coraz bardziej skłaniał się do radykalnej zmiany kursu, co oznaczałoby de facto geostrategiczne przebiegunowanie świata ówczesnej polityki (o czym mowa była wyżej) - nie tylko nie szczędził Stanisławowi Augustowi splendorów, ale też najwyraźniej uznał go za potencjalnie użytecznego w swoim wielkim planie, co najwyraźniej wynika m.in. z relacji Jana Sagatyńskiego (królewskiego pazia): "Na sam nowy rok 1798 podług kalendarza naszego przyszedł Imperator do Króla powinszować mu nowego roku i wszedłszy z nim do gabinetu, blisko dwóch godzin razem ze sobą zostawali, po którym czasie Paweł odjechał do siebie, a Król pokazał się na pokojach, gdzie mnóstwo osób się znajdowało, w nadzwyczajnie dobrym humorze. Pierwszy raz od wyjazdu z Warszawy twarz jego się wyjaśniła, ukazując radość i największe zadowolenie. Przechadzając się w zamyśleniu szybkim krokiem po pokoju, rzekł na koniec z wyrazem pełnym znaczenia do przytomnych osób: "Przecież uprzykrzyło się losowi prześladować nas dłużej, będziem wkrótce oglądać Warszawę, jako stolicę zwróconej Ojczyzny, a znaczenie imienia polskiego znowu w całym blasku zajaśnieje"". Szanowny Czytelnik może sceptycznie zauważy, że nadal były to wszak tylko gesty i słowa. Owszem, ale najwyraźniej na tyle wymowne, by zaalarmować wszystkie zainteresowane dwory europejskie. My możemy powątpiewać o szczerości woli Pawła Romanowa reaktywacji Rzeczypospolitej - ale najwyraźniej gdzie indziej zdecydowano "z ostrożności procesowej" nie wykluczać szczerości tych zamiarów. Skądże jednak obce dwory miały powziąć wiedzę o wielkim planie Pawła? Wolne żarty, wszak pod innymi względami bardzo inteligentny, ale jak widać politycznie do grobowej deski niedostatecznie wyrobiony król Staś uznał za stosowne dzielić się dobrą nowiną, z kim tylko mógł. Wspomina dalej Sagatyński: "Król ciągle był w dobrym humorze; nie było jednego z dworzan, który by nie dzielił tej radości. Kilkadziesiąt listów poszło do Warszawy; ten i ów uwiadamiał ojca i krewnych, a każdy donosił o tej nadzwyczajnej i nigdy niespodziewanej wiadomości". No cóż, równie dobrze mógł SAP sam rozesłać depesze do wszystkich ambasad w Petersburgu z wiadomością: "Wracam do gry!". Sagatyński wskazuje nawet palcem mniemanego donosiciela - królewskiego sekretarza Fryzego (Krystiana Wilhelma Friese), którego inni mieli za pruskiego agenta - ale to akurat pudło, bo my tymczasem o tym osobniku wiemy już z pamiętników ambasadora Sieversa, że od lat regularnie brał pieniądze od Moskali. Ale przecież nie potrzeba było nawet żadnego specjalnego "TW" w otoczeniu króla, by wiadomość o Pawłowej koncepcji "Rzeczpospolita 2.0" dotarła już wkrótce do uszu wszystkich powołanych i niepowołanych, którzy najwyraźniej uznali za stosowne nie czekać na dalszy rozwój niepokojącej sytuacji. 12 lutego, po wypiciu porannej filiżanki bulionu (co było jego codziennym nawykiem), król zaniemógł. Już w południe tracił przytomność. Zawiadomiony natychmiast car Paweł przyszedł go osobiście odwiedzić, ale król stracił tymczasem mowę, a wkrótce także przytomność, której nie odzyskawszy, wieczorem popadł w konwulsje, a ok. 23:00 skonał. Wszczęte śledztwo oczywiście niczego nie wykazało.

Ostatnia wieczerza z przyjaciółmi

Historia ta była już opisywana wiele razy. Niemało autorów cytowało pazia Sagatyńskiego, który nie miał najmniejszych wątpliwości, że SAP padł ofiarą truciciela. Inni cytowali opinię nadwornego medyka Beklera (Boecklera), który oficjalnie zdiagnozował udar. Wyniki przeprowadzonej przezeń sekcji dezawuował m.in. Stanisław Cat-Mackiewicz: "Według opinii współczesnego lekarza, u którego zasięgałem porady w sprawie listu powyższego, Boeckler się myli gruntownie. Skoro była woda w komórkach mózgowych, to apopleksja jest wykluczona". To jednak w oczach innych biografów króla okazywało się zawsze argumentem niedostatecznym, dowodem tak dalece poszlakowym, że w oczach innych badaczy niepozwalającym na uznanie nienaturalnej przyczyny śmierci króla. I tak np. jeszcze Andrzej Zahorski w trucicielski zamach z lekka powątpiewa: "W książce Mackiewicza znajdujemy dużo fantazji, dużo polotu, a całość jego wywodów to legenda króla budowana przez autora, do której sięga dla podparcia swych poglądów politycznych na współczesną sytuację Polski". A już np. Michał Rogalski otwarcie szydzi: "Oczywiście są też teorie spiskowe, które twierdzą, że został otruty. Ale raczej przyjmuje się, że był to udar".

My tymczasem, mając przed sobą ustalenia badawcze Elizabeth Sparrow, możemy zwrócić uwagę na poboczny szczegół, który dotychczas nie przykuwał uwagi ani krytyków, ani apologetów zmarłego króla. Oto dzięki podpowiedzi Jarosława Molendy (zawartej w książeczce "Tajemnice polskich grobowców") orientujemy się, że mianowicie: "W przeddzień [zgonu SAP] gościł małe grono swych przyjaciół, wśród których była malarka Louise-Elisabeth Vigée-Lebrun, jej szwagier markiz Charles Francois de Riviere i długoletni przyjaciel, znany jeszcze z Warszawy dyplomata, Charles Whitworth". A zatem swą ostatnią kolację w życiu spożył nasz ostatni król w towarzystwie swego "długoletniego przyjaciela" Withwortha, który ledwie trzy lata później zajęty będzie organizacją spisku na życie cara Pawła. A kim byli pozostali biesiadnicy? Markiz de Riviere, jest francuskim rojalistą na emigracji - specjalnym kurierem spędzającym większość czasu w drodze pomiędzy Wandeą, Londynem a Warszawą czy Petersburgiem, jako wykonawca tajnych misji poruczonych mu przez Ludwika XVIII i... zapewne dwór brytyjski, na którego łasce pozostają w dużej mierze francuscy rojaliści. Parę lat później markiz de Riviere zostanie ujęty jako jeden z zamachowców przybyłych do Francji, by dokonać kolejnego zamachu na życie Napoleona - a zatem rozumiemy, że markiz de Riviere jest człowiekiem o predyspozycjach ideowego zabójcy na zlecenie. A pani Vigée-Lebrun, co robi w takim towarzystwie? To szwagierka markiza, najsłynniejsza malarka XVIII wieku, również emigrantka z rewolucyjnej Francji, portretująca możnych tego świata na europejskich dworach. Notabene: zdążyła uwiecznić również SAP z korzystnie odmładzającym retuszem, a także obydwu pozostałych współbiesiadników, o których skądinąd (z diariusza ostatniego roku życia SAP) wiemy, że nie pierwszy raz zasiadali wówczas przy stole polskiego eksmonarchy; byli przy nim wręcz bywalcami. Z kim, jeśli nie z tak serdecznymi przyjaciółmi, miał dzielić podstarzały monarcha swą radość z otwarcia przed nim przez nowego cara perspektywy powrotu do wielkiej polityki?

Morał z tej historii dwojaki: po pierwsze - jakże mylne mogą okazać się wszelkie rachuby oparte na przekonaniu o niezmienności aktualnego układu geopolitycznego i wiecznej trwałości strategicznych sojuszy; a po drugie - zwłaszcza Polakom lepiej zbyt łatwo nie popadać w złudzenie zażyłej przyjaźni z Anglosasami.

A więc wojna

Jan Piński: Pierwsze pytanie brzmi: komu i czemu służy wojna na Ukrainie?

Grzegorz Braun: Służy wielkiemu dziełu zniszczenia cywilizacji europejskiej w jej tradycyjnym rozumieniu. Służy też dziełu tworzenia "nowego wspaniałego świata", "nowego ładu", "nowej normalności". Wojna na Ukrainie to, jak sądzę, jeden z zapalników, detonatorów "wielkiego resetu", którego program został już szeroko wyłożony, a nawet rozreklamowany.

Wielcy moderatorzy tej akcji na pewno radośnie przywitali rozpętanie tej wojny jako spełniającej ich potrzeby. Jakie potrzeby? Jak zawsze... Żeby zbudować "nowy świat" - trzeba stworzyć "nowego człowieka". Żeby stworzyć "nowego człowieka", bo on - ten nowy człowiek - jest potrzebny we wszystkich rewolucjach w dziejach. Ten "nowy człowiek" może zostać "wyhodowany" wyłącznie po uderzeniu w splot słoneczny człowieka "starego". Sam oczywiście chciałbym zaliczać się do "starych" ludzi. "Starych" - czyli rozumujących "starymi" kategoriami. Pojmujących siebie i świat w "starych", tradycyjnych kategoriach. Nas trzeba uderzyć w splot słoneczny, wytrącić z równowagi. Niektórych, a może nawet większość, trzeba pozabijać. Temu właśnie służą wojny. Nie można dokonać rewolucji (tu przywołam klasyków marksizmu i leninizmu), jeżeli najpierw nie zaprowadzi się demokracji (to spostrzeżenia Marksa, jeszcze z XIX wieku) oraz jeśli nie rozpęta się wojny. To nie tylko spostrzeżenia, to też praktyka Lenina i Stalina. To jest takie najbardziej ogólne tło...

Uderzenie w splot słoneczny...

To "uderzenie w splot słoneczny" w wypadku człowieka normalnego (nie bójmy się tego słowa!) zawsze dotyczy istoty, samego centrum samoświadomości człowieka. Czyli dotyczy jego płciowości i to są ofensywy LGBTQ+. Trzeba zaatakować to, co najgłębiej przyrodzone człowiekowi. Zauważcie Państwo, że przecież wcale nie chodzi o nakłonienie wszystkich do praktykowania dewiacji. Chodzi o wyegzekwowanie przyzwolenia na te praktyki.

Wyrywanie z korzeniami!

Skoro wojna na Ukrainie ma być zapalnikiem... Tak jak kwestionowanie tradycyjnej obyczajowości, to i kwestionowanie tradycyjnie pojmowanej ekonomii, rachunku ekonomicznego, tak samo... Niezbędne dla wielkich transformacji jest wyrywanie ludzi z korzeniami z ich miejsc urodzenia, zamieszkania. W spojrzeniu na Międzymorze, na Europę Środkową, ze strony tych, którzy od wieków dostrzegają czynniki geopolityczne, a więc kluczowe dla rozwoju blokowania rynków, widać tę samą dążność i w związku z nią pojawiającą się tę samą ofertę dla mieszkańców Międzymorza: "Albo was skolonizujemy, albo was podpalimy". Nie ma innej opcji! "Albo będziecie naszymi podwykonawcami, agentami, niewolnikami, albo zrujnujemy was, zniszczymy wasze życie".

W tej wojnie była potrzeba "masowego przesiedlenia", "wyrwania z korzeniami" mas ludzkich, liczonych w milionach. To jest to, co stało się z Polską w połowie XX wieku, to przesunięcie na Zachód, związane z tak zwaną (nowomowa komunistyczna) repatriacją.

Która w praktyce dla milionów Polaków była ekspatriacją.

Nic dwa razy się nie zdarza w historii - zdarzają się tylko głębokie analogie. Nie ma identycznego przebiegu zdarzeń. Tak jak przeprowadzono operację z Polakami w połowie XX wieku, teraz przyszło komuś do głowy, że trzeba "ruszyć z posad bryłę świata" w Europie Środkowej. Trzeba doprowadzić do masowego przesiedlenia ludności z Ukrainy, całymi milionami. Ale jak to zrobić? Wariant eksterminacji nie wchodzi w grę, bo w CNN i BBC źle to by wyglądało, jakby tak tysiącami spychać ludzi do dołów z wapnem. Jak ich namówić, żeby byli łaskawi spakować się z dnia na dzień i przemieścić o setki, może nawet tysiące kilometrów? No i nie wracać potem do miejsc dotychczasowego zamieszkania? Nie ma takich "ofert turystycznych"!

Nie ma też ofert socjalnych, które pozwoliłyby zrealizować ten cel. Jest tylko jedno: zarządzanie masami przez lęk! Trzeba im rozpętać wojnę. Trzeba ich zbombardować i wtedy wielu z nich samemu podejmie taką decyzję w ekspresowym tempie, bo wojna służy przyśpieszeniu procesów myślowych.

Czyli nie jest tak, że jest to naturalna konsekwencja polityki rosyjskiej? Rosjanie zareagowali tak na to, że Zachód od 2014 roku próbował przejąć kontrolę nad Ukrainą, i to w sposób niebudzący wątpliwości. Zachód wsparł dążenie Ukrainy (części ukraińskich elit) do wyjścia z rosyjskiej strefy wpływów. No i teraz dali kontrę. Rosja postawiła ultimatum: "albo zostaniecie w naszym grajdole, w naszej strefie wpływów, albo was zniszczymy". Widzę to tak, że Rosjanie chcą zabrać to, co mogą zabrać. Skolonizować to, co mogą skolonizować. Przejąć kontrolę nad Morzem Czarnym, nad międzynarodowym handlem zbożem. To jest kilkadziesiąt miliardów dolarów w skali roku. Ta wojna (jak większość wojen) zdaje się mieć jasne podłoże ekonomiczne. Rosja jest krajem, który z roku na rok robi się mniejszy. Ginie! Tam jest bardzo duży regres demograficzny. Mimo naprawdę ogromnych "becikowych", przy których to polskie "500+" to śmieszne grosze. W Rosji mówimy o kwotach idących w setki, tysiące rubli.

To wynik zniszczeń, których dokonał alkoholizm i nieludzkie prawa aborcyjne. Pomoc nie wystarcza. Naród rosyjski się zwija, a nie rozwija. Rosjan jest coraz mniej. Coraz więcej jest "obywateli Federacji Rosyjskiej", obywateli, którzy mają inne tradycje etniczne i narodowościowe, inne tradycje rodzinne. Ze strony rosyjskiej działa ten pragmatyzm. Zostały dostrzeżone szanse "wielkiego zastrzyku demograficznego", jakim będzie dołączenie do statystyk obywateli Federacji Rosyjskiej - obywateli Ukrainy, republik autonomicznych wschodnich.

Na pewno są tam prowadzone rachunki strat i prawdopodobnych zysków, związanych z przejmowaniem handlu zbożem i surowcami, które mogą być wydobywane i uprawiane na terytoriach - do tej pory - ukraińskich. Jednak - inicjatywa z lat 2013-2014 - to zagranie ofensywne przed ośmiu laty - wyszło z ze strony Zachodu. Jeśli dobrze pamiętam, to Angela Merkel w rozmowie z ówczesnym prezydentem Ukrainy Wiktorem Janukowyczem, który z rezerwą odniósł się do propozycji podpisania umowy (to chyba była umowa stowarzyszeniowa z Unią Europejską), zapytała (retorycznie) ze swoim charakterystycznym uśmiechem "A więc Pan nie podpisze?". Po czym ruszyła "akcja Majdan", w którą niewątpliwie tradycyjnie były zaangażowane (również) służby niemieckie.

Także i polskie. Ale to nie w tym rzecz...

Polskie, izraelskie...

Spójrzmy na to, czym była Ukraina. Nie mówmy o Ukraińcach w formie bezosobowej. Ukraina ponad trzydzieści lat temu, w punkcie startu transformacji, była najbogatszym regionem, bogatszym niż Polska. Przez te trzydzieści lat zarządzania przez te prorosyjskie w większości rządy i ekipy - pozostała biedna. Problemem z rosyjskim imperium jest to, że ono swoim sojusznikom oferuje biedę, kleptokrację. Rosja nie ma żadnego sojusznika, z którym trzyma, który byłby zamożny, a już tym bardziej zamożny dzięki sojuszowi z Rosją. To jest "know-how", które czyni elity bogatymi, tak jak Janukowycz był obrzydliwie bogaty, miał złote sedesy. Miał prywatne ogrody zoologiczne. To był majątek wręcz kosmiczny.

Pan Zełenski też do biednych nie należy. On jest także człowiekiem niewątpliwie zapobiegliwym, jeśli chodzi o własne pieniądze. Ale nie budujmy fałszywej alternatywy - Moskwa, która utrzymuje swoich satelitów i wasali na niższym poziomie cywilizacyjnym, patronuje systemom skorumpowanym, które utrzymują w pauperyzacji masy.

Nie mówmy o tym, co jest oczywistością, na co ja kiwam głową, tak jest w istocie. Nie mówmy o tym, jakby na przykład Stany Zjednoczone Ameryki Północnej miały zgoła inną ofertę dla państw, które politycznie skolonizowały. Podam przykład Gwatemali, który akurat znam bliżej. Zdarzyło mi się tam spędzić czas krótki, ale intensywny na zdjęciach do wciąż nieukończonego filmu "Gietrzwałd 1877". Gwatemala wsiadła do tej windy cywilizacyjnej jeszcze w XIX wieku. Mamy systematyczną sukcesję reżimów nominowanych przez korporacje amerykańskie, co doprowadziło w pewnym momencie do nawet nie tyle, że pełnej wymienialności dolara, ale do tego, że dolar amerykański stał się walutą w Gwatemali.

Otóż po stu kilkudziesięciu latach od chwili, gdy Gwatemala została skolonizowana przez masońskie reżimy, została licencjonowana przez banki nowojorskie - można się zorientować, że ta winda nie tylko nie wyniosła mieszkańców Gwatemali na szczyty cywilizacyjne, na najwyższe piętra systemu państw wolnych, demokratycznych, kapitalistycznych. Ta winda, do której się wsiadło, zapadła się i w tej chwili jest gdzieś w suterenie i donikąd nie jedzie.

Spójrzmy na Meksyk! Franczyza amerykańska dla sojuszników obejmuje możliwości (jest to wręcz pożądane), żeby ten wasal się dobrze zarządzał i bogacił. Nie jest to oczywiście warunek sine qua non, ale jest to pożądane i - jeżeli ma takie możliwości - to się mu to umożliwi. To jest obraz koloryzowany, nieodpowiadający szarej rzeczywistości.

Jest Polska, jest Japonia, jest...

No właśnie. Na pewno dobrze będzie, jeżeli będziemy skupiać się na sytuacji Polski, bo przecież dlatego tę rozmowę prowadzimy i dlatego mamy rozmawiać o wojnie Moskali z Ukraińcami. Widzimy, że jest to również punkt zwrotny w historii Polski. Jest to w tej chwili sytuacja skrajnie niebezpieczna dla naszego kraju, sytuacja, w którą aktualne władze wciągają nas z głową i nogami. Wpychają Polaków w tę wojnę, przedstawiając ją - oszukańczo - jako jakąś wielką szansę dziejową.

Prawo i Sprawiedliwość z Kaczyńskim na czele ładują nas w tę wojnę tylko po to, żeby stworzyć dyktaturę, która pozwoli rządzić. Ich formuła rządów (demokratyczna) wyczerpała się. Oni rozpieprzyli wszystko - mówiąc językiem wulgarnym. Oni widzą, że bez ograniczenia demokracji...

Tak, bez stanu wojennego! Podpalić kraj, wykorzystać wojnę, byleby utrzymać władzę! Pełna zgoda co do tej diagnozy! Aktualnemu reżimowi i zjednoczonej "łże-prawicy" ta wojna spada z nieba! Pozwala na stawianie zasłony dymnej, za którą znikają problemy (to mało powiedziane) związane ze stanem katastrofy państwa pisowskiego. Stan, który przez dwa lata był pogłębiany przez politykę prowadzoną pod pretekstem walki z mniemaną pandemią, a teraz jest pogłębiany pod pretekstem walki z Moskalami. Przykładem jest to, że premier Morawiecki najbezczelniej idzie w zaparte, i on, i jego ministrowie, i propagandyści, gotowi są tłumaczyć spiralę inflacyjną, jako "putinflację".

Śmiech przez łzy...

Śmiejemy się przez łzy i w tej niewesołej, tragicznej sytuacji - poprawiamy sobie samopoczucie, żartując, że gdyby tak było w rzeczywistości - to Putinowi należy się Nobel w kilku różnych kategoriach. Z medycyny za uratowanie świata od pandemii. Z tygodnia na tydzień wojna ukraińska wyparła temat wrażego wirusa. Jest on oczywiście gdzieś w pogotowiu trzymany, wajcha w każdej chwili może być przełożona. Z jednej strony Niedzielski, z drugiej - Morawiecki, ale też i prezydent Biden - wszyscy oni zapowiadają wielki powrót wirusa już na jesień. Ale na razie jest dyspensa i zniknął przymus zamaskowania.

Nastąpił powrót do normalności. Tutaj mała dygresja w dygresji. Najprawdopodobniej słabo "sprzedała się" małpia ospa. Ludzie nie przyznają się, nie utożsamiają się z tym projektem propagandowym, jak z poprzednim wirusem. Poprzednio to mogliśmy zauważyć, że niektórzy są wręcz dumni i ogłaszają na Facebooku czy Twitterze, że mają dodatni wynik testu na COVID-19. Inni czują się mniej dowartościowani, bo czas mija, a oni jeszcze nie zapadli na tę chorobę.

A "małpia ospa"?

Z małpią ospą jest trochę inaczej, dlatego że związek w badaniach klinicznych ustalony co do tego schorzenia z niekonwencjonalnymi zachowaniami w sferze seksualnej być może zniechęca publiczność. Mówiąc krótko, małpia ospa nie sprzedaje się tak dobrze, jak COVID-19. Tak jak powiedziałem, Putinowi należy się Nobel z medycyny, ekonomii w połączeniu z Noblem z fizyki kwantowej, ponieważ - gdyby dać wiarę temu, jak Morawiecki i spółka tłumaczą katastrofę inflacyjną, to dokonał on niemożliwego, swoim działaniami z roku 2022 wpłynął na wzrost inflacji już w roku 2021, czyli zakrzywił czasoprzestrzeń, co jest niewątpliwie wielkim osiągnięciem.

To wszystko śmiech przez łzy. Reżim zjednoczonej "łże-prawicy" - jak widać - jest zdecydowany czynić wszystko, by ta wojna trwała jak najdłużej, ponieważ tylko ona pozwala tak wydajnie, tak skutecznie przesłaniać własne deficyty i katastrofalne działania. Po prostu - ten reżim nie potrafi niczego innego poza wydawaniem pieniędzy, których nie ma. Poza przekupywaniem Polaków ich własnymi pieniędzmi. Nie potrafi niczego innego poza prowadzeniem przekupstwa na masową skalę. Oczywiście z priorytetowym traktowaniem własnej elity partyjnej i spółek skarbu państwa. Administracja rządowa i samorządowa - dla kupienia kolejnych głosów w sejmie - tworzy się zupełnie nowe ministerstwa, jak ostatnio ministerstwo do spraw - nazwijmy to roboczo "dobroludzizmu", stworzone dla pani poseł Ścigaj. Stworzone po to, żeby trzy głosy mieć gwarantowane na ostatni rok tej kadencji. Więc: nie ma takiego łajdactwa, nie ma takiego przekupstwa, nie ma takiej zbrodni, przed którą ten reżim by się cofnął w dążeniu do zagwarantowania sobie prolongaty.

Ale wróćmy do wojny...

Obserwujemy działania, które trudno inaczej określić, niż jako działania prowokacyjne. To ostentacja w promowaniu przez rząd warszawski i prezydenta belwederskiego - reklamowanie działań podsycających wojnę na Ukrainie. Reklamowanie transferu sprzętu, surowców, zaopatrzenia. Buńczuczne wygrażanie Moskalom, które trudno zrozumieć inaczej, niż jako gorące życzenie tego reżimu, by Moskale się odwinęli. Żeby odwinęli się na tyle spektakularnie, żeby to pozwoliło legitymizować przestawienie całego państwa na tory wojenne, by można było - pod pretekstem obrony przed agresją rosyjską - jeszcze mocniej skrócić smycz, jeszcze mocniej wziąć za twarz własny naród, własnych obywateli.

Jeszcze z kontekstów historycznych - jako redaktor, jako człowiek, który zbierał te teksty - widzę tutaj taką prozaiczną rzecz, która istnieje w rosyjskiej doktrynie od kilkuset lat, że kontrola nad obszarem Ukrainy, Litwy i Białorusi jest kluczem do bezpieczeństwa Rosji. Oni tak to traktują.

Nie rozsądzając tego, czy jest to prawda, czy nie - z ich punktu widzenia - jeżeli oni nie będą stać na Ukrainie (a stali do 2014), jeżeli Ukraina stałaby się "zachodnia", czytaj "polska", w jakimś stopniu - to stanowiłaby wstęp do upadku Moskwy. Oni tak to traktują.

Nie jest moją ambicją, nie podejmuję się roli adwokata Moskali w tym konflikcie. Ale trudno nie zwrócić uwagi na asymetrię, na nierówność w stosowaniu kryteriów wobec obu stron. Nikogo nie dziwi, że Amerykanie nie byli skłonni tolerować rozbudowy instalacji sowieckich na Kubie. Nikogo nie dziwi, że Amerykanie byli gotowi zwalczać niezależne od siebie reżimy, promowane przez Sowietów w Ameryce Łacińskiej. Gotowi byli zwalczać przez eksport (także nielegalny) broni i przez delegowanie tak zwanych doradców do różnych krajów, na przykład Salwadoru czy Nikaragui. Nikogo to nie dziwi! Tak jakby nikogo nie dziwiło, gdyby Amerykanie podjęli najbardziej skrajne kroki w wypadku, gdyby na przykład Moskale lub jakiekolwiek inne mocarstwo - na przykład Chiny (musimy je dodać do tej panoramy geopolitycznej) zaczęło mówić o włączeniu na przykład Alaski czy Meksyku do ich systemów, umów gospodarczych. To bardzo szybko się zmienia, wiele rzeczy nowych się dzieje.

A nie mówiłem?!

Myśmy tę wojnę przewidzieli w książce "A nie mówiłem?", rozmawiając w 2020 roku, wychodząc z założenia, że imperium amerykańskie, które w oficjalnych dokumentach, ustami swoich oficjalnych analityków mówi, że nadchodzi konfrontacja z Chinami i oni...

Nie mogą obsługiwać dwóch teatrów wojny.

Teraz wojna ukraińska jest wyjaśnieniem sytuacji na teatrze europejskim. Tak! Do tego to zmierza. Już lata temu Amerykanie zmienili swoją doktrynę obronną i stało się to jasne, stało to doktryną oficjalną. Imperium amerykańskie pogodziło się z tym, że nie będzie w stanie prowadzić jednocześnie dwóch pełnoskalowych konfliktów, w dwóch zakątkach kuli ziemskiej. A które zakątki są "najbardziej obiecujące"?

Są dwa...

Są trzy. Jeden to główny teatr wojenny XXI wieku, czyli Pacyfik, zwarcie Amerykanów z Chińczykami, Morze Południowo-Chińskie oraz Tajwan jako punkt zapalny.

Powiedzmy, że przy Tajwanie nie chodzi o symbolikę.

Chodzi o geostrategię.

Też, ale przede wszystkim chodzi o chipy. To jest tak zwana wojna o chipy. Tajwan jest dziś dominującym producentem chipów, bez których nie ma najważniejszych technologii. I teraz jest taki problem dla Chin, że atak na Tajwan może się nie skończyć zdobyciem tych fabryk, bo szlag to wszystko trafi i staniemy na kilka lat...

Dlatego Chińczycy obchodzą się z Tajwanem ostrożnie. Jak z porcelaną. Mam wrażenie, że Rosja obiecała Chinom, że będzie stabilniejszym administratorem Nowego Jedwabnego Szlaku do Europy. I nie na taką wojnę Chiny wyraziły zgodę, jaka ma teraz miejsce.

Z pewnością dla wielu jest ona zaskoczeniem i rozczarowaniem. Ten konflikt tutaj, środkowoeuropejski, jest po prostu prologiem trzeciej, a może już czwartej wojny światowej. Niektórzy akademicy traktują epokę zimnej wojny jako trzecią wojnę światową de facto bez zbrojnego rozstrzygnięcia, ale z rozstrzygnięciem gabinetowym. To właśnie była transformacja, na którą poszli Sowieci, stwierdziwszy, że nie są już w stanie wygrać wojny w polu. Ani nawet nie są w stanie wyjść na rubieże rzek zachodniej Europy, po to, żeby uzyskać lepszą pozycję negocjacyjną, do rokowań o transformacji i odkręcenia śruby.

No więc jeśli tamta (wojna) była trzecią, to teraz mamy akt pierwszy, prolog czwartej wojny światowej. On rozgrywa się właśnie tutaj w Europie Środkowej. Rosja, chcąc nie chcąc, jest już w tej wojnie junior partnerem Chin. W szerokim planie jest to wojna USA z Chinami i jest to proxy war. Rosja jest awangardą i - z punktu widzenia Pekinu - graczem zastępczym.

Oczywiście, że Pekin woli spokojnie czekać, bo Chiny mają najwięcej czasu w tej historii. Chiny się nie śpieszą. Śpieszą się inni gracze. Amerykanie, żeby uciec przed katastrofą dolara; śpieszą się Moskale, żeby uciec przed (wcześniej wspomnianą) katastrofą demograficzną, czyli przed końcem narodu rosyjskiego, do którego prowadzą bardzo prozaiczne przyczyny, między innymi spadek liczby ludności, za sprawą wcześniej wygenerowanych (przez system) powodów.

Dwa teatry wojny...

Tak, to są te dwa teatry. Ale uwaga, jest jeszcze teatr trzeci, trzeci wulkan polityczny. On cały czas może wybuchnąć, to Azja Środkowa. Amerykanie wycofali się z Afganistanu, co niewątpliwie rozochociło Moskali. To im musiało dodać animuszu. Rejterada Amerykanów zarządzona przez chwiejącego się na nogach Joe Bidena. Prezydenta przysypiającego podczas wywiadów.

Przepraszam, ale wejdę w słowo. Gdzie ci Afgańczycy pójdą po wyjściu Amerykanów? Bo ja bym się zastanowił... Bo może ta rejterada to jest pomysł powodujący duży ból głowy w Moskwie?

Z całą pewnością. Amerykanie nie dokonali tego aktu, który wizerunkowo długoterminowo ich pogrążył... Ludzie odpadający od kadłubów samolotów w Kabulu, ludzie szturmujący tam lotnisko. Pod ogniem ostrzeliwujących się wcześniejszych sojuszników, no to był widok! Być może następne wydarzenia zaćmiły pamięć o tym, ale to są rzeczy w świadomości ludzi realizujących politykę, odpowiedzialnych za decyzje we wszystkich krajach na świecie, te rzeczy nie zostaną zapomniane. Podobnie jak w Afganistanie - nie zostaną zapomniane obrazy destrukcji cywilizacyjnej w miastach amerykańskich w roku 2020. Komuna z Seattle, obalanie pomników Ojców Założycieli i poszczególnych stanów amerykańskich - to będzie miało długoterminowo znaczenie.

Wróćmy na Bliski Wschód, czyli do Azji Środkowej, czyli Iran i Izrael. Państwo położone w Palestynie, które od lat usiłuje poprowadzić imperium amerykańskie na wojnę w tym regionie. Przypomnę, że już w roku 2012 gotowa była operacja, którą miały rozpocząć amerykańskie i izraelskie bombardowania Teheranu. Wyznaczony był już dowódca operacji powietrznej generał Amir Eshel. Po kilkunastu miesiącach otwarcie pisano o przygotowywaniu tej operacji. Iran rościł sobie pretensje mocarstwowe i podobnie jak Turcja dążył do osiągnięcia pozycji mocarstwa regionalnego. Jednocześnie pracował nad rozwojem programu atomowego, który mógł zostać spowolniony przez izraelskie ataki. Czym notabene służby izraelskie chwaliły się publicznie. I chociaż mogły one spowolnić rozwój programu atomowego, ale jak się okazuje, nie mogły go zatrzymać. W tym roku Amerykanie wrócili do stołu rokowań z Irańczykami. Odbywały się one w Wiedniu. Na razie nie została ogłoszona żadna jednoznaczna konkluzja.

Tymczasem odeszliśmy od głównego wątku i mamy trzy tematy wojenne.

Nie odeszliśmy, wręcz przeciwnie, zbliżamy się do finału. Jeżeli Izrael chciałby utrzymać własne bezpieczeństwo - to tylko poprzez realizowanie swojej dotychczasowej doktryny w tym względzie. A ta doktryna jest bardzo prosta: w najbliższym otoczeniu geopolitycznym nie mają prawa podnieść głowy i aspirować do roli mocarstwowej żadni inni gracze! Izrael przecież bardzo konsekwentnie i skutecznie prowadził politykę "podpalania" sąsiadów. Z Libanem, tą niegdysiejszą Szwajcarią basenu Morza Śródziemnego, na czele.

Teraz nie jest w stanie własnymi siłami - oczywiście sponsorowanymi przez Stany Zjednoczone, które istnienie tego państwa rokrocznie dotują miliardowymi subwencjami, oficjalnymi i nieoficjalnymi, rzucić na kolana Persów. Dlatego potrzebuje flotylli i zaangażowania korpusów lotniczych. Teraz zauważmy - dlaczego ta operacja nie doszła do skutku w roku 2012? Nie doszła, ponieważ "reakcja domina" tej tak zwanej "arabskiej wiosny", do której doszło w basenie Morza Śródziemnego, w Tunezji, Egipcie, zatrzymała się w Syrii. Nie dało się zaprowadzić demokracji w Syrii tak szybko, jakby Amerykanie tego chcieli. Dlaczego? Dlatego że Moskale włożyli kij w szprychy. Nie zgodzili się oddać walkowerem jedynego swojego portu śródziemnomorskiego, jaki mają dzięki sięgającej czasów imperium sowieckiego współpracy z Syryjczykami. Tam mechanizm się zaciął. Teheran nie został zbombardowany, ponieważ nie można było wywoływać wojny perskiej, nie mając kontroli nad bezpośrednim zapleczem przyszłego frontu.

W tej chwili szykuje się nie tyle powtórka tego samego wariantu gry, ile historia zatoczyła koło, także i w tym regionie. Stoimy wobec pytania: kto - kogo na Bliskim Wschodzie? Izraelczycy nie są w stanie pokonać Persów, nie wkręcając Amerykanów w wielką operację pokojową w tym regionie. I to stawia pod znakiem zapytania samo istnienie państwa żydowskiego położonego w Palestynie! Przypomnę, że już kilka lat temu człowiek tak opiniotwórczy, interesujący i w swoim czasie mający bezpośrednią sprawczość, jak Henry Kissinger, napomknął przy jakiejś okazji, że za 10 lat Izrael nie będzie istniał! Oczywiście to napomknienie było później na szeroką skalę przemilczane lub dementowane, ale "ożywiło wyobraźnię" geopolityczną w odniesieniu do tego regionu. Nietrudno - jeśli się temu przyjrzymy bliżej - zrozumieć, dlaczego Henry Kissinger mógł tak diagnozować.

Izrael zwija się demograficznie. Nie chce tam mieszkać więcej ludzi, niż tego wymaga sytuacja - a determinuje ją bardzo dynamiczny rozwój wszystkich sąsiadów - a nie są to ludzie przyjaźnie odnoszący się do Izraela, kwestionujący też samo istnienie państwa żydowskiego w tym regionie. Do tego dochodzą problemy z zaopatrzeniem przede wszystkim w wodę kibuców izraelskich. Jest zupełnie oczywiste, że w tym wrogim otoczeniu, w tej niesprzyjającej konstelacji geopolitycznej - ludzie odpowiedzialni za projekt państwa żydowskiego już dawno musieli zmierzać do wypracowania planu B. Planu wielkiej transformacji i ewakuacji.

Na razie przyjmują "swoich rodaków", nie Ukraińców z Ukrainy i Rosji.

Korzystają oczywiście z okazji najskromniejszych zastrzyków demograficznych, po które mogą sięgnąć. Ale - powiedzmy to wyraźnie - te zastrzyki nie są już w stanie nadrobić tej przewagi demograficznej, którą uzyskali sąsiedzi Izraela, którzy swoje istnienie gwarantują sobie już wyłącznie posiadaniem broni niekonwencjonalnej. Której - oficjalnie nie mają, ale tu specjaliści różnią się jedynie tylko w szacunkach - ile setek głowic, notabene zakupionych również na Ukrainie - w latach 90. - ma do dyspozycji armia Izraela.

Ale nie można - mówię to z pełnym zrozumieniem wymagań, jakie muszą sobie stawiać politycy i wojskowi państwa położonego w Palestynie - po prostu rozumiem, że każdy odpowiedzialny i lojalny wobec swojego państwa i narodu żołnierz i minister - musi szukać planu B. Sądzę, że Izrael takiego planu nie szuka, ponieważ ten plan już jest gotowy! To jest autonomia zmierzająca do suwerenności, właśnie w Europie Środkowej. Na międzymorzu bałtycko-adriatycko-czarnomorskim.

Dlaczego mówię, że ten plan jest aktualny i od zawsze był gotowy? Dlatego, że pamiętajmy, zanim jeszcze powstało państwo Izrael po drugiej wojnie światowej - zanim jeszcze Żydzi uzyskali promesę oficjalną na budowanie swojej autonomii na tych terenach, w tym regionie, co się słusznie kojarzy z deklaracją Balfoura z 1917 roku - Żydzi przez wieki wcześniej, a już w XIX wieku - traktowali obecność diaspory żydowskiej jako trwałą, bynajmniej nie przejściową. Dodajmy jeszcze, że reaktywacja państwa żydowskiego w Palestynie po 1800 latach przez elity żydowskie - nie mówiąc o masach - w XIX wieku wcale nie wszędzie była przyjmowana entuzjastycznie. Przypomnijmy że w poprzedniej dekadzie, chyba ma początku XX wieku, mieliśmy powszechne masowe antyizraelskie demonstracje nowojorskich chasydów, którzy tłumnie wyrażali swoją niechęć, a nawet wrogość wobec państwa położonego w Palestynie. Warto więc pamiętać, że nie dla wszystkich Żydów Izrael jest spełnieniem aspiracji i rozwiązaniem problemów ich wspólnoty narodowej w doczesności.

Koncepcja przeniesienia siedmiu milionów ludzi w inne miejsce geograficzne jest bardzo karkołomna.

Ale kto mówi o przeniesieniu siedmiu milionów ludzi? Pamiętajmy, że Żydzi realizowali różne koncepcje swoich aspiracji politycznych, aspiracji do rządzenia samymi sobą i do kierowania otoczeniem. Bynajmniej nie traktując jako obowiązku ciągnięcia za sobą całej masy diaspory żydowskiej. Przypomnijmy, że na początku XX wieku (ja o tym przypomnę dla rozruszania wyobraźni), bo głównym problemem jest to, że większość z nas traktuje status quo jako coś bez alternatywy, jako jedynie słuszne i wszystko inne staje się wówczas niemożliwe, jeśli odbiega od stanu aktualnego, otóż, przypomnijmy, że żydzi nowojorscy na początku XX wieku mieli bardzo zaawansowany projekt wykupienia wielkiej wyspy w pobliżu wodospadu Niagara, na pograniczu Stanów Zjednoczonych i Kanady, po to, aby tam właśnie budować swój "amerykański Hongkong". Swoją żydowską autonomię. To było bardzo zaawansowane. Równie zaawansowane jak - przed Teodorem Herzlem - koncepcja konwersji długów Imperium Otomańskiego na ziemie w Palestynie. To dogadywał w latach 70. XX wieku ówczesny papież i cesarz diaspory żydowskiej Mojżesz Montefiore - reprezentujący interesy żydowskie i skutecznie wprowadzający je do agendy Imperium Brytyjskiego w czasach królowej Wiktorii. Znane są nazwiska przedstawicieli Mojżesza Montefiore, a z drugiej strony, przedstawicieli tureckich, którzy dogadywali ten kontrakt.

Przypominam o tym dlatego, że mamy do czynienia wielopokoleniowo z ludźmi obdarzonymi niczym nieograniczoną wyobraźnią polityczną, bardzo skutecznymi w swoich działaniach i w związku z tym niczego bym nie wykluczał. Dla przykładu - proszę wspomnieć książkę Aleksandra Sołżenicyna "Dwieście lat razem" - tam znajdziemy wzmianki o licencjonowanych przez carów rosyjskich kibucach żydowskich właśnie na Ukrainie w okolicy Morza Czarnego w XIX wieku. Wtedy nie używano nazwy "kibuc". Państwo carskie dążyło do rozwiązania kwestii żydowskiej, postrzeganej jako wielki problem społeczny i narastający konflikt polityczny, którego rozwiązania upatrywano w "przywiązaniu Żydów do ziemi" oraz uczynieniu ich użytecznymi dla otoczenia i państwa przez zaangażowanie w inne formy działalności gospodarczej poza lichwiarstwem i wyszynkiem alkoholu oraz rozpijaniem chłopów rosyjskich, ukraińskich czy polskich. Te projekty były bardzo mocno nakreślone i wówczas Żydzi nie wyrażali chęci, aby osiedlać się gdzieś i uprawiać ukraińskie czarnoziemy.

Warto jeszcze przypomnieć jeden fakt. W XXI wieku nastąpiło przekazanie Krymu Republice Ukraińskiej przez Chruszczowa. Krymu, na którym podczas drugiej wojny światowej Józef Stalin przeprowadził czystkę etniczną, pakując do bydlęcych wagonów Tatarów krymskich i wywożąc ich w rozmaite regiony osiedlenia - do których wielu i tak nie dotarło, bo zmarli po drodze. Przypomnijmy - to są operacje Stalina, który po operacji armii niemieckiej - gotów był zrobić wszystko, by tak zwany Zachód nie dopuścił do zajęcia Moskwy i wspierał Związek Sowiecki. W ramach tych starań Józef Stalin poszedł na bardzo daleko idące kompromisy. Między innymi zlikwidował Międzynarodówkę Komunistyczną, żeby przywódcy Zachodu przestali lękać się, że Moskwa będzie kontynuowała subwersję ideologiczną na Zachodzie, zmierzając do rozpętania tam rewolucji. Nawiasem mówiąc likwidacja Międzynarodówki nie przeszkadzała Sowietom w aktywnych działaniach na Zachodzie.

Z drugiej strony, Stalin chcąc pozyskać sobie Roosevelta i elitę anglosaską - snuł fantazje dotyczące możliwości uzyskania przez Żydów autonomii w ramach Związku Sowieckiego. Być może Krym był typowany na taki teren, który sowiecka Moskwa mogłaby przekazać, żeby tam samorządnie i niezależnie budowali swoją pomyślność? Dosyć jest przykładów historycznych i silnych przesłanek, by nie wykluczać, że koncepcja uzyskania przez państwo żydowskie nawet czegoś więcej niż bezpiecznej przystani na ziemiach ukraińskich, nie była koncepcją księżycową.

Ale teraz to nie jest koncepcja tej wojny. Teraz wygląda to tak, że Rosjanie wojnę wygrywają. Ukraińcy zaimponowali całemu światu, pokazali, że są narodem walecznym. Przekonali o tym nawet samych Rosjan, którzy to już przyznają w propagandzie. Natomiast są słabsi ekonomicznie, ludnościowo i po prostu "rosyjski walec" ich miażdży. Jeżeli Zachód nie da im czegoś, co pozwoliłoby zmienić bieg tej wojny, to będzie tak naprawdę odcięcie Ukrainy od południowego wschodu, co wzmocni Rosję, bo do tego się to sprowadza, i za chwilę będziemy mieć kwestię nie tyle tworzenia się jakiegoś nowego organizmu państwowego, ale kolejne roszczenia albo do Litwy, albo do Polski związane z połączeniem się z Kaliningradem.

Zgadzam się z diagnozą. Wbrew propagandzie, która zdominowała media głównego ścieku w telewizji, Ukraina wygrywa, tak jak Niemcy w latach 1943-1944 w propagandzie Goebbelsa. Ukraina już sama tej wojny nie prowadzi. Ta wojna nie trwałaby tak długo, gdyby nie wcześniejsze inwestycje amerykańskie i brytyjskie, realizowane między innymi przez Kanadyjczyków, Polaków - inwestycje w szkolenie Ukraińców i - jak się okazuje - skutecznie determinujące udostępnienie danych wywiadowczych i kontrwywiadowczych. W 2014 roku Ukraińcy mogliby uniknąć klęski, gdyby Amerykanie poinformowali ich, jaką artylerię podciągnęli Moskale. Uniknęliby porażki w Doniecku, gdyby Amerykanie nie zachowali dla siebie danych o przemieszczeniach sił i środków po stronie rosyjskiej. Zapewne od tamtej akcji Amerykanie zdołali przekonać Ukraińców, że już nie zostaną aż tak zdradzeni, teraz dzielą się danymi wywiadowczymi, dzięki czemu przedłużają wojnę, nie pozwala to jednak jej wygrać.

Nie mamy "szklanej kuli", nie możemy wróżyć, ale wydaje się, że Zachód po prostu nie chce, żeby Ukraina wygrała tę wojnę.

Zachód nie może tego chcieć! Dlatego, że jeśliby rzeczywiście Moskwa miała upaść, to Anglosasi pierwsi pospieszą z pomocą, żeby ją podpierać! To jest właśnie żałosne urojenie, któremu najwyraźniej ulega wielu polskich komentatorów, publicystów i żołnierzy - że jeśli tylko dobrze się napniemy, to Anglosasi będą nam patronować w tej wojnie aż do defilady zwycięstwa na Placu Czerwonym, którą odbierać będą stojący na trybunie zaimprowizowanej na ruinach Kremla - redaktorzy Sakiewicz i Karnowski.

Zacytuję człowieka, który zna się na robocie i mówi, że jeśli ktoś myśli, że jakiekolwiek państwo może wygrać z mocarstwem nawet przy wsparciu innego mocarstwa - to się myli! Żadne mocarstwo nie dopuści do takiej sytuacji, ponieważ w przyszłości samo mogłoby się znaleźć w podobnej. Krótko mówiąc, e-mail, który w lipcu 2014 roku wysłałem do ciebie - można uznać za profetyczny, że Putin siądzie na wschodniej Ukrainie, w jakiejś części ją zajmie, a z Zachodu zrobi połączenie Sudanu, Kosowa w Europie. Czyli takie połączenie Jugosławii i zrobi się z tego - przepraszam - jeden wielki burdel na zapleczu Unii Europejskiej. Taki "podręczny magazyn destabilizacji" w dowolnym miejscu i w dowolnym momencie w Europie.

Sami byśmy tak zrobili, gdybyśmy mieli taką robotę. Jednak naszą pracą jest zabiegać o dobro Polaków, stałość i bezpieczeństwo polskiego projektu państwowego. I w tym wypadku koncepcja, jaką realizuje aktualny polski establishment polityczny i wojskowy, że idziemy na Moskwę... Cóż, realizujący ją będą srodze zawiedzeni. Wiem, że niektórzy z nich, mający się za realistów, sądzą, że gotowi są się z nami zgodzić, że Amerykanie w pewnym momencie powiedzą "stop" i opuszczą nas w tej akcji, ale popadli w urojenie, że sami damy sobie radę. Ja bym to wyszydził - współczesnej elicie polityczno-wojskowej wydaje się, że można ruszyć z Napoleonem na Moskwę i nawet jak Napoleon zawróci spod Smoleńska, to sami się jakoś dotoczymy do Moskwy. A tam... te plany domagają się do realizacji demokratycznej rewolucji ze strony rosyjskiej. Wedle nich bliski jest rok 1905, kiedy to klęska w wojnie z Japonią doprowadziła do zjazdu nastrojów społecznych i to stworzyło grunt pod pierwszą rewolucję. Ja mówię, że w tym scenariuszu byłaby logiczna powtórka z roku 1917, która również nie wyłoni elity gotowej przystąpić wraz z Polakami, Ukraińcami, Litwinami i Białorusinami do jakiegoś wielkiego zbratania środkowoeuropejskiego. To są niebezpieczne mrzonki, z których realne może okazać się ponoszenie kosztów tej wojny przez kolejne pokolenia Polaków: długofalowych kosztów ekonomicznych za sprawą katastrofy gospodarczej, kosztów socjalnych i kosztów politycznych - to co już przekazaliśmy Ukrainie. Ale też to, co kryje się pod hasłem, które usłyszałem w wypowiedzi jednego z warszawskich ministrów już w pierwszym miesiącu tej wojny. Chwalił się on skalą naszej pomocy dla Ukrainy i w ramach tego wymienił asekurowanie ukraińskiego systemu bankowego przez nasz system bankowy!

Oznacza to że Polacy już stali się żyrantami hrywny z poziomu ukraińskiego systemu bankowego. Asekuracja jednego systemu bankowego przez inny oznacza, że my JUŻ płacimy ukraiński dług! Jesteśmy jego żyrantami! To są koszty finansowe! Koszty ekonomiczne z kolei to wszystkie zyski utracone na skutek destabilizacji rynku i szlaków handlowych zablokowanych przez tę wojnę. Koszty socjalne - to wielka operacja przesiedlenia Ukraińców do Polski. Dane oficjalne z maja mówią o 3,5 mln, w tym ponad milionie rozdanych numerów PESEL. W opinii ambasadora Marka Magierowskiego z tych przybyłych 3,5 mln Ukraińców - dwa miliony miałyby osiedlić się na stałe w Polsce. To są dane z maja.

Idziemy na rekord: pięć milionów przybyłych oraz coraz bardziej nieograniczona liczba numerów PESEL wydanych obcym obywatelom, więc poza zmianą socjologiczną będziemy mieli zmianę polityczną, czyli w pewnym skrócie - kolejne wybory w niektórych gminach będzie wygrywać partia ukraińska. Rząd PiS z przystawkami liczy chyba też na wdzięczność tych ludzi świeżo nabywających prawa obywatelskie, co jeszcze nie jest faktem, ale łatwo można sobie to wyobrazić.

Właśnie chciałem powiedzieć, że jeszcze za daleko do tego...

Zapraszamy do szerszych tekstów, kontekstów historycznych, w sytuacji, kiedy mówi się o zniesieniu dotychczasowych form państwowości - polskiej i ukraińskiej, i utworzeniu jakiejś unii polsko-ukraińskiej. Prezydenci Zełenski i Duda mówili publicznie o zniknięciu granicy polsko-ukraińskiej. Trzeciego maja 2022 roku prezydent Duda powtórzył to publicznie i wzmocnił, mówiąc - faktycznie: "Nie będzie w niedalekiej przyszłości granicy między Ukraińcami a Polakami!". To znaczy, że ci niebezpieczni ludzie, którzy nami rządzą tutaj, realizują jakiś nowy projekt - niebezpieczny!

Kiedy przekazują ćwierć tysiąca czołgów (starych, ale jarych) Ukraińcom, to najwyraźniej nie kierują się już troską o bezpieczeństwo narodowe Rzeczpospolitej Polskiej, ale wypłynęli we własnym mniemaniu na jakieś szersze wody, realizują jakieś nowe projekty! Co do tych czołgów chciałbym zwrócić uwagę, że jest to akt mający z jednej strony charakter zdradziecki, przeciwko bezpieczeństwu państwa, w sposób radykalny obniżający zdolności obronne Polski, aż trudno to z czymkolwiek porównać.

Ma to też znamiona afery gospodarczej - zwracam uwagę, że jeśli chodzi o mienie państwowe, ze szczególnym uwzględnieniem mienia wojskowego, takiego jak ciężki sprzęt bojowy - nie ma takiej rubryki w księgowości, która byłaby opisaniem "przekazania" czegoś, co się wcześniej kupiło, co się wcześniej konserwowało. Tego nie można tak sobie "przekazać"!

Po pierwsze, zdrada! Po drugie przestępstwo gospodarcze! To mienie kosztowne, co powinno zaostrzać wymiar kary za to należnej, ale dla tych ludzi docelowy kształt naszej państwowości odbiega od tego, co opisuje konstytucja Rzeczpospolitej Polskiej. Mamy cały kraj oflagowany na niebiesko-żółto, w szkołach, na zakończenie roku śpiewa się hymn Polski i hymn Ukrainy. Język, alfabet ukraiński eksponuje się w mediach, z oczywistym naruszeniem ustawy o ochronie języka polskiego! Możemy oczywiście ironizować na temat ustawy o języku polskim, ale ona na razie jest ustawą. Nie ma znaczenia protokół flagowy i barwy Ukrainy eksponuje się w sejmie na miejscu gospodarza już od kwartału.

Ten protokół osobiście zatwierdzał minister Błaszczak, kiedy jeszcze był ministrem spraw wewnętrznych, a nie obrony.

W efekcie zostaniemy z długami i problemami, których rozwiązywanie może okazać się ponad siły państwa polskiego, narodu polskiego, w jego aktualnej formie. Moskale patrzą z radością na proces przejmowania, brania na siebie wszystkich długów przez Polskę, które już zrobił i zrobi reżim ukraiński. Brania na siebie także ciężarów problemów społecznych. Propaganda Ukropolu nie byłaby tak skuteczna, gdyby nie ta, której są poddawani Polacy i szantaż emocjonalny, z fałszywymi argumentami z zakresu moralności i historii.

Polacy są poddani takiemu szantażowi: z jednej strony mają poczucie obowiązku, winy, które musieliby dźwigać, gdyby nie przyjęli tej fałszywej hierarchii obowiązków - fałszywej, bo nie polskiej i nie katolickiej! W naszej tradycyjnej doktrynie nikt nie ma prawa przedkładać potrzeb sąsiadów nad potrzeby domowników. Tu można zrobić wykład na temat porządku wzorem świętego Tomasza z Akwinu. Tomasz tego nie wymyślił, tylko uporządkował. Roztacza się te wizje na bazie historii jeszcze XVII stulecia.

Przecież publicyści, którzy promują program Ukropolu, czyli unii polsko-ukraińskiej, wprost odsyłają do unii hadziackiej z lat 70. XVII wieku i brzmi to zachęcająco. Polacy wiedzą o tamtych czasach tyle, co z oglądania filmów "Ogniem i mieczem" i "Potopu". Wiedzą, ale ponieważ ani Sienkiewicz nie opisał, ani Hofman nie zainscenizował spraw unii hadziackiej - można śmiało przypuszczać, że nikt nic nie wie. Podobnie jak publicyści, którzy się na to powołują.

Więc ja przypomnę, że autor tej unii, czyli osoba łącząca różne nitki intrygi politycznej, niejaki Jerzy Niemirycz - owszem, napisał ten tekst i doprowadził do podpisania go przez stronę polską i ukraińską. Ale pamiętajmy, że to ten sam człowiek, który dwa lata wcześniej doprowadził do podpisania traktatu w Radnot, czyli pierwszego traktatu rozbiorowego Rzeczpospolitej, który wszedł w życie, ale nie został w pełni skonsumowany. Podpisali go heretycy ze schizmatykami prawosławnymi, podpisali protestanccy Szwedzi, Brandenburczycy, czyli Niemcy, litewscy Kalwini (patrz Radziwiłłowie znani z "Potopu") oraz siedmiogodzcy kalwini, czyli protestanci pod wodzą niejakiego Rakoczego, dopraszając do spółki kozaków Chmielnickiego, z którymi razem - jak to jest wyłożone w dialogu księcia Radziwiłła z Kmicicem - rwą ten postaw sukna, żeby każdy wyszarpnął coś dla siebie.

Wygląda na to, że Jerzy Niemirycz jest człowiekiem nie mniej chciwym niż pozostali partnerzy tego przedsięwzięcia i jeśli dwa lata po traktacie w Radnot proponuje unię hadziacką, to nie po to, żeby Rzeczpospolitą wzmocnić, ale żeby wykroić kawałek dla siebie i swoich pobratymców ideowych, używających religii doktryny protestanckiej do walki z Rzymem i cywilizacją łacińską.

Unia hadziacka prowadziła do dekompozycji Rzeczpospolitej...

Przypomnijmy: patronem unii hadziackiej jest Oliver Cromwell, który w połowie XVII wieku pisze do Bohdana Chmielnickiego: "Jesteś Pan wielką nadzieją chrześcijaństwa!". Jaką Londyn ma nadzieję? Z siczą zaporoską z kozakami Chmielnickiego? Właśnie na obalenie tronów katolickich, na początek tronu Rzeczpospolitej. Turcy ciągle stanowią dla protestantów nadzieję na obalenie katolickiego tronu wiedeńskiego - wówczas padnie Rzym, pozbawiony podpory, jaką są monarchowie katoliccy, rewolucja protestancka szuka sobie podwykonawców - takim stałym partnerem są Konstantynopol i Imperium Otomańskie, i ta kooperacja od czasów Lutra jest faktem. Sułtani tureccy subwencjonują...

Ale jaka nauka z tego, że w XVII wieku Anglicy chcieli zdekomponować środkową Europę przez dekompozycję związku Polaków, Ukraińców i Rusinów; przypomnę, że podział na Polaków i Ukraińców był bardziej podziałem klasowym, a nie narodowościowym.

Ja zaraz powiążę te wątki jedną nitką! Już w XVI wieku z Konstantynopola było zlecane subwencjonowanie książąt protestantyzujących się w księstwach niemieckich! Jeszcze w XVII wieku, a dokładnie w roku 1683, Jan Chryzostom Pasek pisze, że kiedy już jako emerytowany żołnierz, ale aktywny gospodarz, nie wyruszył z królem Janem III Sobieskim pod Wiedeń, tylko popłynął tratwami ze zbożem ze swojego majątku do Gdańska, notował w swoich pamiętnikach, jak to w gospodach gdańskich protestanci pili, opiewając spodziewany sukces Turków pod Wiedniem. Konstantynopol i Londyn (też Paryż) to są stałe więzi, koordynacja. Kooperantem dla Londynu są też Kozacy siczowi, oni mają być młotem, którym rozwalona zostanie Rzeczpospolita. Polecam lekturę ostatniego numeru czasopisma "Szkoła nawigatorów". Jest to numer w całości poświęcony tematyce ukraińskiej, są tam teksty stanowiące doskonałą ilustrację tez, które tutaj stawiam.

Wiele jeszcze jest do opowiedzenia i o bezpośredniej prowokacji i zaangażowaniu brytyjskiej polityki na przykład w bunty kozackie wymierzone przeciwko Rzeczpospolitej na Ukrainie. Kozacy siczowi - kim byli - to tacy śródlądowi "Piraci z Karaibów" - lubię tę analogię. Zatem namawianie przez Jerzego Nemirycza do związku politycznego z Siczą, to jakby ktoś namawiał króla do dopuszczenia Jacka Sparrowa do współrządzenia koroną brytyjską. Absurdalne i nie do przyjęcia z punktu widzenia poważnej państwowości. Rzeczpospolita Polska stacza się już i nie aspiruje nawet do inicjatywy geostrategicznej, traci powagę, staje się narzędziem, które podlega niezgodnie z racją stanu.

Jak spiąć tę klamrę?

Obszernym cytatem z Romana Dmowskiego, który w latach 20. XX stulecia opisuje Ukrainę i pisze, czym ona stać się musi... Pisze on, że to będzie: "Mekka wszystkich mętów i szubrawców z całego świata, którzy tam przyjadą robić świetne interesy, a skutkiem będzie destabilizacja regionu".

Ja ten cytat tutaj przytoczę, bo to jest pomost między "Piratami z Karaibów" a Ukrainą Zełenskiego. Ukraina Zełenskiego to są również "Piraci z Karaibów" w XXI wieku. Prezydent Zełenski jest kreacją medialną, postacią z serialu sitcom, która przedostała się do realnego życia Ukraińców i Polaków. Zełenski jest wykreowany przez Ihora Kołomojskiego. To on wykreował Zełenskiego na męża stanu, ale też finansował bojówki (to mało powiedziane), siłę zbrojną, której członkowie w 2014 roku palili ludzi żywcem w Odessie. To Kołomojski jest tym inwestorem, który doprowadził do wzniesienia w Dniepropietrowsku, nad Dnieprem, największego na świecie żydowskiego gmachu użyteczności publicznej, czyli Centrum Menora, większego niż wszystkie podobne w Jerozolimie i na Brooklynie.

I to jest przesłanka do koncepcji żydowskiej suwerenności na międzymorzu bałtycko-adriatyckim.

Wstęp

Zrozumienie, dlaczego Rosja toczy wojnę na Ukrainie, jest kluczowe dla polskiej polityki zagranicznej. Powodów jest kilka. Od prozaicznego, jak kompleksy wobec Polski, a kończąc na pragmatycznym: obronie mocarstwowej pozycji Rosji. W tym momencie wielu czytelników uśmiecha się z politowaniem. Rosja mocarstwem? Ano właśnie, do rosyjskiego dyktatora i tamtejszych elit nie dotarło, że Rosja mocarstwem już nie jest. A jedynie, jak to nazywał John McCain, republikański kandydat na prezydenta w 2008 roku, "mafijną stacją benzynową z rakietami". Zbiór historycznych odniesień i refleksji Grzegorza Brauna do zrozumienia konfliktu na Ukrainie jest niezbędny. Przede wszystkim trzeba zacząć dostrzegać obecność Wielkiej Brytanii w tym konflikcie. I to nie tylko jako sojusznika Ukrainy, ale geopolitycznego gracza, orędownika Amerykanów. Sztandar walki o wolność i godność Ukraińców jest piękny. Ale trzeba mieć świadomość, że to nie dla idei Amerykanie i Brytyjczycy pomagają Ukraińcom. Ta wojna to wstęp do konfliktu, który czeka nas bowiem w najbliższych latach: USA (i ich sojusznicy) kontra Chiny (z sojusznikami). Upraszczając, USA tą wojną "wyjaśniają" sytuację Rosji. Redukuje ona możliwe pola konfliktu, gdy dojdzie do właściwego starcia USA z Chinami. Nie wiemy jeszcze, czy ten konflikt (o którym otwarcie mówią już elity amerykańskie) będzie miał charakter militarny, czy ograniczy się tylko do wojen handlowych, sankcji i prężenia muskułów, czyli do nowej zimnej wojny.

Grzegorz Braun

Rolę Anglosasów w inicjowaniu "zadymy" w naszej części Europy po prostu trzeba znać. Mówiąc obrazowo, Anglosasi w Polsce i okolicach, to taki chłopak z sąsiedniego podwórka, który wpada do nas robić "ustawki" ze swoimi przeciwnikami. Może i oni są źli, i zasługują na manto, ale to na naszym "podwórku" przy okazji tych porachunków tłuczone są szyby w oknach i obrywają przechodnie. A w realnym życiu: są zniszczenia i trupy.

Czy to oznacza, że należy Ukraińcom odmawiać prawa do uwolnienia się spod rosyjskiej "opieki", która wpędziła ten bogaty i zdolny naród w nędzę? Oczywiście, że nie. Ale należy patrzeć na konflikt realnie i nie dać się, jako Polacy, użyć do walki "za waszą i naszą wolność", czyli bycia frajerem, który za darmo walczy w imię cudzych interesów, płacąc krwią i zamożnością własnych obywateli. Świat jest brutalny, a idealiści nie powinni mieć możliwości walki o swoje ideały naszą krwią i za cenę naszego poziomu życia.

To właśnie praca z Grzegorzem Braunem nad książką o historii Polski uświadomiła mi najważniejszą różnicę cywilizacyjną między Polską, światem Zachodu a Rosją.

Moskwa była zdobywana przez obce wojska trzy razy. W 1382 roku zrobili to Mongołowie. W 1610 roku Polacy i w 1812 - cesarz Francuzów Napoleon, także przy pomocy wojsk polskich. Rosjanie to pamiętają i łatwo nie wybaczają. Dla nich Polacy zdobywając Moskwę, dali dowód, że są groźni, a więc problem takiego zagrożenia trzeba trwale rozwiązać. To, w uproszczeniu, podstawa kompleksu Rosjan wobec Polaków. Pół wieku temu (w 1974 r.) publicysta Juliusz Mieroszewski postawił tezę, że konflikt polsko-rosyjski ma podłoże geopolityczne. Powoduje go zaś rywalizacja o wpływy na obszarze Ukrainy, Litwy i Białorusi (skrótowo nazywał to ULB). Jeżeli Rosja kontroluje te obszary, to Polska jest skazana na bycie jej satelitą. Jeżeli Polska dominuje na tych terenach, to problemy ma Rosja. "Jest szaleństwem przypuszczać, że poprzez uznanie problemów ULB za wewnątrzpaństwową sprawę rosyjską - Polska może wyprostować swoje stosunki z Rosją. Rywalizacja pomiędzy Polską a Rosją na tych obszarach miała zawsze na celu ustalenie przewagi, a nie dobrosąsiedzkich stosunków polsko-rosyjskich. Z punktu widzenia rosyjskiego, wcielenie obszarów ULB do imperium rosyjskiego jest niezbędnym warunkiem umożliwiającym zredukowanie Polski do statusu satelickiego. W perspektywie Moskwy Polska musi być satelicka w takiej czy innej formie. Historia uczy Rosjan, że Polska prawdziwie niepodległa sięgała zawsze po Wilno i Kijów, i usiłowała ustalić swoją przewagę na obszarach ULB. Gdyby powyższe dążenia historyczne Polaków zostały uwieńczone powodzeniem - byłoby to równoznaczne z likwidacją pozycji imperialnej Rosji w Europie. Innymi słowy, Polska nie może być prawdziwie niepodległa, jeżeli Rosja ma zachować status imperialny w Europie" - dowodził Mieroszewski. Poeta Aleksander Puszkin (1799-1837) wyłożył rosyjski punkt widzenia w opublikowanym w 1831 roku wierszu "Oszczercom Rosji", będącym odpowiedzią na krwawe stłumienie powstania listopadowego (z 1830 r.). "Zostawcie, to spór jest Słowian między sobą. Domowy stary spór, zrządzeniem losu zawieszony" - przekonywał Puszkin. W skrócie, Rosja i Polska rywalizowały ze sobą o to, kto będzie przywódcą słowiańszczyzny. Polska ten spór przegrała, powinna się więc podporządkować Rosji. A Zachód nie powinien mieszać się w porachunki bliskich krewnych ("Zostawcie nas, wyście nie czytali, Tych krwawych kart, Wam jest obca, Ta waśń rodzinna"). Kompleksy Rosji wobec Polski mają głębszy podtekst kulturowy, wynikający też z różnych religii (katolicyzm kontra prawosławie), a w konsekwencji - różnych mentalności narodów.

Władimir Putin

Podział chrześcijańskiej religii na katolicką (rzymską) i prawosławną (wschodnią) datowany jest na 1054 rok. Oprócz detali religijnych podejście obu odłamów chrześcijaństwa diametralnie różni się, jeśli chodzi o ułożenie relacji z władzą świecką. W uproszczeniu, prawosławie utożsamia się z władzą. Duchowni, jak i sam odpowiednik papieża (patriarcha moskiewski) uznają zwierzchność władzy świeckiej. Kościół katolicki zaś bronił swojej niezależności. W Polsce symbolem tego konfliktu był bagatelizowany przez historyków spór biskupa Stanisława ze Szczepanowa z królem Bolesławem Śmiałym. Chociaż za ów konflikt biskup zapłacił życiem, to dla Bolesława skończył się on utratą władzy i tułaczką. Kościół w Polsce, podobnie jak w krajach Zachodu, obronił swoją niezależność i stał się instancją odwoławczą dla władzy świeckiej. W Rosji zwyciężyła koncepcja unifikacji ośrodków władzy. To właśnie za nią ponoszą dziś konsekwencje Rosjanie - nie mają instytucji niezależnych od władzy. Skoro kościół prawosławny jest podporządkowany władzy, to tym bardziej sądownictwo. O innych instytucjach nie wspominając.

Spór Polaków z Rosjanami jest więc sporem cywilizacyjnym. Rosjanie uważają, że skoro odnieśli nad Polakami zwycięstwo militarne i zniszczyli nasze państwo w XVIII wieku, to tym samym udowodnili wyższość swojego modelu cywilizacji. Polacy mają więc obowiązek podporządkować się Rosji. Brak takiego podporządkowania i demonstrowana przez polskie elity wyższość nad ustrojem Rosji są przyczyną frustracji rosyjskich elit. A to wszystko prowadzi do kolejnych konfliktów.

"Gdyby nie było Hitlera, gdyby nie było II wojny światowej, gdyby Niemcy byli pokojowo nastawionymi dobrymi Europejczykami - niepodległość Polski byłaby mimo to zagrożona ze strony Rosji, ponieważ w 20. roku odnieśliśmy zwycięstwo pod Warszawą, lecz nie pod Kijowem. Po śmierci Stalina skończyłyby się czystki i likwidowanie najlepszych oficerów sowieckiej armii, Rosja podjęłaby wyścig zbrojeniowy, który w konsekwencji Polska musiałaby przegrać. Wcześniej lub później militarna przewaga Rosji nad Polską byłaby tak znaczna, że Moskwa - z pomocą lub bez pomocy Niemiec - narzuciłaby nam swój protektorat" - pisał Juliusz Mieroszewski.

Trafność tez z jego artykułu opublikowanego w 1974 roku każdy może ocenić sam analizując obecną politykę rosyjskiego dyktatora Władimira Putina i Rosji.

Rosjanie przeceniają Polaków. Patrzą na Polskę i Polaków na jako wciąż aktywnego gracza, rywala w walce o budowę imperium. Dla Rosji, nawet tej komunistycznej, było jasne, że Polska, która powstała w 1918 roku, będzie dążyć do odbudowy swojej pozycji z XVI i XVII wieku. Kolejni sowieccy przywódcy (Józef Stalin, Nikita Chruszczow, Leonid Breżniew) uważali, że na terenach Ukrainy, Litwy i Białorusi mogą panować albo Rosjanie, albo Polacy. W tym kontekście trzeba patrzeć na każdą politykę Rosji. Bo chociaż system komunistyczny upadł, to optyka kolejnych rządzących na Kremlu nie zmieniła się ani o jotę.

Rosjanie nie uważają Polaków za samodzielne państwo, ale są zdania, że Amerykanie (razem z sojusznikami, Brytyjczykami) mogą Polakom kazać iść na Moskwę.

Adolf Hitler

"Przez trzysta lat mieliśmy przewagę na Wschodzie. Jeżeli pokój Grzymułtowskiego uznać za punkt zwrotny w dziejach stosunków polsko-rosyjskich - należy stwierdzić, że obecnie Rosja od 300 lat ma przewagę na Wschodzie. Owa "alternatywność" - albo my, albo oni - uniemożliwia znormalizowanie stosunków pomiędzy Polską a Rosją" - twierdził Mieroszewski. Wieczysty pokój, który zawarł 6 maja 1686 roku w Moskwie Krzysztof Grzymułtowski, oznaczał koniec polskiego imperium. W zamian za przystąpienie Rosji do wojny z Turcją i pomoc wojenną, Rzeczypospolita zrzekła się wówczas praw do Czernihowa, Kijowa, Smoleńska i całej lewobrzeżnej części Ukrainy. Dla Rosjan był to jednak dopiero wstęp do rozprawy z groźnymi - jak uważają - Polakami. Stąd pomysł Józefa Stalina, aby Polaków wyrzucić za Bug. Nie była to granica etniczna, ale pomysł kolejnego władcy Rosji, aby raz na zawsze "zaklepać" rozwiązanie problemu rywalizacji z Polską. Miało temu służyć także przekazanie Polsce zachodnich ziem Niemiec. W zamyśle Stalina miało to na zawsze skonfliktować Polaków z Niemcami, a tym samym uczynić ich stałymi klientami Rosji. Ziemie zachodnie Polski bez pomocy Rosji nie mogą bowiem zostać obronione.

Imperializm rosyjski ma w sobie cechy dominacji idei państwa nad prawami jednostki. Rosjanie chociaż formalnie uważają się za naród europejski, to mentalnie są przesiąknięci azjatyckim totalitaryzmem, są narodem akceptującym dyktatorską formę rządów. Ba, niemal czują się źle, gdy mają "za dużo" wolności.

"Ów brak chęci Polaków do życia zgodnie z wymaganiami rosyjskiej państwowości i mentalności wywoływał w społeczeństwie państwowym irytację, w rodzaju sakramentalnych pytań, wygłaszanych od czasów Imperium po czasy "obozu krajów socjalistycznych ze Związkiem Radzieckim na czele": "Czego właściwie oni potrzebują?" albo "Dlaczego nie mogą żyć tak jak my?". W tych pytaniach, prócz szczerego albo udawanego - ideologicznie słusznego - niezrozumienia, ujawniał się niezamierzenie mniej czy bardziej uświadamiany rosyjski kompleks niższości: "myśmy się pogodzili z niewolą i poniżającym godność ludzką poziomem życia, a oni zawsze chcą być lepsi". W takich reakcjach rosyjskich na "polską krnąbrność", "polską wyniosłość", "polską pychę" i "polskie knowania" odzwierciedla się nie tylko różnica mentalności narodowych, ale i stopień dojrzałości własnej identyfikacji" - pisał rosyjski profesor Aleksander W. Lipatow (1926-2014) w kluczowym dla zrozumienia rosyjskiego kompleksu Polaków tekście "Rosja i Polska - domowy "spór" Słowian czy konflikt mentalności?".

Formalnie Rosja od XVI wieku próbowała otworzyć się na świat zachodni (tzw. okcydentalizacja, czyli przyjmowanie wzorców zachodnich), ale tylko w obszarach zachowań, nie zdając sobie sprawy, z czego one wynikają. "W obydwu płaszczyznach (kultury wysokiej i kultury popularnej) odbiór polskości był szczątkowy: nowe wzory ujmowano zewnętrznie - w swoich kształtach widzialnych. Na odbiór wewnętrzny - adekwatne rozumienie treści związanych z indywidualizmem i sposobem myślenia, cechującym społeczeństwo obywatelskie - Rosjanie nie byli przygotowani ani umysłowo, ani emocjonalnie. W despotycznym Państwie Moskiewskim, wykluczającym istnienie społeczeństwa obywatelskiego, republikanizm był zupełnie obcy i całkowicie niezrozumiały w tekstach literackich. Ale odbiór "zewnętrzny", czyli zauroczenie "pokrywą" polskości i "przeoczenie" jej "jądra", stworzył zarazem sytuację, kiedy Muzy były silniejsze od Marsa. Wbrew konfliktom państwowym i animozjom konfesyjnym Polska od tamtych właśnie czasów przyciąga Rosjan. Tu znaleźć można początki, trwającej do dziś i niewytłumaczalnej dla polskiej pamięci społecznej, nieodwzajemnionej miłości Rosjan do Polski" - zauważa prof. Aleksander W. Lipatow.

Rosjanom podobały się zachowanie i kultura Polaków, ale nie rozumieli, że są one pochodną panującej w Polsce (Rzeczpospolitej) wolności dla elit. Stosunek rosyjskich elit do Polski i Polaków jest wynikiem stosunku do systemu rządów. Polonofilami są ci przedstawiciele kultury rosyjskiej, którzy opowiadali się za społeczeństwem obywatelskim. Dla zwolenników imperium Polacy to po prostu malkontenci i buntownicy, których opór musi być złamany siłą. Wyrażając podziw dla polskiej kultury, rosyjskie elity, jakby w zamian, oczekiwały akceptacji dla swojego systemu rządów. Nie rozumiejąc, że bez wolności osobistej taki rodzaj kultury nie może istnieć.

"Z Polską władze rosyjskie w swojej praktyce inercyjnie postępowały tak samo, jak wobec innych narodów, albowiem czynnikiem sprawczym takiego postępowania była już ukształtowana tradycyjna mentalność "zbieraczy ziem" i narodów mocnej ręki, co znalazło odbicie w żywym po dziś dzień porzekadle: "Siła jest, uma nie nado" ("Kiedy jest siła - rozumu nie trzeba"). Mentalność taka, jak szory założone na bojowego konia imperium, uniemożliwiała zrozumienie tego, że po pierwsze, Polska to kraj o wielkiej historii i o wiele dłuższej niż w Rosji ciągłości własnej państwowości, a co za tym idzie - wysokiej kulturze politycznej, a po wtóre, że Rzeczpospolita, należąc do zachodniego kręgu kultury europejskiej, jednocześnie dość gruntownie odróżnia się od większości krajów zachodnich swoim ustrojem republikańskim, zaś przez to - mentalnością narodową" - podsumował prof. Aleksander W. Lipatow.

Kompleks kulturowy pogłębiony jest przez kompleks starć militarnych. Polacy jako jedyny z narodów, które Rosjanie uważają za sobie podrzędny, regularnie spuszczali im łomot. Włączając w to bolesny dla Rosjan rok 1920. Rosyjskie elity uważają, że jedyną skuteczną polisą zabezpieczającą ich przed trzecią zbrojną wizytą Polaków w Moskwie jest trzymanie Polski "pod butem". Niewiele się tutaj zmieniło od października 1835 roku, gdy car Mikołaj I przemawiał w warszawskich Łazienkach, informując zgromadzonych, że muszą dowieść swoim posłuszeństwem, że zasługują na miano rosyjskich poddanych, bo inaczej trzeba będzie zrównać Warszawę z ziemią. Kluczem zaś do dominacji nad Polską jest podporządkowanie sobie krajów pomiędzy.

"Ukraińcy, Litwini i Białorusini w dwudziestym wieku nie mogą być pionkami w historycznej grze polsko-rosyjskiej" - konkludował Mieroszewski. Chcąc przerwać błędne koło walki z Rosją o wpływy i kontrolę nad tą częścią Europy, Polacy powinni o tym pamiętać i nie próbować zachowywać się wobec tych narodów tak jak Rosjanie wobec Polaków.

Zapraszam więc do przewodnika Grzegorza Brauna po historycznych korzeniach wojny rosyjsko-ukraińskiej. Zaczniemy od roli Anglii - czwartego zaborcy Polski (w tym części obecnej Ukrainy, co ważne), którego rola w doprowadzeniu do upadku I Rzeczypospolitej jest przemilczana i marginalizowana. Złowieszczy interes polityki brytyjskiej polegał na tym, że Polska była za silnym państwem, aby Rosja mogła nad nim zapanować po rozbiorach. Podobnie było z Prusami (później Niemcami) i Austrią. Zniszczenie Polski tworzyło więc sytuację geopolityczną, w której trzy największe imperia europejskie musiały zajmować się "pilnowaniem zwłok", a Brytyjczycy w tym czasie spokojnie zajmowali się podporządkowaniem sobie świata.

Tam, gdzie to miało znaczenie dla właściwego zrozumienia tekstu, podawałem datę jego publikacji. Głównie wtedy, gdy był komentarzem do bieżących wydarzeń.

Ilekroć w książce zabieram głos ja - Jan Piński - tyle razy jest to wyraźnie zaznaczone. Pozostałe teksty przynależą Grzegorzowi Braunowi. Na dobry początek zaś zamieszczam mój mail do Grzegorza wysłany 20 lipca 2014 roku o 21:03. Pozwala on Czytelnikom ocenić, jak daleko autorzy w swoich hipotezach wybiegali w przyszłość i antycypowali obecne wydarzenia. Ów mail był odpowiedzią na list Grzegorza, w którym pytał się on o wiedzę Jana Pińskiego w zakresie działań niemieckich na kierunku powrotu na tereny utracone po zakończeniu II wojny światowej na rzecz Polski. Zachowano pisownię oryginału, poza korektą ortograficzno-interpunkcyjną:

Jan Piński

Witaj,

Poczytałem trochę i Twoja hipoteza (o przejmowaniu przez Niemców zachodnich ziem polskich - red.), na razie nie ma zastosowania, chociaż niewykluczone, że w ramach rozwoju sytuacji, ktoś sięgnie po takie rozwiązanie. Byłoby to naturalne rozwiązanie problemu ziem zachodnich (Niemcy od lat 50. prowadziły akcje rewindykacyjne, ale nie przewidziały w nich katastrofy demograficznej).

Zamieszanie na Ukrainie wybuchło z powodów wyłożenia kasy przez duże koncerny energetyczne, które chciały zagospodarować system rurociągów gazowych "odciążonych" przez Rosjan.

Putin się skapował, krew go zalała, bo za miliardy na Nord Streamie biedy sobie napytał. A myślał, że problem ukraiński rozwiązał :-). Miał dwie opcje. Poniższa analiza jest z połowy marca br., ale wciąż aktualna, z mojego listu do pewnego "zawodowca" (w ten sposób Jan Piński określał ludzi związanych z tajnymi służbami - red.).

Pierwsza i lepsza, czyli utrzymanie Ukrainy pod kontrolą i w zależności od Rosji, poprzez zduszenie zamieszania, to mu się nie udała. Dlatego jasne jest, kto podsycał zamieszki.

Druga, gorsza, ale bardzo pragmatyczna, moim zdaniem realizowana: rozbicie Ukrainy na wschodnią, i utrzymanie jej w swojej zależności od Rosji, oraz na zachodnią, czyli upadłe państwo (taka kombinacja Kosowa, Syrii i Sudanu w Europie). To zachodnie państwo będzie dawać sporo zajęcia Niemcom, Francuzom i też Amerykanom, będzie destabilizować Unię i oduczać ją głupich pomysłów. Powtórka z Bałkanów - tak świetnie zorganizowanych przez Niemcy - za naszą wschodnią granicą. Będzie trochę uchodźców i na tej fali wyślą Kacapy kilka tysięcy agentów (w zależności od wielkości działań wojennych 1-2 mln uchodźców) do Polski, aby ją destabilizować. Poza tym będzie dorzucał drwa do ogniska, że Polska chce ową zachodnią Ukrainę "anektować".

Dość to proste i przejrzyste, oczywiste już od co najmniej roku, a pewnie dla znawców powinno być znacznie, znacznie dłużej.

Zatem słuchając tych Kowali, Saryuszy-Wolskich, Zalewskich, Cimoszewiczów, Kwaśniewskich itd., nie sposób nie mieć wrażenia, że to są jacyś debile, co najbardziej oczywistych rzeczy nie widzą. (A dlatego debile, bo nawet jak wiedzą i mówią, jak mówią, to robią z siebie debili :-)).Tacy sami są dziennikarze. W ogóle w Polsce wielu sobie ubzdurało, że rozumieją Rosję, Ukrainę i wschód. I chcą być autorytetami w Europie. Skąd u tych durniów to przekonanie?

Przecież to nie chodzi o bliskość języka, ale o sposób myślenia. Na wschodzie jest on imperialny i oparty na zasadzie siły, a w Polsce jest zaściankowy i mocno popieprzony. Kompletnie niespójny i nielogiczny. Polacy Rosjan nie rozumieją. Bo swoje myślenie przekładają na Rosjan, a Rosjanie myślą zupełnie inaczej. Trochę tak jak z językiem obcym, jak tłumaczysz "słowo w słowo" to polska składnia w języku angielskim i rosyjskim brzmi idiotycznie.

Stąd możemy sobie słuchać bzdur o obecnych wydarzeniach na Ukrainie, pseudoanalizy wydarzeń, które rozgrywają się obecnie, a które są wyjaśnione (i przewidziane) już bardzo dawno temu. Jednym słowem, kompletny bełkot idiotów.

Co się zmieniło: dzięki sprawnej reakcji oligarchów ukraińskich (m.in. Kołomojski) nie udało się rozniecić "powstania" na więcej niż dwa okręgi Ukrainy (miał się grzać cały wschód). Plan bałkanizacji jest więc siłą rzeczy realizowany w okrojonym zakresie. Idee jednak zostały. Rosja nie może sobie pozwolić na wyrwanie Ukrainy (bo generalnie, to jak szef mafii ma tłumaczyć innym, że mają płacić haracz, skoro jeden się buntuje i uchodzi mu to na sucho). Putin plan odłoży i zrealizuje w najbliższych latach.

Ciekawostki: Rosjanie od końca lat 90. regularnie robią wrzutki naukowo-dyplomatyczne polskim elitom o podziale Ukrainy i Białorusi.

Putin oferował Merkelowej "spokój" w zakresie rewindykacji ziem zachodnich w przyszłości za olanie Ukrainy. Angela ponoć (informacja jest siłą rzeczy jednoźródłowa z kręgów gabinetu brytyjskiego) rozmowy podjęła, ale zapytała o Królewiec...

To pod namysł.

Jan Piński, Warszawa, maj 2022 r.