Demeter kaleka
A w moim ogrodzie rosną jabłka bez miąższu,
bo pod krwiopijczą czerwienią
nie ma śladów dojrzewającego życia.
Nad głową wznoszą się drzewa bez koron,
szpecące krajobraz szczątkowym panowaniem.
Podnoszę z ziemi podłamany rabarbar,
przygnieciony niedonoszoną ciążą.
Pomagam otworzyć się głowom tulipanów,
ale wrogo uderzają w moje dłonie.
Natrętnym spojrzeniem wyciągam spod ziemi brukiew,
jednak ktoś przeciąga linę w dół i wypada mi ona z rąk.
W moim ogrodzie rodzi się groch z pustym wnętrzem,
jakiś chichot natury przypomina fatalną diagnozę:
Latorośl wzgardziła łonem nieurodzajnej matki.
Ogrodniczka
Utopiłam w dużej konewce marzenie,
zalałam je gęstym strumieniem wody,
wypełniłam nim głęboką drewnianą przestrzeń,
by mogło rozpuścić się w niej do atomów ABSTRAKCJI.
Chwyciłam w dłoń szerokie ucho,
podźwignęłam naczynie z ubłoconej ziemi,
uniosłam je siłą woli i wiary,
by mogło wbić się strumieniem w glinianą skorupę.
A potem odrzuciłam konewkę w kąt ogrodu,
oddałam ją we władanie drążącemu robactwu
i latami siedziałam nad skrawkiem podlanej gleby,
czekając aż przebije się przez nią atom MATERII.
Nie było już konewki, robactwo wyzionęło ducha,
ogród zamienił się w trawiastą pustynię,
woda wyparowała z ziemi razem z ABSTRAKCJĄ,
która rozpuściła się do atomów wiecznego nasienia.
Zrozumiałam, że tylko noc zamienia się w dzień,
miłość rodzi nienawiść,
po wojnie przychodzi pokój,
z szaleństwa wyrasta poczytalność,
nadzieja przeradza się w zwątpienie,
woda i ziemia nie hodują marzeń,
oczekiwanie nie materializuje myśli.
Motylem byłem
Ze wszystkich ogrodów świata wybrał właśnie mój,
by obdarzyć go swoją skrzydlatą wielobarwnością.
Wesołym trzepotem podniósł z ziemi przywiędłe kwiaty,
opętańczy motyli lot poruszył martwotę nieba.
Przysiadał na karłowatych wytworach uprawnych grządek,
wolą przeistaczał ich bezkształtne formy w boską geometrię.
Łuskami skrzydeł pukał dyskretnie do wnętrza jabłoni,
radośnie odpowiadała mu hukiem spadających błyszczących kul.
Buławkowate czułki zaczepnie łaskotały przejrzały bób,
z trudem powstrzymujący dalsze ekstatyczne pęcznienie.
A gdy chitynowym oskórkiem namaścił krzew róży,
królowa wydała na świat bez kolców potomstwo doskonałe.
Orgiastycznym tańcem wypełnił wszystkie ogrodu przestrzenie,
naśladować go próbowało wyrosłe naprędce z ziemi listowie.
I usiadł na ramieniu moim jak płacząca wierzba zgarbionym,
zajrzał w oczy - pobladłą ćmą stał się pod powieki mgnieniem.
Ołowianym niedolotem oddalał się od mrocznych źrenic,
panicznie szukał porośniętej dzikim winem bramy.
Ze wszystkich ogrodów świata wybrał właśnie mój,
by utracić w nim swoją skrzydlatą wielobarwność.