A ty dokąd? - Danuta Sadownik

-
Proszę czekać

AGATA

21 STYCZNIA, DZIEŃ BABCI

Kiedy spotkały się nasze drogi?

Po raz pierwszy zobaczyłam ją na siłowni. Walczyłam z rajstopami, które trudno mi było wkładać na wilgotne nogi. Byłam wściekła na siebie, że nie włożyłam jak zwykle spodni, ale chciałam wyglądać uroczyście – przecież dzisiaj Dzień Babci. Moja grupa przedszkolaków przygotowała wierszyki i piosenki dla babć. Sporo mnie to kosztowało, ale powinno się udać. Jeszcze tylko te cholerne rajtuzy, dosuszę włosy, zrobię makijaż i do roboty. Jak co dzień, z sobotami włącznie. Chyba już lekko mam dość tej pracy. Dobrze, że chociaż siłka daje mi trochę radości, podkręcam sobie endorfiny przed pracą. To pozwala mi radośniej witać się z moimi maluchami, a nawet z wredną dyrektorką. Dzieciaki ekstra, ale ona czepliwa. Ciekawe, jak dziś mi wypadnie ten występ. Bardzo bym chciała, żeby spodobał się wszystkim babciom, no i oczywiście tej makolągwie – dyrektorce.

Pogrążyłam się w myślach o nadchodzącym dniu, kiedy uświadomiłam sobie, że w szatni jest jeszcze jedna dziewczyna, właściwie kobieta, tak, zdecydowanie kobieta... Jakieś czterdzieści plus, wysportowana, pięknie wyrzeźbiona i opalona. Przyłapałam się na tym, że bezwiednie odprowadziłam ją wzrokiem od chwili, kiedy wyszła z kabiny. Sięgnęła po ręcznik, nie zwróciwszy uwagi na moją obecność, wytarła się szybko, zawiązała turban wokół włosów. Naga, wprawnymi ruchami nałożyła balsam do ciała, zaczynając od rąk, na stopach kończąc. Automatycznie wkładałam bluzkę i spódnicę. Zafascynowana przyglądałam się jej ruchom. Podeszła do suszarki, przeczesując palcami mokre włosy. Kilka minut rutynowego suszenia, przerywanego nakładaniem na twarz kremu i makijażu. Czuła się tak wspaniale i swobodnie w swoim ciele, że nie przeszkadzało jej to, iż jest naga, a w szatni jest inna dziewczyna. Malowałyśmy się przed sąsiednimi lustrami, ona absolutnie skupiona na swojej twarzy, ja rozbieganym wzrokiem obserwująca zarówno ją, jak i siebie. Kosmetyki, które mogę podziwiać jedynie w reklamach, i te ruchy – jestem tu, bo tu jest moje miejsce. Właściwie jej miejsce jest chyba dokładnie tam, gdzie jest ona. Takie przynajmniej miałam wrażenie. Dzień Babci stał się taki mało ważny, moja czepliwa dyrektorka odpłynęła w nicość swojego gabinetu. Niczym w transie patrzyłam, jak nieznajoma mechanicznie wkłada taką bieliznę, jaką ja mogłabym mieć tylko na noc poślubną. Naciągnęła pończochy samonośne (która kobieta o siódmej trzydzieści w środku zimy wkłada samonośki?), białą bluzkę, wąską spódnicę, marynarkę, łańcuszek, zegarek i bransoletkę. No nie, nareszcie coś wybiło ją z rutynowych ruchów – bransoletka nie chciała się zapiąć. Dziewczyna rozejrzała się po szatni. Zauważyła mnie.

– Przepraszam, czy mogłaby pani zapiąć mi bransoletkę? – powiedziała tonem właściwie nieznoszącym sprzeciwu.

– Tak, oczywiście. – Wykonałyśmy w swoim kierunku kilka ruchów i lekko drżącymi rękami zapięłam jej srebrne cudeńko. A może to nie było sreberko tylko białe złoto? Chyba nie zdziwiłaby mnie również platyna, ale nie wiem, jak ona wygląda, no bo skąd miałabym to wiedzieć. Nigdy nie widziałam platyny.

– Dziękuję. – I to wszystko. Zero uśmiechu, żadnego Jak leci? czy czegoś w tym stylu. Nic, służba zapięła pani biżuterię. Ale z drugiej strony, o czym miałybyśmy gawędzić rankiem przed pracą? Dwie kobiety, które nie łączy nic poza tym, że jesteśmy w tym samym miejscu o tym samym czasie.

Wkładałyśmy już kozaczki, kiedy zadzwonił jej telefon.

– Tak, słucham, pani Renato – odebrała bardzo formalnym tonem, który zupełnie mnie nie zdziwił. – Tak, proszę mówić – wsłuchała się w głos rozmówczyni – dobrze, proszę zaczekajcie na mnie, powinnam być za dwadzieścia siedem minut. W razie problemów proszę dzwonić.

Za dwadzieścia siedem minut? Jezu, kto podaje czas przybycia z taką precyzją? Ludzie, co to za babsztyl! Królowa Śniegu czy co? Wrzuciła telefon do torebki, włożyła płaszcz, wzięła torbę sportową i zdecydowanym krokiem ruszyła do wyjścia. W drzwiach jeszcze odwróciła się w moją stronę.

– Do widzenia. – Usłyszałam.

 

No, i to byłoby na tyle!

IGA

11 LIPCA

Kiedy zobaczyłam ją pierwszy raz?

A skąd ja mam to wiedzieć? Jakoś zupełnie nie pamiętam...

Chociaż nie, chyba wiem! Tak, chyba właśnie wtedy...

Wracałam ze szpitala. Dyżur był wyjątkowo męczący, koszmar, który zdarza się tylko raz na jakiś czas. Jedyne, co wtedy mnie ratuje, to mruczenie mojego silniczka. Właściwie to nie silniczek, tylko całkiem spory silnik. Tak już mam, że lubię dużą moc pod maską. Nie muszę się ścigać z małolatami. Zbyt dobrze wiem, że są bez szans, nie muszę już niczego udowadniać, jeśli chcę, to po prostu mogę przycisnąć. To mi wystarcza. Zwłaszcza po ciężkim dniu, kiedy jadę sobie spokojnie po krętej drodze do domu i słucham ulubionej muzyki. Wciąż jestem wierna Trójce, ale nie tylko tej stacji słucham, czasami potrzebuję czegoś dla ludzi, a bywa, że wrzucam płytę albo USB. Tak już mam, kocham moje auto, wygodne, szybkie, praktyczne i – co tu dużo mówić – drogie. Niestety, nie ma taniej elegancji. Kiedy zamykam drzwi i przekręcam kluczyk, jestem w moim i tylko moim świecie. Obcy świat oglądam zza szyb. Wtedy mogłabym jechać w nieznane, gdzieś przed siebie, dokąd mnie droga poniesie... I wtedy właśnie zobaczyłam ją chyba po raz pierwszy... a może był to jeden z pierwszych razów.

Pogoda niemrawa, pierwsze marcowe suche nawierzchnie. Można dobrze się poczuć, odpuścić trochę zimową kontrolę. Ale nie, jakaś artystka postanowiła się przejechać na rowerku. Nie wytrzymam! Co jest w stanie wypędzić człowieka w marcu na drogę, na rowerze? Wyjeżdża się chyba tylko po to, by omijać przydrożne kałuże i stwarzać zagrożenie na drodze. Kilka minut musiałam się za nią ciągnąć, nie mogłam wyprzedzić na bardzo krętej i ruchliwej drodze. Tym bardziej poczułam, jak bardzo lubię moje auto. Ciepło, sucho, po prostu pewnie, jak w reklamie podpasek.

Nie mam zwyczaju przyglądać się ludziom, nie zapamiętuję twarzy. Często muszę się skupiać, kiedy rodzice po raz kolejny przyprowadzają dziecko na oddział i wydaje im się, że przecież ich pamiętam. Dobrze, że siostra oddziałowa zna wszystkich w okolicy i sprawnie wprowadza mnie w życiorysy naszych pacjentów. Dziecko dla mnie jest historią zdrowia i choroby, nie siecią powiązań społecznych. Dla niej tak. Dla mojego męża też. On pamięta wszystkich swoich pacjentów. Kiedy ich spotyka, z każdym potrafi porozmawiać i jeszcze wie, z kim i o czym rozmawia. Nie wiem, jak oni to robią, ja tego nie potrafię. I po prostu nic z tym nie robię. Nie ćwiczę, nie staram się. Tak już mam. Chyba od zawsze tak miałam. Nie pamiętam nazwisk moich kolegów z innych klas, kolegów ze studiów, kolegów z branży, których okazjonalnie spotykam podczas konferencji. Często nawet nie wysilam się, żeby sobie przypomnieć. Wiem, że zwykle to oni do mnie podchodzą i rozpoczynają rozmowę. No cóż, nie wszyscy...

Ale po co ja opowiadam o mnie? Miałam przypomnieć sobie tę dziewczynę. Tak dała mi się wtedy we znaki, że zauważyłam, iż wielokrotnie mijałam ją w drodze do szpitala i z powrotem. Często ubrana jakby do pracy. Z czasem nawet zaczęłam zastanawiać się, gdzie pracuje ktoś, kto może pozwolić sobie na dojazd do pracy na rowerze w terenie górskim. W takich warunkach łatwo jest spocić się w trasie. Dziwne, ale nawet zaczęło mi jej brakować, kiedy przez kilka dni nie jeździła o naszej stałej porze. No tak, nawet już myślałam o naszej stałej porze. Przyłapałam się również na tym, że byłam zła na siebie, kiedy nie udało mi się wyjść na czas ze szpitala, żeby spotkać rowerzystkę w miejscu, w którym zwykle ją mijałam. Zaczęłam robić sobie konkursy, gdzie dziś się miniemy, często ze sobą przegrywałam i bywałam rozczarowana brakiem precyzji, ale zdarzało się również, że wygrywałam. I to oznaczało – dziś mam farta!

Z czasem zaczęłam jej zazdrościć kondycji, systematyczności, samozaparcia i... tak, do tego najtrudniej było mi się przyznać... tak, no cóż, powiedzmy to szczerze – zazdrościłam jej młodości. Młodości, świeżości, ba, nawet tego, że nie stać jej na auto, którym mogłaby jeździć do pracy w parszywą pogodę. Nie stać jej JESZCZE, bo jest na początku swej kariery, jeszcze tak wiele ma przed sobą, jej ciało jeszcze tak wiele może, jeszcze potrafi kochać i mieć nadzieję, jeszcze... jeszcze... jeszcze...

Powoli, zupełnie nie wiedząc o tym, stawała się częścią mojego życia, moim alter ego. Fantazjowałam na temat jej życia, ekscytowały mnie powroty z pracy, bo wtedy mijałam ją częściej niż w drodze do szpitala. Widocznie zaczynała o różnych godzinach. Nie zawsze udawało mi się jednak wyjść z pracy o stałej porze. Jako ordynator mam prawa, ale i obowiązki. Często zostawałam po godzinach, bo tego wymagała sytuacja, ale jeśli to tylko było możliwe, starałam się opuszczać stanowisko punktualnie. Miało to również wady. Wracałam wcześniej do pustego domu. Mąż prawie zawsze w pracy, syn na studiach, a córka jak zwykle u koleżanek. Gdyby nie książki i prywatna praktyka, obijałabym się o ściany jak Żyd po pustym sklepie. A teraz dzięki tej dziewczynie miałam swoją małą ekscytację. Właściwe, nawet mnie to cieszyło, bo poza pracą i okrojonym życiem rodzinnym nie miałam nic. Totalna pustka, jedyna rozkosz to mruczenie mojego dizelka, czasami basen albo siłownia, kilka razy w roku konferencja i nic więcej... Dom, praca, dom... Albo – praca, dom, praca...

Aż do tamtego jesiennego popołudnia...

AGATA

10 SIERPNIA

Czy jeszcze ją kiedyś spotkałam?

Tak, można właściwie powiedzieć, że miałam okazję ją zobaczyć, czy może lepiej – oglądać.

Kilka razy, zawsze ze słuchawkami na uszach, ostro wyciskająca pot na bieżni i atlasie. Zero kontaktów z kimkolwiek, szybkie zdecydowane sprężyste ruchy, pełna precyzja i absolutna kontrola. Oczywiście nie zauważyła mnie nigdy, nawet kiedy ćwiczyłyśmy obok siebie. Totalny gbur, ale cholernie atrakcyjny gbur. Faceci prężyli bicepsy, tricepsy i klaty, a ona – absolutny brak kontaktu. Zaczęli plotkować, że może ona tego ten, że niby woli dziewczyny, ale na nie też nie reagowała. Oczywiście do karków z siłowni nie docierało, że po prostu kobiety mogą nimi nie być zainteresowane. Jeśli cię nie podziwia, to znaczy że jest z nią coś nie tak. Kiedy to wreszcie się zmieni i oni zaczną widzieć siebie realnie, a nie tylko jako boskich Apollinów? Chyba jeszcze kilka pokoleń musi minąć.

Obserwując jej zachowanie, zaczęłam myśleć, że musi być policjantką – sprawna, zorganizowana, dobrze ubrana, nieprzystępna, skupiona – wypisz wymaluj agentka FBI. I tak ją sobie nazwałam – Pani Agent.

Nadeszła wiosna, zaczęłam już dojeżdżać do pracy na rowerze, więc mogłam zaoszczędzić na siłowni i temat Pani Agent się skończył. Zapomniałam o niej. Teraz prawie codziennie jeździłam za darmo, utrzymując kondycję, która była mi bardzo potrzebna, bo zaczął się sezon plenerowych koncertów. Razem z chłopakami grywaliśmy po okolicznych festynach, a bywało, że i w trasy byliśmy kontraktowani. Zwykle soboty i niedziele miałam wyrwane z życiorysu, a także piątkowe popołudnia – na próby.

Jaką muzykę uprawiam?

Z zespołem – rocka, ciężkiego, dlatego nie zawsze jest wzięcie na naszą muzę, bo na przykościelnych festynach to muzyka szatańska. Ja tak tego nie widzę, dla mnie to jeden z doskonalszych sposobów wyrażenia siebie, wykrzyczenia swojego bólu i ogłoszenia swojej radości. Ale dewotki gdzieś usłyszały, że sataniści i cześć pieśni.

A indywidualnie – czasami ktoś mnie zatrudni na sesje nagraniowe, czasami wypadnie perkusista w filharmonii, to go zastępuję, innym razem gram albo śpiewam na weselach (cóż żadna praca nie hańbi), albo snobiści życzą sobie kilka nutek na prywatnych przyjątkach. Ot, taka ze mnie muzyczna prostytutka. To cytat z Freddiego Mercury'ego, miał zwyczaj tak o sobie mówić w wywiadach. Bardzo dobrze go rozumiem. Chciałabym mieć jego sławę, kasę, głos i kondycję. Tylko choroby nie chciałabym. Koszmar jakiś!

Czy da się z tego utrzymać?

Znaczy z muzykowania czy z bycia chorym? He, he, z muzykowania, jako tako, na chorowanie nie mam czasu. Rano pracuję w przedszkolu. Fantastyczna praca, zawsze na pełnych obrotach, ale muzykowanie na jeszcze pełniejszych. Od dziecka już tak mam – praca, praca, praca, nauka, nauka, nauka i znów praca. Dwie szkoły równocześnie, w obydwu musiałam być najlepsza, bo tego chcieli rodzice, a z czasem nawet ja sama. Wtedy, gdy poczułam muzykę, gdzieś tak chyba w piątej klasie, skończyło się poganianie mnie do pianina. Sama pilnowałam rytmu dnia. Byłam coraz lepsza, zaliczałam egzaminy bez większych problemów, a profesorka dawała mi coraz trudniejsze utwory do grania. Wzięłam drugi instrument – perkusję, i jeszcze jakby tego było mało – śpiew. Wszyscy się dziwili, po co dziewczynce perkusja, przecież to trzeba mieć dużo siły. A pewnie, że trzeba! I to właśnie mnie kręciło – ta siła! Teraz chłopaki na podwórku nie podskoczyły, nie próbowały mnie straszyć. Wiedziały, że mam krzepę w garści i lepiej schodzić mi z drogi, albo się ze mną zakumplować. Niestety, niewiele miałam czasu na podwórko, więc i kumpli niewielu, głównie byli to koledzy ze szkoły muzycznej, a kiedy założyliśmy zespół, to już prawie zawsze tylko ci sami znajomi.

Aż dziwne, że udało mi się poznać Norberta. Mojego faceta.

Gdzie go poznałam?

W łóżku.

Ciekawe, że ktoś taki chciał się ze mną przespać.

Po jednej z suto zakrapianych imprez zbudziłam się obok całkiem niezłego ciacha.

Dokładnie to pamiętam.

Zanim jeszcze otworzyłam oczy, poczułam solidny ból głowy, i nie tylko głowy. Byłam cała obolała, musiało być ostro poprzedniej nocy. Powoli docierało do mnie, gdzie, z kim i dlaczego jestem. Po koncercie (dokładnie pamiętam – "Agatowe Lato" we Lwówku Śląskim) poszliśmy na całość. Powoli otwierałam zapuchnięte od niezmytego makijażu oczy, wsłuchując się w rytmiczne chrapanie chłopaków z kapeli. Każdy w innym rytmie, ale niestety nie w jednej tonacji. Porozrzucane w nieładzie fragmenty garderoby, puste szkło i kartony po pizzy i chińczyku. Tak oto na hotelowej podłodze mieszały się pozostałości kulinarnej kultury włoskiej z azjatycką, wspierane niemieckim i czeskim przemysłem piwowarskim.

Jednym słowem, dno i wodorosty!

Wstałam, aby jak najszybciej dotrzeć do łazienki. Automatycznie spojrzałam na towar, który spędził ze mną noc, i zarumieniłam się po same uszy. Oj, było czemu się rumienić. Nieźle odlecieliśmy. Jak ja im teraz wszystkim spojrzę w oczy? Najgorsze, że to nie pierwszy już raz ląduję w czyimś łóżku. Babcia chyba nie byłby ze mnie dumna. Trochę inne miała plany wobec swojej ukochanej, jedynej wnuczki. Raczej filharmonia niż pokątne koncerty z metalową kapelą. Nie po to mnie prowadzała do szkoły muzycznej. Ale filharmonia chyba nigdy mnie nie kręciła. To nie moja bajka.

Jednocześnie babcia zawsze mnie wspierała w różnych pomysłach: pomagała nabijać ćwieki do kurtki, poświęciła nawet swój czarny płaszcz z włoskiej skóry, uszyłyśmy z niego moją pierwszą katanę i odjechaną spódnicę na pierwszy koncert. Rodzicom się to nie podobało, ale babcia zawsze mnie rozumiała lepiej niż oni. Teraz chyba nie najlepiej jej się odpłacam moim zachowaniem. Kurde! Kurde! Kurde! Coś z tym muszę zrobić, ale jak? Po koncercie cichutko udać się do pokoju hotelowego i spokojnie zasnąć, kiedy kapela i fani piją na umór? Chyba nie mam tyle silnej woli, może kiedyś...

Ale teraz muszę się domyć, zanim oni zaczną wstawać. Czego jak czego, ale czystości nie odstąpię, to, chociaż jestem winna mojej babci. Wiem, że o nas wszyscy myślą, że jesteśmy brudasami, ale to bzdura. Chciałabym zobaczyć miny fanów, którzy widzieliby naszego basistę, spędzającego w łazience masę czasu. Jego tak zwany artystyczny nieład jest dopracowany w każdym calu, a fryzjer zarabia na naszej kapeli niemałą kasę, tworząc właściwy wizerunek. Fakt, pod koniec koncertu pot cieknie z nas ciurkiem i cóż, nie pachniemy jak leśne kwiatki. Szczególnie ja, moje gary wymagają niezłej krzepy, chociaż chłopakom też nie można niczego odmówić. Fanki do nich kleją się wręcz literalnie.

Znaczy, wrócić do tematu. Jak poznałam mojego faceta?

No tak, te moje dygresje!

No przecież mówiłam, że w łóżku.

Skąd się tam wziął? A kto to wie?

Nie wiem dokładnie, co facetów kręci we mnie, chyba bardziej perkusja niż ja sama. No, bo co we mnie jest fajnego? Tak po prawdzie to niewiele. Uroda żadna, styl ubierania trudny do określenia, ponura mieszanka tego, co robię: z kapelą – skóra, dżins, T-shirty; w przedszkolu – spodnie, bluza, wygodne buty; w filharmonii – mała czarna, bo w długiej jest mi niewygodnie; na rower i do siłowni – legginsy, dres. No więc, jak ktoś z tyloma różnymi misjami nie może żyć jak modowy schizofrenik? Mnie się to nie udaje. Moja szafa pełna jest różnorodności stylowej. Koszmar jakiś! I te kombinacje z butami i biżuterią. Bycie kobietą proste nie jest. Faceci mają łatwiej, ale niestety nie muzycy. My żyjemy w dwóch absolutnie różnych światach – realnym, tym, w którym chodzimy na zakupy, sprzątamy mieszkania, zarabiamy pieniądze, opiekujemy się dziećmi, kłócimy z partnerami, uprawiamy ogródki, chodzimy na próby, ćwiczymy, ćwiczymy, ćwiczymy... i wiążemy koniec z końcem, oraz drugim, magicznym, wypełnionym dźwiękami, twarzami zasłuchanych widzów, perfumami i błyszczącymi kreacjami w filharmonii, czasem piskiem fanek, gwizdami fanów, potem i szczęściem, kiedy wszystko wypali, goryczą, kiedy cię wygwiżdżą albo po prostu nie przyjdą, mimo iż jesteś gotów dać im z siebie jak najwięcej. W tym drugim życiu jesteśmy ich marzeniami o zrozumieniu piękna lub wyrzuceniu z siebie emocji. Stajemy się tym, czym chcą nas widzieć oni, wszyscy ci, których słyszymy, a nie widzimy, bo odgradza nas światło reflektorów. Pochrząkiwania i pokasływania w filharmonii, a na koncertach niewybredne nieraz okrzyki – to oni, ci, którzy nadają nam własne znaczenie. To ich życiem jesteśmy, to dla nich to robimy. I nie jest już ważne, ile i czy w ogóle nam zapłacą, ważne, że są, że biją brawo i znów kiedyś zechcą przyjść. Jesteśmy jednym – my i oni, nasze i ich marzenia, nasze i ich oczekiwania, nasza trema, ich czas, nasz pot, ich rozkosz, nasze i ich radości i rozczarowania, nasza i ich magia chwili, dreszcz po plecach i przyspieszony oddech fascynacji. Tak – nie możemy bez siebie żyć, my bez nich, a oni bez nas. Chociaż wielu z nich nawet o tym nie wie, że te cudowne osiem nut potrafi wywołać tyle uczuć i emocji. Myślą, że mogą funkcjonować bez muzyki. Oj, naiwni, bez niej nie można żyć! Ona jest wszędzie, a często potrafi być wszystkim...

Jej też się wydawało, że bez muzyki można żyć...

IGA

24 WRZEŚNIA

Gdzie poznałam mojego męża?

Na studiach. W akademiku, w "Bliźniaku". Dokładnie pamiętam. Obydwoje byliśmy z tej samej gliny, nie mogliśmy się nie spotkać – dwoje nas wydrapanych, z dzieciakami lekarzy, aptekarzy, prawników, drobnych i grubych biznesmenów w tle. Oni mogli pozwolić sobie na wszystko – korki, załatwiane zaliczenia, prace kontrolne na zlecenie, płatne wyniki badań. A w tym czasie pili, ćpali, imprezowali, uprawiali seks z zabezpieczeniem i bez zabezpieczenia zresztą też. Strasznie mnie to ciągnęło – życie na całość, po koszmarnym, małomiasteczkowym, zdewociałym stylu moich rodziców – kościół, ucieczka w chorobę, karmienie mnie lękami przed nieznanym. Wszystko tylko po to, abym została przy nich do ich starości, głupia, niewykształcona, zahukana prowincjuszka. Najlepiej kucharka albo pomoc na zlewozmywaku. Przyniosłabym do domu jedzenie z kuchni, nic bym ich nie kosztowała, zaniedbana, brudna, niechciana przez nikogo, ale do dni ostatnich razem z nimi. Mieliby na starość wikt i opierunek za darmo.

Zrobiłam im wbrew, poszłam do liceum, potem dostałam się na studia. Jeszcze ostatnim wysiłkiem woli próbowali mnie zatrzymać, nie pokazując mi zawiadomienia z uczelni, że dostałam się na medycynę. W zamian za to karmili mnie jeszcze większą, bardziej niż dotychczas zjadliwą porcją emocjonalnych szturchańców:

– Co myślałaś, żeś taka mądra, myślałaś, że dostaniesz się na studia? – to mama.

– Za głupia jesteś, żeby się uczyć, idź szukać pracy, bo jesteś dorosła, musisz zarabiać na siebie, chyba nie myślisz, że my będziemy cię utrzymywali przez całe życie – to tato, który w swoim życiu pracował raptem przez dwa sezony. Potem i przedtem cały czas symulował chorobę.

Skąd wiem, że symulował? Zginął w wypadku, kiedy miał osiemdziesiąt pięć lat, a serce miał jak dzwon!

Sąsiadka, jedyna przyjazna mi osoba, nie wierząc, że się nie dostałam na studia, 30 września zadzwoniła do dziekanatu i podając się za moją mamę, dowiedziała się nie tylko, że się dostałam, lecz także że przyznano mi akademik i stypendium. Chciałam całować Pana Boga po nogach! Udało się tylko wycałować sąsiadkę. Całą noc szyła mi sukienkę, żebym miała w czym pojechać do Wrocławia, bo moja garderoba była żenująca. Rzuciłam pracę na poczcie, którą miałam zacząć następnego dnia, ubrałam się w nową sukienkę, zapakowałam to, co nadawało się do ubrania, pożyczyłam (tak, pożyczyłam, nie dostałam!) od taty pięćdziesiąt złotych i ruszyłam ku mojej przygodzie.

Pieniądze zarobione podczas wakacji i znaleziona w kieszeni sukienki stóweczka od sąsiadki pozwoliły przeżyć mi pierwszy miesiąc. Potem przyszło stypendium, a po pierwszym semestrze również naukowe. Na czwartym i piątym roku doszło fundowane ze szpitala, w którym zresztą pracuję do dziś. Tylko Paweł, mój obecny mąż, wie, jak bardzo ciężko musiałam pracować, aby to wszystko osiągnąć. On był w podobnej sytuacji, a nie wiem, czy nie gorszej, bo jego rodzice pili. Pili i bili. Obydwoje. Musiał całe życie, od najmłodszych lat, walczyć o siebie i młodsze rodzeństwo. Medycyna kusiła go dobrymi zarobkami. Dobrze się stało, że ją wybrał, jest świetnym lekarzem o wspaniałej intuicji. To, co robi, jest nim, a on jest tym, co robi. Genialna harmonia!

Podziwiam go, trochę mu zazdroszczę, szanuję go jako fachowca. Mogłabym go polecić każdemu. Z zawiązanymi oczami!

Jaki jest z niego mąż?

No cóż... Mogę powiedzieć, że dobry. Finansowo dba o rodzinę, niczego nam nie brakuje, nie pije, nie podniósł nigdy na nikogo ręki...

No tak...

Właściwie to chyba nie zastanawiałam się, jakim jest mężem, ojcem, partnerem, wcześniej chłopakiem.

Tak, jak mówiłam, byliśmy sobie przeznaczeni – dwoje kujonów, biedaków, wydrapańców, outsiderów. Wtedy, gdy wszyscy szli na dyskotekę, ja szłam również do dyskoteki, ale do pracy jako kelnerka, a on na dworzec towarowy rozładowywać wagony. Razem było taniej żyć, więc zamieszkaliśmy w jednym pokoju. Którejś nocy wypiłam w pracy trochę za dużo. Nic nie powiedział, tylko te smutne oczy krzyczały: dlaczego?. Taki już jest – nie podniesie głosu, ale i nie cieszy się pełną piersią. Do dziś cierpi – klasyczny DDA – Dorosłe Dziecko Alkoholików. Żal mi jego, żal mi siebie, żal mi czasami naszych dzieci, bo pewnie przekazujemy im swoje doświadczenia, skrypty z dzieciństwa, chociaż bardzo staramy się tego nie robić. Godziny terapii robią swoje, mam nadzieję. Terapeutka powiedziała, że mamy problem z okazywaniem uczuć i ich wyrażaniem. Pewnie ma rację, ale to takie trudne.

Chociaż stało się łatwiejsze wraz z przybyciem na świat Adasia. Pojawił się niespodziewanie, co zmusiło nas do małżeństwa jeszcze podczas studiów. Koledzy z roku śmiali się, że dwoje medyków i taka wpadka. Im do głowy nie przyszło, żeby oszczędzać na antykoncepcji, my myśleliśmy, że nam się uda.

Myślałam, że świat mi się zawali.

Dziś wiem, że się udało, bo pojawił się Adaś. Ktoś, kogo się bałam, bo nie chciałam mojemu dziecku zapewnić dzieciństwa, jakie mieli jego matka czy ojciec. Marzyłam o jego szczęśliwym dorastaniu i obawiałam się, że nie podołam. Myślę, że jednak podołałam, chociaż tylko ja i moja terapeutka wiemy, ile mnie to kosztowało. On, mam nadzieję, nie wie o tym. Studiuje na politechnice, robi to, co chce, nie musi nocami rozładowywać wagonów jak jego ojciec. Pracuje czasowo tylko dlatego, że chce. Myśli, że łatwiej będzie mu dostać stałą pracę, jeśli pochwali się doświadczeniem zawodowym.

To on, to mój syn nauczył mnie, jak przytulić się do drugiego człowieka, jak przeżywać radość, a nie tylko lęk, jak dawać i brać. Nauczył mnie, jak to jest, kiedy wracasz do domu, a jest tam ktoś, kto cię kocha miłością bezwarunkową. Kto gramoli się na twoje kolana, brudzi cię słodką i klejącą od lodów rączką, a ty nie odpychasz go ze wstrętem, tylko pomagasz mu zlizywać pyszną masę. Zaczęłam wierzyć w Boga, że potrafi w swej mądrości wyrównać poziom miłości w człowieku. Kiedy zapukała do nas Kasia, wiedziałam, że jestem gotowa na macierzyństwo. To dlatego wybrałam pediatrię, żeby teraz wszystkim dzieciakom dać to, co najlepsze...

No cóż, praca w służbie zdrowia niestety nie wygląda tak idealnie.

A Paweł i ja? Jak nam jest ze sobą?

Cóż, ciekawe pytanie... Bez uniesień, bez szaleństw, bez zdrad. Ot, poprawny związek dwojga odpowiedzialnych ludzi. Stabilny i nudny.

Aż do tamtego dnia...

AGATA

14 PAŹDZIERNIKA, DZIEŃ NAUCZYCIELA

Co zajmuje moje myśli?

Przede wszystkim to, że muszę ostro docisnąć w pedały. Koniec października, szybko robi się ciemno, a dziś szczególnie nieprzyjemny dzień. Popaduje co chwila, jestem przemoczona do suchej nitki, zarówno od deszczu, jak i od tego, że ortalionowa kurtka przeciwdeszczowa przylega do ciała i jestem kompletnie spocona. Ale nic to, muszę się pospieszyć. Może jeszcze uda mi się zastać Norberta, zanim wyjedzie w trasę. Jeśli nie zdążę, zobaczymy się prawdopodobnie dopiero za dwa tygodnie. I to nie wiadomo na pewno, zależy, jak mu się powiedzie na granicach. Różnie bywa, szczególnie kiedy wybiera się na wschód. A tym razem właśnie jedzie na Ukrainę, a potem Rosja i Białoruś. W tym momencie to jeszcze trudne strony dla tirowców. Zawsze się o niego boję, kiedy rusza w trasę. To takie niebezpieczne, zdarzają się nawet porwania i morderstwa tylko po to, by ukraść towar. Ale on nie zrezygnuje – to jego życie.

Włączyłam lampki przy kierownicy i pod siodełkiem. Parszywa pogoda, mroczno, a ja mam jeszcze około trzech kilometrów do granic miasta. Najgorszy odcinek, droga kręta, porośnięta z obydwu stron starodrzewem, pobocze fatalne i do tego niemałe kałuże po niedawnej ulewie. Chyba powinnam już zrezygnować z dojeżdżania rowerem do pracy, bo i rano, i wieczorem jest ciemno, szczególnie teraz, po zmianie czasu na zimowy, bardzo szybko zmierzcha. Dotrwam do końca października i przerzucę się na autobus. Szkoda mi trochę kasy na miesięczny, ale nie da się już dłużej oszczędzać. Kurczę, jak pomyślę, że sezon grzewczy się już zaczął i rachunki pójdą w górę, robi mi się gorąco. Wszystko na mojej głowie. Norbert ani myśli się dołożyć. W końcu to moje mieszkanie.

Ano właśnie, Norbert...

Wczoraj nie najlepiej skończył się nam dzień...

– No, co się kurwa czepiasz? Nawet piwa nie mogę się napić? Za swoje piję! – podniesionym głosem bronił swoich przyzwyczajeń – a ty to może lepsza? Wielka pani nauczycielka, a szlaja się z każdym, kto się trafi!

– Ani mi się waż tak do mnie mówić! – krzyczałam, broniąc swojej nadwątlonej reputacji. Nie zwracałam uwagi na sąsiadów. – Całe dnie pracuję, żeby utrzymać mieszkanie, a ty nawet grosza nie dokładasz do wspólnej kasy!

– Jakiej wspólnej kasy, kobieto? My nie mamy żadnej wspólnej kasy i nigdy nie będziemy mieli. – Niestety mówił prawdę, brutalną prawdę. – Ja nie zamierzam ciebie utrzymywać, mnie nie interesuje domowe gniazdko. Wiedziałaś, jaki jestem, i nie mam ochoty tego zmieniać.

– Jeśli coś nie pasuje, spadam. Takich jak ty, wywłoko, znajdzie się niejedna – dobijał mnie. – Europa duża, wszędzie są zgrabne ciałka, mogę mieć każdą, nie muszę męczyć się z tobą! – Fakt, był niemożliwie przystojny i niewiele musiał się wysilać, a dziewczyny wskakiwały mu ochoczo do łóżka.

– Norbert, no co ty? – Chwyciłam się ostatniej deski ratunku. – Ale z kim będzie ci tak dobrze? – To było zdecydowanie żebranie. Koszmarne, upokarzające błaganie. Ale tyle razy skutkowało.

– No dobrze. Chodź do mnie, to długo mnie jeszcze będziesz pamiętać, tak ci dogodzę, maleńka... – łagodniał, błądząc rękami wokół rozporka. – To fakt, że z żadną nie jest mi tak dobrze jak z tobą, a wiesz, że w każdym porcie mam dziewczynę. Żadna mi się nie oprze, ale tylko ty tak mi robisz, że wszystko ci wybaczam. Nawet te chamskie pyskówki. – No chodź tu. – Pociągnął mnie do siebie brutalnie i tak właśnie się kochaliśmy – brutalnie, zwierzęco, bez zahamowań.

Tak zwykle kończyły się nasze kłótnie, które czasami prowokowaliśmy, taka perwersyjna gra wstępna. Niech ją jasna pogoda! Nie zawsze kończyło się tylko seksem, nieraz przychodziłam do pracy w ciemnych okularach, dziewczynom nawet nie próbowałam tłumaczyć, że spadłam ze schodów. I tak byłam już wystarczająco upokorzona. Ale nie potrafiłam żyć bez niego, nie potrafiłam też żyć z nim. Szach i mat!

To koszmar jakiś!

To dlaczego w takim razie jestem z nim?

Potrafił być również taki dobry, kochany, pomocny. Z wyjazdów przywoził butelkę dobrego wina, muszelkę znad morza, szyszkę sosnową z Francji, zasuszony kwiat z Hiszpanii. Co w nim jest – nie wiem. Tyle samo dobra, co i zła. Przyzwyczaiłam się już do niektórych jego zachowań, jeśli można przyzwyczaić się do bycia traktowaną jak ostatnie nic, a równocześnie jak księżniczka ze snów.

Aż któregoś dnia Piotruś ze starszaków popatrzył na moje okulary i powiedział smutnym głosem:

– Mąż panią pobił?

Cholera, cholera, cholera!!!

Kurwa, kurwa, kurwa!!!

Wybiegłam z sali i wyłam w toalecie. Łzy ciekły mi ciurkiem, a ja nie mogłam się opanować. Smarkałam w papier toaletowy i nic nie pomagało, płakałam nad losem moim, Piotrusia i jego mamy. A najbardziej nad dzieckiem, które wiedziało tak dużo. Wiedziało, bo widziało tak dużo. Ile razy musiał być świadkiem takich scen, ile razy sam musiał uciekać z domu albo bronić własnej matki przed takim...Norbertem jak mój? Płakałam nad sobą, dlaczego to mnie spotkało i dlaczego nic z tym nie robię. Dla siebie, dla Piotrusia i jego mamy. Dla innych mam, o których nie wiem, a przecież powinnam im pomóc. Nie pomogę, jeśli sama nie będę miała siły z tym walczyć. Jeśli sama nie wywinę się z tej spirali przemocy w moim domu.

Tak, powinnam coś z tym zrobić, ale nie tak dawno jak wczoraj znów pozwoliłam się poniżyć. Nie, tak dłużej być nie może! Płakałam z wściekłości. Łzy jak groch pociekły mi po twarzy i mocniej jeszcze przycisnęłam pedały. To jest mój dom i ty do niego już nie wrócisz. Nigdy! Znów będę sama – tylko ja i moja muzyka. Znów będę walić w bębny, żeby rozładować złość, ale nie mogę pozwolić na kolejny atak, na kolejne upodlenie.

Muszę być wolna, muszę, muszę, muszę!

Parszywa pogoda, pada coraz mocniej, a ja widzę coraz mniej. Spodnie mokre, buty zachlapane błotem z kałuż. Pogoda wspiera mnie mocno w moim bólu. Na pewno tego wszystkiego nie musi przerabiać ten gościu, który często mija mnie białym terenowym porsche. Co za pedalstwo – białe porsche i do tego terenowe! I jeszcze pewnie ma cieplutko, klima, muzyczka, mięciutkie skórzane fotele i pysznie mruczący silniczek, a w domciu żoneczka czeka z ciepłą kolacyjką. Oczywiście dzieciaczki – najlepiej parka – dziewczynka i chłopczyk, ładnie ubrane odrabiające lekcje i czekające na tatusia. W nogach leży drogi kot i niemniej drogi pies. Takie rasowe, żeby nie było!

Nie cierpię go!

Nienawidzę faceta, który ma wszystko, czego nie mam ja!

Tuż obok mnie przejechał samochód. Osobówka.

– Tak, chamie, oczywiście ochlap mnie, tylko tego mi jeszcze dziś brakuje! – wyzywałam w myśli prostaka, który odjechał, nie robiąc sobie zupełnie nic z tego, że zachlapał rowerzystę. Co za chamstwo i prymityw. I kierowcy samochodów, i władze lokalne mają nas za nic. Dokładnie tak samo jak mój Norbert. Dla niego też jestem niczym.

No nie! Jeszcze burza, tego chyba już wystarczy dla mnie jednej.

Nie, nie, to jednak nie burza, ten łomoczący dźwięk to chyba wyładowana po brzegi ciężarówka. Bardzo szybko się zbliża. Lepiej trochę zjadę, bo ten to mnie pewnie ochlapie całkowicie.

Kurczę, już nie zdążę, słyszę, jak błyskawicznie wyłania się zza zakrętu, ochlapie mnie jak nic.

Jest coraz bliżej, już czuję jego pęd tuż obok mnie.

O kurwaaaaaaaaaaa!

IGA

14 PAŹDZIERNIKA

Co właściwie sobie wtedy myślałam?

Wkurzyłam się na siebie. Znów dałam się podpuścić jakiemuś Audi i urządziliśmy sobie ściganki na drodze. Kurczę, stara baba jestem, jak ja mogę pozwolić sobie na takie gówniarskie zachowanie. Rozum mówi: Masz sportowe auto nie po to, by się wpuszczać w niebezpieczne sytuacje, a adrenalina wypełnia mnie w całości i 120... 140 na liczniku po zakrętach. Jeszcze w dodatku wieczorem, kiedy niewiele widać. Nie, nie, nie powinnam tak robić! Kobieta na odpowiedzialnym stanowisku, matka dzieciom, ordynator oddziału dziecięcego dająca się wmanewrować w wyścigi uliczne. Co za brak odpowiedzialności!

Ale tak mnie to kręci! Szczególnie kiedy w radiu puszczą dobrą muzyczkę, poddaję się jej rytmowi i niesie mnie. Rzut oka na licznik i...

Na szczęście w odpowiednim momencie wycofałam się. Chyba mój Anioł Stróż zesłał na mnie opamiętanie. Dzięki mu za to, bo nie wiem, jak by to się skończyło,

Zwolniłam i spokojnie już prowadząc, przez ostatnie dziesięć kilometrów jechałam zgodnie z przepisami, szczególnie że droga ze szpitala jest bardzo kręta, obsadzona starymi drzewami, a po prawej stronie ciągnie się kompleks rybnych stawów hodowlanych. Pełna koncentracja. Często wkurzają mnie turyści na nizinnych numerach, którzy jeżdżą dwadzieścia na godzinę albo wręcz przeciwnie, gnają, jakby byli u siebie na równinach. I jedni, i drudzy stwarzają zagrożenie.

Dokładnie tak jak ten kierowca wanienki – ciężarówki przewożącej złom. Jechał w ten jesienny wieczór zdecydowanie za szybko. Zobaczyłam go we wstecznym lusterku, lekko zjechałam w kierunku pobocza, nie wiedząc, czy przypadkiem nie jest pijany, bo trzeźwy kierowca ciężarówki nie gnałby jak szalony po takich zakrętach. I wtedy zobaczyłam tylne światełko roweru. Tak, to była pora, kiedy moja znajoma-nieznajoma wracała z pracy. Żeby tylko ten wariat nie zrobił jej krzywdy. Dlaczego ta szalona dziewczyna jeździ jeszcze o tak późnej porze, teraz gdy dzień kończy się bardzo wcześnie? Przecież to takie niebezpieczne, gdy na drodze znajdą się tacy idioci jak my. Tak, ja też jestem w gronie piratów drogowych, chociaż zdarza mi się to coraz rzadziej. Ale jeszcze przed kilkoma minutami gnałam podpuszczona przez jakiegoś gówniarza.

Teraz ta ciężarówka, która właśnie mnie wyprzedza mimo podwójnej ciągłej. Parszywe uczucie nadchodzącego nieszczęścia wręcz mnie paraliżowało. Poczułam dziki strach o osobę na rowerze. Nie wiedziałam, kto to jest, ale czułam, że coś muszę zrobić.

Ale co?

Muszę zgłosić na policję nieodpowiedzialne zachowanie kierowcy ciężarówki, bo jeszcze kogoś potrąci. Przeczytałam nazwę firmy na tylnej klapie, nie bawiłam się w numery rejestracyjne, nie zapamiętałabym ich w tym stresie. Zobaczyłam tylko, że są z Górnego Śląska. Automatycznie wybierałam numer alarmowy zakodowany w kierownicy, wtedy zbliżyłam się do rowerzysty. Ciężarówka minęła go dosłownie o centymetry, ale szczęśliwie nie robiąc mu krzywdy. Mężczyzna, bo był to na szczęście mężczyzna, w kolarskim stroju sportowca lekko stracił równowagę, ale z wprawą przywrócił właściwy rytm roweru.

Odetchnęłam.

– Nieźle się nakręciłam – powiedziałam do siebie.

Ale postanowiłam mimo wszystko powiadomić o piractwie drogowym. Szczególnie że właśnie zgłosił się wybierany numer.

– Słucham, Komenda Policji w Jeleniej Górze, starszy aspirant Grzegorz Ropierz, czym mogę służyć? – W głośnikach samochodu usłyszałam rutynowo brzmiący głos.

– Chciałam zgłosić pirackie zachowanie kierowcy ciężarówki, podążającej w kierunku miasta od strony Podgórzyna – zaczęłam spokojnym tonem.

– O kurwa! On jednak kogoś potrącił, rowerzystę, odjechał bez zatrzymania się! – krzyknęłam do telefonu.

– Co się stało? Proszę powiedzieć, gdzie pani jest. Co tam się dzieje? – głośniej już i mniej rutynowo zareagował policjant.

– Tu doktor Iga Ubierska ze szpitala w Kowarach – przybrałam profesjonalny ton. – Zatrzymuję samochód, biorę torbę lekarską i udaję się do potrąconego rowerzysty. Proszę się nie rozłączać. Jeśli sytuacja będzie niebezpieczna, przekażę panu ustny raport. – Złapałam z tylnego siedzenia moją torbę, komórkę i podbiegłam do leżącego na poboczu rowerzysty.

– Nie podnosi się, nie wykonuje żadnych ruchów. Przypuszczam, że będzie konieczna karetka pogotowia. Jestem około dwóch kilometrów do granicy miasta. Znak charakterystyczny – białe terenowe porsche na światłach awaryjnych. Po wstępnych oględzinach dam znać.

W mgnieniu oka opanowałam się. Każdy z nas brał dyżury na pogotowiu, szczególnie na początku swojej kariery. Te grosze mocno reperowały pustą kieszeń stażysty czy młodego lekarza. Zyskiwało się również spore doświadczenie. Dawno już nie musiałam tak ciężko pracować – aktualnie robią to głównie ratownicy medyczni, ale pewne nawyki pozostały mi do dziś.

– Czy jakoś pomóc? – Usłyszałam zasapany męski głos. To rowerzysta zdążył dojechać do miejsca wypadku.

– Tak, proszę przekazać policji dane ciężarówki, która potrąciła pana kolegę – poleciłam.

– Dobrze, ale to chyba nie mój kolega, jechałem sam. Myślę, że to nikt z mojego klubu, ale się przekonajmy. W razie czego mogę pomóc, przeszedłem przeszkolenie z pierwszej pomocy. To u nas obowiązkowe. Ma pani trójkąt ostrzegawczy? Zabezpieczę miejsce wypadku.

– Tak, w bagażniku. – Kliknęłam kluczykami, otwierając bagażnik samochodu. – Okay, on się nadal nie rusza, podchodzę do niego – raportowałam przez telefon.

I wtedy zmiękły mi nogi. Mnie, doświadczonemu lekarzowi! Na poboczu w bezładnej pozycji leżała dziewczyna, którą regularnie mijałam. To ona – moja znajoma-nieznajoma.

– Czy już pan zawiadomił pogotowie? Karetka potrzebna natychmiast! – krzyknęłam do telefonu. Przestałam się już przejmować, czy karetka jest potrzebna czy nie. Jakoś się z tego wytłumaczę, jeśli wezwałam ją bez uzasadnienia. Trudno, zapłacę, ale tej dziewczynie nic nie może się stać. Ona musi żyć!

Uspokój się, bo inaczej jej nie pomożesz. – W myślach dyscyplinowałam siebie.

– Tak, już jedzie, powinna być nie później niż za osiem do dziesięciu minut. Jedzie niestety z drugiej strony miasta – odpowiedział starszy aspirant.

– Dobrze, rozłączam się i przystępuję do czynności resuscytacyjnych – odpowiedziałam i rozłączyłam się, nie czekając już na odpowiedź.

– Pomoże mi pan?! – bardziej rozkazałam, niż zapytałam.

– Oczywiście – odpowiedział kolarz. – Mam na imię Robert.

– Ja – doktor Iga Ubierska.

– Przekazałem informacje o ciężarówce. Bydlak nawet się nie zatrzymał, mnie też o mały włos byłby potrącił. Będę zeznawał, jak przyjedzie policja – rzucił Robert już podczas oględzin rowerzystki.

Pracowaliśmy wspólnie, ratując dziewczynę. Nie wyglądała zbyt dobrze. Prawdopodobnie kierowca zaczepił o rower rozpędzoną przyczepą, którą musiało zarzucić na zakręcie. On mógł nawet nie poczuć, że potrącił dziewczynę, która z rozbitą głową, najprawdopodobniej połamanymi żebrami i złamaną nogą wpadła do rowu. Gdybym jej nie zobaczyła, mogłaby w nim pozostać aż do rana, ukryta w mroku nocy, nieprzytomna i wyziębiona.

Akcję utrudniała nam coraz mocniej gęstniejąca jesienna wieczorna ciemność. Włączone długie światła mojego samochodu tylko trochę poprawiły widoczność.

Zaczynała reagować, kiedy nadjechała karetka. Poprosiłam, żeby zawieźli ją na oddział ratunkowy w moim szpitalu. Chciałam ją mieć na oku.

Tak też się stało.

Dlaczego to zrobiłam? Dlaczego postąpiłam tak nieprofesjonalnie?

Nie wiem.

A może inaczej – dziś już wiem, ale wtedy jeszcze nie wiedziałam.

Wtedy tylko czułam, że muszę tak postąpić.

Ale chyba jeszcze nie przeczuwałam, jakie to może przynieść skutki... dla mnie, dla niej, dla nas wszystkich...

IGA

15 PAŹDZIERNIKA

Czy ta dziewczyna z wypadku to moja znajoma?

– Nie, nie znam jej, czasami tylko mijałam ją po drodze do pracy. Jeździła rowerem zwykle o tej samej porze co ja. To po prostu zbieg okoliczności – odpowiedziałam mojemu koledze z chirurgii – ale ciekawa jestem, co u niej.

– Myślałem, że się znacie, bo tyle czasu spędziłaś przy jej łóżku – odparł trafnie Andrzej.

– Niecodziennie widzisz, kiedy jakaś podpita menda potrąca bogu ducha winnego rowerzystę! – tłumaczyłam nietypową sytuację. – Wiesz, jakoś to inaczej, kiedy przyprowadzają ci dziecko na oddział albo nawet karetką jedziesz do czegoś, co już się zdarzyło, a ja byłam w samym środku wydarzeń, czuję, jakbym je nawet swoją paniką wywołała. Boisz się, że coś złego się zdarzy, i to właśnie się dzieje. To takie nienaturalne, nieracjonalne, można powiedzieć intuicyjne, babskie jakieś.

– No przecież jesteś babą i masz prawo do intuicji – ciągnął Andrzej – zapytałem, czy to twoja znajoma, bo niestety nikt nic o niej nie wie. Policja poszukuje kogoś bliskiego. Dzwonili na najczęściej wybierany numer w komórce, jakiś Norbi, ale się nie odzywa, a ICE nieopisane. Zostawili mu wiadomość, może się skontaktuje. Niestety, oprócz licznych stłuczeń, złamanej nogi, wstrząśnienia mózgu i pękniętego żebra dopatrzyliśmy się starych śladów po potłuczeniu, a nawet i pobiciu. Nie wiadomo, czy to ten Norbi, czy spadła ze schodów. W historii choroby nie ma odnotowanych wizyt u jakiegokolwiek lekarza, jeśli o to chodzi, więc raczej pobicie w domu. Nie poszła z tym do lekarza, bo nie miała odwagi się przyznać.

– Jak się zbudzi, szpitalny psycholog będzie musiała z nią porozmawiać. I pracownik socjalny też – zaproponowałam. – U mnie na oddziale muszę ich czasami wzywać, kiedy rodzice przynoszą dzieci, które spadły ze schodów. Nie ma we mnie zrozumienia dla rodziców bijących dzieci! Facet bijący kobietę też nie powinien uniknąć kary. To dupek i gnida. Jak można podnieść rękę na słabszego!

Czułam, jak się zagotowałam. Znów wróciło dzieciństwo. I młodość. Dostawałam jeszcze jako nastolatka, a może nawet wtedy więcej, bo podobno strasznie denerwowałam mojego ojca. Ciężką miał łapę. Aż do chwili, kiedy po ciosie w twarz spojrzałam na niego hardo i zacisnęłam pięści, gotowa do bicia. Wystraszył się nie na żarty i natychmiast wyszedł z mojego pokoju. Nie dostałam już nigdy więcej. A ja krok po kroku zaczęłam zyskiwać pewność siebie i wewnętrzną moc. Zaczęłam się wydrapywać. Aż się wydrapałam. Dziś jestem tu, gdzie jestem, i być może jestem winna coś tym, którzy nie potrafią obronić się sami.

Nie, niczego nie jestem winna! Nie było w tym mojej winy. Byłam dzieckiem i wolno mi było popełniać błędy. Wolno mi było okazywać złe emocje, kiedy nikt nie nauczył mnie, jak okazywać dobre. Wieczne awantury, zdrady ojca, depresje matki i całe zło przelane na mnie – zazdrość o sukcesy w szkole okazywana przez dorosłych ludzi, przez rodziców! Kto byłby w stanie pomyśleć, że rodzice mogą życzyć wszystkiego najgorszego własnemu dziecku? Krwi z krwi, kości z kości. Ale postawiłam na swoim – skończyłam ogólniak, a nie jak sobie wymyślili, kucharską zawodówkę, poszłam na studia, dziś jestem wziętym lekarzem, specjalistą drugiego stopnia, ordynatorem. Kochałam ich miłością ślepą, kochałam kogoś, kto nigdy nie istniał – wizerunek, obraz, marzenie o własnych rodzicach. Nie byłam w domu dziecka, ale tak jak sieroty wymyśliłam sobie kogoś, kto mnie kocha, poświęca dla mnie wszystko, cieszy się z dobrych ocen, wspiera mnie w trudnych chwilach. Nikt taki nie istniał. No może poza sąsiadką, która po kryjomu karmiła mnie i szyła białe bluzki i czarne spódnice, żebym mogła wystąpić w konkursach, bo mojej mamie to nie wydawało się istotne. Myślała tylko o sobie, a ojciec o kolejnym podboju. Ja mogłam nie istnieć.

Teraz staram się żyć inaczej – nigdy nie uderzyłam moich dzieci, staram się im tłumaczyć, co jest dobre, a co złe, a w nauce wspieram, motywuję, pokazuję drogę. No i jeszcze jedno – robię wszystko, żeby nie doznać już nigdy więcej biedy i żeby nikomu nie przyszło do głowy, że kiedyś przez to wszystko przeszłam. Wiem, że mówią o mnie, że jestem zimna i niekontaktowa. Ale taka muszę być, taka jest moja skorupa, a jeśli pęknie, mogłoby wylać się ze mnie wszystko. Cały ból dzieciństwa, niemoc miłości, zawiść wobec tych, którzy nie musieli tak walczyć o najprostszą rzecz i ciche, nigdy do końca niewykrzyczane cierpienie.

A teraz ta dziewczyna. Ktoś ją skrzywdził, ktoś podniósł na nią rękę, ktoś ją potrącił i odjechał, uciekł z miejsca wypadku. Na szczęście namierzyli go, dzięki temu, że zgłosiliśmy, kto był sprawcą. Spędzi trochę czasu w więzieniu. Był pijany. Jak można usiąść za kierownicą samochodu, wypiwszy choćby piwo? Nie mieści mi się to w głowie!

Zajmę się nią, zadbam o to, żeby winny zapłacił za swoje. Takie powzięłam postanowienie, a ja, kiedy już postanowię, to toczę się jak kula śniegowa. Nic i nikt mnie nie powstrzyma.