Coś w tej ciszy dzisiejszego popołudnia drażniło mnie bardziej niż zwykle. Może to przez mgłę, która zawisła nad Seattle jak przezroczysta kotara, a może przez wiadomość od Wyatta, która przyszła po jego wizycie w klinice. Mój przyjaciel nigdy nie dramatyzował. Jeśli pisał, że boli, to znaczyło, że było naprawdę źle.
Prędko dojechałem pod apartament, który jego agencja wynajęła mu na czas rehabilitacji. Nowe miejsce, nowe ściany, które nie należały do nikogo. Idealne, by nie przyzwyczajać się zbyt mocno - ani do porażki, ani do pobytu w tym miejscu.
Zapukałem dwa razy. Drzwi otworzyły się niemal od razu.
- Oho, Złoty Chłopiec we własnej osobie - rzucił Wyatt z kpiącym uśmiechem, unosząc brew. - Przyniosłeś kwiaty? Czekoladki? Kartkę z napisem "wracaj szybko do zdrowia"? Może chociaż baloniki?
- Tylko siebie - odpowiedziałem, wchodząc do środka. - Ale uznajmy, że to więcej niż wystarczające. Ewentualnie prezerwatywy. Jak nadmuchasz, to będą balony - dodałem z zuchwałym uśmiechem.
Apartament był schludny, trochę bezosobowy, jak wszystkie tymczasowe miejsca, w których nie planuje się zostawać na dłużej. Na stole leżały papiery z kliniki, butelka wody i torba z lodem. A raczej wodą. Wyatt miał na sobie luźną bluzę z kapturem i dresy, które wyglądały na nowe. Lewe ramię miał lekko uniesione i otulone miękką ortezą.
Spojrzał na mnie z tym swoim półuśmiechem, który znałem od dziecka. Dokładnie od dnia, kiedy pobiliśmy się w piątej klasie, bo nazwał mnie paniczykiem z wielkim podwórkiem, a ja go uderzyłem za to, że śmiał mówić o mnie z kpiną.
- Zawsze wiesz, jak poprawić mi humor - odpowiedział, gestem dłoni wskazując fotel. - Usiądź, ale nie wkurwiaj mnie bardziej, niż już jestem.
Rozłożyłem się nonszalancko i rozparłem ramiona na oparciu obszernego fotela. Mój bark jeszcze lekko ćmił po niedzielnym starciu, ale to nic, co zasługiwało na więcej niż tabletki i trochę rozciągania.
- I jak? - zapytałem, zerkając na jego ramię.
- Jak po wojnie. - Przeszedł ostrożnie w stronę kanapy, po czym usiadł, sapiąc pod nosem i z brakiem cierpliwości wypisanym na twarzy. - Miałem konsultację z kobietą, która mogłaby prowadzić zajęcia z lodowatego profesjonalizmu. Nie wpadła w zachwyt, kiedy usłyszała moje nazwisko. To chyba był pierwszy raz od lat, kiedy ktoś patrzył na mnie, jakbym był po prostu przypadkiem medycznym.
- Może dlatego właśnie ją tam zatrudnili. Ktoś musi cię uziemić.
- Ona nie tylko uziemia. Ona wbija człowieka w glebę jak kołek. Ale wie, co robi. - Wyatt wzruszył zdrowym ramieniem. - Alex nas przyzwyczaił - przypomniał niespodziewanie.
- Pamiętasz, jak darł się na nas przy treningu z drabiną koordynacyjną? Dopóki się nie potkniesz, nie uczysz się niczego - przytoczyłem jego słowa.
- A potem ja się potknąłem i rozwaliłem sobie łuk brwiowy. Przez jego genialne ćwiczenia z zamkniętymi oczami - zaśmiał się.
Uśmiechnąłem się szeroko. Alex był nie tylko moim wujkiem, ale też mentorem. Znałem jego krzyki, jego wiarę, jego wieczne "jeszcze raz, jeszcze raz, jeszcze raz". Wyatt znał je równie dobrze.
- Jak się czujesz? Serio - spytałem, tym razem z pełną powagą.
Przez moment z jego twarzy zniknął uśmiech.
- Mam ochotę wyjść z siebie i stanąć obok. Wiesz, że byłem w najlepszej formie od lat. A teraz? Nie mogę sam zawiązać buta. I nie chodzi tylko o ból. Chodzi o to, że czuję się bezużyteczny. Jakby wszystko, co robiłem przez ostatnie miesiące, po prostu się zresetowało.
To nie był typ rozmowy, którą można zbyć "dasz radę" albo "to minie". Znałem to uczucie. Było we mnie gdzieś głęboko - to przerażające drżenie, że jeśli świat, który zbudowałeś, runie, to nic nie zostanie.
- Zresetowało? Może tak, ale twoje ciało to nie komputer. Wciąż pamięta. Pamięta każdy ból, każdy sprint, każdą godzinę spędzoną na boisku. - Wzruszyłem ramionami. - Zaczynasz od innego punktu, ale nie od zera.
Wyatt patrzył na mnie długo.
- Ty nigdy nie pozwalasz nikomu się rozpaść, co? Nawet kiedy sam jesteś w rozsypce.
Zamilkłem. Nie chciałem rozmawiać o sobie. Nie dzisiaj.
- Nie jestem od tego, żebyś się rozsypał. Jestem od tego, żebyś pamiętał, że masz dla kogo się pozbierać - spojrzałem mu w oczy. - A ja jestem jednym z tych "dla kogo".
- Wiem - przyznał. - Dlatego to właśnie do ciebie napisałem.
Siedzieliśmy tak jeszcze przez godzinę. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym - o meczu sprzed tygodnia, o Aleksie, który ostatnio próbował uprawiać winorośl w ogrodzie, jakby był we Francji, a nie w deszczowym stanie Waszyngton.
Kiedy wychodziłem, Wyatt odprowadził mnie do drzwi, ledwo ukrywając ból przy każdym kroku.
- Jutro masz terapię? - zapytałem.
- Tak. I zamierzam słuchać pani doktor, jakbym był w wojsku. - Uśmiechnął się krzywo. - Może mnie nie zabije.
- Jeszcze jesteś potrzebny, więc warto nie dać się zabić.
Zszedłem po schodach wolniej niż zwykle. Nie dlatego, że się nie spieszyłem, ale dlatego, że czułem w sobie ciężar. Taki, który znałem aż za dobrze.
Ciężar oczekiwań. Ciężar lęku. Ciężar świadomości, że sukces jest niczym, jeśli nie masz z kim go dzielić, a porażka... porażka boli mniej, kiedy ktoś siedzi obok.
Dziś to ja siedziałem obok Wyatta.
Jutro... nie miałem pojęcia, kto usiądzie obok mnie.
Ale dopóki miałem wybór, nie zamierzałem zostawiać najbliższych samych w ciemności. A Wyatt był moim najlepszym przyjacielem.
***
Kolejny dzień był chłodny. Delikatne promienie słoneczne ledwie przeciskały się przez szarość chmur. Czerwiec w Seattle potrafił udawać październik. Albo na odwrót. Zmrużyłem oczy, opuszczając podziemny garaż, z którego zgarnąłem przyjaciela, a silnik mojego Chevroleta jęknął, jakby i on stawiał opór takiej aurze.
- Gotowy na powrót do piekła? - zapytałem, rzucając okiem na Wyatta, który z trudem zapinał pas. Ramię miał wciąż w ortezie, a jego twarz, choć próbował przywdziewać maskę, wyraźnie mówiła, że rozrywa go od środka.
- Powiedzmy, że jestem gotowy na spotkanie z najzimniejszą kobietą w całym stanie - mruknął. - Chociaż... z tym "zimna" to może przesadziłem. Bo urodą grzeje jak letni front.
- Serio? - Uniosłem brew, nie odrywając wzroku od drogi.
- Mówię ci, stary. Nie tylko wie, co robi. Ona wygląda, jakby wyszła prosto z włoskiego katalogu medycznego. Długie, kasztanowe loki, oczy w kolorze espresso i ten głos, który sprawia, że człowiek zapomina o spiętym bicepsie i rozwalonym barku, a napięcie pojawia mu się w innej części ciała.
Parsknąłem pod nosem, ale nie odpowiedziałem od razu. Wyatt miał tendencję do przesady, szczególnie jeśli chodziło o kobiety. A jeszcze bardziej, kiedy próbował zatuszować niepokój.
- Dalej udajesz, że się nie boisz?
- Nie udaję - odpowiedział po chwili ciszy. - Po prostu próbuję nie myśleć. Jak się zaczyna rozkładać na czynniki, to człowiek przestaje chodzić. A ja chcę biegać. I wrócić na boisko.
Zamilkłem. Znałem ten mechanizm. Też się go nauczyłem - zagłuszać myślenie działaniem. Wyciskać ciężary, zamiast analizować emocje. Biec szybciej, rzucać dalej, nie dopuszczać do siebie myśli, że ciało to nie maszyna.
Dojechaliśmy na miejsce szybciej, niż zakładałem. Klinika była nowoczesna, imponująca. Jakby miała być remedium na wszystkie problemy.
Zatrzymałem samochód, zgasiłem silnik i spojrzałem na Wyatta.
- Dasz radę.
- Wiem. - Odpiął pas z lekkim sykiem bólu. - Ale skoro już tu jestem, to zamierzam przynajmniej nacieszyć oczy.
- Daj spokój, chłopie.
- Co? Nie mam prawa do estetycznych zachwytów? Jesteś za młody, żeby być takim starym dziadem, Sorin.
Zaśmiałem się krótko i wysiadłem pierwszy. Czułem napięcie w karku. Nie moje. Jego. Ale chłonąłem je jak zawsze. Może dlatego byłem tym, który dźwigał za dwóch. Według takiej zasady żyłem: "Najpierw myśl o innych, potem o sobie. A najlepiej wcale".
Gdy przekroczyliśmy próg kliniki, Wyatt lekko się wyprostował, jakby próbował ukryć ból. Rejestratorka uśmiechnęła się na nasz widok. Znała jego nazwisko, nie tylko jako pacjenta, moje zapewne też.
- Dzień dobry, panie Bishop. Pani doktor za moment będzie gotowa. Proszę usiąść.
Zajął miejsce w jakimś żółtym fotelu. Ja stałem.
- Siadaj - rzucił do mnie. - Przecież nie masz dziś meczu.
- Nie umiem siedzieć, kiedy nie mam co robić.
- Ty nigdy nie umiesz niczego odpuścić. - Spojrzał na mnie uważnie. - Nawet dla swojego własnego zmęczenia.
Zacisnąłem dłonie na udach. Czasem za dobrze mnie odczytywał.
Drzwi otworzyły się kilka minut później. Najpierw usłyszałem głos - miękki, opanowany, z wyraźnym spokojem - jak u kogoś, kto panuje nad sytuacją.
- Panie Bishop, zapraszam.
A potem ją zobaczyłem.
I choć nie miałem zwyczaju zwracania uwagi na ludzi z powodu ich wyglądu, a już na pewno nie po pierwszym spojrzeniu na kogoś, coś jednak we mnie rozlało się ciepłem i dziwnym drżeniem.
Przede mną była niewysoka, zgrabna dziewczyna z ciemnymi, kasztanowymi lokami, które gdzieniegdzie przebłyskiwały miedzią, zebranymi w niedbały kok i ze spojrzeniem, które nie szukało aprobaty. Spokojna. Uważna. Nie za chłodna. Nie za ciepła. Jak harmonia między precyzją i profesjonalizmem a instynktem i emocjami.
Zerknęła tylko krótko w moją stronę, jakby sprawdzała, kto towarzyszy pacjentowi, ale nie zatrzymała na mnie wzroku.
I właśnie to było... inne.
Wyatt ruszył pierwszy, rzucając jeszcze przez ramię:
- A ty nie odchodź za daleko. Może będziesz musiał mnie wynieść, jeśli mnie znokautuje. Albo reanimować panią doktor, jeśli to ja zwalę ją z nóg.
Nie odpowiedziałem. Patrzyłem, jak znikają za drzwiami, a potem usiadłem tam, gdzie on siedział wcześniej. Opadłem na fotel z cichym westchnieniem.
Nie znałem tej kobiety. Nie wiedziałem nic o jej życiu, pracy, świecie. Ale była inna niż te, które mijałem na eventach, konferencjach i sesjach zdjęciowych. Nie szukała mojego spojrzenia. A jednak coś we mnie odnotowało jej obecność, jakby powietrze nagle zmieniło skład i gęstość. Jakby moje ciało, bardziej niż głowa, zarejestrowało, że oto pojawił się ktoś, kto niczego ode mnie nie chce.
Nie miałem prawa tego analizować. Byłem tylko wsparciem dla przyjaciela. Gościem w tym miejscu. Obserwatorem. Ale moja uwaga nie wróciła już tam, gdzie była wcześniej.
Nigdy nie lubiłem czekać. Zwłaszcza, gdy nie miałem kontroli nad tym, na co czekam. Wyatt był po drugiej stronie ściany, a ja miałem wrażenie, że czas wlókł się jak spacer przez lepkie błoto.
Przesunąłem palcami po papierowym kubku z kawą, którą kupiłem w automacie. Nie wiedziałem, dlaczego byłem aż tak napięty. Może to dlatego, że widok tej kobiety zostawił we mnie coś, co nie chciało się uspokoić. Jej głos. Jej spojrzenie. I włosy opadające z elegancją na jej ramiona. To był tylko detal. A jednak zapisał się w mojej głowie z dziwną dokładnością.
Stanąłem przy drzwiach gabinetu i jak szczeniak przystawiłem do nich ucho, chcąc usłyszeć choć ułamek tego, co mogło się tam dziać. Te otworzyły się nagle, przez co nie miałem szansy się odsunąć. Drobna postać wpadła na mnie z impetem. Zderzyliśmy się jak dwa niezsynchronizowane światy.
- Cholera - warknąłem, cofając się o krok. Kawa rozlała się między nami, a oprócz tego na jej jasnym fartuchu pojawiła się złocistobrązowa plama.
Kobieta znieruchomiała, ale zdawała się w ogóle nie być wytrącona z równowagi. Jakby nic nie było w stanie zaburzyć jej wewnętrznej harmonii.
- Naprawdę? - zapytała chłodno, nie podnosząc głosu.
Najpierw zerknęła na plamę na piersi, potem uniosła wzrok i spojrzała mi prosto w oczy. Jej źrenice były spokojne i nieugięte zarazem.
- Przynajmniej teraz wiem, że naprawdę jesteś równie gorąca co ta kawa - rzuciłem odruchowo.
Nie powinienem był tego mówić. Cholera, wiem, ale coś we mnie - jakiś durny odruch obronny, jakiś mechanizm rozbrajania napięcia - kazał mi wyskoczyć z tym głupim tekstem, jakbym próbował przykryć własne zawstydzenie i niezrozumiałe oszołomienie tą kobietą.
Jej ciemne, lodowate spojrzenie nie drgnęło.
- A ja przynajmniej wiem, że nie tylko na boisku masz refleks spóźniony o pół sekundy.
Poczułem, jak coś mnie ścina, choć nie z nerwów, a z uznania wobec tej kobiety. Bo nie każdy potrafił mi się odgryźć bez mrugnięcia okiem.
- Przepraszam. To był odruch. - Podniosłem ręce, cofając się jeszcze o krok. - Nie zamierzałem... znaczy, zamierzałem, ale to był idiotyczny żart. I zdecydowanie nie miałem zamiaru cię oblewać.
- Wie pan, panie Ashworth... - Złożyła ręce przed sobą, jakby układała myśl. - W tym budynku nie obowiązuje stadionowy regulamin. Ani ego, ani urok osobisty nie są przepustką do...
- Słusznie - przerwałem jej i skinąłem głową. - Przepraszam. Nie chciałem. Naprawdę. Nie jestem aż takim idiotą... przeważnie.
Spojrzała na mnie jeszcze przez moment, jakby oceniała, czy w tym zdaniu kryje się cień prawdy.
- Mogę się zrehabilitować. Może...
- Nie. - Tym razem to ona mi przerwała bez cienia uprzejmości. - Wystarczy, że rehabilituję ludzi w gabinecie. Poza nim nie mam na to czasu.
Potem bez słowa obróciła się na pięcie i zniknęła za rogiem. Zostałem sam, z papierowym kubkiem w dłoni i plamą poczucia winy gdzieś w środku.
- No to chyba mamy remis - powiedziałem pod nosem. Ale czułem, że przegrałem. I że chcę rewanżu.