Rozdział 3.
Słoiki schował do teczki, ale kawałek ocalonej kanapki nadal trzymał w prawej ręce. Podszedł bliżej. To była kobieta. Średniego wzrostu, szczupła. W chwili śmierci musiała mieć nie mniej niż trzydzieści i nie więcej niż sześćdziesiąt pięć lat. Nigdy nie potrafił odgadnąć wieku kobiet. Nawet tych jeszcze żyjących. A wiek nieżyjących określał dotychczas jedynie na podstawie nekrologów zamieszczanych w gazecie lub klepsydr wywieszanych na drzwiach. Rozpoczynając swoje śledztwo, uważnie przeczytał najnowszy numer "Przeglądu Botanicznego", ale nie znalazł w nim żadnego nekrologu. Obejrzał też wszystkie drzwi we wszystkich budynkach ogrodu. Na żadnych nie wisiała klepsydra, na podstawie której mógłby się dowiedzieć czegoś o kobiecie z alpinarium. Zatem wszystko musiał wydedukować samodzielnie. Może łatwiej byłoby mu określić wiek denatki, gdyby nie leżała twarzą do ziemi? Widział tylko tył głowy - przód był zasłonięty ciemiernikiem czerwonawym i lulecznicą kraińską, w które padła ofiara morderstwa. Dalej: plecy w czerwonym płaszczu, fragment nóg w czarnych rajstopach z lekko przekrzywionym szwem i srebrne szpilki na stopach. Właściwie głównie na podstawie owych szpilek zaczął dopuszczać do siebie myśl, że to kobieta. Kiedyś przypuściłby to również na podstawie rajstop ze szwem, ale od czasu, kiedy zaczął regularnie chodzić na treningi do siłowni, wiedział, że to nie takie oczywiste.
Pewnie łatwiej byłoby rozpoczynać śledztwo, przeprowadzając oględziny ciała z każdej strony, ale zdawał sobie sprawę, że nie może go dotknąć, dopóki do ogrodu nie dotrą policja i prokurator. Mógłby przez przypadek zatrzeć jakieś ślady i narazić się na nieprzyjemności. A nieprzyjemności Kazimierz Kortuń nie lubił jak niczego w życiu. Zresztą nie przepadał także za przyjemnościami. Te wytrącały go z równowagi. Lubił, jak było średnio. Ani nieprzyjemnie, ani przyjemnie. Dlatego swoje małżeństwo z Małgorzatą, byłą żoną współpracownika z ogrodu botanicznego, uważał za bardzo udane.
Znalazł się w sytuacji niekomfortowej. Nie mógł kontynuować śledztwa, nie ruszając ciała, zanim pojawią się policja i prokurator, a policja i prokurator się nie pojawią, bo nikt ich nie wezwał. Dyrekcja obawiała się skandalu. Jeśli o sprawie dowiedzą się dziennikarze, nieposzlakowaną reputację ogrodu botanicznego trudno będzie odbudować. Dyrektor rozpisał więc wewnętrzny konkurs na rozwiązanie zagadki morderstwa w alpinarium i obiecał postarać się o grant unijny na finansowanie dochodzenia.
- Je pan jeszcze? - Z zamyślenia wyrwał Kazimierza głos kobiety mającej nie mniej niż trzydzieści i nie więcej niż sześćdziesiąt pięć lat. Po głosie, tak samo jak po wyglądzie, nie potrafił dokładnie określić jej wieku. - Bo sadzone tu mamy.
Podniósł głowę i zobaczył ludzi w charakterystycznych zielonych strojach roboczych z narzędziami ogrodniczymi w dłoniach. Czworo. Kobieta, która wyrwała go z zamyślenia, to pani Przybrzeżna, szefowa Działu Nasadzeń. Towarzyszyło jej trzech postawnych mężczyzn - mających kolejno trzydzieści sześć, czterdzieści cztery i pięćdziesiąt siedem lat. Ciekawe, że wiek mężczyzn określał bezbłędnie. Wyglądali, jakby zeszli z socrealistycznego obrazu. Widział taki obraz kilkadziesiąt lat temu podczas szkolnej wycieczki do muzeum. Na przedzie niewesoła kobieta z motyką, za nią smutni mężczyźni z innymi narzędziami.
- Sadzone tu mamy - powtórzyła Przybrzeżna, pokazując na umieszczone na taczkach sadzonki. - Będzie pan jeszcze jadł? - Skierowała motykę w stronę kanapki, którą Kortuń cały czas ściskał w prawej dłoni.
Wiedział, że dyskusja nie ma najmniejszego sensu. Przybrzeżna była tutaj prawie najważniejsza. Chodząca wizytówka ogrodu botanicznego. Córka ikony, wnuczka legendy. Od pokoleń przedstawiciele tego rodu zajmowali kierownicze stanowiska w Dziale Nasadzeń. Zacna botaniczna familia. Wspominano o nich w książkach, w pracach naukowych, Anastazja Przybrzeżna była wymieniona z imienia i nazwiska w Atlasie roślin Imperium Rosyjskiego wydanym w tysiąc osiemset osiemdziesiątym siódmym roku w Petersburgu. Wszystkie pokolenia dbały o zachowanie nazwiska - kobiety, wychodząc za mąż, zawsze zostawały przy swoim rodowym. A i ich mężowie, chcąc się ogrzać w blasku rodu, przyjmowali nazwisko Przybrzeżna - w takim właśnie brzmieniu, w tej właśnie formie. Tak oto w historii najsłynniejszych ogrodów botanicznych Europy pojawili się Hipolit Przybrzeżna i Ignacy Jan Przybrzeżna. Krążyły plotki, że ich silna pozycja zawodowa wynika z kontaktów z tajnymi służbami, że Przybrzeżne mają jakieś haki na dyrektorów, ale to może w poprzednich pokoleniach. Aktualna Przybrzeżna miała po prostu bliskie towarzyskie kontakty z dyrektorem ogrodu botanicznego. Jako jedyna spośród pracowników tej instytucji akceptowała jego poczucie humoru i chętnie brała udział w wymyślanych przez niego zabawach. Na przykład podczas Nocy Muzeów zarzucała na siebie prześcieradło, po czym na wydaną przez dyrektora komendę: "Strasz, Przybrzeżna!" wynurzała się z wrzosowiska i pohukując, zmierzała w stronę akwarium.
- Już, już. Tylko torfowisko ogarnę - głośno powiedział Kortuń, pospiesznie maskując ciało ofiary roślinnością, którą miał w zasięgu ręki. Żeby potem bez trudu odnaleźć miejsce ukrycia denatki, ułożył napis "TUTAJ" z kilkuset kwiatów pierwiosnka ząbkowanego (Primula denticulata). Dawało mu to też gwarancję, że w tym miejscu ekipa zabierająca się do pracy niczego nie nasadzi. To stary zwyczaj, który narodził się w szesnastym wieku w Ogrodzie Botanicznym Uniwersytetu Ruprechta i Karola w Heidelbergu - kiedy ogrodnik widzi napis "TUTAJ" ułożony z wielu kwiatów, niczego w tym miejscu nie sadzi.
Pobrzękując słoiczkami musztardy i keczupu, których jak zwykle nie odizolował starannie w teczce, zmierzał powoli w stronę Działu Pnączy. W tej chwili głowę zaprzątały mu dwa pytania. Pierwsze: po co ustalać wiek zamordowanej kobiety? Drugie: czy to na pewno było morderstwo?
Wolałby, żeby było. Bo gdyby się okazało, że to samobójstwo, nieszczęśliwy wypadek albo spektakularna śmierć naturalna, byłby zawiedziony. Po co się angażować w rozwiązanie zagadki czegoś tak banalnego? A Kazimierz Kortuń czuł, że już się zaangażował. W swoim dotychczasowym życiu angażował się niezbyt często. Właściwie dwa razy. Raz do pracy i raz emocjonalnie. Kiedy poznał swoją pierwszą narzeczoną - Emilię. Zresztą to był ten sam raz. Emilia zaangażowała go do pracy przy zbiorze szparagów, on zaangażował się uczuciowo. Przy następnych narzeczonych, z późniejszą małżonką włącznie, już się nie angażował. Nie przypuszczał, że w wieku prawie sześćdziesięciu lat jest w stanie jeszcze wykrzesać z siebie tego typu emocje, więc szkoda by mu było być może ostatniego zaangażowania w życiu. Tak, Kazimierz zdecydowanie wolałby, żeby to było morderstwo.
Wychodząc z alpinarium, obejrzał się i zauważył, że ktoś śledzi go wzrokiem. Dobrze znał ten wzrok. To mąż Przybrzeżnej. Człowiek pozbawiony wszelkich zasad, a moralnych zwłaszcza. Żeby sobie uświadomić, co to za typ, wystarczy wspomnieć, że dwa lata temu tak zmanipulował głosowanie internautów, że zdobył pierwsze miejsce w konkursie Roślina Roku. Drugi był dzbanecznik.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI