A jeśli spróbujemy? - Megan Maxwell

Kup ebooka

49.99 zł
41.82 zł (41,42 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Wła­śnie wyszłam z biura, jadę tak­sówką, słu­cha­jąc muzyki pły­ną­cej z radia.

Nucę pio­senkę Taco­nes rojos1 Seba­stiana Yatry, uśmie­cham się, spo­glą­da­jąc na moje buty, i jed­no­cze­śnie myślę o dziew­czynce o moich oczach. Ta pio­senka zawsze popra­wia mi nastrój i pod­nosi mnie na duchu.

Cen­trum Madrytu, jak zwy­kle o siód­mej wie­czo­rem, to jeden wielki chaos. Samo­chody. Klak­sony. Ludzie bie­ga­jący z miej­sca na miej­sce, ale ja lubię obser­wo­wać ten wie­lo­ję­zyczny tłum. Jestem kosmo­po­litką.

Dzwoni moja komórka. Wła­śnie otrzy­ma­łam wia­do­mość:

523.

Uśmie­cham się, bo to znak, że już na mnie czeka, odpi­suję więc:

Dwie minuty.

Popra­wiam dolną część sukienki i w tym momen­cie tak­sów­karz zatrzy­muje auto, mówiąc:

- Doje­cha­li­śmy, panienko! Dwa­dzie­ścia dwa euro, trzy­dzie­ści euro­cen­tów.

Wyj­muję kartę i po pomyśl­nie prze­pro­wa­dzo­nej ope­ra­cji odbie­ram para­gon, jestem bowiem nie­za­leżna finan­sowo, co ozna­cza, że mogę sobie odli­czyć kurs od podatku. Żegnam się z sym­pa­tycz­nym kie­rowcą, zamy­kam drzwiczki i wcho­dzę do hotelu.

Pew­nym kro­kiem zmie­rzam w kie­runku wind. Już znam drogę. Jestem tu nie po raz pierw­szy. Spo­glą­dam na zega­rek.

Mam pół­to­rej godziny do następ­nego spo­tka­nia, które odbę­dzie się w pobliżu.

Spo­koj­nie cze­kam na windę. Wsia­dam i wybie­ram przy­cisk pią­tego pię­tra.

Jadąc w górę, prze­glą­dam się w lustrze, popra­wiam wygląd. Winda się zatrzy­muje, wysia­dam i w moich czer­wo­nych, wyso­kich szpil­kach docho­dzę do drzwi z nume­rem 523. Pukam. Otwiera Alek­san­der, okryty jedy­nie ręcz­ni­kiem prze­pa­sa­nym wokół bio­der. Uśmie­cha się. Odwza­jem­niam uśmiech.

Jak wspa­niale!

Nie tra­cąc czasu, wcho­dzę do pokoju. Gdy tylko drzwi się zamy­kają, bez słów, bez żad­nego powi­ta­nia pod­da­jemy się naszej gorą­cej fan­ta­zji, cału­jemy się, a moja torebka spada na pod­łogę.

Alek­san­der obej­muje mnie rękami w pasie i, nie odry­wa­jąc od sie­bie ust, docho­dzimy do krze­sła. Tam prze­sta­jemy się cało­wać. Wyj­muję tele­fon i z mojej listy Spo­tify wyszu­kuję utwory kubań­skich zbie­ra­czy trzciny cukro­wej. Takiej muzyki pra­gniemy na nasze chwile sza­leń­stwa. Gdy zaczyna brzmieć I Gotta Feeling, w wyko­na­niu The Black Eyed Peas, zosta­wiam komórkę na łóżku. Zry­wa­jąc ręcz­nik z Alek­san­dra, uprze­dzam:

- Mam godzinę.

Alek­san­der przy­ta­kuje. Jego twardy czło­nek już jest gotowy do roz­po­czę­cia naszej gry i, przy­znaję, mam już mokre wargi. W ułamku sekundy mój kocha­nek zakłada pre­zer­wa­tywę, a ja, bez roz­bie­ra­nia się, sia­dam na nim. Nie mam na sobie maj­tek. To część naszej gry. Gdy jego czło­nek cał­ko­wi­cie we mnie wcho­dzi, dyszymy z roz­ko­szy.

Jak cudow­nie!

Uwiel­biam żądzę, którą czuję, gdy cały jest we mnie. Cału­jąc go z auten­tyczną roz­ko­szą, zaczy­nam się poru­szać, nasze odde­chy się krzy­żują, dyszymy coraz sil­niej, nasze serca biją coraz szyb­ciej.

Wie­rzę w miłość fizyczną. Mniej wie­rzę w uczu­cia. Roman­tyzm... A co to jest? Ssę mocno, do gra­nic moż­li­wo­ści.

Mój zimny cha­rak­ter spra­wia, że sto­suję okre­ślone reguły w sek­sie. Ni­gdy nie mie­szam pracy z przy­jem­no­ścią. Nie ma mowy o mał­żeń­stwach. Żad­nej nostal­gicz­nej muzyki w trak­cie spół­ko­wa­nia, a moi part­ne­rzy mają mak­si­mum trzy­dzie­ści lat. Dzięki temu to ja zawsze gram pierw­sze skrzypce, nie dając im moż­li­wo­ści wyra­ża­nia opi­nii. Podob­nie jak oni cie­szę się sek­sem bez miło­ści, spra­wia mi on przy­jem­ność.

Przez dobrych kilka minut ujeż­dżam Alek­san­dra, szu­ka­jąc zaspo­ko­je­nia dla samej sie­bie. Wiem, że on stara się o to samo dla sie­bie. To część naszej gry.

Trzy­ma­jąc go za szyję, pobu­dzam się, pod­czas gdy moje bio­dra, żyjące wła­snym życiem, balan­sują nad nim, dyszę z czy­stej roz­ko­szy.

O Boże, jakże tego potrze­bo­wa­łam!

Kilka minut póź­niej, gdy oboje prze­ży­li­śmy orga­zmy, roz­łą­czamy się i otwie­ramy hote­lową lodówkę, żeby się­gnąć po wodę. Chce nam się pić.

Znamy się z Alek­san­drem od pół­tora roku. Pozna­li­śmy się na cza­cie o sek­sie. Kon­kret­nie na cza­cie dla swin­ger­sów. On ma dwa­dzie­ścia sie­dem, ja trzy­dzie­ści osiem lat i żadne z nas nie chce zobo­wią­zań. Od pierw­szej chwili ist­niał feeling mię­dzy nami i zawsze, gdy się spo­ty­kamy, upra­wiamy dobry seks i cie­szymy się naszymi fan­ta­zjami ero­tycz­nymi.

Uczu­cie zwane miło­ścią i roman­tyzm od dawna nie ist­nieją w moim życiu. Nie mam na to czasu. Dla­tego zawsze sku­piam się na męż­czy­znach młod­szych ode mnie i takich, któ­rzy nie kom­pli­kują mi życia. Jestem kobietą nie­za­leżną, która wie, czego chce, i nie ma co o tym wię­cej roz­pra­wiać.

Gdy piję wodę, stwier­dzam, że Alek­san­der i ja patrzymy na nasze tele­fony. Jeste­śmy pra­co­ho­li­kami. On jest praw­ni­kiem. Ja pra­cuję w rekla­mie. Na moje szczę­ście zarówno on, jak i wszy­scy pozo­stali moi przy­ja­ciele mający prawo do seksu ze mną są tacy jak ja. To osoby, które nie szu­kają miło­ści ani kom­pli­ka­cji. Pra­gną tylko oka­zjo­nal­nego seksu, po któ­rym każde z nas wraca do swo­jego świata.

Wiem, że taki spo­sób życia, w któ­rym do zbli­że­nia zupeł­nie nie są potrzebne głęb­sze uczu­cia, niektó­rym może wyda­wać się bez­na­miętny czy nawet nie­ludzki, ale taki wybra­łam, bo w moim życiu i w moim ssa­niu ja dowo­dzę i, jak na razie, tyle mi wystar­cza.

Ktoś puka do drzwi. Patrzymy z Alek­san­drem na sie­bie. Wiemy, że to Mario, star­szy męż­czy­zna, też ze świata swin­ger­sów. Uwiel­bia patrzeć, a cza­sem doty­kać, a ponie­waż dla nas to, że ktoś patrzy na nas lub nas dotyka, jest jedną z fan­ta­zji, popro­si­łam go, żeby dzi­siaj przy­szedł.

Alek­san­der otwiera drzwi. Mario wcho­dzi bez słowa. Pozdra­wia mnie uśmie­chem i roz­siada się w fotelu. Wszy­scy wiemy, po co tu jeste­śmy. Niczego nie trzeba wyja­śniać.

Włą­czam alarm w komórce. Muszę wie­dzieć, kiedy minie czter­dzie­ści pięć minut. Alek­san­der zbliża się do mnie. Tym razem jego dło­nie błą­dzą po moim ciele pod czuj­nym spoj­rze­niem Mario. Odsta­wiam bute­leczkę z wodą, odkła­dam moją komórkę. Roz­pi­nam sukienkę, która spada na pod­łogę.

Mario i Alek­san­der mnie obser­wują. Podoba im się to, co widzą. Nie wyglą­dam źle, cho­ciaż nie jestem rów­nież piękną laską. Ej, zaraz, ale jestem sku­teczna!

Całuję go z roz­ko­szą. Cału­jemy się, a ja mój tyłek pod­sta­wiam pod twarz Mario i czuję, jak on dotyka moich poślad­ków. Daje mi kilka klap­sów, pod­czas gdy Alek­san­der mnie całuje. Dobrze znamy tę grę, nie pierw­szy raz robimy to razem. Mario sięga po żel i zabawkę analną leżącą na stole. Dokład­nie sma­ruje ją żelem, roz­chyla moje pośladki i wkłada mi przed­miot w odbyt. Pro­wo­ka­cyj­nie cału­jemy się, pod­czas gdy Alek­san­der zakłada sobie kolejną pre­zer­wa­tywę. W moim tele­fo­nie brzmi tym­cza­sem pio­senka Toxic Brit­ney Spe­ars. Pod­nie­camy się nawza­jem żądni seksu; Mario nie spusz­cza z nas wzroku. Alek­san­der chwyta mnie w ramiona, a ja, zapew­nia­jąc Mario dokładny widok na zabawkę analną, żądam:

- Wyru­chaj mnie.

Robi to, i to jak!

Pożą­dli­wie szu­kam ust Alek­san­dra, a on raz za razem poru­sza się we mnie; patrzymy sobie w oczy, dysząc z roz­ko­szy i sza­leń­stwa.

Sza­lony, gorący seks w tej chwili jest tylko sek­sem. Roz­ko­szuję się nim i moimi fan­ta­zjami ero­tycz­nymi wol­nymi od tabu.

Po gorą­cym napa­dzie szału następny akt odbywa się na łóżku. Jeste­śmy nie­na­sy­ceni. Mario zmie­nia pozy­cję, żeby widzieć nas lepiej z bli­ska i poru­szać we mnie zabawką analną. To jest igraszka, któ­rej chcemy i którą się wszy­scy roz­ko­szu­jemy. Gdy w mojej komórce dzwoni alarm na znak, że muszę wyjść za pięt­na­ście minut, Mario wyj­muje ze mnie zabawkę. Biorę szybki prysz­nic bez mocze­nia wło­sów, ubie­ram się w łazience, wcho­dzę do pokoju i stwier­dzam, że Mario już wyszedł. Pod­cho­dzę do łóżka, na któ­rym nagi Alek­san­der prze­gląda swój tele­fon. Zabie­ram moją komórkę.

Wyłą­czam muzykę i mru­gam do Alek­san­dra. On, widząc, że się zbie­ram, wstaje i pod­cho­dzi do mnie.

- Mam nadzieję, że następ­nym razem będziesz mogła zostać dłu­żej - mówi.

Przy­ta­kuję z uśmie­chem. Też mam taką nadzieję. Daję mu prze­lot­nego całusa, biorę torbę i wycho­dzę.

Mam spo­tka­nie służ­bowe!

Rozdział 2

O matko! Ależ jestem zde­ner­wo­wana!

Stoję w drzwiach Teatro Real w Madry­cie, gdzie cze­kam na rodzi­ców i przy­ja­ciół. Tym­cza­sem palę papie­rosa. Wiem, że to nie­zdrowe i źle widziane, ale co tam, mam ten jeden nałóg! Inni mają swoje uza­leż­nie­nia i nawyki, a prze­cież się ich nie cze­piam.

Dzi­siaj wie­czo­rem moja córka ma swój ostatni występ z przy­ja­ciółmi. Jestem roz­e­mo­cjo­no­wana, tro­chę wesoła, ale też tro­chę smutna, bo wiem, że od jutra zmieni się życie jej i moje.

Sły­szę dźwięk motoru. To jedzie moja przy­ja­ciółka Amara. Widzę, jak wjeż­dża na chod­nik i zatrzy­muje swój moto­cykl. Zdej­muje kask i, zsia­da­jąc z wdzię­kiem, pod­śpie­wuje: "Kim jest ten męż­czy­znaaa...?".

Śmieję się. Poprzed­niego wie­czoru spa­ce­ro­wa­ły­śmy razem po Madry­cie i śpie­wa­ły­śmy tę pio­senkę za każ­dym razem, gdy dostrze­gły­śmy faceta, który nam się podo­bał albo wyda­wał jed­nym z tych, co to na ich widok zapiera dech w pier­siach. Bawi­ły­śmy się świet­nie!

Amara zakłada łań­cuch zabez­pie­cza­jący moto­cykl przed kra­dzieżą, pod­cho­dzi do mnie i przy­tu­lamy się. Od wielu lat jest moją dobrą przy­ja­ciółką i uwiel­bia moją córkę.

- Po każ­dym naszym wypa­dzie coraz trud­niej mi się pozbie­rać - szep­czę.

Oby­dwie się śmie­jemy, a ona, uda­jąc pod­chmie­loną, beł­ko­cze.

- Kró­lowo, to dla­tego, że się sta­rze­jemy.

- Eeeeej... - ja też się śmieję roz­ba­wiona.

Śmie­jemy się do roz­puku, a Amara nagle mówi:

- Sły­sza­łam, że ktoś posta­no­wił zawo­jo­wać cały świat pod­czas swo­jej następ­nej podróży.

Znów wybu­chamy śmie­chem, bo mówi o mnie. Wczo­raj wie­czo­rem, pijąc drinka za drin­kiem, obie­ca­łam, że pod­czas pla­no­wa­nego wkrótce zagra­nicz­nego wyjazdu spró­buję pójść do łóżka z męż­czy­znami z róż­nych kon­ty­nen­tów. Gdy chcę coś powie­dzieć, ona, zmie­nia­jąc ton głosu, stwier­dza:

- Dzi­siaj nie jest mój naj­lep­szy dzień.

- Co się dzieje?

Amara wzdy­cha i wzru­sza ramio­nami.

- W szpi­talu powie­dzieli mi dziś rano, że nie prze­dłużą mi kon­traktu.

- A kiedy wygasa? - zapy­ta­łam zmar­twiona.

- W stycz­niu.

- Nie mów!

Przy­ja­ciółka przy­ta­kuje.

- Zdaje się, że na moje miej­sce dadzą córce jakie­goś leka­rza.

Jestem zroz­pa­czona. Amara jest dosko­nałą pie­lę­gniarką i położną.

Nie wiem, jak pora­dzi­ła­bym sobie z moją córką w kilku sytu­acjach, gdyby nie ona. Kiedy zamie­rzam coś powie­dzieć, ona, wcie­le­nie żywot­no­ści, posta­na­wia:

- Kró­lowo, ale teraz nie mówmy o smut­kach.

- Lepiej nie - potwier­dzam i, coś sobie przy­po­mi­na­jąc, pytam: - Kiedy wystę­pują twoje dzieci?

Amara, poza pracą w szpi­talu, uczy dzieci w miej­skiej pły­walni w Madry­cie pły­wa­nia syn­chro­nicz­nego. Gdy była młoda, brała udział w zawo­dach w tej dys­cy­pli­nie, do chwili, gdy z powodu kon­tu­zji musiała prze­rwać tre­ningi.

- W pią­tek - mówi.

Spo­glą­damy na sie­bie poro­zu­mie­waw­czo, a ona z sar­ka­zmem pyta:

- Jesteś gotowa pójść ze mną z oka­zji naszych uro­dzin na kon­cert mojego uko­cha­nego Manu­ela Car­ra­sca? Już mam dwa bilety!

Śmieję się na tę pro­po­zy­cję. Nasze uro­dziny przy­pa­dają tego samego dnia, 30 wrze­śnia. Chcę wybić jej z głowy pomysł kon­certu, ale ona już zdą­żyła zakpić:

- Ach, prze­pra­szam..., prze­cież ty nie uzna­jesz muzyki roman­tycz­nej, ale posłu­chaj, co ci powiem: masz prze­chla­pane! Idziesz ze mną, bo ani Mer­ce­des, ani Leo aku­rat nie mogą.

Śmie­jemy się, nie potrzeba wię­cej słów. Po chwili ona zmie­nia temat i pyta:

- Jak się ma nasza dziew­czynka?

- Dosko­nale!

Mój tele­fon zaczyna dzwo­nić. Amara zabiera mi z rąk jeden bilet i mówi, cału­jąc mnie w poli­czek:

- Cze­kam na was w środku! Kooooocham cię...

Uśmie­cham się, bo powie­dze­nie "kocham cię" jest czymś bar­dzo naszym. Kiedy Amara odcho­dzi, zaglą­dam do mojego tele­fonu. Z pew­no­ścią dzwo­nią z pracy. Nie odbiorę połą­cze­nia. Co wię­cej, wyłą­czam tele­fon. Nie chcę, by kto­kol­wiek pozba­wił mnie rado­ści z dzi­siej­szego wie­czoru.

Cho­wa­jąc komórkę do torebki, z czu­ło­ścią patrzę na malu­chy, które prze­cho­dzą obok mnie z rodzi­cami. Poprze­bie­rane są za elfy i wróżki. Jakie śliczne! Dzie­ciaki są pode­ner­wo­wane i prze­jęte. Od dłuż­szego czasu przy­go­to­wy­wały ten występ. Uśmie­cham się, wspo­mi­na­jąc moją córkę, gdy była w ich wieku. Jak ten czas leci!

- Dar­ling!

To głos mojej matki. Oboje z ojcem przy­szli na występ swo­jej wnuczki. Wyglą­dają bar­dzo ład­nie. Ubrali się z tej oka­zji nie­zwy­kle ele­gancko. Ojciec, który już nie może cudow­niej wyglą­dać, popra­wia mary­narkę i mam­ro­cze:

- Nie mam zwy­czaju wycho­dzić tak wystro­jony.

Moi rodzice od pew­nego czasu mają duży sklep winiar­ski w Alu­che. Kie­dyś była to mała piw­niczka z winami. A Alu­che jest dziel­nicą, w któ­rej wycho­wa­łam się i miesz­ka­łam do czasu, aż wresz­cie, z dużym wysił­kiem, zdo­by­łam nie­za­leż­ność i wypro­wa­dzi­łam się razem z moją córką. Rodzice jed­nak na­dal tam miesz­kają.

Z zado­wo­le­niem doty­kam kra­wata ojca i daję mu całusa.

- Wyglą­dasz naprawdę wspa­niale - stwier­dzam.

Mama uśmie­cha się szczę­śliwa. Doty­ka­jąc wło­sów, szep­cze z angiel­skim akcen­tem:

- Jak wygląda mój wło­ski kok pro­sto od fry­zjera? Rosi mnie tak ucze­sała.

- Mamo, wyglą­dasz prze­ślicz­nie!

- Tak się wyszy­ko­wała, na wypa­dek gdyby spo­tkała jakiego Gavi­lana.

Na te słowa taty śmieję się. On też. Jeśli coś jest pasją mojej mamy, to tele­wi­zyjny serial o Gavi­la­nach.

- Roge­lio, my love, setki tysięcy razy powta­rza­łam ci, że moim Gavi­la­nem jesteś ty!

Tata całuje moją mamę, a ja patrzę na nich zachwy­cona. Uwiel­biam widzieć, jak się kochają. To mnie urzeka. Po tym, jak mama pal­cem starła z ust taty ślad po jej szmince, pytam:

- Jak się ma Tinto?

Tinto to psiak - czło­nek rodziny. Mie­sza­niec york­shire z chi­hu­ahua, nie­zwy­kle żywotny, ale ma już 14 lat i zbliża się jego sta­rość. W ubie­głym mie­siącu napę­dził nam stra­cha, bo nagle prze­stał jeść i wsta­wać. Dzięki tro­skli­wej opiece i wete­ry­na­rzowi Tinto wró­cił do sił.

- Ten bez­wstyd­nik ma się lepiej niż ja - stwier­dza ojciec.

Wszy­scy troje śmie­jemy się, po czym tata pyta:

- Myszeczka ma się dobrze?

Potwier­dzam, wie­dząc, że cho­dzi mu o wnuczkę:

- Ma się wspa­niale i bar­dzo chce, żeby­śmy zoba­czyli ją tań­czącą. Wrę­czam im bilety i pro­po­nuję:

- Wejdź­cie, zaj­mij­cie miej­sca. Amara jest już w środku. Ja zacze­kam na Leo i Mer­ce­des.

Bez waha­nia biorą bilety i, rzu­ca­jąc mi prze­lotny uśmiech, zni­kają w wiel­kich drzwiach wej­ścio­wych.

- Veró­nica! - sły­szę, że ktoś mnie woła.

Spo­glą­dam w prawo i uśmie­cham się na widok Gustava Petrova, wła­ści­ciela szkoły tańca i słyn­nego tan­ce­rza baletu kla­sycz­nego, zado­mo­wio­nego w Hisz­pa­nii. Jest tan­ce­rzem, ale jed­no­cze­śnie pro­du­cen­tem i dyrek­to­rem arty­stycz­nym. Jak zawsze zachwyca mnie gla­mour bijący od tego męż­czy­zny, gdy się poru­sza. Pod­cho­dzi do mnie i dajemy sobie dwa ser­deczne całusy. Znamy się od bar­dzo dawna.

- Dener­wu­jesz się? - pyta.

Uśmie­cha­jąc się, przy­ta­kuję.

- Zoé sprawi, że zabrak­nie nam słów, zapew­niam cię! - twier­dzi.

Wiem, że ma rację. Moja córka to feno­men bale­towy. Towa­rzyszka Gustava, któ­rej oczy­wi­ście ni­gdy wcze­śniej nie widzia­łam, patrzy na niego, więc on z galan­te­rią doko­nuje pre­zen­ta­cji:

- Veró­nico, przed­sta­wiam ci Ame­lię Sera­povą. Ame­lio, to jest Veró­nica, dobra przy­ja­ciółka i matka jed­nej z moich uczen­nic.

Wymie­niamy uśmie­chy. Gustav to inte­re­su­jący Rosja­nin, ale abso­lut­nie nie w moim typie. Zawsze bry­lo­wał wśród kobiet. Ja na­dal uśmie­cham się do jego pięk­nej kobiety, gdy ona, wska­zu­jąc na dziew­czynki prze­cho­dzące obok nas, mówi:

- Z pew­no­ścią twoja mała dobrze wypad­nie.

Ponow­nie przy­ta­kuję. I z abso­lut­nym prze­ko­na­niem stwier­dzam:

- Ani przez sekundę w to nie wąt­pię.

Kobieta uśmie­cha się. Moja pew­ność spra­wia jej przy­jem­ność.

- W jakim wieku jest twoja córka? - dopy­tuje.

Spo­glą­damy na sie­bie z Gusta­vem, uśmie­chamy się poro­zu­mie­waw­czo. Mając świa­do­mość, jak ta kobieta zare­aguje, rzu­cam:

- Dwa­dzie­ścia trzy.

- Dwa­dzie­ścia trzy mie­siące? - pyta zasko­czona.

- Nie. Dwa­dzie­ścia trzy latka - wyja­śniam.

Zawsze, gdy mówię o wieku mojej córki, ludzie są zasko­czeni i mru­gają z nie­do­wie­rza­niem. Gustav i ja śmie­jemy się. Ileż to razy przez te lata sły­sze­li­śmy takie samo pytanko?

Ja mam trzy­dzie­ści osiem lat. Wiem. Nie­wiele osób w moim wieku ma tak dużą córkę, ale mówię zupeł­nie natu­ral­nie:

- Uro­dzi­łam ją, gdy mia­łam pięt­na­ście lat. To, co zaczęło się jako błąd mło­do­ści, stało się naj­bar­dziej tra­fio­nym wyda­rze­niem w moim życiu.

Kobieta jest zasko­czona, ale zga­dza się. Wszy­scy reagują tak samo. Jakże to moż­liwe, że mogę mieć tak doro­słą córkę, będąc tak młodą kobietą?

Rze­czy­wi­stość jest, jaka jest. Gdy byłam na waka­cjach w Tor­re­mo­li­nos z moimi rodzi­cami, wujo­stwem i kuzy­nami, pozna­łam przy­stoj­nego Wło­cha, szar­la­tana o imie­niu Gian­marco. W ciągu jed­nego mie­siąca poczu­łam się jak dziew­czyna, którą spo­tkało naj­więk­sze szczę­ście na świe­cie, bo wpa­dłam w oko temu wło­skiemu przy­stoj­nia­kowi.

Spę­dzi­łam z nim nie­wy­obra­żalne lato. Przy­ja­ciele, moto­cy­kle, imprezy na plaży, ze spa­ce­rami i z trzy­ma­niem się za ręce, przy wtó­rze roman­tycz­nych pio­se­nek o miło­ści, śpie­wa­nych przez mojego ulu­bio­nego pio­sen­ka­rza, któ­rym był Luis Miguel.

Byłam tak zako­chana w Gian­marco, a on tak roman­tyczny i rzu­ca­jący urok, że aż stra­ci­łam dzie­wic­two w apar­ta­men­cie zaj­mo­wa­nym przez niego i grupę jego przy­ja­ciół. Od tam­tego razu nie prze­sta­li­śmy roz­ko­szo­wać się upra­wia­niem seksu każ­dej nocy.

To stało się naszym nało­giem!

Czas waka­cji dobiegł końca. Mój wło­ski uko­chany i ja żegna­li­śmy się, pła­cząc i obie­cu­jąc sobie miłość na wieki. Wymie­ni­li­śmy się adre­sami. Chcie­li­śmy być w sta­łym kon­tak­cie, bo prze­cież nasza miłość była jesz­cze bar­dziej nie­zwy­kła niż ta pomię­dzy Romeo i Julią.

Pierw­szego dnia po powro­cie do Madrytu natych­miast do niego napi­sa­łam. Następ­nego dnia też. Oczy­wi­ście trze­ciego dnia podob­nie. Musia­łam wie­dzieć, co się z nim dzieje. Czy o mnie pamięta? Dwa tygo­dnie póź­niej moje listy wró­ciły z adno­ta­cją, że adre­sat nie­znany. Ponow­nie napi­sa­łam, ale stało się to samo. Wtedy zda­łam sobie sprawę z okrut­nej rze­czy­wi­sto­ści: zosta­łam oszu­kana jak jakaś głu­pia mało­lata. To, co czu­łam do niego, nie zostało odwza­jem­nione. Dla mnie Gian­marco był pierw­szą miło­ścią. Ja dla niego byłam głu­piutką gąską, która tam­tego lata pozwo­liła się uwieść w Tor­re­mo­li­nos. Tą, która bez doświad­cze­nia w sek­sie pozwo­liła mu sobą zawład­nąć.

Zła­mał mi serce, prze­sta­łam jeść i bez­u­stan­nie pła­ka­łam. Jed­no­cze­śnie szu­ka­łam wytłu­ma­cze­nia tego, co mi się przy­tra­fiło, i w kółko słu­cha­łam kolej­nego i kolej­nego pięk­nego bolera w wyko­na­niu Luisa Migu­ela.

O, matko, jak ja się samo­bi­czo­wa­łam tymi pio­sen­kami!

Gian­marco, ten idiota, któ­rego uwa­ża­łam za miłość mojego życia, któ­remu powie­dzia­łam "kocham cię", śmiał się ze mnie. Czyż mogłam być bar­dziej naiwna?

Rodzice, widząc, w jakim byłam sta­nie, trosz­czyli się o mnie. Byli przy mnie, pocie­szali, jak potra­fili, w mojej "cho­ro­bie" z powodu nie­szczę­śli­wej miło­ści. Nie przy­zna­łam się im, że upra­wia­łam z nim seks. To już byłoby dla nich za wiele. Prze­cież mia­łam zale­d­wie pięt­na­ście lat!

Pamię­tam, że tata codzien­nie, wra­ca­jąc ze swo­jej winiarni, kupo­wał moje ulu­bione kin­der nie­spo­dzianki w pie­karni Jesús, żeby choć na chwilę wywo­łać uśmiech na mojej twa­rzy.

Z dnia na dzień prze­sta­łam pła­kać, gdy zorien­to­wa­łam się, że jestem w ciąży.

O matko moja... O matko...

Jestem w ciąży z Wło­chem, o któ­rym nic nie wiem: ani jak się nazywa, ani gdzie mieszka!

Na Boga, mia­łam tylko pięt­na­ście lat!

Nie ma co się dzi­wić, że począt­kowo reak­cja moich rodzi­ców nie była przy­jemna, zwłasz­cza że długo mil­cza­łam ze stra­chu przed karą. Dowie­dzieli się o ciąży, gdy byłam w szó­stym mie­siącu. Pew­nego popo­łu­dnia poczu­łam się bar­dzo źle, więc zawieźli mnie na ostry dyżur. To, co miało być, ich zda­niem, zapa­le­niem wyrostka robacz­ko­wego, oka­zało się ciążą w dru­gim try­me­strze.

Mój biedny ojciec kupo­wał mi kin­der nie­spo­dzianki, a oka­zało się nagle, że jaj­kiem nie­spo­dzianką jestem ja sama. Nie­spo­dzianka!

Począt­kowo moi rodzice roz­wa­żali wiele roz­wią­zań, dla mojego wła­snego dobra. Mama jest Angielką, ojciec - Hisz­pa­nem. Susan i Roge­lio. Ona nowo­cze­sna, on - przy­wią­zany do tra­dy­cji, ale połą­cze­nie ich dwojga zawsze było ide­alne. Osta­tecz­nie, mimo że byłam pięt­na­sto­let­nim dziec­kiem, rodzice wysłu­chali mnie i usza­no­wali to, o co ich popro­si­łam.

Chcia­łam uro­dzić moje dziecko. Wie­dzia­łam, cho­ciaż nie byłam tego w pełni świa­doma, że dziecko ozna­cza koniec mojego dzie­ciń­stwa, poświę­ce­nie spo­tkań z kole­żan­kami, impre­zo­wa­nia, let­nich obo­zo­wisk pod namio­tami, nauki w szkole, pozna­wa­nia chło­pa­ków itd. Jed­nak przez tych sześć mie­sięcy czu­łam ruchy mojego dziecka w brzu­chu, co tylko mnie umac­niało w prze­ko­na­niu: nie chcę się go pozbyć. Mimo nie­doj­rza­ło­ści byłam na tyle roz­sądna, że roz­ma­wia­łam z moimi rodzi­cami, a oni osta­tecz­nie usza­no­wali moją decy­zję.

Zoé uro­dziła się dokład­nie w prze­wi­dzia­nym ter­mi­nie, czyli w maju. Po unor­mo­wa­niu się tego, co było moż­liwe w naszym życiu, zaczę­łam cho­dzić do szkoły wie­czo­ro­wej, żeby dokoń­czyć naukę. Zawsze było dla mnie jasne, że chcę się roz­wi­jać. Nie powstrzy­mało mnie przed tym bycie samotną matką.

Gdy skoń­czy­łam szkołę śred­nią, zachę­cona przez rodzi­ców i znów z ich pomocą zaczę­łam stu­dio­wać mar­ke­ting i reklamę.

Od dawna chcia­łam obmy­ślać stra­te­gię sprze­daży w naszej rodzin­nej winiarni.

Mając córeczkę, skoń­czy­łam naukę póź­niej niż rówie­śnicy, ale to nie miało dla mnie zna­cze­nia. Naj­waż­niej­sze, że ukoń­czy­łam też stu­dia. Osią­gnę­łam mój cel. Pra­gnąc wspie­rać rodzi­ców w ich biz­ne­sie, dora­dzi­łam im, żeby roz­wi­nęli inte­res do postaci wyspe­cja­li­zo­wa­nej winiarni.

Zaufali mi i zro­bili, jak im pora­dzi­łam. Wyko­rzy­sta­łam wie­dzę o tech­ni­kach, którą zdo­by­łam na uni­wer­sy­te­cie, i dzięki temu wkrótce ich sklep zaczął pro­spe­ro­wać jak ni­gdy wcze­śniej.

Suk­ces, który osią­gnę­łam z naszą winiar­nią, był tak duży, że inni sprze­dawcy win zain­te­re­so­wali się moją pracą. Chcieli współ­dzia­łać, chcieli, abym pro­wa­dziła ich kam­pa­nie rekla­mowe. Osta­tecz­nie, widząc, że to daje mi przy­szłość, otwo­rzy­łam w wieku dwu­dzie­stu pię­ciu lat moje małe przed­się­bior­stwo mar­ke­tin­gowo-rekla­mowe, które nazwa­łam Dosko­nałą for­mułą. Rodzice nie mogli uwie­rzyć w mój suk­ces!

Z bie­giem lat uło­ży­łam swoje sprawy. Wycho­wu­jąc córkę, trosz­cząc się o moich bli­skich, pra­cu­jąc wiele godzin na dobę, żeby roz­wi­jać firmę i zapo­mi­na­jąc o życio­wym roman­ty­zmie, cie­szy­łam się życiem tak, jak mogłam naj­le­piej.

Trafne oceny ujaw­niły, że mam jakiś zmysł pozwa­la­jący prze­wi­dy­wać, które wina hisz­pań­skie okażą się popu­larne na sto­łach w innych kra­jach. Moja sława rosła, a przed­się­bior­stwo się roz­wi­jało. Dzi­siaj mogę stwier­dzić, że jestem kobietą, z którą wiele firm, szcze­gól­nie winiar­skich, chce współ­pra­co­wać.

Zosta­łam nawet pre­zen­terką na zbli­ża­ją­cym się Mię­dzy­na­ro­do­wym Kon­kur­sie Eno­lo­gów, w któ­rym wal­czy się o Nagrodę Far­pón. Kon­kurs odbę­dzie się w Kasy­nie w Madry­cie 7 paź­dzier­nika.

Rodzice są ze mnie bar­dzo dumni. Po pierw­sze, dla­tego że poka­za­łam im, iż od kiedy uro­dziła się Zoé, sta­łam się doj­rzała i zaan­ga­żo­wa­łam się w jej życie i wycho­wa­nie na sto pro­cent tak, jak im obie­ca­łam. Po dru­gie, dla­tego że jestem wojow­niczką, która idzie naprzód mimo prze­szkód, jakie napo­tyka na swo­jej dro­dze życia. Po trze­cie, dla­tego że zupeł­nie samo­dziel­nie stwo­rzy­łam wła­sną firmę.

Osią­gnę­łam to wszystko, ale jestem zupeł­nie pewna, że bez nich, bez taty i mamy, bez ich pomocy, ich cier­pli­wo­ści i ich bez­wa­run­ko­wej miło­ści do Zoé i do mnie wszystko wyglą­da­łoby zupeł­nie ina­czej.

Mam szczę­ście nie tylko mieć wyjąt­ko­wych rodzi­ców, ale też cudowną córkę i wspa­nia­łych przy­ja­ciół. Zoé zawsze była dziec­kiem bar­dzo czu­łym i dobrze uczą­cym się, do tego stop­nia, że zda­rzało mi się mieć wąt­pli­wo­ści, czy to moż­liwe, że jest moją córką. Jest rów­nież uparta, co, według rodzi­ców, odzie­dzi­czyła po mnie, a nie­kiedy jest tro­chę skur­czy­by­kiem, co bez wąt­pie­nia odzie­dzi­czyła po swoim wło­skim ojcu. No, dobrze, ale mogę zde­cy­do­wa­nie powie­dzieć, że jest naszą rodzinną dumą. Dla niej powtó­rzy­ła­bym wszystko, abso­lut­nie wszystko, przez co prze­szłam, aby życie ponow­nie posta­wiło ją na mojej dro­dze.

W sfe­rze oso­bi­stej nie dąży­łam do sta­bi­li­za­cji, ni­gdy nie mia­łam sta­łego part­nera, co nie podo­bało się rodzi­com. Tak naprawdę wycho­wy­wa­nie córki i wyku­wa­nie mojej przy­szło­ści spra­wiło, że jestem bar­dzo nie­za­leżna, a jeśli cho­dzi o męż­czyzn, posta­no­wi­łam, że będę z nimi spę­dzać miłe chwile, ale zero zobo­wią­zań. Zdrada ze strony wło­skiego idioty odci­snęła na mnie takie piętno, że sta­łam się kobietą zimną, która nawet prze­stała słu­chać roman­tycz­nej muzyki. Żegnaj, Luisie Migu­elu!

Wykre­śli­łam roman­tycz­ność z mojego życia, tak samo jak porywy miło­ści i te wszyst­kie sza­leń­stwa, któ­rym ulega młoda dziew­czyna. Zwy­czaj­nie roz­ko­szuję się zaspo­ka­ja­niem fan­ta­zji z chło­pa­kami młod­szymi ode mnie, aby unik­nąć pro­ble­mów z zako­cha­niem się. Gdy mija ta chwila, każde z nas idzie w swoją stronę. Mnie wystar­cza miłość i opieka nad córką. A face­tem niech opie­kuje się jego matka!

Nasza rela­cja z Zoé jest fan­ta­styczna. Poza byciem matką i córką jeste­śmy dla sie­bie przy­ja­ciół­kami. Ona daje mi tysiące powo­dów do rado­ści. Zawsze o wszyst­kim roz­ma­wia­ły­śmy nor­mal­nie, poczy­na­jąc od roz­mów o sek­sie. Ani ja nie jestem zakon­nicą, bo mam wiele związ­ków sek­su­al­nych, ani nie jest nią moja córka, choćby nie wiem, jak bar­dzo była czuła i dobra. Zawsze chcia­łam, aby Zoé nie postrze­gała seksu jako tematu tabu, tylko żeby roz­ko­szo­wała się nim bez­piecz­nie i z pełną świa­do­mo­ścią tego, co robi.

Moja mama uważa, że roz­ma­wia­nie z Zoé o sek­sie to doda­wa­nie Myszeczce zbyt wiele skrzy­deł. Ja pra­gnę, aby Myszeczka potra­fiła fru­wać, aby wzla­ty­wała i wra­cała na zie­mię bez pro­ble­mów.

Myśląc o tym wszyst­kim, usły­sza­łam, jak Gustav mówi:

- Przy­szli twoi przy­ja­ciele. My idziemy do środka.

Zado­wo­lona pusz­czam mu oko. Odwra­cam się i, patrząc na Leo i Mer­ce­des, poka­zuję na zega­rek:

- Byli­śmy umó­wieni pięt­na­ście minut temu.

- Leo się spóź­nił.

- Mer­ce­des Romero, jakże możesz być taką kłam­czu­chą?! - pro­te­stuje Leo.

Gest Mer­ce­des spra­wia, że się uśmie­cham. Zawsze lubi­łam jej sza­leń­stwo, a szcze­gól­nie gdy, patrząc na Leo, mówi:

- Leo Mora­les, czyż­byś wła­śnie nazwał mnie kłam­czu­chą?

- Oczy­wi­ście - potwier­dza Leo.

Mer­ce­des uśmie­cha się i pusz­cza do mnie oko.

- Gdy poje­cha­łam po tego typa, oka­zało się, że zdo­łał wymu­sić na Pili obiet­nicę, że przy­go­tuje na kola­cję dla dzieci zupę z gwiazd­kami i panie­ro­wane kotlety z kur­czaka. Nic go nie powstrzy­mało!

Leo ponow­nie wzdy­cha. Pili to jego żona.

- Wła­śnie to dzi­siaj będzie na kola­cję - mru­czy. - Musia­łem to powie­dzieć Pili, bo znam moje dzieci i, ponie­waż wie­dzą, jak mama nie lubi goto­wać, szybko prze­ko­nują ją, żeby zamó­wiła pizzę. A wła­śnie, że nie! Dzi­siaj wie­czo­rem ma być zupa z gwiazd­kami i kotlety z kur­czaka.

Sły­sząc te słowa, uśmiech­nę­łam się.

Leo jest głową rodziny pełną gębą, bar­dzo odpo­wie­dzial­nym. Bar­dzo lubi goto­wać i opie­ko­wać się swoją żoną i dziećmi Marco i Ricardo. Wiele lat temu, widząc, że Pili, jako dobra sze­fowa waż­nej kom­pa­nii samo­cho­do­wej, zara­bia dużo wię­cej pie­nię­dzy niż on, a ludzie o tym gadają - Leo posta­no­wił prze­stać pra­co­wać w admi­ni­stra­cji firmy kurier­skiej i zajął się domem i dziećmi. Mówi, że jest szczę­śliwy, robiąc to, co robi, i nie ma o czym dys­ku­to­wać.

Leo i Pili są szczę­śliwi, że tak uło­żyli swoje życie, a my, któ­rzy ich kochamy, cie­szymy się ich szczę­ściem. Byłoby wspa­niale, gdyby było wię­cej męż­czyzn takich jak Leo, tym­cza­sem zawsze to my, kobiety, musimy rezy­gno­wać z pracy, aby mężul­ko­wie mogli czuć się sam­cami alfa w swo­ich domach.

Macham do mam kil­korga dzieci, które znam, a Leo mówi:

- Zdy­cham. Chyba wczo­raj wie­czo­rem prze­sa­dzi­li­śmy z piciem.

Przy­znaję mu rację i śmieję się, gdy sły­szę, co jesz­cze dodaje:

- Chyba nawet nie muszę się upew­niać, że to, co wczo­raj obie­ca­łaś, to był tylko zwy­kły żart!

Mer­ce­des i ja spo­glą­damy na sie­bie, wiemy, o czym on mówi.

- Leo Mora­les, nie bądź prze­sta­rzały! - mru­czy moja przy­ja­ciółka. - Jeśli nasza Wero chce zdo­być i poznać nie­znane ciała męż­czyzn z innych kon­ty­nen­tów, to nie burz jej planu!

Śmie­jemy się roz­ba­wione. Mer­ce­des obej­muje naszego przy­ja­ciela i mówi:

- Zgoda, przy­znaję, to ja się spóź­ni­łam. Nie on.

- O rety, dzię­kuję! - wykrzy­kuje Leo.

- Gada­łam przez tele­fon z piękną rudo­włosą i nie mogłam prze­rwać roz­mowy...

- Z Dalilą? - pytam zacie­ka­wiona.

Mer­ce­des przy­ta­kuje. To jej była part­nerka, kobieta, którą uwiel­bia i stara się odzy­skać. Leo, zmie­nia­jąc ton głosu, szep­cze:

- Idź z nią jutro na kola­cję.

- No nie­eee! - żar­tuję.

Mer­ce­des, moja wspa­niała Mer­ce­des Romero, przy­ta­kuje, kiwa­jąc głową i oświad­cza:

- Wresz­cie osią­gnę­łam to, że pój­dzie ze mną na kola­cję.

Spo­glą­damy na sie­bie z Leo. Naszym zda­niem Dalila nie jest kobietą, na jaką zasłu­guje Mer­ce­des, ale rozu­mie­jąc, że należy usza­no­wać miło­sne wybory, uśmie­chamy się i przy­tu­lamy Mer­ce­des. Razem z Amarą sta­no­wimy Komando Opun­cji! Nawet nasza grupa na What­sAp­pie tak się nazywa. Wszystko zaczęło się od śmie­chu i żar­tów, ale osta­tecz­nie tak się poukła­dało mię­dzy nami, że sta­no­wimy zwartą grupę.

Leo, Mer­ce­des, Amara i ja jeste­śmy różni, ale tacy sami. Skom­pli­ko­wani, ale bez­pro­ble­mowi. Głupi, ale sprytni. A co naj­waż­niej­sze - naprawdę kochamy się nawza­jem.

Wszyst­kich troje pozna­łam w parku, w Alu­che, pod­czas kolej­nego popo­łu­dnia, gdy spa­ce­ro­wa­łam sama z Zoé, a wła­śnie zaczął padać deszcz. Pcha­jąc wóze­czek, szybko schro­ni­łam się pod jedy­nymi arka­dami na osie­dlu. Wtedy przy­szła dziew­czyna, Mer­ce­des, po chwili facet, Leo, a na koniec przy­szła Amara. Roz­pa­dało się jesz­cze bar­dziej. Zaczęła się wielka ulewa i nie mogli­śmy się stam­tąd ruszyć. Zaczę­li­śmy więc roz­ma­wiać, a Zoé swo­imi uśmie­chami zdo­była ich serca.

Kilka dni póź­niej spo­tka­li­śmy się w osie­dlo­wej pie­karni i, jak­by­śmy znali się od zawsze, przy­wi­ta­li­śmy się i umó­wi­li­śmy na spo­tka­nie tego samego popo­łu­dnia, pod tymi samymi arka­dami, pod któ­rymi widzie­li­śmy się po raz pierw­szy. Oczy­wi­ście z Zoé. Nie musia­łam nic mówić, aby Leo, Amara i Mer­ce­des dosko­nale rozu­mieli, że muszę zająć się moją córką, bo moi rodzice pra­co­wali. Od tam­tego dnia, mimo że nasze życia z bie­giem lat się zmie­niały, ni­gdy nie odda­li­li­śmy się od sie­bie. Jeste­śmy przy­ja­ciółmi, a przede wszyst­kim jeste­śmy jak rodzina! To dla nas abso­lut­nie jasne.

- Jak się ma nasza dziew­czynka? - pyta Leo.

Nabie­ram powie­trza, gaszę papie­rosa i mówię:

- Tro­chę nie­zde­cy­do­wana, ale ma się dobrze. Zaraz ją zoba­czy­cie.

Wszy­scy troje uśmie­chamy się, Mer­ce­des nagle pyta zasko­czona:

- Zgu­bi­łaś komórkę?

Roz­śmie­sza mnie to, bo zawsze trzy­mam ją w ręku.

- Jest w mojej torebce, wyłą­czona - odpo­wia­dam.

Przy­ja­ciele patrzą po sobie zdzi­wieni. Jeśli jest cokol­wiek typo­wego dla mnie, to wła­śnie tele­fon komór­kowy, dzia­ła­jący dwa­dzie­ścia cztery godziny na dobę, z powodu mojej pracy. Dla­tego Leo szep­cze:

- Kim ty jesteś, gdzie do cho­lery jest moja Wero?

Śmie­jemy się i prze­py­chamy nawza­jem, a Mer­ce­des pyta:

- Czy moja dziew­czynka ma już spa­ko­wane walizki?

Na te słowa z żalem przy­ta­kuję, kiwa­jąc głową, a kiedy czuję, że broda zaczyna mi drżeć, Leo odzywa się, bio­rąc mnie pod ramię:

- Zero dra­ma­tów w Komando Opun­cji, wcho­dzimy do środka!

Na szczę­ście prze­rywa zapo­wia­da­jące się dra­ma­tyczne przed­sta­wie­nie. Jestem mu wdzięczna. Jesz­cze będę mieć czas na roz­pa­cza­nie jutro na lot­ni­sku. Zna­jąc mnie, zapewne zaleję łzami cały ter­mi­nal, powo­du­jąc powódź.

Chwilę póź­niej docho­dzimy do miej­sca, gdzie sie­dzą moi rodzice i Amara. Mer­ce­des i Leo witają ich ser­decz­nie, a kiedy już wszy­scy sia­dają, mój tata przy­gląda mi się uważ­nie:

- Mysza, dobrze się czu­jesz?

Uśmie­cham się. Ja jestem "mysza", a Zoé "myszeczka"... A co! Takie tam wymy­sły mojego taty, bo oby­dwie lubimy tań­czyć.

Zawsze uwiel­bia­łam taniec i dla­tego, gdy Zoé była jesz­cze małą dziew­czynką, zapi­sa­łam ją na lek­cje baletu kla­sycz­nego, pod­czas gdy sama tań­czy­łam z Amaro salsę. Jed­nak ni­gdy nie wyobra­ża­łam sobie, że te lek­cje, które moja córka uwiel­biała od pierw­szego dnia, staną się jej przy­szło­ścią. Wie­dząc, że mój ojciec mar­twi się, bo moja córka następ­nego dnia opusz­cza rodzinne gniazdo, biorę go za rękę i mówię:

- Ona i ja mamy się dobrze. Nie martw się.

Tata spo­gląda na mnie i pota­kuje, kiwa­jąc głową. Daje mi ten jeden ze swo­ich czu­łych cału­sów w czu­bek mojego nosa, bo wie, że jestem ckliwa w tej kwe­stii, i mówi:

- Myszeczka wyla­tuje z gniazda, tak jak ty wyle­cia­łaś z nią. Teraz ty musisz zacząć żyć, córko. Już czas, prawda?!

- Tato, ja mam swoje życie! - żar­tuję.

Mój tata, któ­rego mil­cze­nie zna­czy wię­cej niż słowa, które wypo­wiada, bur­czy pod nosem:

- Wiem, że masz swoje życie. Ale jako twój ojciec, chcę...

- Już dosyć z tym narze­czo­nym! - uci­nam.

Tata prze­mil­cza. Wiem, że bar­dzo cierpi, gdy patrzy, jaka jestem ozię­bła wobec męż­czyzn, więc zmie­nia­jąc temat, pyta mnie:

- Przy­go­to­wa­łaś swoją mak­si­po­dróż?

Uśmie­cham się. Tak tata nazywa mój pla­no­wany i opła­cony ze wszyst­kimi wydat­kami przez klienta długi objazd po jego win­ni­cach w Tek­sa­sie, Argen­ty­nie, RPA, Austra­lii i Chi­nach. Chce, żebym odwie­dziła je, żebym zorien­to­wała się w spe­cy­fice każ­dego miej­sca i bym mogła zor­ga­ni­zo­wać świa­tową super­kam­pa­nię dla jego win.

Od dwóch mie­sięcy odwle­kam ten wyjazd. Na szczę­ście klient, choć tro­chę spe­cy­ficzny, gbu­ro­waty mruk, bar­dzo chce pra­co­wać ze mną, więc zga­dza się na odkła­da­nie wyjazdu. Wie, że z powodu podróży będę ponad dwa­dzie­ścia dni poza Hisz­pa­nią, więc czeka, aż Zoé wyje­dzie, żeby on mógł podró­żo­wać ze mną.

- Wszystko przy­go­to­wane.

- Kiedy ruszasz?

- Za pięt­na­ście dni.

Tata uśmie­cha się. Wiem, że jest dumny ze mnie i z mojej odwagi w inte­re­sach.

- Obje­dziesz cały świat. Nazwę cię Willy Fog!

Oboje śmie­jemy się. Gdyby tata wie­dział, o czym roz­ma­wia­łam z moimi przy­ja­ciółmi, prze­żyłby szok. On, patrząc na scenę, pyta:

- Co będzie tań­czyć myszeczka?

Wzru­szam ramio­nami. Zoé i cała ekipa trzy­mali to w tajem­nicy.

- Tato, nie mam poję­cia - odpo­wia­dam. - Jak wyj­dzie na scenę, to zoba­czymy.

- Cokol­wiek to będzie, spodoba się nam!

- Jestem tego pewna - oświad­czam z satys­fak­cją.

Po kilku minu­tach w teatrze gasną świa­tła i zaczyna się spek­takl.

Jak można było ocze­ki­wać, naj­pierw na sce­nie poja­wiają się maluszki. Mają po pięć-sześć latek, jak moja Zoé, gdy zaczy­nała. Cała publicz­ność wybu­cha grom­kim śmie­chem, widząc, jak tań­czą tak roz­kosz­nie nie­zdar­nie i spra­wiają, że chcia­łoby się je wszyst­kie zjeść, cału­jąc.

W następ­nej godzi­nie kolejne grupy wycho­dzą na scenę i popi­sują się swo­imi zdol­no­ściami bale­to­wymi. My na widowni wiemy, jak dzieci z bie­giem lat, w dużej dys­cy­pli­nie, roz­wi­jają umie­jęt­no­ści i tań­czą coraz lepiej. Roz­ko­szu­jemy się spek­ta­klem.

Scena znów pusto­szeje. Roz­bły­skają sil­niej­sze świa­tła i przed publicz­no­ścią staje Gustav, dyrek­tor arty­styczny wyda­rze­nia. Przez kilka minut wita się z nami, czyli przy­ja­ciółmi i rodzi­nami arty­stów, jak ich nazywa. Zachwy­ceni słu­chamy, gdy opo­wiada o wiel­kim zaan­ga­żo­wa­niu dzieci i o tym, jak bar­dzo jest szczę­śliwy, że może je poka­zać.

Po krót­kim mil­cze­niu zaczyna mówić o ostat­nim wystę­pie, a ja, razem z moimi rodzi­cami i przy­ja­ciółmi, prze­ży­wam wiel­kie emo­cje. Oto teraz jest kolej naszej dziew­czynki, mojej Zoé, i jej part­nera Adriana, naj­zdol­niej­szych uczniów, któ­rzy już stają się absol­wen­tami.

Dla szkoły bale­to­wej fakt, że Zoé i Adrian wyjeż­dżają do Nowego Jorku, aby dawać lek­cje baletu w jed­nej z tam­tej­szych aka­de­mii Gustava, to zaszczyt. Po wygło­sze­niu pochwał na ich temat Gustav scho­dzi ze sceny, a ja biorę głę­boki wdech.

Do boju!

Gdy tylko przy­ga­sają świa­tła, moja mama spo­gląda na mnie z uśmie­chem; nagle sły­szę pierw­sze akordy melo­dii i instynk­tow­nie zakry­wam usta dło­nią. Czy to moż­liwe?

Tata bie­rze mnie za rękę, jest tak samo pod­eks­cy­to­wany jak ja. Patrzymy na sie­bie, uśmie­chamy się, a łzy zaczy­nają pły­nąć po naszych twa­rzach. Moja mama, wzru­szona jak my, otwiera torebkę i na lewo i prawo roz­daje chu­s­teczki jed­no­ra­zowe.

Zoé, nasza Zoé, zatań­czy do tej muzyki, która jest tak szcze­gólna dla nas. Cho­dzi o trze­cią część prze­pięk­nej for­te­pia­no­wej suity ber­ga­ma­sque Claude'a Debussy'ego Świa­tło księ­życa. Od mojego wcze­snego dzie­ciń­stwa tata pusz­czał ją na gra­mo­fo­nie w nie­dziele, żeby mnie budzić, i zgod­nie z tra­dy­cją włą­czał ją też dla Zoé.

Piękne wspo­mnie­nia przy­wo­dzi nam na myśl ta melo­dia!

Pełni emo­cji patrzymy na scenę i wresz­cie jest moja mała. Tak cudowna. Tak piękna. Tak ele­gancka w swo­ich ete­rycz­nych i płyn­nych ruchach, w jej stroju w kolo­rze nie­bie­skiego błę­kitu, z upię­tymi wło­sami. Tań­czy w takt cudow­nej melo­dii razem ze swoim part­ne­rem Adria­nem.

Wstrzy­muję oddech, nie mogę ode­rwać od nich oczu. Są wspa­niali! Zoé, moja Zoé, przy­ćmiewa świa­tło. Porywa swo­imi deli­kat­nymi i ostroż­nymi ruchami. Nawet nie jestem w sta­nie mru­gać oczami. Naprawdę widzę, nie dla­tego, że jestem jej matką, że moja dziew­czynka dosko­nale wie, jak to trzeba robić.

Zawsze sły­sza­łam, że muzyka budzi nie­skoń­czone emo­cje. Radość, smu­tek, ero­tyzm, odprę­że­nie. Ja słu­cha­jąc tej cud­nej melo­dii i widząc moją córkę, mogę tylko myśleć o pięk­nie i miło­ści. To piękno łączące Zoé i tę cudowną muzykę. Cho­ciaż po mojej twa­rzy łzy płyną stru­mie­niami, jak woda z odkrę­co­nego kranu, roz­ko­szuję się, raduję i sma­kuję każdą chwilę tego magicz­nego i cudow­nego momentu, aby na całą wiecz­ność zapi­sał się w mojej pamięci i w moim sercu.

Przy­znam szcze­rze, że Zoé jest praw­dziwą i naj­czyst­szą miło­ścią mojego życia. Gdy koń­czy się utwór i cisza opa­no­wuje teatr, wiem, że wszy­scy trwają zauro­czeni. Wiem, że wszy­scy są wzru­szeni i zachwy­ceni tym, co zoba­czyli. Wiem, że moje serce wybuch­nie ze szczę­ścia i dumy, a mój ojciec wstaje i, nie przej­mu­jąc się, że łzy mu ciekną z oczu, okla­skuje jak nikogo w swoim życiu. Wszy­scy, idąc za jego przy­kła­dem, wstają z krze­seł.

Och, ależ prze­ży­cie!

To, co łączy moją córkę i sztukę, nie jest czymś zwy­czaj­nym. Kiedy Zoé wresz­cie odnaj­duje nas w tłu­mie publicz­no­ści i uśmie­cha się do nas, osta­tecz­nie nie wytrzy­muję! Umie­ram z miło­ści!

Rozdział 3

Jest ósma rano, a ja nie­wiele spa­łam.

Gdy wstanę z łóżka, życie, które dotych­czas zna­łam, zmieni się.

Zoé wyje­dzie do Nowego Jorku, a ja po raz pierw­szy zostanę sama. Będę robić zakupy dla jed­nej osoby w super­mar­ke­cie i żyć sama ze sobą, bez koniecz­no­ści tłu­ma­cze­nia się przed kim­kol­wiek.

Myślę o tym i w tym samym momen­cie widzę spo­koj­nie wcho­dzącą do mojego pokoju Pau­lovą, naszą kotkę. Lepiej powiem - naszą pso­kotkę, która zwin­nie poru­sza­jąc swoim nie­zwy­kle wyglą­da­ją­cym cia­łem, wska­kuje na łóżko. Jak zawsze zaczyna łap­kami doty­kać mojej głowy. Uwiel­bia dep­tać mi włosy, aż wresz­cie znaj­duje pozy­cję wygodną dla sie­bie i układa się z główką na mojej gło­wie. Roz­koszna!

Zoé i ja zawsze chcia­ły­śmy mieć psa. Gol­den retrie­vera z długą, jasną sier­ścią. W końcu jed­nak mój brak czasu spra­wił, że zado­wo­li­ły­śmy się naszą pso­kotką. Pau­lova i ja oddy­chamy spo­koj­nie do chwili, gdy w drzwiach staje Zoé w piża­mie, z potar­ga­nymi wło­sami i jak zawsze wska­kuje ze śmie­chem do mojego łóżka.

Jak mam żyć bez tego?

Pau­lova z powodu wtrą­ce­nia się Zoé odcho­dzi od nas, a ja, patrząc na moją małą, która już jest kobietką, szep­czę:

- Nie wiem, jakim spo­so­bem spo­tkało mnie to szczę­ście, że mam tak piękną córkę.

Zoé uśmie­cha się.

- No, to wiedz, że jeśli ja jestem piękna, ty także jesteś piękna - stwier­dza. - Wszy­scy mówią, że jeste­śmy jak dwie kro­ple wody.

Ma rację. Ludzie cią­gle myślą, że jeste­śmy sio­strami, bo tak bar­dzo jeste­śmy do sie­bie podobne. Gdy łzy napły­wają mi do oczu, Zoé dziwi się:

- Mamo, znowu?

Kiwam głową. Jestem jak ciek­nący kran. Gdy pła­czę, pła­czę na całego.

- Po pro­stu będę bar­dzo tęsk­nić za tobą - mam­ro­czę. - Co ja zro­bię bez cie­bie?

- Będziesz żyć swoim życiem - oświad­cza Zoé.

Oczy­wi­ście, łatwo to powie­dzieć. Zoé bie­rze mnie za prawy nad­gar­stek, przy­kłada do swo­jego, żeby było widać nasze tatu­aże, i mówi:

- "Ty i ja... zawsze".

Przy­ta­kuję. To "zawsze" razem z nią staje się za krót­kie, a moja córka, patrząc na mnie, mru­czy:

- Całe życie trosz­czysz się o mnie i...

- I na­dal będę się trosz­czyć - zapew­niam.

Zoé potwier­dza, rozu­mie, co mówię, i - patrząc mi pro­sto w oczy - szep­cze:

- Wiem. Wiem, że zawsze będziesz trosz­czyć się o mnie, tak jak ja o cie­bie. Mamo, ale teraz musisz znowu mieć swoje życie. Teraz musisz robić to wszystko, czego nie robi­łaś, bo byłaś odpo­wie­dzialna za mnie, ale zapi­sa­łaś sobie w note­sie marzeń!

Oby­dwie się śmie­jemy. Ten notes Zoé poda­ro­wała mi, gdy była mała i wspól­nie, każda z innego końca, zapi­sy­wa­ły­śmy w nim to, co chcia­ły­by­śmy robić w przy­szło­ści. Przez całe nasze życie zapi­sy­wa­ły­śmy w nim nasze malut­kie marze­nia. Być nauczy­cielką baletu. Podró­żo­wać. Zatań­czyć tango z Argen­tyń­czy­kiem. Nauczyć się pro­wa­dzić moto­cykl. Zoba­czyć zorzę pół­nocną. Spać pod roz­gwież­dżo­nym nie­bem. Poznać atrak­cyj­nego chło­paka. Poje­chać do Gre­cji. Itd., itp. Prawdę powie­dziaw­szy, Zoé speł­niła wiele ze swo­ich zapi­sa­nych marzeń. Jeśli cho­dzi o mnie, to już co innego.

Z mojego gar­dła wydo­staje się jęk i spra­wia, że chli­pię. Ale wspo­mnie­nia!

Widząc, jak moja córka patrzy na mnie, pro­szę:

- Zbesz­taj mnie i nie pozwól wię­cej pła­kać.

- Veró­nico Jiménez John­son, prze­stań pła­kać!

Zwra­ca­nie się do nas po imie­niu i nazwi­sku, żeby nas zbesz­tać, jest typowe dla mojego ojca. Śmie­jemy się i tulimy.

- Naprawdę chcesz wyje­chać do Nowego Jorku? - upew­niam się.

Zoé potwier­dza bez waha­nia. Nowy Jork jest zapi­sany w note­sie.

- Tak, mamo.

- Czy lek­cje nie zaczy­nają się we wrze­śniu?

- Mamo, ale przed­tem chcę spę­dzić czas z moim narze­czo­nym.

Bawią mnie jej ostat­nie słowa. Ja w ciągu moich trzy­dzie­stu ośmiu lat życia ni­gdy nie mia­łam narze­czo­nego, a Zoé, mając dwa­dzie­ścia trzy, sądzi, że zna­la­zła miłość swo­jego życia. Patrzę na nią i zamie­rzam coś powie­dzieć, ale ona poka­zuje na mnie pal­cem, z wdzię­kiem odsuwa się i prze­staje mnie przy­tu­lać:

- Mamo, nie zaczy­naj.

- Nic nie powie­dzia­łam - żar­tuję.

Moja córka śmieje się.

- Dobrze się znamy! Po two­jej twa­rzy widzę, że zamie­rzasz mi powie­dzieć, że słowo "narze­czony" jest...

- Tak, wła­śnie - śmieję się.

Oby­dwie z córką, leżąc, śmie­jemy się, a ona dodaje:

- Michael jest miło­ścią mojego życia, mamo. Poza tym - wyja­śnia skru­pu­lat­nie - jest dokład­nie taki, jak zapi­sa­łam na liście moich marzeń. Przy­stojny, inte­re­su­jący, mądry, zachwy­ca­jący i sza­leje za mną.

Podoba mi się to, co sły­szę, a jed­no­cze­śnie mnie prze­raża. Zoé jest młoda. Ma całe życie przed sobą i tysiące osób do pozna­nia. Michael jest dobrym chło­pa­kiem. Inte­lek­tu­ali­sta, w dodatku odpo­wie­dzialny. Lubię go i uwiel­biam, jak patrzy na Zoé i opie­kuje się moją córką, ale dla­czego nie mieszka w Madry­cie, tylko w Nowym Jorku?

Myślę o tym, a Zoé otwiera szu­fladę mojego sto­lika noc­nego. Wyj­muje słynny notes z marze­niami i, sia­da­jąc na łóżku, bie­rze do ręki dłu­go­pis:

- Muszę wykre­ślić to o wyjeź­dzie do Nowego Jorku.

Przy­ta­kuję. Sia­dam obok niej i obser­wuję, co robi. Zoé, odwra­ca­jąc notes na drugą stronę, poka­zuje mi moją część.

- Mamo, masz jesz­cze dużo marzeń do speł­nie­nia, nie sądzisz?

Wzru­szam ramio­nami, a ona czyta:

- Zoba­czyć zorzę polarną. Miesz­kać na plaży. Nauczyć się pro­wa­dzić moto­cykl. Spać pod roz­gwież­dżo­nym nie­bem. Poje­chać do Gre­cji. Zatań­czyć tango z Argen­tyń­czy­kiem. Roz­ko­szo­wać się sek­sem do utraty tchu.

- To ostat­nie robię - odpo­wia­dam zadzior­nie.

Zoé uśmie­cha się, jest na bie­żąco, jeśli cho­dzi o moje życie ero­tyczne, i - widząc moją czer­woną walizkę - pyta:

- Zaczę­łaś się pako­wać na super­po­dróż? Mamo, wiem, że to praca, ale spędź tę podróż luk­su­sowo!

Znów przy­ta­kuję i uśmie­cham się. Prze­mil­czam to, o czym roz­ma­wia­łam z przy­ja­ciółmi. Nie jestem prze­ko­nana, że spę­dzę tę podróż luk­su­sowo z klien­tem, z któ­rym jadę.

- Naj­bar­dziej lubię to twoje marze­nie - komen­tuje Zoé, patrząc w notes.

- Które?

Zoé czyta:

- Poznać męż­czy­znę wyso­kiego, przy­stoj­nego, inte­re­su­ją­cego, nie­za­leż­nego, który mnie nie przy­tło­czy, takiego, który sam się utrzyma, który opusz­cza deskę sede­sową, gdy skoń­czy, który umie goto­wać, który przy­go­to­wuje wyśmie­nite kok­tajle i który oczy­wi­ście zawsze, gdy zbliża się do mnie, pięk­nie pach­nie i spra­wia, że jego głos dopro­wa­dza mnie do sza­leń­stwa.

Wybu­cham śmie­chem. No dobra, nie jestem wyma­ga­jąca! Zoé, śmie­jąc się tak samo jak ja, szep­cze:

- Jesteś aż nazbyt wyma­ga­jąca.

- Kocha­nie, takie jest moje marze­nie. Coś innego dla mnie się nie liczy.

- Czy nie sądzisz, że już przy­szedł czas, żebyś miała narze­czo­nego?

- A niby dla­czego mam mieć jed­nego, skoro mogę mieć dwu­dzie­stu jeden?

- Mamo!

- Kocha­nie, mam przy­ja­ciół i to mi wystar­czy.

- Mamo! Ci twoi są tylko po to, żeby spę­dzić miłe chwile. Ja mówię o miło­ści, o roman­ty­zmie!

Śmieję się i nie mogę tego powstrzy­mać.

- Zoé Jiménez John­son, nie zaczy­naj! - mam­ro­czę pod nosem.

Jed­nak Zoé, jak to ona, nalega:

- Przez całe życie opie­ku­jesz się mną. Myślisz tylko o mnie i przed­kła­dasz mnie ponad wszystko inne. Myślę, że teraz, gdy wyfru­wam z domu, zasłu­gu­jesz na to, by mieć kogoś, kto zaopie­kuje się tobą i...

Kładę dłoń na jej ustach, nie chcę, żeby mówiła dalej.

- Posłu­chaj, kocha­nie. Jestem kobietą nie­za­leżną, która nie potrze­buje nikogo, żeby się nią opie­ko­wał.

- Zaraz, zaraz, mamo - mówi, ucie­ka­jąc przed moją dło­nią. - To tylko takie gada­nie i ty dosko­nale o tym wiesz. Gdy mówię o opiece nad tobą, to mam na myśli kogoś, kto cię kocha i kto sprawi, że potrak­tu­jesz miłość jako coś magicz­nego i szcze­gól­nego, tak jak ja to czuję dzięki Micha­elowi.

- O matko moja! - żar­tuję. - Sądzę, że naoglą­da­łaś się tak wielu fil­mów roman­tycz­nych z twoim wuj­kiem Leo i cio­cią Amarą...

- Mamo - Zoé prze­rywa mi. - Kiedy wresz­cie dasz szansę miło­ści?

Sły­sząc to, znów się uśmie­cham. Ona, tak samo jak ja, dosko­nale wie, że roman­tyzm i ja od dawna jeste­śmy na sie­bie obra­żeni.

- Mam przy­ja­ciół, z któ­rymi miło spę­dzam czas, kocha­nie, i to mi wystar­cza.

Zoé przy­ta­kuje. Wie, że moje odrzu­ca­nie miło­ści to sku­tek krzywdy, którą wyrzą­dził mi jej bio­lo­giczny ojciec. Na szczę­ście ten temat ni­gdy nie obcho­dził jej nad­mier­nie. Roz­ma­wia­ły­śmy o tym swo­bod­nie tysiące razy. Któ­re­goś dnia powie­działa: "Mamo, to ty jesteś tutaj ze mną i tylko ty mnie obcho­dzisz. Włoch, który jedy­nie dał swoje nasie­nie, jest dla mnie nikim". Przy­znam, że tam­tego dnia spodo­bała mi się jej sta­now­czość. Zro­zu­mia­łam, że moja córka jest silną kobietą, któ­rej nie zaszko­dziło wzra­sta­nie bez ojca i że ona bie­rze życie takim, jakie ono jest.

- Nie chcia­ła­byś spo­tkać kogoś szcze­gól­nego, kto ofia­ruje ci kwiaty, zamiast przy­no­sić zabawkę ero­tyczną?

- Nie.

- Mamo­oooooo...

- Kocha­nie, jestem szczera!

- Nie wszy­scy męż­czyźni są tacy sami - nalega.

Wzru­szam ramio­nami, a moja córka, roz­kła­da­jąc się na łóżku, żeby patrzeć w sufit, mam­ro­cze pod nosem:

- Zasłu­gu­jesz na to, żeby poznać kogoś szcze­gól­nego. Tego z marze­nia. Miłość bez­wa­run­kową i sza­loną, która bez słów, tylko spoj­rze­niami sprawi, że będziesz czuła, że masz wszystko, czego ci w życiu potrzeba.

Roman­tyzm Zoé, wyjęty z epoki jej wujka Leo i jej cioci Amary, roz­ba­wia mnie. Ja, nawet mając tylko pięt­na­ście lat, nie byłam taką roman­tyczką. Tak samo jak Zoé, patrząc w sufit, stwier­dzam:

- Takie uczu­cie we mnie budzisz wyłącz­nie ty.

- Jesteś młoda, ładna i wesoła, cho­ciaż tro­chę lubisz rzą­dzić i bywasz sztywno wyma­ga­jąca, jeśli cho­dzi o punk­tu­al­ność. Jed­nak, na Boga, masz tylko trzy­dzie­ści osiem lat!

- I...?

Zoé i ja patrzymy na sie­bie. Nie potrze­buję, żeby coś mówiła. Rozu­miem, co ona chce usły­szeć.

- No, dobrze - mówię. - Jeśli poznam kogoś szcze­gól­nego, obie­cuję, że dam mu szansę.

- Genial­nie! Ja obie­cuję ci, że jeśli ten ktoś cię skrzyw­dzi, poła­mię mu nogi.

- Zoé!

Oby­dwie wybu­chamy śmie­chem. I tu ujaw­nia się wło­ski gen zła jej ojca.

- Ale... - szep­czę.

- Już dosyć tych two­ich "ale"... - kpi.

- Ja dosko­nale czuję się w tym, w czym jestem. Mam przy­ja­ciół. Spo­ty­kam się, z kim chcę i kiedy chcę, i...

- A czy nie chcia­ła­byś, żeby ktoś wzdy­chał, tęsk­niąc za tobą? Męż­czy­zna, który dałby ci miłość i z któ­rym w końcu słu­cha­ła­byś roman­tycz­nych pio­se­nek i tań­czy­ła­byś w świe­tle księ­życa.

- Na Boga, Zoé - śmieję się.

- Mamo, cudow­nie jest tań­czyć w świe­tle księ­życa przy roman­tycz­nej pio­sence!

Znów nie mogę się opa­no­wać i wybu­cham śmie­chem. Pomi­jam kwe­stię roman­tycz­nej pio­senki. Sta­ram się nie obu­dzić mojego serca i moich uśpio­nych uczuć.

- Mogła­byś z tą szcze­gólną osobą stwo­rzyć rodzinę - mówi Zoé.

- Zoé, czy ty pali­łaś trawkę? - żar­tuję.

Moja córka to moja córka, więc drąży dalej:

- Zawsze lubi­łaś małe dzieci, a ja zawsze chcia­łam mieć rodzeń­stwo. Nie mów, że nie!

W tym momen­cie brzmi dzwo­nek do drzwi. Wsta­jąc, mówię z gra­cją:

- Dzwo­nek do drzwi mnie ura­to­wał!

- Mamo­oooooo!

- Kocha­nie, ktoś dzwoni do drzwi!

Idąc boso do salonu, śmieję się z ide­ali­zmu mojej córki, a jed­no­cze­śnie spo­glą­dam na ekran wide­oka­mery zabez­pie­cza­ją­cej wej­ście i widzę, że są tam Leo i Mer­ce­des. Odzy­wam się gło­śno, otwie­ra­jąc drzwi:

- Zoé, twoje wujo­stwo przy­szło tu i przy­nie­śli chur­ros2.

W oka­mgnie­niu Leo i Mer­ce­des wcho­dzą do mojego pięk­nego domu w Pozu­elom, a Zoé tuli ich ser­decz­nie. Poprzed­niego dnia, poże­gnaw­szy się po wystę­pie, obie­cali jej, że przy­niosą chur­ros na śnia­da­nie przed jej wyjaz­dem na lot­ni­sko. Dla­tego są. Jak zwy­kle dotrzy­mali słowa.

Podaję kawę z mle­kiem i wszy­scy sia­damy przy stole w jadalni.

- Cze­kamy na Amarę?

Zaprze­czam, krę­cąc głową.

- Nie mogła przyjść, ma próbę w base­nie ze swo­imi malu­chami.

- A więc, do boju! - pro­po­nuje uśmiech­nięta Mer­ce­des.

Jak było do prze­wi­dze­nia, pochło­nę­li­śmy wszyst­kie chur­ros. Dosko­nałe!

Zoé, poły­ka­jąc ostatni kęs, zdra­dza:

- Mówi­łam mamie, że teraz, gdy ja wyjeż­dżam, ona musi zna­leźć sobie narze­czo­nego.

- Dla­czego tylko jed­nego, skoro może ich mieć dwu­dzie­stu jeden? - żar­tuje Mer­ce­des.

- Ja to samo jej powie­dzia­łam - potwier­dzam, trzy­ma­jąc swoje churro w pal­cach.

Roz­ba­wione, Mer­ce­des i ja, stu­kamy się naszymi chur­ros.

- Ja jed­nak myślę tak samo jak ty, Zoé - mówi Leo. - Sądzę, że to dosko­nały pomysł. I już czas, prawda?

Patrzę na niego prze­ra­żona, a Leo dodaje:

- Jesteś kobietą młodą, ładną i fan­ta­styczną, która może dać dużo miło­ści.

Mer­ce­des i ja spo­glą­damy na sie­bie zdzi­wione.

Zazwy­czaj Leo mi mówi, że jestem apo­dyk­tycz­nym i wyma­ga­ją­cym bab­skiem, a na doda­tek nad­mier­nie pra­co­wi­tym, a teraz, gdy ja chcę coś powie­dzieć, Leo dodaje:

- Powin­naś tro­chę mniej pra­co­wać i nie być takim bab­skiem, zim­nym i apo­dyk­tycz­nym. To, moja przy­ja­ciółko, odstra­sza wszyst­kich.

- To bar­dziej mi pasuje - żar­tuję.

Wszy­scy śmie­jemy się, a Mer­ce­des po chwili, wymie­niw­szy spoj­rze­nia z Zoé, mówi:

- Ty, kochana, bądź spo­kojna. Jako nie­od­łączny czło­nek Komando Opun­cji, obie­cuję, że razem z cio­cią Amarą spra­wię, że twoja mama nie będzie się nudzić ani dzi­siaj, ani ni­gdy.

- To jest moja dziew­czyna! - żar­tuję, stu­ka­jąc się z nią kolej­nym churro.

- Jak może­cie mówić takie głu­poty przy dziew­czynce! - mam­ro­cze Leo, patrząc na nas z nie­sma­kiem.

Zoé uśmie­cha się. Wszy­scy śmie­jemy się, a po chwili moja córka mówi:

- W życiu każda istota ludzka ma kogoś wyjąt­ko­wego, a ja tylko pra­gnę, żeby i mama go zna­la­zła.

- Już mam cie­bie...

- Mamo!

Gdy widzę jej gest, uśmie­cham się. Dla niej ważne jest moje szczę­ście, tak samo jak dla mnie jej. Chcąc, żeby wyje­chała uspo­ko­jona, stwier­dzam:

- Jeśli wszy­scy mamy tego kogoś szcze­gól­nego, to bądź spo­kojna, myszeczko, że z pew­no­ścią wcze­śniej czy póź­niej i ja znajdę.

Zoé uśmie­cha się.

Po śnia­da­niu ubie­ramy się, zano­simy walizki do samo­chodu Leo. Jedziemy do Alu­che, żeby Zoé poże­gnała swo­ich dziad­ków, a potem - na lot­ni­sko. Czas się zbie­rać do wyjazdu.

Rozdział 4

Szlo­cham i czuję się jak roz­dep­tane kru­che ciastko.

A podobno jestem zimna i apo­dyk­tyczna, kiedy tak sobie posta­no­wię. Jed­nak wszystko, co doty­czy Zoé, roz­mięk­cza mnie do nie­wy­obra­żal­nego stop­nia. Sądzę, że coraz bar­dziej upo­dab­niam się do mojej mamy. Czyżby to z powodu wieku?

Cho­dzi o to, że moja córeczka wła­śnie wyje­chała do Nowego Jorku i nie wiem, ile czasu upły­nie do dnia, w któ­rym znów ją zoba­czę. Czuję się tak, jakby wyrwano mi serce.

Jak ja będę żyć bez mojej Zoé?

Piję kawę wraz z dwoj­giem moich przy­ja­ciół w lot­ni­sko­wej kawiarni, a Leo mru­czy pod nosem, pod­czas gdy ja moczę kolejną chu­s­teczkę jed­no­ra­zową:

- Kocham cię...

- Wiem. Ja też cię kocham - mówię z prze­ko­na­niem.

Widzę, że Leo i Mer­ce­des spo­glą­dają na sie­bie i po chwili pierw­sze z nich odzywa się:

- Idziemy, głup­ta­sie. Ona ma się dobrze i jest szczę­śliwa.

- Ale odje­chała...

- Takie są koleje losu, skar­bie - potwier­dza Mer­ce­des.

To jest to, co ja sama sobie mówię.

- To moja córeczka...

- Twoja córeczka uro­sła. Nauczy­łaś ją być nie­za­leżną i ona chce żyć swoim życiem - wyja­śnia Mer­ce­des.

Ja ponow­nie przy­ta­kuję. Ma wię­cej racji niż wszy­scy święci. Żeby mnie roz­we­se­lić, Mer­ce­des pro­po­nuje:

- Co ty na to, żeby Komando Opun­cji dzi­siaj wie­czo­rem poszło na kie­li­cha? Wyślemy ese­me­sika do Amary, niech dołą­czy do nas.

Uśmie­cham się. Wiem, że każde z nich trojga zro­bi­łoby dla mnie to i jesz­cze tysiąc innych rze­czy, ale odpo­wia­dam:

- Mer­ce­des, dzi­siaj wie­czo­rem umó­wi­łaś się z Dalilą, a ty... - wska­zuję wzro­kiem na Leo - twoi teścio­wie przyjdą do cie­bie na kola­cję, a Amara z pew­no­ścią będzie w pracy w szpi­talu.

Przy­ja­ciele patrzą na sie­bie.

- Przed Dalilą jesteś ty - mówi Mer­ce­des.

- Moi teścio­wie mogą przyjść na kola­cję innym razem - zapew­nia Leo.

Ja jesz­cze bar­dziej się roz­kle­jam. Ser­decz­ność i bez­wa­run­kowa miłość moich przy­ja­ciół jest dla mnie ogrom­nym wspar­ciem.

- Na złe i na dobre, i na jesz­cze lep­sze - dodaje Leo poro­zu­mie­waw­czo.

Wzru­szone, Mer­ce­des i ja, przy­ta­ku­jemy. Na złe i na dobre, i na jesz­cze lep­sze. To zda­nie, które my troje i Amara mamy wyta­tu­owane na skó­rze, abso­lut­nie i wyłącz­nie dla nas.

- Musisz nam tylko powie­dzieć, czego potrze­bu­jesz - nalega Leo - aby nasza czwórka znów dziś wie­czo­rem posza­lała w Madry­cie.

Ja bez­u­stan­nie pła­czę i pła­czę. Nie mogę tego powstrzy­mać.

- Czyż­byś myślała, że Zoé wiecz­nie będzie z tobą? - pyta Leo.

Wiem, że życie zwy­kle tak nie prze­biega.

- Ale... - mam­ro­czę.

- Skończ z tymi "ale"! - prze­rywa mi Mer­ce­des. - Zoé ma dwa­dzie­ścia trzy lata, jest mło­dziutką, nie­za­leżną kobietą i chce roz­po­cząć swoje wła­sne życie.

- Wiem...

- Zoé ma się dobrze - nalega Mer­ce­des. Jest szczę­śliwa. Do końca jej życia ty będziesz jej matką i kiedy ona będzie cie­bie potrze­bo­wać, nie zawaha się odszu­kać cie­bie. Jed­nak teraz ty, Veró­nica Jiménez John­son, będziesz żyć i cie­szyć się swoim życiem tak, jakby jutra miało nie być, zro­zu­miano?

Pota­kuję. Wiem, że tak musi być. Kiedy chcę coś powie­dzieć, odzywa się Leo:

- Mam nadzieję, że teraz dasz sobie szansę na pozna­wa­nie męż­czyzn, nie żół­to­dzio­bów.

- Nie zaczy­naj! - karci go Mer­ce­des.

Leo pry­cha:

- Sądzę, Wero, że powin­naś dać szansę miło­ści, przy­naj­mniej jedną szansę! I...

- A ja myślę - prze­rywa mu Mer­ce­des - że Wero ma cie­szyć się tym, czego ona chce, z miło­ścią lub bez. Jeśli roz­ko­szuje się tym bez głębi uczuć, to co w tym złego?

- Z miło­ścią bez wąt­pie­nia wszystko jest lep­sze - twier­dzi Leo, wielki roman­tyk.

Mer­ce­des i Leo zaczy­nają roz­ma­wiać na ten temat. Jak zawsze ich kon­cep­cje życia w wielu kwe­stiach, a szcze­gól­nie w kwe­stii miło­ści, w niczym się nie zga­dzają.

- No, dobra, kochani. Dosyć - wtrą­cam się po zaczerp­nię­ciu powie­trza.

Moi przy­ja­ciele milkną. Spo­glą­dają po sobie, a Leo mówi:

- Posłu­chaj, Wero, i powiem ci to cał­kiem na poważ­nie. Daj sobie szansę tak, żebyś ni­gdy nie żało­wała, że nie spró­bo­wa­łaś. Posłu­chaj mnie! Nie wszy­scy męż­czyźni to tacy idioci jak ten Włoch!

- Jasne! - przy­ta­kuję, żeby już zamilkł.

Leo uśmie­cha się. Mer­ce­des także i Leo bie­rze mnie za rękę.

- Jesteś naj­bar­dziej nie­sa­mo­witą babką, jaką znam - szep­cze. - Zawsze jesteś dla wszyst­kich. Pomo­głaś rodzi­com roz­wi­nąć biz­nes.

- To mini­mum tego, co mogłam zro­bić po tym wszyst­kim, co oni zro­bili dla mnie.

Moi przy­ja­ciele pota­kują, a Leo kon­ty­nu­uje:

- Wycho­wa­łaś Zoé i trosz­czy­łaś się o nią, aż wycho­wa­łaś ją na młodą dziew­czynę, nie­za­leżną i szczę­śliwą.

- To moja córka, jakże mogła­bym tego nie zro­bić? - odpo­wia­dam.

- Mnie i Ama­rze - dalej mówi Leo - pomo­głaś w nie­skoń­czo­nej licz­bie sytu­acji. W tak wielu, że już nie umiem ich zli­czyć i...

- I mnie - prze­rywa mu Mer­ce­des. - Utrzy­my­wa­łaś mnie, zno­si­łaś moją obec­ność, przy­ję­łaś do sie­bie i poszu­ka­łaś dla mnie pracy, gdy byłam bez­ro­botna i zde­spe­ro­wana. Już nie umiem zli­czyć, ile razy wytrzy­ma­łaś moje wypła­ki­wa­nie się, gdy któ­raś z moich part­ne­rek mnie zosta­wiała.

- Zamknij się, jesz­cze pamię­tam tę, z którą krę­ci­łaś ostat­nio z powodu Dalili - kpi Leo.

- Nie sądzisz, że teraz my tro­chę musimy zatrosz­czyć się o cie­bie? - pyta Mer­ce­des.

Wzdy­cham. To wszystko, o czym mi przy­po­mi­nają, zro­bi­łam dla nich szcze­rze, z potrzeby serca. Kiedy chcę odpo­wie­dzieć, Leo wtrąca:

- Wero, teraz pomyśl o sobie. Tylko o sobie. Speł­nij swoje marze­nia. Zasłu­gu­jesz na to.

Wzdy­cham. Moje życie bez moich rodzi­ców, bez mojej córki i bez mojego Komanda Opun­cji byłoby niczym. Ponie­waż jestem nad­wraż­liw­cem, na­dal pła­czę, jakby jutra miało nie być. Jak zapo­wie­dzia­łam. Spo­wo­duję powódź na ter­mi­nalu.

Po chwili, gdy wresz­cie koń­czę moje lamenty, odprę­żam się i zaczy­nam uśmie­chać. W pew­nym momen­cie Mer­ce­des pyta:

- Kiedy Zoé i jej chło­pak wyjeż­dżają na Antark­tydę?

- Za tydzień - odpo­wia­dam, cho­wa­jąc chu­s­teczki.

Gdy roz­gosz­czą się w apar­ta­men­cie Micha­ela, a jego psa zosta­wią u rodzi­ców.

- Jak nazywa się baza na Antark­ty­dzie, do któ­rej pojadą?

- McMurdo - odpo­wia­dam.

Szybko spo­strze­gam, że Mer­ce­des poszu­kuje cze­goś w swoim tele­fo­nie komór­ko­wym. Kolejna, taka sama jak ja, która stale szpera w Google'u.

- Jeśli zła­piemy bez­po­średni samo­lot Madryt-Antark­tyda, będziemy podró­żo­wać do celu pra­wie szes­na­ście godzin.

- Ależ głu­pota!

- Inną opcją jest pole­cieć do Syd­ney lub na Nową Zelan­dię i stam­tąd na Antark­tydę. Tyle że z tego, co widzę, nie jest łatwo dotrzeć do tej bazy.

Uśmie­cham się. Żeby nie wiem, jak sta­rała się być dla mnie twarda, Mer­ce­des już kom­bi­nuje, jak doje­chać tam, gdzie będziemy mogli zoba­czyć naszą dziew­czynkę.

- Na Boga... ona wyjeż­dża na koniec świata! - szep­cze Mer­ce­des.

- Dokład­nie tak - potwier­dza Leo.

Wzdy­cham. Wiem, po co to mówi. Ja sama byłam prze­ra­żona, gdy zorien­to­wa­łam się, dokąd poje­dzie Zoé. Gdy chcia­łam odpo­wie­dzieć, zadzwo­nił mój tele­fon. To Marco, któ­rego pozna­łam pew­nego wie­czoru, gdy z dziew­czy­nami poszłam na imprezę. Wycie­ram łzy.

- Cześć, Marco.

Pięć minut póź­niej, gdy powie­dzie­li­śmy sobie to, co mie­li­śmy do powie­dze­nia, roz­łą­czam się, a Mer­ce­des pyta:

- Marco, to ten przy­stoj­niak? Gdyby nie podo­bały mi się jedy­nie kobiety, zaję­ła­bym się nim.

- Pro­szę was! Nie zaczy­naj­cie - mru­czy Leo.

W odróż­nie­niu od Mer­ce­des, od Amary i ode mnie Leo jest bar­dzo wsty­dliwy, jeśli cho­dzi o seks. Cho­ciaż jak wypije dwa kie­liszki, o matko! Cóż on wyga­duje! Zamie­rza­łam coś powie­dzieć, ale Mer­ce­des, uprze­dza­jąc, szep­cze:

- Wczo­raj kupi­łam sobie taką przy­ssawkę do łech­taczki, jaką on ci dał w pre­zen­cie. Rze­czy­wi­ście to pompa!

Oby­dwie śmie­jemy się. Roz­mowa o sek­sie dla nas jest czymś nor­mal­nym, ale Leo patrzy na mnie i pyta:

- Dał ci w pre­zen­cie tę... tę... to?

- Przy­ssawkę, Leo - kpi Mer­ce­des. - To się nazywa przy­ssawka do łech­taczki.

Nasz przy­ja­ciel zalewa się wsty­dli­wie rumień­cem. Bie­da­czek, jaką przy­krość cza­sem mu spra­wiamy. Roz­gląda się teraz, spraw­dza, czy ktoś mógł nas usły­szeć:

- Może­cie mówić ciszej? - stro­fuje nas.

My spo­glą­damy na sie­bie i wybu­chamy śmie­chem.

- Marco jest przed­sta­wi­cie­lem pro­du­centa zaba­wek ero­tycz­nych - wyja­śniam. - Zawsze, gdy się spo­ty­kamy, daje mi jakąś w pre­zen­cie. Ostat­nią była nie­zwy­kle silna przy­ssawka do łech­taczki, którą...

- Mówże ciszej! - znów karci mnie Leo.

- Nie­zły arse­nał ma ta, jebana, w swoim noc­nym sto­liku, skoro on daje jej tyle pre­zen­tów.

- Co?! - szep­cze Leo z nie­do­wie­rza­niem.

Cza­sem nie opo­wia­damy mu pew­nych rze­czy, żeby nie czuł się nie­swojo, a to jedna z takich. Jed­nak ponie­waż już się dowie­dział, przy­ta­kuję, odsu­wa­jąc sobie grzywkę z czoła:

- Ostatni pre­zent, który mi spra­wił, jest jed­nym z naj­lep­szych, jakie mi ofia­ro­wano w życiu.

Leo wywraca oczami. Zawsze gor­szymy go naszą szcze­ro­ścią. Uwiel­biamy doku­czać mu w ten spo­sób. Leo, który w grun­cie rze­czy jest nie­złym plot­ka­rzem, pyta:

- Naprawdę ten typek daje ci to w pre­zen­cie?

- Tak.

- Nie prze­szka­dza ci to?

- Nie kocha­nie, uwiel­biam!

Leo mruga oczami, prze­twa­rza w myśli to, co wła­śnie usły­szał, i mówi:

- Gdyby mnie, gdy byłem jesz­cze narze­czo­nym Pili, przy­szło do głowy dać jej w pre­zen­cie coś takiego, to obe­rwał­bym tym po gło­wie.

- O, nie - żar­tuje Mer­ce­des.

Leo patrzy na nią, potem na mnie, a ja pre­cy­zuję:

- Ani ja nie jestem Pili, ani Marco nie jest moim narze­czo­nym.

- Rze­czy­wi­ście, czasy bar­dzo się zmie­niły. Ja zatrzy­ma­łem się w epoce, w któ­rej dawało się kwiaty.

To spra­wia, że Mer­ce­des i ja wybu­chamy grom­kim śmie­chem. W pełni świa­doma rze­czy­wi­sto­ści, w jakiej żyjemy, bo to my o tym zde­cy­do­wa­ły­śmy, spo­glą­dam na Leo.

- Marco i ja jeste­śmy przy­ja­ciółmi, któ­rych łączy seks. Jeśli on coś mi daje w pre­zen­cie, to wolę, żeby to była zabawka ero­tyczna niż kwiaty. Kwiaty są czymś bar­dzo intym­nym.

- A ssa­nie nie jest intymne? - pyta Leo zasko­czony.

Bawi mnie jego zdzi­wie­nie.

- Gdy mówię, że coś jest intymne, mam na myśli inny rodzaj intym­no­ści - wyja­śniam. Nie chcę, żeby Marco schle­biał mi, ofia­ro­wu­jąc mi kwiaty. Od niego chcę tylko seksu, seksu i seksu. On tego samego chce ode mnie.

Leo patrzy na mnie. Jego roman­tyczna strona nie pozwala mu zro­zu­mieć, że ja mogę być tak zimna w tej kwe­stii. Co wię­cej, ni­gdy nie opo­wia­da­łam mu, że nie­kiedy speł­niam swoje fan­ta­zje. Wiem, że zła­pałby się za głowę.

- Dzi­siaj wie­czo­rem umó­wi­łam się z Marco w tym samym hotelu co zawsze. Tam będziemy roz­ko­szo­wać się sek­sem przez trzy godziny - dodaję.

- Jakaż ozię­błość! - mam­ro­cze Leo.

- Może ozię­błość, może nie, ja tylko tego chcę - mówię z prze­ko­na­niem.

- Na pewno przy­nie­sie ci kolejny pre­zen­cik - żar­tuje Mer­ce­des, a ja się uśmie­cham.

Ona rozu­mie moje słowa. Jej życie, cho­ciaż jej podo­bają się tylko kobiety, jest bar­dziej zbli­żone do mojego.

- Z tego, co widzę, dzi­siej­szego wie­czoru ty i ja będziemy zajęte przy­jem­no­ściami. A ten - mówi, wska­zu­jąc na Leo - ze swo­imi teściami!

Przy­ta­kuję. Wiem, że Mer­ce­des dzi­siaj wie­czo­rem spo­tka się z Dalilą.

- Świat wywró­cony do góry nogami! - zawo­łał Leo. - Z wami wypra­wiam moje sza­leń­stwa, ale ja żyję dokład­nie odwrot­nie.

Znów dzwoni mój tele­fon. Numer ukryty. Tym razem nie zigno­ruję go, jak to zro­bi­łam wczo­raj. Odbie­ram, zmie­nia­jąc głos na poważ­niej­szy.

- Tak, słu­cham.

- Veró­nica Jiménez? - pyta męż­czy­zna.

- Tak, to ja.

Po chwili mil­cze­nia czło­wiek mówi słod­kim gło­sem:

- Dzień dobry. Jestem Liam Aco­sta, dyrek­tor Winiarni Verode na Tene­ry­fie.

- Dzień dobry, panie Aco­sta.

- Kon­tak­to­wa­łem się z panią kilka mie­sięcy temu, ale powie­działa pani, że na razie nie może się spo­tkać z braku czasu i żebym tele­fo­no­wał póź­niej, aby sta­rać się o spo­tka­nie w Madry­cie lub na Tene­ry­fie.

Potwier­dzam. Pamię­tam, że pozby­łam się go, gdy jakiś czas temu dzwo­nił, bo chcia­łam wię­cej czasu spę­dzić z Zoé przed jej wyjaz­dem.

- Tak, panie Aco­sta, pamię­tam. Słu­cham pana.

Przez kilka chwil roz­ma­wiamy o pracy i wresz­cie on prze­cho­dzi do kon­kre­tów:

- Oczy­wi­ście, jeśli pani przy­je­dzie na Tene­ryfę na spo­tka­nie z nami, my pokry­jemy wszyst­kie koszty.

Tene­ryfa! Podoba mi się ten pomysł.

- Pro­szę dać mi chwilkę, spoj­rzę w mój kalen­darz.

Pod czuj­nym spoj­rze­niem moich przy­ja­ciół wyj­muję kalen­darz z torby i spraw­dziw­szy, jakie mam zapi­sane sprawy, infor­muję:

- Panie Aco­sta, mogła­bym być na Tene­ry­fie we środę, sie­dem­na­stego, za tydzień. Może tak być?

- Oczy­wi­ście! - Aco­sta odpo­wiada natych­miast.

Ja zapi­suję ten ter­min, pro­szę Aco­stę o pewne infor­ma­cje o jego winiarni, podaję mu mój adres mailowy, a on mówi:

- Infor­ma­cje, o które pani popro­siła, wyślę na pani pocztę elek­tro­niczną.

- Zgoda - potwier­dzam.

- Wyślę Pani rów­nież roz­kład lotów na tra­sie Madryt-Tene­ryfa, żeby wybrała pani godzinę lotu. Czy życzy sobie pani rezer­wa­cję w jakimś szcze­gól­nym hotelu?

Uśmie­cham się, gdy sły­szę to pyta­nie. Normą dla mnie i dla klien­tów jest to, że kwa­te­rują mnie w hote­lach wyso­kiej klasy. Szybko odpo­wia­dam:

- To pozo­sta­wiam do pań­stwa decy­zji. Wąt­pię, aby­ście wyszu­kali dla mnie hotel nie­speł­nia­jący moich ocze­ki­wań.

- Dosko­nale! - sły­szę.

Żegnamy się. Do moich przy­ja­ciół mówię:

- Sie­dem­na­stego lecę na Tene­ryfę.

- Umie­ram z zazdro­ści! - zapew­nia Mer­ce­des.

- Zabierz mnie w two­jej walizce - żar­tuje Leo.

Uśmie­cham się. Spo­glą­dam w kalen­darz i widzę, że w tym tygo­dniu nic nie mam, więc mówię:

- Ponie­waż tam będę, może zostanę kilka dni dłu­żej i spo­tkam się z Jonay.

- To wspa­niały facet ten Jonay - oświad­cza Leo.

Rze­czy­wi­ście taki jest!

Jonay jest z Wysp Kana­ryj­skich. Przez jakiś czas miesz­kał w Madry­cie z powo­dów służ­bo­wych, a z róż­nych przy­czyn życio­wych tak się stało, że zapi­sał się do tej samej szkoły tańca, do któ­rej cho­dzi­ły­śmy z Amarą. Przez lata part­ne­ro­wał mi w tańcu, do czasu gdy z miło­ści do swo­jego chło­paka wró­cił na Tene­ryfę.

- Kiedy ty wyjeż­dżasz w tę długą podróż?

Śmieję się i patrzę na notatkę, którą wska­zuje Mer­ce­des.

- Za pięt­na­ście dni. Obie­ca­łem panu Javie­rowi Ruipérezowi, że jak tylko Zoé wyje­dzie, ja wypra­wię się z nim w tę podróż, żeby poznać jego win­nice i winiar­nie. Za pięt­na­ście dni wsia­damy w samo­lot do Tek­sasu, gdzie będziemy przez cztery dni. Potem lecimy do Argen­tyny, RPA, Austra­lii i do Chin - mówię cicho.

Kochane twa­rze moich przy­ja­ciół są pełne zazdro­ści. Robią na nich wra­że­nie moje osią­gnię­cia w pracy.

- Kiep­skim roz­wią­za­niem jest podró­żo­wa­nie z tym face­tem - mówię, żeby ich roz­broić - jed­nak dobrze, że pojadę do kra­jów, w któ­rych nie byłam, a jeśli będę miała czas, to odwie­dzę tam pewne lokale i...

- Veró­nico Jiménez John­son - prze­rywa mi Leo - kiedy ty wresz­cie się ustat­ku­jesz?

Nie mogąc tego powstrzy­mać - wzdy­cham. Jestem jedną z tych kobiet, które od lat cie­szą się wol­no­ścią sek­su­alną w świe­cie swin­ger­sów. To jest coś, co prze­raża Leo.

- Nie patrz tak na mnie, Leo Mora­les - szep­czę. - Ty cie­szysz się swoją sek­su­al­no­ścią z Pili na twój spo­sób, a ja mam swój spo­sób. Poza tym spró­bo­wa­łam dotych­czas tylko z męż­czy­znami euro­pej­skimi. A ponie­waż będę zwie­dzać inne kon­ty­nenty, wyobraź sobie, jaki świat żądzy i per­wer­sji otwiera się przede mną!

Mer­ce­des zaczyna się śmiać i gadać o swo­ich głu­po­tach, a tym­cza­sem Leo patrzy na nas i pyta tonem tej swo­jej szcze­gól­nej powagi:

- Naprawdę?

Pota­kuję. Jeżeli jestem cze­goś zupeł­nie pewna, to tego, że lubię cie­szyć się moją sek­su­al­no­ścią do utraty tchu.

- Niech żyje kolo­ni­za­cja! - mówię, myśląc o moich sek­su­al­nych pod­bo­jach. Zer­kam na zegar w tele­fo­nie.

- Dosko­nale wie­cie, że bar­dzo was kocham, ale za dwie godziny mam spo­tka­nie w moim biu­rze, więc muszę się zbie­rać.

Moi przy­ja­ciele pod­no­szą się, a Leo, oczy­wi­ście igno­ru­jąc poprzedni wątek, bo nie pasuje mu to kolo­ni­zo­wa­nie innych kon­ty­nen­tów, pyta:

- Lepiej się czu­jesz?

Potwier­dzam bez waha­nia.

- Dzi­siaj wie­czo­rem będzie się miała jesz­cze lepiej, gdy Marco zdej­mie jej majtki - mru­czy Mer­ce­des, roz­ba­wiona.

- Na Boga! Czy nie chce­cie już prze­stać?! - jęczy Leo.

Mer­ce­des i ja śmie­jemy się na całe gar­dło, idąc przez par­king do samo­chodu.

- W taki spo­sób ni­gdy nie znaj­dziesz tego kogoś szcze­gól­nego, któ­rego obie­ca­łaś Zoé - mówi Leo.

Ma abso­lutną rację.

- A któż ci powie­dział, że ja chcę zna­leźć kogoś szcze­gól­nego?

Rozdział 5

Wystro­jona w czer­wony kom­plet bie­li­zny i wyso­kie czarne buty wcho­dzę do hotelu, w któ­rym umó­wi­łam się z Marco, żeby zwy­czaj­nie cie­szyć się sek­sem. Biorę klucz z recep­cji i pewna sie­bie idę do windy. Naci­skam przy­cisk siód­mego pię­tra i prze­glą­dam się w lustrze. Kokie­te­ryj­nie ukła­dam włosy, pod­ma­lo­wuję usta i gdy drzwi się otwie­rają, wycho­dzę i ruszam do pokoju 706.

Wcho­dząc do środka, sły­szę spo­kojną muzyczkę. Jest też kube­łek z lodem i z otwartą butelką szam­pana. Sły­szę, że w łazience leje się woda i wyobra­żam sobie, że Marco bie­rze prysz­nic.

Kładę torbę na jed­nym z krze­seł, biorę kie­li­szek, nale­wam sobie szam­pana i upi­jam łyk. Mmmm, jaki smaczny! Sia­dam na łóżku i uśmie­cham się.

Wiem, że bycie w tym pokoju z Marco ozna­cza miło spę­dzony czas. On i ja dosko­nale się rozu­miemy w spra­wach seksu. Zdej­muję sukienkę i wra­cam na łóżko, ukła­dam się pośrodku, sia­dam, opie­ra­jąc się o wez­głó­wek.

Spo­koj­nie popi­jam szam­pana, wyłą­czam muzykę, którą sły­sza­łam, biorę tele­fon i z listy moich Spo­tify wyszu­kuję i włą­czam Woma­ni­zer Brit­ney Spe­ars. Zupeł­nie co innego niż to, co sły­sza­łam przed chwilą.

Zmiana muzyki dała sygnał Marco, że już jestem w pokoju, i po kilku sekun­dach on staje przede mną zmo­czony i nagi.

O matko moja..., o matko... Ależ z niego ado­nis!

Z nim nie będę tań­czyć w świe­tle księ­życa, ale jest wię­cej niż pewne, że wkrótce prze­ży­jemy wspa­niałe chwile.

Uśmie­cha się, pod­cho­dzi do mnie, całuje mój tatuaż man­dali, który mam na ramie­niu, i pyta:

- Jaki mia­łaś dzień?

- Jak jeden z wielu - odpo­wia­dam bez namy­słu.

Cho­ciaż to nie do końca prawda. Bo dzwo­niła do mnie Zoé. Bez­po­średni lot do Nowego Jorku trwał sie­dem godzin i już są na miej­scu z Micha­elem. Tęsk­nię za nią, ale dobrze się czuję, bo wiem, że jest szczę­śliwa. Nade wszystko pra­gnę jej szczę­ścia.

Marco szybko poka­zuje mi podłużne pudełko, mówiąc:

- Dzi­siaj to dosta­li­śmy.

Uśmie­cham się i otwie­ram wieko, a kiedy wyj­muję zaba­weczkę czar­nego koloru, Marco dodaje namięt­nym tonem:

- To wspa­niały wibra­tor masu­jący, deli­katny i jedwa­bi­sty, z sili­konu. Jego główka jest ela­styczna i ma dzie­sięć pręd­ko­ści wibro­wa­nia.

Zachwy­cona oglą­dam pre­zent od Marco. On wkłada wibra­tor do kubełka z lodem, obok szam­pana.

- Pomy­śla­łem, że ci się spodoba.

Bez waha­nia potwier­dzam. Będę zachwy­cona. Daję mu bar­dziej niż gorą­cego całusa w usta. Kiedy prze­sta­jemy się cało­wać, stwier­dzam:

- Ty sam się prze­ko­nasz, czy mi się podoba, czy nie.

Jak dobrze się rozu­miemy. Marco bie­rze opa­ko­wa­nie z pre­zer­wa­tywą i otwiera. W oka­mgnie­niu ją zakłada, a ja, patrząc na wibra­tor w kubełku z lodem, myślę, że igraszki już się zaczęły!

Nic nie mówiąc, Marco nalewa szam­pana sobie i dolewa do mojego kie­liszka. Ja zmy­słowo pro­szę:

- Dzie­ciaku, sprawmy sobie przy­jem­ność.

Marco uśmie­cha się.

Przez chwilę wpa­tru­jemy się sobie oczy, mil­cząc. Widzę jego cudowne pod­nie­ce­nie. Roz­su­wam uda pro­wo­ka­cyj­nie i z pożą­da­niem; on jest w tym dobry.

- Zdej­mij mi majtki - żądam.

Marco odsta­wia kie­li­szek z szam­pa­nem i wcho­dzi na łóżko. Kła­dzie dło­nie na moich kola­nach i całuje je. Naj­pierw jedno, potem dru­gie, prze­suwa dło­nie po wewnętrz­nej stro­nie moich ud, aż docho­dzi do maj­tek i, tak jak go pro­si­łam, zdej­muje mi je.

Ależ szarp­nię­cie! Gdy majtki wyla­tują w powie­trze, zaczyna brzmieć pio­senka Run Run Run Jill Scott, a tym­cza­sem Marco całuje moje kostki, naj­pierw jedną, potem drugą. Jest na tym sku­piony, widzę, jak jego język powoli prze­suwa się do góry po mojej łydce i docho­dzi do kolana.

- Pod­nieś się i wypró­buj upo­mi­nek - mówię cicho.

Tak jak ocze­ki­wa­łam - speł­nia moje pole­ce­nie. Na­dal pie­ści wewnętrzną stronę mojego pra­wego uda, a ja roz­ko­szuję się patrze­niem, jak on przez cały czas prze­suwa się do góry, aż jego gorące usta doty­kają mojego wil­got­nego wej­ścia do pochwy.

Gdy czuję usta Marco w samym środku mojego pra­gnie­nia, zaczy­nam dyszeć. On, jak zawsze, mówi o pie­przyku, który mam obok łech­taczki. Uwiel­bia go. Od tej chwili wiem, że będzie robić, o co go popro­si­łam, i - roz­ko­szu­jąc się - zamy­kam oczy z bło­gim uśmie­chem.

Marco spra­wia, że czuję, jak po całym moim ciele roz­cho­dzi się żar pożą­da­nia. Czuję, jak jego język wcho­dzi we mnie i wycho­dzi ze mnie, aż sku­pia się na mojej łech­taczce.

Och, tak!

Cichy szum zaczyna być sły­szalny. Nie otwie­ram oczu, ale wiem, że to wibra­tor. Kiedy wibra­cje prze­no­szą się na moje uda, czuję, że odla­tuję. Ta sama wibra­cja jest w mojej pochwie, a kiedy zatrzy­muje się na mojej łech­taczce, wypeł­nia mnie roz­kosz. Och, tak! Och, tak! Cudowny pre­zent!

Zachwy­cona cała oddaję się tej chwili. Czuję, że wibra­cje są coraz sil­niej­sze. Och!

Marco deli­kat­nie szczy­pie ustami wewnętrzną stronę moich ud, a wibra­tor poru­sza się w mojej pochwie. Nagle wibra­cja "wybu­cha" i spra­wia, że krzy­czę z roz­ko­szy. Jed­no­cze­śnie otwie­ram oczy, patrzę na Marco i szep­czę:

- Jest cudowny.

Marco uśmie­cha się namięt­nie.

- Nie prze­sta­waj! - żądam.

Nie prze­staje. Poru­sza wibra­to­rem w mojej pochwie, na łech­taczce, na moich udach, ja jęczę i prężę się z roz­ko­szy przed tym męż­czy­zną, który daje mi tak cudowne pre­zenty.

Nie wiem, jak długo trwamy w tym sta­nie. Jedyne, co wiem, to, że czuję roz­kosz, roz­kosz i roz­kosz, aż moja nie­cier­pli­wość spra­wia, że zbie­ram się w sobie, prze­wra­cam go na łóżko. Wibra­tor spada na bok, ja sia­dam okra­kiem na Marco i biorę w ręce jego twardy czło­nek, wkła­dam go sobie tam, gdzie pra­gnę, i - szu­ka­jąc dla mnie zaspo­ko­je­nia po tym, co spro­wo­ko­wał nowy wibra­tor - spusz­czam się na part­nera.

Marco i ja dyszymy. To, co wła­śnie zro­bi­łam, ogrom­nie nas pod­nie­ciło. Trzy­ma­jąc Marco za szyję, jak bestia poru­szam bio­drami w rytm roz­brzmie­wa­ją­cej muzyki zbie­ra­czy trzciny. Nie prze­staję, aż do chwili, gdy krzyk speł­nio­nej roz­ko­szy wyrywa się naj­pierw z moich ust, a kilka sekund póź­niej - z ust Marco.

Przez ponad dwie godziny roz­ko­szo­wa­li­śmy się sek­sem bez tabu dla żad­nego z nas. Teraz odpo­czy­wamy, roz­ma­wiamy i znów się bawimy, aż do chwili, gdy alarm w mojej komórce dzwoni i oby­dwoje wiemy, że mamy pół godziny na prysz­nic. Pokój mie­li­śmy tylko na trzy godziny.

Jak zawsze, gdy wycho­dzimy z hotelu, idziemy coś prze­gryźć i wypić tro­chę alko­holu w klu­bie dla swin­ger­sów. Jesz­cze przez kilka godzin roz­ko­szu­jemy się naszymi fan­ta­zjami, a potem żegnamy się "do następ­nego razu".

Rozdział 6

Jestem na lot­ni­sku Pół­nocna Tene­ryfa, cze­kam na odbiór walizki. Tele­fo­nuję do rodzi­ców. Wiem, że oni potrze­bują wia­do­mo­ści ode mnie, żeby się uspo­koić, szcze­gól­nie mama. Roz­ma­wiam z nimi, mówię, że wszystko w porządku, i jed­no­cze­śnie piszę do Komando Opun­cji, żeby i oni wie­dzieli, że dole­cia­łam szczę­śli­wie.

Po zawia­do­mie­niu wszyst­kich, że wylą­do­wa­łam na Tene­ry­fie, zakła­dam słu­chawki i sły­szę Get the Party Star­ted w wyko­na­niu Pink, jed­nej z moich ulu­bio­nych pio­sen­ka­rek.

Dużo wysiłku mnie kosz­tuje, żeby powstrzy­mać się przed tań­cze­niem w tym miej­scu. Roz­glą­dam się wokół i sia­dam. Wszy­scy nie­cier­pli­wie cze­kamy na poja­wie­nie się naszego bagażu. Po minach pasa­że­rów widzę, że jedni są znie­cier­pli­wieni bar­dziej, inni mniej.

Lubię obser­wo­wać ludzi i inter­pre­to­wać ich mowę ciała. Nie­kiedy to dużo mówi o tych oso­bach.

Po mojej pra­wej stro­nie jest dziew­czyna, mniej wię­cej w moim wieku, w bar­dzo zaawan­so­wa­nej ciąży. Roz­ma­wia przez tele­fon i uśmie­cha się. Po mojej lewej stro­nie - rodzina, która w samo­lo­cie z Madrytu sie­działa nie­da­leko mnie. Tata, mama i trójka dzieci. Tata nie­cier­pli­wie spo­gląda na taśmę baga­żową w ocze­ki­wa­niu na walizki. Czuje się jego napię­cie, sapie, już nie może docze­kać się chwili, kiedy stąd wyj­dzie. Nato­miast mama, mimo że zaj­muje się Oska­rem, Rube­nem i To?em, wydaje się spo­kojna. Dzieci mają po pięć lat i są tro­jacz­kami. Skąd to wiem? To łatwe! W samo­lo­cie pani sie­dząca przede mną zain­te­re­so­wała się dziećmi. Mama, wobec nie­przy­stęp­nej postawy ojca dzieci, odpo­wie­działa jej uprzej­mie. Teraz te trzy dia­bełki są tutaj, bie­gają i prze­py­chają się wza­jem­nie jak nie­zno­śne bestie, a ich ojciec, jak tylko spoj­rzy, pio­ru­nuje je wzro­kiem, pod­czas gdy mama obser­wuje je ze spo­ko­jem.

Cze­kają ich nie­złe waka­cje!

Obok nich jest zako­chana para, która nie prze­staje się cało­wać i przy­tu­lać. Założę się, że to począ­tek ich rela­cji albo podróż poślubna. Na to wska­zuje spo­sób, w jaki na sie­bie patrzą i biorą się za ręce. Uśmie­cham się, gdy on, przy­cią­ga­jąc ją jesz­cze bar­dziej do swo­jego boku, daje jej pro­wo­ka­cyj­nego klapsa w pośladki, a ona zasko­czona, karci go bez prze­ko­na­nia. Jacy ładni!

Patrzę w lewo. Tam jest wiele par nie­miec­kich. Wszy­scy mają bar­dzo białą cerę i widać, że dopiero co przy­je­chali na wyspę. Sku­piam się na jed­nym z nich i muszę się roze­śmiać. Jak to moż­liwe, że on ma na sobie koszulę w czer­wone i zie­lone kwiaty, nie­bie­skie rybaczki, skar­petki w paski, sło­miany kape­lusz na gło­wie i beżowe klapki. Czy to moż­liwe?

Patrzę na niego roz­ba­wiona i ukrad­kiem go foto­gra­fuję. To musi zoba­czyć moje Komando Opun­cji. Zdję­cie wysy­łam do grupy i, tak jak przy­pusz­cza­łam, czy­tam od moich przy­ja­ciół takie komen­ta­rze, że jesz­cze bar­dziej się uśmie­cham. Nie­źle plot­ku­jemy.

Dostaję ese­mesa. To Jonay. Chce wie­dzieć, czy już jestem na wyspie i kiedy się spo­tkamy. Daję mu znać, że dopiero co przy­le­cia­łam i jak tylko będę mogła, zaraz się z nim umó­wię. Bez wąt­pie­nia on tak bar­dzo chce zoba­czyć mnie, jak ja jego.

Zapisz­czał sygnał, że taśma trans­por­towa z baga­żami już ruszyła. Pod­cho­dzę tam. Mając bilet w kla­sie busi­ness, wiem, że mój bagaż wyje­dzie jako jeden z pierw­szych. Widzę moją walizę!

Tak, tak, mówię "waliza", bo gdy tylko dosta­łam wia­do­mość o hotelu, w któ­rym będę zakwa­te­ro­wana, oczy­wi­ście pię­cio­gwiazd­ko­wym i cudow­nie luk­su­so­wym, natych­miast poro­zu­mia­łam się z jego admi­ni­stra­cją i tro­chę prze­dłu­ży­łam moją rezer­wa­cję, na wła­sny koszt. Sądzę, że kilka dni ode­rwa­nia się i odpo­czynku bar­dzo dobrze mi zrobi.

Zamie­rzam umó­wić się na spo­tka­nie służ­bowe następ­nego dnia, a po nim zapo­mnieć o pracy i cie­szyć się jak kró­lowa poby­tem na wyspie.

Gdy tylko chwy­tam bagaż, ruszam do wyj­ścia. W jed­nym z maili Liam Aco­sta napi­sał, że odbie­rze mnie z lot­ni­ska i zawie­zie do hotelu. Uprzej­mość godna wdzięcz­no­ści.

Gdy wycho­dzę, widzę wyso­kiego męż­czy­znę, w nie­na­gan­nym gar­ni­tu­rze i w oku­la­rach prze­ciw­sło­necz­nych. Trzyma w rękach napis "VERÓNICAJIMÉNEZ". Patrzę na niego z przy­jem­no­ścią. Jaki przy­stojny! Wysoki, atrak­cyjny, inte­re­su­jący. Jed­nak sto­suję trzy zasady w moim życiu. Po pierw­sze - żad­nych żona­tych. Po dru­gie - ni­gdy nie flir­tuję w pracy, a po trze­cie - nie star­szy niż 30 lat, a ten ma wię­cej. Wymie­niamy uśmie­chy. Pod­cho­dzimy do sie­bie, a ja ofi­cjal­nie podaję mu dłoń i pytam:

- Pan Aco­sta?

Bie­rze mnie za rękę, ści­ska mi dłoń i mówi:

- Miło mi, pani Jiménez. Będę wdzięczny, jeśli zechce pani zwra­cać się do mnie zwy­czaj­nie: Liam.

- Veró­nica - odpo­wia­dam z uśmie­chem.

Oboje zgod­nie usta­lamy, że sto­su­jemy tylko nie­zbędny for­ma­lizm.

- Veró­nico, mam samo­chód na par­kingu.

Idziemy obok sie­bie, a on z czy­stej uprzej­mo­ści pyta, jak minęła mi podróż.

Kilka chwil póź­niej wsia­damy do gra­na­to­wej tere­nówki. Liam natu­ral­nym gestem zdej­muje oku­lary prze­ciw­sło­neczne, a ja na widok jego oczu wypa­lam:

- Zapewne sły­sza­łeś już wiele razy, że masz inte­re­su­jące oczy.

Uśmie­cha się. Widać, że czę­sto mu to mówiono. Wska­zu­jąc swoje prawe oko, mówi:

- Czę­ściowa hete­ro­chro­mia. Połowę tęczówki mam nie­bie­ską, a drugą połowę brą­zową. Odzie­dzi­czy­łem to po moim ojcu.

Patrzymy na sie­bie z uśmie­chem. Liam znów zakłada oku­lary, włą­cza sil­nik i wyjeż­dżamy z lot­ni­ska. Jego akcent, choć nie jest zbyt wyraźny, zachwyca mnie. Zawsze myśla­łam, że akcent kana­ryj­ski jest bar­dzo zmy­słowy.

Tak, jak sobie wyobra­ża­łam, podróż z lot­ni­ska do hotelu jest przy­jemna. Roz­ma­wiamy swo­bod­nie o pogo­dzie, o wyspie, o pla­żach. Liam jest zasko­czony, gdy mówię mu, że będę tu dłu­żej, niż zakła­dał. Co wię­cej, widzę, że ten pomysł uważa za tra­fiony.

Dojeż­dżamy do hotelu, mój towa­rzysz wyj­muje bagaż. Recep­cjo­nistka na widok Liama staje się ner­wowa i roz­tar­gniona. To oczy­wi­ste, że obec­ność tak przy­stoj­nego i dobrze ubra­nego męż­czy­zny zro­biła na niej wra­że­nie. On tym­cza­sem sku­pia się na mnie i pro­po­nuje, że jeśli dzi­siej­szego wie­czoru chcia­ła­bym zjeść kola­cję z nim lub z jego wspól­ni­kami, chęt­nie to zor­ga­ni­zuje. Natych­miast usztyw­niam się, lecz Liam nie nalega. Jestem mu za to wdzięczna.

Uma­wiamy się na następny dzień, na dzie­siątą rano, żeby zoba­czyć jego winiar­nie, a potem odbyć spo­tka­nie służ­bowe w biu­rze w Taco­ronte.

Liam wycho­dzi. Ja, cze­ka­jąc na windę, dys­kret­nie obser­wuję, jak się oddala. Idzie pew­nym, sta­now­czym kro­kiem. Widać, że ten męż­czy­zna zna swoją war­tość, co zawsze jest przy­datne w inte­re­sach. Myślę o tym, gdy przy­jeż­dża winda.

Wcho­dzę do pokoju i jak tylko zamy­kam za sobą drzwi, zapo­mi­nam o wali­zie i idę na taras. Roz­su­wam drzwi tarasu, uśmie­cham się. Tak, jak pro­si­łam, mam widok na morze. To dla miesz­kanki Madrytu, takiej jak ja, coś cudow­nego!

Zapa­lam papie­rosa i w tym samym momen­cie dostaję na komórkę wia­do­mość, od Zoé. Otwie­ram i uśmie­cham się, na foto­gra­fii jest z Micha­elem na lot­ni­sku w Nowym Jorku. Wyla­tują do Nowej Zelan­dii, a stam­tąd na Antark­tydę.

Jestem szczę­śliwa, gdy widzę zado­wo­loną twarz mojej córki i wiem o cze­ka­ją­cej ją przy­go­dzie. Wysy­łam ese­mesa z życze­niami szczę­śli­wej podróży i sło­wami miło­ści. Ach, no i oczy­wi­ście, żeby nie zapo­mniała i zadzwo­niła, jak tylko przy­je­dzie na miej­sce. Powie­dzia­łam już, że z każ­dym dniem coraz bar­dziej upo­dab­niam się do mojej mamy.

Na­dal palę papie­rosa i patrzę na piękny pej­zaż, który mam przed oczami. Moim marze­niem jest miesz­kać nad morzem. Myślę, że patrze­nie na fale każ­dego dnia jest wiel­kim luk­su­sem, na który nie wszy­scy mogą sobie pozwo­lić. Na przy­kład ja, miesz­ka­jąca w Madry­cie. Dla­tego pomy­śla­łam, że gdy będę sta­ruszką, zamiesz­kam przy plaży.

Gaszę papie­rosa i posta­na­wiam roz­pa­ko­wać się, wziąć prysz­nic i zjeść kola­cję. Chcę szybko wró­cić do pokoju, żeby przej­rzeć raporty przed­się­bior­stwa, z któ­rego sze­fami mam spo­tka­nie następ­nego dnia.

Po szyb­kim prysz­nicu czuję się cudow­nie, roz­pusz­czam włosy i pozwa­lam, żeby wyschły na powie­trzu. Zaglą­dam do szafy i wybie­ram sukienkę, która sięga mi do kostek. Wkła­dam san­dały na nie­bo­tycz­nych obca­sach, tak wyso­kich, że przy­pra­wiają o zawrót głowy. Dosta­łam je na uro­dziny od Zoé. Nagle sły­szę cichą muzyczkę docho­dzącą zza okna.

Zapi­nam san­dały i wycho­dzę na taras, żeby spoj­rzeć w dół. Hotel ma kształt pira­midy, więc widzę moich sąsia­dów z niż­szego pię­tra, tań­czą­cych i przy­tu­la­ją­cych się na ich tara­sie. Odkry­wam, że to ta dziew­czyna w zaawan­so­wa­nej ciąży, którą widzia­łam na lot­ni­sku!

Pozo­sta­jąc w ukry­ciu (już ja się tym zaję­łam), obser­wuję, jak ona i on, przy­pusz­czam jej chło­pak, całują się namięt­nie. Uśmie­cham się do sie­bie. Ona jest jedną z takich jak ja! Chło­pak, który ją całuje, wydaje się bar­dzo młody, chyba ma nie wię­cej niż dwa­dzie­ścia pięć lat, czyli jest dużo młod­szy niż ci, z któ­rymi mam zwy­czaj się spo­ty­kać. Nie­malże wykrzy­kuję: ochhhhhh!, gdy widzę, jak chło­pak przy­klęka i czule całuje brzu­szek dziew­czyny.

Czy naprawdę jest ojcem dziecka?

Wzru­szona patrzę, jak dziew­czyna się roz­pro­mie­nia, gdy on, jak się domy­ślam, prze­ma­wia do brzuszka. Jakie piękne musi być macie­rzyń­stwo, gdy prze­ży­wasz je z twoim part­ne­rem!

Mnie, gdy byłam w ciąży, nikt nie cało­wał po brzuszku, a ja tym bar­dziej nie patrzy­łam na nikogo z miło­ścią, z jaką ta dziew­czyna patrzy na chło­paka.

Zasko­czona stoję nie­ru­chomo i obser­wuję. Ich gesty, ruchy i poca­łunki mówią mi, że są szczę­śliwi. Zaczyna brzmieć nie­zno­śnie roman­tyczna pio­senka. To All I Ask, Adeli. Znam tę pio­senkę, bo moja córka ją uwiel­bia. Cho­ciaż sta­ram się nie słu­chać tego rodzaju muzyki, bo roz­kle­jam się, to na­dal jesz­cze mogę zro­zu­mieć, że dla tych, któ­rzy wie­rzą w miłość, to coś bar­dzo pięk­nego.

Czuję się jak sta­ruszka pod­glą­da­jąca innych przez firankę, jak jakaś głu­pia obser­wuję parę zako­cha­nych, zaję­tych sobą. Ich wza­jemne uczu­cie jest nie­malże nama­calne. Ich pra­gnie­nie, które czują oboje, spra­wia, że opa­no­wuje mnie cie­pło i wbrew wła­snej woli zaczy­nam myśleć, jak by to było mieć z kimś tak realny zwią­zek. Po tym, co zda­rzyło się z ojcem Zoé, ni­gdy nie mia­łam takiej rela­cji. Ni­gdy nie dałam sobie szansy, żeby być z kimś tak bli­sko.

Jed­nak, gdy oni całują się coraz inten­syw­niej, a roman­tyczna muzyka wręcz świ­druje moje uszy, wra­cam do pokoju, biorę torbę i wycho­dzę na kola­cję. Jesz­cze przez chwilę sły­szę głu­pie słowa pio­senki o miło­ści.

Rozdział 7

Po kola­cji w ład­nej hote­lo­wej restau­ra­cji, gdzie podano mi wyśmie­nite danie, które oni nazy­wają "impre­zo­wym mię­sem", posta­na­wiam wyjść na spa­cer brze­giem morza, zanim wrócę do mojego pokoju i zajmę się rapor­tami. Wiem, że na obca­sach, które wło­ży­łam, nie mogę iść daleko. Są tak samo piękne, jak nisz­czące stopy.

Na szczę­ście mogę co jakiś czas przy­sta­wać, bo po dro­dze tra­fiam na małe stra­ga­niki z dro­bia­zgami. Oglą­dam je z cie­ka­wo­ścią. Uwiel­biam srebrne kol­czyki i jak zawsze kupuję jedne dla mnie i dru­gie dla Zoé. Będzie oka­zja, żeby jej dać.

Zachwy­cona zaku­pem nagle czuję, że chce mi się pić, i posta­na­wiam wejść do jakie­goś lokalu. Gdy tylko prze­kra­czam próg, sły­szę z gło­śni­ków pio­senkę roman­tyczną Luisa Migu­ela. I tak szybko jak weszłam, tak szybko wycho­dzę.

Dość roman­tycz­nej muzyki!

Idę dalej, aż wresz­cie sia­dam na małym tara­sie lokalu vis-a-vis morza, gdzie nie sły­chać muzyki. Na szczę­ście moje stopy będą mogły odpo­cząć. Inte­re­suję się kartą win, a widząc, że mają też z Winiarni Verode, które odwie­dzę jutro, zama­wiam jedną lampkę. Zobaczmy, jak sma­kuje!

Cze­ka­jąc, obser­wuję osoby sie­dzące wokół mnie. W końcu lokalu dostrze­gam sto­lik, przy któ­rym sie­dzi kilku typów. Dwóch z nich zwraca moją uwagę. Są wysocy, atrak­cyjni. Instynk­tow­nie myślę, jak by to było pójść z oby­dwoma naraz do łóżka.

No dobrze, wiem, że takie myśle­nie brzmi zimno. Jed­nak to ja jestem panią mojego ciała, mojego życia i czasu. Ja i tylko ja decy­duję, kiedy, jak, gdzie i z kim.

Kel­nerka, która jest Anda­lu­zyjką, szybko przy­nosi mi wino w ład­nym krysz­ta­ło­wym kie­liszku. Gdy tylko odcho­dzi, uno­szę kie­li­szek i naj­pierw wącham. Zapach jest przy­jemny. Sma­kuję wino. Mmm, nie­złe.

Cie­szę się chwilą. Morze, spo­kój, lampka wina... jed­nak nagle sły­szę pod­nie­sione głosy. Po mojej pra­wej stro­nie kel­nerka, która mnie wła­śnie obsłu­żyła, teraz stara się uspo­koić jakie­goś męż­czy­znę.

Z tego, co wykrzy­kuje, zorien­to­wa­łam się, że to jej chło­pak. Bie­daczka, ależ ma zły gust! Nie­smak potę­guje się, gdy widzę, że on prze­kra­cza gra­nicę, i sły­szę, jak kel­nerka krzy­czy:

- Puść mnie!

Widząc, że trzyma ją za nad­gar­stek, krew we mnie zaczyna wrzeć, tym bar­dziej gdy syczy:

- Jesteś moją żoną.

- Już nie jestem.

- Ireno, nie gadaj głupstw.

- Jeste­śmy roz­wie­dzeni! - mówi kel­nerka. - A teraz wynoś się. Jestem w pracy i nie chcę mieć pro­ble­mów.

Ale numer! Roz­wie­dzeni, a on sta­wia jej żąda­nia?!

Inne osoby w lokalu patrzą na nich tak samo jak ja. Typ, który już nie może być gor­szym tro­glo­dytą, powta­rza:

- Jesteś moją żoną. Moją! Zawsze nią będziesz, rozu­miesz?

Dobra­aaaaa... Ależ samiec! Nie zno­szę takich!

Od lat współ­pra­cuję z jed­nym ze sto­wa­rzy­szeń mal­tre­to­wa­nych kobiet, które na swoje nie­szczę­ście miały za part­ne­rów takich sam­ców jak ten. Gdy pod­no­szę się z krze­sła, sły­szę:

- Raul...

- Żaden Raul, żadne takie! - typ gło­śno pro­te­stuje. - Jak możesz przy­je­chać na Tene­ryfę z Kor­doby, nie pyta­jąc mnie o pozwo­le­nie?

- O nic nie muszę cię pytać - odpo­wiada kel­nerka.

Tro­glo­dyta łapie się za głowę. Jest wku­rzony. To nie skoń­czy się dobrze.

- Kim jest ten mydłek, z któ­rym przy­je­cha­łaś do pracy? - typ wypy­tuje na­dal.

Obu­rzam się. Roz­ka­zu­jący ton, któ­rym do niej mówi, okrop­nie mnie wku­rza, a jesz­cze bar­dziej, gdy ten powta­rza:

- Na­dal jesteś moją żoną i wszystko mi jedno, co jest zapi­sane na papie­rze, który pod­pi­sa­li­śmy!

- Co?! Naprawdę?!

No nie, nie... Już wię­cej nie wytrzy­mam!

Pod­cho­dzę do nich.

- Prze­pra­szam pań­stwa - mówię. - Wiem, że wtrą­cam się w nie swoje sprawy, ale uwa­żam, że po pierw­sze, powi­nien pan puścić rękę pani, a po dru­gie, odno­sić się z więk­szym sza­cun­kiem.

Typ patrzy na mnie jak ktoś, kto zoba­czył robaka, który przy­pra­wia go o obrzy­dze­nie, i odpo­wiada mi, wykrę­ca­jąc dziew­czy­nie ramię:

- Zaj­mij się swo­imi spra­wami.

- Wła­śnie to robię - mówię uprzej­mym tonem i strze­lam go w poli­czek tak mocno, że wresz­cie pusz­cza rękę dziew­czyny.

Dobra, zoba­czymy. Tro­glo­dyta ma cha­rak­te­rek, ale nie wie, z kim zadarł. Nie zwra­cam na niego uwagi, bo mnie nie inte­re­suje, patrzę na dziew­czynę, która już nie może być bar­dziej wystra­szona.

- Potrze­bu­jesz pomocy? - pytam.

Bie­daczka patrzy na mnie, jakby nie wie­działa, co ma odpo­wie­dzieć. Znam ten wyraz twa­rzy. Nie­stety, wie­lo­krot­nie widzia­łam to w sto­wa­rzy­sze­niu.

- Słu­chaj, nie znam cię, ale wiem, że potrze­bu­jesz pomocy - nale­gam, nie mogąc zamilk­nąć.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki