Rozdział 1
Właśnie wyszłam z biura, jadę taksówką, słuchając muzyki płynącej z radia.
Nucę piosenkę Tacones rojos1 Sebastiana Yatry, uśmiecham się,
spoglądając na moje buty, i jednocześnie myślę o dziewczynce o moich
oczach. Ta piosenka zawsze poprawia mi nastrój i podnosi mnie na duchu.
Centrum Madrytu, jak zwykle o siódmej wieczorem, to jeden wielki chaos.
Samochody. Klaksony. Ludzie biegający z miejsca na miejsce, ale ja lubię
obserwować ten wielojęzyczny tłum. Jestem kosmopolitką.
Dzwoni moja komórka. Właśnie otrzymałam wiadomość:
523.
Uśmiecham się, bo to znak, że już na mnie czeka, odpisuję więc:
Dwie minuty.
Poprawiam dolną część sukienki i w tym momencie taksówkarz zatrzymuje
auto, mówiąc:
- Dojechaliśmy, panienko! Dwadzieścia dwa euro, trzydzieści eurocentów.
Wyjmuję kartę i po pomyślnie przeprowadzonej operacji odbieram paragon,
jestem bowiem niezależna finansowo, co oznacza, że mogę sobie odliczyć
kurs od podatku. Żegnam się z sympatycznym kierowcą, zamykam drzwiczki i wchodzę do hotelu.
Pewnym krokiem zmierzam w kierunku wind. Już znam drogę. Jestem tu nie
po raz pierwszy. Spoglądam na zegarek.
Mam półtorej godziny do następnego spotkania, które odbędzie się w pobliżu.
Spokojnie czekam na windę. Wsiadam i wybieram przycisk piątego piętra.
Jadąc w górę, przeglądam się w lustrze, poprawiam wygląd. Winda się
zatrzymuje, wysiadam i w moich czerwonych, wysokich szpilkach dochodzę
do drzwi z numerem 523. Pukam. Otwiera Aleksander, okryty jedynie
ręcznikiem przepasanym wokół bioder. Uśmiecha się. Odwzajemniam uśmiech.
Jak wspaniale!
Nie tracąc czasu, wchodzę do pokoju. Gdy tylko drzwi się zamykają, bez
słów, bez żadnego powitania poddajemy się naszej gorącej fantazji,
całujemy się, a moja torebka spada na podłogę.
Aleksander obejmuje mnie rękami w pasie i, nie odrywając od siebie ust,
dochodzimy do krzesła. Tam przestajemy się całować. Wyjmuję telefon i z mojej listy Spotify wyszukuję utwory kubańskich zbieraczy trzciny
cukrowej. Takiej muzyki pragniemy na nasze chwile szaleństwa. Gdy
zaczyna brzmieć I Gotta Feeling, w wykonaniu The Black Eyed Peas,
zostawiam komórkę na łóżku. Zrywając ręcznik z Aleksandra, uprzedzam:
- Mam godzinę.
Aleksander przytakuje. Jego twardy członek już jest gotowy do
rozpoczęcia naszej gry i, przyznaję, mam już mokre wargi. W ułamku
sekundy mój kochanek zakłada prezerwatywę, a ja, bez rozbierania się,
siadam na nim. Nie mam na sobie majtek. To część naszej gry. Gdy jego
członek całkowicie we mnie wchodzi, dyszymy z rozkoszy.
Jak cudownie!
Uwielbiam żądzę, którą czuję, gdy cały jest we mnie. Całując go z autentyczną rozkoszą, zaczynam się poruszać, nasze oddechy się krzyżują,
dyszymy coraz silniej, nasze serca biją coraz szybciej.
Wierzę w miłość fizyczną. Mniej wierzę w uczucia. Romantyzm... A co to
jest? Ssę mocno, do granic możliwości.
Mój zimny charakter sprawia, że stosuję określone reguły w seksie. Nigdy
nie mieszam pracy z przyjemnością. Nie ma mowy o małżeństwach. Żadnej
nostalgicznej muzyki w trakcie spółkowania, a moi partnerzy mają
maksimum trzydzieści lat. Dzięki temu to ja zawsze gram pierwsze
skrzypce, nie dając im możliwości wyrażania opinii. Podobnie jak oni
cieszę się seksem bez miłości, sprawia mi on przyjemność.
Przez dobrych kilka minut ujeżdżam Aleksandra, szukając zaspokojenia dla
samej siebie. Wiem, że on stara się o to samo dla siebie. To część
naszej gry.
Trzymając go za szyję, pobudzam się, podczas gdy moje biodra, żyjące
własnym życiem, balansują nad nim, dyszę z czystej rozkoszy.
O Boże, jakże tego potrzebowałam!
Kilka minut później, gdy oboje przeżyliśmy orgazmy, rozłączamy się i otwieramy hotelową lodówkę, żeby sięgnąć po wodę. Chce nam się pić.
Znamy się z Aleksandrem od półtora roku. Poznaliśmy się na czacie o seksie. Konkretnie na czacie dla swingersów. On ma dwadzieścia siedem,
ja trzydzieści osiem lat i żadne z nas nie chce zobowiązań. Od pierwszej
chwili istniał feeling między nami i zawsze, gdy się spotykamy,
uprawiamy dobry seks i cieszymy się naszymi fantazjami erotycznymi.
Uczucie zwane miłością i romantyzm od dawna nie istnieją w moim życiu.
Nie mam na to czasu. Dlatego zawsze skupiam się na mężczyznach młodszych
ode mnie i takich, którzy nie komplikują mi życia. Jestem kobietą
niezależną, która wie, czego chce, i nie ma co o tym więcej rozprawiać.
Gdy piję wodę, stwierdzam, że Aleksander i ja patrzymy na nasze
telefony. Jesteśmy pracoholikami. On jest prawnikiem. Ja pracuję w reklamie. Na moje szczęście zarówno on, jak i wszyscy pozostali moi
przyjaciele mający prawo do seksu ze mną są tacy jak ja. To osoby, które
nie szukają miłości ani komplikacji. Pragną tylko okazjonalnego seksu,
po którym każde z nas wraca do swojego świata.
Wiem, że taki sposób życia, w którym do zbliżenia zupełnie nie są
potrzebne głębsze uczucia, niektórym może wydawać się beznamiętny czy
nawet nieludzki, ale taki wybrałam, bo w moim życiu i w moim ssaniu ja
dowodzę i, jak na razie, tyle mi wystarcza.
Ktoś puka do drzwi. Patrzymy z Aleksandrem na siebie. Wiemy, że to
Mario, starszy mężczyzna, też ze świata swingersów. Uwielbia patrzeć,
a czasem dotykać, a ponieważ dla nas to, że ktoś patrzy na nas lub nas
dotyka, jest jedną z fantazji, poprosiłam go, żeby dzisiaj przyszedł.
Aleksander otwiera drzwi. Mario wchodzi bez słowa. Pozdrawia mnie
uśmiechem i rozsiada się w fotelu. Wszyscy wiemy, po co tu jesteśmy.
Niczego nie trzeba wyjaśniać.
Włączam alarm w komórce. Muszę wiedzieć, kiedy minie czterdzieści pięć
minut. Aleksander zbliża się do mnie. Tym razem jego dłonie błądzą po
moim ciele pod czujnym spojrzeniem Mario. Odstawiam buteleczkę z wodą,
odkładam moją komórkę. Rozpinam sukienkę, która spada na podłogę.
Mario i Aleksander mnie obserwują. Podoba im się to, co widzą. Nie
wyglądam źle, chociaż nie jestem również piękną laską. Ej, zaraz, ale
jestem skuteczna!
Całuję go z rozkoszą. Całujemy się, a ja mój tyłek podstawiam pod twarz
Mario i czuję, jak on dotyka moich pośladków. Daje mi kilka klapsów,
podczas gdy Aleksander mnie całuje. Dobrze znamy tę grę, nie pierwszy
raz robimy to razem. Mario sięga po żel i zabawkę analną leżącą na
stole. Dokładnie smaruje ją żelem, rozchyla moje pośladki i wkłada mi
przedmiot w odbyt. Prowokacyjnie całujemy się, podczas gdy Aleksander
zakłada sobie kolejną prezerwatywę. W moim telefonie brzmi tymczasem
piosenka Toxic Britney Spears. Podniecamy się nawzajem żądni seksu;
Mario nie spuszcza z nas wzroku. Aleksander chwyta mnie w ramiona, a ja,
zapewniając Mario dokładny widok na zabawkę analną, żądam:
- Wyruchaj mnie.
Robi to, i to jak!
Pożądliwie szukam ust Aleksandra, a on raz za razem porusza się we mnie;
patrzymy sobie w oczy, dysząc z rozkoszy i szaleństwa.
Szalony, gorący seks w tej chwili jest tylko seksem. Rozkoszuję się nim
i moimi fantazjami erotycznymi wolnymi od tabu.
Po gorącym napadzie szału następny akt odbywa się na łóżku. Jesteśmy
nienasyceni. Mario zmienia pozycję, żeby widzieć nas lepiej z bliska i poruszać we mnie zabawką analną. To jest igraszka, której chcemy i którą
się wszyscy rozkoszujemy. Gdy w mojej komórce dzwoni alarm na znak, że
muszę wyjść za piętnaście minut, Mario wyjmuje ze mnie zabawkę. Biorę
szybki prysznic bez moczenia włosów, ubieram się w łazience, wchodzę do
pokoju i stwierdzam, że Mario już wyszedł. Podchodzę do łóżka, na którym
nagi Aleksander przegląda swój telefon. Zabieram moją komórkę.
Wyłączam muzykę i mrugam do Aleksandra. On, widząc, że się zbieram,
wstaje i podchodzi do mnie.
- Mam nadzieję, że następnym razem będziesz mogła zostać dłużej - mówi.
Przytakuję z uśmiechem. Też mam taką nadzieję. Daję mu przelotnego
całusa, biorę torbę i wychodzę.
Mam spotkanie służbowe!
Rozdział 2
O matko! Ależ jestem zdenerwowana!
Stoję w drzwiach Teatro Real w Madrycie, gdzie czekam na rodziców i przyjaciół. Tymczasem palę papierosa. Wiem, że to niezdrowe i źle
widziane, ale co tam, mam ten jeden nałóg! Inni mają swoje uzależnienia
i nawyki, a przecież się ich nie czepiam.
Dzisiaj wieczorem moja córka ma swój ostatni występ z przyjaciółmi.
Jestem rozemocjonowana, trochę wesoła, ale też trochę smutna, bo wiem,
że od jutra zmieni się życie jej i moje.
Słyszę dźwięk motoru. To jedzie moja przyjaciółka Amara. Widzę, jak
wjeżdża na chodnik i zatrzymuje swój motocykl. Zdejmuje kask i,
zsiadając z wdziękiem, podśpiewuje: "Kim jest ten mężczyznaaa...?".
Śmieję się. Poprzedniego wieczoru spacerowałyśmy razem po Madrycie i śpiewałyśmy tę piosenkę za każdym razem, gdy dostrzegłyśmy faceta, który
nam się podobał albo wydawał jednym z tych, co to na ich widok zapiera
dech w piersiach. Bawiłyśmy się świetnie!
Amara zakłada łańcuch zabezpieczający motocykl przed kradzieżą,
podchodzi do mnie i przytulamy się. Od wielu lat jest moją dobrą
przyjaciółką i uwielbia moją córkę.
- Po każdym naszym wypadzie coraz trudniej mi się pozbierać - szepczę.
Obydwie się śmiejemy, a ona, udając podchmieloną, bełkocze.
- Królowo, to dlatego, że się starzejemy.
- Eeeeej... - ja też się śmieję rozbawiona.
Śmiejemy się do rozpuku, a Amara nagle mówi:
- Słyszałam, że ktoś postanowił zawojować cały świat podczas swojej
następnej podróży.
Znów wybuchamy śmiechem, bo mówi o mnie. Wczoraj wieczorem, pijąc drinka
za drinkiem, obiecałam, że podczas planowanego wkrótce zagranicznego
wyjazdu spróbuję pójść do łóżka z mężczyznami z różnych kontynentów. Gdy
chcę coś powiedzieć, ona, zmieniając ton głosu, stwierdza:
- Dzisiaj nie jest mój najlepszy dzień.
- Co się dzieje?
Amara wzdycha i wzrusza ramionami.
- W szpitalu powiedzieli mi dziś rano, że nie przedłużą mi kontraktu.
- A kiedy wygasa? - zapytałam zmartwiona.
- W styczniu.
- Nie mów!
Przyjaciółka przytakuje.
- Zdaje się, że na moje miejsce dadzą córce jakiegoś lekarza.
Jestem zrozpaczona. Amara jest doskonałą pielęgniarką i położną.
Nie wiem, jak poradziłabym sobie z moją córką w kilku sytuacjach, gdyby
nie ona. Kiedy zamierzam coś powiedzieć, ona, wcielenie żywotności,
postanawia:
- Królowo, ale teraz nie mówmy o smutkach.
- Lepiej nie - potwierdzam i, coś sobie przypominając, pytam: - Kiedy
występują twoje dzieci?
Amara, poza pracą w szpitalu, uczy dzieci w miejskiej pływalni w Madrycie pływania synchronicznego. Gdy była młoda, brała udział w zawodach w tej dyscyplinie, do chwili, gdy z powodu kontuzji musiała
przerwać treningi.
- W piątek - mówi.
Spoglądamy na siebie porozumiewawczo, a ona z sarkazmem pyta:
- Jesteś gotowa pójść ze mną z okazji naszych urodzin na koncert mojego
ukochanego Manuela Carrasca? Już mam dwa bilety!
Śmieję się na tę propozycję. Nasze urodziny przypadają tego samego dnia,
30 września. Chcę wybić jej z głowy pomysł koncertu, ale ona już zdążyła
zakpić:
- Ach, przepraszam..., przecież ty nie uznajesz muzyki romantycznej, ale
posłuchaj, co ci powiem: masz przechlapane! Idziesz ze mną, bo ani
Mercedes, ani Leo akurat nie mogą.
Śmiejemy się, nie potrzeba więcej słów. Po chwili ona zmienia temat i pyta:
- Jak się ma nasza dziewczynka?
- Doskonale!
Mój telefon zaczyna dzwonić. Amara zabiera mi z rąk jeden bilet i mówi,
całując mnie w policzek:
- Czekam na was w środku! Kooooocham cię...
Uśmiecham się, bo powiedzenie "kocham cię" jest czymś bardzo naszym.
Kiedy Amara odchodzi, zaglądam do mojego telefonu. Z pewnością dzwonią z pracy. Nie odbiorę połączenia. Co więcej, wyłączam telefon. Nie chcę, by
ktokolwiek pozbawił mnie radości z dzisiejszego wieczoru.
Chowając komórkę do torebki, z czułością patrzę na maluchy, które
przechodzą obok mnie z rodzicami. Poprzebierane są za elfy i wróżki.
Jakie śliczne! Dzieciaki są podenerwowane i przejęte. Od dłuższego czasu
przygotowywały ten występ. Uśmiecham się, wspominając moją córkę, gdy
była w ich wieku. Jak ten czas leci!
- Darling!
To głos mojej matki. Oboje z ojcem przyszli na występ swojej wnuczki.
Wyglądają bardzo ładnie. Ubrali się z tej okazji niezwykle elegancko.
Ojciec, który już nie może cudowniej wyglądać, poprawia marynarkę i mamrocze:
- Nie mam zwyczaju wychodzić tak wystrojony.
Moi rodzice od pewnego czasu mają duży sklep winiarski w Aluche. Kiedyś
była to mała piwniczka z winami. A Aluche jest dzielnicą, w której
wychowałam się i mieszkałam do czasu, aż wreszcie, z dużym wysiłkiem,
zdobyłam niezależność i wyprowadziłam się razem z moją córką. Rodzice
jednak nadal tam mieszkają.
Z zadowoleniem dotykam krawata ojca i daję mu całusa.
- Wyglądasz naprawdę wspaniale - stwierdzam.
Mama uśmiecha się szczęśliwa. Dotykając włosów, szepcze z angielskim
akcentem:
- Jak wygląda mój włoski kok prosto od fryzjera? Rosi mnie tak uczesała.
- Mamo, wyglądasz prześlicznie!
- Tak się wyszykowała, na wypadek gdyby spotkała jakiego Gavilana.
Na te słowa taty śmieję się. On też. Jeśli coś jest pasją mojej mamy, to
telewizyjny serial o Gavilanach.
- Rogelio, my love, setki tysięcy razy powtarzałam ci, że moim
Gavilanem jesteś ty!
Tata całuje moją mamę, a ja patrzę na nich zachwycona. Uwielbiam
widzieć, jak się kochają. To mnie urzeka. Po tym, jak mama palcem starła
z ust taty ślad po jej szmince, pytam:
- Jak się ma Tinto?
Tinto to psiak - członek rodziny. Mieszaniec yorkshire z chihuahua,
niezwykle żywotny, ale ma już 14 lat i zbliża się jego starość. W ubiegłym miesiącu napędził nam stracha, bo nagle przestał jeść i wstawać. Dzięki troskliwej opiece i weterynarzowi Tinto wrócił do sił.
- Ten bezwstydnik ma się lepiej niż ja - stwierdza ojciec.
Wszyscy troje śmiejemy się, po czym tata pyta:
- Myszeczka ma się dobrze?
Potwierdzam, wiedząc, że chodzi mu o wnuczkę:
- Ma się wspaniale i bardzo chce, żebyśmy zobaczyli ją tańczącą. Wręczam
im bilety i proponuję:
- Wejdźcie, zajmijcie miejsca. Amara jest już w środku. Ja zaczekam na
Leo i Mercedes.
Bez wahania biorą bilety i, rzucając mi przelotny uśmiech, znikają w wielkich drzwiach wejściowych.
- Verónica! - słyszę, że ktoś mnie woła.
Spoglądam w prawo i uśmiecham się na widok Gustava Petrova, właściciela
szkoły tańca i słynnego tancerza baletu klasycznego, zadomowionego w Hiszpanii. Jest tancerzem, ale jednocześnie producentem i dyrektorem
artystycznym. Jak zawsze zachwyca mnie glamour bijący od tego
mężczyzny, gdy się porusza. Podchodzi do mnie i dajemy sobie dwa
serdeczne całusy. Znamy się od bardzo dawna.
- Denerwujesz się? - pyta.
Uśmiechając się, przytakuję.
- Zoé sprawi, że zabraknie nam słów, zapewniam cię! - twierdzi.
Wiem, że ma rację. Moja córka to fenomen baletowy. Towarzyszka Gustava,
której oczywiście nigdy wcześniej nie widziałam, patrzy na niego, więc
on z galanterią dokonuje prezentacji:
- Verónico, przedstawiam ci Amelię Serapovą. Amelio, to jest Verónica,
dobra przyjaciółka i matka jednej z moich uczennic.
Wymieniamy uśmiechy. Gustav to interesujący Rosjanin, ale absolutnie nie
w moim typie. Zawsze brylował wśród kobiet. Ja nadal uśmiecham się do
jego pięknej kobiety, gdy ona, wskazując na dziewczynki przechodzące
obok nas, mówi:
- Z pewnością twoja mała dobrze wypadnie.
Ponownie przytakuję. I z absolutnym przekonaniem stwierdzam:
- Ani przez sekundę w to nie wątpię.
Kobieta uśmiecha się. Moja pewność sprawia jej przyjemność.
- W jakim wieku jest twoja córka? - dopytuje.
Spoglądamy na siebie z Gustavem, uśmiechamy się porozumiewawczo. Mając
świadomość, jak ta kobieta zareaguje, rzucam:
- Dwadzieścia trzy.
- Dwadzieścia trzy miesiące? - pyta zaskoczona.
- Nie. Dwadzieścia trzy latka - wyjaśniam.
Zawsze, gdy mówię o wieku mojej córki, ludzie są zaskoczeni i mrugają z niedowierzaniem. Gustav i ja śmiejemy się. Ileż to razy przez te lata
słyszeliśmy takie samo pytanko?
Ja mam trzydzieści osiem lat. Wiem. Niewiele osób w moim wieku ma tak
dużą córkę, ale mówię zupełnie naturalnie:
- Urodziłam ją, gdy miałam piętnaście lat. To, co zaczęło się jako błąd
młodości, stało się najbardziej trafionym wydarzeniem w moim życiu.
Kobieta jest zaskoczona, ale zgadza się. Wszyscy reagują tak samo. Jakże
to możliwe, że mogę mieć tak dorosłą córkę, będąc tak młodą kobietą?
Rzeczywistość jest, jaka jest. Gdy byłam na wakacjach w Torremolinos z moimi rodzicami, wujostwem i kuzynami, poznałam przystojnego Włocha,
szarlatana o imieniu Gianmarco. W ciągu jednego miesiąca poczułam się
jak dziewczyna, którą spotkało największe szczęście na świecie, bo
wpadłam w oko temu włoskiemu przystojniakowi.
Spędziłam z nim niewyobrażalne lato. Przyjaciele, motocykle, imprezy na
plaży, ze spacerami i z trzymaniem się za ręce, przy wtórze
romantycznych piosenek o miłości, śpiewanych przez mojego ulubionego
piosenkarza, którym był Luis Miguel.
Byłam tak zakochana w Gianmarco, a on tak romantyczny i rzucający urok,
że aż straciłam dziewictwo w apartamencie zajmowanym przez niego i grupę
jego przyjaciół. Od tamtego razu nie przestaliśmy rozkoszować się
uprawianiem seksu każdej nocy.
To stało się naszym nałogiem!
Czas wakacji dobiegł końca. Mój włoski ukochany i ja żegnaliśmy się,
płacząc i obiecując sobie miłość na wieki. Wymieniliśmy się adresami.
Chcieliśmy być w stałym kontakcie, bo przecież nasza miłość była jeszcze
bardziej niezwykła niż ta pomiędzy Romeo i Julią.
Pierwszego dnia po powrocie do Madrytu natychmiast do niego napisałam.
Następnego dnia też. Oczywiście trzeciego dnia podobnie. Musiałam
wiedzieć, co się z nim dzieje. Czy o mnie pamięta? Dwa tygodnie później
moje listy wróciły z adnotacją, że adresat nieznany. Ponownie napisałam,
ale stało się to samo. Wtedy zdałam sobie sprawę z okrutnej
rzeczywistości: zostałam oszukana jak jakaś głupia małolata. To, co
czułam do niego, nie zostało odwzajemnione. Dla mnie Gianmarco był
pierwszą miłością. Ja dla niego byłam głupiutką gąską, która tamtego
lata pozwoliła się uwieść w Torremolinos. Tą, która bez doświadczenia w seksie pozwoliła mu sobą zawładnąć.
Złamał mi serce, przestałam jeść i bezustannie płakałam. Jednocześnie
szukałam wytłumaczenia tego, co mi się przytrafiło, i w kółko słuchałam
kolejnego i kolejnego pięknego bolera w wykonaniu Luisa Miguela.
O, matko, jak ja się samobiczowałam tymi piosenkami!
Gianmarco, ten idiota, którego uważałam za miłość mojego życia, któremu
powiedziałam "kocham cię", śmiał się ze mnie. Czyż mogłam być bardziej
naiwna?
Rodzice, widząc, w jakim byłam stanie, troszczyli się o mnie. Byli przy
mnie, pocieszali, jak potrafili, w mojej "chorobie" z powodu
nieszczęśliwej miłości. Nie przyznałam się im, że uprawiałam z nim seks.
To już byłoby dla nich za wiele. Przecież miałam zaledwie piętnaście
lat!
Pamiętam, że tata codziennie, wracając ze swojej winiarni, kupował moje
ulubione kinder niespodzianki w piekarni Jesús, żeby choć na chwilę
wywołać uśmiech na mojej twarzy.
Z dnia na dzień przestałam płakać, gdy zorientowałam się, że jestem w ciąży.
O matko moja... O matko...
Jestem w ciąży z Włochem, o którym nic nie wiem: ani jak się nazywa,
ani gdzie mieszka!
Na Boga, miałam tylko piętnaście lat!
Nie ma co się dziwić, że początkowo reakcja moich rodziców nie była
przyjemna, zwłaszcza że długo milczałam ze strachu przed karą.
Dowiedzieli się o ciąży, gdy byłam w szóstym miesiącu. Pewnego
popołudnia poczułam się bardzo źle, więc zawieźli mnie na ostry dyżur.
To, co miało być, ich zdaniem, zapaleniem wyrostka robaczkowego, okazało
się ciążą w drugim trymestrze.
Mój biedny ojciec kupował mi kinder niespodzianki, a okazało się nagle,
że jajkiem niespodzianką jestem ja sama. Niespodzianka!
Początkowo moi rodzice rozważali wiele rozwiązań, dla mojego własnego
dobra. Mama jest Angielką, ojciec - Hiszpanem. Susan i Rogelio. Ona
nowoczesna, on - przywiązany do tradycji, ale połączenie ich dwojga
zawsze było idealne. Ostatecznie, mimo że byłam piętnastoletnim
dzieckiem, rodzice wysłuchali mnie i uszanowali to, o co ich poprosiłam.
Chciałam urodzić moje dziecko. Wiedziałam, chociaż nie byłam tego w pełni świadoma, że dziecko oznacza koniec mojego dzieciństwa,
poświęcenie spotkań z koleżankami, imprezowania, letnich obozowisk pod
namiotami, nauki w szkole, poznawania chłopaków itd. Jednak przez tych
sześć miesięcy czułam ruchy mojego dziecka w brzuchu, co tylko mnie
umacniało w przekonaniu: nie chcę się go pozbyć. Mimo niedojrzałości
byłam na tyle rozsądna, że rozmawiałam z moimi rodzicami, a oni
ostatecznie uszanowali moją decyzję.
Zoé urodziła się dokładnie w przewidzianym terminie, czyli w maju. Po
unormowaniu się tego, co było możliwe w naszym życiu, zaczęłam chodzić
do szkoły wieczorowej, żeby dokończyć naukę. Zawsze było dla mnie jasne,
że chcę się rozwijać. Nie powstrzymało mnie przed tym bycie samotną
matką.
Gdy skończyłam szkołę średnią, zachęcona przez rodziców i znów z ich
pomocą zaczęłam studiować marketing i reklamę.
Od dawna chciałam obmyślać strategię sprzedaży w naszej rodzinnej
winiarni.
Mając córeczkę, skończyłam naukę później niż rówieśnicy, ale to nie
miało dla mnie znaczenia. Najważniejsze, że ukończyłam też studia.
Osiągnęłam mój cel. Pragnąc wspierać rodziców w ich biznesie, doradziłam
im, żeby rozwinęli interes do postaci wyspecjalizowanej winiarni.
Zaufali mi i zrobili, jak im poradziłam. Wykorzystałam wiedzę o technikach, którą zdobyłam na uniwersytecie, i dzięki temu wkrótce ich
sklep zaczął prosperować jak nigdy wcześniej.
Sukces, który osiągnęłam z naszą winiarnią, był tak duży, że inni
sprzedawcy win zainteresowali się moją pracą. Chcieli współdziałać,
chcieli, abym prowadziła ich kampanie reklamowe. Ostatecznie, widząc, że
to daje mi przyszłość, otworzyłam w wieku dwudziestu pięciu lat moje
małe przedsiębiorstwo marketingowo-reklamowe, które nazwałam Doskonałą
formułą. Rodzice nie mogli uwierzyć w mój sukces!
Z biegiem lat ułożyłam swoje sprawy. Wychowując córkę, troszcząc się o moich bliskich, pracując wiele godzin na dobę, żeby rozwijać firmę i zapominając o życiowym romantyzmie, cieszyłam się życiem tak, jak mogłam
najlepiej.
Trafne oceny ujawniły, że mam jakiś zmysł pozwalający przewidywać, które
wina hiszpańskie okażą się popularne na stołach w innych krajach. Moja
sława rosła, a przedsiębiorstwo się rozwijało. Dzisiaj mogę stwierdzić,
że jestem kobietą, z którą wiele firm, szczególnie winiarskich, chce
współpracować.
Zostałam nawet prezenterką na zbliżającym się Międzynarodowym Konkursie
Enologów, w którym walczy się o Nagrodę Farpón. Konkurs odbędzie się w Kasynie w Madrycie 7 października.
Rodzice są ze mnie bardzo dumni. Po pierwsze, dlatego że pokazałam im,
iż od kiedy urodziła się Zoé, stałam się dojrzała i zaangażowałam się w jej życie i wychowanie na sto procent tak, jak im obiecałam. Po drugie,
dlatego że jestem wojowniczką, która idzie naprzód mimo przeszkód, jakie
napotyka na swojej drodze życia. Po trzecie, dlatego że zupełnie
samodzielnie stworzyłam własną firmę.
Osiągnęłam to wszystko, ale jestem zupełnie pewna, że bez nich, bez taty
i mamy, bez ich pomocy, ich cierpliwości i ich bezwarunkowej miłości do
Zoé i do mnie wszystko wyglądałoby zupełnie inaczej.
Mam szczęście nie tylko mieć wyjątkowych rodziców, ale też cudowną córkę
i wspaniałych przyjaciół. Zoé zawsze była dzieckiem bardzo czułym i dobrze uczącym się, do tego stopnia, że zdarzało mi się mieć
wątpliwości, czy to możliwe, że jest moją córką. Jest również uparta,
co, według rodziców, odziedziczyła po mnie, a niekiedy jest trochę
skurczybykiem, co bez wątpienia odziedziczyła po swoim włoskim ojcu. No,
dobrze, ale mogę zdecydowanie powiedzieć, że jest naszą rodzinną dumą.
Dla niej powtórzyłabym wszystko, absolutnie wszystko, przez co
przeszłam, aby życie ponownie postawiło ją na mojej drodze.
W sferze osobistej nie dążyłam do stabilizacji, nigdy nie miałam stałego
partnera, co nie podobało się rodzicom. Tak naprawdę wychowywanie córki
i wykuwanie mojej przyszłości sprawiło, że jestem bardzo niezależna, a jeśli chodzi o mężczyzn, postanowiłam, że będę z nimi spędzać miłe
chwile, ale zero zobowiązań. Zdrada ze strony włoskiego idioty odcisnęła
na mnie takie piętno, że stałam się kobietą zimną, która nawet przestała
słuchać romantycznej muzyki. Żegnaj, Luisie Miguelu!
Wykreśliłam romantyczność z mojego życia, tak samo jak porywy miłości i te wszystkie szaleństwa, którym ulega młoda dziewczyna. Zwyczajnie
rozkoszuję się zaspokajaniem fantazji z chłopakami młodszymi ode mnie,
aby uniknąć problemów z zakochaniem się. Gdy mija ta chwila, każde z nas
idzie w swoją stronę. Mnie wystarcza miłość i opieka nad córką. A facetem niech opiekuje się jego matka!
Nasza relacja z Zoé jest fantastyczna. Poza byciem matką i córką
jesteśmy dla siebie przyjaciółkami. Ona daje mi tysiące powodów do
radości. Zawsze o wszystkim rozmawiałyśmy normalnie, poczynając od
rozmów o seksie. Ani ja nie jestem zakonnicą, bo mam wiele związków
seksualnych, ani nie jest nią moja córka, choćby nie wiem, jak bardzo
była czuła i dobra. Zawsze chciałam, aby Zoé nie postrzegała seksu jako
tematu tabu, tylko żeby rozkoszowała się nim bezpiecznie i z pełną
świadomością tego, co robi.
Moja mama uważa, że rozmawianie z Zoé o seksie to dodawanie Myszeczce
zbyt wiele skrzydeł. Ja pragnę, aby Myszeczka potrafiła fruwać, aby
wzlatywała i wracała na ziemię bez problemów.
Myśląc o tym wszystkim, usłyszałam, jak Gustav mówi:
- Przyszli twoi przyjaciele. My idziemy do środka.
Zadowolona puszczam mu oko. Odwracam się i, patrząc na Leo i Mercedes,
pokazuję na zegarek:
- Byliśmy umówieni piętnaście minut temu.
- Leo się spóźnił.
- Mercedes Romero, jakże możesz być taką kłamczuchą?! - protestuje Leo.
Gest Mercedes sprawia, że się uśmiecham. Zawsze lubiłam jej szaleństwo,
a szczególnie gdy, patrząc na Leo, mówi:
- Leo Morales, czyżbyś właśnie nazwał mnie kłamczuchą?
- Oczywiście - potwierdza Leo.
Mercedes uśmiecha się i puszcza do mnie oko.
- Gdy pojechałam po tego typa, okazało się, że zdołał wymusić na Pili
obietnicę, że przygotuje na kolację dla dzieci zupę z gwiazdkami i panierowane kotlety z kurczaka. Nic go nie powstrzymało!
Leo ponownie wzdycha. Pili to jego żona.
- Właśnie to dzisiaj będzie na kolację - mruczy. - Musiałem to
powiedzieć Pili, bo znam moje dzieci i, ponieważ wiedzą, jak mama nie
lubi gotować, szybko przekonują ją, żeby zamówiła pizzę. A właśnie, że
nie! Dzisiaj wieczorem ma być zupa z gwiazdkami i kotlety z kurczaka.
Słysząc te słowa, uśmiechnęłam się.
Leo jest głową rodziny pełną gębą, bardzo odpowiedzialnym. Bardzo lubi
gotować i opiekować się swoją żoną i dziećmi Marco i Ricardo. Wiele lat
temu, widząc, że Pili, jako dobra szefowa ważnej kompanii samochodowej,
zarabia dużo więcej pieniędzy niż on, a ludzie o tym gadają - Leo
postanowił przestać pracować w administracji firmy kurierskiej i zajął
się domem i dziećmi. Mówi, że jest szczęśliwy, robiąc to, co robi, i nie
ma o czym dyskutować.
Leo i Pili są szczęśliwi, że tak ułożyli swoje życie, a my, którzy ich
kochamy, cieszymy się ich szczęściem. Byłoby wspaniale, gdyby było
więcej mężczyzn takich jak Leo, tymczasem zawsze to my, kobiety, musimy
rezygnować z pracy, aby mężulkowie mogli czuć się samcami alfa w swoich
domach.
Macham do mam kilkorga dzieci, które znam, a Leo mówi:
- Zdycham. Chyba wczoraj wieczorem przesadziliśmy z piciem.
Przyznaję mu rację i śmieję się, gdy słyszę, co jeszcze dodaje:
- Chyba nawet nie muszę się upewniać, że to, co wczoraj obiecałaś, to
był tylko zwykły żart!
Mercedes i ja spoglądamy na siebie, wiemy, o czym on mówi.
- Leo Morales, nie bądź przestarzały! - mruczy moja przyjaciółka. -
Jeśli nasza Wero chce zdobyć i poznać nieznane ciała mężczyzn z innych
kontynentów, to nie burz jej planu!
Śmiejemy się rozbawione. Mercedes obejmuje naszego przyjaciela i mówi:
- Zgoda, przyznaję, to ja się spóźniłam. Nie on.
- O rety, dziękuję! - wykrzykuje Leo.
- Gadałam przez telefon z piękną rudowłosą i nie mogłam przerwać
rozmowy...
- Z Dalilą? - pytam zaciekawiona.
Mercedes przytakuje. To jej była partnerka, kobieta, którą uwielbia i stara się odzyskać. Leo, zmieniając ton głosu, szepcze:
- Idź z nią jutro na kolację.
- No nieeee! - żartuję.
Mercedes, moja wspaniała Mercedes Romero, przytakuje, kiwając głową i oświadcza:
- Wreszcie osiągnęłam to, że pójdzie ze mną na kolację.
Spoglądamy na siebie z Leo. Naszym zdaniem Dalila nie jest kobietą, na
jaką zasługuje Mercedes, ale rozumiejąc, że należy uszanować miłosne
wybory, uśmiechamy się i przytulamy Mercedes. Razem z Amarą stanowimy
Komando Opuncji! Nawet nasza grupa na WhatsAppie tak się nazywa.
Wszystko zaczęło się od śmiechu i żartów, ale ostatecznie tak się
poukładało między nami, że stanowimy zwartą grupę.
Leo, Mercedes, Amara i ja jesteśmy różni, ale tacy sami. Skomplikowani,
ale bezproblemowi. Głupi, ale sprytni. A co najważniejsze - naprawdę
kochamy się nawzajem.
Wszystkich troje poznałam w parku, w Aluche, podczas kolejnego
popołudnia, gdy spacerowałam sama z Zoé, a właśnie zaczął padać deszcz.
Pchając wózeczek, szybko schroniłam się pod jedynymi arkadami na
osiedlu. Wtedy przyszła dziewczyna, Mercedes, po chwili facet, Leo, a na
koniec przyszła Amara. Rozpadało się jeszcze bardziej. Zaczęła się
wielka ulewa i nie mogliśmy się stamtąd ruszyć. Zaczęliśmy więc
rozmawiać, a Zoé swoimi uśmiechami zdobyła ich serca.
Kilka dni później spotkaliśmy się w osiedlowej piekarni i, jakbyśmy
znali się od zawsze, przywitaliśmy się i umówiliśmy na spotkanie tego
samego popołudnia, pod tymi samymi arkadami, pod którymi widzieliśmy się
po raz pierwszy. Oczywiście z Zoé. Nie musiałam nic mówić, aby Leo,
Amara i Mercedes doskonale rozumieli, że muszę zająć się moją córką, bo
moi rodzice pracowali. Od tamtego dnia, mimo że nasze życia z biegiem
lat się zmieniały, nigdy nie oddaliliśmy się od siebie. Jesteśmy
przyjaciółmi, a przede wszystkim jesteśmy jak rodzina! To dla nas
absolutnie jasne.
- Jak się ma nasza dziewczynka? - pyta Leo.
Nabieram powietrza, gaszę papierosa i mówię:
- Trochę niezdecydowana, ale ma się dobrze. Zaraz ją zobaczycie.
Wszyscy troje uśmiechamy się, Mercedes nagle pyta zaskoczona:
- Zgubiłaś komórkę?
Rozśmiesza mnie to, bo zawsze trzymam ją w ręku.
- Jest w mojej torebce, wyłączona - odpowiadam.
Przyjaciele patrzą po sobie zdziwieni. Jeśli jest cokolwiek typowego dla
mnie, to właśnie telefon komórkowy, działający dwadzieścia cztery
godziny na dobę, z powodu mojej pracy. Dlatego Leo szepcze:
- Kim ty jesteś, gdzie do cholery jest moja Wero?
Śmiejemy się i przepychamy nawzajem, a Mercedes pyta:
- Czy moja dziewczynka ma już spakowane walizki?
Na te słowa z żalem przytakuję, kiwając głową, a kiedy czuję, że broda
zaczyna mi drżeć, Leo odzywa się, biorąc mnie pod ramię:
- Zero dramatów w Komando Opuncji, wchodzimy do środka!
Na szczęście przerywa zapowiadające się dramatyczne przedstawienie.
Jestem mu wdzięczna. Jeszcze będę mieć czas na rozpaczanie jutro na
lotnisku. Znając mnie, zapewne zaleję łzami cały terminal, powodując
powódź.
Chwilę później dochodzimy do miejsca, gdzie siedzą moi rodzice i Amara.
Mercedes i Leo witają ich serdecznie, a kiedy już wszyscy siadają, mój
tata przygląda mi się uważnie:
- Mysza, dobrze się czujesz?
Uśmiecham się. Ja jestem "mysza", a Zoé "myszeczka"... A co! Takie tam
wymysły mojego taty, bo obydwie lubimy tańczyć.
Zawsze uwielbiałam taniec i dlatego, gdy Zoé była jeszcze małą
dziewczynką, zapisałam ją na lekcje baletu klasycznego, podczas gdy sama
tańczyłam z Amaro salsę. Jednak nigdy nie wyobrażałam sobie, że te
lekcje, które moja córka uwielbiała od pierwszego dnia, staną się jej
przyszłością. Wiedząc, że mój ojciec martwi się, bo moja córka
następnego dnia opuszcza rodzinne gniazdo, biorę go za rękę i mówię:
- Ona i ja mamy się dobrze. Nie martw się.
Tata spogląda na mnie i potakuje, kiwając głową. Daje mi ten jeden ze
swoich czułych całusów w czubek mojego nosa, bo wie, że jestem ckliwa w tej kwestii, i mówi:
- Myszeczka wylatuje z gniazda, tak jak ty wyleciałaś z nią. Teraz ty
musisz zacząć żyć, córko. Już czas, prawda?!
- Tato, ja mam swoje życie! - żartuję.
Mój tata, którego milczenie znaczy więcej niż słowa, które wypowiada,
burczy pod nosem:
- Wiem, że masz swoje życie. Ale jako twój ojciec, chcę...
- Już dosyć z tym narzeczonym! - ucinam.
Tata przemilcza. Wiem, że bardzo cierpi, gdy patrzy, jaka jestem oziębła
wobec mężczyzn, więc zmieniając temat, pyta mnie:
- Przygotowałaś swoją maksipodróż?
Uśmiecham się. Tak tata nazywa mój planowany i opłacony ze wszystkimi
wydatkami przez klienta długi objazd po jego winnicach w Teksasie,
Argentynie, RPA, Australii i Chinach. Chce, żebym odwiedziła je, żebym
zorientowała się w specyfice każdego miejsca i bym mogła zorganizować
światową superkampanię dla jego win.
Od dwóch miesięcy odwlekam ten wyjazd. Na szczęście klient, choć trochę
specyficzny, gburowaty mruk, bardzo chce pracować ze mną, więc zgadza
się na odkładanie wyjazdu. Wie, że z powodu podróży będę ponad
dwadzieścia dni poza Hiszpanią, więc czeka, aż Zoé wyjedzie, żeby on
mógł podróżować ze mną.
- Wszystko przygotowane.
- Kiedy ruszasz?
- Za piętnaście dni.
Tata uśmiecha się. Wiem, że jest dumny ze mnie i z mojej odwagi w interesach.
- Objedziesz cały świat. Nazwę cię Willy Fog!
Oboje śmiejemy się. Gdyby tata wiedział, o czym rozmawiałam z moimi
przyjaciółmi, przeżyłby szok. On, patrząc na scenę, pyta:
- Co będzie tańczyć myszeczka?
Wzruszam ramionami. Zoé i cała ekipa trzymali to w tajemnicy.
- Tato, nie mam pojęcia - odpowiadam. - Jak wyjdzie na scenę, to
zobaczymy.
- Cokolwiek to będzie, spodoba się nam!
- Jestem tego pewna - oświadczam z satysfakcją.
Po kilku minutach w teatrze gasną światła i zaczyna się spektakl.
Jak można było oczekiwać, najpierw na scenie pojawiają się maluszki.
Mają po pięć-sześć latek, jak moja Zoé, gdy zaczynała. Cała publiczność
wybucha gromkim śmiechem, widząc, jak tańczą tak rozkosznie niezdarnie i sprawiają, że chciałoby się je wszystkie zjeść, całując.
W następnej godzinie kolejne grupy wychodzą na scenę i popisują się
swoimi zdolnościami baletowymi. My na widowni wiemy, jak dzieci z biegiem lat, w dużej dyscyplinie, rozwijają umiejętności i tańczą coraz
lepiej. Rozkoszujemy się spektaklem.
Scena znów pustoszeje. Rozbłyskają silniejsze światła i przed
publicznością staje Gustav, dyrektor artystyczny wydarzenia. Przez kilka
minut wita się z nami, czyli przyjaciółmi i rodzinami artystów, jak ich
nazywa. Zachwyceni słuchamy, gdy opowiada o wielkim zaangażowaniu dzieci
i o tym, jak bardzo jest szczęśliwy, że może je pokazać.
Po krótkim milczeniu zaczyna mówić o ostatnim występie, a ja, razem z moimi rodzicami i przyjaciółmi, przeżywam wielkie emocje. Oto teraz jest
kolej naszej dziewczynki, mojej Zoé, i jej partnera Adriana,
najzdolniejszych uczniów, którzy już stają się absolwentami.
Dla szkoły baletowej fakt, że Zoé i Adrian wyjeżdżają do Nowego Jorku,
aby dawać lekcje baletu w jednej z tamtejszych akademii Gustava, to
zaszczyt. Po wygłoszeniu pochwał na ich temat Gustav schodzi ze sceny, a ja biorę głęboki wdech.
Do boju!
Gdy tylko przygasają światła, moja mama spogląda na mnie z uśmiechem;
nagle słyszę pierwsze akordy melodii i instynktownie zakrywam usta
dłonią. Czy to możliwe?
Tata bierze mnie za rękę, jest tak samo podekscytowany jak ja. Patrzymy
na siebie, uśmiechamy się, a łzy zaczynają płynąć po naszych twarzach.
Moja mama, wzruszona jak my, otwiera torebkę i na lewo i prawo rozdaje
chusteczki jednorazowe.
Zoé, nasza Zoé, zatańczy do tej muzyki, która jest tak szczególna dla
nas. Chodzi o trzecią część przepięknej fortepianowej suity bergamasque
Claude'a Debussy'ego Światło księżyca. Od mojego wczesnego dzieciństwa
tata puszczał ją na gramofonie w niedziele, żeby mnie budzić, i zgodnie
z tradycją włączał ją też dla Zoé.
Piękne wspomnienia przywodzi nam na myśl ta melodia!
Pełni emocji patrzymy na scenę i wreszcie jest moja mała. Tak cudowna.
Tak piękna. Tak elegancka w swoich eterycznych i płynnych ruchach, w jej
stroju w kolorze niebieskiego błękitu, z upiętymi włosami. Tańczy w takt
cudownej melodii razem ze swoim partnerem Adrianem.
Wstrzymuję oddech, nie mogę oderwać od nich oczu. Są wspaniali! Zoé,
moja Zoé, przyćmiewa światło. Porywa swoimi delikatnymi i ostrożnymi
ruchami. Nawet nie jestem w stanie mrugać oczami. Naprawdę widzę, nie
dlatego, że jestem jej matką, że moja dziewczynka doskonale wie, jak to
trzeba robić.
Zawsze słyszałam, że muzyka budzi nieskończone emocje. Radość, smutek,
erotyzm, odprężenie. Ja słuchając tej cudnej melodii i widząc moją
córkę, mogę tylko myśleć o pięknie i miłości. To piękno łączące Zoé i tę
cudowną muzykę. Chociaż po mojej twarzy łzy płyną strumieniami, jak woda
z odkręconego kranu, rozkoszuję się, raduję i smakuję każdą chwilę tego
magicznego i cudownego momentu, aby na całą wieczność zapisał się w mojej pamięci i w moim sercu.
Przyznam szczerze, że Zoé jest prawdziwą i najczystszą miłością mojego
życia. Gdy kończy się utwór i cisza opanowuje teatr, wiem, że wszyscy
trwają zauroczeni. Wiem, że wszyscy są wzruszeni i zachwyceni tym, co
zobaczyli. Wiem, że moje serce wybuchnie ze szczęścia i dumy, a mój
ojciec wstaje i, nie przejmując się, że łzy mu ciekną z oczu, oklaskuje
jak nikogo w swoim życiu. Wszyscy, idąc za jego przykładem, wstają z krzeseł.
Och, ależ przeżycie!
To, co łączy moją córkę i sztukę, nie jest czymś zwyczajnym. Kiedy Zoé
wreszcie odnajduje nas w tłumie publiczności i uśmiecha się do nas,
ostatecznie nie wytrzymuję! Umieram z miłości!
Rozdział 3
Jest ósma rano, a ja niewiele spałam.
Gdy wstanę z łóżka, życie, które dotychczas znałam, zmieni się.
Zoé wyjedzie do Nowego Jorku, a ja po raz pierwszy zostanę sama. Będę
robić zakupy dla jednej osoby w supermarkecie i żyć sama ze sobą, bez
konieczności tłumaczenia się przed kimkolwiek.
Myślę o tym i w tym samym momencie widzę spokojnie wchodzącą do mojego
pokoju Paulovą, naszą kotkę. Lepiej powiem - naszą psokotkę, która
zwinnie poruszając swoim niezwykle wyglądającym ciałem, wskakuje na
łóżko. Jak zawsze zaczyna łapkami dotykać mojej głowy. Uwielbia deptać
mi włosy, aż wreszcie znajduje pozycję wygodną dla siebie i układa się z główką na mojej głowie. Rozkoszna!
Zoé i ja zawsze chciałyśmy mieć psa. Golden retrievera z długą, jasną
sierścią. W końcu jednak mój brak czasu sprawił, że zadowoliłyśmy się
naszą psokotką. Paulova i ja oddychamy spokojnie do chwili, gdy w drzwiach staje Zoé w piżamie, z potarganymi włosami i jak zawsze
wskakuje ze śmiechem do mojego łóżka.
Jak mam żyć bez tego?
Paulova z powodu wtrącenia się Zoé odchodzi od nas, a ja, patrząc na
moją małą, która już jest kobietką, szepczę:
- Nie wiem, jakim sposobem spotkało mnie to szczęście, że mam tak piękną
córkę.
Zoé uśmiecha się.
- No, to wiedz, że jeśli ja jestem piękna, ty także jesteś piękna -
stwierdza. - Wszyscy mówią, że jesteśmy jak dwie krople wody.
Ma rację. Ludzie ciągle myślą, że jesteśmy siostrami, bo tak bardzo
jesteśmy do siebie podobne. Gdy łzy napływają mi do oczu, Zoé dziwi się:
- Mamo, znowu?
Kiwam głową. Jestem jak cieknący kran. Gdy płaczę, płaczę na całego.
- Po prostu będę bardzo tęsknić za tobą - mamroczę. - Co ja zrobię bez
ciebie?
- Będziesz żyć swoim życiem - oświadcza Zoé.
Oczywiście, łatwo to powiedzieć. Zoé bierze mnie za prawy nadgarstek,
przykłada do swojego, żeby było widać nasze tatuaże, i mówi:
- "Ty i ja... zawsze".
Przytakuję. To "zawsze" razem z nią staje się za krótkie, a moja córka,
patrząc na mnie, mruczy:
- Całe życie troszczysz się o mnie i...
- I nadal będę się troszczyć - zapewniam.
Zoé potwierdza, rozumie, co mówię, i - patrząc mi prosto w oczy -
szepcze:
- Wiem. Wiem, że zawsze będziesz troszczyć się o mnie, tak jak ja o ciebie. Mamo, ale teraz musisz znowu mieć swoje życie. Teraz musisz
robić to wszystko, czego nie robiłaś, bo byłaś odpowiedzialna za mnie,
ale zapisałaś sobie w notesie marzeń!
Obydwie się śmiejemy. Ten notes Zoé podarowała mi, gdy była mała i wspólnie, każda z innego końca, zapisywałyśmy w nim to, co chciałybyśmy
robić w przyszłości. Przez całe nasze życie zapisywałyśmy w nim nasze
malutkie marzenia. Być nauczycielką baletu. Podróżować. Zatańczyć tango
z Argentyńczykiem. Nauczyć się prowadzić motocykl. Zobaczyć zorzę
północną. Spać pod rozgwieżdżonym niebem. Poznać atrakcyjnego chłopaka.
Pojechać do Grecji. Itd., itp. Prawdę powiedziawszy, Zoé spełniła wiele
ze swoich zapisanych marzeń. Jeśli chodzi o mnie, to już co innego.
Z mojego gardła wydostaje się jęk i sprawia, że chlipię. Ale
wspomnienia!
Widząc, jak moja córka patrzy na mnie, proszę:
- Zbesztaj mnie i nie pozwól więcej płakać.
- Verónico Jiménez Johnson, przestań płakać!
Zwracanie się do nas po imieniu i nazwisku, żeby nas zbesztać, jest
typowe dla mojego ojca. Śmiejemy się i tulimy.
- Naprawdę chcesz wyjechać do Nowego Jorku? - upewniam się.
Zoé potwierdza bez wahania. Nowy Jork jest zapisany w notesie.
- Tak, mamo.
- Czy lekcje nie zaczynają się we wrześniu?
- Mamo, ale przedtem chcę spędzić czas z moim narzeczonym.
Bawią mnie jej ostatnie słowa. Ja w ciągu moich trzydziestu ośmiu lat
życia nigdy nie miałam narzeczonego, a Zoé, mając dwadzieścia trzy,
sądzi, że znalazła miłość swojego życia. Patrzę na nią i zamierzam coś
powiedzieć, ale ona pokazuje na mnie palcem, z wdziękiem odsuwa się i przestaje mnie przytulać:
- Mamo, nie zaczynaj.
- Nic nie powiedziałam - żartuję.
Moja córka śmieje się.
- Dobrze się znamy! Po twojej twarzy widzę, że zamierzasz mi powiedzieć,
że słowo "narzeczony" jest...
- Tak, właśnie - śmieję się.
Obydwie z córką, leżąc, śmiejemy się, a ona dodaje:
- Michael jest miłością mojego życia, mamo. Poza tym - wyjaśnia
skrupulatnie - jest dokładnie taki, jak zapisałam na liście moich
marzeń. Przystojny, interesujący, mądry, zachwycający i szaleje za mną.
Podoba mi się to, co słyszę, a jednocześnie mnie przeraża. Zoé jest
młoda. Ma całe życie przed sobą i tysiące osób do poznania. Michael jest
dobrym chłopakiem. Intelektualista, w dodatku odpowiedzialny. Lubię go i uwielbiam, jak patrzy na Zoé i opiekuje się moją córką, ale dlaczego nie
mieszka w Madrycie, tylko w Nowym Jorku?
Myślę o tym, a Zoé otwiera szufladę mojego stolika nocnego. Wyjmuje
słynny notes z marzeniami i, siadając na łóżku, bierze do ręki długopis:
- Muszę wykreślić to o wyjeździe do Nowego Jorku.
Przytakuję. Siadam obok niej i obserwuję, co robi. Zoé, odwracając notes
na drugą stronę, pokazuje mi moją część.
- Mamo, masz jeszcze dużo marzeń do spełnienia, nie sądzisz?
Wzruszam ramionami, a ona czyta:
- Zobaczyć zorzę polarną. Mieszkać na plaży. Nauczyć się prowadzić
motocykl. Spać pod rozgwieżdżonym niebem. Pojechać do Grecji. Zatańczyć
tango z Argentyńczykiem. Rozkoszować się seksem do utraty tchu.
- To ostatnie robię - odpowiadam zadziornie.
Zoé uśmiecha się, jest na bieżąco, jeśli chodzi o moje życie erotyczne,
i - widząc moją czerwoną walizkę - pyta:
- Zaczęłaś się pakować na superpodróż? Mamo, wiem, że to praca, ale
spędź tę podróż luksusowo!
Znów przytakuję i uśmiecham się. Przemilczam to, o czym rozmawiałam z przyjaciółmi. Nie jestem przekonana, że spędzę tę podróż luksusowo z klientem, z którym jadę.
- Najbardziej lubię to twoje marzenie - komentuje Zoé, patrząc w notes.
- Które?
Zoé czyta:
- Poznać mężczyznę wysokiego, przystojnego, interesującego,
niezależnego, który mnie nie przytłoczy, takiego, który sam się utrzyma,
który opuszcza deskę sedesową, gdy skończy, który umie gotować, który
przygotowuje wyśmienite koktajle i który oczywiście zawsze, gdy zbliża
się do mnie, pięknie pachnie i sprawia, że jego głos doprowadza mnie do
szaleństwa.
Wybucham śmiechem. No dobra, nie jestem wymagająca! Zoé, śmiejąc się tak
samo jak ja, szepcze:
- Jesteś aż nazbyt wymagająca.
- Kochanie, takie jest moje marzenie. Coś innego dla mnie się nie liczy.
- Czy nie sądzisz, że już przyszedł czas, żebyś miała narzeczonego?
- A niby dlaczego mam mieć jednego, skoro mogę mieć dwudziestu jeden?
- Mamo!
- Kochanie, mam przyjaciół i to mi wystarczy.
- Mamo! Ci twoi są tylko po to, żeby spędzić miłe chwile. Ja mówię o miłości, o romantyzmie!
Śmieję się i nie mogę tego powstrzymać.
- Zoé Jiménez Johnson, nie zaczynaj! - mamroczę pod nosem.
Jednak Zoé, jak to ona, nalega:
- Przez całe życie opiekujesz się mną. Myślisz tylko o mnie i przedkładasz mnie ponad wszystko inne. Myślę, że teraz, gdy wyfruwam z domu, zasługujesz na to, by mieć kogoś, kto zaopiekuje się tobą i...
Kładę dłoń na jej ustach, nie chcę, żeby mówiła dalej.
- Posłuchaj, kochanie. Jestem kobietą niezależną, która nie potrzebuje
nikogo, żeby się nią opiekował.
- Zaraz, zaraz, mamo - mówi, uciekając przed moją dłonią. - To tylko
takie gadanie i ty doskonale o tym wiesz. Gdy mówię o opiece nad tobą,
to mam na myśli kogoś, kto cię kocha i kto sprawi, że potraktujesz
miłość jako coś magicznego i szczególnego, tak jak ja to czuję dzięki
Michaelowi.
- O matko moja! - żartuję. - Sądzę, że naoglądałaś się tak wielu filmów
romantycznych z twoim wujkiem Leo i ciocią Amarą...
- Mamo - Zoé przerywa mi. - Kiedy wreszcie dasz szansę miłości?
Słysząc to, znów się uśmiecham. Ona, tak samo jak ja, doskonale wie, że
romantyzm i ja od dawna jesteśmy na siebie obrażeni.
- Mam przyjaciół, z którymi miło spędzam czas, kochanie, i to mi
wystarcza.
Zoé przytakuje. Wie, że moje odrzucanie miłości to skutek krzywdy, którą
wyrządził mi jej biologiczny ojciec. Na szczęście ten temat nigdy nie
obchodził jej nadmiernie. Rozmawiałyśmy o tym swobodnie tysiące razy.
Któregoś dnia powiedziała: "Mamo, to ty jesteś tutaj ze mną i tylko ty
mnie obchodzisz. Włoch, który jedynie dał swoje nasienie, jest dla mnie
nikim". Przyznam, że tamtego dnia spodobała mi się jej stanowczość.
Zrozumiałam, że moja córka jest silną kobietą, której nie zaszkodziło
wzrastanie bez ojca i że ona bierze życie takim, jakie ono jest.
- Nie chciałabyś spotkać kogoś szczególnego, kto ofiaruje ci kwiaty,
zamiast przynosić zabawkę erotyczną?
- Nie.
- Mamooooooo...
- Kochanie, jestem szczera!
- Nie wszyscy mężczyźni są tacy sami - nalega.
Wzruszam ramionami, a moja córka, rozkładając się na łóżku, żeby patrzeć
w sufit, mamrocze pod nosem:
- Zasługujesz na to, żeby poznać kogoś szczególnego. Tego z marzenia.
Miłość bezwarunkową i szaloną, która bez słów, tylko spojrzeniami
sprawi, że będziesz czuła, że masz wszystko, czego ci w życiu potrzeba.
Romantyzm Zoé, wyjęty z epoki jej wujka Leo i jej cioci Amary, rozbawia
mnie. Ja, nawet mając tylko piętnaście lat, nie byłam taką romantyczką.
Tak samo jak Zoé, patrząc w sufit, stwierdzam:
- Takie uczucie we mnie budzisz wyłącznie ty.
- Jesteś młoda, ładna i wesoła, chociaż trochę lubisz rządzić i bywasz
sztywno wymagająca, jeśli chodzi o punktualność. Jednak, na Boga, masz
tylko trzydzieści osiem lat!
- I...?
Zoé i ja patrzymy na siebie. Nie potrzebuję, żeby coś mówiła. Rozumiem,
co ona chce usłyszeć.
- No, dobrze - mówię. - Jeśli poznam kogoś szczególnego, obiecuję, że
dam mu szansę.
- Genialnie! Ja obiecuję ci, że jeśli ten ktoś cię skrzywdzi, połamię mu
nogi.
- Zoé!
Obydwie wybuchamy śmiechem. I tu ujawnia się włoski gen zła jej ojca.
- Ale... - szepczę.
- Już dosyć tych twoich "ale"... - kpi.
- Ja doskonale czuję się w tym, w czym jestem. Mam przyjaciół. Spotykam
się, z kim chcę i kiedy chcę, i...
- A czy nie chciałabyś, żeby ktoś wzdychał, tęskniąc za tobą? Mężczyzna,
który dałby ci miłość i z którym w końcu słuchałabyś romantycznych
piosenek i tańczyłabyś w świetle księżyca.
- Na Boga, Zoé - śmieję się.
- Mamo, cudownie jest tańczyć w świetle księżyca przy romantycznej
piosence!
Znów nie mogę się opanować i wybucham śmiechem. Pomijam kwestię
romantycznej piosenki. Staram się nie obudzić mojego serca i moich
uśpionych uczuć.
- Mogłabyś z tą szczególną osobą stworzyć rodzinę - mówi Zoé.
- Zoé, czy ty paliłaś trawkę? - żartuję.
Moja córka to moja córka, więc drąży dalej:
- Zawsze lubiłaś małe dzieci, a ja zawsze chciałam mieć rodzeństwo. Nie
mów, że nie!
W tym momencie brzmi dzwonek do drzwi. Wstając, mówię z gracją:
- Dzwonek do drzwi mnie uratował!
- Mamooooooo!
- Kochanie, ktoś dzwoni do drzwi!
Idąc boso do salonu, śmieję się z idealizmu mojej córki, a jednocześnie
spoglądam na ekran wideokamery zabezpieczającej wejście i widzę, że są
tam Leo i Mercedes. Odzywam się głośno, otwierając drzwi:
- Zoé, twoje wujostwo przyszło tu i przynieśli churros2.
W okamgnieniu Leo i Mercedes wchodzą do mojego pięknego domu w Pozuelom,
a Zoé tuli ich serdecznie. Poprzedniego dnia, pożegnawszy się po
występie, obiecali jej, że przyniosą churros na śniadanie przed jej
wyjazdem na lotnisko. Dlatego są. Jak zwykle dotrzymali słowa.
Podaję kawę z mlekiem i wszyscy siadamy przy stole w jadalni.
- Czekamy na Amarę?
Zaprzeczam, kręcąc głową.
- Nie mogła przyjść, ma próbę w basenie ze swoimi maluchami.
- A więc, do boju! - proponuje uśmiechnięta Mercedes.
Jak było do przewidzenia, pochłonęliśmy wszystkie churros. Doskonałe!
Zoé, połykając ostatni kęs, zdradza:
- Mówiłam mamie, że teraz, gdy ja wyjeżdżam, ona musi znaleźć sobie
narzeczonego.
- Dlaczego tylko jednego, skoro może ich mieć dwudziestu jeden? -
żartuje Mercedes.
- Ja to samo jej powiedziałam - potwierdzam, trzymając swoje churro w palcach.
Rozbawione, Mercedes i ja, stukamy się naszymi churros.
- Ja jednak myślę tak samo jak ty, Zoé - mówi Leo. - Sądzę, że to
doskonały pomysł. I już czas, prawda?
Patrzę na niego przerażona, a Leo dodaje:
- Jesteś kobietą młodą, ładną i fantastyczną, która może dać dużo
miłości.
Mercedes i ja spoglądamy na siebie zdziwione.
Zazwyczaj Leo mi mówi, że jestem apodyktycznym i wymagającym babskiem, a na dodatek nadmiernie pracowitym, a teraz, gdy ja chcę coś powiedzieć,
Leo dodaje:
- Powinnaś trochę mniej pracować i nie być takim babskiem, zimnym i apodyktycznym. To, moja przyjaciółko, odstrasza wszystkich.
- To bardziej mi pasuje - żartuję.
Wszyscy śmiejemy się, a Mercedes po chwili, wymieniwszy spojrzenia z Zoé, mówi:
- Ty, kochana, bądź spokojna. Jako nieodłączny członek Komando Opuncji,
obiecuję, że razem z ciocią Amarą sprawię, że twoja mama nie będzie się
nudzić ani dzisiaj, ani nigdy.
- To jest moja dziewczyna! - żartuję, stukając się z nią kolejnym
churro.
- Jak możecie mówić takie głupoty przy dziewczynce! - mamrocze Leo,
patrząc na nas z niesmakiem.
Zoé uśmiecha się. Wszyscy śmiejemy się, a po chwili moja córka mówi:
- W życiu każda istota ludzka ma kogoś wyjątkowego, a ja tylko pragnę,
żeby i mama go znalazła.
- Już mam ciebie...
- Mamo!
Gdy widzę jej gest, uśmiecham się. Dla niej ważne jest moje szczęście,
tak samo jak dla mnie jej. Chcąc, żeby wyjechała uspokojona, stwierdzam:
- Jeśli wszyscy mamy tego kogoś szczególnego, to bądź spokojna,
myszeczko, że z pewnością wcześniej czy później i ja znajdę.
Zoé uśmiecha się.
Po śniadaniu ubieramy się, zanosimy walizki do samochodu Leo. Jedziemy
do Aluche, żeby Zoé pożegnała swoich dziadków, a potem - na lotnisko.
Czas się zbierać do wyjazdu.
Rozdział 4
Szlocham i czuję się jak rozdeptane kruche ciastko.
A podobno jestem zimna i apodyktyczna, kiedy tak sobie postanowię.
Jednak wszystko, co dotyczy Zoé, rozmiękcza mnie do niewyobrażalnego
stopnia. Sądzę, że coraz bardziej upodabniam się do mojej mamy. Czyżby
to z powodu wieku?
Chodzi o to, że moja córeczka właśnie wyjechała do Nowego Jorku i nie
wiem, ile czasu upłynie do dnia, w którym znów ją zobaczę. Czuję się
tak, jakby wyrwano mi serce.
Jak ja będę żyć bez mojej Zoé?
Piję kawę wraz z dwojgiem moich przyjaciół w lotniskowej kawiarni, a Leo
mruczy pod nosem, podczas gdy ja moczę kolejną chusteczkę jednorazową:
- Kocham cię...
- Wiem. Ja też cię kocham - mówię z przekonaniem.
Widzę, że Leo i Mercedes spoglądają na siebie i po chwili pierwsze z nich odzywa się:
- Idziemy, głuptasie. Ona ma się dobrze i jest szczęśliwa.
- Ale odjechała...
- Takie są koleje losu, skarbie - potwierdza Mercedes.
To jest to, co ja sama sobie mówię.
- To moja córeczka...
- Twoja córeczka urosła. Nauczyłaś ją być niezależną i ona chce żyć
swoim życiem - wyjaśnia Mercedes.
Ja ponownie przytakuję. Ma więcej racji niż wszyscy święci. Żeby mnie
rozweselić, Mercedes proponuje:
- Co ty na to, żeby Komando Opuncji dzisiaj wieczorem poszło na
kielicha? Wyślemy esemesika do Amary, niech dołączy do nas.
Uśmiecham się. Wiem, że każde z nich trojga zrobiłoby dla mnie to i jeszcze tysiąc innych rzeczy, ale odpowiadam:
- Mercedes, dzisiaj wieczorem umówiłaś się z Dalilą, a ty... - wskazuję
wzrokiem na Leo - twoi teściowie przyjdą do ciebie na kolację, a Amara z pewnością będzie w pracy w szpitalu.
Przyjaciele patrzą na siebie.
- Przed Dalilą jesteś ty - mówi Mercedes.
- Moi teściowie mogą przyjść na kolację innym razem - zapewnia Leo.
Ja jeszcze bardziej się rozklejam. Serdeczność i bezwarunkowa miłość
moich przyjaciół jest dla mnie ogromnym wsparciem.
- Na złe i na dobre, i na jeszcze lepsze - dodaje Leo porozumiewawczo.
Wzruszone, Mercedes i ja, przytakujemy. Na złe i na dobre, i na jeszcze
lepsze. To zdanie, które my troje i Amara mamy wytatuowane na skórze,
absolutnie i wyłącznie dla nas.
- Musisz nam tylko powiedzieć, czego potrzebujesz - nalega Leo - aby
nasza czwórka znów dziś wieczorem poszalała w Madrycie.
Ja bezustannie płaczę i płaczę. Nie mogę tego powstrzymać.
- Czyżbyś myślała, że Zoé wiecznie będzie z tobą? - pyta Leo.
Wiem, że życie zwykle tak nie przebiega.
- Ale... - mamroczę.
- Skończ z tymi "ale"! - przerywa mi Mercedes. - Zoé ma dwadzieścia trzy
lata, jest młodziutką, niezależną kobietą i chce rozpocząć swoje własne
życie.
- Wiem...
- Zoé ma się dobrze - nalega Mercedes. Jest szczęśliwa. Do końca jej
życia ty będziesz jej matką i kiedy ona będzie ciebie potrzebować, nie
zawaha się odszukać ciebie. Jednak teraz ty, Verónica Jiménez Johnson,
będziesz żyć i cieszyć się swoim życiem tak, jakby jutra miało nie być,
zrozumiano?
Potakuję. Wiem, że tak musi być. Kiedy chcę coś powiedzieć, odzywa się
Leo:
- Mam nadzieję, że teraz dasz sobie szansę na poznawanie mężczyzn, nie
żółtodziobów.
- Nie zaczynaj! - karci go Mercedes.
Leo prycha:
- Sądzę, Wero, że powinnaś dać szansę miłości, przynajmniej jedną
szansę! I...
- A ja myślę - przerywa mu Mercedes - że Wero ma cieszyć się tym, czego
ona chce, z miłością lub bez. Jeśli rozkoszuje się tym bez głębi uczuć,
to co w tym złego?
- Z miłością bez wątpienia wszystko jest lepsze - twierdzi Leo, wielki
romantyk.
Mercedes i Leo zaczynają rozmawiać na ten temat. Jak zawsze ich
koncepcje życia w wielu kwestiach, a szczególnie w kwestii miłości, w niczym się nie zgadzają.
- No, dobra, kochani. Dosyć - wtrącam się po zaczerpnięciu powietrza.
Moi przyjaciele milkną. Spoglądają po sobie, a Leo mówi:
- Posłuchaj, Wero, i powiem ci to całkiem na poważnie. Daj sobie szansę
tak, żebyś nigdy nie żałowała, że nie spróbowałaś. Posłuchaj mnie! Nie
wszyscy mężczyźni to tacy idioci jak ten Włoch!
- Jasne! - przytakuję, żeby już zamilkł.
Leo uśmiecha się. Mercedes także i Leo bierze mnie za rękę.
- Jesteś najbardziej niesamowitą babką, jaką znam - szepcze. - Zawsze
jesteś dla wszystkich. Pomogłaś rodzicom rozwinąć biznes.
- To minimum tego, co mogłam zrobić po tym wszystkim, co oni zrobili dla
mnie.
Moi przyjaciele potakują, a Leo kontynuuje:
- Wychowałaś Zoé i troszczyłaś się o nią, aż wychowałaś ją na młodą
dziewczynę, niezależną i szczęśliwą.
- To moja córka, jakże mogłabym tego nie zrobić? - odpowiadam.
- Mnie i Amarze - dalej mówi Leo - pomogłaś w nieskończonej liczbie
sytuacji. W tak wielu, że już nie umiem ich zliczyć i...
- I mnie - przerywa mu Mercedes. - Utrzymywałaś mnie, znosiłaś moją
obecność, przyjęłaś do siebie i poszukałaś dla mnie pracy, gdy byłam
bezrobotna i zdesperowana. Już nie umiem zliczyć, ile razy wytrzymałaś
moje wypłakiwanie się, gdy któraś z moich partnerek mnie zostawiała.
- Zamknij się, jeszcze pamiętam tę, z którą kręciłaś ostatnio z powodu
Dalili - kpi Leo.
- Nie sądzisz, że teraz my trochę musimy zatroszczyć się o ciebie? -
pyta Mercedes.
Wzdycham. To wszystko, o czym mi przypominają, zrobiłam dla nich
szczerze, z potrzeby serca. Kiedy chcę odpowiedzieć, Leo wtrąca:
- Wero, teraz pomyśl o sobie. Tylko o sobie. Spełnij swoje marzenia.
Zasługujesz na to.
Wzdycham. Moje życie bez moich rodziców, bez mojej córki i bez mojego
Komanda Opuncji byłoby niczym. Ponieważ jestem nadwrażliwcem, nadal
płaczę, jakby jutra miało nie być. Jak zapowiedziałam. Spowoduję powódź
na terminalu.
Po chwili, gdy wreszcie kończę moje lamenty, odprężam się i zaczynam
uśmiechać. W pewnym momencie Mercedes pyta:
- Kiedy Zoé i jej chłopak wyjeżdżają na Antarktydę?
- Za tydzień - odpowiadam, chowając chusteczki.
Gdy rozgoszczą się w apartamencie Michaela, a jego psa zostawią u rodziców.
- Jak nazywa się baza na Antarktydzie, do której pojadą?
- McMurdo - odpowiadam.
Szybko spostrzegam, że Mercedes poszukuje czegoś w swoim telefonie
komórkowym. Kolejna, taka sama jak ja, która stale szpera w Google'u.
- Jeśli złapiemy bezpośredni samolot Madryt-Antarktyda, będziemy
podróżować do celu prawie szesnaście godzin.
- Ależ głupota!
- Inną opcją jest polecieć do Sydney lub na Nową Zelandię i stamtąd na
Antarktydę. Tyle że z tego, co widzę, nie jest łatwo dotrzeć do tej
bazy.
Uśmiecham się. Żeby nie wiem, jak starała się być dla mnie twarda,
Mercedes już kombinuje, jak dojechać tam, gdzie będziemy mogli zobaczyć
naszą dziewczynkę.
- Na Boga... ona wyjeżdża na koniec świata! - szepcze Mercedes.
- Dokładnie tak - potwierdza Leo.
Wzdycham. Wiem, po co to mówi. Ja sama byłam przerażona, gdy
zorientowałam się, dokąd pojedzie Zoé. Gdy chciałam odpowiedzieć,
zadzwonił mój telefon. To Marco, którego poznałam pewnego wieczoru, gdy
z dziewczynami poszłam na imprezę. Wycieram łzy.
- Cześć, Marco.
Pięć minut później, gdy powiedzieliśmy sobie to, co mieliśmy do
powiedzenia, rozłączam się, a Mercedes pyta:
- Marco, to ten przystojniak? Gdyby nie podobały mi się jedynie kobiety,
zajęłabym się nim.
- Proszę was! Nie zaczynajcie - mruczy Leo.
W odróżnieniu od Mercedes, od Amary i ode mnie Leo jest bardzo
wstydliwy, jeśli chodzi o seks. Chociaż jak wypije dwa kieliszki, o matko! Cóż on wygaduje! Zamierzałam coś powiedzieć, ale Mercedes,
uprzedzając, szepcze:
- Wczoraj kupiłam sobie taką przyssawkę do łechtaczki, jaką on ci dał w prezencie. Rzeczywiście to pompa!
Obydwie śmiejemy się. Rozmowa o seksie dla nas jest czymś normalnym, ale
Leo patrzy na mnie i pyta:
- Dał ci w prezencie tę... tę... to?
- Przyssawkę, Leo - kpi Mercedes. - To się nazywa przyssawka do
łechtaczki.
Nasz przyjaciel zalewa się wstydliwie rumieńcem. Biedaczek, jaką
przykrość czasem mu sprawiamy. Rozgląda się teraz, sprawdza, czy ktoś
mógł nas usłyszeć:
- Możecie mówić ciszej? - strofuje nas.
My spoglądamy na siebie i wybuchamy śmiechem.
- Marco jest przedstawicielem producenta zabawek erotycznych -
wyjaśniam. - Zawsze, gdy się spotykamy, daje mi jakąś w prezencie.
Ostatnią była niezwykle silna przyssawka do łechtaczki, którą...
- Mówże ciszej! - znów karci mnie Leo.
- Niezły arsenał ma ta, jebana, w swoim nocnym stoliku, skoro on daje
jej tyle prezentów.
- Co?! - szepcze Leo z niedowierzaniem.
Czasem nie opowiadamy mu pewnych rzeczy, żeby nie czuł się nieswojo, a to jedna z takich. Jednak ponieważ już się dowiedział, przytakuję,
odsuwając sobie grzywkę z czoła:
- Ostatni prezent, który mi sprawił, jest jednym z najlepszych, jakie mi
ofiarowano w życiu.
Leo wywraca oczami. Zawsze gorszymy go naszą szczerością. Uwielbiamy
dokuczać mu w ten sposób. Leo, który w gruncie rzeczy jest niezłym
plotkarzem, pyta:
- Naprawdę ten typek daje ci to w prezencie?
- Tak.
- Nie przeszkadza ci to?
- Nie kochanie, uwielbiam!
Leo mruga oczami, przetwarza w myśli to, co właśnie usłyszał, i mówi:
- Gdyby mnie, gdy byłem jeszcze narzeczonym Pili, przyszło do głowy dać
jej w prezencie coś takiego, to oberwałbym tym po głowie.
- O, nie - żartuje Mercedes.
Leo patrzy na nią, potem na mnie, a ja precyzuję:
- Ani ja nie jestem Pili, ani Marco nie jest moim narzeczonym.
- Rzeczywiście, czasy bardzo się zmieniły. Ja zatrzymałem się w epoce, w której dawało się kwiaty.
To sprawia, że Mercedes i ja wybuchamy gromkim śmiechem. W pełni
świadoma rzeczywistości, w jakiej żyjemy, bo to my o tym zdecydowałyśmy,
spoglądam na Leo.
- Marco i ja jesteśmy przyjaciółmi, których łączy seks. Jeśli on coś mi
daje w prezencie, to wolę, żeby to była zabawka erotyczna niż kwiaty.
Kwiaty są czymś bardzo intymnym.
- A ssanie nie jest intymne? - pyta Leo zaskoczony.
Bawi mnie jego zdziwienie.
- Gdy mówię, że coś jest intymne, mam na myśli inny rodzaj intymności -
wyjaśniam. Nie chcę, żeby Marco schlebiał mi, ofiarowując mi kwiaty. Od
niego chcę tylko seksu, seksu i seksu. On tego samego chce ode mnie.
Leo patrzy na mnie. Jego romantyczna strona nie pozwala mu zrozumieć, że
ja mogę być tak zimna w tej kwestii. Co więcej, nigdy nie opowiadałam
mu, że niekiedy spełniam swoje fantazje. Wiem, że złapałby się za głowę.
- Dzisiaj wieczorem umówiłam się z Marco w tym samym hotelu co zawsze.
Tam będziemy rozkoszować się seksem przez trzy godziny - dodaję.
- Jakaż oziębłość! - mamrocze Leo.
- Może oziębłość, może nie, ja tylko tego chcę - mówię z przekonaniem.
- Na pewno przyniesie ci kolejny prezencik - żartuje Mercedes, a ja się
uśmiecham.
Ona rozumie moje słowa. Jej życie, chociaż jej podobają się tylko
kobiety, jest bardziej zbliżone do mojego.
- Z tego, co widzę, dzisiejszego wieczoru ty i ja będziemy zajęte
przyjemnościami. A ten - mówi, wskazując na Leo - ze swoimi teściami!
Przytakuję. Wiem, że Mercedes dzisiaj wieczorem spotka się z Dalilą.
- Świat wywrócony do góry nogami! - zawołał Leo. - Z wami wyprawiam moje
szaleństwa, ale ja żyję dokładnie odwrotnie.
Znów dzwoni mój telefon. Numer ukryty. Tym razem nie zignoruję go, jak
to zrobiłam wczoraj. Odbieram, zmieniając głos na poważniejszy.
- Tak, słucham.
- Verónica Jiménez? - pyta mężczyzna.
- Tak, to ja.
Po chwili milczenia człowiek mówi słodkim głosem:
- Dzień dobry. Jestem Liam Acosta, dyrektor Winiarni Verode na
Teneryfie.
- Dzień dobry, panie Acosta.
- Kontaktowałem się z panią kilka miesięcy temu, ale powiedziała pani,
że na razie nie może się spotkać z braku czasu i żebym telefonował
później, aby starać się o spotkanie w Madrycie lub na Teneryfie.
Potwierdzam. Pamiętam, że pozbyłam się go, gdy jakiś czas temu dzwonił,
bo chciałam więcej czasu spędzić z Zoé przed jej wyjazdem.
- Tak, panie Acosta, pamiętam. Słucham pana.
Przez kilka chwil rozmawiamy o pracy i wreszcie on przechodzi do
konkretów:
- Oczywiście, jeśli pani przyjedzie na Teneryfę na spotkanie z nami, my
pokryjemy wszystkie koszty.
Teneryfa! Podoba mi się ten pomysł.
- Proszę dać mi chwilkę, spojrzę w mój kalendarz.
Pod czujnym spojrzeniem moich przyjaciół wyjmuję kalendarz z torby i sprawdziwszy, jakie mam zapisane sprawy, informuję:
- Panie Acosta, mogłabym być na Teneryfie we środę, siedemnastego, za
tydzień. Może tak być?
- Oczywiście! - Acosta odpowiada natychmiast.
Ja zapisuję ten termin, proszę Acostę o pewne informacje o jego
winiarni, podaję mu mój adres mailowy, a on mówi:
- Informacje, o które pani poprosiła, wyślę na pani pocztę
elektroniczną.
- Zgoda - potwierdzam.
- Wyślę Pani również rozkład lotów na trasie Madryt-Teneryfa, żeby
wybrała pani godzinę lotu. Czy życzy sobie pani rezerwację w jakimś
szczególnym hotelu?
Uśmiecham się, gdy słyszę to pytanie. Normą dla mnie i dla klientów jest
to, że kwaterują mnie w hotelach wysokiej klasy. Szybko odpowiadam:
- To pozostawiam do państwa decyzji. Wątpię, abyście wyszukali dla mnie
hotel niespełniający moich oczekiwań.
- Doskonale! - słyszę.
Żegnamy się. Do moich przyjaciół mówię:
- Siedemnastego lecę na Teneryfę.
- Umieram z zazdrości! - zapewnia Mercedes.
- Zabierz mnie w twojej walizce - żartuje Leo.
Uśmiecham się. Spoglądam w kalendarz i widzę, że w tym tygodniu nic nie
mam, więc mówię:
- Ponieważ tam będę, może zostanę kilka dni dłużej i spotkam się z Jonay.
- To wspaniały facet ten Jonay - oświadcza Leo.
Rzeczywiście taki jest!
Jonay jest z Wysp Kanaryjskich. Przez jakiś czas mieszkał w Madrycie z powodów służbowych, a z różnych przyczyn życiowych tak się stało, że
zapisał się do tej samej szkoły tańca, do której chodziłyśmy z Amarą.
Przez lata partnerował mi w tańcu, do czasu gdy z miłości do swojego
chłopaka wrócił na Teneryfę.
- Kiedy ty wyjeżdżasz w tę długą podróż?
Śmieję się i patrzę na notatkę, którą wskazuje Mercedes.
- Za piętnaście dni. Obiecałem panu Javierowi Ruipérezowi, że jak tylko
Zoé wyjedzie, ja wyprawię się z nim w tę podróż, żeby poznać jego
winnice i winiarnie. Za piętnaście dni wsiadamy w samolot do Teksasu,
gdzie będziemy przez cztery dni. Potem lecimy do Argentyny, RPA,
Australii i do Chin - mówię cicho.
Kochane twarze moich przyjaciół są pełne zazdrości. Robią na nich
wrażenie moje osiągnięcia w pracy.
- Kiepskim rozwiązaniem jest podróżowanie z tym facetem - mówię, żeby
ich rozbroić - jednak dobrze, że pojadę do krajów, w których nie byłam,
a jeśli będę miała czas, to odwiedzę tam pewne lokale i...
- Verónico Jiménez Johnson - przerywa mi Leo - kiedy ty wreszcie się
ustatkujesz?
Nie mogąc tego powstrzymać - wzdycham. Jestem jedną z tych kobiet, które
od lat cieszą się wolnością seksualną w świecie swingersów. To jest
coś, co przeraża Leo.
- Nie patrz tak na mnie, Leo Morales - szepczę. - Ty cieszysz się swoją
seksualnością z Pili na twój sposób, a ja mam swój sposób. Poza tym
spróbowałam dotychczas tylko z mężczyznami europejskimi. A ponieważ będę
zwiedzać inne kontynenty, wyobraź sobie, jaki świat żądzy i perwersji
otwiera się przede mną!
Mercedes zaczyna się śmiać i gadać o swoich głupotach, a tymczasem Leo
patrzy na nas i pyta tonem tej swojej szczególnej powagi:
- Naprawdę?
Potakuję. Jeżeli jestem czegoś zupełnie pewna, to tego, że lubię cieszyć
się moją seksualnością do utraty tchu.
- Niech żyje kolonizacja! - mówię, myśląc o moich seksualnych podbojach.
Zerkam na zegar w telefonie.
- Doskonale wiecie, że bardzo was kocham, ale za dwie godziny mam
spotkanie w moim biurze, więc muszę się zbierać.
Moi przyjaciele podnoszą się, a Leo, oczywiście ignorując poprzedni
wątek, bo nie pasuje mu to kolonizowanie innych kontynentów, pyta:
- Lepiej się czujesz?
Potwierdzam bez wahania.
- Dzisiaj wieczorem będzie się miała jeszcze lepiej, gdy Marco zdejmie
jej majtki - mruczy Mercedes, rozbawiona.
- Na Boga! Czy nie chcecie już przestać?! - jęczy Leo.
Mercedes i ja śmiejemy się na całe gardło, idąc przez parking do
samochodu.
- W taki sposób nigdy nie znajdziesz tego kogoś szczególnego, którego
obiecałaś Zoé - mówi Leo.
Ma absolutną rację.
- A któż ci powiedział, że ja chcę znaleźć kogoś szczególnego?
Rozdział 5
Wystrojona w czerwony komplet bielizny i wysokie czarne buty wchodzę do
hotelu, w którym umówiłam się z Marco, żeby zwyczajnie cieszyć się
seksem. Biorę klucz z recepcji i pewna siebie idę do windy. Naciskam
przycisk siódmego piętra i przeglądam się w lustrze. Kokieteryjnie
układam włosy, podmalowuję usta i gdy drzwi się otwierają, wychodzę i ruszam do pokoju 706.
Wchodząc do środka, słyszę spokojną muzyczkę. Jest też kubełek z lodem i z otwartą butelką szampana. Słyszę, że w łazience leje się woda i wyobrażam sobie, że Marco bierze prysznic.
Kładę torbę na jednym z krzeseł, biorę kieliszek, nalewam sobie szampana
i upijam łyk. Mmmm, jaki smaczny! Siadam na łóżku i uśmiecham się.
Wiem, że bycie w tym pokoju z Marco oznacza miło spędzony czas. On i ja
doskonale się rozumiemy w sprawach seksu. Zdejmuję sukienkę i wracam na
łóżko, układam się pośrodku, siadam, opierając się o wezgłówek.
Spokojnie popijam szampana, wyłączam muzykę, którą słyszałam, biorę
telefon i z listy moich Spotify wyszukuję i włączam Womanizer Britney
Spears. Zupełnie co innego niż to, co słyszałam przed chwilą.
Zmiana muzyki dała sygnał Marco, że już jestem w pokoju, i po kilku
sekundach on staje przede mną zmoczony i nagi.
O matko moja..., o matko... Ależ z niego adonis!
Z nim nie będę tańczyć w świetle księżyca, ale jest więcej niż pewne, że
wkrótce przeżyjemy wspaniałe chwile.
Uśmiecha się, podchodzi do mnie, całuje mój tatuaż mandali, który mam na
ramieniu, i pyta:
- Jaki miałaś dzień?
- Jak jeden z wielu - odpowiadam bez namysłu.
Chociaż to nie do końca prawda. Bo dzwoniła do mnie Zoé. Bezpośredni lot
do Nowego Jorku trwał siedem godzin i już są na miejscu z Michaelem.
Tęsknię za nią, ale dobrze się czuję, bo wiem, że jest szczęśliwa. Nade
wszystko pragnę jej szczęścia.
Marco szybko pokazuje mi podłużne pudełko, mówiąc:
- Dzisiaj to dostaliśmy.
Uśmiecham się i otwieram wieko, a kiedy wyjmuję zabaweczkę czarnego
koloru, Marco dodaje namiętnym tonem:
- To wspaniały wibrator masujący, delikatny i jedwabisty, z silikonu.
Jego główka jest elastyczna i ma dziesięć prędkości wibrowania.
Zachwycona oglądam prezent od Marco. On wkłada wibrator do kubełka z lodem, obok szampana.
- Pomyślałem, że ci się spodoba.
Bez wahania potwierdzam. Będę zachwycona. Daję mu bardziej niż gorącego
całusa w usta. Kiedy przestajemy się całować, stwierdzam:
- Ty sam się przekonasz, czy mi się podoba, czy nie.
Jak dobrze się rozumiemy. Marco bierze opakowanie z prezerwatywą i otwiera. W okamgnieniu ją zakłada, a ja, patrząc na wibrator w kubełku z lodem, myślę, że igraszki już się zaczęły!
Nic nie mówiąc, Marco nalewa szampana sobie i dolewa do mojego
kieliszka. Ja zmysłowo proszę:
- Dzieciaku, sprawmy sobie przyjemność.
Marco uśmiecha się.
Przez chwilę wpatrujemy się sobie oczy, milcząc. Widzę jego cudowne
podniecenie. Rozsuwam uda prowokacyjnie i z pożądaniem; on jest w tym
dobry.
- Zdejmij mi majtki - żądam.
Marco odstawia kieliszek z szampanem i wchodzi na łóżko. Kładzie dłonie
na moich kolanach i całuje je. Najpierw jedno, potem drugie, przesuwa
dłonie po wewnętrznej stronie moich ud, aż dochodzi do majtek i, tak jak
go prosiłam, zdejmuje mi je.
Ależ szarpnięcie! Gdy majtki wylatują w powietrze, zaczyna brzmieć
piosenka Run Run Run Jill Scott, a tymczasem Marco całuje moje kostki,
najpierw jedną, potem drugą. Jest na tym skupiony, widzę, jak jego język
powoli przesuwa się do góry po mojej łydce i dochodzi do kolana.
- Podnieś się i wypróbuj upominek - mówię cicho.
Tak jak oczekiwałam - spełnia moje polecenie. Nadal pieści wewnętrzną
stronę mojego prawego uda, a ja rozkoszuję się patrzeniem, jak on przez
cały czas przesuwa się do góry, aż jego gorące usta dotykają mojego
wilgotnego wejścia do pochwy.
Gdy czuję usta Marco w samym środku mojego pragnienia, zaczynam dyszeć.
On, jak zawsze, mówi o pieprzyku, który mam obok łechtaczki. Uwielbia
go. Od tej chwili wiem, że będzie robić, o co go poprosiłam, i -
rozkoszując się - zamykam oczy z błogim uśmiechem.
Marco sprawia, że czuję, jak po całym moim ciele rozchodzi się żar
pożądania. Czuję, jak jego język wchodzi we mnie i wychodzi ze mnie, aż
skupia się na mojej łechtaczce.
Och, tak!
Cichy szum zaczyna być słyszalny. Nie otwieram oczu, ale wiem, że to
wibrator. Kiedy wibracje przenoszą się na moje uda, czuję, że odlatuję.
Ta sama wibracja jest w mojej pochwie, a kiedy zatrzymuje się na mojej
łechtaczce, wypełnia mnie rozkosz. Och, tak! Och, tak! Cudowny
prezent!
Zachwycona cała oddaję się tej chwili. Czuję, że wibracje są coraz
silniejsze. Och!
Marco delikatnie szczypie ustami wewnętrzną stronę moich ud, a wibrator
porusza się w mojej pochwie. Nagle wibracja "wybucha" i sprawia, że
krzyczę z rozkoszy. Jednocześnie otwieram oczy, patrzę na Marco i szepczę:
- Jest cudowny.
Marco uśmiecha się namiętnie.
- Nie przestawaj! - żądam.
Nie przestaje. Porusza wibratorem w mojej pochwie, na łechtaczce, na
moich udach, ja jęczę i prężę się z rozkoszy przed tym mężczyzną, który
daje mi tak cudowne prezenty.
Nie wiem, jak długo trwamy w tym stanie. Jedyne, co wiem, to, że czuję
rozkosz, rozkosz i rozkosz, aż moja niecierpliwość sprawia, że zbieram
się w sobie, przewracam go na łóżko. Wibrator spada na bok, ja siadam
okrakiem na Marco i biorę w ręce jego twardy członek, wkładam go sobie
tam, gdzie pragnę, i - szukając dla mnie zaspokojenia po tym, co
sprowokował nowy wibrator - spuszczam się na partnera.
Marco i ja dyszymy. To, co właśnie zrobiłam, ogromnie nas podnieciło.
Trzymając Marco za szyję, jak bestia poruszam biodrami w rytm
rozbrzmiewającej muzyki zbieraczy trzciny. Nie przestaję, aż do chwili,
gdy krzyk spełnionej rozkoszy wyrywa się najpierw z moich ust, a kilka
sekund później - z ust Marco.
Przez ponad dwie godziny rozkoszowaliśmy się seksem bez tabu dla żadnego
z nas. Teraz odpoczywamy, rozmawiamy i znów się bawimy, aż do chwili,
gdy alarm w mojej komórce dzwoni i obydwoje wiemy, że mamy pół godziny
na prysznic. Pokój mieliśmy tylko na trzy godziny.
Jak zawsze, gdy wychodzimy z hotelu, idziemy coś przegryźć i wypić
trochę alkoholu w klubie dla swingersów. Jeszcze przez kilka godzin
rozkoszujemy się naszymi fantazjami, a potem żegnamy się "do następnego
razu".
Rozdział 6
Jestem na lotnisku Północna Teneryfa, czekam na odbiór walizki.
Telefonuję do rodziców. Wiem, że oni potrzebują wiadomości ode mnie,
żeby się uspokoić, szczególnie mama. Rozmawiam z nimi, mówię, że
wszystko w porządku, i jednocześnie piszę do Komando Opuncji, żeby i oni
wiedzieli, że doleciałam szczęśliwie.
Po zawiadomieniu wszystkich, że wylądowałam na Teneryfie, zakładam
słuchawki i słyszę Get the Party Started w wykonaniu Pink, jednej z moich ulubionych piosenkarek.
Dużo wysiłku mnie kosztuje, żeby powstrzymać się przed tańczeniem w tym
miejscu. Rozglądam się wokół i siadam. Wszyscy niecierpliwie czekamy na
pojawienie się naszego bagażu. Po minach pasażerów widzę, że jedni są
zniecierpliwieni bardziej, inni mniej.
Lubię obserwować ludzi i interpretować ich mowę ciała. Niekiedy to dużo
mówi o tych osobach.
Po mojej prawej stronie jest dziewczyna, mniej więcej w moim wieku, w bardzo zaawansowanej ciąży. Rozmawia przez telefon i uśmiecha się. Po
mojej lewej stronie - rodzina, która w samolocie z Madrytu siedziała
niedaleko mnie. Tata, mama i trójka dzieci. Tata niecierpliwie spogląda
na taśmę bagażową w oczekiwaniu na walizki. Czuje się jego napięcie,
sapie, już nie może doczekać się chwili, kiedy stąd wyjdzie. Natomiast
mama, mimo że zajmuje się Oskarem, Rubenem i To?em, wydaje się spokojna.
Dzieci mają po pięć lat i są trojaczkami. Skąd to wiem? To łatwe! W samolocie pani siedząca przede mną zainteresowała się dziećmi. Mama,
wobec nieprzystępnej postawy ojca dzieci, odpowiedziała jej uprzejmie.
Teraz te trzy diabełki są tutaj, biegają i przepychają się wzajemnie jak
nieznośne bestie, a ich ojciec, jak tylko spojrzy, piorunuje je
wzrokiem, podczas gdy mama obserwuje je ze spokojem.
Czekają ich niezłe wakacje!
Obok nich jest zakochana para, która nie przestaje się całować i przytulać. Założę się, że to początek ich relacji albo podróż poślubna.
Na to wskazuje sposób, w jaki na siebie patrzą i biorą się za ręce.
Uśmiecham się, gdy on, przyciągając ją jeszcze bardziej do swojego boku,
daje jej prowokacyjnego klapsa w pośladki, a ona zaskoczona, karci go
bez przekonania. Jacy ładni!
Patrzę w lewo. Tam jest wiele par niemieckich. Wszyscy mają bardzo białą
cerę i widać, że dopiero co przyjechali na wyspę. Skupiam się na jednym
z nich i muszę się roześmiać. Jak to możliwe, że on ma na sobie koszulę
w czerwone i zielone kwiaty, niebieskie rybaczki, skarpetki w paski,
słomiany kapelusz na głowie i beżowe klapki. Czy to możliwe?
Patrzę na niego rozbawiona i ukradkiem go fotografuję. To musi zobaczyć
moje Komando Opuncji. Zdjęcie wysyłam do grupy i, tak jak
przypuszczałam, czytam od moich przyjaciół takie komentarze, że jeszcze
bardziej się uśmiecham. Nieźle plotkujemy.
Dostaję esemesa. To Jonay. Chce wiedzieć, czy już jestem na wyspie i kiedy się spotkamy. Daję mu znać, że dopiero co przyleciałam i jak tylko
będę mogła, zaraz się z nim umówię. Bez wątpienia on tak bardzo chce
zobaczyć mnie, jak ja jego.
Zapiszczał sygnał, że taśma transportowa z bagażami już ruszyła.
Podchodzę tam. Mając bilet w klasie business, wiem, że mój bagaż
wyjedzie jako jeden z pierwszych. Widzę moją walizę!
Tak, tak, mówię "waliza", bo gdy tylko dostałam wiadomość o hotelu, w którym będę zakwaterowana, oczywiście pięciogwiazdkowym i cudownie
luksusowym, natychmiast porozumiałam się z jego administracją i trochę
przedłużyłam moją rezerwację, na własny koszt. Sądzę, że kilka dni
oderwania się i odpoczynku bardzo dobrze mi zrobi.
Zamierzam umówić się na spotkanie służbowe następnego dnia, a po nim
zapomnieć o pracy i cieszyć się jak królowa pobytem na wyspie.
Gdy tylko chwytam bagaż, ruszam do wyjścia. W jednym z maili Liam Acosta
napisał, że odbierze mnie z lotniska i zawiezie do hotelu. Uprzejmość
godna wdzięczności.
Gdy wychodzę, widzę wysokiego mężczyznę, w nienagannym garniturze i w okularach przeciwsłonecznych. Trzyma w rękach napis "VERÓNICAJIMÉNEZ".
Patrzę na niego z przyjemnością. Jaki przystojny! Wysoki, atrakcyjny,
interesujący. Jednak stosuję trzy zasady w moim życiu. Po pierwsze -
żadnych żonatych. Po drugie - nigdy nie flirtuję w pracy, a po trzecie -
nie starszy niż 30 lat, a ten ma więcej. Wymieniamy uśmiechy.
Podchodzimy do siebie, a ja oficjalnie podaję mu dłoń i pytam:
- Pan Acosta?
Bierze mnie za rękę, ściska mi dłoń i mówi:
- Miło mi, pani Jiménez. Będę wdzięczny, jeśli zechce pani zwracać się
do mnie zwyczajnie: Liam.
- Verónica - odpowiadam z uśmiechem.
Oboje zgodnie ustalamy, że stosujemy tylko niezbędny formalizm.
- Verónico, mam samochód na parkingu.
Idziemy obok siebie, a on z czystej uprzejmości pyta, jak minęła mi
podróż.
Kilka chwil później wsiadamy do granatowej terenówki. Liam naturalnym
gestem zdejmuje okulary przeciwsłoneczne, a ja na widok jego oczu
wypalam:
- Zapewne słyszałeś już wiele razy, że masz interesujące oczy.
Uśmiecha się. Widać, że często mu to mówiono. Wskazując swoje prawe oko,
mówi:
- Częściowa heterochromia. Połowę tęczówki mam niebieską, a drugą połowę
brązową. Odziedziczyłem to po moim ojcu.
Patrzymy na siebie z uśmiechem. Liam znów zakłada okulary, włącza silnik
i wyjeżdżamy z lotniska. Jego akcent, choć nie jest zbyt wyraźny,
zachwyca mnie. Zawsze myślałam, że akcent kanaryjski jest bardzo
zmysłowy.
Tak, jak sobie wyobrażałam, podróż z lotniska do hotelu jest przyjemna.
Rozmawiamy swobodnie o pogodzie, o wyspie, o plażach. Liam jest
zaskoczony, gdy mówię mu, że będę tu dłużej, niż zakładał. Co więcej,
widzę, że ten pomysł uważa za trafiony.
Dojeżdżamy do hotelu, mój towarzysz wyjmuje bagaż. Recepcjonistka na
widok Liama staje się nerwowa i roztargniona. To oczywiste, że obecność
tak przystojnego i dobrze ubranego mężczyzny zrobiła na niej wrażenie.
On tymczasem skupia się na mnie i proponuje, że jeśli dzisiejszego
wieczoru chciałabym zjeść kolację z nim lub z jego wspólnikami, chętnie
to zorganizuje. Natychmiast usztywniam się, lecz Liam nie nalega. Jestem
mu za to wdzięczna.
Umawiamy się na następny dzień, na dziesiątą rano, żeby zobaczyć jego
winiarnie, a potem odbyć spotkanie służbowe w biurze w Tacoronte.
Liam wychodzi. Ja, czekając na windę, dyskretnie obserwuję, jak się
oddala. Idzie pewnym, stanowczym krokiem. Widać, że ten mężczyzna zna
swoją wartość, co zawsze jest przydatne w interesach. Myślę o tym, gdy
przyjeżdża winda.
Wchodzę do pokoju i jak tylko zamykam za sobą drzwi, zapominam o walizie
i idę na taras. Rozsuwam drzwi tarasu, uśmiecham się. Tak, jak prosiłam,
mam widok na morze. To dla mieszkanki Madrytu, takiej jak ja, coś
cudownego!
Zapalam papierosa i w tym samym momencie dostaję na komórkę wiadomość,
od Zoé. Otwieram i uśmiecham się, na fotografii jest z Michaelem na
lotnisku w Nowym Jorku. Wylatują do Nowej Zelandii, a stamtąd na
Antarktydę.
Jestem szczęśliwa, gdy widzę zadowoloną twarz mojej córki i wiem o czekającej ją przygodzie. Wysyłam esemesa z życzeniami szczęśliwej
podróży i słowami miłości. Ach, no i oczywiście, żeby nie zapomniała i zadzwoniła, jak tylko przyjedzie na miejsce. Powiedziałam już, że z każdym dniem coraz bardziej upodabniam się do mojej mamy.
Nadal palę papierosa i patrzę na piękny pejzaż, który mam przed oczami.
Moim marzeniem jest mieszkać nad morzem. Myślę, że patrzenie na fale
każdego dnia jest wielkim luksusem, na który nie wszyscy mogą sobie
pozwolić. Na przykład ja, mieszkająca w Madrycie. Dlatego pomyślałam, że
gdy będę staruszką, zamieszkam przy plaży.
Gaszę papierosa i postanawiam rozpakować się, wziąć prysznic i zjeść
kolację. Chcę szybko wrócić do pokoju, żeby przejrzeć raporty
przedsiębiorstwa, z którego szefami mam spotkanie następnego dnia.
Po szybkim prysznicu czuję się cudownie, rozpuszczam włosy i pozwalam,
żeby wyschły na powietrzu. Zaglądam do szafy i wybieram sukienkę, która
sięga mi do kostek. Wkładam sandały na niebotycznych obcasach, tak
wysokich, że przyprawiają o zawrót głowy. Dostałam je na urodziny od
Zoé. Nagle słyszę cichą muzyczkę dochodzącą zza okna.
Zapinam sandały i wychodzę na taras, żeby spojrzeć w dół. Hotel ma
kształt piramidy, więc widzę moich sąsiadów z niższego piętra,
tańczących i przytulających się na ich tarasie. Odkrywam, że to ta
dziewczyna w zaawansowanej ciąży, którą widziałam na lotnisku!
Pozostając w ukryciu (już ja się tym zajęłam), obserwuję, jak ona i on,
przypuszczam jej chłopak, całują się namiętnie. Uśmiecham się do siebie.
Ona jest jedną z takich jak ja! Chłopak, który ją całuje, wydaje się
bardzo młody, chyba ma nie więcej niż dwadzieścia pięć lat, czyli jest
dużo młodszy niż ci, z którymi mam zwyczaj się spotykać. Niemalże
wykrzykuję: ochhhhhh!, gdy widzę, jak chłopak przyklęka i czule całuje
brzuszek dziewczyny.
Czy naprawdę jest ojcem dziecka?
Wzruszona patrzę, jak dziewczyna się rozpromienia, gdy on, jak się
domyślam, przemawia do brzuszka. Jakie piękne musi być macierzyństwo,
gdy przeżywasz je z twoim partnerem!
Mnie, gdy byłam w ciąży, nikt nie całował po brzuszku, a ja tym bardziej
nie patrzyłam na nikogo z miłością, z jaką ta dziewczyna patrzy na
chłopaka.
Zaskoczona stoję nieruchomo i obserwuję. Ich gesty, ruchy i pocałunki
mówią mi, że są szczęśliwi. Zaczyna brzmieć nieznośnie romantyczna
piosenka. To All I Ask, Adeli. Znam tę piosenkę, bo moja córka ją
uwielbia. Chociaż staram się nie słuchać tego rodzaju muzyki, bo
rozklejam się, to nadal jeszcze mogę zrozumieć, że dla tych, którzy
wierzą w miłość, to coś bardzo pięknego.
Czuję się jak staruszka podglądająca innych przez firankę, jak jakaś
głupia obserwuję parę zakochanych, zajętych sobą. Ich wzajemne uczucie
jest niemalże namacalne. Ich pragnienie, które czują oboje, sprawia, że
opanowuje mnie ciepło i wbrew własnej woli zaczynam myśleć, jak by to
było mieć z kimś tak realny związek. Po tym, co zdarzyło się z ojcem
Zoé, nigdy nie miałam takiej relacji. Nigdy nie dałam sobie szansy, żeby
być z kimś tak blisko.
Jednak, gdy oni całują się coraz intensywniej, a romantyczna muzyka
wręcz świdruje moje uszy, wracam do pokoju, biorę torbę i wychodzę na
kolację. Jeszcze przez chwilę słyszę głupie słowa piosenki o miłości.
Rozdział 7
Po kolacji w ładnej hotelowej restauracji, gdzie podano mi wyśmienite
danie, które oni nazywają "imprezowym mięsem", postanawiam wyjść na
spacer brzegiem morza, zanim wrócę do mojego pokoju i zajmę się
raportami. Wiem, że na obcasach, które włożyłam, nie mogę iść daleko. Są
tak samo piękne, jak niszczące stopy.
Na szczęście mogę co jakiś czas przystawać, bo po drodze trafiam na małe
straganiki z drobiazgami. Oglądam je z ciekawością. Uwielbiam srebrne
kolczyki i jak zawsze kupuję jedne dla mnie i drugie dla Zoé. Będzie
okazja, żeby jej dać.
Zachwycona zakupem nagle czuję, że chce mi się pić, i postanawiam wejść
do jakiegoś lokalu. Gdy tylko przekraczam próg, słyszę z głośników
piosenkę romantyczną Luisa Miguela. I tak szybko jak weszłam, tak szybko
wychodzę.
Dość romantycznej muzyki!
Idę dalej, aż wreszcie siadam na małym tarasie lokalu vis-a-vis morza,
gdzie nie słychać muzyki. Na szczęście moje stopy będą mogły odpocząć.
Interesuję się kartą win, a widząc, że mają też z Winiarni Verode, które
odwiedzę jutro, zamawiam jedną lampkę. Zobaczmy, jak smakuje!
Czekając, obserwuję osoby siedzące wokół mnie. W końcu lokalu dostrzegam
stolik, przy którym siedzi kilku typów. Dwóch z nich zwraca moją uwagę.
Są wysocy, atrakcyjni. Instynktownie myślę, jak by to było pójść z obydwoma naraz do łóżka.
No dobrze, wiem, że takie myślenie brzmi zimno. Jednak to ja jestem
panią mojego ciała, mojego życia i czasu. Ja i tylko ja decyduję, kiedy,
jak, gdzie i z kim.
Kelnerka, która jest Andaluzyjką, szybko przynosi mi wino w ładnym
kryształowym kieliszku. Gdy tylko odchodzi, unoszę kieliszek i najpierw
wącham. Zapach jest przyjemny. Smakuję wino. Mmm, niezłe.
Cieszę się chwilą. Morze, spokój, lampka wina... jednak nagle słyszę
podniesione głosy. Po mojej prawej stronie kelnerka, która mnie właśnie
obsłużyła, teraz stara się uspokoić jakiegoś mężczyznę.
Z tego, co wykrzykuje, zorientowałam się, że to jej chłopak. Biedaczka,
ależ ma zły gust! Niesmak potęguje się, gdy widzę, że on przekracza
granicę, i słyszę, jak kelnerka krzyczy:
- Puść mnie!
Widząc, że trzyma ją za nadgarstek, krew we mnie zaczyna wrzeć, tym
bardziej gdy syczy:
- Jesteś moją żoną.
- Już nie jestem.
- Ireno, nie gadaj głupstw.
- Jesteśmy rozwiedzeni! - mówi kelnerka. - A teraz wynoś się. Jestem w pracy i nie chcę mieć problemów.
Ale numer! Rozwiedzeni, a on stawia jej żądania?!
Inne osoby w lokalu patrzą na nich tak samo jak ja. Typ, który już nie
może być gorszym troglodytą, powtarza:
- Jesteś moją żoną. Moją! Zawsze nią będziesz, rozumiesz?
Dobraaaaaa... Ależ samiec! Nie znoszę takich!
Od lat współpracuję z jednym ze stowarzyszeń maltretowanych kobiet,
które na swoje nieszczęście miały za partnerów takich samców jak ten.
Gdy podnoszę się z krzesła, słyszę:
- Raul...
- Żaden Raul, żadne takie! - typ głośno protestuje. - Jak możesz
przyjechać na Teneryfę z Kordoby, nie pytając mnie o pozwolenie?
- O nic nie muszę cię pytać - odpowiada kelnerka.
Troglodyta łapie się za głowę. Jest wkurzony. To nie skończy się dobrze.
- Kim jest ten mydłek, z którym przyjechałaś do pracy? - typ wypytuje
nadal.
Oburzam się. Rozkazujący ton, którym do niej mówi, okropnie mnie wkurza,
a jeszcze bardziej, gdy ten powtarza:
- Nadal jesteś moją żoną i wszystko mi jedno, co jest zapisane na
papierze, który podpisaliśmy!
- Co?! Naprawdę?!
No nie, nie... Już więcej nie wytrzymam!
Podchodzę do nich.
- Przepraszam państwa - mówię. - Wiem, że wtrącam się w nie swoje
sprawy, ale uważam, że po pierwsze, powinien pan puścić rękę pani, a po
drugie, odnosić się z większym szacunkiem.
Typ patrzy na mnie jak ktoś, kto zobaczył robaka, który przyprawia go o obrzydzenie, i odpowiada mi, wykręcając dziewczynie ramię:
- Zajmij się swoimi sprawami.
- Właśnie to robię - mówię uprzejmym tonem i strzelam go w policzek tak
mocno, że wreszcie puszcza rękę dziewczyny.
Dobra, zobaczymy. Troglodyta ma charakterek, ale nie wie, z kim zadarł.
Nie zwracam na niego uwagi, bo mnie nie interesuje, patrzę na
dziewczynę, która już nie może być bardziej wystraszona.
- Potrzebujesz pomocy? - pytam.
Biedaczka patrzy na mnie, jakby nie wiedziała, co ma odpowiedzieć. Znam
ten wyraz twarzy. Niestety, wielokrotnie widziałam to w stowarzyszeniu.
- Słuchaj, nie znam cię, ale wiem, że potrzebujesz pomocy - nalegam, nie
mogąc zamilknąć.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki