Rozdział pierwszy
- To miejsce jest zajęte?
Tak bardzo pochłonęła mnie akcja książki, że z trudem odrywam od niej wzrok, by spojrzeć na twarz chłopaka przede mną. Potargane włosy opadają ciemnozłotymi falami aż do wyraźnie zarysowanej linii szczęki, która od kilku dni nie widziała maszynki do golenia - ale to jego ciepłe, przejrzyste jasnobrązowe oczy sprawiają, że serce na moment mi zamiera. Nie mam pojęcia, co zobaczył na mojej twarzy, ale gdy nasze spojrzenia się krzyżują, on zerka jeszcze raz, jakby chciał się upewnić, że dobrze widzi.
- Śmiało - mówię i powracam do powieści, choć kątem oka obserwuję, jak chłopak zsuwa z szerokich ramion duży oliwkowozielony plecak i z hukiem rzuca go na ziemię.
- Ładny stąd widok - zauważa od niechcenia, zginając wysokie ciało, by usiąść na krzesełku.
Znajdujemy się na zatłoczonym dachu hostelu w Lizbonie, pod bambusowym baldachimem, który rzuca na stolik paski światła i cienia niczym kod kreskowy. Zza pokrytych terakotą dachów sąsiednich domów wyziera czerwony most wiszący, po którym nieprzerwany szum ruchu ulicznego przenosi się z jednej strony szerokiej zielonej rzeki na drugą - gdzie w późnopopołudniowym słońcu góruje posąg Jezusa Chrystusa z rozpostartymi ramionami. Most przypomina słynny Golden Gate, natomiast - jak wcześniej wyczytałam w Google'u - inspiracją dla pomnika był Chrystus Odkupiciel z Rio de Janeiro.
- Ładny - przyznaję i sięgam po mrożoną herbatę brzoskwiniową. Upijam łyk. - Tylko człowiek nie wie, czy jest w San Francisco, czy w Brazylii.
Chłopak parska śmiechem, a jego urocza mina sprawia, że szklanka zastyga mi przy dolnej wardze.
- Jestem Ash - mówi ze swobodą kogoś, kto nie ma problemu z nawiązywaniem znajomości w podróży.
- Ellie - odpowiadam.
- Też się tu zatrzymałaś?
- Tak. - Rezygnuję z dokończenia rozdziału i zaginam róg strony.
- Przepraszam, przeszkadzam - rzuca chłopak, widząc, że zamykam książkę.
- Nie, nie, w porządku.
- Ale chyba jesteś już blisko końca - zauważa.
- Dwa rozdziały i jedna strona.
- No to skończ, a ja tu sobie po prostu posiedzę.
Pomysł wydaje mi się tak absurdalny, że wybucham śmiechem. Uśmiech, którym mi odpowiada, wywołuje u mnie lekki zawrót głowy.
- Właściwie to miałem pójść po piwo. - Rozkłada dłonie na blacie stolika. - Przynieść ci coś? Jest happy hour - dodaje kusząco.
Waham się przez całe dwie sekundy.
- No dobrze, to poproszę różowe wino. Dzięki. Będę twoją dłużniczką.
Czekając na jego powrót, próbuję czytać, ale mimo że jeszcze przed chwilą książka całkowicie mnie pochłaniała, teraz nie rozumiem ani jednego słowa. Zerkam w stronę baru, gdzie Ash, odwrócony do mnie plecami, składa zamówienie. Szybko przebiegam wzrokiem po jego szerokich opalonych ramionach. Jest wysoki - musi mieć co najmniej metr dziewięćdziesiąt wzrostu.
Dostrzegam w tym ironię losu: poznaję kogoś naprawdę miłego akurat wtedy, gdy postanowiłam zakończyć podróż po Europie. I w dodatku nie byle jakiego kogoś, tylko właśnie tego przystojniaka.
Sięgam po telefon i szybko piszę wiadomość do Stelli: Los chyba rzucił mi podkręconą piłkę.
Ash wraca do stolika z naszymi napojami.
- Czytanie nie idzie? - pyta, gdy znów zaginam róg tej samej strony i zamykam książkę.
- Nie, skąd, po prostu staram się odwlec zakończenie.
- Dwór cierni i róż - odczytuje na głos tytuł. - O czym to?
- O dziewczynie, którą porywa seksowna wróżka - odpowiadam z uśmiechem. - Poleciła mi ją najlepsza przyjaciółka.
- Brzmi jak coś, co czytuje mój najlepszy przyjaciel - rzuca ciepło i upija łyk piwa.
- Skąd jesteś? - pytam, gdy ściera pianę z górnej wargi.
- Z Walii.
Domyśliłam się już po jego akcencie i po tym, jak wymawia "r".
- Z której części?
- Z północnej, niedaleko Wrexham. A ty?
- Północny Londyn.
- Jak długo jesteś w Lizbonie? - Czubek jego nosa jest spalony słońcem, co wydaje mi się dziwnie ujmujące.
- Dopiero co przyjechałam.
- To tak jak ja. Podróżujesz z biletem Interrail?
- Wiadomo.
- Skąd przyjechałaś?
- Z Coimbry, a wcześniej byłam w Porto.
- Jechałaś przez północną Hiszpanię?
- Tak - potwierdzam i sięgam do karku, żeby unieść włosy, które przykleiły mi się do skóry.
Minęła już piąta, ale powietrze wciąż jest duszne i lepkie.
- Ja jechałem przez południową - mówi Ash, śledząc wzrokiem ruch mojej ręki. - A stąd wybieram się do Porto.
- Jest świetne... zakochasz się. Ja jadę do Algarve.
Mam się tam spotkać z rodzicami, a tydzień później lecę do domu. Jeszcze niedawno ta myśl napawała mnie ulgą, ale teraz, gdy powrót do codzienności jest tak blisko, czuję się coraz bardziej przybita.
- Co najbardziej podobało ci się podczas wyprawy? - Ash wyrywa mnie z zamyślenia.
- Hm... chyba wizyta w Bayeux, przy grobie wojennym mojego pradziadka. To było nadspodziewanie wzruszające.
- Jestem prawie pewien, że mam tam pochowanego stryjecznego dziadka. Ale czemu nadspodziewanie wzruszające?
- Nie sądziłam, że tak to na mnie podziała - odpowiadam. - Myślałam, że zobaczę mnóstwo grobów i poczuję... nie wiem, zadowolenie, że tam byłam. Ale w rzeczywistości przytłoczyła mnie skala śmierci... i fakt, że jednym z poległych był mój przodek. Dziadek miał tylko rok, kiedy zginął jego ojciec. Niewiele brakowało, a w ogóle by się nie urodził. I gdzie wtedy byłabym ja?
Wzruszam ramionami, lekko skrępowana swoim wyznaniem, ale Ash patrzy na mnie z ciepłym uśmiechem i wygląda, jakby naprawdę go to interesowało. Nasza rozmowa już teraz jest inna niż wszystkie luźne pogawędki, które dotąd odbyłam podczas tej podróży.
- Właściwie w ogóle nie zamierzałam tam jechać - przyznaję po chwili, nieco zakłopotana intensywnością jego spojrzenia. - Ale to zdecydowanie jeden z najjaśniejszych punktów tej wyprawy.
- A inne najjaśniejsze punkty? - pyta.
Podoba mi się sposób, w jaki na mnie patrzy. Już chcę mu opowiedzieć o zamku w Dolinie Loary - z przepięknymi ogrodami w stylu francuskim - i o pobliskim zoo w dawnym kamieniołomie, gdzie można było karmić żyrafy z ręki. Albo o rowerowej wycieczce po Île de Ré nieopodal La Rochelle czy o barze, w którym piłam sangrię, podziwiając widok na lśniącą zatokę La Concha w San Sebastián. Ale prawda jest taka, że zwiedzając to wszystko w pojedynkę, czułam się potwornie samotna i nie potrafię zmusić się do udawania, że było cudownie.
- Najlepiej wymieńmy się Instagramami - proponuję beztrosko. - Wszystkie moje najjaśniejsze punkty są tam wrzucone.
- Świetny pomysł. Zdecydowanie wolę gapić się w ekran, niż rozmawiać z ludźmi - odpowiada z nutą ironii. - Niestety, nie mam telefonu. Ani Instagrama - dodaje, a oczy marszczą mu się w kącikach od łobuzerskiego uśmiechu.
Posyłam mu zdziwione spojrzenie.
- Nie masz telefonu? Zgubiłeś?
Kręci głową i upija kolejny łyk piwa. Na ustach błąka mu się uśmieszek.
- Nie. To była świadoma decyzja, żeby jechać bez niego.
Jestem zszokowana.
- Podróżujesz po Europie bez telefonu?
- Owszem. Fajnie jest zniknąć z radaru.
- A co z mapami? Muzyką? Dzwonieniem do domu?
- Mam papierowe mapy. - Odchyla się na oparcie krzesła, tak że jego opalona twarz wynurza się z cienia. - A do domu dzwonię z telefonów w hostelach. Brakuje mi tylko muzyki.
Jego oczy mają kolor mrożonej herbaty brzoskwiniowej, którą piłam wcześniej - i tak jak ona łapią światło i błyszczą w słońcu.
- Masz może ochotę coś zjeść? - pyta nagle.
Zdecydowanie podkręcona piłka...
*
- Muszę jutro iść do pralni. To moja ostatnia czysta sukienka - mówię do Asha o mojej małej czarnej, gdy spacerujemy po brukowanych uliczkach LX Factory, pośród budynków oblepionych plakatami i pokrytych street artem.
Nasz hostel znajduje się jakieś trzy kilometry od centrum, w dzielnicy, gdzie kiedyś kwitł przemysł włókienniczy, a dziś w dawnych magazynach mieszczą się artystyczne sklepiki, kawiarnie, bary, galerie i modne restauracje pełne pięknych ludzi.
- Tak, ja też mam na sobie ostatnią czystą koszulkę - odpowiada Ash.
Ale za to jaką... Morelowy kolor ubrania idealnie podkreśla złocisty odcień jego skóry.
- Chyba widziałam pralnię niedaleko hostelu. Możemy tam wpaść z samego rana.
- To zaproszenie na randkę? - Uśmiecha się figlarnie.
- Jak chcesz, możesz się ze mną przejść. - Staram się, by zabrzmiało to nonszalancko, ale... niech to szlag, rumienię się.
- Przyjmuję zaproszenie - rzuca z rozbawioną miną.
Kiedy siadamy w restauracji, której stoliki wylewają się na chodnik, uświadamiam sobie, że dla Asha to pewnie tylko kolejny taki wieczór. Podczas tej podróży musiał już poznać mnóstwo ludzi - ma w sobie ciepło, luz i dobrą energię. Jutro prawdopodobnie spotka kogoś nowego i z tą osobą spędzi cały dzień. Ta myśl działa na mnie otrzeźwiająco, ale staram się przesadnie jej nie analizować. Nie chcę zepsuć sobie nastroju. Mam za sobą już tyle wieczorów, kiedy sama włóczyłam się po tętniących życiem miastach, a potem wracałam do hostelu i słuchałam, jak inni lokatorzy śmieją się i rozmawiają ze znajomymi. Czułam się wtedy naprawdę bardzo samotna, a jednocześnie tak strasznie tęskniłam za Stellą, że nie miałam siły zawierać nowych znajomości. Aż do dzisiaj.
Może to dlatego, że teraz, gdy zdecydowałam się zakończyć tę podroż, spadł mi z serca wielki ciężar. Wiedząc, że zostały mi tylko dwa dni, czuję spokój i ulgę.
A Lizbona to idealne miejsce na finał mojej przygody. Właśnie to miasto Stella chciała zobaczyć najbardziej - a zamierzam odhaczyć każdy punkt z jej listy. Będzie tu ze mną duchem, nawet jeśli nie może być osobiście.
- Masz już jakieś plany na jutro? - pyta Ash, kiedy kelner przyjmuje nasze zamówienie na drinki i odchodzi.
- Taaa... właściwie mam już rozpisany plan na całe dwa dni - odpowiadam i wyciągam z torby Dwór cierni i róż.
- Zabrałaś książkę na wieczorne wyjście? - Ash jest zaskoczony.
On swój plecak zostawił w hostelu. Ja też mogłam, ale nie lubię tracić tej książki z oczu.
- Traktuję ją trochę jak przewodnik po Lizbonie - wyjaśniam. - Moja najlepsza przyjaciółka, Stella, wypisała na wewnętrznej stronie okładki listę rzeczy, które warto tu zobaczyć.
- Mogę zerknąć?
Odwracam książkę w jego stronę i jednocześnie uśmiecham się na wspomnienie tego, jak bardzo roztrzepana potrafiła być Stella. Przez trzy sekundy szukała kartki, po czym spisała wszystko na pierwszej rzeczy, jaka wpadła jej w ręce - okładce powieści, którą potem mi pożyczyła. To było bardzo w jej stylu: zawsze się spieszyła, nigdy nie miała cierpliwości.
Ash mruży oczy, próbując rozszyfrować jej niewyraźne pismo.
- Studnia Inicjacji? - Unosi wzrok znad książki i kosmyk włosów wpada mu do oczu.
- To w Sintrze, w Quinta da Regaleira.
- Aaa, słyszałem o tym. Czy to nie tam jest ta niesamowita spiralna klatka schodowa w stylu gotyckim?
- Tak, to Studnia Inicjacji. Chociaż tak naprawdę to wcale nie jest studnia. Ale właśnie dlatego podobała się Stelli... że wygląda jak coś z baśni. Podobno ogrody też są piękne.
- Planowałem wyjazd do Sintry. Kiedy się tam wybierasz?
- Myślałam, żeby jechać pojutrze.
Ash odgarnia włosy z twarzy.
- A miałabyś ochotę pojechać tam ze mną? - pyta.
Ukrycie radości kosztuje mnie sporo wysiłku.
- Pewnie.
Ash wraca wzrokiem do listy Stelli.
- Time Out Market... Zamek S?o Jorge... Tak, znam. A co to jest Pavilh?o Chin?s? - Marszczy czoło.
- Bar. Kiedyś był to sklep spożywczy, ale teraz to trochę jak muzeum... pełno tam starych zabawek i pamiątek, które zbierał właściciel. Kelnerzy noszą eleganckie kamizelki, a w tle leci głównie muzyka z lat osiemdziesiątych. - Ulubione miejsce Stelli, dodaję w myślach. - Może wybiorę się tam jutro wieczorem. - Wzruszam ramionami. - Możesz iść ze mną, jeśli masz ochotę.
- Dzięki. Brzmi świetnie. - Uśmiecha się. - A twoja przyjaciółka... Stella? Nie chciała wybrać się z tobą w tę podróż?
Kręcę głową i sięgam przez stolik po książkę.
- Nie mogła - mówię niemal szeptem i wsuwam ją z powrotem do torby. - A ty? Nie chciałeś z kimś jechać?
- Taki był plan, ale nie wypalił - odpowiada i drapiąc się po brwi, odwraca wzrok.
Zaczynam mieć wrażenie, że nie tylko ja nie mówię wszystkiego.
*
Po kolacji idziemy do kolejnego baru na dachu, jeszcze bliżej mostu, ale dobiegający z niego hałas uliczny ginie przy głośnej muzyce i rozmowach ludzi.
Kiedy wracam z łazienki, Ash stoi przy barze i oparty łokciami o blat czeka, żeby złożyć zamówienie.
- Teraz ja stawiam - mówię. - Ty płaciłeś w hostelu.
- No tak, ale tamto było tanie jak barszcz.
Drżę lekko, gdy jego palce obejmują mój nadgarstek - ciepło i pewnie - w chwili, kiedy sięgam po portmonetkę. Puszcza mnie i wyciąga z kieszeni szarych szortów zwitek banknotów.
- Ile ty właściwie nosisz przy sobie gotówki? - pytam z lekkim niepokojem, jednocześnie próbując nie myśleć o jego dotyku.
- Mam też kartę - odpowiada z uśmiechem i odwraca się do mnie, wciąż oparty jednym łokciem o bar. - Ale zrobiło się z tego małe wyzwanie. Sprawdzam, jak długo dam radę jej nie używać.
- A jak ci się kończą...? - Wskazuję głową na pieniądze w jego dłoni.
Wzrusza ramionami.
- Wtedy łapię dorywcze prace, gdzie tylko się da. I parę razy, żeby zaoszczędzić, spałem na plaży.
- O rany, prace? Jakie? - dopytuję, zaintrygowana wizją jego podróży połączonej z dorabianiem.
To, co lubię w podróżowaniu z Interrailem - mimo chwil samotności - to brak pozerstwa. Wszyscy są w tej samej sytuacji: liczą każdego centa, śpią w hostelach i korzystają z pralni samoobsługowych. Ash świetnie odnajduje się w tym stylu życia, ale jest w nim coś, co wyraźnie odróżnia go od innych.
- Zmywanie naczyń, czyszczenie łodzi. Pomagałem też jednemu facetowi naprawić dach. Zobaczyłem, że przy nim majstruje, i zapytałem, czy nie przyda mu się pomoc. Zaskakujące, ile można znaleźć roboty, jeśli tylko się jej szuka.
Barman wciąż nas ignoruje, co jednak wcale mi nie przeszkadza. Uwielbiam miękki rytm głosu Asha i melodyjność jego akcentu - mogłabym go słuchać godzinami.
- Brzmi dość stresująco.
- A było naprawdę wyzwalające.
Z uśmiechem kręcę głową. Mam metr siedemdziesiąt pięć wzrostu, ale Ash i tak jest o pół głowy wyższy. Patrzy na mnie spod lekko opuszczonych powiek, a jego oczy, osłonięte rzęsami, wydają się niemal czekoladowe.
Chwila się przeciąga.
- O czym teraz myślisz? - pytam nagle, zaskakując tym nawet samą siebie.
Śmieje się, odwraca wzrok, po czym znów spogląda mi w oczy, lekko speszony.
- Przypominasz mi kogoś.
- O! Kogo?
- Kogoś, kto nie istnieje naprawdę - odpowiada. - Wiesz, usiłuję jakoś wyjaśnić, dlaczego nie mogę przestać na ciebie patrzeć.
Czuję, jak budzą się do życia motyle w moim brzuchu.
- No teraz to już naprawdę mnie zaintrygowałeś.
Jego oczy błyszczą w świetle girland wiszących nad naszymi głowami.
- Chodzi o postać z mangi.
- Uważasz, że wyglądam jak postać z kreskówki? - rzucam z udawanym oburzeniem.
- No nie... - Marszczy brwi, choć nadal lekko się uśmiecha. - Bardziej jak bohaterka komiksu.
- A to jakaś różnica?
- Tak. Mój przyjaciel Taran zajmował się kiedyś mangą. Mógł o tym gadać godzinami.
- To ten sam, który czytywał fantastykę?
- Dokładnie ten - potwierdza Ash z lekkim uśmiechem.
- Chyba wiesz, że będziesz musiał pokazać mi tę postać, prawda? - Staram się, by zabrzmiało to beztrosko, choć w głowie wciąż dźwięczą mi jego słowa: "Nie mogę przestać na ciebie patrzeć".
Wzrusza ramionami.
- Nie mam telefonu, więc nie mogę jej wyszukać.
- Och, ale ja mam! - Wyciągam swoją komórkę, odblokowuję ją i wciskam mu do ręki.
Uśmiecha się kącikiem ust, wpisuje coś, przewija, po czym oddaje mi telefon.
Spoglądam na ekran. Postać ma płomiennorude włosy pełne złotych refleksów, ogromne niebieskie oczy z długimi ciemnymi rzęsami i spiczasty, niemal elficki podbródek. Jest olśniewająca.
Zerkam na Asha. Naprawdę taką mnie widzi?
- Okeeej... - mruczę z rozbawieniem i robię zrzut ekranu.
Nasze spojrzenia znów się spotykają - akurat w chwili, gdy barman wreszcie podchodzi, by przyjąć zamówienie. Każdy nerw w moim ciele pulsuje napięciem. Ash odwraca się w stronę baru, a ja zauważam, jak tłoczno zrobiło się wokół. Ktoś napiera na mnie z tyłu. Cała sztywnieję. Nie widzę twarzy, ale wiem, że to mężczyzna.
Ash ogląda się przez ramię i momentalnie zamiera.
- Wszystko w porządku? Hej, mógłbyś się cofnąć? - mówi ostro, zerkając ponad moją głową.
- A niby gdzie? - słyszę za sobą niski opryskliwy głos.
Odzyskuję panowanie nad sobą i rzucam się do ucieczki. Przedzieram się w stronę barierki, przy której stoją donice z palmami i paprociami drzewiastymi.
- Przepraszam - sapię, kiedy po chwili Ash dołącza do mnie.
- Nic ci nie jest? - pyta, dotykając dolnej części moich pleców.
Wzdrygam się, a on natychmiast cofa rękę, przez co czuję się jeszcze podlej.
- Po prostu zrobiło mi się trochę klaustrofobicznie - próbuję wyjaśnić, wciąż z trudem łapiąc oddech.
- Chcesz stąd iść?
Kiwam głową.
- Ale musimy zapłacić za drinki - przypominam słabo.
- Nie przejmuj się. Ktoś inny je weźmie.
- Wrócę do hostelu, ale ty zostań. Nie musisz iść ze mną.
Prycha.
- Nie ma mowy. Odprowadzę cię.
Jego opiekuńczość rozlewa mi się w brzuchu ciepłem, ale mimo to mówię:
- Jeżdżę po Europie sama od prawie trzech tygodni.
- To twój wybór. A to mój. - Wskazuje głową wyjście.
Ale to nie był mój wybór. Nie jeżdżę sama po Europie, bo chciałam poczuć się wolna i niezależna - chociaż zdecydowałam się wyjechać z nadzieją, że tak właśnie się poczuję. Jestem sama, bo moja najlepsza przyjaciółka nie dotrzymała umowy, którą zawarłyśmy, mając po siedemnaście lat.
Później coś ściska mnie w sercu, kiedy piszę do niej: Tak bardzo mi ciebie brakuje.
To kolejna wiadomość z tak wielu, które pozostają bez odpowiedzi.