Śmiercionośna apteczka Agathy Christie
Podążała za nieskończonymi rozwiązaniami łatwych sposobów na śmierć.
William Shakespeare, Antoniusz i Kleopatra
Agatha Mary Clarissa Christie (1890-1976), "królowa kryminału", figuruje
w Księdze Rekordów Guinnessa jako najpoczytniejsza autorka wszech
czasów. Sprzedała mniej egzemplarzy tylko od Biblii i Shakespeare'a (jednak jej książki przetłumaczono na więcej języków niż dzieła
angielskiego dramaturga). Christie jest także autorką Pułapki na myszy
- sztuki teatralnej, która nieprzerwanie utrzymuje się na światowych
scenach dłużej niż jakiekolwiek inne przedstawienie. To również ona
stworzyła postacie dwóch z najsłynniejszych detektywów w historii
literatury: Herkulesa Poirota i panny Marple. Twórczość Christie nie
tylko zyskała uznanie krytyków i przyniosła autorce wiele nagród, ale
zdobyła jej też nieśmiertelność i do dziś cieszy się ogromnym
zainteresowaniem.
Wielu próbowało odkryć sekret jej sukcesu, chociaż sama Christie zawsze
uważała się za pisarkę jedynie "popularną" i otwarcie przyznawała, że
nie tworzy wielkich dzieł literatury ani nie daje głębokich wglądów w naturę ludzką. W swoich utworach nie epatowała brutalnością ani nie
starała się szokować przemocą. Choć na kartach powieści Christie
umieściła niejedne zwłoki, to kreowane przez nią intrygi zwykle
wywoływały ciekawość i uśmiech czytelników śledzących fałszywe tropy,
mylne wskazówki i błyskotliwe rozwiązania. Była mistrzynią snucia
opowieści i układania zagadek, potrafiła jednocześnie bawić i podsuwać
czytającym łamigłówki, które wydawały się nie do rozwiązania.
Historie kryminalne Christie wielokrotnie dowodziły, że była wirtuozem
zmyłki. Potrafiła podsuwać wskazówki wprost pod oczy czytelnika, nieraz
je uwypuklając, a mimo to była pewna, że większość i tak dojdzie do
fałszywych wniosków. Gdy w finale historii ujawniał się sprawca,
czytelnicy zwykle mieli pretensje do siebie, że przeoczyli coś
oczywistego, albo wracali do lektury jeszcze raz, by przekonać się, iż
tropy były obecne od samego początku.
Christie wykorzystywała swoją szczegółową wiedzę na temat
niebezpiecznych substancji chemicznych i leków, by konstruować intrygi
powieści. Używała trucizn w większości swoich książek, znacznie częściej
niż inni pisarze jej epoki, i robiła to z dużą precyzją, nie wymagając
jednak od czytelników żadnej specjalistycznej wiedzy medycznej. Objawy i dostępność poszczególnych substancji przedstawiała jasno i przystępnie,
dzięki czemu nawet ktoś z wykształceniem medycznym czy toksykologicznym
nie miał większej przewagi nad zwykłym czytelnikiem1.
Zrozumienie naukowych podstaw działania trucizn, po które sięgała
Christie, jedynie pozwala lepiej docenić jej pomysłowość i kunszt w budowaniu intrygi.
Uczennica truciciela
Wiedza Agathy Christie o truciznach była naprawdę wyjątkowa. Rzadko
który pisarz mógł się poszczycić tym, że jego książki trafiały do rąk
patologów i służyły im jako punkt odniesienia w rzeczywistych
przypadkach zatruć (zob. s. 329). Kilka osób, które miały okazję
zapoznać się z A jak arszenik we wczesnym etapie pracy, pytało mnie:
"Skąd ona to wszystko wiedziała?". Odpowiedź jest prosta: jej wiedza
wynikała z osobistego doświadczenia w pracy z truciznami oraz z życiowej
fascynacji tym tematem, choć oczywiście nie w sensie kryminalnym.
W czasie I wojny światowej Christie pracowała jako pielęgniarka w szpitalu w Torquay. Lubiła swoje zajęcie, ale gdy w placówce otwarto
nową aptekę, zaproponowano jej przeniesienie. Nowa rola wymagała
dodatkowego szkolenia i zdania egzaminów kwalifikujących do pracy jako
asystentka aptekarza odpowiedzialna za wydawanie leków. Christie
uzyskała te uprawnienia w 1917 roku.
W tamtym czasie - i przez wiele kolejnych lat - recepty lekarskie
przygotowywano ręcznie w aptekach i szpitalnych ambulatoriach. Trucizny
i silnie działające środki były starannie odważane i sprawdzane przez
innych pracowników przed wydaniem pacjentowi.
Do lekarstw często dodawano nieszkodliwe składniki, takie jak barwniki
czy aromaty, by dostosować je do przyzwyczajeń pacjentów. Jak wspominała
Christie w swojej autobiografii, zdarzało się jednak, że wielu wracało
do apteki z pretensją, iż lek nie wyglądał albo nie smakował tak jak
zwykle. Jeśli dawka właściwego środka była podana prawidłowo, wszystko
było w porządku, choć zdarzały się pomyłki.
Przygotowując się do egzaminu w Apothecaries Hall, Christie uczyła się
chemii i farmacji nie tylko w teorii, lecz także w praktyce pod okiem
kolegów z apteki szpitalnej. Oprócz pracy i nauki brała też prywatne
lekcje u farmaceuty w Torquay, pana P., który w ramach szkolenia pewnego
dnia pokazał jej, jak prawidłowo przygotowuje się czopki. Było to
zadanie trudne i wymagające wprawy. Farmaceuta roztopił masło kakaowe,
dodał lek, a następnie pokazał, kiedy należy wyjąć czopki z form,
zapakować je i oznaczyć stężenie części leku jako "jedna na sto"2.
Christie była jednak przekonana, że farmaceuta się pomylił i dodał dawkę
w proporcji "jedna na dziesięć" - dziesięciokrotnie silniejszą i potencjalnie niebezpieczną. Dyskretnie sprawdziła jego obliczenia i upewniła się, że miała rację. Nie mogąc otwarcie zwrócić mu uwagi, a jednocześnie obawiając się skutków podania takiego leku, udała, że się
potknęła, i zrzuciła czopki na podłogę, po czym rozdeptała je. Później
przeprosiła i posprzątała bałagan. Nową partię przygotowano już z prawidłowym stężeniem.
Pan P. wykonywał swoje obliczenia w systemie metrycznym, choć w Wielkiej
Brytanii w tamtym czasie znacznie częściej posługiwano się jeszcze
miarami imperialnymi. Agatha Christie nie ufała systemowi metrycznemu,
bo jak mówiła: "Największe niebezpieczeństwo polega na tym, że jeśli się
pomylisz, błąd powiększa się dziesięciokrotnie". Wystarczyło źle
postawić przecinek, by wynik obliczeń był poważnie zafałszowany.
Większość farmaceutów w tamtych latach lepiej znała tradycyjny system
aptekarski, w którym dawki mierzono w jednostkach zwanych
granami3.
Christie niepokoiło nie tylko roztargnienie pana P. Któregoś dnia wyjął
on z kieszeni brązową bryłkę i zapytał ją, co to może być. Nie potrafiła
odpowiedzieć, a on wyjaśnił, że to kurara, trucizna, którą
południowoamerykańscy myśliwi smarowali groty strzał. Substancję tę
można połknąć bez szkody dla zdrowia, ale wprowadzona do krwiobiegu
działa śmiertelnie. Pan P. przyznał, że nosi ją przy sobie, bo "daje mu
poczucie siły". Po niemal 50 latach Christie wykorzystała tę osobliwą
postać, tworząc farmaceutę w Tajemnicy Bladego Konia.
Do roku 1917 Christie miała już na koncie kilka wierszy i opowiadań, z których część została opublikowana. Po przeczytaniu Tajemnicy żółtego
pokoju Gastona Leroux postanowiła spróbować własnych sił w napisaniu
powieści detektywistycznej i wspomniała o tym swojej siostrze, Madge,
która wówczas odnosiła większe sukcesy literackie niż Agatha. Siostra
stwierdziła, że to bardzo trudne zadanie, i założyła się z nią, że nie
zdoła tego zrobić. Choć nie była to formalna umowa, wystarczyła, by
zmobilizować Christie do pisania. Pracując w aptece szpitalnej, miała
czas, by układać w głowie fabułę i tworzyć postacie, a otoczona
butelkami pełnymi trucizn postanowiła, że to właśnie one staną się
narzędziem zbrodni.
Tak powstała jej pierwsza powieść - Tajemnicza historia w Styles.
Christie pokazała w niej swoją szczegółową wiedzę o strychninie. Na
publikację musiała jednak poczekać kilka lat - wysyłała rękopis do
różnych wydawnictw, aż wreszcie w 1920 roku został przyjęty. Po ukazaniu
się książki Christie otrzymała swoją najcenniejszą recenzję w czasopiśmie "Pharmaceutical Journal and Pharmacist" (Przegląd
farmaceutyczny). "Ta powieść ma rzadką zaletę: została napisana
poprawnie" - napisał recenzent, przekonany, że autorka musiała mieć
przygotowanie farmaceutyczne albo korzystała z rady specjalisty.
Kryminalna kariera
Premiera książki Tajemnicza historia w Styles dała początek długiej i udanej karierze Christie, choć sama uznała się za pisarkę zawodową
dopiero po trzech kolejnych powieściach. Przez całe swoje pisarskie
życie utrzymywała żywe zainteresowanie truciznami i lekami, natomiast po
broń palną sięgała niechętnie, otwarcie przyznając, że balistyka
pozostaje jej obca. Naukowe szczegóły dotyczące wybieranych przez nią
trucizn były starannie opracowane. Na przestrzeni lat zgromadziła
pokaźną bibliotekę medyczno-prawną, a najczęściej czytanym tomem w jej
zbiorach była Extra Pharmacopoeia Martindale'a (Dodatkowa Farmakopea
Martindale'a).
Podczas II wojny światowej Christie ponownie podjęła pracę jako
ochotniczka w aptece szpitalnej, tym razem w University College Hospital
w Londynie. Po odnowieniu kwalifikacji pracowała tam już regularnie: dwa
pełne dni w tygodniu, trzy półdniówki oraz w sobotnie poranki. Często
zastępowała też innych, gdy nie mogli dotrzeć do szpitala. Dzięki tej
pracy na bieżąco poznawała nowe leki i zmiany w praktyce
farmaceutycznej. W tym okresie coraz więcej recepturowych preparatów
zaczęto przygotowywać z wyprzedzeniem, co sprawiało, że Christie miała
sporo wolnego czasu na wymyślanie nowych historii dla swoich powieści i konstruowanie wyjątkowo podstępnych intryg4.
Christie korespondowała również ze specjalistami, aby sprawdzić
wiarygodność swoich pomysłów. W 1967 roku zwróciła się do jednego z ekspertów z pytaniem, jakie byłyby skutki dodania talidomidu do lukru na
torcie urodzinowym. Chciała się dowiedzieć, po jakim czasie trucizna
zaczęłaby działać i jaka dawka w granach byłaby potrzebna. Ostatecznie
jednak nigdy nie sięgnęła po ten motyw w żadnej ze swoich powieści.
Christie tworzyła w czasach tak zwanego Złotego Wieku powieści
detektywistycznej. W latach 20. i 30. XX wieku gatunek ten traktowano
bardzo poważnie. W 1928 roku Ronald Knox5 (1888-1957) sformułował
swój Dekalog powieści detektywistycznej, zbiór dziesięciu zasad,
których autorzy kryminałów mieli przestrzegać w imię uczciwości wobec
czytelnika. Brzmiały one następująco:
Przestępcą musi być ktoś, kto pojawił się na początku książki, ale
nie może to być postać, której myśli zostały ujawnione czytelnikowi.
Wykluczone jest pojawianie się w powieści wszelkich przejawów sił
nadprzyrodzonych i ponadnaturalnych.
W powieści może występować nie więcej niż jedno tajne przejście lub
pomieszczenie.
Nie mogą występować żadne do tej pory nieodkryte trucizny i urządzenia, jeśli na końcu książki będą one wymagały długiego i naukowego wyjaśniania ich działania.
W książce nie może się pojawić żaden Chińczyk.
Detektyw nie może kierować się intuicją ani działać dzięki
przypadkowi.
Detektyw nie może być sprawcą zbrodni.
Detektyw musi ujawniać jedynie takie wskazówki, które czytelnik jest
w stanie na bieżąco zweryfikować.
Przyjaciel detektywa (Watson) nie może ukrywać żadnych swoich myśli,
a jego inteligencja powinna być tylko nieco niższa od przeciętnego
czytelnika.
Bracia bliźniacy i sobowtóry nie mogą pojawić się w opowieści, jeśli
czytelnik nie został na to wcześniej przygotowany.
Agatha Christie złamała niemal wszystkie zasady, a najbardziej
spektakularnie ukazała to w Zabójstwie Rogera Ackroyda. Książka ta w chwili publikacji wzbudziła konsternację i całe szpalty prasowych
artykułów rozpisywały się, zarzucając autorce oszustwo. Dziś jednak
powieść ta uchodzi za jedną z najlepszych historii detektywistycznych w dziejach gatunku. Kiedy Christie nie łamała reguł wprost, naginała je do
granic możliwości. Mimo to była jednym z założycieli Detection Club,
towarzystwa skupiającego autorów kryminałów, do którego należeli m.in.
G.K. Chesterton, Dorothy L. Sayers oraz sam Ronald Knox, twórca
Dekalogu. Zasady Knoxa przyjęto w klubie jako swoisty kodeks etyczny
pisarzy powieści detektywistycznej. Członkowie składali też przysięgę w ramach rozbudowanego rytuału inicjacyjnego.
Czy przyrzekacie, że wasi detektywi będą naprawdę rozwiązywać powierzone
im zbrodnie, korzystając wyłącznie z rozumu, którym ich obdarzycie, i nie opierając się na boskim objawieniu, kobiecej intuicji, czarach,
kuglarskich sztuczkach, przypadkach losowych ani aktach siły wyższej?
Christie traktowała przysięgę nieco poważniej niż zasady Knoxa, jednak
zawsze potrafiła zachować uczciwość wobec czytelników. Była dumna z tego, że nigdy nie "oszukiwała". Wskazówki były obecne, ale to czytelnik
musiał je dostrzec i właściwie zinterpretować.
Pisząc o truciznach, Christie zawsze grała fair. Nie opisywała
substancji niewykrywalnych, starannie sprawdzała objawy przedawkowania i dbała, by jak najdokładniej oddać w swoich powieściach zarówno
dostępność trucizn, jak i możliwości ich wykrycia. Zdarzały się jednak
wyjątki, takie jak serenit w Karaibskiej tajemnicy, benvo w powieści
Pasażer do Frankfurtu i calmo w książce Zwierciadło pęka w odłamków
stos6. Wszystkie te substancje były czystym wymysłem Christie,
choć nadała im cechy bardzo podobne do barbituranów. Warto dodać, że
tylko raz posłużyła się taką fikcyjną substancją, by uśmiercić postać w powieści Zwierciadło pęka w odłamków stos. W pozostałych przypadkach
wymyślone leki nie miały istotnego znaczenia dla fabuły.
W twórczości Christie trucizna nie była tylko prostym sposobem na
pozbycie się bohatera. Choć często pojawiały się u niej klasyczne
środki, jak arszenik czy cyjanek, korzystała też z niezwykle szerokiej
gamy innych substancji, tak licznych, że nie da się ich wszystkich
omówić w tej książce. Wiele z tych substancji poznała jeszcze podczas
pracy w aptece. W 1917 roku w lekach nadal wykorzystywano środki o silnym działaniu, takie jak strychnina, fosfor, koniina czy tal. Dziś
nie znajdziemy ich już w Farmakopei Brytyjskiej, ponieważ usunięto je
z powodu dużej toksyczności i niewielkiej wartości leczniczej. Inne
związki, jak morfina, fizostygmina, naparstnica, atropina czy
barbiturany, do dziś mają zastosowanie w medycynie. Jak zauważył
Paracelsus (1493-1541), lekarz i twórca toksykologii: "Wszystko jest
trucizną i nic nie jest nią całkowicie. To dawka sprawia, że coś staje
się trucizną lub lekarstwem". Christie rozumiała to doskonale i potrafiła wykorzystać także mniej oczywiste substancje, jak nikotyna czy
rycyna, nadając im ogromne znaczenie w fabule. Objawy, dostępność i możliwość wykrycia danej trucizny często stanowiły ważne tropy i punkty
zwrotne w jej powieściach. Przykładem może być znakomicie skonstruowana
powieść Pięć małych świnek, w której ważną rolę odgrywa szalej
jadowity i zawarty w tej roślinie związek chemiczny koniina. Sposób, w jaki działa na organizm, jego smak i czas potrzebny na ujawnienie
objawów idealnie współgrają z chronologią wydarzeń w książce (zob. s.
178-183)7.
Inspiracje z prawdziwego życia
Agatha Christie, wykorzystując motyw trucizn w swoich powieściach, nie
ograniczała się jedynie do własnych doświadczeń i znajomości tematu. Z pasją zgłębiała historie prawdziwych zbrodni i dobrze orientowała się w głośnych morderstwach minionych lat. W swoich powieściach odwoływała się
do autentycznych spraw i postaci trucicieli, takich jak Herbert Rowse
Armstrong, Frederick Seddon czy Adelaide Bartlett. Bywało też, że to
właśnie okoliczności prawdziwych zbrodni stawały się punktem wyjścia dla
jej fabuł.
Powieść Pani McGinty nie żyje powstała na bazie słynnej sprawy doktora
Hawleya Harveya Crippena, który został skazany za otrucie swojej żony i powieszony w 1910 roku. W piwnicy londyńskiego domu Crippena odkryto
ludzkie szczątki. Fragmenty ciała, owinięte w jego piżamę, zawierały
śmiertelną dawkę bromowodorku hioscyny. Tymczasem Crippen uciekł
statkiem do Kanady w towarzystwie swojej kochanki, Ethel le Neve,
przebranej za chłopca. Kapitan jednak nie dał się zwieść i wysłał do
brytyjskiej policji depeszę radiową. Inspektor Dew wyruszył szybszym
statkiem i zatrzymał parę, gdy ich jednostka zawinęła do portu w Montrose. W powieści Pani McGinty nie żyje dochodzi do kilku morderstw
mających ukryć tajemnicę sprawcy - jego matka była kochanką mężczyzny,
który zabił żonę i zakopał ją w piwnicy.
Powieść Próba niewinności przedstawia historię Jacka Argyle'a,
uznanego za winnego zabójstwa własnej matki. Lata później, już po
śmierci Jacka w więzieniu, w domu rodziny Argyle pojawia się nieznajomy
z dowodem na to, że chłopak był niewinny. Jeśli więc nie on zabił swoją
matkę, to kto z rodziny ponosi winę za ten czyn? Za tło powieści
posłużyła jej głośna sprawa otrucia z 1875 roku. Charles Bravo po
błyskawicznym romansie poślubił bogatą młodą wdowę, Florence Ricardo.
Zaledwie cztery miesiące po ślubie zasłabł po kolacji, którą spożywał
wspólnie z żoną i jej przyjaciółką, Jane Cox. Trzy dni później zmarł,
choć opiekował się nim doktor James Gully, dawny kochanek Florence.
Sekcja zwłok wykazała, że został otruty jednorazową dawką antymonu.
Śledztwo zakończyło się niejednoznacznym werdyktem, choć szeroko
spekulowano, że Charles Bravo mógł popełnić samobójstwo.
Późniejsze doniesienia prasowe ujawniły, że relacje między Jane Cox a Charlesem Bravo były napięte, a Cox była świadkiem kłótni małżonków o związek Florence z doktorem Gullym. Wszczęto drugie śledztwo, które w praktyce stało się procesem obu kobiet. Werdykt brzmiał: "umyślnie
spowodowane morderstwo", lecz nie było wystarczających dowodów, by
wskazać, kto podał śmiertelną dawkę antymonu. W tym czasie obie kobiety
nie były już przyjaciółkami. Powszechnie podejrzewano, że pani Bravo
dolała truciznę do wina męża, próbując zrzucić winę na Jane. Prawdziwego
sprawcy nigdy nie ustalono. Christie podsumowała tę historię słowami:
"Florence Bravo, porzucona przez rodzinę, zmarła samotnie, nadużywając
alkoholu. Jane Cox, odtrącona i pozostawiona z trójką synów, dożyła
późnej starości, żyjąc z piętnem morderczyni. Doktor Gully został
zrujnowany zawodowo i towarzysko". Dodała też: "Ktoś był winny i udało
mu się uniknąć kary. Ale pozostali byli niewinni i to właśnie oni
ponieśli konsekwencje".
Po raz pierwszy sięgnęłam po książki Agathy Christie jako nastolatka.
Uwielbiałam jej opowieści, choć wątpię, bym wówczas potrafiła docenić
ich naukowe walory. Powrót do powieści i opowiadań w trakcie pracy nad
tą książką sprawił, że jeszcze bardziej podziwiam nie tylko wiedzę
Christie, lecz także sposób, w jaki potrafiła wpleść ją w swoją
twórczość. Dla wielu nauka wydaje się odstręczająca, ale Christie umiała
wyjaśnić wszystko, co potrzebne, by zrozumieć znaczenie trucizny, nie
odciągając przy tym uwagi czytelnika od samej intrygi. W tej książce
przyjrzę się 14 truciznom, które Christie wprowadzała do swoich
powieści, oraz prawdziwym przypadkom, które mogły stać się dla niej
inspiracją albo które same inspirowały się jej twórczością. To opowieść
o jej pomysłowości, mistrzowskim budowaniu intrygi i dbałości o naukową
dokładność.
A jak arszenik - Morderstwo to nic trudnego
Morderstwo to nic trudnego
Trucizna królów i król trucizn.
Anonim
Nazwa "arszenik" stała się niemal synonimem trucizny, można wręcz
powiedzieć, że stanowi on wzorzec substancji używanej w celach
przestępczych. Ma za sobą długą i "chlubną" historię morderstw oraz
zamachów, sięgającą czasów starożytnych Greków i trwającą aż po
współczesność. To właśnie z arszenikiem najczęściej kojarzy się
twórczość Agathy Christie, choć w rzeczywistości tylko ośmiu bohaterów w czterech powieściach i czterech opowiadaniach zginęło od tej substancji,
a niektórzy z nich umierają poza bezpośrednim przebiegiem wydarzeń, bez
szczegółowego opisu objawów. To zaledwie niewielki ułamek spośród ponad
300 postaci, które pisarka uśmierciła na kartach swoich książek. W istocie użycie arszeniku u Christie wypada dość skromnie, zważywszy na
jego ponurą sławę. Pojawia się on jednak w wielu jej utworach, a nawet
znajdujące się w nich przelotne wzmianki często odsłaniają, jak
dogłębnie autorka znała działanie tej trucizny.
W powieści Morderstwo to nic trudnego8 z 1939 roku pojawia
się zabójstwo z użyciem arszeniku ze szczegółowym opisem zarówno objawów
zatrucia, jak i rozważaniami nad sposobem podania trucizny. Akcja
rozgrywa się w scenerii typowej dla czasów Christie, w spokojnej
angielskiej wiosce, w której dochodzi do serii tajemniczych zbrodni.
Emerytowany detektyw Luke Fitzwilliam podejmuje się rozwiązania zagadki.
W sprawę wciąga go starsza pani Lavinia Pinkerton, którą poznaje w pociągu, podróżując do Londynu. Kobieta opowiada, że jedzie do Scotland
Yardu, by zgłosić trzy podejrzane zgony w swojej rodzinnej miejscowości:
Amy Gibbs, która zmarła po wypiciu farby do kapeluszy (tak, farby do
zmiany koloru kapelusza), omyłkowo wziętej za syrop na kaszel; Tommy'ego
Pierce'a, który spadł z dachu podczas mycia okien; oraz Harry'ego
Cartera, który wpadł z mostu do rzeki i utonął po wieczorze spędzonym w pubie. Czy to były wypadki, czy ktoś im w tym "pomógł"? Panna Pinkerton
jest przekonana, że to nie przypadek, i zapewnia Fitzwilliama, że
kolejną ofiarą będzie doktor Humbleby.
Początkowo Fitzwilliam nie traktuje słów starszej pani poważnie. Gdy
jednak w gazecie natrafia na nekrologi zarówno panny Pinkerton, jak i doktora Humbleby'ego, postanawia przyjrzeć się sprawie bliżej. Wyrusza
do wioski, z której pochodziła kobieta, i zaczyna badać wszystkie
ostatnie zgony, a tych było zaskakująco wiele. Każdy z nich wygląda na
nieszczęśliwy wypadek lub efekt choroby, ale niezwykle duża liczba
pochówków budzi podejrzenia, że w wiosce dzieje się coś znacznie
poważniejszego. Szczególną uwagę Fitzwilliam zwraca na śmierć pani
Horton, żony majora Hortona, która zmarła w ubiegłym roku po długiej
chorobie. Kobieta przez pewien czas przebywała w szpitalu z rozpoznaniem
ostrego zapalenia żołądka. Choć objawy mogły mieć naturalne podłoże,
równie dobrze mogły wskazywać na zatrucie arszenikiem...
Historia arszeniku
Arsen (As) jest 14 najpowszechniejszym pierwiastkiem w skorupie
ziemskiej, choć w przyrodzie występuje naturalnie jako składnik związków
chemicznych, a nie w swojej czystej postaci. Po raz pierwszy udało się
go wyizolować w XIII wieku i okazał się szarym półmetalem9.
Nazwa "arszenik" wywodzi się z perskiego słowa zarnikh, oznaczającego
"żółty aurypigment", czyli jaskrawo zabarwiony związek arsenu i siarki.
Z perskiego termin ten został przetłumaczony na grecki jako arsenikon,
spokrewniony z innym greckim słowem, arsenikos, znaczącym "męski" lub
"silny", i w tej formie utrwalił się w europejskich językach. Mówiąc o arszeniku jako o truciźnie, najczęściej mamy na myśli "biały arszenik",
czyli trójtlenek arsenu (As?O?) lub inne jego toksyczne pochodne. Sam
czysty arsen jest znacznie mniej niebezpieczny, ponieważ organizm ludzki
nie przyswaja go tak łatwo10.
Trujące właściwości związków arsenu były znane już w czasach Kleopatry.
Gdy egipska królowa postanowiła odebrać sobie życie, pragnęła, by śmierć
przyszła szybko i bez bólu, a jej ciało zachowało urodę. Według
przekazów testowała różne trucizny na swoich niewolnikach, obserwując
skutki. Jedną z nich był właśnie arszenik, jednak uznała, że śmierć po
nim jest zbyt bolesna i odrażająca. Ostatecznie wybrała ukąszenie żmii,
choć ten sposób również był dalekim od łagodnej śmierci, a jej ciało
wymagało później upiększenia.
W okresie renesansu otrucia arszenikiem stały się popularnym sposobem
dokonywania zabójstw, a szczególną sławą na tym polu cieszyła się
rodzina Borgiów. Mówiono, że Borgiowie posypywali arszenikiem
wnętrzności zabitego świniaka i zostawiali je, aby zgniły. Powstałą masę
suszono na proszek, który nazywano La Cantarella i dodawano go do
potraw lub napojów. Gdyby sam arszenik nie zdołał odebrać życia, toksyny
powstające przy rozkładzie wnętrzności zwykle dobijały ofiarę.
Zastosowanie arszeniku ma dwie zasadnicze zalety. Po pierwsze nie ma on
smaku, który mógłby ostrzec przyszłą ofiarę. Po drugie objawy zatrucia
arszenikiem bardzo przypominają symptomy zatruć pokarmowych, cholery czy
dyzenterii, które na różnych etapach dziejów były powszechne.
W XVI i XVII wieku trucie uważano za typowo włoską umiejętność, co
wynikało częściowo z reputacji Borgiów11, słynnej Toffany,
zawodowej trucicielki, która sprzedawała swoje śmiercionośne kosmetyki
ozdobione wizerunkami świętych, oraz Rady Dziesięciu, jednego z organów
władzy w Wenecji. Rada utrzymywała swoją pozycję, eliminując
potencjalnych przeciwników, a nawet posuwała się do publicznego
poszukiwania trucicieli. Dysponowała też własnym, sprawdzonym zapasem
trucizn przeznaczonych do niechlubnych celów.
W XVII wieku popularność arszeniku dotarła także na francuski dwór
królewski. Członkowie arystokracji zostali przyłapani na współpracy z La
Voisin, słynną trucicielką, o której mówiono również, że uczestniczyła w czarnych mszach. Śledztwo objęło tak wiele wpływowych osób, że powołano
specjalny trybunał, Chambre Ardent, czyli "Płonący Sąd", nazwany tak
od sposobu wykonywania wyroków na osobach uznanych na winne przez 12
sędziów. Aby uniknąć skandalu i politycznych konsekwencji, obrady
odbywały się potajemnie, a ich wyniki przedstawiano wyłącznie królowi.
Jeden z sędziów, Nicolas Gabriel de La Reynie, napisał: "Życie ludzkie
można tanio kupić. Trucizna stała się jedynym rozwiązaniem większości
rodzinnych problemów". Arszenik był wówczas najchętniej wybieraną
trucizną, używano go tak często, że zyskał potoczną nazwę poudre de
succession, czyli "proszek na dziedziczenie".
Przed XVII wiekiem wiele wpływowych osób zaczęło zatrudniać oficjalnych
testerów jedzenia, a ostrożność co do tego, kto przygotowuje ich posiłki
i napoje, była uzasadniona. Krąży wiele opowieści o sposobach zabójstw,
które pozwalały obejść próbujących potrawy testerów. Historie o rękawiczkach i butach jeździeckich nasączonych trucizną, rzekomo
zabijających przez kontakt ze skórą, są najpewniej przesadzone, ale
badania wykazały, że zatruta koszula jest, przynajmniej w teorii,
możliwą metodą podania arszeniku. W takim przypadku brzeg koszuli
nasączano roztworem arsenu i zostawiano do wyschnięcia. Materiał mógł
wydawać się nieco sztywniejszy, lecz nie było na nim innych widocznych
śladów. Kontakt odsłoniętej skóry pośladków z arszenikiem mógłby
potencjalnie doprowadzić do wchłonięcia dawki śmiertelnej, zwłaszcza
jeśli do mieszaniny dodano środek pęcherzotwórczy, który uszkadzał skórę
i przyspieszał wchłanianie do krwiobiegu.
Zatrucia arszenikiem przez długi czas były domeną bogatych i wpływowych
ludzi. Osoby o skromniejszych środkach finansowych musiały szukać innych
sposobów, by się nawzajem eliminować. Rewolucja przemysłowa wygenerowała
jednak ogromne zapotrzebowanie na metale takie jak żelazo i ołów, a wydobywane rudy często były zanieczyszczone arsenem. Aby otrzymać czysty
metal, rudy podgrzewano w wysokiej temperaturze, przez co arsen łączył
się z tlenem z powietrza i tworzył trójtlenek arsenu. Osadzał się on w kominach w postaci białego proszku, który trzeba było regularnie
zeskrobywać, aby komin się nie zatkał. Zamiast wyrzucać ten biały arsen
jako odpad, przemysłowcy dostrzegli w nim źródło zysku i zaczęli
sprzedawać go jako truciznę na szczury, pluskwy, karaluchy i inne
szkodniki bytujące w domach (włączając w to ludzi). Ceny gwałtownie
spadły i wkrótce każdy mógł sobie pozwolić na ilość arsenu
wystarczającą, by pozbyć się niechcianego krewnego czy niewygodnego
wroga.
Nietrudno się domyślić, że liczba zatruć arszenikiem zaczęła rosnąć.
Czytelnicy XIX-wiecznej brytyjskiej prasy mogli odnieść wrażenie, że
morderstwa z użyciem arszeniku przybrały rozmiary epidemii, a najczęściej oskarżano o nie kobiety z klasy robotniczej. W rzeczywistości procesów o otrucie było bardzo niewiele. Nawet w okresie
największego medialnego poruszenia w całej Anglii i Walii odbywały się
zaledwie dwa lub trzy procesy rocznie. Nagłe zgony budziły podejrzenia,
lecz często podsycały je lokalne plotki rozsiewane przez osoby mające
osobiste urazy wobec zmarłych, a także sensacyjne artykuły w prasie. W 1849 roku w Anglii odnotowano 20 tysięcy podejrzanych zgonów, z czego
415 wiązano z otruciem, ale tylko 11 mogło mieć charakter zabójstwa, i nie wszystkie zakończyły się wyrokiem skazującym. W tamtym czasie
prowadzenie śledztwa utrudniał fakt, że objawy zatrucia arszenikiem
łatwo można było pomylić z chorobą, a nie istniała jeszcze żadna metoda
pozwalająca wykryć arsen w ciele ofiary. Stało się zrozumiałe, że trzeba
to zmienić, i zaczęto opracowywać sposoby identyfikacji arsenu w tkankach ludzkich. Wczesne metody okazały się jednak zawodne, a uzyskane
wyniki trudne do przedstawienia, zwłaszcza w sądzie. Trafnie ukazuje to
przypadek Johna Bodle'a.
W 1832 roku brytyjski chemik James Marsh (1794-1846) został poproszony o zbadanie sprawy śmierci 80-letniego rolnika George'a Bodle'a. Marsh
wykrył arsen w jelitach zmarłego oraz w filiżance kawy, z której pił,
jednak próbki przygotowane na potrzeby procesu szybko uległy zepsuciu, a ława przysięgłych uznała jego techniczne wyjaśnienia za niezrozumiałe. W rezultacie podejrzany, wnuk rolnika John Bodle, został uniewinniony.
Później przyznał się do zabójstwa, ale nie można go już było ponownie
sądzić. Rozwścieczony Marsh postanowił opracować test na obecność arsenu
na tyle prosty, by zrozumiał go nawet najmniej bystry przysięgły.
Chciał, by członkowie ławy przysięgłych mogli zobaczyć arsen na własne
oczy.
Marsh skonstruował szklaną rurkę w kształcie litery U - z jednym końcem
otwartym, w którym umieszczał badany płyn, oraz drugim, zakończonym
zwężoną dyszą, gdzie znajdował się kawałek cynku. Gdy ciecz dosięgała
cynku, nawet śladowa ilość arsenu przekształcała się w arsenowodór
(AsH?), który zapalał się podczas wydostawania się z dyszy. Do płomienia
przykładano zimną porcelanową miseczkę, na której powierzchni osadzał
się czysty metaliczny arsen. Z czasem urządzenie udoskonalono, lecz w czasach Agathy Christie wciąż było w użytku. Sama pisarka, przygotowując
się do egzaminu z farmacji, ćwiczyła test Marsha razem ze swoją
koleżanką, wykorzystując do tego ekspres do kawy marki Cona, który
ostatecznie im eksplodował.
Aparatura do testu Marsha w 1921 roku: (A) kolba zawierająca cynk i kwas
służące do wytwarzania wodoru, (B) chlorek wapnia używany do osuszania
powstałego gazu, (C) szklana rurka, (D) zwierciadło arsenowe.
Źródło: An Introduction to Chemical Pharmacology (Wprowadzenie do
farmakologii chemicznej) autorstwa Hugh McGuigana.
Test Marsha po raz pierwszy wykorzystano w procesie karnym w 1840 roku.
Posłużył się nim słynny toksykolog Mathieu Orfila (1787-1853), który
został poproszony o zbadanie sprawy śmierci pana Charlesa
Pouch-Lafarge'a. Kiedy Marie Capelle poślubiła Charlesa w 1839 roku,
oboje wierzyli, że wchodzą w związek z osobą zamożną. W rzeczywistości
Marie miała jedynie skromny posag, choć uważała się za osobę wyższego
stanu. Otrzymała staranne wykształcenie w elitarnych szkołach i była
przekonana, że pochodzi z królewskiego rodu. Charles natomiast
przedstawiał się jako zamożny właściciel huty żelaza, lecz w rzeczywistości mieszkał w maleńkiej wiosce, w wilgotnym, pełnym szczurów
domu w zrujnowanym majątku. Część posiadłości przerobił na odlewnię, co
niemal całkowicie opróżniło jego kieszeń. Małżeństwu od początku nie
układało się dobrze, a sytuacja nie wydawała się poprawiać aż do chwili,
gdy Marie nakłoniła męża, by przepisał testament na jej korzyść. W okresie świątecznym Charles wyjechał do Paryża w poszukiwaniu inwestorów
dla nowego przedsięwzięcia, a Marie wysłała mu paczkę z prezentem
bożonarodzeniowym. Świadkowie z domu Lafarge'ów widzieli, jak wkładała
do pudełka pięć małych ciastek, swoje zdjęcie i czuły list. Kiedy
przesyłka dotarła do Paryża, jej zawartość nie zgadzała się z tym, co
widziano wcześniej u Marie - zamiast pięciu małych ciastek w pudełku
znajdowało się jedno duże. Po jego zjedzeniu Lafarge poważnie się
rozchorował. Choć zdołał odzyskać siły na tyle, by wrócić do domu,
wkrótce ponownie zachorował i niedługo potem zmarł. Podejrzewano, że
przyczyną śmierci było zatrucie arszenikiem, zwłaszcza że widziano, jak
Marie kupowała arsen, tłumacząc, że potrzebuje go do zwalczania szczurów
w domu. Orfila został wezwany, by ustalić, czy to właśnie arsen był
przyczyną śmierci Charlesa. Jego zeznanie oraz wyniki testu Marsha
stanowiły wystarczające dowody, by ława przysięgłych uznała Marie za
winną morderstwa12.
W sprawie Lafarge do dziś istnieją wątpliwości co do winy Marie. Nigdy
nie udowodniono, że to ona podmieniła ciastka ani że w ogóle miała ku
temu sposobność. Inny toksykolog, François-Vincent Raspail (1794-1878),
również podważył wiarygodność dowodów. Wykazał, że cynk, którego Orfila
użył przy wykonywaniu testu Marsha, był zanieczyszczony arsenem.
Oznaczało to, że test mógł dać wynik pozytywny nawet wtedy, gdyby w ciele Charlesa w ogóle nie było trucizny. Zeznanie Raspaila pojawiło
się jednak zbyt późno - Marie została skazana na dożywotnie więzienie,
zanim dotarł do sądu. Raspail zwrócił uwagę na jedyny poważny mankament
testu Marsha: był po prostu zbyt czuły. W kryminalistyce możliwość
wykrycia 0,02 miligrama arsenu uznaje się za zaletę, ale w XIX wieku ten
pierwiastek był niezwykle powszechny, zwłaszcza w europejskich
gospodarstwach domowych. Wkrótce okazało się, że arsen można znaleźć
niemal wszędzie.
Tak zwany biały arsen ma postać białego proszku, łudząco podobnego do
cukru lub grubo mielonej mąki, dlatego czasem dochodziło do tragicznych
pomyłek. Wiktoriańska Anglia znała też problem fałszowania żywności.
Wytwórcy słodyczy często dodawali do wyrobów daft, czyli obojętną
substancję, jak choćby gips czy sproszkowaną kredę, żeby zwiększyć
objętość i obniżyć koszty produkcji. W 1858 roku pewien cukiernik z Bradford sięgnął po beczkę, przekonany, że znajduje się w niej daft, i użył znajdującego się tam białego proszku do przygotowania partii
słodyczy, nie zdając sobie sprawy, że w beczce był biały arsen. Kiedy
dzieci zaczęły je jeść, szybko stało się jasne, że doszło do tragedii.
Zatrute słodycze natychmiast wycofano ze sprzedaży, lecz zanim to
zrobiono, 200 osób ciężko zachorowało, a 20 zmarło. Z dzisiejszej
perspektywy trudno w to uwierzyć, ale nikt nie poniósł za to
konsekwencji.
Dla porównania w 1836 roku kucharka Eliza Fenning została skazana na
śmierć za rzekomą próbę otrucia domowników, u których pracowała. Cała
rodzina, a wraz z nią sama Eliza, poważnie zachorowała po zjedzeniu
przygotowanych przez nią klusek (choć ostatecznie wszyscy wrócili do
zdrowia). Kilka tygodni wcześniej z domu zniknęło opakowanie arsenu.
Elizę skazano na podstawie bardzo słabych dowodów, mimo że inni
mieszkańcy mieli równie dobrą sposobność, by dodać truciznę do potrawy,
a może, co bardziej prawdopodobne, doszło po prostu do tragicznej
pomyłki.
W XVIII wieku przemysłowcy zaczęli wykorzystywać rosnące ilości odpadów
arsenowych z hut żelaza nie tylko do wytwarzania trutek na szczury.
Wiele związków arsenu ma intensywne barwy i od tysięcy lat
wykorzystywano je jako pigmenty, np. aurypigment (As?S?) o głębokim
żółtym odcieniu, czy realgar (AsS), minerał o barwie rubinowej
czerwieni. W 1775 roku do tej listy dołączyła zieleń Scheelego
(CuHAsO?), wynaleziona przez Carla Wilhelma Scheelego (1742-1786).
Związki arsenowe były ogromnym krokiem naprzód w porównaniu z roślinnymi
barwnikami używanymi wcześniej, ponieważ ich kolory okazały się
trwalsze, a sama produkcja - tania i prosta. Wiktoriańska moda na
intensywne odcienie czerwieni i zieleni sprawiła, że arsen zaczął być
wykorzystywany niemal do wszystkiego: do barwienia tapet, ubrań,
zabawek, a nawet jedzenia, w tym słodyczy i lukru na
ciastach13.
Barwniki arsenowe w tapetach stanowiły bezpośrednie zagrożenie głównie
dla pracowników ich wytwórni, którzy wdychali pył zawierający arsen. W domach zauważono jednak, że w sypialniach z takimi tapetami było mniej
pluskiew. Początkowo uznano to za zaletę i sprzedaż zaczęła rosnąć.
Wkrótce jednak okazało się, że to, co zabijało owady, szkodziło również
ludziom. Do przyklejania tapet używano kleju zrobionego z mąki i wody. W wilgotnym klimacie Wysp Brytyjskich tworzył on doskonałe warunki do
rozwoju pleśni. Arsen zwykle hamował jej wzrost, ale niektóre gatunki
potrafiły się przystosować, rozkładając truciznę chemicznie i usuwając
ją z otoczenia. W 1893 roku Bartolomeo Gosio (1863-1944) jako pierwszy
wykazał, że pleśń Penicillium brevicaule (dziś znana jako
Scopulariopsis brevicaulis) rozkłada skrobiowy klej, uwalniając gaz
arsenowy, którego badacz nie potrafił zidentyfikować, ale który miał
charakterystyczny czosnkowy zapach. Gaz ten nazwano "gazem Gosia"; w rzeczywistości był to jednak silnie toksyczny gaz trójmetyloarsyny
[As(CH?)?], opisany dopiero w 1933 roku. W efekcie zalecono
zmniejszenie zawartości arsenu w tapetach, jednak ostrzeżenia te
pojawiły się zbyt późno dla pewnego słynnego Francuza.
Śmierć Napoleona Bonapartego w 1821 roku od dawna budzi liczne
spekulacje. W ostatnich miesiącach zesłania na Wyspie Świętej Heleny
cesarz czuł się bardzo źle i był pod opieką wielu lekarzy, zarówno
francuskich, jak i brytyjskich. Cierpiał na silne bóle żołądka, a leczenie nie przynosiło żadnych rezultatów. Po jego śmierci sekcję zwłok
przeprowadziło siedmiu lekarzy, którzy uznali, że przyczyną zgonu był
rak żołądka. Mimo to szybko rozeszły się pogłoski o otruciu. Jak łatwo
się domyślić, Francuzi obwiniali Brytyjczyków, a Brytyjczycy Francuzów.
W tamtym czasie nie istniały jednak wiarygodne metody pozwalające
potwierdzić lub wykluczyć zatrucie.
W latach 60. XX wieku przebadano pasma włosów Napoleona, obcięte tuż po
jego śmierci i zachowane jako pamiątki. Odkryto w nich wyjątkowo wysokie
stężenie arsenu, co natychmiast wzbudziło pytania o jego źródło. Jedna z hipotez mówiła, że pochodził on z tapet w jego pokoju. Gdy w latach 80.
znaleziono próbkę tej tapety, analiza wykazała znaczne stężenie arsenu -
0,12 g/m?14. Już w 1893 roku badania dowiodły, że tapety
zawierające od 0,015 do 0,6 g/m? arsenu mogą powodować problemy
zdrowotne, a nawet wartości tak niskie jak 0,006 g/m? są potencjalnie
niebezpieczne15. Wilgotny i ciepły klimat Wyspy Świętej
Heleny sprzyjał rozwojowi pleśni na tapetach, jednak nawet w takich
warunkach trudno przypuszczać, by wytworzyła ona tyle trójmetyloarsyny,
by zabić Napoleona. Tapeta mogła jednak przyczyniać się do jego
pogarszającego się stanu zdrowia. Napoleon zrobił to, co zrobiłby każdy
na jego miejscu - wezwał lekarza. Niestety, ci, którzy się nim
zajmowali, nie tylko mu nie pomogli, lecz wprowadzili do jego organizmu
kolejne toksyczne związki w postaci leków, choć zapewne nie z zamiarem
otrucia.
Leki, jakimi dysponowali lekarze w XIX wieku, były nieliczne, a stosowano je głównie dlatego, że wywoływały zauważalne reakcje
organizmu, takie jak wymioty, biegunka czy obfite pocenie się. Poprawa
stanu zdrowia pacjenta była najczęściej dziełem przypadku, bo o badaniach klinicznych czy wizytach kontrolnych nikt jeszcze nie słyszał.
Chorzy często wracali do zdrowia mimo wysiłków lekarzy, a nie dzięki
nim. Najsilniejsze substancje działające na organizm człowieka były
zarazem wyjątkowo toksyczne, dlatego torba każdego XIX-wiecznego lekarza
prawdopodobnie zawierała środki, które dziś uznaje się za skrajnie
niebezpieczne.
Jednym z powszechnie stosowanych w XIX wieku leków był tzw. roztwór
Fowlera, tonik przepisywany na różne dolegliwości. Wprowadzono go do
Farmakopei Brytyjskiej w 1809 roku, początkowo jako środek przeciw
malarii. Nie miał smaku, co czyniło go bardziej znośnym do przełknięcia
aniżeli używana w tym samym celu chinina. Z czasem liczba recept na
roztwór Fowlera rosła, podobnie jak lista chorób, na które go
przepisywano - począwszy od schorzeń skóry, a skończywszy na astmie.
Głównym składnikiem preparatu był oczywiście arsen, występujący w postaci arseninu potasu (K?AsO?)16.
Z tego powodu odkrycie arsenu w zwłokach osoby z epoki wiktoriańskiej
nie było niczym niezwykłym. W przypadku oskarżenia o otrucie prokuratura
musiała więc nie tylko udowodnić, że to właśnie arsen był bezpośrednią
przyczyną śmierci, a nie przypadkowym składnikiem organizmu, ale także
wykazać, skąd trucizna pochodziła i w jaki sposób została podana
ofierze.
W 1851 roku uchwalono ustawę o arsenie mającą na celu uregulowanie i kontrolę jego sprzedaży17. Nakładała ona obowiązek zapisywania
każdej transakcji w specjalnym rejestrze, wraz z nazwiskiem kupującego,
ilością zakupionej substancji i celem jej użycia. Ustawa wymagała też,
by arsen przeznaczony do celów innych niż medyczne lub rolnicze był
barwiony sadzą lub indygo, aby zapobiec tragicznym pomyłkom, takim jak
ta z zatrutymi słodyczami. Niestety, w przepisach pozostawiono wiele
luk. Na przykład nie określono, kto może sprzedawać związki arsenu, a osoba planująca zbrodnię z użyciem trucizny z pewnością nie miałaby
oporów przed wpisaniem fałszywych danych do rejestru. Z czasem przepisy
zaostrzono i sprzedaż trucizn ograniczono do wybranych zawodów i miejsc,
głównie aptek, a osoba kupująca musiała być znana farmaceucie lub
przedstawiona przez kogoś, kto znał obie strony. W teorii istniał więc
system pozwalający śledzić potencjalnych trucicieli poprzez rejestry,
lecz w praktyce zdobycie arsenu wciąż było zaskakująco łatwe. W księgach
sprzedaży można było bez trudu wpisać wiele "legalnych" zastosowań, a to
na oskarżycielu spoczywał obowiązek udowodnienia, że intencje kupującego
były zupełnie inne.
Sprawy o otrucie mogły się dodatkowo komplikować, jeśli oskarżony
powoływał się na tzw. obronę styryjską. Był to argument prawny mający
tłumaczyć obecność dużych ilości arsenu w organizmie zmarłego. W 1851
roku w jednym z wiedeńskich czasopism medycznych ukazał się raport
opisujący mężczyzn z austriackiego regionu Styria, którzy regularnie
spożywali arszenik. Żuli oni grudki trójtlenku arsenu lub wcierali go w tosty dwa lub trzy razy w tygodniu. Zaczynali od porcji wielkości
ziarenka ryżu, a następnie stopniowo zwiększali dawkę, aż mogli
przyjmować ilości uznawane za śmiertelne, i to bez widocznych skutków
ubocznych. Według nich arszenik działał pobudzająco, twierdzili, że
"daje im wiatr", czyli pozwala łatwiej oddychać podczas ciężkiej pracy
fizycznej w rzadkim górskim powietrzu. Mężczyźni uważali też, że dzięki
niemu nabierają masy i mają zdrowszy wygląd. Arszenik stosowały również
kobiety, wierząc, że nadaje im pełniejsze kształty i cerę w odcieniu
"brzoskwiń ze śmietaną".
Rzeczywiście, arszenik niszczył bakterie powodujące niedoskonałości
skóry, ale jednocześnie wywoływał obrzęki, zatrzymując wodę w mięśniach
oraz rozszerzając naczynia włosowate, co nadawało policzkom różowy
kolor. Można by przypuszczać, że taki nawyk powodował złe samopoczucie,
jednak niektórzy twierdzili, że to właśnie brak regularnej dawki
sprawiał, iż czuli się gorzej. Na pierwszy rzut oka mogło się więc
wydawać, że rozwijają odporność na arszenik, co byłoby wygodne dla
każdego, kto podejrzewał, że ktoś próbuje go otruć. W rzeczywistości
jednak nie chodziło o prawdziwą tolerancję. Spożywanie większych ilości
arszeniku było możliwe dlatego, że przyjmowano go w formie większych
grudek, a nie jako drobny proszek czy roztwór. Znaczna część trucizny
była wydalana, zanim zdążyła wchłonąć się do krwiobiegu.
Po doniesieniach o styryjskich "pożeraczach arszeniku", ich atrakcyjnym
wyglądzie i rzekomo doskonałym zdrowiu zwyczaj ten szybko
rozprzestrzenił się w Europie i Ameryce. Arszenik zaczął być stosowany
jako środek upiększający i nakładano go bezpośrednio na skórę lub
rozpuszczano w wodzie i pito w niewielkich ilościach, wierząc, że
poprawia ogólny stan zdrowia. Agatha Christie znała historię
"arszenikożerców" i w Złu, które żyje pod słońcem opisała wdowę,
która, mając za męża zjadacza arszeniku, uniknęła skazania za jego
zabójstwo.
Arszenik jest trucizną kumulującą się w organizmie, dlatego jego
stężenie u osób regularnie go zażywających stopniowo rosło, aż osiągało
poziom niebezpieczny, a nawet śmiertelny. Nawet jeśli przyczyna śmierci
nie była przypisywana zatruciu, ciała "arszenikożerców" stosunkowo łatwo
było rozpoznać pośmiertnie, ponieważ arszenik działał jak konserwant,
zabijając bakterie odpowiedzialne za rozkład. W Styrii istniał zwyczaj,
by po 12 latach ekshumować zmarłych i przenosić ich szczątki do krypty,
gdyż na cmentarzach było mało miejsca. Ciała osób zażywających arszenik
znajdowano w zaskakująco dobrym stanie, były tak dobrze zachowane, że
bliscy potrafili je rozpoznać nawet po latach. Obecność arszeniku w zwłokach mogła się stać źródłem niektórych legend o wampirach, które
narodziły się w Europie Środkowej i Wschodniej.
Właściwości konserwujące arszeniku sprawiły, że zaczęto go używać w procesie balsamowania. Zrezygnowano z tego dopiero wtedy, gdy odkryto,
że może on maskować obecność tej substancji w przypadkach otrucia. W efekcie zakazano stosowania arszeniku w balsamowaniu, zastępując go
formaldehydem. Nawet to jednak nie rozwiązało problemu, ponieważ arsen
jest pierwiastkiem powszechnie występującym w glebie, dlatego ciało
zmarłego mogło go wchłonąć z otoczenia, w którym zostało pochowane.
Arsen bardzo silnie wiąże się z atomami siarki, których w ludzkim
organizmie jest wiele, zwłaszcza we włosach. Dzięki temu włosy stanowią
cenne źródło informacji o ekspozycji na arsen w czasie życia, gdyż
pierwiastek ten odkłada się w cebulkach włosowych już w ciągu kilku
godzin od spożycia. Wraz ze wzrostem włosa arsen pozostaje w jego
strukturze w stałym miejscu. Ponieważ włosy rosną w dość równym tempie,
około centymetra miesięcznie, możliwe jest odtworzenie historii kontaktu
z trucizną poprzez analizę kolejnych odcinków włosa. Jednocześnie
oznacza to, że włosy zwłok zanurzonych w cieczy zawierającej arszenik
mogą wchłonąć go jak gąbka i zatrzymać w sobie, co prowadzi do wyższych
stężeń niż w samej cieczy. Z tego względu podczas sekcji zwłok należało
uważać, by włosy nie miały kontaktu z płynami ustrojowymi, gdyż mogłoby
to sztucznie podnieść poziom arszeniku i sprawiać wrażenie długotrwałego
zatrucia. Podobną ostrożność zachowywano przy ekshumacjach - ciało
należało wydobywać tak, by nie zabrudzić włosów ziemią, a próbki gleby z okolic grobu trzeba było pobrać i przebadać.
W epoce wiktoriańskiej udowodnienie zatrucia arszenikiem stawało się
coraz trudniejsze, a złożoność takich spraw dobrze pokazuje przypadek
Jamesa Maybricka. W 1889 roku 50-letni Maybrick zachorował - skarżył się
na bóle żołądka i silne wymioty. Opiekowała się nim jego żona, 26-letnia
Amerykanka Florence. Para niedawno się pogodziła po gwałtownej kłótni
spowodowanej romansem Florence z przyjacielem jej męża. Sam James
również miał liczne romanse, lecz to niewierność żony doprowadziła do
przemocy i wydziedziczenia jej z testamentu. James był hipochondrykiem i regularnie zażywał różne "cudowne specyfiki" dostępne bez recepty.
Podczas ostatniej choroby poprosił żonę o swoje proszki. Florence dodała
je jak zwykle do butelki z wywarem mięsnym przygotowanym dla męża do
picia.
Niestety, tym razem stan Jamesa nie uległ poprawie. Wkrótce przyjechała
jego rodzina, by upewnić się, że ma zapewnioną odpowiednią opiekę
lekarską. Florence nie cieszyła się w domu sympatią, zwłaszcza po tym,
jak przechwycono jej list do kochanka, w którym napisała, że mąż jest
"śmiertelnie chory". Po tym incydencie nie pozwolono jej już przebywać w pokoju chorego. Kiedy kilka tygodni później James zmarł, podejrzenia od
razu padły na nią.
Podczas procesu prokuratura wykazała, że Florence kupiła muchobójcze
arkusze nasączone arsenem. Kobieta twierdziła, że zamierzała wykorzystać
je do przygotowania toniku do twarzy, ponieważ skończył jej się zwykły
środek do pielęgnacji skóry i chciała zrobić własny. Wraz z arkuszami
kupiła także balsam zawierający benzoes i wodę bzową, czyli składniki
typowe dla takich kosmetyków. Zanurzenie arkusza w zimnej wodzie
uwalniało około ? granów arsenu, co nie stanowiło dawki śmiertelnej, ale
zalanie go wrzątkiem powodowało wypłukanie niemal całej zawartości
trucizny, czyli ponad dwóch granów, ilości bliskiej dawce śmiertelnej.
Wysoka temperatura usuwała również barwnik z papieru. Muchobójcze
arkusze sprzedawano w paczkach po sześć sztuk i wyraźnie oznaczano jako
trujące. Ilość arsenu w poszczególnych arkuszach różniła się, lecz
analiza przeprowadzona na potrzeby procesu wykazała, że każdy z nich
zawierał przynajmniej jedną dawkę wystarczającą do zabicia
człowieka18.
W rzeczywistości Florence Maybrick wcale nie musiała kupować
muchobójczych arkuszy, żeby wykorzystać zawarty w nich arsen, ponieważ w ich domu było go pod dostatkiem. Podczas przeszukania policja znalazła
liczne butelki z kosmetykami i "cudownymi lekami", z których wiele
zawierało tę truciznę. Ilość arsenu w domu wystarczyłaby, by zabić 50
osób, natomiast w ciele Jamesa znaleziono go stosunkowo niewiele.
Obrońcy Florence powołali lekarzy, którzy zeznali, że James zmarł z przyczyn naturalnych. Nikt nie widział, by Florence podawała mężowi
arsen, a na kilka dni przed jego śmiercią nie miała żadnego kontaktu z nim ani z jego jedzeniem czy lekarstwami. Mimo to ława przysięgłych
uznała zgromadzone dowody za wystarczające do skazania jej za
morderstwo. Wyrok śmierci zamieniono na więzienie, ponieważ wciąż
istniały wątpliwości dotyczące tego, czy James rzeczywiście zmarł z powodu zatrucia arsenem, a nie co do winy samej Florence. Kobieta przez
całe 14 lat więzienia utrzymywała, że jest niewinna. Po uwolnieniu
prowadziła spokojne i uczciwe życie.
Gdy Agatha Christie rozpoczynała karierę pisarską, związki arsenu wciąż
były stosunkowo łatwo dostępne, występowały w składzie leków
tonizujących, pestycydów i środków chwastobójczych. W pierwszej połowie
XX wieku arsen stopniowo wycofywano z użycia, zastępując go
bezpieczniejszymi substancjami. Część specjalistycznych zastosowań
przemysłowych przetrwała, a jedynym współczesnym medycznym zastosowaniem
trójtlenku arsenu pozostało leczenie ostrej białaczki promielocytowej.
Nawet ta terapia niesie jednak ryzyko zatrucia arszenikiem.
Jak działa arsen - mechanizm trucizny
Toksyczność trójtlenku arsenu i pokrewnych związków wynika z ich
zdolności do zakłócania podstawowych procesów chemicznych zachodzących w organizmie. Związki arsenu łatwo wchłaniają się przez skórę, płuca i układ pokarmowy, co od wieków wykorzystywali truciciele, dodając arsen
do jedzenia, napojów lub lekarstw.
Arsen może występować w dwóch głównych postaciach chemicznych: jako
arseniany i arseniny, z których każda oddziałuje na organizm w inny
sposób. Arseniany (AsO??-) mają strukturę i właściwości chemiczne bardzo
zbliżone do fosforanów (PO??-), dlatego organizm nie potrafi ich od
siebie odróżnić. Fosforany pełnią w ciele wiele istotnych funkcji:
wzmacniają kości, stanowią część struktury DNA oraz biorą udział w procesach magazynowania i przekazywania energii. W domu elektryczność
jest formą energii, której używamy, by zasilać urządzenia, natomiast
wewnątrz ciała energia z jedzenia, które spożywamy, i tlenu, którym
oddychamy, jest wykorzystywana do wytwarzania związku chemicznego
zwanego adenozynotrifosforanem, czyli ATP. Wymiana grup fosforanowych w cząsteczce ATP umożliwia reakcje chemiczne potrzebne do życia,
zachodzące w łagodnych warunkach środowiska biologicznego. Arseniany są
zabójcze, ponieważ mogą zastępować fosforany w strukturze ATP. Problem w tym, że arsen jest mniej reaktywny niż fosfor, przez co reakcje, w których bierze udział, przebiegają znacznie wolniej lub całkowicie
ustają, a to może mieć katastrofalne skutki dla organizmu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki