1
Przybycie
Światło sączyło się z nieba, gdy wjeżdżali
na Bouldershaw Fell. Judy siedziała obok profesora Reinharta na tylnym
siedzeniu służbowego samochodu, który sunął drogą z Bouldershaw ku
wrzosowisku; z nadzieją spoglądała za okna, ale byli już prawie na
szczycie wzgórza, nim dostrzegła radioteleskop.
Nagle wzniósł się przed nimi: trzy wielkie wygięte kolumny zbiegające
się w górze tak, że tworzyły trójkątny łuk, czarne i surowe na tle
ciemniejącego nieba. W zagłębieniu pomiędzy nimi znajdowała się betonowa
misa wielkości stadionu, a nad nią, podwieszona na tych trzech
wspornikach, mniejsza metalowa czasza obrócona do góry dnem, z długą i skierowaną w dół anteną. Na pierwszy rzut oka rozmiary tej konstrukcji
nie robiły wrażenia; po prostu wydawała się nieproporcjonalnie duża w tym krajobrazie. Dopiero gdy samochód podjechał i zatrzymał się pod nim,
Judy uświadomiła sobie, jak ogromny jest ten radioteleskop. Nie
przypominał niczego, co kiedykolwiek widziała - tak całkowicie i intensywnie swoisty jak rzeźba.
A jednak pomimo osobliwego wyglądu ta wysoka i wyniosła konstrukcja nie
miała w sobie niczego złowrogiego, co ostrzegłoby ich przed niezwykłymi
i tragicznymi wydarzeniami, które miała zapoczątkować.
Wysiedli z samochodu i stali przez chwilę w ciepłym powietrzu,
wypełniającym ich głowy i płuca, patrząc na te trzy ogromne kolumny, na
metalową czaszę lśniącą wysoko nad nimi i blade niebo za nią. Wokół nich
na pustkowiu wyżynnego wrzosowiska było kilka rozproszonych niskich
budynków oraz szeregi niższych anten otoczonych płotem z drucianej
siatki. Zalegającą wokół ciszę przerywał tylko świst wiatru we
wspornikach i nawoływania kulików, tak że niemal czuli, jak to wielkie
ucho z betonu i stali obok nich nasłuchuje głosu gwiazd.
Potem profesor poprowadził ją do głównej kwatery - parterowego budynku o kamiennej fasadzie, z na wpół skończonym wejściem i nowo ułożonym
chodnikiem. Mężczyźni wkopywali i malowali słupki bram oraz tablic
informacyjnych; wszystko to raziło nowością na tle półmroku
spowijającego szczyt wzgórza.
- Tu mamy mnóstwo drugorzędnych klamotów - rzekł profesor i niedbale
machnął ręką. - To główna sterownia.
Był mężczyzną po sześćdziesiątce, niskim, eleganckim i uroczym, jak
lekarz rodzinny.
- Całkiem spora dziecina - powiedziała Judy.
- Dziecina? To największe dziecko, jakie wydałem na świat. Po
dziesięcioletnim porodzie.
Mrugnął do niej i zastukał czarnymi bucikami na schodach, wchodząc do
budynku sterowni.
Hol miał niedokończony, a jednocześnie znajomy wygląd: typowy sufit z perforowanych paneli, typowa kompozytowa wykładzina na podłodze, zwykłe
bezbarwne ceglane ściany i jarzeniowe oświetlenie. Był też telefon na
ścianie i pitnik; dwoje drzwiczek na bocznych ścianach oraz podwójne
drzwi naprzeciw wejścia - i to chyba wszystko. Zza podwójnych drzwi
dochodził cichy szum. Przypominał radiowe zakłócenia atmosferyczne.
Gdy przeszli przez podwójne drzwi, podszedł do nich mężczyzna w brązowym
fartuchu sprzątacza. Napotkał spojrzenie Judy, lecz gdy rozchyliła usta,
odwrócił wzrok.
- Dobry wieczór, Harries - powiedział profesor.
Pomieszczenie, do którego weszli, było sterownią, centralnym punktem
obserwatorium. Na jego końcu wielkie panoramiczne okno ukazywało
znajdującą się na zewnątrz gigantyczną rzeźbę anteny, a przed nim stała
masywna metalowa konsola, niczym wielkie organy, z mnóstwem guzików,
lampek i przełączników. Kilkoro młodych ludzi pracowało przy tym biurku,
od czasu do czasu podchodząc do któregoś z dwóch komputerów w wysokich
metalowych obudowach, stojących po obu jego stronach. Jedna z bocznych
ścian była pokryta powiększonymi zdjęciami gwiazd zrobionymi przez
optyczny teleskop, a druga była przeszklonym w dwóch trzecich
przepierzeniem, za którym było widać kolejną grupę młodych ludzi
pracujących w sąsiednim pomieszczeniu.
- Uroczyste otwarcie odbędzie się tutaj - powiedział Reinhart.
- Gdzie minister rozbije butelkę szampana, przetnie wstęgę czy zrobi co
trzeba?
- Przy tym biurku. Naciśnie guzik na konsoli, żeby uruchomić
radioteleskop.
- Ten jeszcze nie działa?
- Jeszcze nie. Przeprowadzamy testy akceptacyjne.
Judy stała przy drzwiach, chłonąc to wszystko. Była jedną z tych ładnych
młodych kobiet, które częściej nazywa się urodziwymi niż ślicznymi, o świeżej cerze, żywej, inteligentnej twarzy i bardzo zdecydowanych,
trochę niezgrabnych ruchach. Mogłaby być pielęgniarką, oficerem czynnej
służby lub po prostu absolwentką dobrej szkoły o profilu hokejowym.
Miała dość duże dłonie i ciemnoniebieskie oczy. Pod pachą przyniosła
plik dokumentów i ulotek, a teraz je wyjęła i przeglądała, jakby mogły
wyjaśnić to, na co teraz patrzyła.
- To największy radioteleskop na.. no cóż, na świecie. - Profesor
uśmiechnął się z zadowoleniem do wszystkich obecnych w pomieszczeniu. -
Oczywiście nie jest tak wielki jak interferometr, ale można nim
sterować. Można zmieniać ogniskową tym małym reflektorem na górze, a to
pozwala zlokalizować źródło sygnału na niebie.
- Z tych dokumentów wynika - Judy postukała palcem w plik papierów - że
są inne radioteleskopy działające w ten sam sposób.
- Są. Powstały już w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym roku, kiedy
zaczęliśmy budować ten - czyli kilka lat temu. Jednak nie są tak czułe
jak nasz.
- Ponieważ ten jest większy?
- Niezupełnie. Również dlatego, że mamy lepszą aparaturę odbiorczą. Co
powinno dać nam lepszy stosunek sygnału do szumu. Wszystko to mieści się
tam.
Smukłym, delikatnym palcem wskazał pomieszczenie za szklanym
przepierzeniem.
- Widzisz, z większości źródeł, na przykład gwiazd, odbieramy tylko
bardzo słabe sygnały radiowe zakłócane rozmaitymi szumami atmosfery,
gazu międzygwiezdnego i niebiosa wiedzą czego... no cóż, istotnie
niebiosa.
Mówił zwięźle i rzeczowo, jak lekarz omawiający przeziębienie. Starannie
skrywał poczucie satysfakcji z osiągnięcia zamierzonego celu.
- Możecie odebrać sygnały, których inni nie słyszą? - spytała Judy.
- Mamy nadzieję. Taki był zamysł. Jednak nie pytaj mnie jak. Metodę
opracował zespół. - Skromnie spuścił wzrok. - Doktor Fleming i doktor
Bridger.
- Bridger? - Judy nagle podniosła oczy znad dokumentów.
- Fleming to prawdziwy geniusz. John Fleming. - Uprzejmie zawołał: -
John!
Jeden z młodych ludzi odłączył się od grupki przy konsoli i podszedł do
nich.
- Hej! - powiedział do profesora, ignorując Judy.
- Jeśli masz chwilkę, John. Doktor Fleming. Panna Adamson.
Młodzieniec zerknął na Judy, po czym zawołał w kierunku konsoli:
- Zredukujcie te zakłócenia!
- Co to za hałas? - spytała Judy.
Hałas zmienił się w cichy szum. Młodzieniec wzruszył ramionami.
- Głównie syk międzygwiezdny. Wszechświat jest pełen elektrycznie
naładowanych cząstek. Elektryczne emisje tych ładunków odbieramy jako
szum zakłóceń.
- Muzyczny podkład wszechświata - dodał Reinhart.
- Oszczędź sobie takich porównań, profesorze - powiedział młodzieniec z przyjacielską pogardą. - Zachowaj je dla Jacko, do podsunięcia prasie.
- Jacko nie wróci.
Fleming wyglądał na lekko zdziwionego, a Judy zmarszczyła brwi, jakby
brakowało jej jakiegoś fragmentu układanki.
- Kto taki? - zapytała profesora.
- Jackson, twój poprzednik - Odwrócił się do Fleminga. - Panna Adamson
jest naszą nową rzeczniczką prasową.
Fleming przyjrzał się jej bez entuzjazmu.
- No cóż, przychodzą i odchodzą, prawda? Odziedziczy pani sfery Jacko?
- A co to takiego?
- Droga pani, szybko się pani dowie.
- Pokazuję jej wszystko, przygotowując na czwartek - wyjaśnił profesor.
- Na oficjalne otwarcie. Zajmie się prasą.
Fleming miał ponurą, zamyśloną minę, nie tyle kwaśną, co skupioną.
Wyglądał na zmęczonego i rozgoryczonego.
Rzekł zrzędliwie z wyraźnym szkockim akcentem:
- Ach, tak, oficjalne otwarcie! Zapalą się wszystkie kolorowe lampki.
Gwiazdy niebiańskim chórem zaśpiewają Rule, Britannia!, a ja schronię
się w pubie.
- Mam nadzieję, że będziesz tutaj, John - rzucił z lekką irytacją
profesor. - A tymczasem może oprowadź pannę Adamson.
- Nie, jeśli jest pan zajęty - powiedziała cicho i nieprzyjaźnie Judy.
Fleming po raz pierwszy spojrzał na nią z zainteresowaniem.
- Ile pani o tym wie?
- Na razie bardzo mało. - Postukała palcem w plik papierów. - Opieram
się na tych informacjach.
Fleming ze znużeniem odwrócił się twarzą do konsoli i niedbale machnął
ręką.
- To, panie i panowie, jest największy i najnowszy radioteleskop na
świecie; nie mówiąc już, że najdroższy. Ma rozdzielczość piętnaście do
dwudziestu razy większą niż jakiekolwiek inne istniejące urządzenie i jest oczywiście cudem brytyjskiej nauki. A także inżynierii. Elementy
odbiorcze - wskazał konstrukcję za oknem - są sterowalne, tak by mógł
śledzić ruch ciał niebieskich po niebie. Teraz już może pani powiedzieć
prasie wszystko, prawda?
- Dziękuję - powiedziała lodowatym tonem Judy. Spojrzała na profesora,
ale ten wyglądał na tylko lekko zakłopotanego.
- Przykro mi, że cię niepokoimy, John - rzekł.
- Nie ma o czym mówić. Miło było. Zawsze do usług.
Profesor skierował swój lekarski urok i uwagę na Judy.
- Sam cię oprowadzę.
- Chcesz go uruchomić przed czwartkiem, prawda? - rzekł Fleming. - Żeby
go pokazać jego ministerialnej mości.
- Tak, John. Będzie działał?
- Niby tak. Wierchuszka nie zorientuje się, czy naprawdę działa. Ani
sępy z prasy.
- Chciałbym, żeby działał.
- Taa.
Fleming odwrócił się i odszedł z powrotem do pulpitu kontrolnego. Judy
czekała na wybuch gniewu profesora, a przynajmniej jakieś oznaki urazy,
lecz on tylko pokiwał głową, jakby zgadzał się z diagnozą.
- Nie można popędzać takiego chłopaka jak John. Czasem trzeba czekać
całe miesiące na jakiś pomysł. I warto, jeśli jest dobry, a jego pomysły
zwykle takie są. - Melancholijnie spojrzał na odchodzącego Fleminga,
jego niedbały chód i niechlujny wygląd. - Wiesz, stawiamy na młodych.
Opracował cały projekt instalacji niskotemperaturowej, razem z Bridgerem. Odbiorniki są oparte na układach niskotemperaturowych, a to
nie moja dziedzina. Gdzieś tu jest komunikat prasowy o tym. - Ruchem
głowy wskazał plik trzymanych przez nią papierów. - Obawiam się, że
trochę za bardzo eksploatujemy Johna.
Westchnął i oprowadził ją po budynku. Pokazał jej zawieszone na ścianach
fotografie nocnego nieba, podał nazwy i oznaczenia wielkich gwiazd
radiowych, które są głównymi źródłami odbieranych przez nas dźwięków
wszechświata.
- To - wyjaśnił, wskazując fotografie - wcale nie gwiazda, lecz
zderzenie dwóch galaktyk, a to ukazuje wybuch gwiazdy.
- A to?
- Wielka Mgławica w Andromedzie. Nazywamy ją M31, żeby myliła się z autostradą.
- Znajduje się w konstelacji Andromedy?
- Nie. Daleko, daleko za nią. Sama w sobie jest całą galaktyką. Nie jest
to proste, prawda?
Spojrzała na białą spiralę gwiazd i skinęła głową.
- Odbieracie jej sygnał?
- Syk. Taki, jaki słyszałaś.
Pod ścianą stała duża pleksiglasowa kula z czarną kulką pośrodku i kilkoma białymi rozmieszczonymi wokół niej jak elektrony w modelu atomu.
- Sfera Jacko! - Profesor mrugnął do Judy. - Inaczej nazywana manią
Jacko. Ukazuje obiekty na orbicie okołoziemskiej. Wszystkie te białe
kulki to satelity, rakiety balistyczne i tym podobne rzeczy. Kupa
żelastwa. A ta kulka w środku to Ziemia. - Profesor zbył to niedbałym
machnięciem ręki. - Myślę, że można to uznać za chwyt marketingowy.
Jacko uważał, że to zainteresuje naszych rządowych gości. Oczywiście
musimy obserwować to, co się dzieje w pobliżu Ziemi, chociaż to
marnowanie możliwości takiej maszyny jak ta. Jednak wojsko sobie tego
życzy, a nie uzyskalibyśmy potrzebnych nam funduszy, gdybyśmy nie
podpięli się do budżetu obrony. - Mówił to jak niegrzeczny i zadowolony
z siebie chłopiec. Oszczędnym, eleganckim gestem objął całe
pomieszczenie i ogromną konstrukcję na zewnątrz. - Dwadzieścia pięć
milionów lub więcej, taki był tego koszt.
- Zatem wojsko ma w tym swój udział?
- Owszem. Jednak ja tym kieruję - a raczej Ministerstwo Nauki. Nie
twoje.
- Teraz należę do pańskiego personelu.
- Nie na moje życzenie. - Lekko zesztywniał, choć nie zareagował tak na
niegrzeczne zachowanie Fleminga; ten w końcu był jednym z jego ludzi.
- Czy ktoś jeszcze wie, dlaczego tu jestem? - zapytała go Judy.
- Nikomu nie mówiłem.
Porzucił ten temat i zaprowadził ją do sąsiedniego pokoju, gdzie
dokładnie objaśnił działanie aparatury odbiorczej i sprzętu
telekomunikacyjnego.
- Jesteśmy po prostu ogniwem w łańcuchu obserwatoriów na całym świecie,
chociaż nie najsłabszym. - Z wyraźną przyjemnością popatrzył na pulpity
kontrolne, wiązki przewodów i stojaki ze sprzętem. - Kiedy zaczęliśmy to
kompletować, nie odczuwałem mojego wieku, ale teraz czuję się stary.
Wpadasz na pomysł, myślisz sobie: "Oto, co musimy zrobić" i po prostu
wydaje się, że to następny logiczny krok. Być może bardzo niewielki. I zaczynasz: projekt, badania, komisje, budynek, starania. Tu godzina
twojego życia, tam miesiąc. Miejmy nadzieję, że to zadziała. Ach, oto
Whelan! On doskonale się orientuje w tym zakresie projektu.
Przedstawił Judy bladego młodzieńca mówiącego z australijskim akcentem,
który uścisnął jej dłoń tak jakby była czymś, co zgubił.
- Czy my już się gdzieś nie spotkaliśmy?
- Nie sądzę. - Niewinnie spojrzała na niego wielkimi niebieskimi oczami,
ale nie dał się zbyć.
- Jestem pewny, że tak.
Zawahała się i rozejrzała w poszukiwaniu pomocy. Harries, sprzątacz,
stał na drugim końcu pokoju i gdy na niego spojrzała, nieznacznie
pokręcił głową. Znów przeniosła wzrok na Whelana.
- Obawiam się, że nie pamiętam.
- Może w Woomerze...
Profesor poprowadził ją z powrotem do głównej sterowni.
- Jak brzmi jego nazwisko?
- Whelan.
Zapisała to w notatniku. Grupa przy pulpicie kontrolnym się rozdzieliła,
pozostawiając tylko jednego młodzieńca, który siedział na fotelu
dyżurnego inżyniera, obserwując panele. Profesor zaprowadził ją do
niego.
- Cześć, Harvey.
Młodzieniec spojrzał na niego i zaczął wstawać z fotela.
- Dobry wieczór, profesorze Reinhart.
Ten przynajmniej był uprzejmy. Judy popatrzyła na widoczne za oknem
elementy ogromnej instalacji, puste wrzosowisko i ciemniejące purpurowe
niebo.
- Zna pani zasadę działania tego urządzenia? - zapytał ją Harvey. -
Każdy sygnał radiowy z nieba trafia w misę i jest odbijany do anteny, po
czym odbierany i rejestrowany przez znajdującą się tam aparaturę. -
Wskazał szklane przepierzenie. Judy nie spojrzała tam w obawie, że
zobaczy Whelana, lecz Harvey, pedantycznie, monotonnie i beznamiętnie,
wkrótce skupił jej uwagę na czymś innym. - Ten klaster komputerów
oblicza azymut i elewację każdego źródła, który chcemy obserwować.
Połączone z serwonapędem...
W końcu Judy zdołała umknąć do holu i na moment zostać sam na sam z Harriesem.
- Trzeba przenieść stąd Whelana - powiedziała.
Zostawiła swoją walizkę w hotelu w mieście i przyjechała na to wzgórze,
nie wiedząc, czego się spodziewać. Przeprowadziła inspekcję wielu
obiektów wojskowych od Fylingdales po Wyspę Bożego Narodzenia i w niektórych pełniła służbę jako funkcjonariuszka ochrony. Wiedziała, że
Whelan spotkał ją na poligonie rakietowym w Australii. Pracowała z Harriesem, gdy odbywała służbę w Malvern. Nie uważała się za szpiega i zbieranie informacji o swoich kolegach uważała za nieprzyjemne zadanie,
ale Ministerstwo Spraw Wewnętrznych zażyczyło sobie, żeby ją lub kogoś
innego przeniesiono z wydziału bezpieczeństwa Ministerstwa Obrony do
Ministerstwa Nauki, a praca to praca. Dotychczas ludzie, z którymi
pracowała, wiedzieli, kim jest, a ona uważała, że wykonując swoje
obowiązki, ich chroni. Tym razem wszyscy byli podejrzani, a ją
zamierzano umieścić wśród nich w roli rzeczniczki prasowej, która może
węszyć i zadawać pytania, nie budząc ich czujności. Reinhart wiedział o tym i nie podobało mu się to. Jej również. Jednak praca to praca - a powiedziano jej, że to zadanie jest ważne.
Mogła bez trudu wejść w swoją rolę: wydawała się tak niewinna, tak
szczera, tak koleżeńska. Musiała tylko siedzieć cicho, słuchać i zbierać
informacje. Niepokoili ją ludzie, z którymi miała się spotkać: mieli
swój świat i swoje wartości. Kim była, żeby ich oceniać lub uczestniczyć
w ich osądzaniu? Gdy Harries kiwnął głową i pomaszerował zrobić to, co
trzeba, gardziła zarówno nim, jak sobą.
Wkrótce potem profesor odszedł, przekazując ją Johnowi Flemingowi.
- Może podrzucisz ją do hotelu Lion, kiedy będziesz wracał do
Bouldershaw. Tam się zatrzymała.
Wyszli na schody, odprowadzając go.
- Jest dość miły - rzekła Judy.
- Twardy jak skała - mruknął Fleming.
Wyjął z kieszeni piersiówkę i pociągnął łyk. Potem podsunął ją Judy.
Kiedy odmówiła, znowu się napił, a ona obserwowała go w świetle ganku,
stojącego z odchyloną do tyłu głową i poruszającą się grdyką, gdy
przełykał. Wyglądał na zdesperowanego i spiętego; może, jak powiedział
Reinhart, za bardzo go eksploatowali. Jednak było w tym coś jeszcze -
jakby miał w sobie nieustannie pracujące dynamo.
- Grasz w kręgle? - Wyzbył się poprzedniej rezerwy. Może sprawił to
wypity alkohol. - W Bouldershaw jest kręgielnia. Przyjdź i zakosztuj
naszych wiejskich rozrywek.
Zawahała się.
- Och, daj się namówić! Nie zostawię cię na łasce tych szalonych
astronomów.
- Sam nie jesteś astronomem?
- No wiesz! Kriogenika, komputery, to naprawdę moja dziedzina. Nie to
bujanie w obłokach.
Poszli na niewielką płytę postojową, gdzie stał jego samochód. Na
szczycie teleskopu paliła się czerwona lampka sygnalizacyjna, a na
ciemnym niebie za nią zaczęły się pojawiać gwiazdy. Niektóre były
widoczne przez wysokie luki filarów, jakby zostały już złowione w sieć
przez człowieka. Kiedy dotarli do samochodu, Fleming spojrzał za siebie
i w górę.
- Mam wrażenie - powiedział ciszej, łagodniej i już nie tak agresywnie.
- Mam wrażenie, że nadchodzi przełom w naukach ścisłych.
Zaczął rozpinać pokrowiec chroniący wnętrze jego auta, małego
kabrioletu, a Judy przeszła na drugą stronę.
- Pozwól, że ci pomogę.
Nie zwrócił uwagi na tę propozycję.
- W pewnym momencie, gdzieś na obrzeżach naszej wiedzy, nagle - bach! -
przedrzemy się dalej. Na zupełnie nowe terytorium. I być może nastąpi to
tutaj, dzięki temu urządzeniu. - Wepchnął zwinięty w kłąb pokrowiec za
fotel. - "Filozofia zawarta jest w tej wielkiej księdze, którą zawsze
mamy przed oczami - mam na myśli wszechświat". Kto to napisał?
- Churchill?
- Churchill! - Zaśmiał się. - Galileusz! "Księga natury pisana jest w matematycznym języku". To też powiedział Galileusz. Nadaje się na
konferencję prasową?
Spojrzała na niego, nie wiedząc, jak to potraktować. Otworzył przed nią
drzwiczki.
- Jedźmy.
Droga z jednej strony wzgórza opadała ku Lancashire, a z drugiej do
Yorkshire. Po stronie Yorkshire wiodła długą doliną, gdzie co kilka mil
widzieli nad rzeką jakiś wysoki ceglany młyn, aż dotarli do miasteczka
Bouldershaw. Fleming jechał za szybko i narzekał.
- Działają mi na nerwy... Cholerna pokazówka dla ministerstw! Stary
profesor zapracowuje na order, a ta ministerialna banda tylko irytuje i zrzędzi. A wszystko to z powodu aparatury badawczej. Ponieważ jest
ogromna i nieziemsko kosztuje, stała się publiczną własnością. Nie winię
starego. Ugrzązł w tym. Nadstawił karku i musi pokazać jakieś wyniki.
- A może ich nie być?
- Nie wiem.
- Myślałam, że to twoja aparatura.
- Moja i Dennisa Bridgera.
- Gdzie jest doktor Bridger?
- W kręgielni. Mam nadzieję, że zarezerwował nam tor. I butelkę.
- Jedną mamy.
- Co komu po jednej? W tych lokalach jest bardzo sucho.
Gdy zjeżdżali ciemną i krętą drogą, opowiadał jej o Bridgerze i sobie.
Obaj byli absolwentami Uniwersytetu w Birmingham, a potem prowadzili
badania w Laboratorium Cavendisha w Cambridge. Fleming był teoretykiem,
a Bridger praktykiem - matematykiem i inżynierem. Bridger był naukowcem
usiłującym uzyskać jak najwięcej w swojej wybranej dziedzinie. Natomiast
Fleming był typowym badaczem, którego nie interesuje nic poza faktami.
Jednak obaj gardzili akademickim środowiskiem, z którego się wywodzili,
i trzymali się razem. Przed kilkoma laty Reinhart wyciągnął ich z tego
bagienka i rozpoczęli pracę nad nowym teleskopem. A ponieważ był chyba
najbardziej znanym i szanowanym astrofizykiem oraz urodzonym liderem i łowcą talentów, bez wahania wykonywali jego polecenia, a on wspierał
ich, zachęcał i praktycznie matkował im podczas długiej i męczącej
realizacji projektu.
Kiedy słuchało się Fleminga, łatwo było zauważyć, że pod maską gbura
skrywa obopólne zaufanie, łączące go z profesorem. Natomiast Bridger był
znudzony i zdenerwowany. On już zrobił swoje. I obaj, jak bez fałszywej
skromności stwierdził Fleming, stworzyli profesorowi najwspanialszy
instrument badawczy na świecie.
Nie pytał Judy o nic, a ona milczała. Zaczekał w hotelowym barze, aż
wróci ze swojego pokoju. Kiedy dotarli do kręgielni, wyglądał już na
bardzo zmęczonego.
Kręgielnia mieściła się w dawnym kinie, budynku wyróżniającym się
jaskrawym neonem i feerią świateł w ciemnościach dawnego przemysłowego
miasteczka. Jej klienci wyglądali na przybyłych skądś indziej, nie z jego brukowanych uliczek. W większości byli to młodzi ludzie. Mieli
dżinsy i kurteczki sprzedawców napoi chłodzących, fryzury na jeża i koszulki ze sloganami. Trudno było ich sobie wyobrazić jako mieszkańców
starych szeregówek w ponurych dolinach Yorkshire. Ich miejscowy akcent i głosy tonęły w powodzi muzyki, rumorze kul i trzasku kręgli na
drewnianym poszyciu torów. Tych było sześć; każdy z dziesięcioma
uchwytami na końcu oraz stojakiem na kule, stolikiem z tabliczką
wyników, ławką i czwórką grających. Gdy kula uderzyła w kręgle, automat
ponownie ustawiał kręgle i odsyłał kulę do grających. Pomimo skupienia i zwinnych ruchów gracze wyglądali na niezbyt zainteresowanych grą;
leniwie wyciągnięci na ławkach, rozmawiali i popijali Coca-Colę z butelek. Było to bardziej zamorskie niż kino: jakby amerykański styl
życia zszedł z ekranu i opanował widownię. To jednak, jak zauważył
Fleming, było obecnie typowe.
Znaleźli Bridgera, chudego, wysokiego mężczyznę, mniej więcej w wieku
Fleminga, grającego z atrakcyjną dziewczyną w cynobrowej bluzce i obcisłych spodniach, która poruszała się z gracją hollywoodzkiej
tancerki, lecz gdy otworzyła usta, jej wymowa zdradziła mieszkankę
Yorkshire. Rzuciła fachowo kulę, wróciła i z palcem w ustach oparła się
o Bridgera.
- Iii, chybiłam o włos.
- To jest Grace.
Bridger zdawał się jej trochę wstydzić. Był przedwcześnie pomarszczony i nerwowy, ubrany w nijakie sportowe ciuchy jak urzędnik pocztowy w sobotni poranek. Ostrożnie uścisnął dłoń Judy, a gdy powiedziała:
"Słyszałam o panu", posłał jej zaniepokojone spojrzenie.
- Panna Adamson - rzekł Fleming, dolewając trochę whisky do Coli
Bridgera. Panna Adamson jest naszym nowym... naszą nową rzeczniczką
prasową.
- Jak masz na imię, kochana? - spytała dziewczyna.
- Judy.
- Masz może kawałek przylepca?
- Och, spytaj w recepcji! - rzucił niecierpliwie Bridger.
- Jedna z waszej drużyny? - spytała Judy Fleminga.
- Miejscowy talent. Dennisa. Ja nie mam czasu.
- Szkoda - powiedziała.
Wydawał się tego nie słyszeć. Pociągnął kolejny łyk z piersiówki i chwiejnie podszedł do toru. Bridger nachylił się do niej
konfidencjonalnie.
- Co pani o mnie słyszała?
- Tylko to, że pracuje pan z doktorem Flemingiem.
- To nie moja broszka. - Wyglądał na zirytowanego; poruszał nosem jak
królik. - Mógłbym zarobić pięć razy tyle w przemyśle.
- I tego pan chce?
- Jak tylko to ustrojstwo na wzgórzu zacznie działać, odchodzę. -
Konspiracyjnie zerknął na Fleminga, a potem znów na nią. - Stary John
zostanie, czekając na kolejne tysiąclecie. I zanim coś znajdzie, będzie
stary. Stary i szanowany. I ubogi.
- I być może szczęśliwy.
- John nigdy nie będzie szczęśliwy. Za dużo myśli.
- Kto za dużo pije? - Fleming chwiejnie wrócił do nich i zapisał swój
wynik.
- Ty.
- Racja - za dużo piję. Bracie, trzeba się czegoś trzymać.
- Może lepiej barierki? - spytał Bridger, kręcąc nosem.
- Widzisz... - Fleming opadł na ławkę obok nich. - Chodzisz, trzymając się
barierek i nagle robisz kolejny krok, a ich już nie ma. Mówiliśmy o Galileuszu - dlaczego? Ponieważ był człowiekiem renesansu. On, Kopernik
i Leonardo da Vinci. Oni nagle - bach! - obalili wszelkie bariery i musieli stanąć na własnych nogach pośród bezmiaru wszechświata.
Podniósł się z ławki i wziął ze stojaka kolejną ciężką kulę. Jego głos
przedarł się przez łoskot muzyki i kręgli.
- Ludzie później ustawili nowe bariery. Teraz jednak mamy nowy renesans!
Pewnego dnia, niepostrzeżenie, gdy wszyscy będą mówić o polityce, piłce
nożnej i pieniądzach... - pochylił się nad Bridgerem - nagle wszystkie
znane nam bariery zostaną obalone - bach! - ot tak!
Zamachnął się kulą i strącił butelki Coli ze stolika w wynikami.
- Och! Uważaj, ty niezdaro! - Bridger zerwał się z ławki i zaczął
podnosić butelki oraz wycierać chusteczką rozlany napój. - Przepraszam,
panno Adamson.
Fleming odchylił głowę do tyłu i się zaśmiał.
- Judy. Ona ma na imię Judy.
Bridger na klęczkach potarł plamę na spódnicy Judy.
- Obawiam się, że to nie zejdzie.
- Nieważne - powiedziała Judy, nie patrząc na niego. Przyglądała się
Flemingowi, zdziwiona i urzeczona.
Nagle odezwał się głośnik.
- Doktor Fleming jest proszony do telefonu.
Fleming wrócił po minucie, potrząsając głową, żeby otrzeźwieć. Podniósł
Bridgera z ławki.
- Chodź, Dennis. Potrzebują nas.
Harvey siedział sam w sterowni, przy pulpicie regulującym dostrojenie
odbiornika. Okno przed nim było czarne jak szkolna tablica, a panującą w pomieszczeniu ciszę przerywał jedynie cichy szum głośnika. Z zewnątrz
nie dochodził tu żaden dźwięk - aż rozległ się warkot samochodu
Fleminga.
Fleming i Bridger weszli przez wahadłowe drzwi i stanęli, mrużąc oczy, w ostrym świetle. Fleming skupił mętny wzrok na Harveyu.
- Co jest?
- Słuchajcie.
Harvey uniósł rękę i nasłuchiwali.
Przez trzaski, gwizdy i syki w głośniku przebijał się charakterystyczny
dźwięk, przerywany, ale wyraźnie słyszalny.
- Alfabet Morse'a - powiedział Bridger.
- Zróżnicowane dźwięki.
Znów nasłuchiwali.
- Krótkie i długie - powiedział Bridger. - Zdecydowanie.
- Skąd to dochodzi? - spytał Fleming.
- Gdzieś z Andromedy. Przeszukiwaliśmy...
- Jak długo to już trwa?
- Około godziny. Już zaczyna być słabiej słyszalny.
- Możesz przestawić reflektor?
- Tak sądzę.
- Nie powinniśmy - rzekł Bridger. - Jeszcze nie powinniśmy zaczynać prób
kontrolnych.
Fleming go zignorował.
- Czy obsługa serwomechanizmu jest na stanowiskach?
- Tak, doktorze Fleming.
- No cóż, spróbuj zlokalizować źródło.
- Nie, słuchaj, John... - Bridger daremnie pociągnął Fleminga za rękaw.
- To może być jakiś sputnik albo coś takiego - powiedział Harvey
- Czy wystrzelono coś nowego? - Fleming uwolnił się z uścisku Bridgera.
- Nic nam o tym nie wiadomo.
- Ktoś mógł umieścić na orbicie jakiś nowy obiekt... - zaczął Bridger, ale
Fleming mu przerwał.
- Dennis... - Starał się zebrać myśli. - Idź i zarejestruj to, dobrze?
Bądź tak miły. I zrób też wydruk.
- Czy nie powinniśmy tego sprawdzić?
- Sprawdzimy później.
Fleming ostrożnie wyszedł na korytarz, pochylił twarz nad pitnikiem i opłukał ją wodą. Kiedy wrócił, odświeżony, promienny i wyraźnie
trzeźwiejszy, Bridger już siedział przy aparaturze, a Harvey dzwonił do
dyżurnego inżyniera. Światła na moment przygasły, gdy włączono silniki
elektryczne. Umieszczony wysoko w górze metalowy reflektor zaczął się
poruszać bezgłośnie i niepostrzeżenie, kompensując obrót Ziemi. Dźwięki
stały się trochę głośniejsze.
- Lepiej się nie da?
- Sygnał nie jest zbyt silny.
- Hm. - Fleming otworzył szufladę konsoli i wyjął katalog. - Czy jego
galaktyczne współrzędne zmieniły się choć trochę?
- Trudno powiedzieć. Nie namierzałem go. Jednak nie mogły się bardzo
zmienić.
- Zatem źródło nie znajduje się na orbicie?
- Powiedziałbym, że nie. - Zaniepokojony Harvey pochylił się nad
suwakami pulpitu. - Czy to może być odbity od księżyca sygnał jakiejś
radiostacji nadającej alfabetem Morse'a?
- To w gruncie rzeczy nie przypomina alfabetu Morse'a, a księżyc jeszcze
jest niewidoczny.
- Tak samo jak Mars czy Wenus. Mam nadzieję, że nie kazałem ci szukać
wiatru w polu.
- Andromeda, mówisz?
Harvey skinął głową. Fleming przewracał strony katalogu, czytając i nasłuchując. Był znowu spokojny i łagodny, tak jak wcześniej z Judy w samochodzie. Wyglądał jak pilny mały chłopiec.
- Trzymasz go?
- Tak, doktorze Fleming.
Fleming podszedł do konsoli i włączył interkom.
- Masz go, Dennis?
- Tak - dobiegł z głośniczka blaszany głos Bridgera. - Jednak nie widzę
w tym sensu.
- Może rano zobaczysz. Spróbuję ustalić odległość.
Fleming wyłączył interkom i z katalogiem w ręku podszedł do wiszących na
ścianie map astronomicznych.
Przez jakiś czas pracowali w ciszy zakłócanej tylko przez sygnały z kosmosu; Fleming lokalizował ich źródło, a Harvey obserwował je przez
wielki i bezgłośny teleskop znajdujący się na zewnątrz.
- Co o tym myślisz? - zapytał w końcu.
- Myślę, że przybywa z bardzo daleka.
Potem po prostu pracowali i nasłuchiwali, a sygnał nadchodził raz po
raz, bez końca.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki