Rozdział 3
Biegłam za chłopakiem ile sił w nogach. Czułam przebiegający po plecach dreszcz, gdy słyszałam głośne kroki biegnących dwóch funkcjonariuszy policji, niosące się echem po opustoszałym metrze.
Moje leki przestawały działać przez nadmiar emocji targających moim ciałem, mój oddech stał się bardzo płytki. Czułam, że w każdej chwili mogę się przewrócić, a mimo tego wciąż biegłam. Gdzieś z tyłu głowy czułam, że gdy pobiegnę za nieznajomym mi mężczyzną, policja nas nie znajdzie.
Biegliśmy przeróżnymi korytarzami, nie byłam pewna, w jakim dokładnie kierunku zmierzamy, obraz przed moimi oczami coraz bardziej tracił ostrość, co naprawdę nie było dobrym znakiem. Zaczęłam się pocić. Czułam, jak drżą mi ręce.
Pomimo tego, że nie jestem wierząca, zaczęłam modlić się do wszelakich bóstw, aby tylko się tutaj nie przewrócić, nie teraz, nie w takiej sytuacji.
Nie mogłam stracić sił, jeszcze chwilę, muszę dać radę.
Muszę wytrzymać.
Chłopak nagle skręcił w lewo i przeskoczył przez jedną z barierek, nie jestem pewna czy kiedykolwiek zwróciłam uwagę na ten zaułek. Powtórzyłam jego ruch, o mały włos nie upadając przy tym na twarz, poczułam jednak, jak silne ramiona ciągną mnie w górę.
- Uważaj kurwa. Jesteś jakaś upośledzona czy co? - Syknął, po czym zaczął iść w głąb korytarza, kierując się w stronę jednych z wielu drzwi.
Nie odezwałam się ani słowem. Mężczyzna, mimo całej tej sytuacji, zachował zaskakująco spokojny wyraz twarzy i otworzył przede mną wąskie, zardzewiałe drzwi, wpuszczając mnie jako pierwszą. Ten drobny gest, zupełnie niepasujący do paniki sytuacji, był dziwnie miły. Na ułamek sekundy pomyślałam nawet: "Co za dżentelmen", zanim mój mózg znów przypomniał mi, że jesteśmy w trakcie ucieczki przed policją.
Zatrzymał się w progu, zerknął jeszcze szybko w lewo i prawo, jakby chciał się upewnić, że nikt nas nie śledzi. Po chwili zniknął za mną w ciemności.
W środku było jak w grobie. Kompletna, gęsta ciemność, taka, która zdaje się wchłaniać dźwięki. Wstrzymałam oddech i nawet nie próbowałam poruszyć się o milimetr. Drzwi zamknęły się za nami niemal bezgłośnie. Przez chwilę było cicho. Za cicho. A potem... on gwałtownie się cofnął i przywarł do ściany.
Zrozumiałam dlaczego dopiero po kilku sekundach - zobaczyłam w oddali dwa ostre, tnące mrok promienie. Latarek.
Idą tu.
Zamarłam.
- I co? Zgubiliśmy ich? Szef nas zabije. - usłyszałam jeden z głosów. Był niższy, chropowaty, ale nerwowy. Brzmiał jak ktoś, kto miał już dosyć wszystkiego.
- Trzeba przeszukać teren, nie mogli daleko uciec, ci gówniarze pewnie nawet nie wiedzieli, gdzie biegną. Chodź, sprawdzimy tutaj. - odpowiedział drugi, bardziej zdecydowany.
Ich kroki zbliżały się niepokojąco szybko. Promienie latarek przecinały przestrzeń, przeskakiwały po ścianach, omiatały rurę wentylacyjną, na której zawisła czyjaś dawno zapomniana kurtka. Policjanci byli już bardzo blisko - słyszałam ich oddechy, słyszałam zgrzyt ich butów na brudnej posadzce. Dzieliło nas dosłownie kilka metrów.
"To już koniec" - przemknęło mi przez głowę. Zaraz nas znajdą.
Moje nogi zaczęły drżeć. Czułam, jak napięcie ściska mi gardło. To nie było tylko nerwowe trzęsienie. To było coś głębiej. Paraliżujące od środka, przeszywające aż po czubki palców u stóp. Drętwiałam. Raz. Drugi. Na przemian.
Oddychałam płytko, z trudem. Serce tłukło się jak oszalałe, a każdy jego ruch wydawał się zbyt głośny, zbyt oczywisty. Wydawało mi się, że zaraz mnie usłyszą. Że usłyszą wszystko.
I wtedy - jak wybawienie - odezwał się głos z krótkofalówki:
- Wracajcie, mamy sprawę do załatwienia.
Głos był stanowczy, chłodny, zupełnie bez emocji. Brzmiał jak ktoś, kto wydaje rozkazy z przyzwyczajenia, nie z przekonania. Ale ten ton sprawił, że nawet mnie wcisnęło mocniej w ścianę.
- Szefie, nie możemy, jakieś gnojki chodzą po zamkniętym metrze. Musimy ich złapać - odpowiedział jeden z policjantów, próbując jeszcze protestować.
- Zrobicie to później, są sprawy ważne i ważniejsze. Nie waż mi się sprzeciwiać, wiesz, jak to się kończy. Chcę was widzieć na komendzie, ale to już, czy wam się to podoba, czy nie.
Ten ton nie pozostawiał wątpliwości. Komendant nie był kimś, komu się odmawia. Nawet ja - choć nie wiedziałam, jak wygląda - miałam wrażenie, że widzę jego zimne spojrzenie.
- Zaraz będziemy. Bez odbioru - rzucił jeden z nich. I wtedy... cisza.
Usłyszałam, jak ich kroki zaczęły się oddalać. Dźwięk ich butów powoli cichł. Światła latarek zniknęły za rogiem, zostawiając nas z powrotem w mroku. Ciemność była nagle ciepła, wręcz przytulna.
Wycofali się.
Uratowani.
Spojrzałam na chłopaka, który do tej pory stał nieruchomo jak posąg. Z jego ust wyrwało się krótkie westchnięcie ulgi - takie, które brzmi jak powrót do życia. Widziałam jego twarz coraz mniej wyraźnie, jakby świat powoli się zacierał.
I wtedy poczułam.
Zimny pot spływający po kręgosłupie. Dłonie drżały mi tak mocno, że nie mogłam ich uspokoić. Obraz przed oczami zamglił się, zaczęło mi się kręcić w głowie, jakbym właśnie zeszła z kolejki górskiej, która trwała za długo.
Miałam wrażenie, że zaraz stracę przytomność.
Ale żyłam.
Wciąż tu byłam.
I choć wszystko wirowało, choć ciało zdawało się mnie zdradzać, wiedziałam jedno - właśnie cudem uniknęliśmy złapania. I to uczucie, choć cholernie intensywne, miało w sobie coś... uzależniającego.
Rozdział 4
Na chwilę straciłam kontakt z rzeczywistością, było ze mną naprawdę źle. Gdy zorientowałam się, gdzie jestem i co tu robię, obraz zaczął się wyostrzać. Niestety trwało to tylko chwilę.
Zostałam posadzona na czymś miękkim, ale i twardym jednocześnie. Kanapa.
- Słyszysz mnie? Wszystko dobrze? Jak się nazywasz? - Dochodził do mnie głos, a po chwili obraz przed moimi oczami zaczął się wyostrzać, stała przede mną dziewczyna a burza rudych prostych włosów spływała jej po ramionach, wyglądała jak anioł. A może tylko wtedy tak mi się wydawało. Czułam się tak, jakbym znowu była na fazie.
- Syntia.. - Wychrypiałam, mój głos brzmiał dziwnie słabo, odchrząknęłam i mówiłam dalej, mój stan wciąż się nie poprawił. - Słyszę.
- Posłuchaj mnie Syntio, spróbuj skupić się na moich słowach dobrze? Wiem, że nie czujesz się najlepiej. - Skinęłam głową, a rudowłosa nieznajoma, widząc moją zgodę, kontynuowała. - Nazywam się Samantha, możesz mówić mi Sam, tak będzie Ci łatwiej. Widzę, że nie czujesz się zbyt dobrze, czy chorujesz na coś? Bierzesz jakieś leki? - Zapytała z poważną miną, głęboko wpatrując się we mnie swoimi intensywnie zielonymi oczami, robiła to tak, jakby chciała mnie dosłownie prześwietlić. Przerażające.
- Tak, biorę leki. Nie mam ich przy sobie, ale spokojnie, zaraz mi przejdzie. - Odpowiedziałam nieco pewniej, próbując przekonać Sam, że dam radę. Ta jednak nie dała za wygraną.
Na chwilę ode mnie odeszła, jej obecność działała na mnie zaskakująco dobrze, gdy była blisko nie czułam się już tak okropnie.
Skorzystałam z chwili i rozejrzałam się po pomieszczeniu, w którym się w tej chwili znajdowałam. Było ciemno, jednak nie na tyle, abym nie mogła zobaczyć jedynie czerni, która mnie otaczała. Zobaczyłam kilka stołów rozstawionych w różnych zakątkach pomieszczenia, jeden w rogu, jeden dosłownie na środku pokoju a kolejne dwa pod ścianą naprzeciwko mnie, tam właśnie podeszła Samantha.
Wróciła do mnie, trzymając na rozłożonej dłoni dwie żółto-pomarańczowe tabletki a w drugiej ręce kubek z białą gęstą cieczą.
- Proszę, tabletki uspokajające, przeciwlękowe lub antydepresanty. Nie jestem pewna, na co chorujesz, ale patrząc na Twoje objawy, mogę stwierdzić, że na któreś z wymienionych. Trzy w jednym. - Puściła do mnie oczko i wskazała na kubek, znajdujący się w jej lewej dłoni kontynuując. - A to tutaj to po prostu glukoza w najczystszej postaci, zdecydowanie spadł Ci cukier, więc grzecznie to wypij i połknij te piękne pigułki, nie chcę mieć Cię na sumieniu. - Dokończyła z chytrym wręcz fałszywym uśmieszkiem i wręczyła mi wcześniej wymienione produkty.
Moja mama odkąd pamiętam powtarzała mi, abym nie brała niczego od obcych, ale oni akurat uratowali mi życie.
Brałam o wiele gorsze rzeczy, od o wiele gorszych ludzi. Nic już nie mogło mi zaszkodzić, żadne prochy nie mogły mnie już zniszczyć. Narkotyki, które brałam, słodkie małe gwiazdeczki przypominające cukierki dla dzieci zrobiły już swoje, wyniszczając każdą komórkę mojego ciała. Ledwo z tego wyszłam, przez nie moje serce o mało co się nie zatrzymało, lecz stan, jaki dawały, był niezapomniany.
Połknęłam tabletki, popijając je gęstą mazią, którą faktycznie była czysta glukoza - woda z dodatkiem bardzo, ale to bardzo dużej ilości cukru. Gdy piłam ten roztwór, chciało mi się wymiotować, jakoś jednak dałam radę i opróżniłam kubek kilkoma dużymi, szybkimi łykami. Jedyne co zostało po tej miksturze, to bardzo słodki a wręcz nieprzyjemnie mdły posmak w gardle.
- Lepiej? - Zapytała Sam, siadając obok.
- Tak, dziękuję Ci. - Powiedziałam szczerze. Naprawdę nie wiem, co by się ze mną stało, gdyby nie zaoferowała mi pomocy.
Na kanapie w drugim rogu pokoju zobaczyłam cienie dwóch męskich sylwetek, wolałam jednak na razie nie wiedzieć, kim są Ci ludzie.
Rozdział 5
- Palisz? - zapytała rudowłosa, zerkając na mnie spod burzy włosów, które wyglądały, jakby same żyły własnym życiem. Z kieszeni wyciągnęła lekko sfatygowaną paczkę czerwonych Marlboro i podała mi ją z niemalże sceniczną gracją. Osobiście wolałam Goldy - mniej gryzące w gardło - ale w tej chwili naprawdę nie miałam zamiaru wybrzydzać. Potrzebowałam czegoś, co choć na chwilę odciągnie mnie od szumu w głowie.
Skinęłam głową i sięgnęłam po jednego, dotykając jej dłoni. Skóra miała chłodny dotyk, jakby też niedawno była w tym samym miejscu co ja - tu, gdzie adrenalina zostawia swój ślad pod skórą.
- Dzięki - mruknęłam cicho, prawie szeptem, odruchowo wkładając papierosa między usta. Czułam, jak moje palce lekko drżą, ale zgrywałam twardzielkę. Jak zawsze.
Ona odpaliła najpierw swojego, potem nachyliła się w moją stronę i podała mi ogień. Iskra zapalniczki przeskoczyła między nami, krótkie klik, ciepło płomienia, dym... i nagle cały ten popieprzony wieczór wydawał się bardziej surrealistyczny niż przerażający.
Przez chwilę paliłyśmy w ciszy. Dym unosił się leniwie w powietrzu, zostawiając za sobą nikotynowy ślad, który był niemal jak wspomnienie - gorzkie, znajome, trochę kojące.
- Nieźle się odwaliło, co? Policji to ja się tutaj nie spodziewałam. - rzuciła z półuśmiechem, wypuszczając powoli dym z nosa.
Oparłam się o ścianę i spojrzałam w ciemność, gdzie jeszcze chwilę temu tliło się światło policyjnych latarek. Pokiwałam głową.
- Zdecydowanie za dużo jak na jedną noc.
- Gdy Srebrny wróci, zdecydujemy co dalej. - Zwróciła się do dwóch chłopaków siedzących pięć metrów od nas.
Kim jest Srebrny?
Zastanawiałam się, aż nagle mnie olśniło, zaczęłam myśleć w miarę racjonalnie. Te śmieszne tabletki naprawdę zaczęły działać, tylko skąd ona je miała? Też na coś chorowała? Nie wygląda na taką, która obawiałaby się czegokolwiek. Wygląda na naprawdę twardą kobietę.
Srebrny. Tak zapewne nazywają tego chłopaka, który mnie tu przyprowadził. W zasadzie to ja się tutaj za nim wpierdoliłam, ale to on powiedział, że mam spierdalać, więc spierdoliłam, razem z nim. Teraz jednak go tutaj nie było, byłam ciekawa gdzie się podział, co prawda nie powinno mnie to obchodzić, ale w końcu ciekawość to pierwszy stopień do piekła a na trafienie do nieba nie mam żadnych szans. Raz kozie śmierć.
- Kto to Srebrny? - Po chwili zaczęłam żałować, że zadałam to pytanie.
Dziewczyna spojrzała na mnie podejrzliwym wzrokiem, tak jakbym co najmniej była z innej planety lub po prostu zadała jej jakieś skomplikowane pytanie, na które nie zna odpowiedzi.
- Ja. - Usłyszałam zachrypnięty głos tuż nad moim uchem. Prawie podskoczyłam z zaskoczenia.
Co się ze mną działo? Przecież nie boję się niczego, chodzę po opuszczonych budynkach, które w każdej chwili mogą się na mnie zawalić i odebrać mi życie. A nagle zaczynam skakać w powietrze od głosu jakiegoś dziwnego typa, trzymajcie mnie. Zdecydowanie nie jestem już sobą.
Zaciągnęłam się odpalonym papierosem i ignorując wszystkie głosy i szepty dookoła, wpuściłam dym do najgłębszych zakamarków moich płuc. Wypuściłam go dopiero po jakimś czasie, a ten praktycznie w ogóle ze mnie nie wyleciał.
***
Stwierdziłam, że muszę wrócić do domu, gdy byłam już przy drzwiach, mężczyzna zatrzymał mnie i dał mi nóż, jak sam stwierdził - do obrony.
Szłam przez opustoszałe korytarze, a metalowe ściany odbijały każdy mój krok, jakby chciały mi przypomnieć, że wciąż tu jestem - i że może nie powinnam. W jednej ręce trzymałam nóż, który zostawił mi Srebrny. Mały, z różową rękojeścią. Kiczowaty jak cholera, ale ostry jak moje spojrzenie po nieprzespanej nocy.
Nie mogłam przestać o nim myśleć. O tym jego wzroku - nieobecnym, zimnym, jakby widział coś, czego ja jeszcze nie zdążyłam doświadczyć. Albo jakby widział za dużo. Może za bardzo się starałam zgrywać twardą, może naprawdę był kimś, kto rozumie więcej, niż mówi. Ale to nie moja sprawa. Nie teraz.
Kiedy weszłam na zewnątrz, chłodne powietrze uderzyło mnie prosto w twarz, przynosząc ze sobą odrobinę ulgi. Noc była spokojna. Zbyt spokojna, biorąc pod uwagę, że przed chwilą niemal miałam gliniarzy na karku i jakiś typ wręczył mi nóż, jakbym miała wejść w coś, co nawet nie miało jeszcze imienia.
Trzymałam ten nóż w kieszeni kurtki, palcami badając zimny metal. I pomyślałam sobie, że to nawet trochę romantyczne - w popierdolony sposób, ale jednak. Jakby wręczył mi zbroję przed wojną, którą jeszcze mam stoczyć, a której nie znam ani dnia, ani godziny.
Zatrzymałam się na moment, żeby zapalić kolejnego papierosa. Dym wypełnił moje płuca i na kilka sekund wyciszył wszystko - chaos w głowie, niepokój w ciele, ten absurdalny pęd ostatnich godzin.
"Muszę się przespać z moimi myślami, zanim prześpię się z tym całym Srebrnym" - powtórzyłam sobie w myślach, a potem zaśmiałam się cicho. Tak, dokładnie. Najpierw ogarnę siebie. Potem... zobaczymy.
Nie wiedziałam, co przyniesie jutro, ale wiedziałam jedno: to jeszcze nie koniec.
Rozdział 6
Nigdy nie sądziłam, że kiedykolwiek będę wychodzić z metra z nożem w ręce. Pewnie wyglądam z nim bardziej śmiesznie niż groźnie, a to dlatego, że nie jestem zbyt wysoka.
Było około drugiej nad ranem, stwierdziłam, że zanim udam się do domu, przejdę się jeszcze po okolicy.
Mogło to się dla mnie skończyć bardzo źle, lecz zrozumiałam to zdecydowanie za późno.
Krążyłam bez większego celu po ulicach Berlina, niektóre z nich znałam na pamięć, a o niektórych istnieniu nawet nie zdawałam sobie sprawy. Wolę nie zapuszczać się w niektóre rejony tego pięknego miasta, nie bardzo widzi mi się widok mojej odciętej głowy.
***
Chodziłam już tak około godzinę, w mojej głowie zaczęły kreować się dziwne myśli.
Czy krew jest tak samo słodka, jak miód?
Czy jestem psychopatką?
Kto normalny myśli o takich rzeczach?
Ja na pewno do tych normalnych nie należałam. Chodzę z pieprzonym nożem w kieszeni. Nożem, który dostałam od kompletnie obcego typa. Nie powinnam była go przyjmować. Cała ta sytuacja była ostro popieprzona i nawet ja nie potrafiłam znaleźć w niej, choćby ziarna logiki.
Miałam na sobie czarną, lekko spraną bluzę z kapturem, który szczelnie zakrywał moje włosy, oraz jasnobrązowe dresy, lekko przybrudzone od codziennego użytkowania. Wyglądałam jak każda przeciętna nastolatka, która właśnie wróciła z całodniowej włóczęgi po mieście - nic szczególnego, nic wartego większej uwagi. Wtopiona w tło. A jednak, nawet w tak banalnym stroju, moje pojawienie się na pustej, nocnej ulicy wzbudzało niepokój. Nie dlatego, że wyglądałam groźnie, ale dlatego, że o tej porze takich jak ja zwyczajnie się tutaj nie widuje.
Dziewczyny w moim wieku wolały zostać zamknięte w bezpiecznych czterech ścianach - nie dlatego, że były słabe, ale dlatego, że miały rozum. Wiedziały, że noc rządzi się swoimi prawami. Ulice, które za dnia tętniły życiem, nocą zamieniały się w nieprzewidywalną przestrzeń pełną cieni i niedopowiedzianych historii. W mroku wszystko staje się inne.
Głośniejsze. Szybsze. Groźniejsze.
Tu, w tym mieście, po zmroku zaczyna się zupełnie inna bajka - a raczej koszmar. Kręcą się dilerzy z oczami jak rozpalone węgle, przekazują sobie towar w zaułkach, jakby grali w jakąś choreograficzną wersję szachów. Gdzieś dalej grupka najebanych nastolatków drze się wniebogłosy, rzucając butelkami o ściany kamienic, śmiejąc się tak, jakby nie istniało jutro. I są też inni - cisi, nieobliczalni, z czymś zimnym i błyszczącym schowanym pod bluzą. Tacy, którzy patrzą, ale nigdy się nie odzywają. Tacy, którzy znikają szybciej, niż się pojawili. Z nimi nie ma rozmowy. Z nimi nie ma czasu na decyzje.
W tym mieście nawet domy mają oczy. Czasem można wręcz poczuć ten wzrok - jakby zza firany ktoś właśnie cię analizował, ważył, decydował, czy jesteś wart zachodu. Tutaj mury nie są tylko architekturą. One słyszą, widzą, rejestrują. I przekazują dalej.
Wystarczy sekunda, byś zrozumiał, że jesteś tylko pionkiem w cudzej grze. Że możesz zostać zaatakowany, nie dlatego, że zrobiłeś coś złego, ale dlatego, że ktoś miał zły dzień. Czasem wystarczy, że spojrzysz za długo, przejdziesz nie tym chodnikiem, co trzeba, czy znajdziesz się o złą godzinę w złym miejscu. I nikt cię potem nie znajdzie. Może poza szczurami.
Z jednej strony to wszystko jest przerażające, a z drugiej... cholernie absurdalne. Prawie komiczne. Bo jak inaczej traktować fakt, że w 2025 roku, w środku "cywilizowanego" miasta, boisz się zrobić krok poza swoją ulicę, jakbyś grał w rosyjską ruletkę za każdym razem, gdy przekraczasz próg domu?
Nie wiem, może to ja jestem szalona, że w ogóle się w tym odnajduję. Ale może właśnie dlatego, że ta noc jest tak nieprzewidywalna, czuję, że pasuję do niej bardziej niż do dnia.
Po chwili przechadzania się po chodniku stwierdziłam, że przejdę przez jedną z uliczek i zapalę fajkę. Bo przecież co może się stać?
Stanęłam mniej więcej w połowie drogi, okazało się, że nie jest to uliczka, tylko ślepy zaułek, zaczęły przypominać mi się te wszystkie filmy, które oglądałam, postacie w kapturach czy maskach chcące zabić lub zgwałcić bezbronną dziewczynkę.
Ja na szczęście byłam uzbrojona, w kieszeni miałam ostry nóż a w ręku palącego się papierosa, w każdej chwili mogłabym wjebać go komuś w oko i patrzeć na swoje dzieło.
Rozdział 7
Nie sądziłam jednak, że moje dziwne teorie się spełnią.
Spaliłam papierosa i rzuciłam niedopałek na beton, zadeptując żar butem. Spojrzałam w stronę wejścia w zaułek, w moją stronę zmierzali dwaj chłopcy, na oko w moim wieku, może trochę starsi.
Pomyślałam, że pewnie przyszli tu w takim samym celu jak ja, dyskretnym zapaleniu fajki lub trawki.
Jednak oni stanęli przede mną i przez chwilę mi się przyglądali.
- A co ty tu robisz sama o tak późnej porze? - Zapytał jeden z nich, drugi natomiast patrzył się na mnie jak zwierzyna na swoją ofiarę.
- Spierdalaj. - Odpowiedziałam, mając nadzieję, że zaraz się ode mnie odwalą. Tak się jednak nie stało.
- Szkoda by było, gdybym pociął Ci tą Twoją śliczną buźkę, prawda? - Zignorował moje słowa i wyciągnął z kieszeni nóż, zaczął obracać nim w dłoni. - Dalej będziesz taka wyszczekana czy się uspokoisz?
W odpowiedzi splunęłam mu w twarz. Starł moją ślinę z twarzy i przycisnął nóż do mojej szyi. Poczułam, jak ostrze nacina mi skórę, a od szyi do dekoltu spływa mi strużka ciemnoczerwonej cieczy. Chyba powinnam zacząć panikować lub wzywać pomocy, zamiast tego zaczęłam się śmiać tak psychicznie, że aż ten drugi odsunął się ode mnie o krok do tyłu, co jeszcze bardziej mnie rozbawiło. Nagle chłopak, który trzymał nóż na moim gardle, uderzył moją głową w betonową ścianę za mną, przeszył mnie ostry ból.
- Nie słyszałeś, gdy kobieta powiedziała Ci, że masz spierdalać? Mam Ci to wytłumaczyć jeszcze raz? Czy może przeliterować? - Nagle usłyszałam ten znajomy głos, otworzyłam oczy pełna nadziei i zobaczyłam jego. Srebrny.
- A kim Ty kurwa jesteś, nie mieszaj się w nie swoje sprawy i nie zgrywaj bohatera. - Zaśmiał się drugi mężczyzna stojący przy mnie, uwydatniając przy tym swoje czarne spróchniałe zęby. Fuj.
- Będę się mieszać. Bo ruszając moją kobietę, popełniliście wielki błąd. - Powiedział ze wciąż kamiennym wyrazem na twarzy.
Moją kobietę.
Poczułam się dziwnie miło, gdy te słowa wypłynęły z jego ust. Nie powinno tak być.
- Bo co mi niby zrobisz? - Tym razem odpyskował mu mężczyzna trzymający nóż przy moim gardle.
Do tej pory kamienna twarz Srebrnego zmieniła swój wyraz, na jego ustach zagościł mały uśmieszek, a w oczach pojawił się dziwny, wręcz zwierzęcy błysk.
- Byłoby mi was naprawdę szkoda, gdyby nie to, że ruszyliście moją kobietę. Tym czynem popełniliście naprawdę poważny błąd, musicie teraz za niego zapłacić. - Powiedział powoli i wyraźnie, aby mieć pewność, że mężczyźni zrozumieli, co ma im do przekazania.
Spojrzeli najpierw na siebie nawzajem, później na mnie, a następnie na mojego wybawcę. Zauważyłam wtedy, że ich źrenice są nienaturalnie rozszerzone. Byli naćpani.
Wszystko nagle zaczęło dziać się bardzo szybko. Srebrny rzucił nożem, trafiając idealnie w szyję jednego z moich oprawców, przez co ten od razu padł na ziemię. Ostrze przerwało mu tętnicę szyjną, przez co dookoła niego zaczęła się tworzyć spora kałuża szkarłatnej cieczy.
- I co teraz? Twój kolega już Ci nie pomoże. - Powiedział z wręcz psychopatycznym uśmiechem na ustach, patrząc z dziką satysfakcją, jak leżącego opuszczają ostatnie bardzo płytkie oddechy.
Srebrny był nieobliczalny. Dopiero teraz zdałam sobie z tego sprawę. Nie wiem, czy nie było na to trochę za późno.
Mój wybawca wykorzystał chwilę, gdy mężczyzna zapatrzył się na swojego towarzysza. Podbiegł do niego i jednym płynnym ruchem odciął mu rękę, którą próbował mnie skrzywdzić, tą, w której trzymał ostrze przy mojej szyi. Tak. Upierdolił mu cholerną rękę.
- I co teraz? - Zapytał, ze słyszalną kpiną w głosie. - No co teraz zrobisz? Zabijesz mnie? Proszę bardzo, droga wolna, spróbuj.
Mężczyzna został sprowokowany, pomimo odciętej dłoni rzucił się na Srebrnego, czego od razu pożałował.
Zapewne był pewny, że nóż, który trafił w szyję jego przyjaciela, był jedynym, jaki mężczyzna miał przy sobie. Wtedy jednak nie zdawał sobie sprawy z tego, w jak wielkim był błędzie. Zanim zdołał do niego dobiec, Srebrny jednym ruchem wbił mu nóż w brzuch i pociągnął w górę.
Chociaż chciałam, nie byłam w stanie odwrócić wzroku od tego zjawiska. Wnętrzności człowieka rozlały się na betonowym podłożu. Jego oczy otworzyły się szeroko, a nieruchome ciało upadło na beton. Przez to wszystko zapomniałam o tym, że w mojej kieszeni również znajduje się nóż.
Jednak jest już po wszystkim. Już nic mi nie grozi.
Rozdział 8
Spojrzałam na Srebrnego, jego spojrzenie ze zwierzęcego zmieniło się na zadziwiająco łagodne.
- Nic Ci nie jest? Dobrze się czujesz? - Zapytał, podchodząc do mnie ostrożnie i przyglądając się ranie, którą zadał mi jeden z tych ćpunów.
- Jest okej - Odpowiedziałam pewnie, jednak najwidoczniej nie zabrzmiałam wystarczająco wiarygodnie.
- Nie. Nie jest okej. Nic nie jest okej Syntio. - Wzdrygnęłam się, kiedy wypowiedział moje imię, w jego ustach zabrzmiało zarazem jak obietnica, ale i słodkie kłamstwo. - Chodź, opatrzymy to.
Bez zbędnego zastanawiania się ruszyłam w przeciwną stronę, gdy tylko wyszliśmy z uliczki. Nie byłam do końca pewna, gdzie chce mnie zaprowadzić, z powrotem do metra? A może gdzieś indziej?
Zanim zdążył zauważyć, że nie podążam za nim, zaczęłam biec w stronę domu. Oczywiście nie biegłam prosto w jego stronę, aby mężczyzna nie dowiedział się, gdzie dokładnie mieszkam.
***
Gdy przekroczyłam próg domu, od razu najciszej jak mogłam, aby nie obudzić mamy, udałam się do swojego pokoju. Zastałam w nim Pixe leżącą na mojej poduszce, gdy otworzyłam drzwi, oczy zwierzęcia od razu rozbłysnęły w ciemności.
- Wróciłam. - Szepnęłam do niej z uśmiechem na ustach.
Przebrałam się w piżamę i położyłam się obok wiewiórki, przykrywając się kołdrą po same uszy. Było mi strasznie zimno, co było dziwne, przecież okno oraz drzwi do mojego pokoju były pozamykane.
Nagle usłyszałam dźwięk telefonu oznaczający nadejście wiadomości. Kto pisze do ludzi o takiej godzinie do cholery?
Od: Nieznany
Nie Ładnie tak uciekać Syntio.
Otworzyłam szeroko oczy i odpisałam. Od razu zmieniłam również jego nazwę w moich kontaktach.
Do: Srebrny
Skąd do cholery masz mój numer?
Odpowiedź nadeszła zadziwiająco szybko.
Od: Srebrny
Mam swoje sposoby ;)
Słodkich koszmarów.
Zablokowałam telefon i odłożyłam go na szafkę nocną. Dlaczego zastanawia mnie to, skąd ten człowiek dostał w posiadanie mój numer, przecież uciekał przed policją i zabił dwóch ludzi na moich oczach. W porównaniu do sytuacji z dzisiaj zdobycie mojego numeru było zwykłą błahostką.
Rozdział 9
Srebrny
Będąc blisko tej dziewczyny, czuję się dziwnie. Nie chodzi o pociąg, ciekawość czy typową fascynację, jaką zazwyczaj wzbudzają młode, zadziorne dziewczyny. To coś zupełnie innego. Coś, co wprawia mnie w lekki dyskomfort. Jej emocje, chociaż nie wypowiedziane na głos, odbijają się na mojej skórze, zostawiając ślad. Jakby jej strach, bunt, zamęt - cały ten wewnętrzny chaos - przenikał przez powietrze i wwiercał się gdzieś pod moją bliznę, tam, gdzie myślałem, że już nic nie czuję.
Gdy wychodziła z metra, coś mnie tknęło. Nie, nie coś. Ktoś. Ona. Jej krok był pewny, ale kark napięty. Plecy spięte, jakby w każdej chwili spodziewała się ciosu z tyłu. Wiedziałem, że nie wróci spokojnie do domu. Znałem te okolice. Wystarczy jeden cień zbyt długi, jeden gwizd w pustce - i ta noc mogła się skończyć zupełnie inaczej.
Więc poszedłem za nią. Bezszelestnie, jak cień. Trzymałem dystans, wystarczająco daleko, by nie wzbudzić podejrzeń, ale wystarczająco blisko, by zareagować w razie czego. Mój krok zlewał się z dźwiękami miasta - odległym sygnałem karetki, szuraniem reklamówki po bruku, kapanie wody z rynny. Nikt mnie nie słyszał. Nikt nigdy nie słyszy.
Skręciła raz, potem drugi. Zatrzymała się, spojrzała przez ramię. Odruchowo przylgnąłem do ściany. Serce nie przyspieszyło nawet o uderzenie. To była rutyna. Ale ona... ona mnie wyczuła. Być może nie wiedziała, kto. Może nie była pewna. Ale czuła. Takie osoby nie przeżywają długo. Zbyt czujne, zbyt rozbite.
Co jakiś czas wypuszczała powietrze przez zaciśnięte usta. Jakby próbowała nie dać po sobie poznać strachu. Twarda. Ale nie aż tak twarda, jak myśli.
Powinna była iść prosto, a jednak skręciła w ślepą uliczkę. Zgubiła się? Próbowała skrótu? A może specjalnie? Testowała mnie?
Zatrzymałem się i oparłem o chłodną cegłę. Z kieszeni wyjąłem małą, metalową zapalniczkę i obracałem ją w palcach. Czekałem.
Zobaczymy, czy wyjdzie. Zobaczymy, czy będę musiał interweniować.
Zamiast jej kierującej się ku wyjściu z uliczki zauważyłem dwóch gości, najprawdopodobniej naćpanych zmierzających w tamtą stronę. Nie mogłem nie zareagować, nie pozwolę aby więcej w mojej obecności kobiecie stała się krzywda.
Raz już na to pozwoliłem, drugi raz nie popełnię tego błędu.
Wszedłem do domu, miałem wtedy piętnaście lat, poruszałem się wystraszony po tym pozornie idealnym domu z pierdoloną idealną rodzinką. Nagle On wyszedł zza rogu. Mój ojciec trzymał w ręce pas, musiałem dostać karę. Wciąż pamiętam, jak próbowałem uodpornić się na ból za każdym razem, gdy to robił. Później wręcz, zamiast płakać, zaczynałem się śmiać, podczas gdy na moich plecach powstawały nieziemskich rozmiarów siniaki, ten skurwiel nie żałował siły. Raz moja mama chciała mnie bronić, zawsze mnie broniła, a nawet jeśli sama już nie miała siły, to przynajmniej jako była pielęgniarka, mogła opatrzeć moje rany.
Byłem jej za to bardzo wdzięczny. Jednak pewnego dnia postanowiła mnie obronić, powiedziała mu, żeby mnie zostawił, że jestem jeszcze mały. Spytała się go czy posiada coś takiego jak serce. I to był błąd. Leżałem na wpół przytomny na zimnych kafelkach, a ten bydlak podszedł do mamy i zaciągnął ją za włosy do piwnicy. Miejsca moich tortur. Przesiedziałem tam pół życia, ucząc się przeróżnych technik posługiwania się nożami. Słyszałem jej przeraźliwe krzyki, ten dziad nie znał litości. Gdybym tylko dał radę się podnieść, może mógłbym jej pomóc. Później krzyki ucichły, trzymał mamę w piwnicy "dopóki nie nabierze rozumu do głowy".
Zawsze po tym, jak stłukł mnie na kwaśne jabłko, zaciągał mnie do piwnicy i zamykał tam, dopóki nie stwierdził, że zmądrzałem.
Nie mogliśmy mu nic zrobić, był wysoko postawiony, handlował narkotykami pomiędzy Berlinem a Europą. Nikt by nawet nie uwierzył, że za drzwiami domu tak porządnego człowieka dzieją się takie rzeczy.
Stanąłem centralnie na rogu, ustawiłem się tak aby nikt z tej trójki nie mógł mnie dostrzec zanim sam nie poinformuję ich o swojej obecności, jedyne co robiłem to stałem i słuchałem. Dopóki nie zaczną być zagrożeniem, postanowiłem nie interweniować. Jednak gdy usłyszałem, co ci skurwiele do niej mówią, nie wytrzymałem. Musiałem zareagować.
Rzucanie nożem i odcinanie kończyn nie było dla mnie zbyt wielkim problemem, uwielbiałem ciężar kosy w mojej dłoni, uwielbiałem to, jak ostre były moje noże, wiedziałem, że one nigdy mnie nie zawiodą. Nauka z lat dziecięcych wcześniej nie poszła na marne. Tak również nie stało się tym razem, jeden nóż poleciał, trafiając idealnie w tętnice jednego z tych pierdolonych ćpunów, którzy chcieli skrzywdzić Syntię. A drugim z nich odciąłem jego koledze dłoń, nie pozwolę aby mężczyzna skrzywdził kobietę w mojej obecności.
Już nigdy na to nie pozwolę.