A gdybyś wiedziała - Tadeusz Czerniawski

Kup ebooka

30.29 zł
25.14 zł (30,29 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przedmowa

Są książki, które czyta się dla fabuły. Są takie, które czyta się dla języka. I są wreszcie takie, które czyta się z rosnącym niepokojem, bo już po kilku stronach wiadomo, że pod warstwą opowieści ukryto coś znacznie ważniejszego niż sam ciąg zdarzeń. Do tej ostatniej kategorii należy właśnie ta książka. To utwór osobny, odważny i niezwykle sugestywny - zarazem kameralny i rozległy, codzienny i metafizyczny, chłodny w opisie, a rozpalony emocjonalnie.

Na pierwszy rzut oka mamy tu sytuację niemal ascetyczną: dwoje ludzi, dom na wsi pod Bydgoszczą, wieczory, zwyczajne zajęcia, powtarzalny rytm codzienności. Ona pracuje, krząta się, dba o dom, porządek, jedzenie, rytuały dnia. On siedzi, obserwuje, pyta. I właśnie z tej prostoty wyrasta literatura najwyższej próby. Autor znakomicie rozumie, że największe napięcie nie zawsze rodzi się z pogoni, krwi i gwałtownego zwrotu akcji. Czasem wystarczy jedno pytanie zadane przy kuchennym stole, na tarasie, przy szumie pralki albo nad deską do prasowania. Czasem wystarczy, że ktoś, kto zna nas najlepiej, nagle zaczyna mówić o tym, co najbardziej niepojęte: o utracie, bólu, śmierci, przemijaniu i o tym, co pozostaje z człowieka, kiedy odejmie mu się wszystko.

Siła tej książki polega na tym, że nie daje się ona zamknąć w jednej kategorii. To nie jest jedynie powieść psychologiczna, choć portret relacji małżeńskiej został tu rozpisany z wyjątkową czułością i okrucieństwem zarazem. To nie jest też tylko proza medyczna, choć precyzja opisów ciała, choroby i biologicznych granic człowieka robi ogromne wrażenie. Nie jest to również zwykły thriller egzystencjalny, choć napięcie rośnie niemal z rozdziału na rozdział. Autor umiejętnie splata wszystkie te porządki: reportażową uważność wobec detalu, medyczną ścisłość, kryminalną dramaturgię i psychologiczną prawdę o ludziach, którzy kochają się nie zawsze pięknie, ale za to prawdziwie.

Najbardziej uderza sposób, w jaki cielesność zostaje tu potraktowana. Ciało w tej książce nie jest dekoracją ani neutralnym narzędziem. Jest polem walki, domem, archiwum wspomnień, źródłem lęku, ale też ostatnim dowodem istnienia. Autor z imponującą swobodą operuje językiem medycyny, a jednocześnie nigdy nie popada w pusty pokaz erudycji. Terminologia nie służy popisowi. Służy demaskacji złudzeń. Pokazuje, jak kruche są nasze wyobrażenia o kontroli, jak niewiele trzeba, by codzienność rozsypała się pod naporem jednego zdarzenia, jednego narządu, jednej awarii biologii. A przecież równocześnie w tej bezlitosnej anatomii człowieka ukryte jest coś poruszającego: świadomość, że wszystko, co najważniejsze, dzieje się właśnie w tej kruchości.

Równie wielką zaletą książki jest konstrukcja dwojga bohaterów. To para napisana znakomicie, bez uproszczeń i bez taniego moralizowania. Marek mógłby zostać zredukowany do roli cynicznego oprawcy intelektualnego, a Jolanta do roli ofiary jego wyrafinowanych pytań. Nic podobnego się tu nie dzieje. Im dalej w lekturę, tym wyraźniej widać, że ich rozmowy są czymś więcej niż pojedynkiem. To osobliwy, bolesny, lecz głęboko intymny rytuał. On ukrywa uczucia za wiedzą, chłodem i analizą. Ona ukrywa lęk za pracą, porządkiem i konkretnością. Oboje mówią do siebie nie wprost, ale z każdym kolejnym wieczorem stają się wobec siebie coraz bardziej odsłonięci. Właśnie to napięcie - między wypowiadanym a przemilczanym, między diagnozą a czułością, między szyderstwem a troską - sprawia, że ich relacja jest tak przekonująca.

Trzeba też podkreślić, jak rzadką umiejętnością wykazał się autor w budowaniu rytmu. Powtarzalność scen nie nuży - przeciwnie, hipnotyzuje. Dom, taras, kuchnia, weranda, szopa, piwnica: te miejsca wracają jak refren, ale za każdym razem znaczą coś innego. Powtarzające się otwarcie rozmowy staje się czymś na kształt dzwonu, który uruchamia nie tylko nowy temat, lecz także nowe pęknięcie w psychice bohaterów. Dzięki temu książka ma strukturę niemal muzyczną. Każdy kolejny dialog dopowiada poprzedni, każdy motyw wraca przetworzony, a codzienność - zamiast uspokajać - nabiera coraz większej grozy.

Nie sposób nie docenić także języka. Jest żywy, obrazowy, gęsty od konkretu, a przy tym bardzo zdyscyplinowany. Autor ma dar widzenia rzeczy zwykłych tak, by stawały się znaczące: ręcznik z monogramem, deska do prasowania, cieknący kran, pościel pachnąca lawendą, kompostownik, jabłoń przy płocie. Te przedmioty nie są tylko tłem. One przejmują emocje bohaterów, niosą pamięć, stają się nośnikami sensu. To właśnie dzięki takim detalom opowieść nabiera mocy literatury faktu, choć przecież porusza się chwilami na granicy przypowieści, groteski, a nawet czarnego humoru.

Książka działa również dlatego, że stawia pytania, od których zwykle uciekamy. Co naprawdę chcielibyśmy ocalić, gdyby czas się skurczył? Co stanowi istotę człowieka: ciało, pamięć, głos, relacje, a może obecność w cudzym życiu? Kiedy lęk jest jeszcze rozsądkiem, a kiedy staje się formą miłości? Czy można kochać kogoś naprawdę, nie dopuszczając do siebie myśli o jego utracie? I wreszcie: czy wiedza oswaja śmierć, czy przeciwnie - czyni ją jeszcze bardziej realną? Autor nie podaje prostych odpowiedzi, ale daje coś cenniejszego: przestrzeń do myślenia, która zostaje z czytelnikiem długo po zamknięciu książki.

To książka odważna także dlatego, że nie boi się przesady, makabry, a nawet pozornego absurdu. Tam, gdzie inny autor zatrzymałby się z obawy przed śmiesznością, tutaj następuje najciekawszy zwrot. Groteska nagle odsłania prawdę. Fantastyczny scenariusz okazuje się precyzyjniejszym narzędziem opisu niż realistyczna scena. Ostatecznie nie chodzi przecież o dosłowność zdarzeń, lecz o prawdę reakcji. A reakcje bohaterów - ich paniczne plany, racjonalizacje, opór, bunty, wzruszenia i przebłyski czułości - są zapisane z wielką wiarygodnością.

Czytelnik otrzymuje więc nie tylko historię małżeństwa, ale także przejmujący esej o ludzkiej bezradności. I jednocześnie, co najważniejsze, o ludzkiej bliskości. Bo pod całą warstwą medycznej precyzji, czarnego humoru i intelektualnej gry kryje się opowieść zaskakująco czuła. O tym, że miłość bardzo rzadko objawia się wzniosłymi deklaracjami. Częściej mieszka w herbacie postawionej po obiedzie, w wyprasowanej koszuli, w zamurowanej dziurze w piwnicy, w ręce położonej na kolanie, w wspólnym milczeniu na schodkach tarasu. Autor rozumie to doskonale i właśnie dlatego jego książka zostaje pod skórą.

Oddając tę opowieść w ręce czytelników, warto uprzedzić tylko o jednym: nie jest to lektura wygodna. Ale jest potrzebna. Porusza, niepokoi, czasem boli, czasem zaskakuje śmiechem, a czasem wzrusza do głębi. To książka mądra, świetnie skomponowana i odważnie napisana. Książka, która dowodzi, że nawet najbardziej kameralna sceneria może pomieścić sprawy ostateczne, a zwykła rozmowa między dwojgiem ludzi może stać się literaturą najwyższej próby.

I właśnie dlatego warto wejść do tego domu, usiąść na tym tarasie, wsłuchać się w te pytania i zostać z nimi do końca. Bo choć opowieść ta mówi o utracie, paradoksalnie przypomina przede wszystkim o tym, co mamy. I jak łatwo o tym zapominamy.