A gdybyś musiał zabić - Karolina Osińska-Marcińczyk

Kup ebooka

20.19 zł
16.76 zł (17,16 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 3

Wojtuś zasnął, więc Monika poszła zająć się praniem. Idąc do łazienki przeszła obok męża, pochłoniętego przez internet. W telewizji leciał program informacyjny, a Piotr przeglądał strony z informacjami lokalnymi. Od wczoraj ciągle to samo. Monika naprawdę miała nadzieję, że uda im się zapomnieć o całym zajściu, ale rozumiała Piotra. Sama była ciekawa, co ustali policja. Chociaż ciekawa to złe słowo. Monika bardziej obawiała się tego, czego mogą się dowiedzieć o tej sprawie śledczy.

"Nika" - tak mówili do niej znajomi. Ostatnio jednak znajomych było jakby mniej. Ciężarna, która nie może pić, jest marnym kompanem na imprezach. A młodzi rodzice z niemowlęciem, to jeszcze gorsi kompani. Teraz Monika czuła potrzebę wygadania się komuś. Komuś zaufanemu. Niestety - nie miała prawdziwej przyjaciółki, ma tylko "zwykłe" koleżanki, którym nie powierzyłaby takiego sekretu.

Gdy kucała w łazience przy pralce, usłyszała, że Wojtuś płacze. Piotr widział, gdzie ona szła, miała więc nadzieję, że zajmie się dzieckiem. Płacz niemowlęcia był donośny, po czym przycichł, by za chwilę znów nabrać wysokich tonów. Monika sortowała brudne ubrania. Doszła do dżinsów Piotra, tych z plamą od krwi na kolanie. Krew zaschła, pewnie się nie spierze. Kobieta postanowiła, że wyrzuci te spodnie, nie będzie sobie nimi zawracała głowy. Poza tym coś powstrzymywało ją przed włożeniem zabrudzonej krwią tego człowieka odzieży do pralki z rzeczami rodziny. Załadowała bęben, nastawiła pranie i wyszła z łazienki. Spodnie wrzuciła do kosza z odpadami kuchennymi. Wojtuś wciąż płakał. Umyła ręce, spojrzała na Piotra, który nie odrywał oczu od ekranu komputera i poszła do pokoiku dziecinnego.

Patrząc na pełne łez oczka Wojtusia Monika poczuła, że serce jej się ściska. Przypomniała sobie zdanie z poradnika dla rodziców, mówiące, iż płaczące dziecko, do którego nie podchodzą szybko rodzice, czuje się opuszczone, niekochane. Przytuliła malca. Z nim w ramionach przeszła do salonu.

- Kochanie czemu nie uspokoiłeś Wojtusia?

- Co? - Piotr podniósł głowę i skierował w jej stronę niewidzące oczy. Jakby zbudził się ze snu.

- Mały płakał, a ja robiłam pranie w łazience i nie mogłam podejść.

- Myślałem, że się nim zajmujesz. Co na obiad?

- Jeśli zajmiesz się dzieckiem, to ja przygotuję udka z kurczaka.

Piotr skinął głową i Monika podała mu dziecko. "Jest jakiś nieobecny", myślała. Zajęła się przygotowaniem obiadu. Krzątając się w aneksie kuchennym nie zajmowała sobie głowy sprawdzaniem, co u synka, gdyż była pewna, że mąż dobrze się nim zajmuje. Piotr był cudownym ojcem. Czuły, delikatny, pomocny. Niemowlę zabawiał po mistrzowsku. Potrafił również lepiej od Moniki ululać małego. To do niego więc należał codzienny obowiązek kładzenia spać Wojtusia. Pod warunkiem oczywiście, że nie miał służby.

Udka w żaroodpornym naczyniu wylądowały w piekarniku, a obrane ziemniaki stały już w garnku na gazie. Monika miała kwadrans wolnego, zanim należało zabrać się za surówkę. Umyła dłonie i odwróciła się w stronę salonu. Ponad oparciem kanapy widziała ramiona i głowę męża pochylonego nad stolikiem z laptopem. A gdzie Wojtuś? Podeszła do Piotra. Obchodząc dookoła kanapę dostrzegła dziecko. Leżał obok ojca. Strużka śliny z ulanym mlekiem skapywała z podbródka malca na kanapę. Utworzyła się już spora plama.

- Piotrek! Mogłeś chociaż położyć go na kocyku albo podłożyć pieluszkę - powiedziała z przyganą podnosząc Wojtusia. Mały uśmiechnął się, widocznie wdzięczny za odrobinę zainteresowania.

- A tam - wzruszył ramionami Piotr, wciąż nie odrywając wzroku od monitora. Monika zaniosła niemowlę do pokoju dziecinnego i włożyła je do łóżeczka. Wojtuś zaczął płakać. Kobieta podniosła go więc i tuląc spacerowała po mieszkaniu. Ziemniaki zaczęły się gotować, udka przyrumieniły się z jednej strony. Potrzebowała wolnych rąk, więc znów podała dziecko mężowi.

- Zajmij się nim, proszę - powiedziała patrząc mu w oczy.

- Dobra - Piotr posadził sobie malca na kolanach, podtrzymując go lewym ramieniem. Prawa dłoń spoczywała na myszce. "Przynajmniej poświęcił jedną rękę", pomyślała Monika i zajęła się obiadem. Skręciła gaz pod ziemniakami, obróciła udka i skroiła warzywa na surówkę. Resztki wrzuciła do pełnego już kosza na odpadki.

- Wyrzucę śmieci - powiedziała w stronę męża, nie wiedziała jednak, czy Piotr ją słyszy. Zakładając kurtkę i buty popatrzyła w stronę swoich chłopców. Wczoraj stało się coś okropnego, coś, co na zawsze zmieni ich życie. Tego Monika była pewna. Nie wiedziała tylko, jak bardzo.

***

Anna siedziała w redakcji klepiąc w komputer artykuł o nowej inwestycji miejskiej: centrum dla organizacji pozarządowych. W końcu jutro koniec składu gazety i ta ma powędrować internetowymi łączami do drukarni. Zostały jej jeszcze cztery gazetowe strony. Godzina 11.14 - spojrzała na zegarek w rogu ekranu. Co nowego w spawie posła?

Jakby wyczuwając ją w myślach zadzwonił Adam.

- Rusz dupę na Stawową - powiedział szybko.

- Co się dzieje?

- Telewizory przyjechały, może im coś nowego powiedzą.

- Okej, jadę.

Anna prędko zakończyła artykuł o centrum i zarzuciła na siebie płaszczyk. Zbiegła po schodach zastanawiając się, czego dziennikarze telewizyjni już się dowiedzieli. W końcu telewizję traktuje się poważniej niż gazety czy portale internetowe, a szkoda. Szkoda dla Anny.

Na placu fabryki dywanów stały wozy transmisyjne TVN24, TVP i Polsatu. Dziennikarze i kamerzyści kogoś okrążyli i najwyraźniej przepytywali. Adam stał obok, ale wcale się nie przysłuchiwał, tylko jak zwykle polował na ujęcie. Jasny szlag, choć raz mógłby posłuchać, co mówią, a później mi opowiedzieć. To pewnie Karolina Kuczkowska opowiada o szczegółach zbrodni i może mówi coś więcej niż Anna wie. Dziennikarka zaparkowała samochód za wozami telewizji i wyskoczyła z niego dziarskim krokiem dochodząc do zgromadzenia. Nagle stanęła jak wryta. Wywiadów udzielał prokurator Potocki. Jasny szlag już nie wystarczył, reporterka zaklęła pod nosem: "O ja pierdolę" i ruszyła, żeby ustawić się w wianuszku medialnym.

- ...i dlatego podejrzewamy, że była to broń samego posła - kończył śledczy. "Dlaczego do kurwy?!" zapytała siebie w myślach. Wtedy Potocki popatrzył na nią. Ich spojrzenia się spotkały. Anna ściągnęła brwi, prokurator odwrócił wzrok i oświadczył wszystkim, że koniec pytań.

Anna była jedyną osobą w kółeczku bez dziennikarskich akcesoriów, bo nie zdążyła nawet wyjąć notesu czy telefonu, aby nagrać słowa Potockiego na dyktafon. Gdy prokurator odszedł ignorując zaczepki od reporterów telewizyjnych, którzy koniecznie chcieli jeszcze o coś dopytać, nagle znalazła się w centrum zainteresowania.

- Pani jest stąd? - zapytała ją reporterka trzymająca mikrofon z logo Polsat News.

Anna odruchowo przytaknęła, nie spodziewając się, że wezmą ją za "cywila", nie dziennikarza.

- Pracowała pani z posłem? - zapytał wysoki mężczyzna z mikrofonem TVN24.

Dziennikarka wyjaśniła towarzystwu, że jak oni jest tu służbowo. Jeszcze chwilę postała przy miejscu zbrodni, po czym zapakowała się do auta. "Muszę obejrzeć relację w telewizji, to dowiem się, co ten chuj Potocki im powiedział" - pomyślała. Pojechała do redakcji.

- Ja tylko po laptopa, będę pracować z domu - rzuciła w stronę redaktora naczelnego, Pawła Ciepirskiego. Z domu, bo w domu miała telewizor, w redakcji go nie było.

- Czekaj, czekaj, co nowego w sprawie Michalika?

- W sumie to nic ciekawego, ale pracuję nad tym - odpowiedziała i ruszyła w stronę drzwi, po czym stanęła i odwróciła się na pięcie. - Wyobrażasz sobie, że ten chuj Potocki udzielił wywiadu telewizorom?

- O proszę, gwiazda ekranu - uśmiechnął się Paweł. - Dobra, leć i informuj mnie.

- Jasna sprawa.

***

Piotr oglądał lokalną stację kablową. Już wiedział, że wiadomości będą o godzinie 19.00, bo pomiędzy reklamami pojawiła się plansza z programem. Póki co włączył TVP Info. Zmroziło go to, co zobaczył. Najazd kamery na tabliczkę na drzwiach "Biuro Poselskie". Dał głośniej. "Poseł został zamordowany w swoim własnym biurze. Dziś rano jego zwłoki odkryła sprzątaczka. Jan Michalik został zastrzelony jednym strzałem". Teraz zmiana planu i w centrum ekranu pojawił się postawny mężczyzna, a z nim podpis: "Mariusz Potocki, prokurator".

- Jak zeznały pracownice biura poselskiego, w sejfie zawsze leżał pistolet, na który poseł Jan Michalik miał pozwolenie. Jeszcze wczoraj asystentka posła widziała ją tam, kiedy chowała ważne dokumenty. Dziś pistoletu nie było. Z kolei broń, z której zastrzelono posła odpowiada pociskowi, który wbił się w ścianę po opuszczeniu ciała ofiary. I dlatego podejrzewamy, że była to broń samego posła - powiedział Potocki do kamer.

***

Kilka ulic dalej Anna oglądała tę samą relację, tyle że na Polsat News, wciąż wściekła na prokuratora. Postanowiła więc zadzwonić do rzecznika prokuratury okręgowej.

- Dzień dobry pani redaktor - usłyszała w słuchawce głos Tomasza Ogilskiego.

- Panie prokuratorze, dzwonię w sprawie posła Michalika, co może mi pan powiedzieć na ten temat?

- Na razie właściwie nic, tylko to, że poseł został zamordowany lub popełnił samobójstwo, co wykaże ekspertyza balistyczna i sekcja zwłok. Sprawa jest w toku.

- Samobójstwo? A skąd taka teoria?

- Musimy sprawdzić wszystkie opcje, a wstępne ustalenia nie wykluczyły takiej ewentualności.

- Kiedy odbędzie się sekcja zwłok?

- W piątek.

- Dziękuję bardzo panie prokuratorze, do usłyszenia.

- Do usłyszenia, pozdrawiam.

Samobójstwo... Teoretycznie jest to możliwe... Ale czemu Jan Michalik miałby popełnić samobójstwo? Czy miał jakieś kłopoty? Może problemy rodzinne. A może chorował na depresję tak jak syn, który próbował się zabić kilka miesięcy temu? Anna postanowiła, że sprawdzi ten trop.

Rozdział 4

Środa, 9 grudnia

Północ. Piotr wstał z kanapy, żeby rozprostować kości. Podszedł do lodówki, otworzył ją i w jej ostrym świetle poszukał czegoś do przegryzienia. Kabanosy. Mogą być. Nie czuł głodu, podobnie jak nie czuł senności, choć nie spał od przedwczoraj. Wyjął foliowe opakowanie z kiełbaskami i z nimi udał się do salonu. W nocy chyba nikt nie będzie aktualizował serwisów z wiadomościami. Może warto się położyć spać? Rano miał służbę, dwadzieścia cztery godziny z dala od źródła informacji. W komendzie były co prawda komputery, był telewizor i było radio, a on miał internet w smartfonie, jednak podczas pracy nie było czasu na zaglądanie do sieci. Za to lubił pracę w straży pożarnej. Nigdy nie było nudy, a kiedy przez dłuższą chwilę nie napływały zgłoszenia, można było się przespać. Strażacy byli wzywani do różnych zdarzeń. Czasem nawet do przysłowiowych kotków na drzewach. Często do płonącej trawy (czemu ludzie ciągle wypalają nieużytki?), często do plamy oleju na ulicy... Piotr najbardziej lubił zdarzenia z adrenaliną, kiedy ważyło się życie ludzkie. I kiedy udawało im się uratować człowieka czy ludzi. Te wezwania, które kończyły się porażką, też się zdarzały. Tego Piotr nie znosił. Choć sprawiał wrażenie, że wszystko po nim spływa jak po kaczce, często po takiej akcji miewał koszmary. Nie mówił o tym nikomu, nawet Monice.

Szeroko otwarte oczy, ani śladu senności. Piotr postanowił poszukać informacji o pośle Janie Michaliku. Jaki był za życia? Co go skłoniło do zrobienia czegoś tak szalonego?

Jan Michalik został posłem

To już pewne, nasze miasto będzie miało swojego przedstawiciela w Sejmie!

Jan Michalik to były przedsiębiorca, prowadził firmę zajmującą się odpadami. Przedsiębiorstwo zamknął przed sześcioma miesiącami, gdy został wicestarostą. Teraz fotel w starostwie zamieni na fotel sejmowy.

IG

Notka sprzed siedmiu lat. Później wiele informacji o jego interpelacjach poselskich, jego obecności podczas otwarć różnych instytucji, jego planie na rewitalizację terenu po fabryce dywanów - wszystko na lokalnych stronach. Jakoś poseł nie przebił się wyraźnie do ogólnopolskich mediów. Do teraz.

Wpół do ósmej Piotr zbiegł na dół po schodach. Dobrze, że nie było przymrozku, bo musiałby skrobać szyby auta i pewnie spóźniłby się do pracy. Przed blokiem spotkał sąsiada, tego samego co wczoraj. Józek kiwnął głową na "Dzień dobry!" i spuścił wzrok. "Patrzy na moje kolana", pomyślał z paniką Piotr. "Szuka krwi". Sąsiad wszedł do klatki. Strażak obrócił się za nim. Plecy Józefa były widoczne przez szybę w drzwiach, mężczyzna wchodził po schodach kiwając się na boki. Nieco pokracznie.

"Widział krew na spodniach, zauważył, co to i teraz mnie o coś podejrzewa", myślał Piotr wsiadając do volkswagena. W drodze do komendy na nowo odtwarzał sobie w głowie scenę, kiedy w zakrwawionych spodniach mijał sąsiada i tę, kiedy mijał go przed kilkoma minutami. Czy to możliwe, aby ten starszy mężczyzna coś podejrzanego zauważył? Bardzo możliwe. Czy możliwe, że powiąże to ze śmiercią posła? Też możliwe. Wszystko było możliwe.

***

Sygnał alarmu. Strażacy poderwali się gotowi do akcji. W kilkanaście sekund zebrali się przy wozie. Piotr zajął miejsce za kierowcą. Dyspozytor przekazał, że chodzi o pożar mieszkania w kamienicy przy ul. Staffa, prawdopodobnie brak ofiar, bo mieszkańcy sami opuścili budynek. Cztery minuty jazdy od komendy. Na miejscu cała załoga wyskoczyła z wozu i rozpoczęła akcję gaśniczą. Przed mieszkaniem na korytarzu na parterze, do którego zostali wezwani, stała grupka dzieciaków, od jakiś trzech do dziesięciu lat. Jeden ze strażaków wyprowadził je przed budynek, żeby nie przeszkadzały. Wyglądały jak zgraje dzieciaków, które dwie, trzy dekady temu widać było na każdym podwórku. Rozciągnięte dresy, kurteczki nie pierwszej młodości, rozklepane buty. Czteroletni malec pociągał nosem, a starsza dziewczynka trzymająca go za rękę pochlipywała. Bujna grzywka co rusz spadała jej na oczy, a ona odgarniała włosy z twarzy przedramieniem.

- Wszyscy tu mieszkacie? - zapytał Piotr chłopaka wyglądającego na osiem lub dziewięć lat, zaraz po zakończeniu akcji gaśniczej (paliło się w dużym, zagraconym pokoju).

- Tak proszę pana, jeszcze mama, tato, Basia i Tereska.

- A gdzie są rodzice?

- Mama poszła coś załatwić, a tato w pracy. A Basia usypia Tereskę na schodach.

- Na schodach? Pokaż mi, gdzie.