A gdy znów się spotkamy - Kristin Harmel

Kup ebooka

32.90 zł
25.49 zł (25,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszy

Tele­fon zadzwo­nił w pią­tek rano, kiedy leża­łam w łóżku, uża­la­jąc się nad sobą i usi­łu­jąc wymy­ślić, co zro­bię z resztą swo­jego życia.

- Pła­wisz się w żalu? - zapy­tał Brian Mayer, który aż do ubie­głego tygo­dnia był moim redak­to­rem naczel­nym, kiedy ode­bra­łam.

- Wyla­łeś mnie z pracy - odpar­łam, nacią­ga­jąc koł­drę na głowę, żeby zasło­nić się przed pro­mie­niami poran­nego słońca. - Mam do tego święte prawo.

- Emily, oboje prze­czu­wa­li­śmy, że to w końcu nastąpi. Zresztą wcale nie zosta­łaś wylana: twoją kolumnę zli­kwi­do­wano z powo­dów finan­so­wych. - Wes­tchnął i usły­sza­łam, że prze­kłada jakieś papiery. - Poza tym to była tylko praca na pół etatu. Masz całe mnó­stwo innych zle­ceń, które pozwolą ci się utrzy­mać.

- Tak, bo prze­cież cza­so­pi­sma i gazety na całym świe­cie wprost zasy­pują dzien­ni­ka­rzy pie­niędzmi.

Pra­co­wa­łam na wła­sny rachu­nek, odkąd skoń­czy­łam dwa­dzie­ścia lat. W tam­tych cza­sach branża dzien­ni­kar­ska kwi­tła, a fre­elan­ce­rzy mogli dobrze zaro­bić, pod warun­kiem, że byli gotowi ciężko pra­co­wać. Jed­nak w ostat­niej deka­dzie rynek zapeł­nił się dzien­ni­ka­rzami i repor­te­rami, któ­rzy potra­cili etaty i teraz było ich zde­cy­do­wa­nie wię­cej niż zle­ceń.

- Zresztą nie dzwo­nię po to, by roz­ma­wiać z tobą o bie­żą­cej kon­dy­cji dzien­ni­kar­stwa - ode­zwał się po krót­kiej chwili Brian. - Mam coś dla cie­bie.

Sko­pa­łam z sie­bie pościel i usia­dłam na łóżku.

- Arty­kuł do napi­sa­nia?

- Jasne, bo nasz budżet nagle się podwoił bez żad­nego wyraź­nego powodu. - Zare­cho­tał. - Nie, mia­łem na myśli paczkę. Przy­szła dzi­siaj.

- Z jakiejś agen­cji PR-owej?

Bez prze­rwy dosta­wa­łam przy­pad­kowe prze­syłki: sło­iki masła orze­cho­wego do spró­bo­wa­nia, płyty z muzyką do zre­cen­zo­wa­nia, modele ubrań, które nawet na mnie nie paso­wały, cho­ciaż moja praca - poza two­rze­niem wła­śnie zli­kwi­do­wa­nej kolumny poświę­co­nej związ­kom - pole­gała na two­rze­niu testów oso­bo­wo­ści. Było raczej mało praw­do­po­dobne, że nagle napi­szę pean na cześć któ­rejś z marek masła orze­cho­wego.

- Możesz ją wyrzu­cić albo prze­ka­zać jakie­muś sta­ży­ście.

- Nie, chyba cho­dzi o coś innego. - Znowu usły­sza­łam sze­lest papie­rów. - To duże, pła­skie kar­to­nowe pudełko, może jakiś pla­kat? Z odręcz­nie wypi­sa­nym adre­sem. Nie wygląda, jakby przy­słali je z agen­cji.

- W takim razie skąd nadano paczkę?

- Z jakiejś agen­cji sztuki w Mona­chium.

- Z Nie­miec?

Zasko­czyło mnie to; moja kolumna uka­zy­wała się wyłącz­nie w Sta­nach. Kto mógłby chcieć mi coś wysłać aż z Nie­miec?

- Prze­ślę ci kurie­rem, dobrze? Chcia­łem cię tylko uprze­dzić. I trzy­maj się tam, okej? Los na pewno się do cie­bie uśmiech­nie. Jesteś bar­dzo uta­len­to­wana.

- Jasne - odpar­łam i roz­łą­czy­łam się, zanim zdą­ży­łam mu powie­dzieć, co naprawdę myślę: że bar­dzo uta­len­to­wani ludzie nie wyla­tują z pracy, którą wyko­nują od trzech lat.

Oczy­wi­ście ni­gdy nie byłam eta­to­wym pra­cow­ni­kiem Craig New­spa­per Group, ale sprze­da­wali moją kolumnę, W związku z, dwu­dzie­stu trzem gaze­tom w całym kraju, gdzie czy­tały ją miliony ludzi. Hono­ra­rium było przy­zwo­ite; żyło mi się cał­kiem wygod­nie, pod warun­kiem, że co mie­siąc zasi­la­łam budżet kil­koma dodat­ko­wymi zle­ce­niami. Wyda­wało mi się, że prze­trwa­łam zała­ma­nie rynku fre­elan­cingu, ale naj­wy­raź­niej tylko młó­ci­łam wodę przed pój­ściem na dno.

Zresztą to i tak musiało wcze­śniej czy póź­niej nastą­pić. Nie mogłam wiecz­nie uda­wać eks­pertki w tema­cie, o któ­rym nie mia­łam bla­dego poję­cia. I cho­ciaż zawsze bar­dzo się przy­kła­da­łam do pisa­nia arty­ku­łów, powo­łu­jąc się na wyniki badań nauko­wych albo słowa lepiej niż ja zorien­to­wa­nych przy­ja­ció­łek czy kole­ża­nek z pracy, sam pomysł two­rze­nia kolumny poświę­co­nej związ­kom przez noto­rycz­nie samotną kobietę można by uznać za absur­dalny. Szcze­rze mówiąc, utwo­rzy­łam nawet fol­der z ema­ilami i listami od czy­tel­ni­ków, któ­rzy zarzu­cali mi, że jestem zgorzk­niałą starą panną. Nie­wy­klu­czone, że mieli rację. Oczy­wi­ście dosta­wa­łam też wiele listów z podzię­ko­wa­niami od czy­tel­ni­ków, któ­rzy pisali, że pomo­głam im prze­trwać roz­wód albo zachę­ci­łam ich do pogo­dze­nia się z człon­kiem rodziny, z któ­rym dawno stra­cili kon­takt, odkry­łam jed­nak, że ludzie czę­ściej piszą do mnie w przy­pły­wie gniewu niż wdzięcz­no­ści. Wtedy też czę­ściej uży­wali słowa na "k".

Paczka z Nie­miec zawie­rała pew­nie iro­niczny pla­kat z pora­dami "jak zdo­być faceta" od zło­śli­wego czy­tel­nika, który przy­pad­kiem tra­fił na moją kolumnę w sieci. Nie byłby to pierw­szy - ani nawet piąty - tego typu "pre­zent". Cho­ciaż nie pamię­tam, by kto­kol­wiek do tej pory pró­bo­wał mnie znie­wa­żyć aż z Nie­miec.

Ponow­nie zanur­ko­wa­łam pod koł­drę, pró­bu­jąc zasnąć. Tego dnia miał się uka­zać mój ostatni felie­ton i nie uśmie­chało mi się uczest­ni­cze­nie w pogrze­bie wła­snej kolumny.

*

Cztery godziny póź­niej, wbrew temu, co sobie obie­cy­wa­łam, sie­dzia­łam w restau­ra­cji z wido­kiem na jezioro Eola w cen­trum Orlando naprze­ciwko mojej naj­lep­szej przy­ja­ciółki, Myry, która dra­ma­tycz­nie wyma­chi­wała mi przed nosem naj­now­szym wyda­niem "Orlando Sen­ti­nel".

- Powin­naś być z sie­bie dumna - oznaj­miła z prze­ko­na­niem. - Mówię poważ­nie, Emily. Pomo­głaś tą kolumną bar­dzo wielu ludziom, a do tego umia­łaś się poże­gnać z klasą.

- Prze­cież mówi­łam, że nie chcę o tym dziś roz­ma­wiać. - Upi­łam łyk sau­vi­gnon blanc.

Picie wina o dru­giej po połu­dniu było czymś zupeł­nie akcep­to­wal­nym, gdy nie miało się pracy. Podob­nie jak to, że sączy­łam wła­śnie drugą lampkę.

- Szkoda, bo i tak będziemy o tym roz­ma­wiać. Cho­wa­nie głowy w pia­sek jesz­cze nikomu nie wyszło na dobre. Jestem pra­wie pewna, że pisa­łaś o tym w któ­rymś ze swo­ich felie­to­nów.

- Niczego nie cho­wam. - Unio­słam kie­li­szek w uda­wa­nym toa­ście. - Chcia­łam tylko zazna­czyć, że cała moja dotych­cza­sowa kariera była o kant stołu potłuc.

- Uża­la­nie się nad sobą nie jest w twoim stylu. - Myra wezwała gestem kel­nera i zamó­wiła kolejną die­te­tyczną colę. W prze­ci­wień­stwie do mnie miała pracę, do któ­rej musiała wró­cić. Dzia­łała w fun­da­cji Easter Seals Flo­rida, co ozna­czało, że naprawdę poma­gała ludziom przez cały boży dzień. - Na szczę­ście z lek­tury two­ich felie­to­nów nie da się wywnio­sko­wać, że kom­plet­nie w sie­bie nie wie­rzysz.

Wzru­szy­łam ramio­nami. Myra miała rację: znacz­nie lepiej radzi­łam sobie z two­rze­niem świata na papie­rze niż w tym praw­dzi­wym. Gdy­bym tylko mogła prze­żyć całe swoje życie bez­piecz­nie scho­wana za ekra­nem kom­pu­tera.

- Jak już mówi­łam - pod­jęła Myra, gdy dostała zamó­wiony napój - twój ostatni felie­ton jest świetny. Na pewno sobie pora­dzisz.

- Wiem. Po pro­stu nie sądzi­łam, że stanę się bez­ro­botna w wieku trzy­dzie­stu sze­ściu lat.

- Spójrz na to ina­czej. Nie masz żad­nych zobo­wią­zań, nic cię nie ogra­ni­cza. Żad­nego męża, żad­nych dzieci. Możesz się zająć dosłow­nie wszyst­kim. Jesteś wolna jak ptak.

Zmu­si­łam się do uśmie­chu.

- Tak, szczę­ściara ze mnie. Wiecz­nie samotna i bez­dzietna. Marze­nie każ­dej kobiety.

Myra zmarsz­czyła brwi, wyraź­nie zatro­skana.

- Zupeł­nie nie o to mi cho­dziło.

- Wiem - mruk­nę­łam.

Mimo wszystko słowa przy­ja­ciółki mnie zabo­lały, szcze­gól­nie że nie były tak do końca praw­dziwe, o czym Myra świet­nie wie­działa. Mia­łam dziecko, tylko że odda­łam je do adop­cji w poło­wie swo­jego życia. Teraz, gdy moja córka sama skoń­czyła osiem­na­ście lat i była doro­sła, dotarło do mnie, jak bez­na­dziej­nie mi się wie­dzie. Niby co mi dała cała ta pozorna wol­ność, która miała się wią­zać z odda­niem dziecka? Jedno wiel­kie nic, pod­czas gdy moja córka praw­do­po­dob­nie roz­kwi­tała pod cudzym dachem, prze­mie­nia­jąc się w doro­słą kobietę.

Wyraz twa­rzy Myry się zmie­nił; widzia­łam, że ona też myśli o Cathe­rine - tak nazwa­łam swoją córkę, zanim musia­łam ją oddać pie­lę­gniarce. Zwie­rzy­łam jej się nie­dawno; dobrze było wresz­cie zrzu­cić z sie­bie ten cię­żar. Histo­rię córki nosi­łam ukrytą głę­boko w sercu, w miej­scu, gdzie prze­cho­wy­wa­łam te frag­menty mojego życia, które chcia­łam zara­zem wyryć w pamięci i je z niej wyma­zać.

- Nie cho­dziło mi o to, że nie masz dziecka - ode­zwała się cicho Myra. - Pal­nę­łam bez zasta­no­wie­nia.

Pokrę­ci­łam głową, uda­jąc, że mnie to nie ruszyło.

- Nie przej­muj się. Prze­cież to prawda. Odda­łam ją, nie? Teraz jest dziec­kiem kogoś innego, nie moim.

Jed­nak pomimo że nie widzia­łam Cathe­rine od dnia, w któ­rym ją uro­dzi­łam - i mia­łam świa­do­mość, że rodzice adop­cyjni na­dali jej nowe imię - na­dal była moja w jakimś pier­wot­nym, bio­lo­gicz­nym sen­sie. Zawsze będę ją kochać, zawsze będę o niej myśleć, zawsze będę się mar­twić, czy przy­pad­kiem jej nie skrzyw­dzi­łam, zamiast jej pomóc, odda­jąc ją. Była z mojej krwi, z moich kości i nawet po tylu latach myśla­łam o niej zaraz po prze­bu­dze­niu pra­wie każ­dego dnia. Zamie­ści­łam żenu­jąco dużą liczbę postów na stro­nach i w chat roomach prze­zna­czo­nych dla adop­to­wa­nych osób w nadziei, że któ­re­goś dnia ją odszu­kam i upew­nię się, że dobrze sobie radzi. Ale wciąż się nie ujaw­niła.

- Czyli naprawdę tak myślisz? - zapy­tała Myra, ponow­nie wyma­chu­jąc gazetą z moim felie­to­nem. - To, co napi­sa­łaś o prze­ba­cze­niu?

Zamru­ga­łam ner­wowo, posta­na­wia­jąc dłu­żej się nad sobą nie uża­lać.

- Zawsze piszę to, co myślę. - Była to gładka odpo­wiedź, może nie do końca mija­jąca się z prawdą, ale też nie cał­kiem szczera. Mój poże­gnalny felie­ton poświę­ci­łam rusza­niu do przodu ze swoim życiem i napi­sa­łam, że klu­czem do suk­cesu jest pozby­cie się zadaw­nio­nych żalów. "Urazy stoją nam na prze­szko­dzie w budo­wa­niu i napra­wia­niu rela­cji z innymi". Cho­dziło mi o to, że odpusz­cza­nie nie jest wcale takie łatwe, jak się nam cza­sem wydaje.

- Więc może już czas, żebyś sko­rzy­stała z wła­snej rady i wyba­czyła sobie - powie­działa Myra. - Może sto­isz w miej­scu, bo na­dal masz wyrzuty sumie­nia, że odda­łaś córkę do adop­cji.

- Wcale nie - odpar­łam bły­ska­wicz­nie, wie­dząc, że mój spusz­czony wzrok dobit­nie świad­czy o nie­praw­dzi­wo­ści tych słów.

- Emily. - Myra z wes­tchnie­niem pokrę­ciła głową. - Posłu­chaj mnie. Już o tym roz­ma­wia­ły­śmy. To była naj­lep­sza decy­zja, jaką mogłaś wtedy pod­jąć. Nie myśla­łaś o sobie, tylko o niej. Nie byłaś przy­go­to­wana na poja­wie­nie się dziecka w wieku osiem­na­stu lat, szcze­gól­nie tuż po śmierci mamy. Chcia­łaś mu dać lep­sze życie.

Wle­pi­łam spoj­rze­nie w kie­li­szek, który jakimś cudem znowu był pusty.

- Wiem.

I naprawdę wie­dzia­łam. Pod­ję­łam tę decy­zję z wła­ści­wych pobu­dek. Nie ozna­czało to jed­nak, że prze­sta­łam je kwe­stio­no­wać. Poza tym Myra nie wie­działa wszyst­kiego. Nikt na całym świe­cie - poza moją bab­cią Mar­ga­ret, która zmarła w tym roku - nie znał całej prawdy.

- Z per­spek­tywy czasu widać, że two­rze­nie kolumny poświę­co­nej rela­cjom przez osobę, która naj­chęt­niej scho­wa­łaby głowę w pia­sek, nie było naj­lep­szym pomy­słem - zauwa­ży­łam, gdy w końcu unio­słam wzrok i spo­strze­głam, że Myra wciąż uważ­nie mi się przy­gląda.

Uśmiech­nęła się.

- A może była to naj­lep­sza rzecz, jaką mogłaś zro­bić, bo dzięki temu sta­wi­łaś czoło wła­snym demo­nom. Ale naj­trud­niej­sze dopiero przed tobą.

- To zna­czy?

Myra ze śmie­chem spoj­rzała na felie­ton.

- Zacy­tuję nie­zwy­kle mądrą Emily Emer­son, więc słu­chaj uważ­nie: "Może i dozna­łeś w prze­szło­ści krzywdy, ale jeśli nie znaj­dziesz spo­sobu na to, by zosta­wić za sobą zadaw­nione żale, pocią­gną cię one na dno. Naucz się więc wyba­czać, nawet jeśli to trudne" - zamil­kła na moment i znowu się do mnie uśmiech­nęła. - Zapy­tam jesz­cze raz: czy naprawdę wie­rzysz w to, co napi­sa­łaś?

Spu­ści­łam wzrok i przy­tak­nę­łam.

- Świet­nie. W takim razie pora przejść od słów do czy­nów, moja droga. Spró­buj sobie wresz­cie wyba­czyć.

- Tak jest, pani kapi­tan - odpar­łam słabo, dając kel­ne­rowi znak, żeby przy­niósł mi jesz­cze jeden kie­li­szek wina. - Już się do tego zabie­ram.

Prawda była jed­nak taka, że nie mia­łam poję­cia, od czego zacząć.

*

Dwa dni póź­niej dzwo­nek zabrzę­czał dokład­nie w chwili, gdy koń­czy­łam pisać arty­kuł o lokal­nej tria­tlo­ni­stce dla maga­zynu "Run­ner's World". Cza­sem tra­fiało mi się od nich jakieś zle­ce­nie, a to spra­wiło mi szcze­gólną przy­jem­ność, ponie­waż lubi­łam pisać o ludziach, któ­rzy robili coś dobrego dla innych. W tym przy­padku boha­terka arty­kułu trzy­krot­nie poko­nała raka piersi i bie­gała w zawo­dach, żeby zwięk­szyć świa­do­mość spo­łeczną w kwe­stii tej cho­roby; świet­nie się bawi­łam, prze­pro­wa­dza­jąc z nią wywiad pod­czas lun­chu w Win­ter Park na przed­mie­ściach Orlando w ubie­głym tygo­dniu.

- Idę! - zawo­ła­łam, ale zanim dotar­łam do drzwi, fur­go­netka FedExu już odjeż­dżała spod mojego domu.

Na ganku leżało pła­skie kar­to­nowe pudełko. Dopiero po chwili przy­po­mnia­łam sobie, że Brian obie­cał mi prze­słać paczkę z Nie­miec. Pod­nio­słam ją i zabra­łam do środka, wciąż prze­ko­nana, że to jakiś żart od wred­nego czy­tel­nika. Cie­ka­wość wzięła jed­nak górę, więc ode­rwa­łam pasek taśmy i wyję­łam z pudełka to, co się w nim znaj­do­wało.

Jesz­cze zanim skoń­czy­łam odpa­ko­wy­wać przed­miot z ochron­nej folii, wie­dzia­łam, że nie trzy­mam w ręku pla­katu. Papier był gruby, o wyraź­niej fak­tu­rze, a kiedy zdję­łam przy­kry­wa­jącą go cienką war­stwę per­ga­minu, na pod­łogę wypa­dła zakle­jona koperta. Pod­nio­słam ją, a nie­wiel­kich roz­mia­rów obraz posta­wi­łam na stole w kuchni, opie­ra­jąc go o ścianę.

I wle­pi­łam w niego onie­miały wzrok.

Była to akwa­rela o boga­tej tek­stu­rze przed­sta­wia­jąca kobietę ze spoj­rze­niem utkwio­nym w dal, sto­jącą pośrodku cze­goś, co przy­po­mi­nało pole kuku­ry­dzy. Miała na sobie czer­woną sukienkę z poszar­pa­nymi brze­gami i roz­dar­ciem na pra­wym ręka­wie, a na jej twa­rzy malo­wała się zara­zem deter­mi­na­cja i tęsk­nota. W tle roz­cią­gało się niebo w ude­rza­ją­cym odcie­niu pur­pury.

- Co u...? - mruk­nę­łam, prze­cią­ga­jąc pal­cami po twa­rzy kobiety na obra­zie.

Wyglą­dała dokład­nie jak młod­sza wer­sja mojej babci Mar­ga­ret. Zale­d­wie dwa mie­siące wcze­śniej pisa­łam o jej śmierci w swo­jej kolum­nie, uzu­peł­nia­jąc felie­ton sta­rym rodzin­nym zdję­ciem, na któ­rym bab­cia trzy­mała za rękę mojego tatę, gdy był małym chłop­cem - nie mogła być wtedy star­sza wię­cej niż kilka lat od kobiety, któ­rej wize­ru­nek mia­łam teraz przed sobą.

Z tru­dem łapiąc powie­trze, się­gnę­łam po kopertę, roz­dar­łam ją i wyję­łam ze środka kar­teczkę.

Jestem po lek­tu­rze Pani felie­tonu i wiem, że nie ma Pani racji - napi­sał ktoś ele­ganc­kim cha­rak­te­rem pisma. - Pani dzia­dek ni­gdy nie prze­stał jej kochać. Mar­ga­ret była miło­ścią jego życia.

Liścik nie był pod­pi­sany, a spra­wia­jąca wra­że­nie kosz­tow­nej kartka niczym się nie wyróż­niała. Nie mia­łam poję­cia, kto mógł być auto­rem wia­do­mo­ści, lecz ta osoba wyraź­nie suge­ro­wała, że znała mojego dziadka. Tyle że nie było to moż­liwe. Dzia­dek znik­nął jesz­cze przed naro­dzi­nami mojego ojca. Za każ­dym razem, gdy o niego pyta­łam, bab­cia Mar­ga­ret mil­kła, wie­dzia­łam jed­nak, że ją opu­ścił, tak samo jak póź­niej mój ojciec zosta­wił moją matkę i mnie.

Tema­tem mojego felie­tonu sprzed dwóch mie­sięcy był wła­śnie wpływ decy­zji jed­nego z rodzi­ców na następne poko­le­nia. Pisa­łam w nim, że moja bab­cia była kochaną osobą, ale zawsze czu­łam, że cze­goś jej bra­kuje, jakby utra­ciła cząstkę sie­bie. Snu­łam roz­wa­ża­nia o tym, czy mój tata - który wycho­wał się, nie wie­dząc, kim był jego ojciec - nie bory­kał się przy­pad­kiem z bra­kiem jed­nego rodzica i nie­do­stat­kiem uwagi ze strony dru­giego. Bab­cia Mar­ga­ret zawsze spra­wiała wra­że­nie lekko nie­obec­nej i nawet po jej odej­ściu czu­łam, że pewne sprawy pozo­sta­wiła nie­do­koń­czone. Gdy zmarła, odsłu­cha­łam ostat­nią wia­do­mość, którą nagrała mi na komórkę. Muszę się z tobą spo­tkać, Emily - powie­działa sła­bym, drżą­cym gło­sem. - Pro­szę, przy­jedź do mnie jak naj­szyb­ciej, skar­bie. Zosta­wiła mi ją bla­dym świ­tem w walen­tynki, zale­d­wie parę godzin przed tym, jak wydała ostat­nie tchnie­nie, a ja to prze­spa­łam.

W swoim felie­to­nie nie wspo­mi­na­łam o tym, że sama rów­nież kon­ty­nu­owa­łam rodzinną tra­dy­cję, cho­ciaż w głębi serca wła­śnie dla­tego go napi­sa­łam: z obawy przed tym, że chcąc nie chcąc, podzielę los ojca i babci. W końcu od lat nie byłam w praw­dzi­wym związku i porzu­ci­łam córkę, czyż nie? Czy było mi pisane dokład­nie to samo co im? Czy mia­łam to we krwi? Na koniec felie­tonu zachę­ci­łam czy­tel­ni­ków do zasta­no­wie­nia się nad ich wła­snymi rodzin­nymi histo­riami i skon­fron­to­wa­nia się z tym, co miało wpływ na ich rela­cje z innymi ludźmi, zanim będzie za późno. Oczy­wi­ście nie umknął mi fakt, że po raz kolejny nie sto­so­wa­łam się do wła­snych rad.

Wpa­tru­jąc się w obraz, usi­ło­wa­łam myśleć logicz­nie. Może ktoś nama­lo­wał go już po tym, jak uka­zał się mój arty­kuł, wzo­ru­jąc się na naszym rodzin­nym zdję­ciu? Wie­dzia­łam jed­nak, że to nie­moż­liwe: gruby papier lekko pożółkł na brze­gach, co świad­czyło o tym, że liczył wiele lat, a kobieta na obra­zie miała zamy­ślony wyraz twa­rzy, pod­czas gdy na zdję­ciu w gaze­cie bab­cia leciutko się uśmie­chała. Bez wąt­pie­nia nama­lo­wał ją ktoś, kto ją znał. Czyżby autor liściku suge­ro­wał, że mój dawno zagi­niony dzia­dek był mala­rzem?

Musia­łam się dowie­dzieć, skąd pocho­dził ten obraz. Pode­szłam do kom­pu­tera, wpi­sa­łam nazwę gale­rii do wyszu­ki­warki, a póź­niej wybra­łam numer podany na stro­nie.

Jed­nak po kilku sygna­łach szybko obli­czy­łam, że w Mona­chium jest już pra­wie dzie­wiąta wie­czór. Nie byłam więc zasko­czona, że połą­czy­łam się z auto­ma­tyczną sekre­tarką. Nie rozu­mia­łam słowa po nie­miecku, więc nie mia­łam poję­cia, czego dokład­nie doty­czył nagrany komu­ni­kat, ale po usły­sze­niu sygnału zaczę­łam mówić, licząc na to, że któ­ryś z pra­cow­ni­ków gale­rii zna angiel­ski.

- Dzień dobry, nazy­wam się Emily Emer­son i wła­śnie otrzy­ma­łam pocztą obraz z pań­stwa gale­rii, bez nazwi­ska nadawcy. Jest to por­tret kobiety sto­ją­cej w polu, na tle pięk­nego nieba. Czy mogliby pań­stwo oddzwo­nić do mnie w wol­nej chwili?

Zosta­wi­łam swój numer, roz­łą­czy­łam się i przez dzie­sięć minut sta­łam w kuchni, wpa­tru­jąc się w twarz babci. W końcu się­gnę­łam po tele­fon jesz­cze raz, głę­boko zaczerp­nę­łam powie­trza i zadzwo­ni­łam do ostat­niej osoby, z którą mia­łam ochotę roz­ma­wiać.

- Cześć - powie­dzia­łam, gdy ode­brał mój ojciec. Jego głę­boki głos był bole­śnie zna­jomy, cho­ciaż nie roz­ma­wia­li­śmy ze sobą od pra­wie ośmiu mie­sięcy. - Mówi Emily. Muszę ci coś poka­zać.

- Emily? - Trudno mi było znieść pobrzmie­wa­jącą w tym pyta­niu nadzieję. Ojcu chyba wyda­wało się, że w końcu wycią­gam do niego rękę, cho­ciaż nie taki mia­łam zamiar. - Oczy­wi­ście, już do cie­bie jadę.

Rozdział drugi

Ojciec zja­wił się pół godziny póź­niej w nie­na­gan­nie wypra­so­wa­nych gra­fi­to­wych spodniach, jasno­błę­kit­nej koszuli i sza­rym kra­wa­cie. Wyglą­dał, jakby wła­śnie wyszedł z biura. Wyda­wał się szczu­plej­szy niż ostat­nim razem, kiedy go widzia­łam, czyli na pogrze­bie babci w lutym, i ude­rzyło mnie to, jak bar­dzo się od tam­tego czasu posta­rzał. Włosy pra­wie cał­kiem mu posi­wiały, a zmarszczki na twa­rzy wyda­wały się znacz­nie głęb­sze.

- Cześć, skar­bie - powie­dział, spo­glą­da­jąc na mnie z nadzieją.

- Wejdź - odpar­łam, odwró­ci­łam się i ruszy­łam w stronę kuchni, zanim zdą­żył zro­bić coś krę­pu­ją­cego, na przy­kład mnie przy­tu­lić.

Ojciec miesz­kał teraz w Orlando; sie­dem lat wcze­śniej prze­pro­wa­dził się tu z Miami, naj­wy­raź­niej licząc, że zdoła napra­wić nasze rela­cje. Otwo­rzył nawet filię swo­jej firmy, Emer­son Capi­tal Inve­st­ments, przy Orange Ave­nue w cen­trum mia­sta, żeby się do mnie zbli­żyć. "Chcia­łem czę­ściej bywać w Orlando, żeby­śmy mieli szansę lepiej się poznać" - powie­dział, gdy zadzwo­nił do mnie po raz pierw­szy, zupeł­nie nie­spo­dzie­wa­nie. Od tam­tej pory sumien­nie pró­bo­wał do mnie dzwo­nić co dwa tygo­dnie, ale ja pra­wie zawsze cze­ka­łam, aż połą­czy się z pocztą gło­sową, i kaso­wa­łam więk­szość wia­do­mo­ści bez odsłu­chi­wa­nia. Bo niby o czym mie­li­by­śmy roz­ma­wiać?

Ojciec zosta­wił moją matkę i mnie, kiedy mia­łam jede­na­ście lat, i poślu­bił swoją dwu­dzie­stocz­te­ro­let­nią wów­czas asy­stentkę. Miała na imię Monica. Pod­czas naszego pierw­szego spo­tka­nia oznaj­mi­łam, że jej nie­na­wi­dzę i że nie miała prawa roz­bi­jać mał­żeń­stwa moich rodzi­ców. Ona z kolei zapo­wie­działa mojemu ojcu, że nie chce mieć wię­cej do czy­nie­nia z jego bacho­rem, o czym dowie­dzia­łam się parę tygo­dni póź­niej, gdy pró­bo­wał mi wytłu­ma­czyć, dla­czego od tej pory rzadko będzie się do mnie odzy­wał. Zanim skoń­czy­łam siódmą klasę, wypro­wa­dził się do Miami i przez dzie­sięć lat - dopóki Monica była obecna w jego życiu - prak­tycz­nie nie mie­li­śmy kon­taktu. Zupeł­nie jakby zapo­mniał, że ma dziecko.

Po roz­wo­dzie pró­bo­wał odbu­do­wać nasze rela­cje, ale dla mnie było już za późno. Porzu­ce­nie dziecka w taki spo­sób wyda­wało mi się czymś nie­wy­ba­czal­nym. Jesz­cze gor­sze było to, że nie zre­flek­to­wał się nawet po śmierci mojej matki. Zmarła krótko po moich osiem­na­stych uro­dzi­nach, więc nie cho­dziło już o kwe­stię spra­wo­wa­nia nade mną opieki, ale musiał prze­cież wie­dzieć, jaka czu­łam się wtedy samotna. Naj­wy­raź­niej miał to gdzieś. Zadzwo­nił raz, zło­żył mi kon­do­len­cje i na tym koniec. Czu­łam się jak idiotka, ponie­waż przez kolejny mie­siąc za każ­dym razem, gdy sły­sza­łam dzwo­nek, mia­łam nadzieję, że zoba­czę na progu ojca, który jed­nak sobie o mnie przy­po­mniał.

Zanim zja­wił się ponow­nie przed budyn­kiem wydziału dzien­ni­kar­stwa na Uni­wer­sy­te­cie Flo­rydy, gdzie stu­dio­wa­łam na ostat­nim roku, żeby bła­gać mnie o drugą szansę, zdą­ży­łam wznieść wokół sie­bie mur. Wie­dzia­łam już, że w życiu mogę liczyć wyłącz­nie na sie­bie. Ni­gdy mu nie wyba­czy­łam, że nauczył mnie tego, gdy byłam tak młoda. I cho­ciaż przez ostat­nich kilka lat wie­lo­krot­nie nagry­wał na moją pocztę gło­sową wylewne prze­pro­siny, tłu­ma­cząc, że porzu­ce­nie mnie było naj­więk­szym błę­dem w jego życiu, nie mógł już napra­wić krzywdy, którą mi wyrzą­dził.

- Ależ się ucie­szy­łem, że do mnie zadzwo­ni­łaś - powie­dział, deli­kat­nie zamy­ka­jąc drzwi wej­ściowe, i ruszył za mną kory­ta­rzem. - Wiem, że mam ci sporo do wyja­śnie­nia i wyna­gro­dze­nia, ale...

Nie pozwo­li­łam mu dokoń­czyć.

- To nie jest wizyta towa­rzy­ska - weszłam mu w słowo. - Dosta­łam coś, o co muszę cię zapy­tać.

Ojciec wyglą­dał na zała­ma­nego, ale posłusz­nie kiw­nął głową i wszedł za mną do kuchni. Wska­za­łam ręką w stronę stołu, a gdy zoba­czył oparty o ścianę obraz, sta­nął jak wryty, wle­pia­jąc w niego wzrok.

- Co to jest, Emily?

- Zdaje się, że por­tret babci Mar­ga­ret - odpar­łam z waha­niem. - Chyba...

W mil­cze­niu wycią­gnął rękę w kie­runku obrazu, dokład­nie tak samo jak ja godzinę wcze­śniej. Prze­su­nął pal­cami po rysach twa­rzy swo­jej matki, a gdy znowu na mnie spoj­rzał, ze zdu­mie­niem dostrze­głam w jego oczach łzy.

- Skąd się tu wziął?

- Przy­słali mi go z gale­rii w Mona­chium. - Poda­łam mu liścik. - Bra­kuje pod­pisu. Nie mam poję­cia, kto jest auto­rem.

Ojciec omiótł zdu­mio­nym wzro­kiem treść kar­teczki.

- "Jestem po lek­tu­rze Pani felie­tonu i wiem, że nie ma Pani racji - prze­czy­tał na głos. - Pani dzia­dek ni­gdy nie prze­stał jej kochać. Mar­ga­ret była miło­ścią jego życia". - Zaj­rzał mi w twarz. - Cho­dzi o twój felie­ton sprzed paru mie­sięcy, w któ­rym piszesz o krzyw­dach prze­ka­zy­wa­nych z poko­le­nia na poko­le­nie.

Odwró­ci­łam wzrok, ogar­nięta nagłym poczu­ciem winy.

- Tak. - Odchrząk­nę­łam. - Chyba powin­nam cię prze­pro­sić. Nie wie­dzia­łam, że czy­tu­jesz moją kolumnę.

- Oczy­wi­ście, że tak. - Powie­dział to łagod­nym tonem, bez cie­nia urazy. - Prze­czy­ta­łem każdy felie­ton. I nie musisz mnie prze­pra­szać. Mia­łaś cał­ko­witą rację. Zacho­wa­łem się wstręt­nie.

- W porządku. - Przy­gry­złam wargę i ponow­nie zwró­ci­łam się w stronę obrazu. - Na ile jesteś prze­ko­nany, że to bab­cia Mar­ga­ret?

Ojciec chwilę przy­glą­dał się obra­zowi.

- Na sto pro­cent. Pod koniec życia opo­wia­dała mi wciąż tę samą histo­rię. Powta­rzała, że w dniu, w któ­rym poznała mojego ojca, miała na sobie czer­woną sukienkę, a niebo przy­brało pur­pu­rową barwę, bo wła­śnie wscho­dziło słońce. Zupeł­nie jak na tym obra­zie. Opi­sy­wała mi dokład­nie tę scenę. - Przy­mknął na moment powieki. - Było mi bar­dzo przy­kro, że u kresu życia, gdy jej umysł zasnu­wała coraz gęst­sza mgła, myślała o czło­wieku, który naj­do­tkli­wiej ją skrzyw­dził. Wcze­śniej ni­gdy nie sły­sza­łem, żeby wspo­mi­nała o nim z wła­snej woli.

- Tęsk­niła za nim - stwier­dzi­łam łagod­nie i znowu dopa­dło mnie poczu­cie winy, że tak rzadko spo­ty­ka­łam się z bab­cią w ostat­nich mie­sią­cach jej życia. Byłam zbyt zajęta karierą, żeby wygo­spo­da­ro­wać dla niej wię­cej czasu, a teraz już zawsze mia­łam tego żało­wać. Spoj­rza­łam na obraz, na zna­jome rysy bab­ci­nej twa­rzy. - Ale kto mógł mi go przy­słać? Myślisz, że ta osoba wie, kim jest twój ojciec?

- Jakoś nie umiem sobie tego wyobra­zić. Moja matka nie potra­fiła wyja­śnić, co się z nim stało, a jakiś obcy z Nie­miec miałby znać nasze rodzinne sekrety? Coś tu się nie klei.

- Wiem. A jeśli to prawda? Może bab­cia Mar­ga­ret rze­czy­wi­ście była miło­ścią życia two­jego ojca.

Odwró­cił wzrok.

- A on tak po pro­stu znik­nął? Bez oglą­da­nia się za sie­bie? A teraz ktoś przy­syła ci dziwną, enig­ma­tyczną wia­do­mość, że mój ojciec ni­gdy nie prze­stał jej kochać? - Pokrę­cił głową. - Oba­wiam się, że to mało praw­do­po­dobne.

Nagle poczu­łam, że zaczyna się we mnie kłę­bić coś mrocz­nego.

- Co jest mało praw­do­po­dobne? Że ją kochał, a mimo to odszedł?

- No cóż, tak. Nie zosta­wia się ludzi, któ­rych się kocha. - Popa­trzył na mnie i nagle dotarło do niego, co wła­śnie powie­dział. - Nie mia­łem na myśli nas, Emily. To była zupeł­nie inna sytu­acja.

Zamru­ga­łam ner­wowo i poczu­łam, jak łącząca nas wątła nić poro­zu­mie­nia się zrywa.

- Jasne, rozu­miem. Jaki ojciec, taki syn.

Zacze­kał, aż znowu spoj­rzę mu w oczy.

- Tak mi przy­kro, Emily. Naprawdę cię prze­pra­szam. Nic nie zdoła napra­wić tego, co zro­bi­łem.

- W takim razie po co w ogóle pró­bu­jesz?

Nie mogłam znieść chłodu w swoim gło­sie, a jed­nak pozwa­la­łam mu się poja­wić w każ­dej roz­mo­wie z ojcem. Tak było po pro­stu łatwiej.

- Posłu­chaj, odsze­dłem z powodu pro­ble­mów, z któ­rymi się bory­ka­łem, i wła­snych nie­do­stat­ków. To wła­śnie pró­buję ci wytłu­ma­czyć. Chciał­bym ci to wszystko jakoś wyna­gro­dzić.

- Daruj sobie. - Nagle poczu­łam się kom­plet­nie wyczer­pana. - Sły­szę, co mówisz, ale to i tak niczego nie zmie­nia. - Zamil­kłam i utkwi­łam spoj­rze­nie w twa­rzy babci.

- Wiem - odparł ojciec i odchrząk­nął. - Co zamie­rzasz zro­bić w związku z tym obra­zem, Emily? Co ci cho­dzi po gło­wie?

Ode­tchnę­łam głę­boko.

- Muszę się dowie­dzieć, kto mi go przy­słał i co dokład­nie wie. Chcę lepiej zro­zu­mieć, co się wtedy stało.

- Ja też. I zro­bię wszystko, co w mojej mocy, żeby ci pomóc.

Odwró­ci­łam się do niego ple­cami.

- Dzięki, ale pora­dzę sobie sama.

- W takim razie po co do mnie dzwo­ni­łaś? - zapy­tał łagod­nie, ale i tak się naje­ży­łam.

- Nie wiem. Myśla­łam, że może będziesz wie­dział coś przy­dat­nego. Naj­wy­raź­niej się pomy­li­łam.

Ojciec ponow­nie spoj­rzał na akwa­relę.

- Wiem tylko - ode­zwał się po chwili - że wycho­wa­łem się bez ojca. A póź­niej zro­bi­łem dokład­nie to samo tobie. - Uśmiech­nął się smutno, ści­snął mnie za ramię i ruszył w stronę drzwi. - Wierz mi, ja też chcę się dowie­dzieć prawdy. Emily - dodał, zatrzy­mu­jąc się w progu. - Cie­szę się, że się ode­zwałaś.

*

Tele­fon zadzwo­nił następ­nego ranka tuż po szó­stej, wyry­wa­jąc mnie z kosz­maru, w któ­rym ojciec i Monica stali nad gro­bem mojej matki i szy­dzili ze mnie.

- Mówi Nicola Schu­bert z Gale­rie Schu­bert-Balck w Mona­chium - usły­sza­łam w słu­chawce głos zabar­wiony sil­nym akcen­tem. - Czy roz­ma­wiam z Emily Emer­son?

- Tak, przy tele­fo­nie - powie­dzia­łam już cał­kiem otrzeź­wiona, się­ga­jąc po notes i dłu­go­pis.

- Mam nadzieję, że pani nie obu­dzi­łam, ale chcia­łam oddzwo­nić jak naj­szyb­ciej.

- Żaden pro­blem - zapew­ni­łam ją szybko. - Pró­bo­wa­łam się skon­tak­to­wać z gale­rią, ponie­waż przy­sła­li­ście mi pań­stwo obraz...

- Tak, tak - prze­rwała mi Nicola. - Wiem o tym. Oba­wiam się jed­nak, że nie­wiele wię­cej mogę pani powie­dzieć. Dziew­czyna na polu na tle pur­pu­ro­wego nieba nie­wąt­pli­wie jest pięk­nym malun­kiem.

- A więc ten obraz ma tytuł?

- Nie, nie, tak go po pro­stu nazy­wamy. Nie­wiele wiemy na jego temat.

- Ale kto wam go przy­słał? - zapy­ta­łam. - I dla­czego?

- Wła­śnie to usi­łuję pani wytłu­ma­czyć. Naprawdę nie mam poję­cia. Dostar­czył nam go kurier razem z listem napi­sa­nym na maszy­nie.

- Zacho­wała go pani?

Kobieta prych­nęła.

- Ależ skąd. Recy­klin­gu­jemy papier. Ale mogę pani powie­dzieć, co w nim było: że pie­nią­dze zostały już prze­lane na konto gale­rii i że powinny spo­koj­nie pokryć koszt reno­wa­cji obrazu i prze­sła­nia go pod wska­zany adres, co zresztą oka­zało się prawdą. W liście napi­sano rów­nież, że obraz przez wiele lat prze­cho­wy­wano w zawil­go­co­nym pomiesz­cze­niu i że przed wysyłką powi­nien zostać dopro­wa­dzony do ide­al­nego stanu. Nadawca dołą­czył do prze­syłki zakle­joną kopertę i pro­sił, żeby wysłać ją razem z obra­zem. Być może umie­ścił w niej wię­cej infor­ma­cji.

- Nie - odpar­łam z wes­tchnie­niem, przy­po­mi­na­jąc sobie tajem­ni­czą wia­do­mość. - Czy wie pani, skąd wysłano obraz? Z jakiejś innej gale­rii w Mona­chium?

- Szcze­rze mówiąc, prze­syłkę przyj­mo­wała jedna z moich asy­sten­tek, więc nie mam poję­cia, skąd pocho­dziła.

- Czy mogę poroz­ma­wiać z tą asy­stentką?

- Z Bet­tiną? Nie­stety ode­szła mie­siąc temu.

- Czy ist­nieje jakiś spo­sób, żeby się z nią skon­tak­to­wać? - Usły­sza­łam despe­ra­cję w swoim gło­sie. - Chcia­ła­bym ją tylko zapy­tać, czy pamięta, skąd się u was wziął ten obraz.

Nicola wes­tchnęła.

- Oba­wiam się, że to nie­moż­liwe. Roz­sta­li­śmy się w mało przy­jem­nych oko­licz­no­ściach.

Czu­łam, jak poten­cjalne tropy wymy­kają mi się z rąk jeden po dru­gim.

- Czy domy­śla się pani, dla­czego ten obraz przy­słano aku­rat do pań­stwa gale­rii?

- Zapewne dla­tego, że jestem uwa­żana za jedną z naj­lep­szych spe­cja­li­stek w dzie­dzi­nie reno­wa­cji tego rodzaju dzieł sztuki. - Ton jej głosu jasno wska­zy­wał, że ura­ziło ją moje pyta­nie. - A nadawca tej prze­syłki musiał wie­dzieć, jak wielką renomą cie­szy się nasza gale­ria.

- I nie wie pani, kto nama­lo­wał ten obraz?

Kobieta zawa­hała się.

- Nie mam poję­cia.

Domy­śla­łam się, że wie­działa wię­cej, niż była skłonna mi powie­dzieć, ale zanim zdą­ży­łam ją o cokol­wiek dopy­tać, ode­zwała się ponow­nie:

- Panno Emer­son, muszę się teraz zająć klien­tami. Oddzwo­ni­łam do pani z grzecz­no­ści. Mam nadzieję, że podoba się pani obraz. Jest bar­dzo piękny. Byłam pod ogrom­nym wra­że­niem umie­jęt­no­ści arty­sty, który go nama­lo­wał, i muszę przy­znać, że z przy­jem­no­ścią zaję­łam się reno­wa­cją.

- Czy może mi pani o nim powie­dzieć coś jesz­cze?

- Zna się pani na sztuce?

- Nie, nie bar­dzo.

- W takim razie oba­wiam się, że moje tech­niczne wyja­śnie­nia na nie­wiele się pani zda­dzą. Zresztą trudno byłoby to wytłu­ma­czyć przez tele­fon. Pro­szę się cie­szyć tym obra­zem. Miłego dnia. - To powie­dziaw­szy, roz­łą­czyła się, a ja zosta­łam sama z apa­ra­tem w ręce, jesz­cze bar­dziej zdez­o­rien­to­wana niż wczo­raj.

Rozdział trzeci

Wrze­sień 1944

Parę minut po siód­mej rano Peter Dah­ler stał samot­nie pośród bez­kresu falu­ją­cych zie­lo­nych pól. Kiedy zmru­żył oczy, potra­fił sobie wyobra­zić, że jest w łodzi na środku jeziora Hac­ken­see z Fran­zem u boku; ojciec wio­słuje, a matka sie­dzi z głową odchy­loną do tyłu, grze­jąc twarz w pro­mie­niach słońca. Tamte dni dawno jed­nak minęły.

Niebo z dzie­cię­cych wspo­mnień Petera miało przej­rzy­sty odcień lodo­wego błę­kitu, ale tutaj, na błot­ni­stych polach upraw­nych cią­gną­cych się aż po jezioro Oke­echo­bee pierw­sze pro­mie­nie poran­nego słońca nada­wały niebu zadzi­wia­jący odcień kobaltu, który następ­nie prze­cho­dził w aksa­mitne indygo i deli­katny fio­let. Przez pierw­szą godzinę dnia niebo rzu­cało cień na strze­li­ste źdźbła trzciny cukro­wej, zale­wa­jąc cią­gnące się aż po hory­zont pola mor­skim błę­ki­tem, pod­czas gdy smu­kłe palce trzcin poru­szały się na wie­trze niczym mor­skie fale.

- Weź­miesz się wresz­cie do roboty? Czy zamie­rzasz się przez cały ranek gapić w niebo, Dah­ler? - Głos Harolda roz­niósł się po polu, przy­wra­ca­jąc go do rze­czy­wi­sto­ści. Peter zer­k­nął przez ramię i zmu­sił się do uśmie­chu na widok swo­jego ulu­bio­nego straż­nika, który co jakiś czas nagi­nał dla niego zasady, pozwa­la­jąc mu obej­rzeć piękny wschód słońca. Jeńcy naj­czę­ściej roz­po­czy­nali pracę o dzie­wią­tej, a z obozu znaj­du­ją­cego się na połu­dnie od Oke­echo­bee nie­wiele było widać. Ich baraki stały w zagaj­niku na skraju zaro­śnię­tego bagna, które - jak przy­pusz­czał Peter - miało im przy­po­mi­nać, że nawet gdyby spró­bo­wali uciec, i tak nie mie­liby dokąd. Jed­nak Harold, z któ­rym Peter w innych oko­licz­no­ściach mógłby się nawet zaprzy­jaź­nić, naj­wy­raź­niej rozu­miał, że ktoś, kto naoglą­dał się w swoim życiu tylu okrop­no­ści, potrze­buje też cza­sem nieco piękna.

- Prze­pra­szam. Już pra­cuję - odparł Peter po angiel­sku z taką łatwo­ścią, jakby to był jego ojczy­sty język, cho­ciaż ze śla­dami akcentu. - Jesz­cze raz dzię­kuję, że pozwo­lił mi pan tu przyjść wcze­śniej.

- Nie ma za co.

Harold ponow­nie wle­pił wzrok w hory­zont. Cie­kawe, czy myślał o tym, co działo się na wscho­dzie, po dru­giej stro­nie oce­anu: o strasz­nej woj­nie, w któ­rej żaden z nich nie brał już udziału. Petera poj­mano na polu bitwy, star­szego o jakieś dzie­sięć lat Harolda przy­dzie­lono do żan­dar­me­rii woj­sko­wej i został na lądzie, gdzie pil­no­wał jeń­ców wojen­nych, pod­czas gdy jego kole­dzy popły­nęli bro­nić ojczy­zny. A teraz obaj utknęli tutaj.

- Ja też lubię takie poranki - odparł po chwili. - Tylko nie pozwól, żeby nad­zorca przy­ła­pał cię na zbi­ja­niu bąków, sły­szysz?

- Tak jest, oczy­wi­ście. - Peter uśmiech­nął się prze­pra­sza­jąco, prze­rzu­cił sobie przez ramię nóż do cię­cia trzciny i ponow­nie zwró­cił się na wschód.

Zamie­rzał pra­co­wać z twa­rzą zwró­coną w stronę wscho­dzą­cego słońca, żeby widzieć niebo mie­niące się tymi wszyst­kimi fan­ta­stycz­nymi kolo­rami. W miarę jak słońce pięło się w górę, tem­pe­ra­tura rosła, komary zla­ty­wały się całymi chma­rami, wyda­jąc ciche, jed­no­stajne bzy­cze­nie, a powie­trze sta­wało się tak wil­gotne, że pra­wie nie można było oddy­chać. Jed­nak na razie świat wyda­wał się ide­alny.

W Holz­kir­chen, nie­wiel­kim bawar­skim mia­steczku, w któ­rym wycho­wał się Peter, były takie piękne zachody słońca, z tym że barwy zmie­niały się w odwró­co­nej kolej­no­ści: naj­pierw poja­wiał się mleczny błę­kit, póź­niej fio­let, nasy­cone indygo i wresz­cie kobalt, stop­niowo czer­nie­jący do barwy smoły, gdy kolory roz­pły­wały się pod posta­cią wąskiej linii w miej­scu, gdzie zie­mia spo­ty­kała się z nie­bem. Petera zawsze dzi­wiło, że te same barwy, które zwia­sto­wały koniec dnia w Niem­czech, tutaj, po prze­ciw­nej stro­nie oce­anu, oznaj­miały nadej­ście nowego. Koniec nagle stał się począt­kiem.

Peter bez trudu odna­lazł miej­sce, w któ­rym zakoń­czył pracę poprzed­niego dnia. Za kilka godzin miał pra­co­wać ramię w ramię z dzie­siąt­kami innych więź­niów, więc roz­ko­szo­wał się tym samot­nym cza­sem i doce­niał to, że Harold nie sie­dzi mu na karku. Przez chwilę wyobra­żał sobie, że straż­nik darzy go zaufa­niem, ale oczy­wi­ście tak być nie mogło. Pomimo oka­zy­wa­nej mu przez Harolda życz­li­wo­ści, Peter na­dal był jego wro­giem.

Opu­ścił kar­czow­nik, mocno zaci­ska­jąc palce na drew­nia­nym uchwy­cie, i poczuł jego cię­żar. Zanim przy­pły­nął na Flo­rydę, ni­gdy wcze­śniej nie widział podob­nego noża. Przy­po­mi­nał tro­chę Busch­mes­ser, maczetę, ale miał krót­sze i cień­sze ostrze, ide­alne do prze­dzie­ra­nia się przez wyso­kie łodygi trzciny cukro­wej. Noże do pracy na plan­ta­cjach były zakoń­czone haczy­ko­wato, co poma­gało robot­ni­kom pod­no­sić plony z ziemi, ale i tak trzeba było się co chwilę schy­lać, a póź­niej łado­wać ściętą trzcinę na sto­jące nie­opo­dal wozy. Pod koniec dnia wszy­scy byli obo­lali i lepcy od syropu, który na nich ska­py­wał.

Niebo sta­wało się coraz jaśniej­sze, a Peter pra­co­wał ryt­micz­nie. Ści­na­jąc łodygi, zaczął grać w swoją ulu­bioną grę: przy każ­dym zama­chu przy­wo­ły­wał jedno wspo­mnie­nie z domu.

Szuuu - dło­nie matki wyra­bia­jące cia­sto na chleb.

Trach - ojciec czy­ta­jący rano gazetę, zbie­lałe kłyk­cie pal­ców zaci­śnię­tych na kubku z kawą.

Szuuu - Franz przy­mie­rza­jący woj­skową czapkę star­szego brata dzień przed tym, jak Peter wyru­szył na front; śmiał się, ponie­waż była na niego o wiele za duża.

Trach - wszy­scy troje sto­jący w drzwiach i macha­jący mu, gdy odcho­dził, i słońce cho­wa­jące się za ich skrom­nym domem.

Były też złe wspo­mnie­nia: gdy rodzice cza­sem na sie­bie krzy­czeli, myśląc, że syno­wie już śpią; wie­czory, kiedy na stole nie było dość jedze­nia; posępny wyraz twa­rzy ojca, kiedy Peter ośmie­lił się prze­ciw­sta­wić jego poli­tycz­nym poglą­dom; ranek, w któ­rym Kle­in­man­no­wie pro­wa­dzący jatkę na końcu ulicy zostali wywle­czeni z domu przez eses­ma­nów, wrzu­ceni do cię­ża­rówki i wywie­zieni z wio­ski raz na zawsze.

Przede wszyst­kim jed­nak Peter odczu­wał tęsk­notę za kra­jem, któ­rego nie widział od czte­rech lat. A w poranki takie jak ten, gdy niebo ską­pane było w pięk­nie, dopa­dała go szcze­gól­nie silna nostal­gia.

Ojczy­zna. Heimat. Wła­śnie to słowo przy­szło mu do głowy, kiedy ujrzał ją po raz pierw­szy. Nad­cho­dziła od wschodu, pierw­sza z czte­rech miej­sco­wych robot­nic, które wynu­rzyły się z morza trzciny cukro­wej na ścieżkę. Miała na sobie czer­woną baweł­nianą sukienkę, postrzę­pioną i obszar­paną na brze­gach, a gdy tak szła ską­pana w poran­nym świe­tle na tle pur­pu­ro­wie­ją­cego nieba, przy­po­mi­nała gwiazdę fil­mową lub anioła. Jej dłu­gie, brą­zowe włosy tań­czyły w podmu­chach poran­nego wie­trzyku. Chód miała zara­zem deli­katny i pewny sie­bie. Peter znie­ru­cho­miał z nie­mal komicz­nie unie­sio­nym kar­czow­ni­kiem.

Być może czu­jąc na sobie jego wzrok, odwró­ciła się w stronę Petera i ich spoj­rze­nia się spo­tkały. Żadne z nich nawet nie mru­gnęło. Przy­glą­dali się sobie przez dłuż­szą chwilę w kom­plet­nym bez­ru­chu, jakby świat wokół nich sta­nął. A może, myślał Peter, odtwa­rza­jąc póź­niej w pamięci tamtą scenę, tylko to sobie wyobra­ził. Może ta dziew­czyna wcale się nie zatrzy­mała. Może nawet go nie zauwa­żyła.

A jed­nak musiała go widzieć. W końcu odwró­ciła wzrok i ruszyła przed sie­bie, pro­wa­dząc resztę dziew­cząt, które spra­wiały wra­że­nie młod­szych od niej. Peter patrzył, jak prze­pusz­cza je przo­dem, do jed­nego z zauł­ków trzci­no­wego labi­ryntu. A póź­niej, gdy już mu się zda­wało, że wię­cej nie zoba­czy jej twa­rzy, odwró­ciła się i spoj­rzała przez ramię. Znowu na sie­bie popa­trzyli i to wystar­czyło, żeby serce Petera napeł­niło się nadzieją, gdy dziew­czyna poszła dalej i znik­nęła na polu.

*

Tam­tej nocy śnił o dziew­czy­nie w czer­wo­nej sukience. Czuł się dziw­nie - nie tylko z tego powodu, że widział ją w snach, lecz także dla­tego, że po raz pierw­szy od pra­wie pół­tora roku jego sny były słod­kie i bło­gie, a nie wciąż prze­ry­wane i dener­wu­jące. Od tam­tej okrop­nej nocy na afry­kań­skiej pustyni, gdy Otto, jego naj­lep­szy przy­ja­ciel, umarł mu na rękach, Pete­rowi co noc śniły się krew i śmierć.

Nale­żał do Afrika Korps i cho­ciaż nasłu­chał się samych okrop­nych rze­czy na temat warun­ków, w jakich woj­ska Hitlera prze­mie­rzały Europę, nie spo­dzie­wał się, by tam mogło być gorzej niż u nich. Pia­sek znaj­do­wał się wszę­dzie, nie­skoń­czony, kłu­jący, paskudny, a w nie­które dni Peter nie był w sta­nie sobie przy­po­mnieć, kiedy ostat­nio miał w ustach kro­plę wody. Gene­rał Rom­mel, który nimi dowo­dził, w marcu 1943 nie­spo­dzie­wa­nie poje­chał do Nie­miec, oświad­czyw­szy, że musi prze­ko­nać führera o dra­ma­tycz­nej sytu­acji na fron­cie afry­kań­skim. Tyle że już nie wró­cił i od tam­tej pory wszystko się sypało. Dowódz­two prze­jął gene­rał von Arnim do spółki z wło­skim gene­rałem Mes­sem, a Peter wkrótce pojął, że żaden z nich nie ma poję­cia, co robi.

Otto zgi­nął na fron­cie, Peter zaś nie mógł wyba­czyć siłom, które dopu­ściły do takiej tra­ge­dii. Obaj wycho­wali się przy tej samej ulicy, i odkąd skoń­czyli trzy lata, byli dla sie­bie jak bra­cia; dzie­lił ich zale­d­wie mie­siąc róż­nicy wieku. Pomimo zała­my­wa­nia się nie­miec­kiej gospo­darki w dzie­ciń­stwie wyobra­żali sobie, że są wła­ści­cie­lami nie­prze­bra­nych bogactw. Szu­kali razem skar­bów, widzieli się w roli wspa­nia­łych mor­skich odkryw­ców, a gdy mieli po dzie­sięć lat, przy­rze­kli sobie, że któ­re­goś dnia będą razem jeź­dzić po świe­cie. Zale­d­wie rok póź­niej Hitler roz­po­czął swój marsz po wła­dzę, a oni - jako jedni z nie­licz­nych - pota­jem­nie stwier­dzili, że z wyglądu przy­po­mina gry­zo­nio­wa­tego pirata Rat­tego, boha­tera książki, którą czy­tali tam­tego lata. Niemcy jed­nak, a w szcze­gól­no­ści krewni oby­dwu chłop­ców, pałali miło­ścią do Hitlera, zatem Peter i Otto musieli ucie­kać do swo­jego domku na drze­wie ukry­tego w lesie, gdzie wymy­ślali opo­wie­ści o nik­czem­nym pira­cie Rat­tem, który zdo­łał wmó­wić całemu naro­dowi, że jest jego wybawcą.

Dzie­sięć lat póź­niej Otto i Peter - już nie chłopcy, tylko męż­czyźni - zna­leźli się w piasz­czy­stej i jało­wej alter­na­tyw­nej rze­czy­wi­sto­ści, wal­cząc w spra­wie, któ­rej wcale nie uwa­żali na słuszną.

- Wiesz, Peter - powie­dział z uśmie­chem Otto w wie­czór swo­jej śmierci - nie do końca to mia­łem na myśli, kiedy pla­no­wa­li­śmy wspólne zwie­dza­nie świata.

Peter roze­śmiał się pomimo głodu, pra­gnie­nia oraz tego, że na cią­gną­cej się aż po hory­zont pustyni śmierć cza­iła się na każ­dym kroku.

- Nie marzy­łeś o tym, żeby wal­czyć w Afryce?

- Wolę myśleć, że kiedy to wszystko się skoń­czy, popły­niemy razem do Ame­ryki - odparł Otto.

Peter uniósł brew.

- Ame­ryka, powia­dasz? Ale oni nas tam nie­na­wi­dzą. Prze­pły­nęli ocean, żeby z nami wal­czyć.

- Dzi­wisz im się? - mruk­nął Otto. - Zresztą nie­ważne. Po woj­nie będziemy zna­ko­mi­tymi amba­sa­do­rami Nie­miec. Poka­żemy im, że nie wszy­scy u nas przy­po­mi­nają szczu­rzego pirata.

Peter roze­śmiał się, myśląc, że przy­ja­ciel ple­cie bzdury. Ame­ryka! Jakoś nie umiał sobie tego wyobra­zić.

- Zawsze mie­rzy­łeś wysoko. A teraz spró­buj się prze­spać, bo ina­czej rano nie będziemy się do niczego nada­wać.

Dwie godziny póź­niej coś wyrwało go ze snu. Od razu wysko­czył ze śpi­wora i przy­kuc­nął, gotowy do walki z nie­wi­dzial­nym wro­giem. Niczego jed­nak nie sły­szał, więc po dłuż­szej chwili wstrzy­my­wa­nia odde­chu spoj­rzał w górę i uzmy­sło­wił sobie, co go obu­dziło. Niebo mie­niło się dzie­siąt­kami roz­tań­czo­nych świe­tli­stych punk­ci­ków.

- Mein Gott - mruk­nął pod nosem, ponow­nie się kuląc. Ważne było, żeby trzy­mać się bli­sko ziemi, ponie­waż w każ­dej chwili mógł ich obser­wo­wać nie­przy­ja­ciel. - Istny cud.

I cho­ciaż logiczna część umy­słu Petera wie­działa, że świe­tli­ste wido­wi­sko to efekt desz­czu mete­ory­tów, roman­tyczna część jego duszy czuła, że cho­dzi o coś wię­cej. Oto nagle w samym środku pie­kła ujrzał niebo.

- Otto! - szep­nął, potrzą­sa­jąc przy­ja­cie­lem. - Obudź się, musisz coś zoba­czyć! - Wska­zał w górę, a Otto, wciąż prze­cie­ra­jąc oczy, podą­żył za jego spoj­rze­niem i wydał okrzyk zachwytu.

- Coś nie­sa­mo­wi­tego - odparł z unie­sio­nym wzro­kiem i otwar­tymi ze zdzi­wie­nia ustami. - Gdzie jest pół­noc?

Peter wska­zał w lewo od miej­sca, w któ­rym wid­niał sierp księ­życa.

- Chyba tam.

Otto wstał i zapa­trzył się w ciem­ność. Dookoła niego po nie­bie śmi­gały spa­da­jące gwiazdy.

- Pra­wie widać stąd Niemcy, Pete­rze - powie­dział. - Spójrz tylko, gwiazdy wska­zują nam drogę do domu.

- Lepiej usiądź, przy­ja­cielu - ode­zwał się ze śmie­chem Peter - zanim wezmą cię na cel.

Gdy tylko wypo­wie­dział te słowa, świat eks­plo­do­wał; grad kul ze świ­stem prze­le­ciał przez ich obóz niczym rój pija­nych trzmieli.

- Otto! - wrza­snął Peter. - Pad­nij!

Nie docze­kał się jed­nak odpo­wie­dzi, a gdy wokół nich zawrzało i noc wypeł­niła się dymem, który zasło­nił błysz­czące gwiazdy, padł na kolana i zaczął szu­kać przy­ja­ciela. Prze­cież dzie­liło ich nie wię­cej niż pół metra. Gdzie on się podział?

- Otto? Otto, gdzie jesteś?

Jego dłoń wylą­do­wała na czymś cie­płym i mokrym i w ułamku sekundy Peter uświa­do­mił sobie, że dotyka ramie­nia przy­ja­ciela.

- Otto! - jęk­nął.

Nachy­lił się i spró­bo­wał wyczuć puls, pod­czas gdy powie­trze prze­ci­nały kule, na które Niemcy odpo­wia­dali ogniem. Zna­lazł jed­nak tylko zie­jącą dziurę wiel­ko­ści orze­cha wło­skiego w szyi przy­ja­ciela, a gdy z prze­ra­że­niem odsu­nął rękę, była cała we krwi.

- Otto? - szep­nął, ale było już za późno.

Oczy przy­ja­ciela, sze­roko otwarte i nie­ru­chome, wpa­try­wały się w prze­strzeń, jakby mogły się prze­bić przez chmurę pyłu i stra­chu aż do nieba nad nimi, usia­nego spa­da­ją­cymi gwiaz­dami.

- Nie, mój przy­ja­cielu! Tylko nie to.

I znowu nie docze­kał się odpo­wie­dzi.

- Chodź, Dah­ler! - zawo­łał ktoś pośród całego tego cha­osu.

- Nie mogę go tu zosta­wić! - odkrzyk­nął Peter, pró­bu­jąc dźwi­gnąć bez­władne ciało Ottona z mokrej ziemi pośród świsz­czą­cych kul.

- On nie żyje! - krzyk­nął ktoś inny. - Zostaw go albo sam zgi­niesz!

Pete­rowi udało się poko­nać jakieś czter­dzie­ści metrów z cia­łem przy­ja­ciela, zanim poja­wiło się przy nim dwóch żoł­nie­rzy, któ­rzy zmu­sili go, by je porzu­cił, i wbrew woli Petera zawle­kli go w bez­pieczne miej­sce. Ni­gdy sobie nie wyba­czył, że zosta­wił przy­ja­ciela samego w morzu krwi i pia­chu. Tak samo jak nie wyba­czył sobie, że to z jego powodu Otto zgi­nął. Gdyby go nie obu­dził, żeby poka­zać mu deszcz mete­orów, jego przy­ja­ciel na­dal by żył.

Zale­d­wie dwa mie­siące póź­niej wojna skoń­czyła się rów­nież dla Petera.

W noc, kiedy tra­fił do nie­woli, przy­snął z wyczer­pa­nia i pra­gnie­nia w płyt­kim rowie, który wyko­pał gołymi rękami. Gdy się zbu­dził, wszę­dzie było pełno alian­tów. Jego dowódca oznaj­mił żoł­nie­rzom, że pod­dają się Ame­ry­ka­nom. Kiedy Peter pod­niósł ręce nad głowę, zalała go fala wstydu, jed­nak wcale nie dla­tego że prze­grał i musiał się pod­dać. Czuł wstyd z powodu ulgi, że nie musi już dłu­żej wal­czyć.

*

Od ponad roku Peter zasta­na­wiał się nad sen­sem tego wszyst­kiego; jakie plany mógł mieć wobec niego Bóg, prze­rzu­ca­jąc go z Afryki na to nie­koń­czące się pole trzciny cukro­wej we flo­rydz­kim skwa­rze. Zamie­nił jałową pusty­nię na moczary, a kon­ty­nent afry­kań­ski na pół­noc­no­ame­ry­kań­ski, lecz oba znaj­do­wały się potwor­nie daleko od miej­sca, w któ­rym się uro­dził. Na początku tęsk­nił za domem, jed­nak z bie­giem czasu zaczął mu się udzie­lać dobry humor ame­ry­kań­skich straż­ni­ków i doce­nił uro­dzaj ziemi, na którą tra­fił. Otto miał rację co do tego miej­sca.

Peter zbu­dził się z obra­zem dziew­czyny w czer­wo­nej sukience pod powie­kami i przez moment zasta­na­wiał się, czy przy­pad­kiem to wszystko nie miało go dopro­wa­dzić wła­śnie tutaj. Kosz­mar wojny, roz­pacz nie­woli, harówka - może to ta nie­zna­joma była ich powo­dem.

Sza­leń­stwem było myśleć w ten spo­sób. Peter nawet jej nie znał. Nie zamie­nili ze sobą ani słowa. Nie miał poję­cia, ile ta dziew­czyna ma lat, czy nie jest mężatką albo czy nie pała do Niem­ców nie­na­wi­ścią, tak jak wielu Ame­ry­ka­nów, z któ­rymi się spo­tkał. Jed­nak we śnie, który wciąż wyświe­tlał mu się pod powie­kami, uśmie­chała się do niego. I przy­zy­wała go do sie­bie. Nawet teraz, w jasnym świe­tle dnia, Peter marzył wyłącz­nie o tym, żeby za nią podą­żyć.

Rozdział czwarty

- Tak sobie myślę - powie­dział ojciec, gdy zadzwo­nił do mnie w ponie­dzia­łek rano - że chyba mam dla cie­bie pewien trop.

Obraz wciąż stał oparty o ścianę na stole w mojej kuchni, a ja przez ostat­nie cztery dni na zmianę wpa­try­wa­łam się w niego i szu­ka­łam w inter­ne­cie jakich­kol­wiek infor­ma­cji na temat mojej babci. Zmarła w lutym w wieku osiem­dzie­się­ciu ośmiu lat, a wcze­śniej pro­wa­dziła raczej spo­kojne i samotne życie. Jedy­nymi wzmian­kami na jej temat, jakie udało mi się zna­leźć w pra­so­wych archi­wach, był jej nekro­log oraz arty­kuł pocho­dzący z 1964 roku, w któ­rym roz­ma­wiała z dzien­ni­ka­rzem o tym, że jej syn - a mój ojciec - Vic­tor roz­po­czął wła­śnie stu­dia w Yale. Pró­bo­wa­łam wyszu­ki­wać jej nazwi­sko w połą­cze­niu z hasłami "Mona­chium", "Niemcy" i "obraz", ale nie tra­fi­łam na nic istot­nego. Poprzed­niego dnia musia­łam się zająć nowym zle­ce­niem dla maga­zynu "Seven­teen", ale zagadka tajem­ni­czego obrazu wciąż nie chciała mi wyjść z głowy.

- Trop? - powtó­rzy­łam scep­tycz­nie.

- Tak. Dzi­wię się, że wcze­śniej na to nie wpa­dłem. Kiedy moja asy­stentka zaj­mo­wała się orga­ni­za­cją pogrzebu two­jej babci, obdzwo­niła wszyst­kich, któ­rych nazwi­ska zna­la­zła w jej note­sie. Jedną z osób, która przy­je­chała na mszę, był jej przy­ja­ciel z dzie­ciń­stwa. Nawet mi się przed­sta­wił, ale nie mie­li­śmy oka­zji dłu­żej poroz­ma­wiać.

- Nie rozu­miem. - Nie­wiele wie­dzia­łam na temat prze­szło­ści mojej babci; uro­dziła się w 1926 roku i i wycho­wała na far­mie gdzieś na połu­dniu Flo­rydy, ale po wypro­wadzce z domu zerwała kon­takty z rodziną i ni­gdy nie wspo­mi­nała o latach sprzed naro­dzin mojego ojca na początku 1946 roku. - Wyda­wało mi się, że bab­cia cał­ko­wi­cie odwró­ciła się od tej czę­ści swo­jej prze­szło­ści.

- Też tak myśla­łem. Ale ten czło­wiek, Jere­miah Bel­train, powie­dział mojej asy­stentce, że przez wszyst­kie te lata dzwo­nili do sie­bie od czasu do czasu. Podobno nawet czę­sto ją odwie­dzał, kiedy byłem dziec­kiem, cho­ciaż ja tego nie pamię­tam.

- Na dru­gie masz Jere­miah. Czyżby bab­cia Mar­ga­ret nadała ci imię na jego cześć?

- Nie mam poję­cia. Ni­gdy wcze­śniej o nim nie sły­sza­łem. - Zamy­ślił się. - Tak się teraz zasta­na­wiam, czy ten czło­wiek nie wie przy­pad­kiem cze­goś na temat prze­szło­ści two­jej babci. Zawsze to jakiś począ­tek. Jeśli podam ci jego numer, powiesz mi, czego się dowie­dzia­łaś?

- Okej - zgo­dzi­łam się.

Zano­to­wa­łam numer i podzię­ko­wa­łam ojcu, cho­ciaż po skoń­czo­nej roz­mo­wie zaczę­łam się zasta­na­wiać, dla­czego nie zadzwo­nił do tego czło­wieka wcze­śniej, zanim przy­słano mi ten obraz. Nie miał ochoty dowie­dzieć się cze­goś wię­cej o prze­szło­ści wła­snej matki? Ja z całą pew­no­ścią mia­łam. Wła­śnie na tym pole­gała róż­nica mię­dzy moim ojcem a mną. Dla mnie rodzina była ważna.

Zanim zadzwo­ni­łam do Jere­miaha, wyszu­ka­łam go w inter­ne­cie; kon­tak­tu­jąc się z nie­zna­jo­mymi, sta­ra­łam się zebrać na ich temat jak naj­wię­cej infor­ma­cji. Tym razem jed­nak nie­wiele udało mi się zna­leźć. Wspo­mniano o nim tylko raz, w arty­kule z 2006 roku w "Palm Beach Post" poświę­co­nym nie­za­leż­nej upra­wie trzciny cukro­wej, gdzie został opi­sany jako sie­dem­dzie­się­ciocz­te­ro­letni far­mer z mia­steczka Belle Creek. Szybko poli­czy­łam, że musiał mieć teraz osiem­dzie­siąt trzy lata, czyli był o sześć lat młod­szy od babci. Dość duża róż­nica wieku, szcze­gól­nie dla dwojga dzie­cia­ków. Cie­kawe, jak się poznali.

Się­gnę­łam po tele­fon, wybra­łam numer, który dosta­łam od ojca, i odcze­ka­łam trzy sygnały.

- Halo? - dobiegł mnie męski głos, gdy już mia­łam się roz­łą­czyć. Mój roz­mówca z tru­dem łapał oddech.

- Dzień dobry. Chcia­ła­bym roz­ma­wiać z Jere­mia­hem Bel­tra­inem.

- Przy tele­fo­nie. Czy mogę wie­dzieć, kto dzwoni? - zapy­tał z nutką podejrz­li­wo­ści w gło­sie.

- Nazy­wam się Emily Emer­son - zaczę­łam. - Jestem...

- Wnuczką Mar­ga­ret! - wszedł mi w słowo. - O rany! Mia­łem nadzieję, że któ­re­goś dnia do mnie zadzwo­nisz, moja droga. Mar­ga­ret była z cie­bie bar­dzo dumna.

Przez chwilę nic nie mówi­łam. Zasko­czyło mnie, że wie­dział, kim jestem.

- Dzię­kuję - odpar­łam wresz­cie. - A więc się przy­jaź­ni­li­ście?

Męż­czy­zna zachi­cho­tał.

- Zupeł­nie nic nie pamię­tam z cza­sów sprzed pozna­nia two­jej babci, Emily. Była wspa­niałą kobietą.

- Dzię­kuję. Też tak uwa­żam. - Wzię­łam głę­boki wdech. - Dzwo­nię do pana z nie­co­dzien­nym pyta­niem. Nie­dawno otrzy­ma­łam pocztą obraz od ano­ni­mo­wego nadawcy z liści­kiem, w któ­rym ta osoba pisze, że mój dzia­dek ni­gdy nie prze­stał kochać mojej babci, że to ona była miło­ścią jego życia.

Jere­miah gwał­tow­nie zaczerp­nął powie­trza.

- Co takiego?

- Obraz przed­sta­wia moją bab­cię, a przy­naj­mniej tak mi się wydaje. Chcia­ła­bym zro­zu­mieć, co ozna­cza w połą­cze­niu z liści­kiem, ale nic nie wiem na temat jej prze­szło­ści. Ni­gdy nie opo­wia­dała o moim dziadku; upar­cie uni­kała tego tematu. - Przez chwilę mil­cza­łam. - Ale mój tata twier­dzi, że dora­stał pan razem z nią, więc pomy­śla­łam, że może pan będzie coś na ten temat wie­dział.

W słu­chawce na moment zapa­dła cisza.

- Cóż, taką histo­rię nale­ża­łoby chyba prze­ka­zać oso­bi­ście, nie sądzisz? Dała­byś radę przy­je­chać do Belle Creek? To malutka mie­ścinka na połu­dnio­wym brzegu Oke­echo­bee. Powin­naś tu dotrzeć w parę godzin, jeśli wciąż miesz­kasz w Orlando.

- Skąd pan wie?

- Twoja bab­cia czę­sto o tobie opo­wia­dała. - Sły­sza­łam, że się uśmie­cha. - To jak, przy­je­dziesz?

Spoj­rza­łam na zega­rek. Była dopiero dzie­siąta rano.

- Może być dzi­siaj? Mogła­bym wyru­szyć za jakąś godzinę.

- Dosko­nale. Myślę, że twoja bab­cia chciała, żebyś poznała prawdę, moja droga. Jed­nak cza­sami, jeśli żyjesz ze zła­ma­nym ser­cem, trudno opo­wie­dzieć o tym, co naj­bar­dziej cię zra­niło.

Podał mi swój adres i wska­zówki, jak jechać. Poże­gna­li­śmy się, wie­dząc, że zoba­czymy się za kilka godzin.

*

Wzię­łam szybki prysz­nic, wło­ży­łam let­nią sukienkę, uma­lo­wa­łam się deli­kat­nie i zro­bi­łam apa­ra­tem w komórce kilka zdjęć obrazu, po czym ruszy­łam w drogę do Belle Creek, mia­steczka, z któ­rego ist­nie­nia nie zda­wa­łam sobie dotąd sprawy. Mia­łam jechać płatną drogą eks­pre­sową Flo­rida Turn­pike do auto­strady 441, a stam­tąd drogą sta­nową 78 na zachód w kie­runku Oke­echo­bee, ogrom­nego płyt­kiego jeziora, które na mapie przy­po­mi­nało wyszczer­bione "O" wycięte z połu­dnio­wej czę­ści stanu.

Sko­rzy­sta­łam ze zjazdu I-4, żeby dostać się na Turn­pike, a gdy już jecha­łam drogą eks­pre­sową na połu­dnie, moje myśli zaczęły błą­dzić. Czy Belle Creek naprawdę jest rodzin­nym mia­stecz­kiem mojej babci? Dla­czego ani razu o nim nie wspo­mniała? I co ten czło­wiek będzie mógł mi o niej opo­wie­dzieć?

Bab­cia zawsze była dla mnie zagadką. Ni­gdy nie wąt­pi­łam w to, że mnie kochała, ale nie nale­żała do osób lubią­cych opo­wia­dać o swoim życiu ani otwar­cie oka­zy­wać uczuć. Tak skrzęt­nie ukry­wała tajem­nice z prze­szło­ści, jakby w ogóle nie zaprzą­tała sobie nią głowy.

Przez długi czas żało­wa­łam, że nie odzie­dzi­czy­łam po niej tej cechy. Cudow­nie byłoby zosta­wić prze­szłość za sobą, zamknąć ją na cztery spu­sty. Niczego nie pra­gnę­łam bar­dziej niż zapo­mnieć o wszyst­kim, co wyda­rzyło się w roku naro­dzin Cathe­rine, ale im moc­niej pró­bo­wa­łam to od sie­bie ode­pchnąć, tym bar­dziej mnie to prze­śla­do­wało. A teraz, gdy ona osią­gnęła peł­no­let­ność, coraz czę­ściej przy­wo­ły­wa­łam tamte zda­rze­nia. Zaczę­łam nawet mieć pro­blemy z zasy­pia­niem, ponie­waż wszystko to, o czym tak usil­nie pró­bo­wa­łam zapo­mnieć, nagle zaczęło mnie nawie­dzać w snach.

W marcu tam­tego roku moja matka zgi­nęła w wypadku samo­cho­do­wym, zale­d­wie dwa i pół mie­siąca przed tym, jak skoń­czy­łam szkołę śred­nią. Ojciec zosta­wił nas sie­dem lat wcze­śniej, ale jego matka, bab­cia Mar­ga­ret, przez cały czas utrzy­my­wała z nami kon­takt. Była tak samo zbul­wer­so­wana jego decy­zją jak my i cho­ciaż nie odwró­ciła się od niego, wie­dzia­łam, że ich sto­sunki wyraź­nie się ochło­dziły. "Zawsze mi się wyda­wało, że wpo­iłam mu odpo­wied­nie war­to­ści - powie­działa mi któ­re­goś dnia, gdy mia­łam szes­na­ście lat. - Ale on odszedł, tak samo jak kie­dyś jego ojciec. Przy­kro mi, że wycho­wa­łam czło­wieka, który tak was skrzyw­dził, skar­bie. Ni­gdy sobie tego nie wyba­czę".

Kiedy mia­łam trzy­na­ście lat, bab­cia Mar­ga­ret prze­pro­wa­dziła się z Atlanty do miesz­ka­nia z wido­kiem na zatokę w St. Peters­burgu na Flo­ry­dzie i odwie­dza­łam ją każ­dego lata. Po śmierci mojej matki przy­je­chała do Atlanty i zamiesz­kała ze mną, gdy koń­czy­łam szkołę. Jako jedyna osoba na całym świe­cie wie­działa, że jestem w ciąży.

Oczy­wi­ście popeł­ni­łam błąd. Gdy jesz­cze moja matka nie zgi­nęła, a życie wciąż było piękne, mia­łam chło­paka, Nicka. I kocha­łam go. Boże, ależ ja go kocha­łam. Byli­śmy razem zale­d­wie przez pół roku, gdy moja matka zmarła, a ja - kom­plet­nie zała­mana i zroz­pa­czona - odsu­nę­łam się od wszyst­kich. Przy­ja­ciele roz­pierz­chli się po paru tygo­dniach, ale Nick został. On jeden trwał przy mnie, nawet gdy go ode­pchnę­łam. Teraz wresz­cie to widzia­łam, ale wtedy nie byłam w sta­nie dostrzec niczego poza fak­tem, który zdo­mi­no­wał i przy­ćmił całą resztę: że ludzie, któ­rzy powinni nas kochać, wcze­śniej czy póź­niej odcho­dzą.

"Możesz pole­gać wyłącz­nie na sobie". Powta­rza­łam te słowa niczym man­trę, dzień po dniu, więc kiedy odkry­łam, że jestem w ciąży - dokład­nie mie­siąc po śmierci mamy - wie­dzia­łam, że nie mogę o tym powie­dzieć Nic­kowi. Co bym zro­biła, gdyby mnie przez to znie­na­wi­dził? Albo co gor­sza został ze mną wyłącz­nie z lito­ści i porzu­cił mnie po naro­dzi­nach naszego dziecka? Nie znio­sła­bym tego.

Dla­tego nikomu nie powie­dzia­łam o ciąży. Nick nie zwró­cił uwagi na moje poranne mdło­ści, rosnący brzu­szek, ani nawet na to, że w ciągu mie­siąca biust urósł mi o cały roz­miar, ponie­waż stop­niowo odsu­wa­łam się od niego, pochła­nia­jąc dru­gie śnia­da­nie w pustej kla­sie oraz igno­ru­jąc jego wie­czorne tele­fony. Jed­nak już sam fakt, że wciąż pró­bo­wał i patrzył na mnie z uczu­ciem, o któ­rym w głębi serca wie­dzia­łam, że jest miło­ścią, o czymś świad­czył. Tyle że uzna­nie tego spo­wo­do­wa­łoby uszczer­bek w zbroi, którą z całych sił pró­bo­wałam się chro­nić.

Cere­mo­nia roz­da­nia dyplo­mów odbyła się siód­mego czerwca, a naza­jutrz rano wyje­cha­ły­śmy z bab­cią Mar­ga­ret na Flo­rydę, nie oglą­da­jąc się za sie­bie. Zosta­łam już przy­jęta na Uni­wer­sy­tet Flo­rydzki, gdzie jako przed­miot kie­run­kowy pla­no­wa­łam wybrać dzien­ni­kar­stwo, ale ponie­waż gine­ko­log potwier­dził, że uro­dzę pod koniec paź­dzier­nika, musia­łam zadzwo­nić do dzie­ka­natu i popro­sić o odro­cze­nie przy­ję­cia na uczel­nię, tłu­ma­cząc się żałobą po śmierci matki. Pozwo­lono mi roz­po­cząć naukę w stycz­niu, dzięki czemu mia­łam aż sie­dem mie­sięcy dla sie­bie.

Wpro­wa­dzi­łam się do pokoju gościn­nego babci Mar­ga­ret i całymi dniami czy­ta­łam książki albo jeź­dzi­łam nad morze i spa­ce­ro­wa­łam po plaży. Wie­czo­rami bez­sku­tecz­nie usi­ło­wa­łam zasnąć, nie myśląc o Nicku. Gdy po raz pierw­szy poczu­łam ruchy dziecka, pra­wie do niego zadzwo­ni­łam, żeby mu o wszyst­kim powie­dzieć, ale zre­zy­gno­wa­łam w poło­wie wybie­ra­nia numeru. W ciągu ostat­niego try­me­stru co naj­mniej raz w tygo­dniu się­ga­łam po tele­fon i zaczy­na­łam wystu­ki­wać cyfry, ale póź­niej ze zło­ścią odkła­da­łam słu­chawkę, za każ­dym razem nie­na­wi­dząc sie­bie tro­chę bar­dziej.

- Postę­pu­jesz słusz­nie - powta­rzała mi bez prze­rwy bab­cia, w miarę jak mój brzuch i wąt­pli­wo­ści rosły. - Chłop­com bra­kuje odpo­wie­dzial­no­ści. Nie można na nich liczyć. Przy­kro mi to mówić, Emily, ale będzie dla cie­bie lepiej, jeśli pora­dzisz sobie bez Nicka. - Skon­tak­to­wała się z agen­cją adop­cyjną i co wie­czór roz­ma­wia­ły­śmy o tym, że pomogą mi zna­leźć porządny dom dla mojego dziecka. - Zapew­nisz mu lep­sze życie - tłu­ma­czyła mi łagod­nie. - To naj­wspa­nial­szy dar, jaki możesz mu ofia­ro­wać. Ja nie mia­łam takiej moż­li­wo­ści, kiedy byłam w twoim wieku.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki