I.
Początkowy uśmiech ironii, z jakim Anka patrzyła na pochylone nad rajsbretami dziewczęta, stopniał i przeszedł w zamyśleme.
Anka obracała w palcach gałązkę świeżo zerwanego bzu i, oparta o ścianę pracowni, patrzyła przed siebie.
Oczy jej wielkie, czarne, nieco wypukłe, miały wyraz jakby senny i zdawały się pić światło z wnętrza istoty dziewczyny.
Odziana w lekką, muślinową suknię, przytulona do tła spłowiałego Aubusson, obramowanego zielonawą ramą, zdawała się być dziwnie powiewną i jakby lekko naszkicowaną. Płeć jej jednak była ciemna, brwi dość szerokie i czarne, włosy prawie krucze. Mimo to, całość sprawiała wrażenie istoty jasnej, słonecznej, tak, jakby jakieś promienie biły od tej kobiety.
Szeroko otwarte okno pracowni odsłaniało olbrzymi szmat krajobrazu i horyzontu. W oddali siniała dziwnie ciemna fala rzeczna, ujęta w poszarpane ziemistemi płatami zielone brzegi.
Po ścianach domu pięły się liście powoju i winogradu, tworząc w ten sposób wilgotnawą przed słońcem makatę.
Ogródek dobrze utrzymany, pełen błękitów w kształcie serc i kółek, błękitny od niezapominajek, fioletowy od bratków, otaczał dokoła willę i kilku tarasami opadał ku brzegowi rzeki.
Nieliczne drzewka filtrowały słoneczne blaski, a kilka osik drżało osobno, strzelając przy murze zielonawą kaskadą, zakończoną u wierzchołka rzutkami purpurowych liści. Anka utkwiła wielkie, marzące oczy w przestrzeń i zdawała się zapominać o pracowni, o znajdujących się w niej koleżankach, o swym pustym rajsbrecie-o świecie całym.
Tymczasem koło niej mozoliło się kilka istot kobiecych, o pochylonych plecach i starannie uczesanych głowach. Od czasu do czasu z po za rajsbretu wychylała się młoda twarzyczka, przecięta brózdą, z wargą przyciętą z nadzwyczaj wytężającej pracy.
Była to lekcya rysunku z żywego modelu, i dziewczęta przykładały szczególną wagę do tej sprawy, wiedząc, jak bardzo cenił "pan profesor" rysunek z natury.
W dobrym punkcie świetlnym siedział ów żywy model, poszukiwany i rozrywany na malarskim targu.
Dziewczyna młoda, plaska w piersiach, trochę zgarbiona, odziana w przepyszną fioletową katankę, nasadzoną czerwonemi paciorkami i wyszytą zieloną włóczką. Siedziała w pozie naturalnej, położywszy ręce na kolanach, osłonionych ładną, perkalową, kwiecistą spódnicą.
Twarz miała ogorzałą, a oczy jasne, prawie żołte, o chwilowym zielonawym odcieniu. Zęby zdrowe błyskały od czasu do czasu w wargach opierzchłych. Jasne włosy skromnemi pasmami po za uszy się kryły.
W pozie tej dziewczyny, w jej pochyleniu karku, w apatyi jasnych źrenic, była cała moc jakiegoś lenistwa, pełnego wdzięku, coś, zdającego się na łaskę i siłę natury, jakby pełny kwiat polny, w upalne popołudnie zwieszający się z łodygi nad łąką szmaragdową.
Z tej Maryśki, która codzień do miasta przyjeżdżała na furze swej matki pomiędzy blaszankami, pełnemi sinego mleka, aż biją barwy, jak od kraśnego maku.
Czerń ołówka nie jest w stanie pochwycić zasadniczego tonu piękności dziewczyny i przez to czarne postacie Maryśki, które ładnie uczesane panny na rajsbretach szkicują-nie są nią, nie są tą dziewką, tkwiącą w fałdach swych kolorowych szat, jak złoty jaskier w pęku jaskrawego kwiecia.
Tak pomyślała i Anka, gdy spojrzała na "model", zajmujący podium.
- Nie, nie-zaprotestowała dusza dziewczyny- to nie dla mnie robota.
Niemniej jednak-od horyzontów dalekich, które widać po za oknem pracowni, przeniosła powoli wielkie czarne źrenice na siedzącą w krasie i barwie dziewkę, i oblała ją niejako tem spojrzeniem, które zdawało się zawsze otulać przedmiot widziany, jakby osłoną z czarnej ciepłej mgły.
Ta mgła oczu Anki zaciskała się powoli dokoła postaci "modelu", odbierała jego formę, przyswajała barwę.
Równocześnie mgła ta przenikała zewnętrzność Maryśki, wchodziła w zetknięcie z jej duchem i chłonęła go w siebie.
Musiało być coś silnego i niepokojącego w tych oczach Anki, bo Maryśka zaczynała się niepokoić i coś, jakby prądy, przebiegały pod jej spaloną skórą.
Kilkakrotnie poprawiła się i widoczne było, iż koncentruje całą siłę swej woli, aby utrzymać pozę.
Drzwi pracowni, pokryte ciężką zasłoną z tak zwanej verdure gobelinowej, zawieszonej na hebanowej strzale, uchyliły się, i w fałdach ciemnej zieleni zamajaczyła głowa mężczyzny, która chwilkę zwróciła się na obie strony, ogarnęła wzrokiem pracujące panienki i dyskretnie zniknęła w fałdach gobelinu.
Dziewczęta poruszyły się nerwowo, sądząc, że "pan profesor" wejdzie do pracowni kontrolować ich pracę. Ta i owa zacisnęła silniej usta, jedna pokryła się gorącym rumieńcem, Marysia przybrała pozę spiżowego posągu.
Lecz profesor cofnął się w głąb mieszkania, i znów nastała cisza czerwcowego popołudnia, przesyconego wonią bzów i brzękiem roju much, kręcących się w powietrzu.
Anka na widok profesora ani drgnęła.
Stała ciągle oparta o ścianę i tylko z gałązki bzu, którą trzymała w ręku, powoli opadał deszcz kwiatów i czepiał się jej lekkiej sukni.
W gruncie rzeczy nie obchodził jej wcale sąd Stalewskiego. Och! mógł ją nawet ostro złajać wobec koleżanek, iż nie chce brać udziału w programie lekcyjnym. Tak bardzo była w tej chwili daleka od solidaryzowania się w pracy z tą gromadką ładnie uczesanych dziewcząt, iż nagana za ten brak solidarności nie dotykała jej wcale. Wydawały się jej komiczne z tem pochyleniem głów, jakby pod jarzmem, które ręka Stalewskiego na kark im zakładała.
- Bezmyślna trzoda!-przemknęło jej po głowie i naraz uczuła pewien ból, bo w ślad za tą myślą przyszła druga-wyobrażenie Stalewskiego, jako barana-prowodyra tej bezmyślnej trzody.
Mimowoli pobiegła wzrokiem ku drzwiom, zakrytym gobelinem, na którego tle zjawiła się była przed chwilą głowa mistrza. Z nadzwyczajną siłą, jakby wywołane zaklęciem, przesunęło się jakby odbicie słabe tej głowy, pokrytej kędzierzawym, puszystym włosem, o prześlicznym stalowym blasku.
Szafirowe oczy, cera biała z lekkim rumieńcem, prawie dziecinnie świeża, proste rysy nosa, brwi i ust, okolonych ciemnym miękkim zarostem- słowem, twarz Stalewskiego taka, jaka unieruchomiona, zawieszona na autoportrecie, patrzyła ze ścian pracowni-powróciła znów przed oczy Anki.
Ogarnęło ją dziwne zniecierpliwienie, rodzaj cierpkości i gniewu, jaki ją przejmował zawsze za zbliżeniem się profesora. Patrzyła na niego z żalem i uwielbieniem dla techniki, w jakiej był mistrzem.
- Tylko... technika! - pomyślała z rozżaleniem.
Po za kratami ogrodu dały się słyszeć młode, świeże głosy męzkie. Kilka z tych głosów nuciło jakąś piosenkę. Anka oderwała się od ściany i wychyliła przez okno. Banda młodych mężczyzn, niosących pudełka malarskie, parasole, składane krzesełka, stalużki, szła wzdłuż krat willi. Niektórzy z nich byli ubrani z widoczną tendencyą ku ekscentryczności. Granatowe berety, szkockie czapki, ubrania cyklistów-ubarwiały grupę. Jeden z nich miał długie, czarne włosy, gładko na skroniach przyczesane. Twarz jego była ascetyczna i oczy pełne złośliwości. Inny, w długiej po kostki, zakopiańskiej pelerynce, miał okrytą głowę florenckim, dziwacznym kapeluszem.
Anka, zobaczywszy tę grupę, widocznie z myślą przyjrzenia się willi Stalewskiego zatrzymującą się pod kratami ogródka, mimowoli uśmiechnęła się prawie szyderczo. Wielkiemi swemi źrenicami ogarnęła tę gromadkę, lecz nie było to spojrzenie, jakie przed chwilą otuliło siedzącą na podium dziewczynę. Widocznem było, iż Anka nic z tej całej grupy nie chce zabrać w swą duszę.
Patrzyła jednak mimowoli, bo młodość jej ciągnęła młodość tych, chłopców, rozsypanych prawie pod jej stopami. Świeże, dziecięce niemal jeszcze spojrzenia skrzyżowały się. Młody chłopak o długich, czarnych włosach, powiał na wiatr swym białym beretem.
- Salve!-zawołał-salve stella marina!
Blady uśmiech przesunął się po ustach Anki.
Skinęła głową i patrzyła dalej, a ku niej podnosiły się całe rzędy ócz młodych, świecących, ciekawych.
- My na studya!...-ciągnął czarnowłosy chłopiec-idziemy odtwarzać rachityczne krowy na łące świeżo skoszonej.
Anka ciągle uśmiechała się blado, zainteresowana w tej chwili całą masą przyborów, jaką dźwigali z sobą ci młodzi koledzy.
- Proszę z nami!-zabrzmiało od dołu.
- Prosimy! prosimy!
Kilka rąk czepiło się krat. Ten i ów wyłaził na podmurowanie. Dużo w nich było buty, energii i pewnej zuchwałości paziów, rozpuszczonych samopas podczas nieobecności królewskiej pary.
- Prosimy!... na studya!
Anka pokręciła głową.
- Nie, nie... - odparła wreszcie nizkim, altowym głosem, który, jak ciemny motyl, nagle popłynął w przestrzeń-ja na studya nie chodzę!...
- Dlaczego?-pytano z dołu.-To przecież konieczne. Trzeba wyleźć z nory. Na światło! na światło!...
I z kilku piersi silnych zabrzmialo chórem:
- Na światło!
Anka z pewną litością patrzyła teraz na nich. Ukazywali rękami horyzont i szmaty zieloności, a ten cały obszar wydał się Ance tak zacieśniony, tak przytłoczony w porównaniu z tym ideałem, który w piersi nosiła, iż to rwanie się tej gromadki uczyniło na niej wrażenie raczej komicznych usiłowań małych żuków, uważających krzak przydrożny za całe światy.
Nagle ktoś dotknął jej ramienia.
Obejrzała się.
Był to Stalewski, który od kilku chwil wszedł do pracowni i, przechodząc od rajsbretu do rajsbretu, zajmował się pracą uczennic.
Przechodząc koła okna, dojrzał grupę młodych malarzy, uczepionych u krat jego ogrodu. Na ten widok zmarszczył brwi, wyprostował swą wyniosłą postać i zwrócił się ku Ance:
- Panno Anno! - wyrzekł ostrym, nieprzyjemnym głosem - proszę, zechciej się pani cofnąć w głąb pracowni.
Anka mimowoli usłuchała prośby, a może rozkazu malarza.
Uczyniła to nie dla sprawienia mu przyjemności, lecz dlatego, że natura jej cofała się z odrazą przed jakąkolwiek drobiazgową sprzeczką lub dyskusyą.
Wiedziała zresztą, iż Stalewski żywiołowo nienawidził tych "młodych" w życiu i sztuce, którzy z taką pychą rozrzucali po drodze życia całe skarby siły i zuchwałej nadziei.
Stalewski cofnął się także równocześnie od okna i nerwowym ruchem wskazał Ance jej pusty rajsbret.
Twarz Anki pokryła się ciemnym rumieńcem.
Z nadzwyczajnym wdziękiem, powoli, uchyliły się jej rzęsy i ciemne jej źrenice spoczęły przez chwilę na twarzy Stalewskiego. Równocześnie ręce zakreśliły prześliczny gest i dłonie roztworzyły się; jak płatki róży.
- Nie mogę! - wyszeptała z pewną pokorą w głosie.
Stalewski zmarszczył brwi i właściwym sobie ruchem brodę przygryzł.
- Trzeba jednak! - wyrzekł - trzeba koniecznie. Co z pani będzie, jeżeli nie potrafisz rysować z natury...
Lecz ona znów powtórzyła ten sam gest i znów cicho wyszeptała:
- Kiedy nie mogę!
- Czy się pani ten model nie podoba?
Anka chwilę nie odpowiadała.
Ogarnęła znów spojrzeniem całą postać Marysi i pewna ekstaza zdawała się ogarniać rysy jej twarzy.
- Owszem, to bardzo piękne-wymówiła, patrząc wciąż na modelkę.
- Jeżeli pani odczuwasz, że to jest piękne, dlaczego nie rysujesz?
- Właśnie... dlatego-odparła Anka z prostotą.
Nagle u krat na dole ożywiła się rozmowa młodych malarzy. Lecz teraz dołączył się do glosów męzkich głos kobiecy, wesoły, trochę skrzypliwy, przerywany kaskadą śmiechu.
Na ten głos zachmurzyło się do reszty czoł? Stalewskiego. W pierwszej chwili uczynił ruch, jakby chciał podejść do okna, lecz po namyśle cofnął się zupełnie w głąb pracowni. Podszedł do jednej z panien i odebrawszy jej ołówek z ręki, usiadł przed jej rajsbretem, czyniąc odpowiedne poprawki. Inne dziewczęta, podniosłszy się z miejsc, słuchały.
Anka, uwolniona od badania Stalewskiego, zbliżyła się do okna, i oparłszy się o futrynę, patrzyła na scenę, jaka się na dole, przy wejściu do ogrodu, rozgrywała.
U otwartej już furtki stała wysmukla kobieta, w średnim wieku, ubrana w ślicznie skrojoną szarą płócienną suknię. Kamienny kolor płótna, ściśle przylegającego do kształtów kobiety, czynił z niej rodzaj statuy, tembardziej, że poza, jaką przybrała bezwiednie, była ściśle piękna i prześlicznie harmonijna.
Włosy ciemno blond, wpadające w kolor mahoniu, ukryte były pod płaskim kapeluszem, zarzuconym masą liliowych, fantazyjnych kwiatów.
Kobieta owa miała na sobie dużo breloków i łańcuszków, które dzwoniły w takt jej śmiechu. Koło niej mały chłopczyk w białej pikowej sukience i skarpetkach, pociągał ją niecierpliwie za suknię, pragnąc jaknajśpieszniej dostać się do willi.
Lecz strojna kobieta nie śpieszyła się wcale. Oparta o klamkę furtki, rozmawiała z nadzwyczajnem ożywieniem z grupą młodych malarzy. Nie wszyscy wprawdzie zbliżyli się do niej, lecz ci, którzy byli blizko, widocznie jej znajomi, szermowali zręcznie dowcipami, któremi kobieta zdawała się ciskać, jak rakietą.
Pomimo wielkiej uprzejmości, z jej strony widocznej w pochyleniu jej ciała, w staranności tonu głosu pieszczotliwego i jakby schlebiającego, było pomiędzy grupą tych młodych a tą kobietą coś nieszczerego, coś jakby dysonans, który biegł wzdłuż krat ogródka i wstrząsał silnym prądem liście winogradu, okalające okna pracowni.
Anka patrzyła na ten manewr Stalewskiej i poczuła dużą litość dla tej kobiety, która z taką uniżonością starała się zjednać dla siebie zuchwalstwo i siłę tej młodej garstki, imponującej jej przewagą buty, z jaką młodość idzie przez życie.
- Zaprosi ich na fixy! - pomyślała An ka- znając charakter "żony profesora."
Lecz Stalewska poszła jeszcze dalej w swej wielkiej grzeczności. Pochyliła się ku grządce narcyzów, która rosła obok furtki, i zebrała pęk tych ślicznych kwiatów. Z wytworną grzecznością, lecz bez śladu prawdziwego wdzięku kobiety, manewrującej z kwiatami, zaczęła rozdawać narcyzy pomiędzy młodych malarzy. Kilku z nich wyciągnęło ręce, jeden z nich zatknął śnieżny kwiat w butonierce, inny za uchem, lecz reszta, stojąca na uboczu, przybrała drwiącą postawę. Jeden z nich machnął ręką i demonstracyjnie dalej drogą iść zaczął.
Stalewska poczuła, że przeciągnęła stru nę. Spiesznie, dowcipkując, żegnać się zaczęła, do Anki doleciały słowa: "a więc we wtorek!"
- Zaprosiła ich! - pomyślała Anka z odcieniem ironii-zaprosiła!
Garstka młodych malarzy przesunęła się wzdłuż krat z ruchami uliczników. Młody człowiek o gładko przyczesanych włosach i złośliwych oczach obejrzał się na okna pracowni.
Anka cofnęła się instynktownie, jakby te oczy miały w sobie żądła os. Przesunęła rękę przed sobą, jakby odgarniając jakiś promień włosów, który jednak wcale nie nasunął się jej na czoło. Wzrok tego chłopca mieszał ją zawsze i wyprowadzał z równowagi.
Nie lubiła tego wrażenia.
Spojrzała w głąb pracowni. Zdziwiła się, zobaczywszy ją pustą.
Lekcya skończyła się, panienki wyszły, uprowadzając z sobą Marysię. Równocześnie posłyszała Anka na dole, w ogródku, gwar wesołych głosów.
Panienki wyszły na ogród i zmierzały ku furtce. Spotkały się ze Stalewską, która żegnała je hałaśliwemi oznakami sztucznej serdeczności. I znów powtórzyła się komedya kwiatowa. Stalewska zrywała narcyzy, obdarzając niemi dziewczęta. Chwilę trwał wesoły śmiech i wymiana grzeczności. Poczem wszystko ucichło. Stalewska weszła do willi, panienki poszły w stronę miasta, prowadząc pomiędzy sobą Marysię, jak okaz wystawowy, z całą perfidyą niedojrzałych snobów.
Anka widziała przez oplecione winogradem okno te dwie gromadki młodzieży, rozchodzące się każda w inną stronę. Skrajem rzeki szli raźno i żwawo mężczyźni, przybierając pozy zaniedbane wielkich mistrzów, kobiety, starające się nabrać swobody ruchów, lecz skrępowane wychowaniem i ogładą salonową.
Szli, unosząc z sobą wiarę w drobiazgi życiowe, które dla nich jeszcze przybierały rozmiary niezwykłych zdarzeń, i siejąc po drodze płatki śnieżne narcyzów.
Za chwilę-a tam, na lewo, zielona spódnica Marysi, na prawo-czerwony beret, mignęły i rozpłynęły się w mgle, która o zachodzie powoli od rzeki podnosić się zaczęła.
Anka stała ciągle wpatrzona, wsłuchana w to życie, które rozsypywało się przed nią na drobne cząsteczki i z których ona całą siłą wyławiała większe bryły, aby z nich wykuć jakiś fakt, który przekonałby ją o celowości istnienia.
----------